• Echa awantury podczas posiedzenia rządu. Premier wprost. “Podjąłem decyzję”

    Echa awantury podczas posiedzenia rządu. Premier wprost. “Podjąłem decyzję”

    Premier Donald Tusk zdecydował o zakończeniu prac nad projektem ustawy, która miała znacząco rozszerzyć kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy. Jak podkreślił, z jego punktu widzenia temat jest definitywnie zamknięty. Propozycje zmian, nad którymi czuwała minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z Nowej Lewicy, od początku budziły poważne kontrowersje w koalicji rządzącej i – jak ujawnili dziennikarze – doprowadziły nawet do ostrej wymiany zdań podczas posiedzenia Rady Ministrów.

    O kulisach sporu wokół projektu mówili w programie „Polityczny WF” redaktor naczelny Interii Piotr Witwicki oraz dziennikarz Polsat News Marcin Fijołek. Z ich relacji wynikało, że dyskusja nad ustawą była na tyle burzliwa, iż szefowa resortu pracy usłyszała, że zapisy projektu muszą zostać gruntownie zmienione. Wkrótce potem szefowa Rządowego Centrum Legislacji potwierdziła w rozmowie z money.pl, że dokument wrócił do ministerstwa i na razie nie jest procedowany. Marcin Fijołek prognozował wówczas, że sprawa może stać się jednym z kluczowych problemów koalicji na początku 2026 roku.

    We wtorek nowe światło na dalsze losy projektu rzucił sam Donald Tusk. Premier odniósł się do medialnych doniesień, mówiąc o „legendach” krążących wokół przebiegu rządowej dyskusji. Wyjaśnił, że jednym z pomysłów resortu pracy było przyznanie PIP bardzo szerokich kompetencji, pozwalających inspektorom w praktyce ingerować w rodzaj umowy zawieranej między pracodawcą a pracownikiem.

    Szef rządu nie krył swojego krytycznego stosunku do takich rozwiązań. Jego zdaniem nadmierna władza urzędników, którzy mogliby decydować o formach zatrudnienia, byłaby szkodliwa dla wielu firm i mogłaby prowadzić do realnych konsekwencji na rynku pracy, w tym do zwolnień. – Z mojej analizy wynika, że takie rozwiązania byłyby bardzo destrukcyjne – podkreślił Tusk. Przyznał jednocześnie, że emocje podczas posiedzenia Rady Ministrów były „uzasadnione”, po czym jednoznacznie ogłosił, że zdecydował o zaprzestaniu dalszych prac nad reformą. – Sprawę uważam za zamkniętą – zakończył.

    Decyzja premiera spotkała się z ostrą krytyką ze strony Lewicy. Poseł Nowej Lewicy Andrzej Szejna, pytany o sprawę w programie „Debata Gozdyry” na antenie Polsat News, stwierdził wprost, że to zła wiadomość – zarówno dla jego ugrupowania, jak i dla pracowników. Jak argumentował, projekt ustawy był odpowiedzią na liczne nadużycia na rynku pracy i miał przeciwdziałać omijaniu etatów poprzez stosowanie mniej stabilnych form zatrudnienia.

    Szejna zaznaczył, że proponowane zmiany nie dawały PIP nieograniczonej swobody działania. Kontrole miałyby być przeprowadzane wyłącznie na wniosek pracownika lub grupy pracowników, a nie z inicjatywy samej inspekcji. Dodatkowo od decyzji inspektora przysługiwałoby odwołanie do sądu pracy, co – według Lewicy – stanowiło wystarczające zabezpieczenie przed nadużyciami.

    Innego zdania byli koalicjanci z PSL. Wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz napisał w serwisie X, że dobrze, iż historia tego projektu dobiegła końca. Podkreślił, że Polskie Stronnictwo Ludowe od początku było jednoznacznie przeciwne proponowanym zmianom i nie zgadzało się na rozwiązania, które – w ich ocenie – uderzałyby w przedsiębiorców. Jak zaznaczył, PSL nie wyraziło i nie wyrazi zgody na forsowanie takich przepisów.

    Tym samym projekt ustawy o wzmocnieniu uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy stał się kolejnym przykładem napięć wewnątrz rządzącej koalicji, pokazując różnice w podejściu do relacji między ochroną pracowników a interesami pracodawców.

  • Świątek rzuciła rakietą i staranowała siatkę. Ta sytuacja mówi wszystko

    Świątek rzuciła rakietą i staranowała siatkę. Ta sytuacja mówi wszystko

    Iga Świątek przegrała gema przy swoim serwisie, Wim Fissette chciał jej udzielić jakichś rad, ale polska tenisistka nie chciała go wysłuchać. Szybko okazało się, że sama dobrze wiedziała, co zrobić. W swoim drugim występie w tegorocznym United Cup Świątek odniosła drugie zwycięstwo – tym razem 6:3, 6:2 nad Holenderką Suzan Lamens. Dla naszej kadry nie stałoby się nic, nawet gdyby Iga ten mecz przegrała. Ale jedna sytuacja pokazała wyraźnie, jakie jest nastawienie Świątek.
    Iga Świątek
    screeny z Polsatu Sport

    Dwa dni temu Iga Świątek stoczyła trwający dwie i pół godziny bój z Evą Lys. Świetnie grającą Niemkę pokonała 3:6, 6:3, 6:4. Tym samym nie bez problemów, ale udanie rozpoczęła swoje występy w 2026 roku. Po odwróceniu trudnego meczu z Lys w spotkaniu z Lamens Świątek od początku była w komfortowej sytuacji.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany

    Tuż przed meczem Igi swoje zadanie świetnie zrealizował Hubert Hurkacz. United Cup to reprezentacyjny turniej mieszany (nazywany nieoficjalnymi mistrzostwami świata) i w ramach meczu Polska – Holandia Hurkacz zdobył punkt, który już dawał naszej kadrze pewny awans do ćwierćfinału. Z pierwszego miejsca w grupie. Po pokonaniu Niemiec 3:0 wystarczało nam jedno zwycięstwo w spotkaniu z Holandią. I Hurkacz odniósł je nad 25. w rankingu ATP Tallonem Griekspoorem (6:3, 7:6).
    Świątek sama rozwiązała problem

    Świątek na swój mecz mogła wyjść z całkowitym luzem. Ale szybko zobaczyliśmy, że do gry przystąpiła z pełną koncentracją. I to nie dziwi. Natomiast nieco zaskoczyć mogła reakcja Igi po pierwszych kłopotach.

    – Zaczął coś mówić Wim Fissette do Igi, ale Iga pokazała, że nie chce rozmawiać – relacjonował komentator Polsatu Sport Dawid Olejniczak po gemie, w którym prowadzenie Świątek zmalało z 3:1 na 3:2. Wówczas Polka została przełamana. Sytuacji między nią a jej trenerem nie widzieliśmy, bo w tym czasie stacja transmitująca mecz emitowała reklamy. Ale na pewno Świątek bardzo chciała serwować lepiej niż robiła to przeciw Lys. Niemka wygrała aż siedem serwisowych gemów Polki. Bardzo możliwe, że Fissette chciał przekazać swojej zawodniczce wskazówki dotyczące właśnie poprawy serwisu. Ale najwyraźniej tenisistka sama wiedziała, co i jak ma robić.

    Wkrótce notowana na 97. miejscu w rankingu WTA Lamens szybko wyrównała na 3:3, ale na nic więcej nasza wiceliderka tej listy jej nie pozwoliła. Może nie wszystkie decyzje Igi były dobre („Nie przez forhend, nie przez forhend, bo ona nim zamiata” – powtarzał w pewnym momencie komentator, jakby chciał, żeby Świątek go usłyszała i nie grała Holenderce wygodnych dla niej piłek), ale 20 minut po tej pełnej milczenia przerwie Iga już skończyła seta. Zrobiła to, wykorzystując trzeciego setbola. Partia potrwała tylko 38 minut. Po niej Świątek i Fissette już porozmawiali. A drugi set potrwał jeszcze krócej.
    Świątek w siatce, a wkrótce Lamens skończyła, jak prawie wszystkie rywalki

    Świątek na drugą partię wyszła z jeszcze większą energią. Nie było dla niej straconych piłek. Imponująca była akcja w pierwszym gemie, w którym Iga tak ruszyła do siatki, że nie mogąc zdążyć do piłki, wrzuciła pod nią swoją rakietę. To było skuteczne, ale nieregulaminowe. Wpadnięcie Igi w siatkę po chwili również złamało przepisy. Ale choć to wszystko nie mogło przynieść punktu, to i tak było godne oklasków. Bo pokazywało pomysłowość i maksymalne zaangażowanie Polki.

    W pierwszym gemie drugiej partii Lamens jeszcze się obroniła, utrzymała swoje podanie. Ale wkrótce było już 6:3, 5:1 dla naszej tenisistki. Cały mecz skończył się zwycięstwem Igi 6:3, 6:2 po zaledwie godzinie i 12 minutach.

    – W połowie pierwszego seta znalazłam drogę do tego, żebym była bardziej solidna – powiedziała zaraz po meczu Świątek. Ta solidność Igi jest imponująca. Od 2020 roku wygrała aż 116. ze 119 meczów z tenisistkami spoza top 50 światowego rankingu. Wyraźnie niżej notowane rywalki niemal zawsze odbijają się od Świątek jak od ściany.

    Po zwycięstwach Hurkacza i Świątek Polska zapewniła sobie zwycięstwo nad Holandią już przed kończącym ten mecz starciem par mieszanych (wystawiliśmy duet Katarzyna Kawa i Jan Zieliński). Teraz, w ćwierćfinale, rywalem naszej kadry będzie Australia, czyli ekipa gospodarzy United Cup.

  • Świątek walczyła z mistrzynią z Osaki. 72 minuty starcia podczas United Cup

    Świątek walczyła z mistrzynią z Osaki. 72 minuty starcia podczas United Cup

    Po zwycięstwie Huberta Hurkacza nad Tallonem Griekspoorem reprezentacja Polski miała już zapewniony awans do ćwierćfinału United Cup. To jednak nie oznaczało końca emocji. Iga Świątek wciąż miała konkretną stawkę do zrealizowania – w grze pozostawały zarówno kolejne punkty do rankingu WTA, jak i dodatkowa premia finansowa. Rywalką Raszynianki w kolejnym meczu fazy grupowej była Suzan Lamens, triumfatorka turnieju rangi WTA 250 w Osace w sezonie 2024. Spotkanie zakończyło się po 72 minutach rywalizacji.

    Polacy znajdowali się w bardzo komfortowej sytuacji przed ostatnim dniem zmagań w grupie United Cup. Do wygrania grupy i bezpośredniego awansu do ćwierćfinału wystarczało im co najmniej jedno zwycięstwo w meczach singlowych lub zdobycie trzech setów w starciu z Holandią. Kluczowe rozstrzygnięcie zapadło jednak błyskawicznie – Hubert Hurkacz po raz kolejny zaprezentował znakomitą formę, imponował serwisem i opanowaniem w kluczowych momentach. Wrocławianin pokonał Tallona Griekspoora 6:3, 7:6(4), zapewniając całej drużynie miejsce w najlepszej ósemce turnieju.

    Mimo że losy awansu były już przesądzone, rywalizacja z Holandią toczyła się dalej. Niedługo po meczu Hurkacza na kort wyszła Iga Świątek. Wiceliderka rankingu WTA zmierzyła się z Suzan Lamens, którą doskonale pamiętała z drugiej rundy US Open 2025. Wówczas Holenderka sprawiła niespodziankę, urywając Polce seta, choć ostatecznie przegrała 6:1, 4:6, 6:4. Tym razem stawka była mniejsza pod względem drużynowym, ale dla Świątek wciąż istotna – zwycięstwo przybliżało ją do maksymalnej puli 500 punktów w klasyfikacji WTA.

    Mecz rozpoczął się od serwisu Polki, która pewnie utrzymała podanie. Chwilę później tym samym odpowiedziała Lamens. Pierwsze okazje na przełamanie pojawiły się w czwartym gemie, gdy Świątek wypracowała sobie dwie szanse na objęcie prowadzenia 3:1. Drugą z nich wykorzystała, uzyskując dwugemową przewagę. W kolejnych minutach Raszynianka straciła jednak nieco rytm – pojawiły się niewymuszone błędy, z czego skorzystała Holenderka, odrabiając straty i doprowadzając do remisu 3:3.

    Ten moment nie wybił jednak Igi z równowagi. Polka szybko odzyskała kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Pewnie utrzymała serwis, a następnie przyspieszyła w returnie. Po długiej, intensywnej wymianie z głębi kortu wypracowała break pointa przy stanie 4:3. Lamens nie wytrzymała presji i popełniła błąd, oddając gema. Chwilę później Świątek serwowała po zwycięstwo w pierwszym secie. Przy stanie 30-30 popisała się asem, wypracowując setbola. Choć rywalka zdołała jeszcze doprowadzić do równowagi, Polka przy trzeciej okazji postawiła kropkę nad „i”, wygrywając partię 6:3.

    Drugi set rozpoczął się od serwisu Lamens, która zdołała utrzymać podanie. Świątek odpowiedziała tym samym, a już w trzecim gemie wywarła dużą presję na przeciwniczce. Po minimalnym błędzie Holenderki pojawiły się dwa break pointy z rzędu. Pierwszy nie został wykorzystany, ale przy drugim Raszynianka była już bezbłędna i objęła prowadzenie. Od tego momentu przewaga Polki systematycznie rosła. Kilka minut później miała już na koncie podwójne przełamanie, kontrolując przebieg spotkania.

    Lamens zdołała jeszcze urwać gema przy stanie 1:5, ale było to wszystko, na co było ją stać w tej partii. Świątek spokojnie utrzymała serwis i zakończyła mecz zwycięstwem 6:3, 6:2, potwierdzając swoją dominację.

    Wyniki spotkań: Hubert Hurkacz – Tallon Griekspoor 6:3, 7:6(4)
    Iga Świątek – Suzan Lamens 6:3, 6:2

    Stan rywalizacji: 2:0 dla Polski
    Przed zespołami pozostał jeszcze mecz miksta, który dopełnił udanego dnia biało-czerwonych w United Cup.

  • Kapelan Nawrockiego wprost ws. prezydenta. Ogłosił to publicznie. I te słowa o Janie Pawle II

    Kapelan Nawrockiego wprost ws. prezydenta. Ogłosił to publicznie. I te słowa o Janie Pawle II

    Jarosław Wąsowicz o Karolu Nawrockim i środowisku kibiców. Wspomina też wydarzenia po śmierci Jana Pawła II

    Jarosław Wąsowicz, salezjanin mianowany przez prezydenta Karola Nawrockiego jego kapelanem, nie ukrywa swoich poglądów i otwarcie mówi o relacji głowy państwa ze środowiskiem kibicowskim. W rozmowie z Danielem Nawrockim, najstarszym synem prezydenta, podkreśla, że doświadczenia ze stadionów miały realny wpływ zarówno na kampanię wyborczą, jak i na samego Nawrockiego. – On jest jednym z nas i wiem, że o tym nie zapomni – przekonuje duchowny. W trakcie wywiadu wraca również do wydarzeń, które rozegrały się w Polsce po śmierci Jana Pawła II.

    Po objęciu urzędu prezydenta Karol Nawrocki podjął szereg istotnych decyzji personalnych. Jedną z nich było powołanie nowego kapelana prezydenckiego. Wybór padł na ks. Jarosława Wąsowicza, z którym Nawrocki przed laty współtworzył książkę „Wielka Lechia Moich Marzeń”. Publikacja poświęcona była postaci Tadeusza Kazimierza Duffka „Dufo”, legendarnego lidera kibiców Lechii Gdańsk, zmarłego w 2005 roku.

    Wąsowicz od lat jest związany ze środowiskiem fanów piłki nożnej. Organizuje ogólnopolskie pielgrzymki kibiców na Jasną Górę i z tego powodu bywa określany mianem „kapelana kibiców”. Już w najbliższą sobotę, 10 stycznia, do Częstochowy po raz osiemnasty przyjadą sympatycy klubów z całej Polski, by wspólnie uczestniczyć w mszy świętej.

    Wydarzenie promuje Daniel Nawrocki, który na swoim kanale w serwisie YouTube opublikował nagranie zapowiadające pielgrzymkę. Główną częścią materiału jest rozmowa z ks. Wąsowiczem, w której pojawiają się wątki związane zarówno z prezydentem, jak i z historią kibicowskich inicjatyw, w tym z reakcjami stadionów na śmierć Jana Pawła II.

    „Jest jednym z nas”

    Kapelan prezydenta zwraca uwagę na rolę, jaką – jego zdaniem – odegrali kibice w kampanii wyborczej Karola Nawrockiego. Jak podkreśla, bez wsparcia zwykłych ludzi, także tych ze stadionów, zwycięstwo mogłoby nie być możliwe. – Tata miałby ciężko wygrać wybory bez zaplecza zwykłych ludzi, którzy się modlili i którzy na stadionach wywieszali transparenty „Byle nie Trzaskowski”. Warto o tym dziś pamiętać – mówi w rozmowie z Danielem Nawrockim.

    Wąsowicz opisuje też zasady, które – jego zdaniem – obowiązują w środowisku kibiców. – Jeśli komuś dzieje się krzywda, staramy się pomóc. Gdy trzeba coś zrobić dla Lechii czy dla Polski, stoimy w jednym szeregu – zaznacza. Jednocześnie przypomina, że sam Karol Nawrocki wywodzi się z tego środowiska i wielokrotnie dawał temu wyraz.

    Przywołuje sytuację, gdy już jako prezydent RP Nawrocki pojawił się na meczu Lechii Gdańsk z Motorem Lublin i wszedł na trybunę najbardziej zagorzałych kibiców. – To był moment wzruszający, ale też historyczny. Głowa państwa weszła na młyn, gdzie doping jest na całego, a wszyscy skandują jego imię. On jest jednym z nas i wiem, że o tym nie zapomni. To środowisko ukształtowało go w imię zasad, które w życiu bardzo się przydają – tłumaczy duchowny.

    Wspomnienia po śmierci Jana Pawła II

    W dalszej części rozmowy ks. Wąsowicz mówi o społecznych inicjatywach kibiców oraz o wydarzeniach sprzed lat, związanych z osobą Jana Pawła II. Przypomina, że fani klubów piłkarskich wielokrotnie angażowali się w obronę papieża i Kościoła. – Kiedy trzeba było bronić Ojca Świętego, gdy był atakowany przez postkomunę, kibice stawali w jego obronie, pojawiały się oprawy. Gdy trzeba było bronić kościołów, robili to właśnie kibice – mówi.

    Kapelan ocenia, że Pielgrzymka Kibiców na Jasną Górę nie mogłaby się odbywać, gdyby nie doświadczenie wspólnoty, które narodziło się po śmierci Jana Pawła II. Wspomina sceny ze stadionów w całej Polsce, wspólne modlitwy i momenty, gdy rywalizujące ze sobą środowiska potrafiły się zjednoczyć.

    – To były narodowe rekolekcje – podkreśla. Przypomina m.in. przerwane mecze po informacji o śmierci papieża czy wspólne Eucharystie kibiców klubów będących od lat w konflikcie. – Kibice Cracovii i Wisły Kraków, najwięksi rywale, spotkali się razem na stadionie na mszy. Takie sceny działy się w całej Polsce. Wtedy kibice zobaczyli, że są wydarzenia i postacie, które nas wszystkich łączą – bez względu na to, jakie barwy nosimy – podsumowuje ks. Jarosław Wąsowicz.

  • Stoch wywołany w Bischofshofen. Złoty Orzeł dla Polaka, wielki moment

    Stoch wywołany w Bischofshofen. Złoty Orzeł dla Polaka, wielki moment

    Nie zawiódł kibiców finałowy konkurs tegorocznego Turnieju Czterech Skoczni. Rywalizacja w Bischofshofen dostarczyła ogromnych emocji, a o końcowym triumfie zdecydowała szalona końcówka, w której nie brakowało prób przekraczających 140 metrów. Na austriackiej skoczni dobrze zaprezentowali się także reprezentanci Polski, w tym Kamil Stoch. Dla trzykrotnego mistrza olimpijskiego był to jednocześnie ostatni start w legendarnych niemiecko-austriackich zawodach. Tuż po zakończeniu konkursu doszło do wyjątkowej i niezwykle wzruszającej sceny.

    Obecny sezon zimowy ma szczególne znaczenie dla Kamila Stocha. Doświadczony skoczek już przed jego rozpoczęciem oficjalnie ogłosił, że to jego ostatnia kampania w zawodowej karierze. Od tamtej pory każdy kolejny występ Zakopiańczyka budzi ogromne emocje wśród kibiców, którzy coraz wyraźniej odczuwają zbliżające się pożegnanie z jedną z największych legend polskich skoków narciarskich. Nie inaczej było w Bischofshofen, gdzie Stoch po raz kolejny potwierdził swoją klasę.

    Po nieudanym występie w Innsbrucku 38-latek potrafił się odbudować i we wtorek oddał dwie solidne próby, pokazując, że wciąż stać go na skakanie na wysokim poziomie. Gdy wydawało się, że po ostatnim skoku będzie mógł spokojnie zejść ze skoczni, odpocząć i zacząć przygotowania do powrotu do kraju, organizatorzy przygotowali dla niego niespodziankę.

    Ku radości licznie zgromadzonych fanów spiker zawodów nagle wywołał nazwisko Kamila Stocha. Na oczach tysięcy kibiców Polak został uhonorowany symbolicznym Złotym Orłem. Choć statuetka nie była tak okazała jak trofeum dla zwycięzcy Turnieju Czterech Skoczni, sam gest miał ogromne znaczenie. Stoch przyjął wyróżnienie z widocznym wzruszeniem, a na jego twarzy pojawiły się emocje, których nie próbował ukrywać.

    – Zrobiło się bardzo sentymentalnie, gdy usłyszałem ten aplauz kibiców i słowa spikera – przyznał później w rozmowie z Eurosportem. – Każda skocznia miała w tym roku w sobie coś wyjątkowego, szczególnie podczas Turnieju Czterech Skoczni. W Oberstdorfie czułem się niesamowicie, w Garmisch-Partenkirchen było podobnie, w Innsbrucku również. Wszędzie organizatorzy i fani żegnali się ze mną w wyjątkowy sposób. Może właśnie dlatego warto było wcześniej powiedzieć, że to będzie mój ostatni sezon. Dzięki temu mogłem przeżyć takie chwile pożegnania – podkreślił Stoch.

    Symboliczny Złoty Orzeł w Bischofshofen stał się kolejnym dowodem na to, jak wielkim szacunkiem i sympatią Kamil Stoch cieszy się nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. To był moment, który na długo pozostanie w pamięci zarówno samego zawodnika, jak i jego kibiców.

  • Hejter Świątek wrócił na kort. Oto jak mu poszło

    Hejter Świątek wrócił na kort. Oto jak mu poszło

    Nie udał się Nickowi Kyrgiosowi powrót do sportowej rywalizacji. Australijczyk, który rozegrał pierwszy oficjalny mecz od marca, nie stanowił wielkiej przeszkody dla Aleksandara Kovacevicia. Amerykanin bez problemu zwyciężył 6:3, 6:4 i awansował do 1/8 finału turnieju ATP w Brisbane. Skandalista niejednokrotnie krytykował Igę Świątek, a teraz musi walczyć o swoją karierę.
    Nick Kyrgios
    Screenshot YT Tennis TV

    Nick Kyrgios nie jest byle kim. Australijczyk co prawda zajmuje aktualnie miejsce w siódmej “setce” rankingu ATP, ale u szczytu swojej kariery plasował się w czołówce. W 2016 roku osiągnął swoją najwyższą pozycję – trzynastą. Przed czterema laty zanotował swoje najlepsze występy w turniejach wielkoszlemowych. W finale Wimbledonu przegrał z Novakiem Djokoviciem, dotarł też do ćwierćfinału US Open.

    Zobacz wideo Luke Littler lubi grać pod presją? “On sam generuje negatywne emocje”

    Liczne kontuzje sprawiły, że 30-latek musi swoją karierę odbudować od zera. Od października 2022 roku wygrał zaledwie jeden mecz w tourze. Długo walczył z nawracającą kontuzją nadgarstka. Problemy ze zdrowiem sprawiły, że zniknął z kortów w marcu zeszłego roku.
    Nick Kyrgios z nieudanym powrotem

    Wielkim powrotem na kort Nicka Kyrgiosa był pokazowy mecz przeciwko Arynie Sabalence. Spotkanie, które miało niewiele wspólnego czy z tenisem, czy chociażby z pierwotną “wojną płci” rozegraną przez legendarną Billie Jean King, zakończyło się jego zwycięstwem 6:3, 6:3. Po dziesięciu dniach od tego pojedynku przyszedł czas na prawdziwy powrót Australijczyka na kort.

    Zobacz też: Co za mecz Linette z Venus Williams!

    I nie zakończył się on najlepiej. Pierwszy od dziewięciu miesięcy mecz Kyrgiosa w tourze odbył się w ramach turnieju ATP w Brisbane. Kyrgiosowi nie można było odmówić walki, ale w pojedynku 1/16 finału z Amerykaninem Aleksandarem Kovacevicem (58. ATP) był po prostu słabszy.

    Gołym okiem widać było długi rozbrat z kortem, a odczucia potwierdzają statystyki. Australijczyk posłał zaledwie 10 winnerów względem 27 ze strony Kovacevicia, gorzej serwował, returnował, nie miał też żadnej okazji do przełamania. Amerykanin miał i je wykorzystał, dzięki czemu zwyciężył 6:3, 6:4.
    Hejter Świątek i jego skandale

    Okres bez gry Kyrgios spędził na swojej drugiej specjalności. Liczne skandaliczne wypowiedzi Australijczyka obiegają świat, a jedną z ulubionych “ofiar” 30-latka jest Iga Świątek. Nieustannie krytykuje on Polkę za sprawę zawieszenia za doping, chociaż sprawa 24-latki jest oczywista. Winna była zanieczyszczona melatonina, która zawierała niedozwoloną trimetazydynę. Wszystkie testy wykazały, że Świątek nie przyjęła zakazanej substancji w dużych ilościach, ani świadomie, przez co przyjęto tłumaczenia o przypadkowym zażyciu za wiarygodny.

    Nie są to jedyne kontrowersyjne zachowania Nicka Kyrgiosa. W 2015 roku podczas meczu ze Stanem Wawrinką obraził Szwajcara, sugerując niewierność jego partnerki. Cztery lata później jego mecz z Casperem Ruudem zakończył się przedcześnie po ataku furii, podczasu którego Australijczyk obraził sędziego i wyrzucił krzesełko na kort.

  • Marianna Schreiber grzmi po ataku na konferencji. Błyskawiczna reakcja internautów

    Marianna Schreiber grzmi po ataku na konferencji. Błyskawiczna reakcja internautów

    Marianna Schreiber ponownie znalazła się w ogniu medialnej burzy. Podczas konferencji prasowej poprzedzającej galę Prime MMA doszło do skandalicznego incydentu — celebrytka została niespodziewanie spryskana proszkiem z gaśnicy przez swoją rywalkę. Zdarzenie natychmiast obiegło internet, wywołując falę komentarzy, żartów i kpin. Schreiber nie zamierzała jednak milczeć i zdecydowała się na ostrą reakcję, która tylko podgrzała dyskusję.

    Od kilku lat Marianna Schreiber pozostaje jedną z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny freak-fightów. Influencerka, celebrytka i była żona polityka PiS Łukasza Schreibera konsekwentnie buduje swoją rozpoznawalność, łącząc świat mediów społecznościowych z galami MMA. Jej udział w tego typu wydarzeniach niemal zawsze wywołuje skrajne emocje — od entuzjazmu fanów po otwartą niechęć krytyków.

    Dotychczasowe występy Schreiber w klatce były szeroko komentowane. Choć nie jest postrzegana jako zawodniczka o wysokich umiejętnościach technicznych, każda jej walka generowała ogromne zainteresowanie. Kluczową rolę odgrywały tu kontrowersje, napięcie oraz silna osobowość celebrytki. Sama Schreiber wielokrotnie podkreślała, że starty w MMA są dla niej sposobem na przełamywanie własnych słabości i konfrontację z hejtem, który — jak twierdzi — towarzyszy jej od lat.

    Tym razem emocje sięgnęły zenitu jeszcze przed samą galą. Podczas konferencji prasowej zapowiadającej nadchodzące wydarzenie doszło do szokującej sytuacji. Marianna Schreiber została znienacka zaatakowana przez swoją rywalkę, Sarę „Lasuczitę” Sise, która użyła gaśnicy i spryskała ją proszkiem. W sali zapanował chaos, a nagrania z incydentu błyskawicznie trafiły do sieci.

    Początkowo Schreiber zareagowała impulsywnie, jednak niedługo później opublikowała w mediach społecznościowych filmik, na którym wykonuje inhalację i z wyraźną ironią informuje obserwatorów, że „chyba żyje”. Ten wpis tylko dolał oliwy do ognia, bo internet wypełnił się prześmiewczymi komentarzami i memami.

    Celebrytka postanowiła więc odpowiedzieć hejterom w bardziej stanowczy sposób. Na Instagramie nie kryła rozgoryczenia, podkreślając, że to ona padła ofiarą ataku, a mimo to stała się obiektem masowego hejtu. W emocjonalnym wpisie pytała wprost, dokąd zmierza społeczeństwo, które potrafi czerpać satysfakcję z cudzej krzywdy. Zwracała uwagę na hipokryzję internautów, którzy — jej zdaniem — potępiają hejt dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii, a na co dzień traktują publiczne lincze jako formę rozrywki.

    Reakcja internautów była jednak daleka od jednomyślnej. W komentarzach masowo przypominano Schreiber jej wcześniejsze kontrowersyjne zachowania, zarzucając jej brak konsekwencji i hipokryzję. Wielu użytkowników sieci wskazywało, że w przeszłości sama użyła gaśnicy wobec aktywistów, dlatego — ich zdaniem — obecne oburzenie jest nie na miejscu. Pojawiały się ironiczne wpisy w stylu „kto mieczem wojuje, od miecza ginie” oraz sugestie, że granice są dostrzegane dopiero wtedy, gdy role się odwracają.

    Jedno jest pewne — wokół Marianny Schreiber znów zrobiło się głośno, a kontrowersje z konferencji Prime MMA na długo pozostaną tematem internetowych dyskusji.

  • Linette triumfuje w starciu z Williams. Trzysetowa batalia w Auckland dla Polki

    Linette triumfuje w starciu z Williams. Trzysetowa batalia w Auckland dla Polki

    Poniedziałek przyniósł prawdziwy wysyp zwycięstw polskich tenisistów i tenisistek w turniejach głównego cyklu. Szansa na podtrzymanie tej passy pojawiła się już w środku nocy. Kilkanaście minut przed godziną 3:00 czasu polskiego na kort w Auckland wyszła Magda Linette, która walczyła o awans do drugiej rundy turnieju WTA 250. Jej rywalką była legenda światowego tenisa – siedmiokrotna mistrzyni wielkoszlemowa w grze pojedynczej, Venus Williams. Po ponad dwóch godzinach zaciętej rywalizacji górą była Polka, zwyciężając 6:4, 4:6, 6:2.

    Udany początek sezonu Linette

    Turniej w Auckland Magda Linette wybrała na inaugurację sezonu 2026. Jeszcze przed singlowym debiutem Poznanianka sprawdziła się w grze podwójnej. W duecie z Shuko Aoyamą dotarła do ćwierćfinału, pokonując parę Qianhui Tang/Sabrina Santamaria 6:3, 7:5. Szczególnie emocjonująca była końcówka drugiego seta, w której Polka i Japonka zachowały więcej zimnej krwi.

    Dobę później Linette rozpoczęła zmagania w singlu. Jako zawodniczka rozstawiona z numerem piątym trafiła w pierwszej rundzie na Venus Williams, która otrzymała od organizatorów dziką kartę. 45-letnia Amerykanka zapowiedziała intensywny początek sezonu – poza Auckland ma wystąpić również w Hobart oraz w Australian Open. Wcześniej zdążyła już zagrać w deblu, gdzie wspólnie z Eliną Switoliną przegrała z Alexandrą Ealą i Ivą Jović 6:7(7), 1:6.

    Trzecia próba i wreszcie zwycięstwo

    Dla Linette był to trzeci w karierze pojedynek z Venus Williams. Dwa wcześniejsze, rozegrane w 2016 roku, zakończyły się porażkami Polki – najpierw w dwóch setach, później po trzysetowej batalii. Tym razem faworytką była już 33-letnia Poznanianka, choć pytanie brzmiało, jak poradzi sobie mentalnie w starciu z ikoną światowego tenisa.

    Set pierwszy: przewaga Linette

    Mecz rozpoczął się od mocnego serwisu Williams, która utrzymała podanie do zera. Linette odpowiedziała jednak solidną grą i jako pierwsza zaczęła wywierać presję przy returnie. Przełom nastąpił w piątym gemie, gdy Polka wykorzystała błąd rywalki z bekhendu i zdobyła pierwsze przełamanie. Od tego momentu to Linette przejęła inicjatywę, konsekwentnie punktując mniej regularną Amerykankę.

    Choć Williams zdołała jeszcze odrobić część strat i przełamała Polkę przy stanie 2:5, końcówka seta należała do Linette. Poznanianka zachowała spokój przy własnym podaniu i po 46 minutach zapisała pierwszą partię na swoim koncie, wygrywając 6:4.

    Druga odsłona dla Venus

    Drugi set rozpoczął się podobnie jak pierwszy – Williams szybko złapała rytm przy własnym serwisie. Kluczowy moment nastąpił w szóstym gemie, gdy Linette prowadziła 40-15, ale straciła cztery punkty z rzędu. Przełamanie dodało skrzydeł doświadczonej Amerykance. Polka zdołała co prawda szybko odrobić stratę i doprowadzić do remisu 4:4, jednak końcówka należała już do Williams.

    Przy stanie 5:4 dla Amerykanki presja była po stronie Linette. Poznanianka nie wytrzymała napięcia, oddała własne podanie i tym samym set zakończył się wynikiem 6:4 dla Venus.

    Decydujący set pod dyktando Polki

    Trzecia partia przyniosła sporo nerwów na początku, ale kluczowe okazały się niewykorzystane okazje Williams. W piątym gemie Linette doczekała się aż trzech break pointów i przy trzecim z nich dopięła swego, obejmując prowadzenie. Choć chwilę później sama musiała bronić się przed stratą przewagi, wyszła z opresji obronną ręką.

    To był moment przełomowy. Od tego czasu Linette grała coraz pewniej, a Williams zaczęło brakować regularności. Dwa ostatnie gemy Polka wygrała zdecydowanie, tracąc zaledwie jeden punkt. Po ponad dwóch godzinach walki mogła unieść ręce w geście triumfu.

    Pierwsza wygrana z legendą

    Magda Linette po raz pierwszy w karierze pokonała Venus Williams, zwyciężając 6:4, 4:6, 6:2. Dzięki temu awansowała do drugiej rundy turnieju WTA 250 w Auckland, gdzie o miejsce w ćwierćfinale powalczy z Włoszką Elisabettą Cocciaretto.

  • Sensacja w meczu Gauff, 0:6 na koniec. Świątek już korzysta z problemów Amerykanki

    Sensacja w meczu Gauff, 0:6 na koniec. Świątek już korzysta z problemów Amerykanki

    Trwa czwarty dzień rywalizacji w United Cup 2026, a turniej przynosi kolejne niespodzianki. Zanim w Sydney na kort wyszła Iga Świątek, w Perth do gry przystąpiła trzecia rakieta świata – Coco Gauff. Amerykanka, która w premierowym meczu zaprezentowała się bardzo solidnie, tym razem była niemal nie do poznania. Jej pojedynek z Jessicą Bouzas Maneiro zakończył się sensacyjną i wyjątkowo dotkliwą porażką faworytki.

    Gauff była jedną z największych gwiazd ubiegłorocznej edycji United Cup. W singlu pozostawała niepokonana, nie straciła ani jednego seta, a po drodze ograła m.in. Igę Świątek. Z kompletem pięciu zwycięstw wywalczyła 500 punktów do rankingu WTA i wspólnie z reprezentacją USA sięgnęła po końcowy triumf. Nic więc dziwnego, że 21-latka także w tym sezonie przystąpiła do rozgrywek z ambicją obrony tytułu i powtórzenia znakomitego bilansu sprzed roku.

    Początek turnieju w jej wykonaniu nie zapowiadał żadnych problemów. W sobotę Coco bez najmniejszych kłopotów rozbiła Solanę Sierrę 6:1, 6:1 w niespełna godzinę. Do tego dołożyła zwycięstwo w mikście, grając w parze z Christianem Harrisonem. Dzięki temu reprezentacja Stanów Zjednoczonych pokonała Argentynę 2:1 i znalazła się w bardzo komfortowej sytuacji w walce o pierwsze miejsce w grupie. W kolejnym spotkaniu rywalem Amerykanki była jednak Jessica Bouzas Maneiro, a ten mecz otwierał starcie USA z Hiszpanią. Tym razem mistrzyni Roland Garros 2025 kompletnie zawiodła.

    Już od pierwszych piłek było widać, że Gauff ma ogromne problemy. Zupełnie nie funkcjonował jej serwis – własne gemy przegrywała gładko, mimo że w pierwszym secie miała aż cztery okazje na utrzymanie podania. Hiszpanka dominowała od samego początku i szybko wyszła na prowadzenie 5:0. Przy tej okazji Bouzas Maneiro serwowała po „bajgla” i miała cztery piłki setowe, lecz żadnej nie wykorzystała. Gauff zdołała zdobyć jednego gema, który – jak się później okazało – był jedynie honorowy. Chwilę później znów straciła podanie, a pierwsza partia zakończyła się wynikiem 6:1 dla zawodniczki z Półwyspu Iberyjskiego.

    Drugi set rozpoczął się równie źle dla Amerykanki – Bouzas Maneiro szybko objęła prowadzenie 3:0. Dopiero wtedy Gauff po raz pierwszy w meczu utrzymała serwis, wychodząc z opresji przy stanie 15–30. Nie był to jednak sygnał trwałej poprawy, bo Hiszpanka momentalnie odpowiedziała kolejnym wygranym gemem. Przy stanie 4:1 wydawało się, że wszystko zmierza ku szybkiej porażce faworytki, lecz wtedy nastąpił nagły zwrot. Coco wygrała cztery gemy z rzędu i stanęła przed szansą zamknięcia seta przy własnym podaniu. W kluczowym momencie znów zawiódł jednak jej serwis i o losach partii zadecydował tie-break. Ten padł łupem Gauff, która zwyciężyła 7–3 i wyrównała stan meczu.

    Wydawało się, że wygrany tie-break może odmienić przebieg spotkania, lecz kilkuminutowa przerwa przed trzecim setem przyniosła efekt odwrotny. Decydująca odsłona znów przebiegała pod pełną kontrolą Hiszpanki. Gauff szybko przegrała trzy pierwsze gemy, a następnie zmarnowała dwie okazje na przełamanie w czwartym rozdaniu – to był moment, który ostatecznie przesądził o losach pojedynku. Bouzas Maneiro nie zwolniła tempa i zakończyła mecz już w szóstym gemie, wykorzystując trzeciego meczbola.

    Jessica Bouzas Maneiro odniosła tym samym najcenniejsze zwycięstwo w swojej karierze, pokonując Coco Gauff 6:1, 6:7(3), 6:0. Porażka Amerykanki ma również konsekwencje rankingowe – nawet jeśli reprezentacja USA obroni tytuł w United Cup, Gauff nie zdobędzie już kompletu 500 punktów do rankingu WTA. Maksymalnie może liczyć na 325 „oczek”, co działa na korzyść Igi Świątek. Pozycja Polki jako wiceliderki światowego rankingu wydaje się w tym momencie bezpieczna.

  • Sabalenka urządziła demolkę. Sędzia ogłosiła koniec meczu po 48 minutach

    Sabalenka urządziła demolkę. Sędzia ogłosiła koniec meczu po 48 minutach

    Aryna Sabalenka rozpoczęła sezon w nietypowy dla siebie sposób, bo od występu w deblu. Tej nocy przyszedł już czas na pierwszy pojedynek Białorusinki w singlu. Liderka rankingu stanęła do walki o awans do trzeciej rundy WTA 500 w Brisbane. Broniąca tytułu zawodniczka zmierzyła się z Cristiną Bucsą. Mecz okazał się bardzo jednostronny – do tego stopnia, że sędziująca spotkanie pani Martina Baldi ogłosiła zakończenie już po 48 minutach. Oto co się wydarzyło w Australii.
    Tenisistka w czarnym stroju sportowym krzycząca z wyrazem intensywnych emocji, trzymająca rakietę tenisową na tle rozmytego, ciemnego tła.

    Aryna Sabalenka rywalizowała z Cristiną Bucsą w drugiej rundzie WTA 500 w BrisbaneAMR ALFIKYAFP

    Australia to miejsce, które w ostatnich latach bardzo dobrze kojarzy się do Arynie Sabalence. Białorusinka regularnie melduje się w finałach imprez rozgrywanych właśnie w tym kraju. W poprzednim sezonie wygrała turniej WTA 500 w Brisbane oraz otarła się o trzeci z rzędu tytuł w Australian Open. Ostatecznie przegrała w decydującym starciu z Madison Keys. W tym roku tenisistka z Mińska z pewnością zrobi wszystko, by opuścić ten kontynent w roli niepokonanej zawodniczki.

    Sabalenka wybrała identyczną ścieżkę – najpierw Brisbane, potem Melbourne. Tym razem Aryna zdecydowała się jednak na pewien dodatek. Podczas imprezy rangi “500” zgłosiła się także do debla, w duecie z Paulą Badosą. To właśnie od tej kategorii zainaugurowała nową kampanię rozgrywek. Razem z Hiszpanką pokonały po dwóch tie-breakach duet Ludmiła Samsonowa/Shuai Zhang.

    W nocy z poniedziałku na wtorek czasu polskiego przyszedł czas na pierwszy pojedynek Białorusinki w singlu w sezonie 2026. Rywalką liderki rankingu okazała się 50. rakieta świata – Cristina Bucsa. Tenisistka z Mińska zmierzyła się z Hiszpanką podczas ubiegłorocznego US Open. Wówczas numer jeden kobiecego tenisa triumfował 6:1, 6:4. Tym razem otrzymaliśmy jeszcze bardziej jednostronne spotkanie.

    WTA Brisbane: Aryna Sabalenka kontra Cristina Bucsa w drugiej rundzie

    Mecz rozpoczął się od serwisu Sabalenki. Turniejowa “1” przegrała pierwszy punkt, ale później nastąpiła dominacja Aryny. Już w drugim gemie doczekała się break pointów na swoją korzyść. Po drugiej okazji wywalczyła przełamanie i w ekspresowym tempie uciekała rywalce. W kolejnych trzech rozdaniach Białorusinka przegrała zaledwie jedną akcję. Powoli pachniało setem do zera. W trakcie szóstego gema Bucsa miała jednak swoje szanse, by tego uniknąć. Posiadała aż trzy piłki na premierowe “oczko”, ale nie wykorzystała żadnej z nich. Z kolei tenisistka z Mińska już po pierwszym setbolu zamknęła sprawę w całej partii.

    Obraz drugiej części pojedynku wyglądał bardzo podobnie. W początkowej fazie, poza drugim i trzecim gemem, Cristina miała problem z nawiązaniem wyrównanej walki. W pewnym momencie na tablicy wyników zrobiło się już 6:0, 5:0. Hiszpanka w ostatniej chwili uniknęła tzw. roweru, czyli porażki bez wygrania choćby jednego rozdania. Na więcej Sabalenka już jednak nie pozwoliła. Po 48 minutach gry pani sędzia Martina Baldi ogłosiła zwycięstwo Aryny 6:0. 6:1. Tenisistka z Mińska zanotowała efektowną inaugurację sezonu. Prawdziwe testy jednak dopiero przed nią. Już w batalii o ćwierćfinał WTA 500 w Brisbane czeka ją starcie z Soraną Cirsteą albo Jeleną Ostapenko.

    Hubert Hurkacz – Alexander Zverev. Skrót meczu. WIDEOPolsat SportPolsat Sport
    Aryna Sabalenka powalczy o triumf w turnieju WTA 500 w Brisbane

    Aryna Sabalenka powalczy o triumf w turnieju WTA 500 w BrisbanePatrick HAMILTON / AFPAFP
    Cristina Bucsa

    Cristina BucsaRYAN LIMAFP
    Jelena Ostapenko

    Jelena OstapenkoNOUSHAD THEKKAYIL/NurPhoto via AFPAFP