Author: newuser

  • Trzęsienie ziemi w Rzymie, koszmar Sabalenki. Ostatnie zdanie należało do Polki

    Trzęsienie ziemi w Rzymie, koszmar Sabalenki. Ostatnie zdanie należało do Polki

    Aryna Sabalenka miała pewnie zameldować się w 1/8 finału turnieju WTA 1000 w Rzymie. Po świetnym początku meczu z Soraną Cirsteą nic nie wskazywało na to, że liderka światowego rankingu może mieć jakiekolwiek problemy. Rumunka była już jedną nogą poza turniejem, ale wtedy na Campo Centrale doszło do niespodziewanego zwrotu akcji. Ostatecznie po ponad dwóch godzinach walki i ogromnych emocjach to właśnie 36-letnia Cirstea mogła świętować jedno z największych zwycięstw ostatnich miesięcy.

    Choć rzymskie korty teoretycznie nie są idealne dla Sabalenki, Białorusinka w ostatnim czasie znacząco rozwinęła swoją grę. Coraz częściej korzysta ze skrótów, chętnie atakuje przy siatce i potrafi dostosować się do wolniejszej nawierzchni. Wszystko po to, by skuteczniej walczyć o triumfy nie tylko na kortach twardych, ale także w Paryżu i Londynie. Rzym również pozostaje jednym z ważnych celów w jej kalendarzu.

    Już poprzedni mecz z Barborą Krejcikovą pokazał, że Sabalenka jest w bardzo dobrej formie. Dwukrotna mistrzyni wielkoszlemowa nie była w stanie znaleźć sposobu na agresywną i pewną siebie liderkę rankingu. Wydawało się więc, że podobny scenariusz czeka także Soranę Cirsteę.

    Rumunka, która zapowiedziała już, że zbliża się do końca kariery, stanęła przed niezwykle trudnym zadaniem. Jej największy sukces w Roland Garros miał miejsce aż 17 lat temu, gdy jako nastolatka dotarła do ćwierćfinału paryskiego turnieju. W Rzymie nigdy nie należała do ścisłej czołówki, dlatego starcie z Sabalenką wydawało się dla niej niemal misją niemożliwą.

    Początek meczu tylko to potwierdził. Sabalenka od pierwszych gemów narzuciła swoje warunki gry. Szybko przełamała rywalkę i całkowicie kontrolowała przebieg spotkania. Cirstea próbowała odpowiadać, ale przewaga liderki rankingu była wyraźna. Pierwszy set zakończył się wynikiem 6:2 dla Aryny.

    W drugiej partii Białorusinka poszła za ciosem. Błyskawiczne przełamanie i prowadzenie 2:0 sugerowały, że mecz zakończy się ekspresowo. Wtedy jednak wszystko nagle się odmieniło.

    Sabalenka zaczęła popełniać coraz więcej błędów, momentami grała zbyt ryzykownie i nonszalancko. Częściej ruszała do siatki, ale nie przynosiło to oczekiwanych efektów. Z kolei Cirstea złapała niesamowity rytm. Rumunka zaczęła trafiać niemal wszystko, grała odważnie i z ogromną pewnością siebie. Z każdą kolejną akcją rosła jej wiara, że może sprawić sensację.

    Od stanu 2:3 w drugim secie to właśnie ona przejęła inicjatywę. Grała jak zawodniczka ze światowej czołówki i kompletnie zaskoczyła Sabalenkę. Efekt był imponujący — Cirstea wygrała cztery gemy z rzędu i zamknęła seta wynikiem 6:3.

    Decydująca partia rozpoczęła się od kolejnych problemów liderki rankingu. Rumunka kontynuowała fenomenalną grę i znów przełamała Sabalenkę. Przy stanie 4:2 była o kilka gemów od ogromnej sensacji.

    W trakcie seta Aryna poprosiła jeszcze o przerwę medyczną z powodu problemów z dolną częścią pleców. Nie brakowało jednak opinii, że mogła to być również próba wybicia przeciwniczki z rytmu. Jeśli taki był plan, nie przyniósł większego efektu. Cirstea wróciła na kort skoncentrowana i nadal prezentowała tenis na bardzo wysokim poziomie.

    Kiedy serwowała po zwycięstwo przy stanie 5:3, pojawiły się nerwy. Sabalenka odrobiła stratę przełamania i doprowadziła do remisu 5:5. Wydawało się, że doświadczenie i mentalna odporność liderki rankingu mogą jeszcze odwrócić losy spotkania.

    Rumunka nie pozwoliła jednak odebrać sobie tej szansy. Jeszcze raz przełamała Sabalenkę, a chwilę później przy własnym podaniu zakończyła mecz. Po 133 minutach walki polska sędzia Marta Mrozińska wypowiedziała ostatnie słowa: gem, set i mecz dla Sorany Cirstei.

    Dla Sabalenki to jedna z najbardziej zaskakujących porażek w ostatnich miesiącach. Dla Cirstei — być może jeden z ostatnich wielkich momentów w karierze.

  • Niecodzienne sceny w Pałacu Prezydenckim. Wszystko przez spotkanie Marty Nawrockiej

    Marta Nawrocka coraz aktywniej angażuje się w obowiązki pierwszej damy i regularnie bierze udział w wyjątkowych spotkaniach. Tym razem w Pałacu Prezydenckim gościła młodych mistrzów świata w cheerleadingu z Olsztyńskiej Szkoły Cheerleaders SOLTARE, którzy niedawno odnieśli ogromny sukces podczas Championship Cup 2026 w Orlando. Reprezentanci Polski wywalczyli tam upragnione zwycięstwo, wzbudzając podziw zarówno w kraju, jak i za granicą.

    Pierwsza dama postanowiła osobiście pogratulować młodym sportowcom ich osiągnięcia. Spotkanie odbyło się w wyjątkowej atmosferze, a jego uczestnicy mieli okazję nie tylko porozmawiać z Martą Nawrocką, ale również zaprezentować swoje umiejętności w murach Pałacu Prezydenckiego. Na fotografiach udostępnionych po wydarzeniu widać efektowne akrobacje cheerleaderek i cheerleaderów, którzy wykonywali widowiskowe układy niemal pod samym sufitem reprezentacyjnych sal.

    Marta Nawrocka nie kryła zachwytu występem młodzieży. W mediach społecznościowych podkreśliła, jak wielkie wrażenie zrobiły na niej emocje towarzyszące występowi Polaków w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza moment odegrania Mazurka Dąbrowskiego tak daleko od ojczyzny.

    „Słuchałam o emocjach, które towarzyszyły Wam podczas tego wyjątkowego występu, szczególnie w chwili wykonania Mazurka Dąbrowskiego tak daleko od domu. Dziękuję za spotkanie, za piękną energię i za to, że dumnie reprezentujecie Polskę na świecie. Jesteście wspaniałym przykładem dla młodych ludzi, że pasja, konsekwencja i wiara w siebie mogą prowadzić do wielkich rzeczy” — napisała pierwsza dama.

    Maj okazał się dla Marty Nawrockiej bardzo intensywnym okresem. Po licznych uroczystościach związanych z obchodami państwowymi i publicznych wystąpieniach przyszedł czas na kolejne spotkanie, które przyciągnęło uwagę opinii publicznej. Wizyta mistrzów świata w Pałacu Prezydenckim była nie tylko okazją do gratulacji, ale także do pokazania, jak wielkie sukcesy odnoszą młodzi Polacy na arenie międzynarodowej.

  • W piątek wieczorem wyjaśniło się ws. Świątek. Dojdzie do rewanżu Polki w Rzymie

    W piątek wieczorem wyjaśniło się ws. Świątek. Dojdzie do rewanżu Polki w Rzymie

    Nie tak miał wyglądać pierwszy występ Igi Świątek w tegorocznej edycji turnieju WTA 1000 w Rzymie. Choć Polka rozpoczęła mecz z Caty McNally znakomicie i przez moment wydawało się, że błyskawicznie zamelduje się w trzeciej rundzie, później pojawiły się problemy. Ostatecznie jednak mistrzyni Wimbledonu wytrzymała trudny moment i po trzysetowej batalii awansowała dalej. Kilka godzin później stało się jasne, z kim powalczy o miejsce w kolejnej fazie zmagań na Foro Italico.

    Pierwszy set starcia z McNally był popisem Świątek. Raszynianka dominowała praktycznie w każdym elemencie gry, imponowała dynamiką i precyzją, a przy tym zachowywała pełną kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Amerykanka była bezradna i ugrała zaledwie jednego gema. Wynik 6:1 doskonale oddawał różnicę poziomów między obiema tenisistkami.

    W drugiej partii obraz meczu zaczął się jednak zmieniać. McNally podniosła poziom, zaczęła grać odważniej i coraz częściej zmuszała Polkę do długich, wymagających wymian. Świątek nie była już tak skuteczna jak wcześniej, a rywalka uwierzyła, że może wrócić do spotkania. O losach seta zdecydował tie-break, w którym Amerykanka okazała się lepsza i wygrała 7:5.

    Decydująca odsłona znów należała jednak do liderki światowego tenisa. Świątek odzyskała kontrolę, uspokoiła grę i nie pozwoliła przeciwniczce na kolejną niespodziankę. Ostatecznie triumfowała 6:3 i po niemal trzech godzinach walki zameldowała się w trzeciej rundzie rzymskiego turnieju.

    – To był naprawdę trudny mecz. Caty grała bardzo dobrze, walczyła o każdą piłkę i świetnie się broniła. Musiałam wykazać się cierpliwością i dobrze wykorzystywać swoje okazje – przyznała Polka po zakończeniu spotkania.

    Jeszcze tego samego wieczoru wyłoniono kolejną rywalkę Świątek. O awans do trzeciej rundy walczyły Emma Navarro i Elisabetta Cocciaretto. Spotkanie rozpoczęło się tuż przed godziną 21:00 i od początku było niezwykle intensywne. Obie zawodniczki stawiały na szybkie, płaskie uderzenia z bekhendu, a tempo wymian momentami robiło ogromne wrażenie.

    Znacznie lepiej w mecz weszła jednak reprezentantka gospodarzy. Cocciaretto imponowała regularnością, świetnie serwowała i bardzo pewnie utrzymywała własne podanie. Włoszka dwukrotnie przełamała Navarro i wygrała pierwszego seta 6:3. Jej ogromnym atutem był skuteczny pierwszy serwis, który funkcjonował na poziomie aż 72 procent.

    Amerykanka w drugiej partii długo nie mogła odnaleźć swojego rytmu. Popełniała sporo błędów z forhendu, a jej gra momentami sprawiała wrażenie bardzo sztywnej i nerwowej. Cocciaretto szybko objęła prowadzenie 3:0, kontrolując przebieg wydarzeń na korcie.

    Navarro miała jeszcze moment przebudzenia. W piątym gemie zanotowała efektowne przełamanie, kończąc akcję kapitalnym forhendem po linii w pełnym biegu. Przez chwilę wydawało się, że może wrócić do meczu, ale Włoszka bardzo szybko odzyskała inicjatywę. Przy stanie 5:2 Cocciaretto nie wykorzystała pierwszej okazji do zakończenia spotkania, lecz chwilę później dopięła swego.

    Ostatecznie reprezentantka Włoch wygrała 6:3, 6:3 i to właśnie ona będzie kolejną przeciwniczką Igi Świątek w Rzymie. Co ciekawe, obie tenisistki mierzyły się dotąd tylko raz. W ubiegłorocznej edycji Internazionali d’Italia Polka całkowicie zdominowała Cocciaretto, zwyciężając 6:1, 6:0.

  • Taki efekt wyprawy Osaki do Nowego Jorku. Wiktorowski wyszedł w drugim secie

    Gwiazdy światowego tenisa już na długo przed rozpoczęciem turnieju WTA 1000 w Rzymie zameldowały się na Foro Italico, by spokojnie przygotować się do rywalizacji. Iga Świątek pojawiła się we włoskiej stolicy aż dziewięć dni przed swoim pierwszym meczem. Zupełnie inną drogę wybrała jednak Naomi Osaka. Japonka tuż przed startem imprezy poleciała do Nowego Jorku, a do Rzymu wróciła dopiero w środę. Choć początkowo wydawało się, że taka decyzja nie odbije się na jej formie, spotkanie z Evą Lys pokazało coś zupełnie innego. Osaka wygrała pierwszego seta 6:4, ale później mecz kompletnie wymknął się spod kontroli. Szczególnie zastanawiający moment nastąpił przy stanie 2:1 w drugim secie, gdy lożę zawodniczki opuścił Tomasz Wiktorowski. Chwilę później gra Japonki rozsypała się całkowicie.

    Po zakończeniu turnieju w Madrycie większość zawodniczek bardzo szybko przeniosła się do Rzymu, by jak najlepiej zaaklimatyzować się przed kolejnym „tysięcznikiem”. Świątek od lat preferuje spokojne przygotowania i właśnie dlatego zjawiła się na miejscu wyjątkowo wcześnie. Tak samo funkcjonowała jeszcze w czasach współpracy z Tomaszem Wiktorowskim. Teraz jednak polski trener musi odnaleźć się przy zupełnie innym stylu pracy, bo Naomi Osaka postawiła na intensywny tydzień poza kortem.

    Japonka wybrała się do Nowego Jorku, gdzie pojawiła się na prestiżowej MET Gali organizowanej w Metropolitan Museum of Art. Czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa zwróciła na siebie uwagę efektowną kreacją, a przy okazji uczestniczyła również w wydarzeniach medialnych i wykładzie. Dopiero w środę wróciła do Rzymu i wznowiła treningi. Tego samego dnia okazało się, że jej pierwszą rywalką będzie Eva Lys.

    Niemka, urodzona w Kijowie, wróciła niedawno po problemach z kolanem, które wykluczyły ją z gry na dwa miesiące. Spadła w rankingu WTA na 80. miejsce i przed turniejem w Rzymie wygrała zaledwie jedno spotkanie w ostatnich tygodniach — z Paulą Badosą w Stuttgarcie. Już samo pokonanie Katie Boulter w pierwszej rundzie było dla niej dużym sukcesem. W starciu z Osaką pozostawała wyraźną outsiderką, nawet jeśli korty ziemne nigdy nie były ulubioną nawierzchnią Japonki.

    Pierwszy set przebiegał dokładnie zgodnie z przewidywaniami. Osaka dominowała siłą uderzeń, regularnie przejmowała inicjatywę i bezlitośnie wykorzystywała słabszy serwis rywalki. Szczególnie drugie podania Lys były natychmiast karane mocnymi returnami. Japonka szybko odskoczyła na 5:2 i wydawało się, że za chwilę zakończy seta wynikiem 6:2. Choć nie wykorzystała pierwszej okazji, ostatecznie zamknęła partię 6:4.

    Również początek drugiego seta wskazywał, że mecz zmierza ku szybkiemu zakończeniu. Osaka przełamała rywalkę i prowadziła już 2:0. Nawet chwilowa strata własnego podania nie wyglądała groźnie. Wtedy jednak wydarzyło się coś nietypowego — Tomasz Wiktorowski opuścił boks swojej zawodniczki. Według relacji miało to być wcześniej uzgodnione z Osaką, ale trudno było nie zauważyć, że od tego momentu gra Japonki zupełnie się posypała.

    Naomi zaczęła seryjnie popełniać niewymuszone błędy, traciła cierpliwość i wyraźnie się frustrowała. W całym drugim secie zanotowała aż 19 niewymuszonych pomyłek, podczas gdy Lys popełniła ich zaledwie siedem. Niemka wykorzystała chaos po stronie rywalki i odwróciła wynik, wychodząc na prowadzenie 4:2. Osaka coraz bardziej okazywała irytację, reagując nerwowo nawet na zachowanie dzieci podających piłki.

    Przy stanie 5:4 Lys serwowała po wyrównanie meczu. Miała aż trzy piłki setowe przy prowadzeniu 40:0. Dwie pierwsze zmarnowała — jedną po dłuższej wymianie, drugą po podwójnym błędzie serwisowym. Przy trzeciej szansie Osaka pomyliła się jednak forhendem, posyłając piłkę kilkanaście centymetrów za linię końcową. Set zakończył się wynikiem 6:4 dla Niemki, a Japonka natychmiast udała się do szatni.

    Początek decydującej partii również nie zwiastował dla Osaki niczego dobrego. Już w pierwszym gemie została przełamana i wyglądało na to, że całkowicie straciła kontrolę nad spotkaniem. Tym razem jednak zdołała jeszcze wrócić do gry. Zaczęła agresywniej atakować przy podaniu rywalki i wykorzystała fakt, że serwis Lys nie robił większego wrażenia.

    Mecz wciąż był jednak pełen zwrotów akcji. Osaka prowadziła 3:1, ale po chwili straciła przewagę. Później odskoczyła na 4:2, by znów zostać przełamaną mimo prowadzenia 40:15. Trzeba jednak oddać Niemce, że do samego końca walczyła niezwykle ambitnie, często rozrzucała Osakę po korcie i konsekwentnie naciskała na jej bekhend.

    Ostatecznie o wyniku przesądził serwis Evy Lys. W decydującym secie Niemka nie potrafiła utrzymać żadnego własnego gema serwisowego. Osaka z kolei wykorzystała swoje okazje i w końcówce odzyskała kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Po ponad dwóch godzinach walki triumfowała 6:4, 4:6, 6:3.

    Dzięki temu Naomi Osaka awansowała do 1/16 finału turnieju w Rzymie, gdzie jej kolejną przeciwniczką będzie Diana Shnaider.

  • Mistrzyni WTA 1000 znika ze ścieżki Świątek. Skandalistka znów bez litości

    Mistrzyni WTA 1000 znika ze ścieżki Świątek. Skandalistka znów bez litości

    Karolina Muchova w ostatnich miesiącach imponowała regularnością i rozsądnym planowaniem startów. Triumf w Dosze, półfinał w Miami oraz finał turnieju w Stuttgarcie sprawiły, że Czeszka należała do najgroźniejszych zawodniczek początku sezonu. Po intensywnym występie w Niemczech zdecydowała się nawet odpuścić obowiązkowy turniej WTA 1000 w Madrycie, godząc się na utratę punktów rankingowych, by uniknąć przemęczenia przed kluczową częścią rywalizacji na kortach ziemnych.

    Do Rzymu przyjechała więc wypoczęta i pełna nadziei na kolejny dobry wynik. Losowanie wydawało się sprzyjające — w drugiej rundzie miała zmierzyć się z kwalifikantką. Szybko jednak okazało się, że będzie nią Anastazja Potapowa, która już wcześniej zdążyła pokazać świetną dyspozycję na mączce. Reprezentująca obecnie Austrię tenisistka potwierdziła, że jej sukcesy z ostatnich tygodni nie były przypadkiem.

    Muchova już podczas australijskiej części sezonu prezentowała wysoki poziom. Dotarła do półfinału w Brisbane i do czwartej rundy Australian Open, ale prawdziwy przełom przyszedł później. Czeszka wygrała turniej w Dosze, a w Stuttgarcie dotarła aż do finału. W tym okresie przegrała jedynie pięć spotkań — dwukrotnie z Coco Gauff, a także po jednym meczu z Igą Świątek, Aryną Sabalenką i Jeleną Rybakiną.

    Potapowa z kolei przeszła w ostatnich miesiącach ogromną przemianę. Jeszcze niedawno znajdowała się blisko wypadnięcia z czołowej setki rankingu WTA, ale od kwietnia zaczęła grać znakomicie. Dotarła do finału w Linzu, a później sensacyjnie awansowała do półfinału turnieju w Madrycie, eliminując po drodze między innymi Jelenę Rybakinę.

    O rosyjsko-austriackiej zawodniczce było głośno także z powodów pozasportowych. Po wprowadzeniu neutralnego statusu dla tenisistów z Rosji i Białorusi Potapowa pojawiała się na turniejach w koszulce Spartaka Moskwa, czemu sprzeciwiały się ukraińskie zawodniczki. Krytycznie wypowiadała się również Iga Świątek. Ostatecznie WTA ukarała tenisistkę i zabroniła jej podobnych manifestacji. Tym większym zaskoczeniem było późniejsze uzyskanie przez nią austriackiego obywatelstwa.

    Piątkowe starcie z Muchovą od początku układało się po myśli Potapowej. Choć Czeszka miała szanse na szybkie przełamanie i mogła objąć prowadzenie 3:0, nie wykorzystała żadnego z czterech break pointów w pierwszych gemach meczu. Zamiast komfortowej przewagi pojawiły się problemy, a agresywnie grająca rywalka zaczęła przejmować inicjatywę.

    Potapowa imponowała zwłaszcza grą z głębi kortu — uderzała mocno, płasko i bardzo ryzykownie, ale skutecznie. To właśnie taki tenis przyniósł jej sukces w Madrycie i podobnie wyglądało to w Rzymie. Rosjanka jako pierwsza zdobyła przełamanie, a choć Muchova zdołała jeszcze odrobić straty, chwilę później ponownie straciła podanie. Pierwszy set zakończył się wynikiem 6:3 dla Potapowej.

    Druga partia była już wyraźnie jednostronna. Spotkanie zostało przerwane przez opady deszczu po pierwszym gemie, jednak przerwa nie wybiła Potapowej z rytmu. Po wznowieniu gry szybko odskoczyła na 4:0 i całkowicie kontrolowała wydarzenia na korcie. Muchova nie potrafiła znaleźć sposobu na rozpędzoną przeciwniczkę.

    Ostatecznie Potapowa zwyciężyła 6:3, 6:2 i zameldowała się w 1/16 finału turnieju w Rzymie. Jej kolejną rywalką będzie Ludmiła Samsonowa. Niewykluczone, że jedna z nich w dalszej fazie turnieju trafi na Igę Świątek w potencjalnym ćwierćfinale.

  • Świątek już w szatni. Nagle WTA ogłasza ws. Polki. Totalny zwrot akcji

    Świątek już w szatni. Nagle WTA ogłasza ws. Polki. Totalny zwrot akcji

    Iga Świątek zameldowała się w trzeciej rundzie turnieju WTA 1000 w Rzymie, choć droga do zwycięstwa z Caty McNally okazała się znacznie trudniejsza, niż mogło się wydawać po pierwszym secie. Spotkanie trwało niemal trzy godziny i dostarczyło kibicom ogromnych emocji. Polka rozpoczęła mecz znakomicie, ale później Amerykanka niespodziewanie wróciła do gry i poważnie zagroziła byłej liderce światowego rankingu.

    Początek pojedynku nie zapowiadał aż takich problemów. Choć McNally już na starcie przełamała Świątek, kolejne minuty należały już wyłącznie do Polki. Raszynianka błyskawicznie odzyskała kontrolę nad wydarzeniami na korcie, wygrała sześć gemów z rzędu i zamknęła pierwszego seta wynikiem 6:1 po zaledwie 29 minutach gry.

    W drugim secie obraz meczu całkowicie się jednak zmienił. Amerykanka zaczęła grać odważniej i coraz częściej spychała Świątek do defensywy. Polka prowadziła już 5:3 i była o krok od zakończenia spotkania, lecz McNally zdołała odrobić straty i doprowadziła do tie-breaka. W nim okazała się skuteczniejsza, doprowadzając do decydującej partii i wywołując spore nerwy zarówno u Świątek, jak i jej kibiców.

    Na szczęście dla polskich fanów trzecia odsłona zakończyła się po myśli naszej tenisistki. Świątek ponownie przejęła inicjatywę i wygrała seta 6:3, pieczętując awans do kolejnej rundy rzymskiego „tysięcznika”. W walce o miejsce w następnej fazie zmierzy się teraz z Emmą Navarro lub Elisabettą Cocciaretto.

    Na triumf Polki szybko zareagował oficjalny portal WTA. Organizacja opisała drogę Świątek do zwycięstwa jako „malowniczą ścieżkę”, podkreślając, jak wiele zwrotów akcji miało piątkowe starcie.

    „Świątek straciła prowadzenie, ale odzyskała kontrolę i wywalczyła awans w Rzymie” — napisano w podsumowaniu spotkania.

    WTA przypomniała również, że McNally była jedyną zawodniczką, która odebrała Świątek seta podczas ubiegłorocznego Wimbledonu. Choć Amerykanka nigdy nie pokonała Polki w głównym tourze, może pochwalić się zwycięstwem nad nią z juniorskiego Rolanda Garrosa w 2018 roku. Jak zauważono, także w piątkowym meczu była bardzo blisko sprawienia niespodzianki.

    Portal WTA zwrócił uwagę szczególnie na nerwowe momenty w trzecim secie. Świątek prowadziła już 3:1 po przełamaniu rywalki, ale chwilę później sama zaczęła popełniać błędy i zmarnowała szansę na jeszcze większą przewagę. Tym razem jednak potrafiła szybko odzyskać koncentrację i nie dopuściła do kolejnego zwrotu akcji.

  • Potwierdzają się doniesienia o Wilfredo Leonie. Na to zanosiło się od dawna

    Potwierdzają się doniesienia o Wilfredo Leonie. Na to zanosiło się od dawna

    Jeszcze trwa walka o mistrzostwo Polski, a wokół Wilfredo León zrobiło się wyjątkowo głośno. Jak informuje „Super Express”, zapadła decyzja o realizacji serii filmów dokumentalnych poświęconych gwieździe reprezentacji Polski. Produkcją ma zająć się Papaya Films, a zdjęcia mają rozpocząć się jeszcze w tym roku.

    To wiadomość, która z pewnością ucieszy kibiców siatkówki. Historia Leona od dawna wydaje się gotowym scenariuszem filmowym — pełnym dramatycznych momentów, sukcesów i ważnych życiowych wyborów. W tle wielkiej kariery znajduje się również jego rodzina, a szczególnie żona Małgorzata, która odegrała istotną rolę w jego życiu poza boiskiem.

    Tymczasem sam zawodnik skupia się na finale PlusLigi. Po czterech spotkaniach w rywalizacji pomiędzy Aluron CMC Warta Zawiercie a Bogdanka LUK Lublin nadal nie poznaliśmy mistrza Polski. O wszystkim zdecyduje piąty mecz, który odbędzie się 10 maja w Sosnowcu. Leon jeszcze kilka dni temu mobilizował kibiców w mediach społecznościowych, podkreślając, że drużyna wciąż wierzy w końcowy triumf.

    Życie reprezentanta Polski mogłoby spokojnie posłużyć za materiał na pełnometrażowy film. Urodził się na Kubie jako wcześniak i ważył niewiele ponad dwa kilogramy. Pochodzi ze sportowej rodziny — jego ojciec był zapaśnikiem, a matka siatkarką. Już jako 14-latek zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Kuby, a trzy lata później został kapitanem kadry narodowej.

    Przełomowym momentem okazał się rok 2012. Po nieudanych kwalifikacjach olimpijskich Leon zdecydował się opuścić Kubę, co według tamtejszych przepisów oznaczało definitywne wykluczenie z reprezentacji. Kilka lat później rozpoczął nowy rozdział życia w Polsce. Od 2019 roku reprezentuje biało-czerwone barwy i sięgnął już po wiele sukcesów, w tym srebrny medal olimpijski w Paryżu, mistrzostwo Europy oraz triumfy w Lidze Narodów.

    Równie ciekawie wygląda jego historia miłosna. Z Małgorzatą poznał się przez internet, a po wielu rozmowach para spotkała się po raz pierwszy w 2011 roku w Gdańsku. Jak wspominał po latach siatkarz, już wtedy zrobiła na nim ogromne wrażenie. W tym roku małżeństwo będzie świętować 10. rocznicę ślubu.

    Para wychowuje troje dzieci — Natalię, Christiana i Selenę. Leonowie wielokrotnie podkreślali w wywiadach, że ogromną wagę przykładają do wychowania oraz nauki dobrych manier. Szczególnie zależy im na tym, by syn od najmłodszych lat uczył się szacunku i kultury osobistej.

  • Rywalka Świątek doskoczyła do Roiga i sztabu Igi. Od razu zapytała o jedno

    Rywalka Świątek doskoczyła do Roiga i sztabu Igi. Od razu zapytała o jedno

    Iga Świątek wraca do rywalizacji po problemach zdrowotnych, które zmusiły ją do poddania meczu z Ann Li w trakcie trzeciego seta turnieju w Madrycie. Polka zapowiadała jednak, że będzie gotowa na start w Rzymie — i słowa dotrzymała. Od kilku dni przygotowuje się we Włoszech, a już 8 maja rozegra swój pierwszy mecz przeciwko Caty McNally, z którą łączy ją wyjątkowa relacja sięgająca czasów juniorskich.

    Obie tenisistki dobrze się znają. Osiem lat temu stworzyły duet deblowy i wspólnie triumfowały w juniorskim French Open. McNally wspominała w rozmowie z Canal+ Sport, że ich wspólny start był spontaniczny.

    – To było zabawne, bo zgłosiłyśmy się praktycznie w ostatniej chwili. Wiedziałam, że Iga jest świetną zawodniczką i uznałam, że nasze style gry będą do siebie pasować – opowiadała Amerykanka.

    Przy okazji zdradziła też kulisy ich znajomości poza kortem.

    – Iga mieszkała u nas w domu i trenowała z moim bratem. Moja mama kupowała jej książki po angielsku, bo uwielbia czytać. Bardzo ją za to szanuję – wyznała McNally.

    Równie ciepło o swojej dawnej partnerce wypowiadała się także Świątek. Przed ich ubiegłorocznym spotkaniem na Wimbledon Championships podkreślała, że Amerykanka potrafi być bardzo niewygodną rywalką.

    – Znamy się jeszcze z czasów juniorskich. Caty świetnie czuje się na trawie, lubi chodzić do siatki, grać slajsem i zmieniać rytm gry. Mam do niej duży szacunek, bo świetnie weszła do touru, choć później zmagała się z licznymi kontuzjami – mówiła Polka.

    Ich ostatni pojedynek odbył się właśnie na Wimbledonie i zakończył zwycięstwem Świątek 5:7, 6:2, 6:1. Wcześniej Polka wygrała także w Ostrawie w 2022 roku 6:4, 6:4. Teraz będzie chciała podtrzymać zwycięską serię.

    Jeszcze przed meczem obie zawodniczki minęły się podczas treningów na Campo Centrale w Rzymie. Świątek kończyła zajęcia, gdy McNally pojawiła się na korcie. Amerykanka od razu podeszła do Francisco Roig i sztabu Polki, dopytując z troską o stan zdrowia Hiszpana. Roig obecnie porusza się o kulach po zerwaniu ścięgna Achillesa, którego doznał podczas jednego z treningów w Rzymie. Całą sytuację udało się uchwycić na nagraniu, które szybko obiegło media społecznościowe.

  • Niebywały zwrot akcji. Na to wszyscy czekali. Anita Włodarczyk ogłasza światu

    Niebywały zwrot akcji. Na to wszyscy czekali. Anita Włodarczyk ogłasza światu

    Choć Anita Włodarczyk ma już 40 lat, wciąż nie zamierza definitywnie zamknąć swojej wielkiej kariery. Trzykrotna mistrzyni olimpijska jeszcze niedawno sugerowała, że występ na igrzyskach w Paryżu będzie jej ostatnim olimpijskim rozdziałem. Dziś jednak patrzy na przyszłość zupełnie inaczej i coraz wyraźniej daje do zrozumienia, że celem mogą być także igrzyska w Los Angeles w 2028 roku.

    Historia olimpijskich startów Włodarczyk trwa już niemal dwie dekady. W 2008 roku w Pekinie otarła się o medal, kończąc rywalizację tuż za podium. Później jednak zdominowała konkurencję rzutu młotem i sięgała po złote medale kolejno w Londynie, Rio de Janeiro oraz Tokio. W Paryżu ponownie zabrakło jej niewiele do podium — zakończyła zmagania na czwartej pozycji. Wtedy wydawało się, że to definitywny koniec jej olimpijskiej drogi.

    Dziś okazuje się jednak, że sportowa emerytura może jeszcze poczekać. Sama zawodniczka przyznaje, że po sukcesie w Tokio odzyskała ogromną motywację do dalszej pracy i rywalizacji na najwyższym poziomie. Jak podkreśla, jeszcze kilka lat temu była przekonana, że zakończy karierę około 35. roku życia. Tymczasem nadal regularnie trenuje i wciąż czerpie z tego ogromną satysfakcję.

    Włodarczyk nie ukrywa, że organizm wymaga dziś większej troski niż dawniej. Potrzebuje więcej czasu na regenerację, a w kole nie jest już tak dynamiczna jak przed laty. Mimo to nie zamierza rezygnować z marzeń o kolejnym olimpijskim występie. Zaznacza jednak ostrożnie, że kluczową rolę odegra zdrowie.

    Polka od dekady pozostaje również rekordzistką świata. Jej fenomenalny rezultat 82,98 m nadal pozostaje nieosiągalny dla rywalek i jest symbolem jej dominacji w historii tej konkurencji.

    Najbliższe tygodnie będą dla niej wyjątkowe także z innego powodu. Już 14 maja premierę będzie miał dokument „Anita”, opowiadający o życiu i karierze legendarnej lekkoatletki. Produkcja przygotowana przez Papaya Films ma pokazać nie tylko sukcesy sportsmenki, ale również kulisy jej wieloletniej walki o utrzymanie się na szczycie światowego sportu.

  • Demolka w meczu ze Świątek, do powtórki wyniku już nie dopuściła. Teraz sama deklasuje

    Demolka w meczu ze Świątek, do powtórki wyniku już nie dopuściła. Teraz sama deklasuje

    Sorana Cîrstea ma za sobą sześć pojedynków z Igą Świątek i każdy z nich kończył się zwycięstwem Polki. Kilka z tych starć było dla Rumunki wyjątkowo bolesnych. Dwa lata temu w Madrycie zdołała ugrać zaledwie dwa gemy, przegrywając 1:6, 1:6. Co ciekawe, od tamtego momentu żadna inna rywalka nie rozbiła jej już w tak wyraźny sposób. Nawet w przegranych spotkaniach Cîrstea potrafiła zdobywać przynajmniej trzy gemy. Teraz jednak sama urządziła tenisowy pokaz siły w Rzymie i wysłała wyraźny sygnał Arynie Sabalence.

    Doświadczona zawodniczka z Bukaresztu rozgrywa ostatni sezon w karierze. Z Igą Świątek po raz pierwszy zmierzyła się podczas Australian Open 2022, a ostatni raz obie tenisistki spotkały się w ubiegłym roku w Seulu. Wszystkie pojedynki padły łupem raszynianki, która dwukrotnie triumfowała bardzo pewnie — 6:1, 6:1. Takie rezultaty padły zarówno w Dosze, jak i później w Madrycie w 2024 roku.

    Właśnie mecz w stolicy Hiszpanii okazał się ostatnią tak dotkliwą porażką w karierze Rumunki. Od końcówki kwietnia 2024 roku Cîrstea, nawet jeśli schodziła z kortu pokonana, zawsze potrafiła ugrać co najmniej trzy gemy. W międzyczasie odniosła także dwa cenne triumfy — wygrała turniej w Cleveland w sierpniu 2025 roku, a trzy miesiące temu zwyciężyła również w Klużu-Napoce. Teraz chce pójść za ciosem podczas imprezy w Rzymie.

    Sezon na kortach ziemnych rozpoczęła od występu w Linzu, gdzie dotarła do ćwierćfinału i przegrała dopiero z późniejszą triumfatorką, Mirrą Andriejewą. Później awansowała do półfinału turnieju WTA 250 w Rouen, choć przed starciem z Weroniką Podrez wycofała się z rywalizacji. W Madrycie dotarła natomiast do trzeciej rundy, w której zatrzymała ją Coco Gauff. Następnym przystankiem stał się Rzym.

    W stolicy Włoch rozstawiona Cîrstea rozpoczęła zmagania od drugiej rundy, gdzie trafiła na Tatjanę Marię — pogromczynię Magdy Linette. Tym razem jednak to Niemka została całkowicie zdominowana.

    Rumunka błyskawicznie przejęła kontrolę nad spotkaniem. Już przy pierwszej okazji przełamała rywalkę i po chwili prowadziła 3:0. Maria próbowała jeszcze wrócić do gry, utrzymując dwa własne gemy serwisowe, ale nie potrafiła zagrozić przeciwniczce przy jej podaniu. Co więcej, przy stanie 2:5 ponownie straciła serwis i pierwsza partia zakończyła się wynikiem 6:2 dla Cîrstei.

    Drugi set był już prawdziwym popisem tenisistki z Bukaresztu. Największe problemy miała jedynie w czwartym gemie, kiedy Maria obroniła trzy break pointy. Przy czwartej okazji Rumunka dopięła jednak swego i odskoczyła na 4:0. Później nie oddała już ani jednego gema, kończąc spotkanie efektownym triumfem 6:2, 6:0 po zaledwie 54 minutach gry.

    Dzięki temu zwycięstwu 36-latka zameldowała się w trzeciej rundzie, gdzie czeka już Aryna Sabalenka. Liderka światowego rankingu wcześniej wyeliminowała Barborę Krejcikovą i pozostanie zdecydowaną faworytką sobotniego pojedynku. Cîrstea pokazała jednak, że znajduje się w bardzo dobrej formie i zamierza mocno postawić się Białorusince.

    Będzie to czwarte starcie obu zawodniczek. Dotychczas dwa razy wygrywała Sabalenka, ale Rumunka ma również miłe wspomnienie — triumfowała nad tenisistką z Mińska podczas turnieju w Miami w 2023 roku.