Author: newuser

  • Ależ mecz Świątek! Deklasacja w Rzymie

    Ależ mecz Świątek! Deklasacja w Rzymie

    Iga Świątek wraca do gry, którą kibice pamiętają z jej najlepszych momentów. W trzeciej rundzie turnieju WTA 1000 w Rzymie Polka całkowicie zdominowała Elisabetta Cocciaretto, zwyciężając 6:1, 6:0 i awansując do kolejnej fazy imprezy. Tym razem nie było miejsca na niepewność, wahania formy ani niepotrzebowe komplikacje. Mecz od początku do końca przebiegał pod pełną kontrolą raszynianki.

    W trakcie spotkania uwagę zwracał także spokój panujący w boksie Świątek. Francisco Roig rozmawiał z Tomaszem Moczkiem, natomiast Daria Abramowicz konsultowała się z Maciejem Ryszczukiem. Wszystko wyglądało tak, jakby sztab jedynie analizował kolejne udane zagrania swojej zawodniczki, która bez większych problemów realizowała plan na mecz.

    Jeszcze dwa dni wcześniej Świątek spędziła na korcie niemal trzy godziny, walcząc z Caty McNally. Tamto spotkanie było trudne, pełne zwrotów akcji i momentów niepewności. Tym razem sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Cocciaretto, choć notowana wysoko i uznawana za solidną tenisistkę, nie była w stanie znaleźć sposobu na agresywną, pewną siebie Polkę.

    Przed meczem można było jednak mieć pewne obawy. W ostatnich miesiącach Świątek wielokrotnie miała problemy ze stabilnością formy. Od turnieju w Indian Wells nie udało jej się wygrać więcej niż dwóch spotkań z rzędu. W Miami odpadła już po meczu z Magda Linette, a zarówno w Stuttgarcie, jak i w Madrycie kończyła rywalizację po jednym zwycięstwie i jednej porażce. Nawet ulubiona mączka nie dawała jej dotąd takiej pewności jak w poprzednich sezonach.

    Dlatego choć historia bezpośrednich pojedynków przemawiała zdecydowanie na korzyść Polki — rok wcześniej w Rzymie wygrała z Cocciaretto identycznie 6:1, 6:0 — trudno było całkowicie wykluczyć komplikacje. Tym razem jednak Świątek od pierwszych piłek rozwiała wszelkie wątpliwości.

    Już po kilku minutach przełamała rywalkę i szybko objęła prowadzenie 2:0. Chwilę później było 3:0, a po dwudziestu minutach meczu prowadziła już 4:1. W tym czasie realizator transmisji często pokazywał boks Polki, gdzie sztab zachowywał pełny spokój. Sama Świątek wyglądała na niezwykle skoncentrowaną i świadomą swojej przewagi.

    Pierwszy set trwał zaledwie pół godziny. Statystyki doskonale oddawały różnicę poziomów — Świątek zdobyła 29 punktów przy zaledwie 15 rywalki. Miała aż 11 uderzeń kończących i ani razu nie musiała bronić breakpointa. Grała ofensywnie, ale jednocześnie bardzo pewnie i bez zbędnego ryzyka.

    Drugą partię rozpoczęła równie mocno. Szybko przełamała serwis Włoszki i po chwili prowadziła już 6:1, 2:0. Wtedy wydawało się jasne, że tym razem nie dojdzie do żadnego kryzysu po stronie Polki.

    W trakcie seta nad kortem pojawił się deszcz. Sędzia zdecydował o krótkim przerwaniu meczu, choć sama Świątek sprawiała wrażenie gotowej do dalszej gry mimo opadów. Nie chciała nawet korzystać z parasola, a po chwili zaczęła wycierać linie ręcznikiem, jakby zależało jej wyłącznie na jak najszybszym wznowieniu rywalizacji.

    Przerwa trwała tylko kilka minut i po powrocie na kort Świątek natychmiast podkręciła tempo. Od stanu 0:30 przy serwisie rywalki wygrała cztery kolejne akcje i wyszła na 3:0 z podwójnym przełamaniem. W praktyce był to moment definitywnie zamykający spotkanie.

    Cocciaretto próbowała jeszcze walczyć o honorowego gema w drugim secie i obroniła nawet trzy piłki meczowe, ale końcowy rezultat był bezlitosny — 6:1, 6:0 dla Polki.

    Teraz przed Świątek znacznie trudniejsze wyzwanie. W czwartej rundzie zmierzy się z Naomi Osaka, czterokrotną mistrzynią wielkoszlemową, która obecnie współpracuje z byłym trenerem Polki — Tomasz Wiktorowski. Będzie to pierwsze spotkanie Świątek przeciwko szkoleniowcowi, z którym odnosiła największe sukcesy w karierze. Stawką poniedziałkowego pojedynku będzie awans do ćwierćfinału turnieju w Rzymie.

  • Cały świat czekał na hit z Osaką. Tylko dwa sety Świątek na Campo Centrale

    Cały świat czekał na hit z Osaką. Tylko dwa sety Świątek na Campo Centrale

    W niedzielę na kortach Foro Italico zakończono rywalizację w 1/16 finału turnieju Internazionali d’Italia. Jednym z najważniejszych spotkań dla włoskich kibiców był pojedynek Igi Świątek z Elisabettą Cocciaretto – ostatnią reprezentantką gospodarzy pozostającą w turnieju singlowym. Faworytką była oczywiście Polka, która rok wcześniej na tym samym korcie wygrała z Włoszką 6:1, 6:0. Tym razem historia niemal idealnie się powtórzyła.

    Świątek od początku kontrolowała przebieg meczu. Już w pierwszych gemach narzuciła swoje tempo i szybko objęła prowadzenie 3:0. Cocciaretto próbowała odpowiadać, ale nie była w stanie znaleźć sposobu na świetnie dysponowaną Polkę. Pierwszy set zakończył się wynikiem 6:1, podobnie jak przed rokiem.

    Włoszka, która w tym sezonie wygrała turniej w Hobart i pokonała Coco Gauff w Dosze, nie potrafiła jednak nawiązać równorzędnej walki z trzykrotną triumfatorką rzymskiego turnieju. W drugim secie Świątek jeszcze bardziej podkręciła tempo. Szybko przełamała rywalkę, wyszła na 2:0, a później konsekwentnie powiększała przewagę.

    Krótka przerwa spowodowana opadami deszczu nie wybiła Polki z rytmu. Po wznowieniu gry raszynianka dalej dominowała, wygrywając kolejne gemy bez większych problemów. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:1, 6:0 po 65 minutach gry. W końcówce Cocciaretto miała jeszcze trzy break pointy, ale Świątek nie pozwoliła sobie odebrać kontroli nad spotkaniem.

    Zwycięstwo oznacza, że kibice doczekają się jednego z najbardziej wyczekiwanych pojedynków turnieju. W poniedziałek Iga Świątek zmierzy się z Naomi Osaką w walce o ćwierćfinał. Będzie to ich pierwsze spotkanie od pamiętnego meczu podczas Roland Garros sprzed dwóch lat, kiedy Polka obroniła piłkę meczową i ostatecznie sięgnęła po tytuł.

    Dodatkowego smaczku temu starciu dodaje fakt, że trenerem Japonki jest obecnie Tomasz Wiktorowski, były szkoleniowiec Świątek. Mecz zaplanowano na poniedziałek po godzinie 18 na BNP Paribas Arena.

  • Minęło 50 sekund finału z Polką, medyk wezwany na kort. Koniec po 6 akcjach

    Minęło 50 sekund finału z Polką, medyk wezwany na kort. Koniec po 6 akcjach

    Na tenisowych kortach trwa obecnie niezwykle intensywny okres. Największe gwiazdy kobiecego tenisa rywalizują w prestiżowym turnieju WTA 1000 w Rzymie, gdzie trwa walka o kolejne punkty przed Roland Garros. W cieniu zmagań na Foro Italico odbywają się jednak również turnieje niższej rangi rozsiane po całym świecie. W jednym z nich – w indyjskim Tumkurze – bardzo dobrze zaprezentowały się dwie Polki: Zuzanna Kolonus i Zuzanna Pawlikowska.

    Zawody rozgrywane w południowych Indiach, niedaleko Bengaluru, odbywały się na kortach twardych. Szczególnie ważny był to turniej dla Pawlikowskiej, która dzięki udanemu występowi zapewniła sobie znaczący awans w rankingu WTA. Wszystko wskazuje na to, że wróci do czołowej „400” światowego zestawienia, ustanawiając przy tym nowy rekord kariery. Obecnie w rankingu na żywo plasuje się na 367. miejscu, poprawiając swój dotychczasowy najlepszy wynik – 395. pozycję.

    Podczas gdy w Europie tenisistki przygotowują się do French Open na kortach ziemnych, Polki zdecydowały się na starty w zupełnie innych warunkach. Gina Feistel rywalizowała na zielonej mączce na Florydzie, a Kolonus i Pawlikowska wybrały daleką podróż do Indii. Dla Kolonus był to kolejny udany występ po wcześniejszym finale turnieju ITF W15 w Nowym Delhi. Pawlikowska wróciła natomiast do gry po kilkutygodniowej przerwie – poprzednio występowała w połowie kwietnia w Burundi.

    W Tumkurze najwyżej rozstawioną zawodniczką była Litwinka Justina Mikulskyte, sklasyfikowana w połowie trzeciej setki rankingu WTA. Doświadczona, 30-letnia tenisistka walczy o możliwość gry w kwalifikacjach do Wimbledonu, co dla zawodniczek z niższych miejsc rankingu ma ogromne znaczenie finansowe. Sam udział w londyńskim turnieju gwarantuje bowiem wysokie premie, często stanowiące podstawę utrzymania tenisistek spoza ścisłej czołówki.

    Litwinka już wcześniej miała jednak ogromne problemy. W ćwierćfinale przeciwko Zuzannie Kolonus przegrała pierwszego seta aż 0:6 i była o krok od odpadnięcia. Ostatecznie zdołała jednak odwrócić losy spotkania i awansowała dalej.

    W finale jej rywalką została Zuzanna Pawlikowska, rozstawiona z numerem drugim. Dla 21-letniej Polki był to pierwszy finał od czerwca ubiegłego roku, kiedy przegrała decydujący mecz w Santo Domingo. Droga do finału w Indiach była jednak bardzo wymagająca. W dwóch poprzednich spotkaniach rywalki nie były w stanie dokończyć meczów – najpierw Rosjanka Elina Neplij skreczowała przy stanie 6:1, 5:7, 0:3 z perspektywy Polki, a następnie półfinału nie ukończyła reprezentantka Indii Zeel Desai, mimo że prowadziła już 7:6(9), 2:1.

    Niestety również finał zakończył się przedwcześnie – tym razem z powodu problemów zdrowotnych Pawlikowskiej. Spotkanie trwało zaledwie kilkadziesiąt sekund. Po dwóch nieudanych returnach Polka podeszła do sędziego i poprosiła o pomoc medyczną. Fizjoterapeutka oraz lekarz pojawili się natychmiast. Pawlikowska wróciła jeszcze na moment do gry i rozegrała kilka akcji, ale szybko stało się jasne, że nie będzie w stanie kontynuować rywalizacji.

    Decyzja o kreczowaniu zapadła błyskawicznie. Polka wyraźnie przeżywała całą sytuację, siedząc na ławce po zakończeniu spotkania. W geście sportowej solidarności natychmiast podeszła do niej Justina Mikulskyte, która przytuliła swoją rywalkę.

    Po meczu Pawlikowska wyjaśniła, że problemy zdrowotne dawały o sobie znać już wcześniej.

    – Próbowałam podjąć rywalizację, ale tym razem zdrowie nie pozwoliło mi na nic więcej. Tak naprawdę cudem dokończyłam wczorajszy półfinał, a wieczór i dzisiejszy poranek nie przyniosły poprawy – przekazała tenisistka.

    Polka podsumowała jednak turniej w pozytywny sposób, przypominając, że zakończyła go jako finalistka zarówno gry pojedynczej, jak i podwójnej. Jednocześnie poinformowała, że rezygnuje z planowanego startu w Egipcie i wraca do Polski, gdzie będzie koncentrować się na powrocie do zdrowia oraz ustaleniu kolejnych startów.

  • Świątek wciągnięta na listę. Nie zdążyła podziękować rywalce. Od razu ogłosili

    Świątek wciągnięta na listę. Nie zdążyła podziękować rywalce. Od razu ogłosili

    Iga Świątek zameldowała się już w 1/8 finału turnieju WTA 1000 w Rzymie. Polska tenisistka nie dała żadnych szans reprezentantce gospodarzy, Elisabetcie Cocciaretto, zwyciężając 6:1, 6:0. Chwilę po zakończeniu spotkania pojawiła się informacja, że raszynianka dołączyła do wyjątkowego grona legend kobiecego tenisa. W erze Open została dopiero czwartą zawodniczką, która na kortach Foro Italico wygrała co najmniej dziesięć setów do zera. W elitarnym zestawieniu znajdują się wyłącznie wielkie nazwiska światowego tenisa.

    Tegoroczny Italian Open jest pierwszym turniejem, podczas którego Świątek odnosi zwycięstwa pod okiem nowego szkoleniowca, Francisco Roiga. Wcześniej w Stuttgarcie zakończyła udział już po drugim meczu, a w Madrycie musiała poddać spotkanie w trakcie drugiej rundy.

    Hiszpański trener obserwował niedzielny występ swojej podopiecznej z trybun Foro Italico. Kilka dni temu przeszedł w Warszawie operację rekonstrukcji ścięgna Achillesa i obecnie porusza się w bucie ortopedycznym, który zastąpił wcześniejszy gips.

    Świątek rozpoczęła walkę o czwarty triumf w Rzymie w bardzo przekonującym stylu. W pierwszej rundzie miała wolny los, a następnie pokonała Caty McNally 6:1, 6:7, 6:3. W kolejnym spotkaniu jeszcze wyraźniej zdominowała rywalkę. Cocciaretto momentami próbowała nawiązać walkę, szczególnie w drugim secie, gdzie była bliska zdobycia gema, jednak Polka nie pozwoliła jej na żadne przełamanie dominacji.

    Do zwycięstwa Świątek potrzebowała zaledwie 65 minut. Statystycy błyskawicznie odnotowali kolejne osiągnięcie liderki polskiego tenisa. Jeszcze zanim podeszła do siatki, by podziękować rywalce za mecz, serwis OptaAce opublikował informację o jej historycznym wyczynie. Polka została czwartą tenisistką w erze Open z przynajmniej dziesięcioma setami wygranymi 6:0 podczas turnieju w Rzymie.

    Przed nią dokonały tego jedynie prawdziwe ikony dyscypliny — Chris Evert, która ma na koncie 16 takich setów, a także Gabriela Sabatini oraz Serena Williams, które zanotowały po 11 zwycięskich setów do zera.

    W walce o ćwierćfinał Świątek zmierzy się z Naomi Osaka. Spotkanie zaplanowano na poniedziałek, nie wcześniej niż o godzinie 18:00. Dotychczasowy bilans bezpośrednich pojedynków przemawia na korzyść Polki i wynosi 2:1. Jeśli chce dalej marzyć o czwartym tytule na kortach Foro Italico, będzie musiała poprawić ten rezultat.

    Świątek triumfowała w Rzymie już trzykrotnie — w latach 2021, 2022 oraz 2024 — i ponownie udowadnia, że włoskie korty należą do jej ulubionych miejsc w całym cyklu WTA.

  • Partner Sabalenki nie ukrywa radości przed światem. Czekał na to od lat, wielka chwila

    Partner Sabalenki nie ukrywa radości przed światem. Czekał na to od lat, wielka chwila

    Sensacyjna porażka Aryny Sabalenki w turnieju WTA 1000 w Rzymie odbiła się szerokim echem w tenisowym świecie. Liderka światowego rankingu już w 1/16 finału musiała uznać wyższość Sorany Cirstei, która po emocjonującym meczu triumfowała 2:6, 6:3, 7:5. Dla Białorusinki oznacza to nie tylko przedwczesne pożegnanie z prestiżową imprezą, ale także utratę szansy na kolejne trofeum przed zbliżającym się Roland Garros.

    Rzymski turniej jest dla wielu zawodniczek kluczowym etapem przygotowań do wielkoszlemowej rywalizacji w Paryżu. Wśród uczestniczek znalazła się również Iga Świątek, triumfatorka zmagań na Foro Italico z lat 2021, 2022 i 2024. Tym razem jednak to właśnie Sabalenka była przez ekspertów i media wskazywana jako jedna z głównych faworytek do końcowego zwycięstwa.

    Rzeczywistość okazała się jednak brutalna dla pierwszej rakiety świata. Sorana Cirstea sprawiła ogromną niespodziankę i po kapitalnym powrocie odwróciła losy spotkania. Rumunka po słabszym początku zdołała przejąć inicjatywę, wykorzystując coraz większe problemy Sabalenki, która nie potrafiła utrzymać wysokiego poziomu gry do samego końca.

    Choć sama tenisistka musi teraz poradzić sobie z rozczarowaniem, zupełnie inne nastroje panują u jej narzeczonego. Georgios Frangulis ma bowiem powody do ogromnej radości. Brazylijski biznesmen i partner Sabalenki świętuje wielki sukces związany z jedną ze swoich inwestycji sportowych.

    Frangulis, znany przede wszystkim jako twórca marki OAKBERRY, od lat angażuje się w różnego rodzaju projekty biznesowe i sportowe. W ostatnich miesiącach głośno było o współpracy jego firmy z zespołem BWT Alpine Formula One Team rywalizującym w Formule 1. Niedługo później media informowały również o jego wejściu do grona inwestorów francuskiego klubu piłkarskiego Le Mans FC.

    W sobotni wieczór klub z Le Mans przypieczętował historyczny sukces. Drużyna prowadzona przez Patricka Videirę wywalczyła awans do Ligue 1 po wyjazdowym spotkaniu z Bastią. Mecz został przerwany przy stanie 2:0 dla gości z powodu zamieszek i rzucanych na murawę środków pirotechnicznych przez kibiców gospodarzy. Wynik nie uległ już zmianie, a Le Mans FC mogło rozpocząć świętowanie powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej we Francji.

    Na sukces zespołu natychmiast zareagował Georgios Frangulis. W mediach społecznościowych opublikował serię zdjęć oraz nagrań dokumentujących radość po awansie drużyny.

    „Dalej chłopcy! Przeszliście do historii! Grupa legend! Krąg Ligue 1” — napisał w relacji na Insta Stories narzeczony Aryny Sabalenki.

    Dla kibiców Le Mans FC to wydarzenie ma wyjątkowe znaczenie. Klub wraca bowiem do Ligue 1 po aż 16 latach przerwy, co wywołało ogromną euforię zarówno wśród fanów, jak i osób związanych z drużyną.

  • Zwrot akcji po porażce Sabalenki. Zaskakujące wyznanie, już padła obietnica

    Zwrot akcji po porażce Sabalenki. Zaskakujące wyznanie, już padła obietnica

    Sobotnie popołudnie przyniosło ogromne zaskoczenie dla fanów Aryny Sabalenki. Liderka światowego rankingu sensacyjnie zakończyła udział w turnieju WTA 1000 w Rzymie już po swoim drugim meczu. Pogromczynią Białorusinki okazała się doświadczona Sorana Cirstea, która po sezonie planuje zakończyć sportową karierę. Rumunka po triumfie długo celebrowała sukces z kibicami, a podczas pomeczowej rozmowy na korcie zdobyła ich serca jeszcze bardziej swoim niespodziewanym wyznaniem.

    Dla Sabalenki była to dopiero trzecia porażka w całym sezonie 2026. Tym większe zdziwienie wywołał fakt, że lepsza od niej okazała się tenisistka spoza czołowej dwudziestki rankingu WTA. Dodatkowo w trakcie spotkania pojawiły się problemy zdrowotne Białorusinki. Mecz został nawet na chwilę przerwany, gdy na korcie pojawiła się fizjoterapeutka.

    Mimo kłopotów liderka rankingu zdecydowała się kontynuować rywalizację, jednak nie zdołała odwrócić losów pojedynku. Ostatecznie przegrała 6:2, 3:6, 5:7 i niespodziewanie pożegnała się z rzymskim turniejem. Dla Cirstei to z kolei jedno z najcenniejszych zwycięstw w całej karierze.

    Po meczu uwagę kibiców przykuł temat zbliżającego się zakończenia kariery Rumunki. 36-latka została zapytana o swoje plany i odpowiedziała z uśmiechem: „Może jeśli wygram ten turniej, obiecuję, że jeszcze się zastanowię”. Te słowa wywołały natychmiastową falę entuzjazmu na trybunach.

    Niewykluczone, że przed Rumunką jeszcze wyjątkowy moment w karierze. Cirstea ma bowiem szansę osiągnąć jeden z najlepszych wyników rankingowych w życiu. Dotychczas najwyżej była sklasyfikowana na 21. miejscu światowej listy. Po triumfie nad Sabalenką nie kryła ogromnej radości.

    – Jestem bardzo szczęśliwa z tego zwycięstwa. Myślę, że rozegrałam naprawdę bardzo dobry mecz. Ciężko pracuję każdego dnia i wspaniale jest otrzymać taką nagrodę za cały wysiłek – mówiła uradowana tenisistka.

    Nie zabrakło także komplementów pod adresem pokonanej rywalki. Rumunka podkreśliła klasę liderki światowego rankingu.

    – Aryna jest niesamowitą zawodniczką. Nie trzeba jej nikomu przedstawiać. To numer jeden na świecie – przyznała.

    Sabalenka nie ma już szans na triumf w tegorocznym Internazionali d’Italia, natomiast Cirstea powalczy teraz o ćwierćfinał z Lindą Noskovą. Czeszka prezentuje się w Rzymie znakomicie i do tej pory nie straciła nawet seta, dlatego zapowiada się niezwykle interesujące spotkanie.

    Na zakończenie pomeczowej rozmowy Rumunka ponownie zwróciła się do kibiców i wywołała kolejną falę aplauzu.

    – Jeszcze raz dziękuję wam za to, że sprawiliście, iż czuję się tutaj w Rzymie tak mile widziana. To właśnie dla takich emocji, dla tego wsparcia i dla ludzi nadal gram – podsumowała wzruszona 36-latka.

  • Porażka Sabalenki, a to nie koniec jej problemów. Ujawniła tuż po meczu

    Porażka Sabalenki, a to nie koniec jej problemów. Ujawniła tuż po meczu

    Aryna Sabalenka z pewnością inaczej wyobrażała sobie występ podczas turnieju WTA 1000 w Rzymie. Liderka światowego rankingu była wymieniana w gronie głównych faworytek do końcowego triumfu, jednak już w 1/16 finału sensacyjnie pożegnała się z rywalizacją. Białorusinka przegrała z Soraną Cirsteą 6:2, 3:6, 5:7, a po meczu zdradziła, że od pewnego czasu zmaga się z problemami zdrowotnymi.

    Tegoroczna edycja prestiżowego turnieju w stolicy Włoch jest dla wielu tenisistek ostatnim ważnym sprawdzianem przed Roland Garros. Aryna Sabalenka przystępowała do zawodów jako jedna z największych gwiazd imprezy. Dzięki rozstawieniu w pierwszej rundzie otrzymała wolny los, a rywalizację rozpoczęła od starcia z Barborą Krejcikovą. Czeszka nie była w stanie zagrozić liderce rankingu i przegrała w dwóch setach 2:6, 3:6.

    Znacznie trudniejsza okazała się jednak kolejna przeszkoda. W meczu z Soraną Cirsteą Sabalenka rozpoczęła znakomicie i pewnie wygrała pierwszego seta 6:2. Później sytuacja całkowicie się odwróciła. Rumunka zaczęła grać coraz odważniej i skuteczniej, wykorzystując problemy rywalki. Ostatecznie triumfowała 2:6, 6:3, 7:5, eliminując najwyżej rozstawioną zawodniczkę turnieju.

    Po spotkaniu Sabalenka nie pojawiła się na tradycyjnej konferencji prasowej, ale udzieliła krótkiej wypowiedzi mediom WTA. Tenisistka przyznała, że w trakcie meczu odczuwała wyraźne ograniczenia fizyczne.

    – Czułam, że nie potrafiłam utrzymać wysokiego poziomu przez cały mecz. Początek był bardzo dobry, ale później wszystko zaczęło się komplikować. Miałam wrażenie, że moje ciało mnie ograniczało i nie pozwalało grać na sto procent – wyznała.

    Liderka rankingu zdradziła także, z czym dokładnie się zmaga.

    – To prawdopodobnie ból w dolnej części pleców, który promieniuje także na biodro. Przez to nie mogłam wykonywać pełnej rotacji podczas uderzeń. Teraz najważniejsza będzie regeneracja i kilka dni odpoczynku – dodała.

    Sabalenka nie szczędziła również słów uznania swojej rywalce. Podkreśliła, że Cirstea rozegrała znakomite spotkanie i praktycznie nie dawała jej okazji do przejęcia kontroli nad meczem.

    – Ona zagrała naprawdę niesamowity tenis. Walczyła o każdą piłkę i zasłużyła na zwycięstwo – przyznała Białorusinka.

    28-latka odniosła się także do niedawnych zapowiedzi Rumunki dotyczących zakończenia kariery po sezonie 2026. Sabalenka nie ukrywała, że będzie jej brakowało na światowych kortach.

    – Szkoda, że zdecydowała się odejść. To jedna z tych zawodniczek, które zawsze walczą do końca, niezależnie od sytuacji. Mam wrażenie, że mogłaby grać jeszcze dłużej, ale oczywiście szanujemy jej decyzję. Życzę jej wszystkiego najlepszego i pięknego zakończenia kariery – podsumowała liderka światowego rankingu.

  • Andriejewa wracała po 4:6 w Rzymie. Urządziła demolkę na sam koniec

    Andriejewa wracała po 4:6 w Rzymie. Urządziła demolkę na sam koniec

    Sobotnie mecze 1/16 finału turnieju WTA 1000 w Rzymie przyniosły prawdziwe trzęsienie ziemi. Na Foro Italico nie brakowało dramatów, niespodzianek i nagłych zwrotów akcji. Ogromne problemy miała Coco Gauff, sensacyjnie odpadła Aryna Sabalenka, a emocji nie zabrakło także w spotkaniu Mirry Andriejewej z Viktoriją Golubić. Rosjanka była już o krok od spokojnego zwycięstwa, ale nagle całkowicie straciła kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Ostatecznie jednak zdołała wrócić na właściwe tory i zakończyła mecz prawdziwą demolacją.

    Po pierwszych dniach turnieju, gdy do rywalizacji przystąpiły rozstawione zawodniczki, wydawało się, że większych sensacji raczej nie będzie. Co prawda wcześniej z zawodami pożegnała się Karolina Muchova, a Iga Świątek miała spore problemy w swoim meczu, jednak prawdziwa bomba eksplodowała dopiero w sobotni wieczór.

    Na Campo Centrale Aryna Sabalenka niespodziewanie przegrała z Soraną Cirsteą. 36-letnia Rumunka, która rozgrywa ostatni sezon w zawodowej karierze, osiągnęła jedno z największych zwycięstw w swoim życiu. Po raz pierwszy pokonała liderkę światowego rankingu i przypomniała o sobie kibicom na największej scenie. Cirstea od lat pozostaje obecna w światowym tenisie, a jej ćwierćfinał Roland Garros z 2009 roku wciąż pozostaje jednym z najlepszych wyników w karierze. Teraz jednak dopisała do swojego CV kolejne wyjątkowe osiągnięcie.

    To nie był koniec niespodzianek. Z turniejem pożegnała się również broniąca tytułu Jasmine Paolini, odpadła mistrzyni olimpijska Qinwen Zheng, a Coco Gauff musiała stoczyć niezwykle trudny bój z dużo niżej notowaną Solaną Sierrą.

    Późnym wieczorem kibice przenieśli uwagę na BNP Paribas Arena, gdzie do gry weszła Mirra Andriejewa. Rosjanka była ostatnio w bardzo dobrej formie — w Madrycie dotarła do finałów singla i debla, a wcześniej notowała znakomite występy w Linzu oraz Stuttgarcie. Nic więc dziwnego, że w starciu z Viktoriją Golubić była zdecydowaną faworytką.

    Początek spotkania tylko to potwierdził. 19-letnia tenisistka z Krasnojarska całkowicie dominowała na korcie. Pierwszego seta wygrała błyskawicznie 6:1, a w drugiej partii prowadziła już 2:0. Miała także dwa break pointy na kolejne przełamanie i wydawało się, że mecz za chwilę dobiegnie końca.

    Wtedy jednak wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego. Kilka prostych błędów Andriejewej pozwoliło Golubić uwierzyć, że może jeszcze wrócić do gry. Szwajcarka zaczęła wygrywać kolejne akcje, odzyskała pewność siebie i przejęła inicjatywę. W końcówce seta przełamała Rosjankę na 5:3 i choć chwilę później nie wykorzystała szansy przy własnym podaniu, to ostatecznie doprowadziła do remisu w całym meczu. Przy problemach Andriejewej z pierwszym serwisem Golubić wykorzystała czwartego break pointa i sensacyjnie wygrała drugą partię 6:4.

    Decydujący set rozpoczął się podobnie jak poprzedni — Andriejewa szybko objęła prowadzenie 2:0 i znów miała okazję na kolejne przełamanie. Tym razem jednak nie pozwoliła sobie na utratę kontroli. Rosjanka odzyskała koncentrację i całkowicie zdominowała rywalkę. Golubić przestała nadążać za tempem wymian, a Andriejewa grała coraz pewniej i agresywniej.

    Efekt był bezlitosny. Trzecia partia zakończyła się wynikiem 6:0 dla turniejowej „8”, która mimo ogromnego kryzysu w środku meczu ostatecznie awansowała do 1/8 finału. Tam zmierzy się z Elise Mertens.

  • Koszmar Sabalenki, ale co stało się potem. Nagły komunikat, piszą o precedensie

    Turniej WTA 1000 w Rzymie nabiera tempa, ale dla części największych gwiazd tegoroczna rywalizacja zakończyła się wyjątkowo szybko. Jedną z największych sensacji była porażka liderki światowego rankingu, Aryna Sabalenka, która już w 1/16 finału musiała uznać wyższość Sorana Cirstea. Chwilę po tym spotkaniu świat tenisa obiegły niezwykłe statystyki, które nadały zwycięstwu Rumunki historyczny wymiar.

    Tegoroczne Internazionali d’Italia rozpoczęło się 5 maja i już od pierwszych dni nie brakowało niespodziewanych rezultatów. Polskie tenisistki nie mogą zaliczyć rzymskich zmagań do udanych. Zarówno Magdalena Fręch, jak i Magda Linette pożegnały się z turniejem bardzo szybko. Awans wywalczyła wprawdzie Iga Świątek, lecz jej starcie z Caty McNally okazało się znacznie trudniejsze, niż wielu się spodziewało.

    W sobotnich meczach 1/16 finału doszło do kilku dużych niespodzianek. Najpierw kibice byli świadkami porażki obrończyni tytułu, Jasmine Paolini, która uległa Elise Mertens. Jeszcze większe emocje przyniósł jednak pojedynek Sabalenki z Cirsteą.

    Początek spotkania nie zwiastował sensacji. Białorusinka wygrała pierwszego seta i wydawało się, że kontroluje sytuację. Z biegiem meczu Rumunka zaczęła jednak grać coraz odważniej i doprowadziła do wyrównania po zwycięstwie w drugiej partii. Decydujący set był niezwykle wyrównany, lecz w kluczowych momentach więcej zimnej krwi zachowała Cirstea, która ostatecznie wyeliminowała aktualną liderkę rankingu WTA.

    Tuż po zakończeniu spotkania eksperci statystycznego serwisu Opta opublikowali zestawienie pokazujące, jak wyjątkowy był sukces Rumunki. Cirstea, mająca obecnie 36 lat i 28 dni, ustanowiła aż trzy historyczne osiągnięcia.

    Przede wszystkim została najstarszą tenisistką od czasu powstania rankingu WTA w 1975 roku, która pokonała liderkę światowego zestawienia na kortach ziemnych. Co więcej, dokonała tego mimo przegranego pierwszego seta, co również wcześniej nie zdarzyło się zawodniczce w takim wieku.

    To jednak nie koniec rekordów. Rumunka została także najstarszą tenisistką w historii, która odniosła swoje premierowe zwycięstwo nad aktualną numer jeden rankingu WTA. Choć Cirstea pokonywała już wcześniej Sabalenkę — między innymi w ćwierćfinale turnieju w Miami w 2023 roku — to wtedy Białorusinka zajmowała drugie miejsce w światowym rankingu. Pozycję liderki utrzymywała wówczas Świątek.

    Sobotni triumf Cirstei przeszedł więc do historii nie tylko jako ogromna sensacja sportowa, ale również jako wydarzenie, które zapisało się w statystykach kobiecego tenisa.

  • WTA 1000 w Rzymie bez obrończyni tytułu. Trzy meczbole nie wystarczyły

    WTA 1000 w Rzymie bez obrończyni tytułu. Trzy meczbole nie wystarczyły

    Jeszcze kilka dni temu włoscy kibice wierzyli, że Jasmine Paolini ponownie zachwyci na kortach Foro Italico. Bohaterka poprzedniej edycji turnieju, która przed rokiem triumfowała zarówno w singlu, jak i w deblu razem z Sara Errani, tym razem musiała jednak przełknąć bardzo bolesną porażkę. W meczu trzeciej rundy WTA 1000 w Rzymie sensacyjnie uległa Elise Mertens 6:4, 6:7(5), 3:6, mimo że w drugim secie miała aż trzy piłki meczowe.

    Poprzedni sezon był dla Paolini wyjątkowy. Włoszka przeżywała najlepszy okres w karierze, a zwieńczeniem fantastycznej passy był triumf na Foro Italico. W finale pokonała wtedy Coco Gauff, dając włoskim fanom powód do ogromnej dumy. W tegorocznej edycji oczekiwania wobec niej również były ogromne, choć forma 30-latki od początku sezonu pozostawiała sporo do życzenia.

    Paolini nie potrafiła nawiązać do wyników z 2024 roku. Jedynie w Meridzie dotarła do półfinału, ale obsada tego turnieju była znacznie słabsza niż podczas największych imprez cyklu. W Madrycie szybko zatrzymała ją Maria Sakkari, a przed startem rywalizacji w Rzymie znalazła się już poza czołową dziesiątką rankingu WTA na żywo. Obrona tytułu była więc dla niej niezwykle ważna nie tylko prestiżowo, ale również rankingowo.

    Pierwszy mecz w Rzymie nie zwiastował katastrofy, choć Włoszka długo męczyła się z kwalifikantką Leolia Jeanjean. Dopiero po niemal trzech godzinach gry zapewniła sobie awans. Spotkanie z Mertens wyglądało jednak zupełnie inaczej. Paolini od początku prezentowała się pewniej, grała odważnie i przy wsparciu niemal dziesięciu tysięcy kibiców wygrała pierwszego seta 6:4 po przełamaniu w ostatnim gemie.

    Atmosfera na Campo Centrale była gorąca. Publiczność żyła każdym punktem i wyraźnie niosła swoją ulubienicę. W drugim secie Paolini odrobiła straty i wyszła na prowadzenie 4:2. Wszystko wskazywało na to, że kontroluje wydarzenia na korcie. Tymczasem Mertens zachowywała ogromny spokój i konsekwentnie czekała na swoje szanse.

    Kluczowy moment nastąpił przy stanie 6:5 dla Włoszki. Belgijka serwowała, a Paolini miała trzy piłki meczowe. Przy pierwszej pomyliła się minimalnie po agresywnym uderzeniu. Przy drugiej źle trafiła return, uderzając ramą rakiety. Trzecia dawała największe nadzieje kibicom, ale po dłuższej wymianie to właśnie Włoszka popełniła błąd, trafiając w siatkę.

    Mertens obroniła gema, a chwilę później wygrała tie-break 7:5. Wtedy mecz całkowicie się odwrócił. Belgijka przejęła inicjatywę, zaczęła popełniać mniej błędów i coraz częściej spychała Paolini do defensywy. W decydującej partii szybko odskoczyła na 5:2 i nie pozwoliła już rywalce wrócić do gry.

    Ostatecznie Elise Mertens triumfowała 4:6, 7:6(5), 6:3, eliminując obrończynię tytułu już na etapie 1/16 finału. Dla włoskiej publiczności był to ogromny cios, bo większość kibiców liczyła na kolejny wielki występ swojej gwiazdy. Belgijka w walce o ćwierćfinał zmierzy się teraz z Mirra Andriejewa lub Viktorija Golubic.