Jelena Rybakina jest w tym roku najlepszą tenisistką świata. Zebrała najwięcej punktów, wygrała jeden ze szlemów, a rywalki z top 10 rankingu pokonuje seryjnie. Błąd: pokonywała. Wygranie aż 15 z ostatnich 20 takich meczów to jej świetna statystyka, ale teraz w zaledwie tydzień dwa razy zepsuła ją Iga Świątek.
To były bardzo przykre obrazki. Najpierw Jelena Rybakina złapała się za lewą łydkę. Po chwili poprosiła o pomoc medyczną. Za dwie-trzy minuty wróciła na kort, ale po tym jak wykonała nieudany serwis, ze łzami w oczach podeszła do siatki i pogratulowała Idze Świątek zwycięstwa. Zrezygnowała z gry przy stanie – patrząc z jej perspektywy – 1:4 i 40:40.
W ciągu zaledwie tygodnia Rybakina – kandydatka na nową numer jeden światowego tenisa – przegrała dwa mecze ze Świątek, czyli byłą numer jeden – w finale turnieju WTA 1000 w Toronto i teraz, w ćwierćfinale imprezy takiej samej rangi w Cincinnati. Szkoda, że ten drugi, czwartkowy pojedynek Polki i Kazaszki był tak krótki. Ale i z tej zaledwie półgodzinnej rywalizacji można wyciągnąć pewne wnioski.
Były nadzieje i był kryzys Świątek
Bywało już w tym trudnym dla Świątek sezonie tak, że przedwcześnie ogłaszaliśmy jej powrót do formy. Zachwycaliśmy się, gdy w marcu w Indian Wells rozbiła 6:2, 6:0 idącą wtedy od zwycięstwa do zwycięstwa Karolinę Muchovą. A że chwilę wcześniej pewnie pokonała też m.in. Marię Sakkari, to już chcieliśmy widzieć Polkę w walce o kolejne wielkie rzeczy. Wtedy boleśnie sprowadziła nas na ziemię Elina Switolina. To samo Ukrainka zrobiła w maju w Rzymie. Tam Świątek pierwszy raz w sezonie doszła do półfinału. Po drodze zdeklasowała m.in. Naomi Osakę (6:2, 6:1) i Jessikę Pegulę (6:1, 6:2). Ale znów Switolina była dla Igi jak ściana (wygrała 6:4, 2:6, 6:2).
Po Rzymie przyszło rozczarowanie na Rolandzie Garrosie (Świątek odpadła w IV rundzie z Martą Kostiuk), przyszła porażka już w pierwszym meczu w Bad Homburgu (z Emmą Navarro), przyszło szybkie odpadnięcie z Wimbledonu (w III rundzie z Alexandrą Ealą). I dopiero po miesięcznej przerwie po turnieju, w którym Iga broniła mistrzostwa i który – co widzieliśmy – kosztował ją ogromnie dużo, coś naprawdę się zmieniło.
Świątek nie musi być kwiatem lotosu
Po pierwsze: Świątek miała więcej czasu na treningi z Francisco Roigiem niż kiedykolwiek wcześniej. Po drugie: zrozumiała, że najbardziej stresujące rzeczy już za nią. Przepracowała wszystko z Darią Abramowicz i nie jest dziś na korcie kłębkiem nerwów. W porządku, oazą spokoju też nie jest, ale to człowiek z krwi i kości, a nie kwiat lotosu. Jeśli zdarzy jej się rzucić w emocjach przekleństwo, to trudno. Ważne, że czymś takim potrafi rozładować napięcie, że już tym sobie nie szkodzi, co obserwowaliśmy przez długie miesiące.
Nie zapominajmy o jeszcze jednej ważnej rzeczy i to jest to “po trzecie” – Iga cały czas świetnie wygląda pod względem fizycznym. Tu kapitalną robotę robiła, robi i pewnie będzie jeszcze długo robiła ze specem, jakim jest Maciej Ryszczuk.
Na tych trzech rzeczach Świątek teraz bazuje. Po jej 10 wygranych meczach z rzędu chyba możemy już ze spokojem stwierdzić, że naprawdę wróciła do formy, jakiej nie pokazywała od ubiegłorocznego Wimbledonu.
Przegrywać czasem to normalna rzecz
Oczywiście za chwilę Świątek może przegrać (absolutnie nie musi – jest faworytką do zwycięstwa – ale może). W półfinale turnieju w Cincinnati spotka bardzo wymagającą przeciwniczkę, jaką jest Jessica Pegula. Ale są podstawy, żeby wierzyć, że ewentualnie przegrany mecz już nie spowoduje u Polki rozchwiania. Że to, co sobie odbudowała w Toronto i w Cincinnati ma fundament na tyle mocny, że już stoi na nim pewność, że w ostatnim tegorocznym turnieju wielkoszlemowym można i trzeba powalczyć o wynik lepszy niż w Australian Open, Rolandzie Garrosie i Wimbledonie.
W Melbourne był ćwierćfinał, czyli V runda. W Paryżu była IV runda, na Wimbledonie – III. To była niepokojąca tendencja spadkowa, ale niemal na pewno w Nowym Jorku Świątek ją zatrzyma. Więcej – ona niemal na pewno pojedzie tam jako jedna z faworytek do końcowego triumfu.
Tego Świątek najbardziej brakowało. Przegrywała seryjnie
Wygrany mecz z Pegulą w Rzymie długo był jedynym zwycięstwem Świątek nad kimś z top 10 w całym 2026 roku. Na tym bezrybiu pojawiały się głosy, że dobry i taki rak: czytaj, że Pegula na mączce to nie jest pełnowartościowa rywalka z top 10.
Na pewno teraz wygrane nad Switoliną w Toronto (arcycenne 6:3, 1:6, 6:3 w półfinale) oraz nad Rybakiną w Toronto (6:2, 6:3 w finale) i nad Rybakiną w Cincinnati (4:1 i krecz rywalki) są jak papierek lakmusowy, który wskazuje, że wróciła wysoka dyspozycja naszej tenisistki.
Jasne, seria 10 wygranych meczów z rzędu i trzy kolejne wygrane pojedynki z rywalkami z top 10 to nic wielkiego dla kogoś, kto kiedyś miał passę 37 zwycięstw (w 2022 roku) i w jednym roku potrafił wygrać 15 meczów z rywalkami z pierwszej dziesiątki (też w 2022 roku). Ale doceńmy ten najnowszy przełom Igi choćby dlatego, że dwie wygrane z rzędu nad Rybakiną to zwycięstwa nad obecnie najlepszą tenisistką świata.
W rankingu Race (sumowane są w nim punkty tylko z tego roku) Kazaszka jest pierwsza, a w tym roku pokonała już osiem rywalek z top 10. Licząc jej 20 ostatnich meczów z najmocniejszymi przeciwniczkami, ma aż 15 zwycięstw.
Świątek przeciw rywalkom z top 10 długo miała serię sześciu porażek z rzędu (z przełomu 2025 i 2026 roku), w tym sezonie to przez długi czas był bilans 0:4 (aż do zwycięstwa nad Pegulą), a jeszcze nieco ponad tydzień temu – 1:5. Teraz to jest 4:5. I zdecydowanie są widoki, że będzie coraz lepiej. “Wystarczy” wygrać półfinał z Pegulą i finał prawdopodobnie z kolejną rywalką ze światowego topu. A później w US Open będzie można już dalej śrubować najpierw serię zwycięstw w ogóle (w pierwszym rundach Świątek trafi na niżej notowane rywalki), a później oby też serię wygranych meczów z tenisistkami z top 10.
Powyższe zdania to oczywiście myślenie życzeniowe. Natomiast absolutnie myśleniem życzeniowym nie jest twierdzenie, że Świątek po miesiącach zagubienia się odnalazła. I że znów jest w stanie wygrywać z każdym i wszędzie. To nie znaczy, że będzie teraz niepokonana jak od lutego do lipca 2022 roku. Ale z pewnością w drugiej części tego roku Iga już pewne rzeczy sobie powetowała, a ma ochotę i możliwości, żeby pójść po więcej.

Leave a Reply