• Chwalińska wróciła do kraju. Oto szczegóły leczenia. Pomoże polski specjalista

    Chwalińska wróciła do kraju. Oto szczegóły leczenia. Pomoże polski specjalista

    Dariusz Ostafiński, Interia: Czy już pan poukładał sobie w głowie wszystko to, co stało się w poniedziałek?

    Wojciech Wrzoł, wiceprezes BKT Advantage Bielsko-Biała: Tu nie było czego układać. Od razu po tym, jak Maja skręciła sobie kostkę, było widać, że ciężko będzie domknąć ten mecz. Tajka dobrze grała, więc tu trzeba było Mai gotowej do gry na sto procent. Jakby to był inny turniej, to Maja pewnie by skreczowała. To był jednak Wimbledon, więc próbowała, brała przerwy medyczne, liczyła, że coś uda się jeszcze z tego wyciągnąć.

    Mecz z Linette, to było za mało

    Nie miała jednak szans.

    – Bez nóg się nie da. Niektórzy mówią, że 90 procent wyniku w tenisie to nogi, ale według mnie głowa waży więcej. Zresztą świetnym przykładem był trzeci set meczu Mai, gdzie rywalka liczyła, że zagra byle co i wygra, A potem nie wiedziała, co się dzieje, głowa zaczęła szwankować i nagle zrobiło się 2:0 dla Mai. Dla mnie głowa to więcej niż 10 procent, nawet powiedziałbym 50 procent, ale bez nóg się nie da.

    Nie ma pan wrażenia, że ta dzika karta stała się w istocie takim “zatrutym prezentem”? Maja sama przecież powiedziała, że nie była przygotowana na ten turniej.

    – Tak nie można podchodzić. Była przygotowana, ale nie była dostosowana do biegania po trawie w warunkach meczowych. Jeden mecz sparingowy z Linette, to za mało. Tu trzeba zrobić więcej takich ślizgów, bo to poruszanie się po trawie jest inne. Natomiast fizycznie Maja była na ten Wimbledon gotowa na sto procent.

    Zabrakło dwóch meczów na trawie. Klub z Bielska tłumaczy

    Rację zatem mieli ci, którzy martwili się, że Maja nie zagrała przed Wimbledonem, choć dwóch meczów w jakimś turnieju na trawie.

    – Takie dwa mecze pod presją, gdzie idziesz na maksa, ze wślizgiem, do piłki na pewno dużo by dały. Rozwiązałyby sprawę. Mięśnie były przygotowane do innej nawierzchni. Ta pamięć mięśniowa była na mączce, a na trawie jest ona inna. Teraz możemy gdybać, że może Maja powinna była odpuścić tamtą piłkę, ale ona chciała wygrać ten mecz już w tamtym momencie.

    Skoro dwa mecze rozwiązałyby sprawę, to dlaczego zabrakło tego elementu przygotowań?

    – Z prostego powodu. Nie było na to czasu. Bardzo długo też nie wiedzieliśmy, czy ta dzika karta w ogóle będzie. Raczej obstawialiśmy, że nie, bo takie też były głosy. W takiej sytuacji Maja musiałaby grać kwalifikacje i to byłyby te dwa, trzy mecze na przetarcie. A jak się okazało, że dzika karta jest, to już nie były czasu.

    Mam w głowie słowa wielu ekspertów, którzy mówili, że Maja często dochodziła do takiego momentu, gdzie te drzwi kariery się przed nią otwierały, ale nagle wszystko się sypało. Głównie przez kontuzje.

    – To ja może wyjaśnię. Fizycznie, czyli wydolnościowo i sprawnościowo Maja zawsze była dobrze przygotowane. W tamtych przypadkach, o których pan mówi, to głowa była jej problemem. Jak ją coś w trakcie meczu zakuło, to zaczęła się bać. Od razu brała przerwę, żeby znów nie przechodzić tego, co kiedyś. I w sumie dobrze. Przed Roland Garros miała taki turniej, gdzie skreczowała, bo coś ją zakuło. Ta obawa została jej po kontuzjach. Ona w takich sytuacjach czuje, że coś może ją wyeliminować na dłuższy czas, a tego nie chce. Ona musi być silna i sprawna, bo jej tenis opiera się na bieganiu.

    I tu wracamy do meczu z Tajką. Przyznam, że zastanawiam się, czy to dalsze granie miało sens.

    – Jak powiedziałem, gdyby to nie był Wimbledon i gdyby nie ta dzika karta, to pewnie by skreczowała. Z drugiej strony chciała powalczyć. Ta kostka nie wyeliminowała jej do końca. Potem do tego doszły skurcze, który mogły się pojawić pod wpływem stresu. Maja wzięła fizjoterapeutę, próbowała, ale ta noga coraz mocniej ją blokowała.

    Chwalińską zajmie się specjalista od urazów kostki

    I to jest tylko skręcona kostka?

    – Maja jest po rezonansie w Anglii i żadnych innych poważniejszych urazów nie było widać.

    Kiedy zatem wróci do treningu?

    – Ciężko powiedzieć. To może być nawet za tydzień, czy za kilka dni. Na pewno najpierw wróci na siłownię, bo w tenisa nie może teraz grać. W Polsce zobaczy ją dobry ortopeda, specjalista od urazów kostki. Nie chcę jednak zdradzać szczegółów, zostawiamy dla siebie informację, gdzie odbędzie się ta konsultacja. Ona będzie dla nas wiążąca. Dopiero, jak lekarz powie, że jest ok, to wtedy Maja wróci. Przed Roland Garros też musiał trochę odpuścić, zrobiła to, a potem była w finale.

    A jak pana zdaniem Maja Chwalińska prezentowała się w tym pierwszym i jedynym meczu na wimbledońskiej trawie do momentu odniesienia kontuzji? Był pan zbudowany?

    – To był dobry, wręcz bardzo dobry mecz, jak zwrócimy uwagę na to, że pierwszy raz miała takie poważne granie na trawie. A jeszcze przeciwniczka się stawiała. Maja spisała się lepiej, niż można było myśleć. Wyciągała gema z 0:40. Do czasu, kiedy normalnie biegała, miała ten mecz pod kontrolą.

    Nie boi się pan, że to, co się stało, może ją w jakiś sposób załamać?

    – Nie. Wie, że nie przegrała z głową, nie przegrała ze sobą, ani nawet z przeciwniczką, która na początku trzeciego seta nie potrafiła trafić w kort. Przegrała ze zdrowiem. Jak się wyleczy, to wróci mocniejsza.

    Tak klub chce pomóc Chwalińskiej

    W połowie lipca ma grać w Hamburgu.

    – I jeśli będzie zdrowa, to poleci. A jak nie, to zobaczymy ją dopiero na twardych kortach w Ameryce. Trochę tego grania tam będzie, a na deser US Open.

    Już od kilku osób słyszałem, że granie na hardzie może być dla Mai trudne.

    – Na tych kortach nie ma tej rotacji, którą oddaje kort, nie ma też topspina i slajsa. Te dwie rzeczy uciekają. Jeśli jednak będzie sprawna, jeśli będzie mogła biegać, to nie powinno być źle. A jak będzie lekki wiatr, to też zyska. Teraz pytanie, jaka będzie nawierzchnia na US Open? Szybka, czy wolna. Wszystko zależy od tej ostatniej warstwy, jaką położą. Im więcej będzie piasku kwarcowego, tym lepiej, bo wtedy kort będzie wolniejszy. Na naszej klubowej hali w Bielsku w najbliższych dniach planujemy renowację harda, żeby był on podobny do tego w Stanach. Chodzi o parametry, głównie szybkość. To, mamy nadzieję, pomoże Mai lepiej się przygotować.

    A Maja już jest w Polsce?

    – Wróciła w środę, w czwartek lub w piątek ma w Warszawie konsultację u polskiego specjalisty, o której wspomniałem. Pewnie wolelibyśmy mówić o trzeciej rundzie i meczu z Muchovą. Byłoby ciekawe. Nie ma jednak co, trzeba patrzeć do przodu. Wyleczyć się, wrócić i znów pokazać trochę tego dobrego tenisa.
    Kobieta ubrana w sportową, białą koszulkę z widocznymi logotypami sponsorów trzyma w ręce żółtą piłkę tenisową, pochylając głowę w skupieniu.

    Maja ChwalińskaKENTARO TOMINAGAEast News
    Kobieta w białym stroju sportowym odbija piłkę tenisową rakietą, koncentrując się na uderzeniu.

    Maja ChwalińskaKIRSTY WIGGLESWORTHEast News

    “Będzie trzeba posprzątać” Niespodziewane problemy w hicie

  • Pytanie o Rosjanina. A Świątek ujawnia ws. siostry. Jednak, wydało się

    Pytanie o Rosjanina. A Świątek ujawnia ws. siostry. Jednak, wydało się

    Zaczęło się od pytania dotyczącego Rosjanina Daniiła Miedwiediewa, a skończyło na rodzinnym wyznaniu dotyczącym spraw rodzinnych. Taki skutek miał jeden z ostatnich wywiadów Igi Świątek z Polsatem Sport. Była liderka rankingu WTA ujawniła w nim pewną informację dotyczącą swojej starszej siostry Agaty, która niegdyś także była utalentowaną tenisistką. Zakończyła wprawdzie karierę, ale wróciła do sportu. Wiemy już, jakiego.

    Na zdjęciu Agata Świątek oraz Iga ŚwiątekArtur Widak / NurPhoto / NurPhoto via AFP / Polsat Sport Premium 1 (zrzut ekranu)AFP

    Iga Świątek walczy obecnie o obronę tytułu na Wimbledonie. W pierwszej rundzie nasza trzecia rakieta świata rozprawiła się w trzech setach z Amerykanką Taylor Townsend, a w drugiej czeka ją starcie z reprezentantką Czech – Karoliną Pliskovą, obecnie 73. zawodniczką w rankingu WTA.

    Podczas pobytu w Londynie Iga Świątek odnosi się jednak do kwestii nie tylko tenisowych. Wcześniej miała już okazję wskazać swojego faworyta rozgrywanych właśnie w Ameryce Północnej Piłkarskich mistrzostw świata. Teraz natomiast miała okazję przed kamerą Polsatu Sport zabrać głos w sprawie padla. A punktem wyjścia w dyskusji było spotkanie, w którym wystąpiła o boku rosyjskiego tenisisty Daniiła Miedwiediewa.

    Wimbledon. Iga Świątek mówiła o padlu. I ujawniła ws. siostry Agaty

    – Grałaś w padla z Daniiłem Miedwiediewem. Padel zyskuje coraz większą popularność na świecie. Co byś doradziła młodym ludziom? To jest fajne? Miałaś frajdę z tego? Grałaś w padla dla zabawy z Daniiłem? Czy to jest trudne dla Ciebie? – zagadnął naszą najlepszą tenisistkę znany dziennikarz Tomasz Lorek.

    – Nie wiem, czy można powiedzieć, że ktoś mnie podziwiał, bo w sumie nic nie zagrałam tam tak, jak powinnam. Ale na pewno jest to fajna zabawa, zwłaszcza jak się pozna reguły, bo jednak dla tenisisty przestawienie się z tych tenisowych zasad jest dość wymagające – odpowiedziała Iga Świątek.

    A następnie ujawniła, że padel stał się wielką pasją jej starszej siostry Agaty.

    – W sumie moja siostra cały czas gra. Bierze nawet udział w jakichś ligach i w ogóle – przekazała wciąż obecna mistrzyni Wimbledonu.

    Warto przypomnieć, że Agata Świątek podobnie jak siostra podążała niegdyś tenisową ścieżką, z której zeszła jednak między innymi na skutek problemów zdrowotnych. A teraz – jak się okazuje – wróciła jednak do aktywnego uprawiania sportu.

    Iga Świątek przyznała jednak, że odpowiednia może być odwrotna droga i to padel może okazać się dobrym wstępem do oswojenia się z całą rodziną sportów polegających na przebijaniu piłki nad siatką.

    – Myślę, że dla kogoś, kto nigdy nie grał w sporty rakietowe, padel jest o wiele prostszy niż tenis. I można się przy nim posocjalizować nieco bardziej, bo jednak jest się bliżej ludzi. Więc w sumie super, że też będzie to sport olimpijski, bo to pokazuje też, jak świat idzie do przodu i różne inne dyscypliny zyskują popularność
    Tenisistka w sportowej koszulce i czapce z daszkiem zasłania usta dłonią, wyrażając zaskoczenie lub silne emocje, na tle rozmytej trybuny z czerwonymi elementami.

    Iga ŚwiątekMAHOUDEAU Clement / KMSP / KMSP via AFP AFP

    Iga Świątek jedną z głównych faworytek do wygrania Wimbledonu. Rywalki zmieniły podejście do Polki.

  • O której gra Iga Świątek? Gdzie oglądać mecz z Karoliną Pliskovą? [TRANSMISJA, WIMBLEDON]

    O której gra Iga Świątek? Gdzie oglądać mecz z Karoliną Pliskovą? [TRANSMISJA, WIMBLEDON]

    Iga Świątek zagra z Karoliną Pliskovą w II rundzie Wimbledonu 2026. Jak dotąd Polka nie przegrała z Czeszką, ale będzie to ich pierwsza konfrontacja na trawie. Spotkanie zostanie rozegrane dzisiaj 2 lipca. O której godzinie gra Iga Świątek? Gdzie obejrzeć w TV mecz Świątek – Pliskova? Transmisja na żywo. Relacja tekstowa i wynik w Interii Sport.
    Iga Świątek odbija żółtą piłkę na trawiastym korcie podczas Wimbledonu 2026, w białym stroju, w tle widownia.

    Iga Świątek podczas Wimbledonu 2026KENTARO TOMINAGAAFP

    Mecz Iga Świątek – Karolina Pliskova w II rundzie Wimbledonu 2026 zostanie rozegrany dzisiaj 2 lipca o godzinie 14:30 na korcie centralnym. Transmisję na żywo w TV z tego spotkania będzie można obejrzeć na kanale kanałach Polsatu Sport 1 i Polsatu Sport Premium 1. Z kolei stream online będzie dostępny dla abonentów platformy Polsat Box Go. Relacja tekstowa oraz wynik na stronie Interii Sport.

    Iga Świątek – Karolina Pliskova. Forma zawodniczek przed Wimbledonem

    Iga Świątek (WTA 3) nie bez problemów przeszła przez I rundę tegorocznego Wimbledonu. W niej zmierzyła się z Amerykanką Taylor Townsend. Pierwszego seta wygrała bardzo pewnie, bo 6:1, ale w kolejnym role zupełnie się odwróciły i tym razem przeciwniczka zwyciężyła 6:2. Na szczęście w ostatniej partii Polka pozbierała się, wróciła do gry z początku spotkania i triumfowała 6:3. Te wahania dyspozycji w trakcie jednego pojedynku, a także wymowne łzy po jego zakończeniu nie napawają optymizmem przed dalszą częścią turnieju.

    W II rundzie Świątek zmierzy się z Karoliną Pliskovą (WTA 73). Czeszka w I rundzie zmierzyła się ze swoją rodaczką Terezą Valentovą i wygrała pewnie, bo 6:3, 6:4. Przed Wimbledonem Pliskova wzięła udział w turnieju na trawie w Nottingham, w którym dotarła do półfinału. Uległa w nim innej tenisistce z Czech – Marii Bouzkovej. To pokazuje, że 34-letnia finalistka Wimbledonu z 2021 roku może być w całkiem dobrej formie, co wyraźnie kontrastuje z odpadnięciem przez Świątek w pierwszym meczu na turnieju w Bad Homburg.

    Obie tenisistki miały jak dotąd zmierzyć się sześciokrotnie, ale tylko cztery pojedynki doszły do skutku. Wszystkie padły łupem Igi Świątek, a ostatni miał miejsce niespełna trzy lata temu podczas turnieju w Montrealu. Dwa spotkania nie odbyły się z powodu niedyspozycji Czeszki. Pliskova pozostaje jedyną tenisistką, która oddała Idze dwa mecze walkowerem. W obu przypadkach miało to miejsce w turniejach na Bliskim Wschodzie. W Dubaju (ćwierćfinał, 2023) powodem była infekcja wirusowa i gorączka, z kolei rok później w Dausze (półfinał) – uraz przeciążeniowy pleców. Dzisiejszy mecz będzie za to ich pierwszym w historii na nawierzchni trawiastej.

    Iga Świątek – Karolina Pliskova. Wimbledon. O której i gdzie obejrzeć? [TRANSMISJA NA ŻYWO, TV]

    Transmisję na żywo w TV z tego spotkania będzie można obejrzeć na kanale kanałach Polsatu Sport 1 i Polsatu Sport Premium 1. Z kolei stream online będzie dostępny dla abonentów platformy Polsat Box Go.
    Tenisistka w białym stroju i czapce z daszkiem, z rakietą tenisową w dłoni, wyrażająca intensywne emocje podczas meczu.

    Iga ŚwiątekHenry NichollsAFP
    Kobieta w sportowej białej koszulce z logo marki Adidas stoi na tle zielonego kortu tenisowego, z wyrazem skupienia na twarzy.

    Karolina PliskovaOWEN HAMMOND/Nur PhotoAFP

    Iga Świątek: Cieszę się, że w trzecim secie wróciłam do solidnej gry z pierwszej partii.

  • Radwańska: “Byłam wrakiem człowieka”. Wiadomość dla Świątek i Chwalińskiej

    Radwańska: “Byłam wrakiem człowieka”. Wiadomość dla Świątek i Chwalińskiej

    Agnieszka Radwańska: – Oczywiście. Za każdym razem, gdy dostaję zaproszenie tu na granie, cieszę się ogromnie, jakby to był praktycznie pierwszy raz. Zawsze, jak się tu wraca, są nowe emocje. Wiadomo troszkę już z innej perspektywy, ale jednak jest to tak historyczny turniej, więc raduję się tak samo.

    I też ta wspaniała historia, tak miła polskim kibicom, że tym razem w turnieju legend utworzy pani deblową parę z nasza Karoliną, czyli Caroline Wozniacki. Proszę zdradzić trochę kulisów, kiedy zaczęłyście się dogadywać i jak ten cały proces wyglądał?

    – Jest tak, że zawsze można zwrócić się z prośbą odnośnie tego, z kim chciałoby się grać, ale tak naprawdę odgórnie jest nam narzucane kto z kim gra. Więc nie jest tak, że wszystkie zaproszone zawodniczki mogą się dogadać między sobą. W każdym razie obie zrobiłyśmy taki request, ja i Karolina, względem siebie, że chcemy ze sobą grać. Przy czym wcześniej, podobnie jak inni, ja już też tak robiłam, ale za bardzo nie brano tego pod uwagę i wówczas miałam zupełnie inne partnerki. Już wcześniej chciałyśmy grać ze sobą, ale byłyśmy rozdzielane. W tym roku się udało, któregoś dnia dostałyśmy maila z potwierdzeniem naszej pary, z czego bardzo się cieszę. Dowiedziałyśmy się niedawno, bo dosłownie kilka dni temu. No cóż, jak tylko będzie okazja, to chwilę potrenujemy, ale tutaj każda z nas ma też trochę obowiązków. Karolina dużo udziela się w telewizji, co też pochłania jej czas, z kolei ja jestem na Wimbledonie z Magdą plus mam też inne rzeczy, więc bardziej wszystko dzieje się na spontanie. Jeśli będziemy mogły w tygodniu, to jeszcze sobie pogramy. Jedyne, co już mamy ustalone, to która gdzie gra, czy na forhendzie, czy na bekhendzie. To jest jedyne, co mamy dopracowane (śmiech).

    To zdradźmy od razu, bez niespodzianki.

    – Karolina oczywiście na bekhendzie, wiadomo mistrzyni pod tym względem, więc ja na forhendzie.

    W końcu może osoby decyzyjne zrozumiały, że to trochę polska historia, która pisze się sama, tylko w końcu trzeba ją przystemplować.

    – Myślę, że tak. Tym bardziej, że przecież nie będziemy grały ze sobą po raz enty, tylko to będzie nasz pierwszy raz. Szczerze mówiąc nie do końca wiem, czym się tutaj sugerują, bo od kilku lat z kolei było wiele par stałych. Dziwię się, że w tym roku nie ma takiej pary, jak Martina Hingis – Kim Clijsters, które nie były odseparowane i notorycznie wygrywały. Wiem, że nieraz było troszkę zapytań, czemu one zawsze grają razem, skoro cały czas wygrywają. Przecież można jakoś pomieszać i coś zmienić. Powtarzana była też na przykład para Robson – Hantuchova. W tym roku wiem, że jest zamiana, więc szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Trzeba byłoby się kogoś z góry zapytać, kto paruje i jak to wygląda. Ja co roku miałam inną partnerkę, wreszcie po latach starań udało się z Karoliną.

    W poniedziałek wszyscy żyliśmy meczem Mai Chwalińskiej. Gdyby człowiek nawet chciał wymyślić najbardziej dramatyczny scenariusz, to chyba nie wpadłby na to, że kontuzja przytrafi się przy piłce meczowej, potem dojdą kolejne problemy i wszystko posypie się niczym domek z kart. Arcytrudna sytuacja do zaakceptowania.

    – Tak. Ten mecz pokazuje, jak brutalnym sportem też mentalnie jest tenis. Tak naprawdę wszystko szło w dobrym kierunku, już praktycznie był koniec, ale jak to się mówi: nie ma końca dopóki nie poda się ręki. Maja później sama mówiła, że był to mecz sprowadzający się do walki samej ze sobą. Ze swoim stresem, z emocjami.

    – Te skurcze wynikają nie z tego, że była nieprzygotowana fizycznie, tylko z tego, że ten stres po największym sukcesie jednak teraz będzie jej bardziej towarzyszył. Teraz wszyscy patrzą, teraz wszyscy oczekują, wszyscy oglądają, a to wcale nie jest takie proste. Do tego każda przeciwniczka chce cię dorwać i ograć, a same oczekiwania też są większe. Za tym rośnie presja otoczenia, ale też związana z tym, że samemu trochę się ją wywołuje, bo chce się wygrywać i wymaga od siebie więcej.

    – Więc myślę, że tutaj przede wszystkim była walka najbardziej za sobą, z tym pierwszym meczem, który następował po tak niesamowitym sukcesie w Paryżu. Uważam, że do tej sytuacji Maja musi się trochę przyzwyczaić i troszkę z tym zapoznać, jak to jest wychodzić na korty jako ta w większości już faworytka. Bo jednak będąc 21. w rankingu wiele razy będzie w tej roli, grając z niżej notowanymi zawodniczkami. Myślę, że to jest pierwsze przytarcie i premierowa styczność z taką właśnie sytuacją. Nie jest to łatwe, naprawdę niełatwe, zatem wchodzi się w proces. Będzie on trwał pewnie kilka tygodni lub miesięcy, gdzie Maja będzie w takiej wymagającej sytuacji, ale taki jest sport, gdy przychodzą momenty, gdzie faktycznie walczy się nawet bardziej z sobą niż z przeciwnikiem.

    Samo życie Mai wywróciło się teraz o 180 stopni, ale właśnie doszła też nowa rzeczywistość w kwestii spojrzenia. Tysiące osób dotąd patrzyło na jej mecze niejako przy okazji, a po Paryżu w jednej sekundzie zaistniała taka sytuacja, że teraz wszyscy oczekują powtarzalności. Tu i teraz.

    – Dokładnie tak. A taki jest też tenis, że absolutnie wszystko może się wydarzyć, a zdaniem wielu – jak to się mówi – ktoś jest tak dobry, jak jego ostatni mecz. Troszkę już zapominamy co było, tylko już oczekujemy więcej, a to nie jest takie proste, że jak jest pierwszy sukces, to potem będzie łatwiej. Wręcz przeciwnie, będzie trudniej i mam nadzieję, że Maja z tego też zdaje sobie sprawę i wszyscy dookoła. Tym bardziej, że mamy wiadomo inne nawierzchnie, według mnie Maja chyba najlepiej radzi sobie na ziemi, gdzie staje się naprawdę bardzo niewygodną przeciwniczką, zmieniającą rytm, zwalniającą i grającą naprawdę bardzo, bardzo sprytny tenis. Na pewno na innych nawierzchniach będzie jej trochę trudniej, tego nie da się ukryć, ale cóż… Dla niej to będzie taki naprawdę czelendżowy rok, ponieważ po raz pierwszy będzie grała wszystkie większe turnieje, gdzie już są inne przeciwniczki. Więc już od samego początku rywalizuje się z zawodniczkami z pierwszej siedemdziesiątki, a wcześniej nie miała takiej możliwości. Naprawdę ciężkie zadanie przed nią, ciężkie pół roku do końca sezonu. Sama jestem ciekawa, jak sobie poradzi, ale myślę, że ona sobie zdaje z tego sprawę. Rozmawiając z nią też widzę, że stąpa mocno po ziemi i jeżeli będzie dalej robić swoje i skupi się na swoim tenisie, na sobie, to będzie okay, ale to na pewno teraz nie będzie dla niej łatwe.

    Fakt, że jest zawodniczką po przejściach, naznaczoną kontuzjami i mającą za sobą wygraną walkę z depresją, sądzę że wzmacnia życiowo, więc jest na czym budować bazę i optymizm. Pytanie brzmi, zresztą sam starałem się wyrobić sobie opinię w ostatnim czasie, jaki plan z myślą o Wimbledonie mógł być najwłaściwszy. Wiemy, że czekali na dziką kartę i ta decyzja wiele determinowała. Ponadto była po wyczerpującym turnieju w Paryżu, gdzie jej organizm został tak mocno obciążony. Według pani dobrze postąpiono, stawiając na regenerację organizmu i skupiając się na głównej drabince, czy lepszym rozwiązaniem było szukanie last minute ogrania na trawie? A może to trochę taka uniwersytecka debata?

    – Zawsze mądry Polak po szkodzie i można by gdybać, przeważając szalę na wiele aspektów. Na pewno potrzebowała przerwy po takim wyczerpującym fizycznie i mentalnie turnieju. Przede wszystkim mentalnie, bo jednak zagrać 10 meczów z rzędu na takim poziomie, na tej intensywności, to jest wyzwanie. Poza tym po raz pierwszy wychodziła na kort na takim turnieju tyle razy, ile to musiało kosztować ją emocji. Faktycznie można by gdybać, czy nie zagrać turnieju przed, ale z drugiej strony czy byłaby na takie coś zregenerowana? Tego nie wiem i myślę, że pewnie byłoby ciężko. Tym bardziej, że to jest jej pierwszy taki sukces, przez co kosztował ją znacznie więcej, bo nie przechodziła tego nigdy.

    – Można gdybać, ale z drugiej strony wiem, że człowiek nie regeneruje się w 3-4 dni po takim sukcesie i po takich 3 tygodniach w Paryżu. Myślę, że to jest tak naprawdę kolejne doświadczenie, z którego na pewno będzie wyciągać wnioski. Osobiście nie jestem zwolenniczką gdybania. Może faktycznie, gdyby to była troszkę inna sytuacja i byłaby w takiej wcześniej, wtedy można by było wprowadzić inny wariant, ale podkreślam, że na regenerację potrzeba więcej czasu. I kto wie, czy gdyby wcześniej rozegrała turniej i nie zregenerowała się do końca, to być może w jeszcze gorszym stanie przyjechałaby do Londynu. Ja jestem raczej z tych, która woli coś nie dograć, a być świeżym mentalnie i z głową głodną tenisa niż być przebodźcowanym i przetrenowanym, bo na siłę, bo trzeba zagrać mecz.

    I gdyby tak zrobili, to przy kontuzji w takim momencie na pewno wyrzucaliby sobie, po co zdecydowali się na grę przed Wimbledonem.

    – Absolutnie tak. Więc ja bym tutaj mniej rozważała to, czy trzeba było grać wcześniej czy nie, a bardziej zwracała uwagę na to, że teraz musi sobie poradzić z presją, z którą jeszcze nie miała do czynienia. Jest 21. na świecie i teraz każdy na nią patrzy. Powiem jeszcze tak: gdyby wcześniej zagrała, to pewnie by jej pomogło z wgraniem się w trawę, ale jeżeli chodzi o samą głowę i brak tego odpoczynku, to nie.

    – Pojawił się za to w tygodniu przed główną drabinką mecz pokazowy, w którym Maja zagrała z Magdą. I fajnie, że do tego doszło, bo chciała takiego spotkania na serio, tego samego chciała Magda, bo uciekł jej turniej w Nottingham. Dla Mai, z jej tenisem, potrzeba więcej treningu na trawie i więcej czasu, żeby się wgrać, bo chyba do końca nie jest jej fanką. Niestety przejście z jednego kortu na drugi jest bardzo ciężkie, ponieważ czasu jest bardzo mało. A po takim sukcesie, jaki miała Maja, najważniejszy był przede wszystkim odpoczynek. To był priorytet, przez co zabrakło tygodni, by spokojniej potrenować. Po tym maratonie w Paryżu ja naprawdę nie dziwię się, że chciała tu przyjechać świeża, zregenerowana i w takiej formie próbować zrobić wynik.

    Mówimy, że w tą całą trudność Maja dopiero wchodzi. Natomiast to wszystko, ten cały aspekt obciążeń mentalnych, jak w soczewce skupia na sobie Iga Świątek. Dla niektórych nie jest to do zrozumienia, że zawodnik już tak utytułowany i na takim poziomie, umiejący tak wiele, nie jest w stanie czerpać ze swojego skarbca doświadczeń. Wszyscy znów chcieliby widzieć Igę w trybie, gdy już swoim wejściem na kort deprymowała rywalki. A tu mamy taką oto sytuację, że ona dziś dźwiga taki ciężar, który po prostu zaczął ją przytłaczać.

    – W pełni się zgadzam. To pokazuje, jak ciężkim mentalnie sportem jest tenis, gdzie nie ma czasu na odpoczynek. Nie ma czasu, żeby się do końca zregenerować, ani na trening w ciągu sezonu, bo cały czas są turnieje, każdy chce grać największe Szlemy i największe tysięczniki. Turniej za turniejem, oczekiwania są z każdej strony i przykład Igi pokazuje, jak to jest ciężkie. I Iga już od wielu, wielu lat dźwiga ten ciężar, który Maja zaczęła podnosić dopiero teraz. Jednocześnie mam też nadzieję, że sukces Mai pomoże Idze pod takim względem, że uwaga trochę się rozproszy. Bo nie da się ukryć, że jeżeli mówimy o tenisie, to od lat jest tylko Iga, Iga, a potem dopiero wszyscy inni. Tak już jest, kiedy jest się w czołówce i to od lat tej ścisłej i wygrywa Wielkie Szlemy. W tym sensie to jest oczywista sprawa, ale z drugiej strony to jest to bardzo ciężkie, bo co by nie zrobiła, od razu jest na pasku i na niej skupiona cała uwaga.

    – Wracając myślami do swoich czasów, gdy także sama byłam w tourze, to chciałabym kogoś, kto byłby na podobnym poziomie, by zainteresowanie się rozkładało. Na zasadzie: jak nie ja, to ktoś inny. Jak patrzę na inne nacje, na przykład Włochów, to tam coś takiego funkcjonuje, jeden zawodnik ściąga presję z innego. Wtedy jest trochę łatwiej, a poza tym to także dodatkowo motywuje i pcha do przodu. My tak trochę miałyśmy z Angelique Kerber i Karoliną, że trenując ze sobą każda chciała wygrać, ale było to pozytywnie motywujące. To sprawia, że głowa staje się lżejsza.

    Koleżanka z tego samego poziomu doskonale rozumie twoje problemy, więc można sobie wzajemnie pomóc.

    – Mam nadzieję, że też czegoś takiego zazna Iga, która teraz trochę zmaga się ze sobą. Lata, które za nią, zaczęły się kumulować i jest jej coraz ciężej. To widać po emocjach na korcie, które wychodzą. Nawet po pierwszej rundzie, a kiedyś to był dla niej spacerek. Ile to emocji ją kosztuje, ile zdrowia musi zostawić w każdym meczu… Ale to jest walka, jak już powiedziałam, przede wszystkim z samą sobą. I to według mnie w tym momencie na korcie, przy presji otoczenia, widać. Najgorszym przeciwnikiem dla siebie stajemy się my sami.

    Na przykładzie Igi tym bardziej rozumiem rozliczne przykłady z ostatnich lat, dlaczego wiele zawodniczek decyduje się zrobić sobie przerwy. Kilkumiesięczne, a czasem znacznie dłuższe. Po prostu, będąc cały czas w rytmie startów, nie da się odbudować i przestawić swojej mentalności. Chyba musi nastąpić totalny reset.

    – Ile mamy też zawodniczek i zawodników, którzy grali sezon, a potem ich nie było. Więc to chyba też świadczy o tym, jak ciężko jest w ogóle wejść na szczyt i być w czołówce, a po drugie tam się utrzymać.

    Czy Idze przerwa by pomogła? Ciężko powiedzieć, bo to są już radykalne posunięcia, by odpuścić pół sezonu lub cały sezon. Myślę, że aby wyjść spokojnie na kort, przede wszystkim trzeba znaleźć spokój poza kortem. Zawsze mówię i też nad tym teraz pracuję z Magdą, która ma już swoje lata oraz lata swoich doświadczeń i była na różnych etapach kariery, że dopóki sama czujesz się dobrze poza kortem, wtedy wychodzi to na korcie. Wszystko musi być poukładane poza kortem.

    Więc ile tego wszystkiego musiało się zmagazynować przez tyle lat.

    – Właśnie, ile to się kumuluje. Ile naprawdę kosztuje zdrowia każdy mecz pod presją, pod ciężarem bycia faworytem przez 10-11 miesięcy w roku. To jest naprawdę bardzo zżerające od środka. Więc jeżeli ktoś nie do końca sobie z tym radzi, to jest szybki spadek, bardzo szybki. Zresztą tych osób już nie widzimy w tourze.

    Jak wyjść z tego stanu, w którym jest Iga? Jak się pani wydaje, co by tu było teraz najwłaściwsze?

    – Ogólnie nie ma na to złotej rady. I to nigdy nie jest dzień, dwa czy tydzień. Myślę, że u Igi to kumulacja tych wielu lat, które rozegrała na niesamowitym poziomie i które teraz wychodzą. Bo to też nie jest tak, że wcześniej Iga się nie stresowała. I to jest ten stres, który kumulował się od wielu lat. Na pewno brakuje u niej spokoju oraz trochę takiej czystej radości z gry.

    – To wszystko łatwo się mówi z boku, bo sama też przez to wszystko przechodziłam i wiem naprawdę, jak to jest. Widząc ją na korcie, czasem mam aż wręcz dreszcze, bo powracam do swoich lat i momentów, gdzie nie szło. Gdzie na treningu było okay, ale na mecz to się niestety w ogóle nie przekładało. Widzę, że ona bardzo walczy i to z sobą oraz z emocjami, żeby je opanować. Przede wszystkim chodzi o to, żeby mieć nad emocjami kontrolę, a to naprawdę nie jest łatwe. Dlatego to też kosztuje ją tyle zdrowia. A jak sobie z tym poradzić? Szczerze mówiąc, to jest duża praca poza kortem, chodzi o rzeczy, które pozwolą nam zapominać o tym, czym się z taką intensywnością zajmujemy. Czerpać radość z rzeczy, które są jakby pozasportowe, pozakortowe, z pasji.

    I to wszystko wymagałoby tego niepopularnego i na pewno bardzo trudnego do postawienia kroku, czyli zafundowania sobie dłuższej przerwy?

    – Ja nie chcę nikomu nic sugerować, bo każdy idzie swoją drogą. Wiele osób robi przerwy i ja się absolutnie nie dziwię. Ja na przykład, powiem na swoim przykładzie, kiedy byłam przy końcu i byłam też wrakiem człowieka fizycznie i mentalnie, ale przede wszystkim mentalnie, to wiedziałam, że przerwa już nic mi nie da. Mnie po prostu zapaliła się czerwona lampka i wiedziałam, że ona nie zgaśnie. To są poważne decyzje i każdy je podejmuje absolutnie wedle własnego uznania. Czy Idze by pomogła? Ciężko powiedzieć, bo to są już radykalne posunięcia, by odpuścić pół sezonu lub cały sezon. Myślę, że aby wyjść spokojnie na kort, przede wszystkim trzeba znaleźć spokój poza kortem. Zawsze mówię i też nad tym teraz pracuję z Magdą, która ma już swoje lata oraz lata swoich doświadczeń i była na różnych etapach kariery, że dopóki sama czujesz się dobrze poza kortem, wtedy wychodzi to na korcie. Wszystko musi być poukładane poza kortem. Ten cały spokój wewnętrzny i dystans do tego, co robimy, ta radość z tego, że wychodzimy. Ale to jest proces, nad którym myślę, że Iga też pracuje i zdaje sobie z tego sprawę. To po prostu w ten sposób działa, że nie jest tak, że my wychodzimy na kort i nagle nie myślimy o tym co jest poza, bo to się wszystko łączy i później wychodzi. Jak nie wyjdzie w całym secie, to wyjdzie w tie-breaku, bo od razu widać te emocje, kiedy faktycznie dochodzimy do momentu, gdzie nerwy są już na granicy. Musi być spokój poza kortem, nie tylko jako zawodniczki, ale i człowieka. To się tak łatwo mówi, lecz poza kortem niestety jesteśmy przebodźcowani wieloma rzeczami. Później na korcie widzimy tak naprawdę tylko wierzchołek góry, a tenis to praca 24 godziny przez 7 dni w tygodniu. Dlatego ja tutaj siedzę, a nie gram tam, bo już nie byłam w stanie tego wszystkiego wziąć na barki. Po latach, które mi się skumulowały, nie potrafiłam już na tym poziomie funkcjonować z wszystkim, co było dookoła. Tu w grę wchodzi praca przede wszystkim poza kortem i ona trochę potrwa.

    – Myślę, że dla Igi to na pewno jest najcięższy sezon ze wszystkich, ale ona jest taką zawodniczką, która swoim charakterem i mentalnością zawodnika na najwyższym poziomie, z tego wyjdzie. Niech jednak zdaje sobie sprawę, że to jest proces, a więc potrzeba czasu i nie panikować, że to nie przychodzi już teraz, bo to tak nie działa. Podejrzewam że dla wielu osób jest to niezrozumiałe, bo byli dalecy od tego typu sytuacji i nie każdy uprawiał sport, ale naprawdę tenis jest brutalnym sportem. I to na każdym podłożu, zwłaszcza dla osoby, która zmaga się z największą presją, jaką jest wygrywanie turniejów. Można podać przykłady wielu zawodniczek i zawodników, którzy nie do końca sobie radzili i grają falami. Nie to, że nagle są nieprzygotowani lub grają gorzej w tenisa, po prostu nie radzą sobie z własnymi emocjami. Dlatego ja na przykład jestem pełna podziwu i nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak dalej Novak Djoković gra na tym poziomie.

    To prawda.

    – Po tylu latach, po tym, co już zostawił na korcie, po tych wszystkich turniejach, po tych meczach, zwłaszcza jak tyle czasu rywalizował z Nadalem i Federerem. Dla mnie to jest człowiek nie z tej ziemi. Właśnie pod względem emocjonalnym, że dalej jest w stanie rywalizować na najwyższym poziomie. I dalej gra tu po to, żeby wygrać turniej. Jest to dla mnie rzecz niebywała. Kibicuję mu najbardziej, bo wiem, jakie to jest ciężkie, że znajduje swoją motywację. On tak musi pracować 24 na 7, żeby być w stanie wciąż wychodzić na kort tak, jak kilkanaście lat temu i być tak mentalnie przygotowanym do rywalizacji. To coś niesamowitego.

    Taka zdolność charakteryzuje absolutne jednostki.

    – Jest on, długo-długo nikt i dopiero reszta. Tak, to są jednostki, które rodzą się raz na 100 lat. Przechodząc to wszystko jako sportowiec i samemu będąc na korcie człowiek dopiero zdaje sprawę, na jakim jest poziomie i co musi robić, żeby tutaj być.

    Nawiązując jeszcze do tego, co pani tak pięknie powiedziała, bardzo głęboko na temat Igi Świątek, jej położenia i całej tej sytuacji, przyszły mi na myśl słowa lata niesłyszanej Iwony Kuczyńskiej, która dla mnie zrobiła wyjątek przy okazji Roland Garros. Użyła bardzo wymownej metafory, iż Iga Świątek nadal jest tym pięknym ptakiem, tylko dziś ten piękny ptak wygląda tak, jakby był zamknięty w klatce. I musi się z tej klatki uwolnić, by znów rozwinąć skrzydła.

    – Tak, w stu procentach tak. Ale

  • Świątek zeszła z kortu, a tu organizatorzy Wimbledonu ogłaszają. Cudowny komunikat

    Świątek zeszła z kortu, a tu organizatorzy Wimbledonu ogłaszają. Cudowny komunikat

    Błyskawicznie Iga Świątek rozprawiła się z Taylor Townsend w 1. secie 1. rundy Wimbledonu. Później jednak to rywalka doszła do głosu i wygrała 6:2. Dopiero trzeci set wyłonił zwyciężczynię. W nim lepsza okazała się Polka i to ona ostatecznie triumfowała 6:1, 2:6, 6:3. Niedługo po jej zwycięstwie ukazał się wyjątkowy komunikat ze strony organizatorów Wimbledonu. 25-latka została doceniona.

    Iga ŚwiątekHENRY NICHOLLS / AFPAFP

    Pierwsza runda Wimbledonu okazała się prawdziwym pogromem dla polskich tenisistek. Maja Chwalińska przegrała z Mananchayą Sawangkaew, co było w dużej mierze pokłosiem kontuzji odniesionej przez nią w drugim secie. Z turnieju odpadły także Magdalena Fręch i Magda Linette. Lepszy okazały się kolejno Anna Kalinska i Mirra Andriejewa.

    Dopiero dzień później, we wtorek do rywalizacji w najstarszym turnieju tenisowym przystąpiła Iga Świątek. Kibice nie wyobrażali sobie nawet, żeby wzorem koleżanek z kadry i ona odpadła już na pierwszej przeszkodzie. A tą była Taylor Townsend.

    Taylor Townsend postawiła się Idze Świątek. Trzysetowy bój w 1. rundzie Wimbledonu

    Amerykanka dość szybko została przez Raszyniankę przełamana, a nasza tenisistka wypracowała sobie wysoką przewagę. Dość powiedzieć, że od stanu 1:0 dla rywalki wygrała sześć gemów z rzędu i po 31 minutach było 1-0 w setach dla Polki.

    Niestety w drugim gemie 3. rakietę świata dopadła kompletna niemoc. Zaczęła popełniać podwójne błędy serwisowe, mylić się przy prostych zagraniach, co pozwoliło rywalce jej odskoczyć. Zaczęło się od 4:0 dla Amerykanki. Skończyło się na 6:2 i koniecznością rozgrywania trzeciego seta.

    Niestety widać było, że Iga na korcie mocno się męczy. Podwójne błędy serwisowe się mnożyły, a rywalka wyglądała na dużo spokojniejszą. Pierwszy gem trwał niemal 15 minut i dopiero po wielu wymianach padł łupem Raszynianki. Był to jasny sygnał, że wydrzeć zwycięstwo nie będzie łatwo.

    Wraz z upływem czasu Świątek zaczęła odzyskiwać rezon, a po jej przeciwniczce widać było coraz silniejsze oznaki zmęczenia. Polka wyszła na prowadzenie 4:2 i zaczęła narzucać na Townsend coraz większą presję. Do tego miała szczęście po swojej stronie. Po ponad 2-godzinnej batalii wygrała 6:1, 2:6, 6:3 i awansowała do 1/32 finału. Chwilę później ukazał się komunikat ze strony Wimbledonu.

    Wyjątkowy komunikat organizatorów Wimbledonu. Tak doceniono postawę Świątek

    Gdy Iga Świątek schodziła już z kortu, ukazał się komunikat ze strony Wimbledonu. Cudowny z perspektywy Polki. Doceniono jej postawę.

    Mistrzowski występ. Iga Świątek przeszła trudną próbę w meczu z Taylor Townsend i rozpoczęła obronę tytułu od zwycięstwa.

    Błyskawicznie zaroiło się od komentarzy chwalących heroiczną postawę Polki. Bez echa nie przeszła także jej reakcja – po zwycięstwie w oczach 25-latki pojawiły się łzy. Wyraźnie rozemocjonowana wzniosła do góry pięść w geście zwycięstwa.
    Iga Świątek

    Iga ŚwiątekTolga AkmenEPA
    Taylor Townsend

    Taylor TownsendTolga AkmenEPA

    Najlepsze akcje z meczu Magda Linette – Mirra Andriejewa.

  • Świątek wracała po 2:6 w meczu z mistrzynią z Paryża. O wyniku decydował trzeci set

    Świątek wracała po 2:6 w meczu z mistrzynią z Paryża. O wyniku decydował trzeci set

    Wimbledon przyzwyczaił nas do pewnej tradycji, że obrończyni tytułu otwiera wtorkowe zmagania na korcie centralnym. W tym roku takiego zaszczytu dostąpiła Iga Świątek. Nasza reprezentantka wyszła na główną arenę tuż po godz. 14:30 czasu polskiego, by zmierzyć się z mistrzynią Roland Garros 2026 w deblu – Taylor Townsend. Po pierwszej partii nastał zwrot akcji, Amerykanka doprowadziła do trzeciego seta. Ostatecznie Raszynianka triumfowała 6:1, 2:6, 6:3. Wiemy, z kim zagra w drugiej rundzie.
    Iga Świątek rywalizowała z Taylor Townsend o awans do drugiej rundy Wimbledonu

    Iga Świątek rywalizowała z Taylor Townsend o awans do drugiej rundy WimbledonuHenry NichollsAFP

    W zeszłym sezonie Iga Świątek zadziwiła tenisowy świat, zdobywając swój pierwszy tytuł od 13 miesięcy właśnie podczas Wimbledonu. Na dodatek nasza reprezentantka dokonała tej sztuki w spektakularnym stylu, pokonując w finale Amandę Anisimovą 6:0, 6:0. Teraz Polka musiała się zmierzyć z presją, jaka towarzyszy obrończyni trofeum. Raszynianka przyznała, że turniej WTA 500 w Bad Homburg nie dał jej takiej pewności siebie, jak przed rokiem. I trudno się temu dziwić – w minionym sezonie dotarła do finału, tym razem zakończyła swój udział już po pierwszym spotkaniu, przegrywając w drugiej rundzie z Emmą Navarro.

    W efekcie 25-latka dotarła do Londynu bez wygranego meczu na trawie w tym sezonie. Forma Świątek przed Wimbledonem stanowiła zatem wielką niewiadomą. Pierwszy test nadszedł dziś. Jak przystało na obrończynię tytułu, Iga otwierała wtorkowe zmagania na korcie centralnym. Premierową rywalką okazała się Taylor Townsend – świetna deblistka. Amerykanka zdobyła wielkoszlemowe trofeum m.in. podczas tegorocznego Roland Garros, wygrywając zmagania w parze z Kateriną Siniakovą. Czeszka zagościła w boksie tenisistki z USA podczas dzisiejszego meczu, podobnie Naomi Osaka. Z kolei w Loży Królewskiej zasiadła rodzina Raszynianki: tata Tomasz i siostra Agata.

    Wimbledon: Iga Świątek kontra Taylor Townsend w pierwszej rundzie

    Mecz rozpoczął się od podania Townsend. Zawodniczka ze Stanów Zjednoczonych ruszyła z dużym animuszem. Próbowała zaskakiwać akcjami serwis + wolej oraz agresywnymi returnami. W pierwszym gemie wróciła ze stanu 15-30 i nabrała rozpędu. Po zmianie stron pojawiła się seria break pointów dla Taylor po tym, jak objęła prowadzenie 40-0 na returnie. Potem jednak Świątek rozegrała kilka dobrych akcji, pojawił się też lepszy serwis. Ostatecznie Raszynianka obroniła w sumie pięć okazji na 2:0 i doprowadziła do wyrównania.

    W następnych minutach Polka coraz lepiej dostosowywała się do odmiennego stylu gry przeciwniczki. To zaowocowało szybkim przełamaniem dla obrończyni tytułu. Na tym się nie skończyło. 25-latka poszła za ciosem i kolekcjonowała kolejne “oczka”. Błyskawicznie zrobiło się 5:1 dla naszej reprezentantki. Set dobiegł końca już w trakcie siódmego rozdania. Początkowo Amerykanka posiadała piłkę na drugiego gema, ale popełniła podwójny błąd i doszło do równowagi. Wtedy Świątek przechyliła losy na swoją korzyść. Partię zamknęło efektowne minięcie Igi po przekątnej. Ostatecznie Polka triumfowała 6:1 w premierowej odsłonie.

    Townsend szukała odpowiedzi na starcie drugiej części pojedynku. Wykorzystała moment rozluźnienia po stronie Raszynianki i już na “dzień dobry” Amerykanka uzyskała przełamanie. Po zmianie stron obrończyni tytułu walczyła z dużym poświeceniem w obronie, ale mimo walki na przewagi, ostatecznie nie było powrotnego break pointa dla Świątek. Ten krótki fragment wystarczył do tego, by sytuacja na korcie obróciła się o 180 stopni. Nagle Iga zatraciła dobry rytm, czego dowodem były dwa podwójne błędy serwisowe na koniec trzeciego gema.

    Na tablicy wyników błyskawicznie zrobiło się 4:0 dla Taylor. Wynikało to w dużej mierze z błędów po stronie trzeciej rakiety świata. W trakcie piątego rozdania Polka w końcu zdobyła premierowe “oczko” w partii. Mimo to Amerykanka kontrolowała sytuację i już w trakcie ósmego gema doczekała się setboli. Świątek do końca próbowała walczyć, z wyniku 15-40 wyszła na break pointa. Ostatecznie Townsend utrzymała przewagę podwójnego przełamania. Na koniec posłała asa i z zaciśniętą pięścią schodziła na ławeczkę z wynikiem 6:2.

    Świątek udała się na przerwę, próbowała się zresetować przed decydującą odsłoną. Tym razem Iga utrzymała podanie na starcie, chociaż… znów było gorąco. Po dwóch podwójnych błędach serwisowych z rzędu, Townsend miała break pointa. Potem pojawiały się kolejne. Panie stoczyły rywalizację, która trwała kilkanaście minut. Najważniejszy punkt rozdania trafił na konto Raszynianki. W następnym fragmencie obie tenisistki dość pewnie dokładały “oczka” przy własnym podaniu. Nasza reprezentantka też podniosła poziom.

    W trakcie szóstego gema Świątek posłała bardzo dobry return, po którym pojawiły się dwa break pointy z rzędu dla obrończyni tytułu na 4:2. Podczas kolejnej akcji złapała rywalkę na przy siatce i przełamanie stało się faktem. Gdy wydawało się, że Iga wreszcie złapała wiatr w żagle, nagle znów wróciły problemy z podaniem. Po podwójnym błędzie serwisowym Townsend otrzymała break pointa. Wtedy wkradła się pomyłka Raszynianki w trakcie wymiany.

    Po zmianie stron Amerykanka podawała po wyrównanie na 4:4. Wygrała pierwszy punkt, ale kolejne wpadały na konto naszej reprezentantki. Świątek nie miała problemów z domknięciem pojedynku. Pewnie wyserwowała sobie zwycięstwo 6:1, 2:6, 6:3, posyłając na koniec asa. W drugiej rundzie zmierzy się z Karoliną Pliskovą.

    Dokładny zapis relacji z meczu Iga Świątek – Taylor Townsend jest dostępny TUTAJ. Główne zmagania w Londynie potrwają do 12 lipca. Najważniejsze informacje dotyczące Wimbledonu można śledzić za pomocą specjalnej zakładki na stronie Interia Sport.
    Kobieta w białej czapce z daszkiem i białym stroju sportowym, skupiona, patrzy przed siebie w naturalnym świetle.

    Iga Świątek, WimbledonHenry NichollsAFP
    Dwie uśmiechnięte kobiety w sportowych strojach przytulają się po meczu tenisowym, jedna ubrana na różowo, druga na pomarańczowo, obie z białymi kokardami we włosach.

    Katerina Siniakova i Taylor TownsendMatthew Stockman/Getty ImagesAFP
    Kobieta w sportowej białej koszulce z logo marki Adidas stoi na tle zielonego kortu tenisowego, z wyrazem skupienia na twarzy.

    Karolina PliskovaOWEN HAMMOND/Nur PhotoAFP

    ,,Niewygodne” takie słowo padło po akcji Kecmanovicia w meczu z Sinnerem.

  • 0:6 z Chwalińską, 6:0 z finalistką Wimbledonu. Thriller Paolini w Londynie

    0:6 z Chwalińską, 6:0 z finalistką Wimbledonu. Thriller Paolini w Londynie

    Dwa lata temu Jasmine Paolini była blisko szczytu – w odstępie pięciu tygodni zagrała w dwóch wielkoszlemowych finałach: najpierw w Paryżu, później w Londynie. I wkrótce wskoczyła na czwarte miejsce w rankingu WTA. Ten sezon jest zaś fatalny. Wszystko wskazywało, że podczas Wimbledonu do żadnego przełomu nie dojdzie. W starciu ze 195. w rankingu WTA Robin Montgomery Jasmine pierwszą partię przegrała 0:6. Później zaś spotkanie się wyrównało, choć w drugiej partii Amerykanka wyrównała na 4:4 i miała break point na 5:4. Decydował jednak trzeci set, w którym Montgomery też wygrywała.
    article cover

    Jasmine Paolini po pierwszym secie była załamana. I świetnie zareagowałaBEN STANSALLAFP

    Dwa lata temu Jasmine Paolini miała swój szczytowy moment – z zawodniczki z drugiego szeregu, bo taką na dobrą sprawę była jeszcze jako 27-latka w 2023 roku, stała się gwiazdą pierwszej wielkości. Owszem, przegrała najpierw finał w Paryżu z Igą Świątek, a później w Londynie z Barborą Krejcikovą, ale przecież wcześniej był tytuł rangi 1000 w Dubaju, a później drużynowe mistrzostwo świata w ramach Pucharu Billie Jean King. Okazało się, że jest w stanie być nie tylko jedną z najlepszych deblistek, wspólnie z Sarą Errani, ale też i zawodniczką z TOP 10 w singlu. A łączenie tych dwóch specjalizacji to duża sztuka.

    Jeszcze rok temu Jasmine utrzymywała się w elicie, choć już tak nie błyszczała. W żadnym z Wielkich Szlemów nie dostała się do najlepszej ósemki, ale po drodze był podwójny tytuł w Rzymie, w singlu i deblu, półfinał w Bad Homburg, finał w Cincinnati – oba przegrane ze Świątek. Rzutem na taśmę jesienią dostała się do WTA Finals, choć – chora – wygrała zaledwie 14 gemów w trzech spotkaniach.

    A ten sezon jest po prostu fatalny. Zaledwie jeden półfinał, w WTA 500 w lutym w Meridzie, czyli turnieju, który czołówka omija szerokim łukiem. I masa zaskakujących porażek. Nawet mączka, na której Włoszka czuje się świetnie, nie przyniosła przełomu. Trzy wygrane spotkania w czterech turniejach, szybkie pożegnanie z Paryżem.

    Dziś minęło 36 dni od ostatniego zwycięskiego spotkania. I po pierwszym secie jej starcia z Robin Montgomery nic nie wskazywało, że dojdzie tu do jakiegoś przełomu.

    Amerykanka, 195. zawodniczka rankingu WTA, wygrała bowiem partię otwarcia 6:0.

    Wimbledon. Jasmine Paolini kontra Robin Montgomery. 6:0 w pierwszym secie dla Amerykanki

    Ta pozycja Montgomery jest jednak trochę zakłamaniem rzeczywistości. Rok temu Amerykanka była na początku drugiej setki, mimo już sporych problemów zdrowotnych. W finale kwalifikacji Wimbledonu przegrała w Roehampton z Kają Juvan. I na dziewięć miesięcy zniknęła z kortów.

    Wróciła na przełomie marca i kwietnia w Bogocie, później szukała formy w mniejszych imprezach na mączce w Europie. I było już coraz lepiej, gdy w Oeiras “dopadła” ją rozpędzająca się Maja Chwalińska. Polka wygrała ich 80-minutowe starcie 6:2, 6:0, później zdobyła tytuł. A Robin swoje pięć minut miała w połowie czerwca w ‘s-Hertogenbosch. Doszła do finału i bez gry zdobyła tytuł – po zaciętym spotkaniu z Magdą Linette zrezygnowała bowiem Barbora Krejcikova.
    Zbliżenie tenisistki uderzającej piłkę rakietą podczas dynamicznego ruchu na korcie.

    Robin MontgomeryHenry NichollsAFP

    Dziś w pierwszym secie Montgomery rozbijała zawodniczkę rozstawioną tu z “13”. Jedynie jeden gem był zacięty, ale to chyba on jeszcze bardziej pogrążył Włoszkę. Bo dał Amerykance prowadzenie 3:0, z podwójnym przełamaniem. I do końca tej partii Jasmine wygrała już tylko pięć punktów.

    W drugim secie Włoszka szybko jednak odskoczyła na 3:0, trybuny były z nią, wspierały po każdej udanej akcji. Tyle że za chwilę zrobiło się 3:3, Montgomery była na fali, miała dwa break pointy na 4:3. A później kolejnego na 5:4. Siłą woli Paolini przetrwała, trochę pomógł serwis, choć przecież nie imponuje siłą. Zagrała w tej końcówce mądrze, doprowadziła do trzeciej partii.
    Jasmine Paolini, Wimbledon 2026

    Jasmine Paolini, Wimbledon 2026Henry NichollsAFP

    A w niej znów wszystko było na żyletki. Montgomery wygrywała już 4:2, później przy 4:4 miała trzy szanse na przełamanie serwisu Jasmine. I znów Włoszka przetrwała, wygrała tego gema. By pięć minut później… zmarnować piłkę meczową, w dziesiątym gemie.

    Wiele wskazywało, że triumfatorkę wyłoni grany do 10 punktów tie-break. Nie doszło jednak do niego – Paolini wygrała 0:6, 6:4, 7:5. I trudno się dziwić ogromnej radości zaraz po ostatnim punkcie. W każdym secie była bowiem w trudnej sytuacji.

    W drugiej rundzie Włoszka zmierzy się z Viktoriją Golubic.
    Zawodniczka tenisowa w białym stroju trzymająca rakietę, pozuje na tle zielonego boiska, jedna ręka uniesiona do twarzy jako gest skupienia lub odpoczynku.

    Jasmine PaoliniDAISUKE URAKAMIAFP

    Najlepsze akcje – Wimbledon 29.06.2026.

  • Brutalny atak na Chwalińską po porażce na Wimbledonie. Psycholog w akcji

    Brutalny atak na Chwalińską po porażce na Wimbledonie. Psycholog w akcji

    Pechowa porażka Mai Chwalińskiej na Wimbledonie sprowokowała lawinę wsparcia, lecz i sporą dozę brutalnych komentarzy. Kilka z nich ujawnia psycholog Rafał Koszyk. I od razu wkracza do akcji. W dosadny sposób podsumowuje tych, którzy bez pardonu atakują 24-letnią tenisistkę. Ma im do powiedzenia zwłaszcza jedno.
    Maja Chwalińska, Wimbledon 2026

    Maja Chwalińska, Wimbledon 2026Dubreuil Corinne/ABACA/Abaca/East News East News

    Nie tak miała wyglądać przygoda Mai Chwalińskiej z Wimbledonem. W meczu pierwszej rundy z Mananchayą Sawangkaew Polka prowadziła 6:2 i 5:2 i wydawało się, że już nic nie może odebrać jej zwycięstwa. Niestety, przy piłce meczowej Maja poślizgnęła się i doznała kontuzji stopy.

    Choć spotkanie dokończyła, nie była już w stanie normalnie grać i z kortu schodziła z eliminacją. Tajka zwyciężyła 2:6, 7:5, 6:2.

    Na konferencji prasowej Chwalińska wyjaśniła, że jej problemy ze zdrowiem wynikały nie tylko z upadku. “Tak naprawdę już pod koniec drugiego seta zaczęły łapać mnie skurcze. Uważam, że to nie było czysto fizyczne, tylko złożyło się na to dużo rzeczy” – mówiła.

    Poza stresem i intensywnym czasem, także to, że nie odbyliśmy perfekcyjnego przygotowania do Wimbledonu

    Tymczasem echa jej pechowej porażki w Londynie wciąż wybrzmiewają i częściowo budzą także nieprzyjemne komentarze. Stanowczo reaguje na nie psycholog Rafał Koszyk.

    Ciosy w Chwalińską po przegranej na Wimbledonie. Psycholog staje w obronie

    Po porażce na Wimbledonie Maja Chwalińska może liczyć na wsparcie i zrozumienie bliskich, współpracowników i kibiców. Są też jednak tacy, którzy w bezlitosny sposób atakują tenisistkę.

    Niektóre z negatywnych komentarzy upublicznia Rafał Koszyk, niegdysiejszy bobsleista, skeletonista i złoty medalista młodzieżowych mistrzostw Polski (2011) w sztafecie 4×100 m, a dziś psycholog współpracujący ze sportowcami.

    “Ku braku mojego zdziwienia pod informacją o wyniku meczu w moment pojawiły się komentarze, że Maja Chwalińska się skończyła, że nie umie grać, że zabrała komuś miejsce i powinna wygrać nawet na jednej nodze, bo tak w ogóle, to turniej życia się skończył” – opisuje w mediach społecznościowych.

    I właśnie dlatego coraz bardziej przekonuję się, że część ludzi nie ogląda sportu dla sportu. Oni chyba oglądają go po to, żeby doczekać momentu, w którym komuś się noga powinie żeby móc mu do********ć. W tym wypadku dosłownie się powinęła

    Z jego obserwacji wynika, że gdy sportowiec wygrywa, jest traktowany jak bohater, a gdy przegrywa, nieraz zrównuje się go z ziemią.

    “A najbardziej, to śmieszy mnie jaka pewność siebie bije z tych komentarzy. Dwie godziny przed telewizorem i już wiadomo, kto się skończył, kto nie ma talentu i kto nie zasługuje na miejsce w turnieju” – twierdzi.

    Przypomina, że Chwalińska niedawno dotarła do finału wielkoszlemowego Roland Garros. “Wiecie, co mnie mierzi? Nie to, że ludzie nie rozumieją sportu. Najgorsze jest to, że coraz częściej nie potrafią uszanować nawet czyjegoś wysiłku” – dorzuca.

    Przekonuje, że aby w ogóle otrzymać możliwość szansy gry na Wimbledonie, “trzeba poświęcić na sport na prawdę kawał życia, ale żeby napisać chamski komentarz po porażce, wystarczy mieć telefon i bardzo mało refleksji i takich innych różnych”.

    Internauci przyjęli ten wpis z entuzjazmem. Piszą, jak ważne jest wsparcie okazywane sportowcom zwłaszcza w słabszych chwilach. “Świetny i bardzo ważny post”, “Niektórzy ludzie nie wiedzą, że czasem najmniejszy uraz zostawia ślad w psychice sportowca”, “Maja zasługuje dziś na takie gratulacje i wsparcie jak po finale RG, ta walka, poświęcenie, łzy”, “Porażka nie definiuje. Wróci silniejsza” – podsumowują temat.

    Maja Chwalińska: Trzeba to zaakceptować.

  • Tak Wimbledon zachował się wobec ojca i siostry Świątek. Klasy nie kupisz

    Tak Wimbledon zachował się wobec ojca i siostry Świątek. Klasy nie kupisz

    W meczu pierwszej rundy tegorocznego Wimbledonu Iga Świątek trafiła na reprezentantkę Stanów Zjednoczonych – Taylor Townsend. W tym, by był to dla niej udany początek wielkoszlemowych zmagań pomóc miało jej wsparcie najbliższych. Na trybunach pojawili się bowiem jej siostra Agata oraz ojciec Tomasz, którzy mogli liczyć na specjalne traktowanie ze strony władz Wimbledonu.
    Iga Świątek na korcie w białym stroju; obok okrągłe zdjęcia Tomasza i Agaty Świątek na trybunach.

    Wimbledon. Na zdjęciu od lewej: Tomasz Świątek, Agata Świątek, Iga ŚwiątekDaisuke Urakami / Yomiuri / The Yomiuri Shimbun via AFP / Polsat Sport Premium 1AFP

    Przed rokiem Iga Świątek zaskoczyła w zasadzie wszystkich, pierwszy raz w karierze triumfując na kortach Wimbledonu. W wielkim finale nasza tenisistka bezlitośnie Amerykankę Amandę Anisimovą, nie tracąc ani jednego gema.

    Teraz po powrocie do Londynu los natychmiast skojarzył ją z kolejną tenisistką ze Stanów Zjednoczonych – zajmującą obecnie 79. lokatę w rankingu Taylor Townsend. A podczas spotkania rozgrywanego na centralnym korcie brytyjskiego kompleksu All England Lawn Tennis Club 25-letnia Raszynianka mogła liczyć na wyjątkowe wsparcie.

    Wimbledon. Iga Światek ze wsparciem. Tata i siostra w wyjątkowym miejscu

    Na trybunach londyńskiego obiektu pojawili się bowiem starsza siostra Igi Świątek – Agata Świątek (która niegdyś także trenowała tenisa) oraz jej ojciec Tomasz Świątek. Przy czym stwierdzenie “na trybunach” to po części drobne niedopowiedzenie. Oboje zasiedli bowiem nie byle gdzie, bo w loży królewskiej. I to w jej centralnym planie.

    Czujne oko kamery jeszcze przed rozpoczęciem spotkanie wychwyciło najbliższych Igi Świątek, prezentując ich telewidzom.

    – Nie każdy ma okazję tam usiąść, szczególnie w pierwszym rzędzie – podkreślili komentatorzy na antenie stacji Polsat Sport Premium 1 zaznaczając, na jakie honory mogą liczyć na Wimbledonie Agata i Tomasz Świątek.
    Tenisistka w białym stroju sportowym i czapce trzymająca rakietę tenisową, skupiona na korcie podczas meczu, z rozmytą widownią w tle.

    Iga ŚwiątekSAEED KHANAFP
    mężczyzna w szarej koszulce stoi na korcie tenisowym, w tle balon w kształcie cyfry 1 oraz dekoracje związane z wydarzeniem sportowym, po prawej stronie osoba z trofeum

    Tomasz ŚwiątekArtur WidakAFP

    TOP 3 akcji Mai Chwalińskiej z meczu z Mananchayą Sawangkaew.

  • 6:2, 6:1. Wielka zmiana u mistrzyni z Paryża. Powodem sukces Świątek

    6:2, 6:1. Wielka zmiana u mistrzyni z Paryża. Powodem sukces Świątek

    Coco Gauff udanie rozpoczęła swoją przygodę z tegorocznym Wimbledonem, pokonując w premierowym meczu 6:2, 6:1 reprezentantkę Niemiec Tamarę Korpatsch. Po wygranej triumfatorka Rolanda Garrosa z ubiegłego roku pojawiła się na konferencji prasowej, podczas której mówiła między innymi o sporej przemianie, jaka u niej zaszła. A wszystko z powodu Igi Świątek, która w Londynie broni wielkoszlemowego tytułu.
    Coco Gauff na korcie w białym stroju, obok portret Igi Świątek w okrągłej ramce, obie z zaciśniętą pięścią.

    Na zdjęciu Coco Gauff oraz Iga ŚwiątekKirill KUDRYAVTSEV / AFP AFP

    Do dziś najlepszym wynikiem Coco Gauff na Wimbledonie jest IV runda, na której kończyła swoje zmagania w 2019, 2021 oraz 2024 roku. Pod tym względem londyńska odnoga Wielkiego Szlema odstaje w CV Amerykanki od trzech pozostałych imprez. Mówimy wszak o mistrzyni US Open i Rolanda Garrosa, a także półfinalistce Australian Open.

    Wimbledon. Coco Gauff wygrała pierwszy mecz. Zaczęła mówić o Idze Świątek

    O swoim podejściu do gry na trawie 22-letnia zawodniczka wspomniała nieco podczas konferencji prasowej po swoim triumfie 6:2, 6:1 nad Niemką Tamarą Korpatsch w pierwszej rundzie Wimbledonu, zestawiając tę nawierzchnię z mączką oraz twardym kortem.

    Trawa zmusza mnie do bycia bardziej agresywną i ufania we własne uderzenia. Serwuję na niej także mocniej niż zawyczaj. Także dlatego, że obecnie zmieniam swój serwis. Już go zmieniłam. Teraz czuję się bardziej pewna tego, że mogę uderzyć w każde miejsce w każdej chwili

    I dodała: – Staram się zwizualizować, jak chcę grać na trawie. Czuję, że w końcu mam na to pomysł w mojej głowie, teraz chodzi tylko o jego realizację. Wcześniej podchodziłam do tego punkt po punkcie. Teraz mam jasny plan i rzeczy, które chcę wykonać. Zanim do tego doszło po prostu dostosowywałam się do rywalek. Teraz zmuszam do tego przeciwniczki.

    Coco Gauff zaznaczyła jednocześnie, że ogromną rolę w jej przemianie odegrała… Iga Świątek i jej ubiegłoroczny – dość zaskakujący dla opinii publicznej – triumf na Wimbledonie. Dopatruje się bowiem podobieństw u siebie i polskiej tenisistki.

    – Myślę, że to zmieniło moją perspektywę względem tego, jak potrafię grać na trawie. Szczerze mówiąc, to główny aspekt – ujawniła reprezentantka Stanów Zjednoczonych, która w drugiej rundzie Wimbledonu zmierzy się z pochodzącą z Argentyny 56. zawodniczką rankingu WTA – Solaną Sierrą.
    Tenisistka w szarej koszulce i czapce, z rakietą tenisową w ręku, wyraża frustrację w czasie meczu na korcie.

    Iga ŚwiątekMark J. TerrillEast News
    Kobieta w czapce sportowej trzyma biały ręcznik przy twarzy, wygląda na skoncentrowaną i zmęczoną po intensywnym wysiłku fizycznym.

    Iga ŚwiątekWILLIAM WEST / AFPAFP
    Kobieta w sportowej bluzie i czapce z daszkiem udziela wywiadu przy mikrofonie podczas konferencji prasowej Roland Garros.

    Iga ŚwiątekArtur GacAFP

    Iga Świątek: Taylor Townsend ma wyróżniający się styl i nie będzie to łatwa pierwsza runda