• Świątek wykluczona z elitarnego grona. To nie żart

    Świątek wykluczona z elitarnego grona. To nie żart

    Świątek wykluczona z elitarnego grona. Francuzi ogłosili

    Francuskie “L’Equipe” ogłosiło rankingi 10 najlepszych sportowców i sportsmenek świata. W poprzednich latach w tym zacnym gronie mogliśmy oglądać m.in. nazwisko Igi Świątek. Ba, w 2022 r. Polka ten plebiscyt wygrała. A jak było w tym roku? Cóż, zabrakło jej nawet w “dziesiątce”. Redakcja doceniła za to jej wielką rywalkę – Arynę Sabalenkę. Tak prezentują się wyniki.
    Iga Świątek
    screen: youtube.com/@usopen

    Iga Świątek ma za sobą kolejny udany rok okraszony wygraną w Wimbledonie. Nie da się jednak ukryć, że poprzedni sezon był znacznie słabszy od poprzednich, w których nasza tenisistka była absolutną dominatorką i długimi tygodniami utrzymywała prowadzenie w rankingu WTA. Spadek formy niesie za sobą określone konsekwencje. Polka raczej nie może teraz liczyć, że odbierze liczne indywidualne nagrody.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany
    Dla Świątek nie było miejsca. Polka poza najlepszą “10” świata

    Przekonała się o tym m.in. w poniedziałek. Wtedy to francuski dziennik “L’Equipe” opublikował wyniki tajnego głosowania na najlepszego sportowca i najlepszą sportsmenkę roku. Świątek jak dotąd cieszyła dużą przychylnością ze strony członków tej redakcji. W 2022 r. zajęła nawet pierwsze miejsce wśród kobiet (wśród panów triumfował wówczas Lionel Messi – red.). Tym razem nie załapała się nawet do najlepszej dziesiątki.

    Ta sztuka udała się tylko jednej tenisistce – Arynie Sabalence. Liderka światowego rankingu i zwyciężczyni US Open zajęła szóste miejsce. Za najlepszą sportsmenkę świata uznano zaś Summer McIntosh. Kanadyjska pływaczka była bohaterką tegorocznych mistrzostw świata w Singapurze, na których zdobyła cztery złote medale. Na podium znalazły się też dwie lekkoatletki – mistrzyni świata z Tokio w biegu na 400 m i w sztafecie 4×400 m – Sydney McLaughlin-Levrone oraz złota medalistka na 100, 200 i w sztafecie 4×100 m – Melissa Jefferson-Wooden.

    Ranking najlepszych sportsmenek 2025 r. wg “L’Equipe”:

    1. Summer McIntosh (Kanada), pływanie, 628 punktów
    2. Sydney McLaughlin-Levrone (USA), lekkoatletyka, 516 punktów
    3. Melissa Jefferson-Wooden (USA), lekkoatletyka, 425 punktów
    4. Pauline Ferrand-Prevot (Francja), kolarstwo, 375 punktów
    5. Katie Ledekcy (USA), pływanie, 331 punktów
    6. Aryna Sabalenka (Białoruś), tenis, 293 punkty
    7. Federica Brignone (Włochy), narciarstwo alpejskie, 151 punktów
    8. Aitana Bonmati (Hiszpania), piłka nożna, 140 punktów
    9. Beatrice Chebet (Kenia), lekkoatletyka, 85 punktów
    10. Angelina Melnikova (Rosja), gimnastyka, 72 punkty

    Oto ranking najlepszych sportowców świata. Czołowa dwójka zdeklasowała konkurencję

    Oczywiście w zestawieniu najlepszych sportowców trudno było oczekiwać jakiegokolwiek Polaka. Triumfował kolarz Tadej Pogacar, który w tym sezonie po raz czwarty wygrał Tour de France, a do tego dołożył zwycięstwa w wyścigach Dookoła Flandrii, Liege-Bastogne-Liege i Dookoła Lombardii. Słoweniec tylko nieznacznie wyprzedził drugiego Armanda Duplantisa, mimo że Szwed kolejny raz poprawił rekord świata w skoku o tyczce do niebotycznego 6,30 m. Pozostali sportowcy pozostali daleko w tyle.

    Podium zamknął Carlos Alcaraz i wcale nie był jedynym tenisistą w tym zestawieniu. Piąte miejsce przypadło drugiemu w rankingu ATP Jannikowi Sinnerowi. Rozdzielił ich tegoroczny zdobywca Złotej Piłki – Ousmanne Dembele.

    Ranking najlepszych sportowców 2025 r. wg “L’Equipe”:

    1. Tadej Pogacar (Słowenia), kolarstwo, 821 punktów
    2. Armand Duplantis (Szwecja), lekkoatletyka, 799 punktów
    3. Carlos Alcaraz (Hiszpania), tenis, 252 punkty
    4. Ousmane Dembele (Francja), piłka nożna, 226 punktów
    5. Jannik Sinner (Włochy), tenis, 169 punktów
    6. Léon Marchand (Francja), pływanie, 146 punktów
    7. Marc Marquez (Hiszpania), motocykl, 134 punkty
    8. Marco Odermatt (Szwajcaria), narciarstwo alpejskie, 104 punkty
    9. Shai Gilgeous-Alexander (Kanada), koszykówka, 103 punkty
    10. Rory McIlroy (Irlandia Północna), golf, 75 punktów

  • Nawrocki jednym podpisem może wkurzyć tysiące Polaków. Kradną na potęgę

    Nawrocki jednym podpisem może wkurzyć tysiące Polaków. Kradną na potęgę

    Pirackie transmisje sportowe pod lupą. Polska może dogonić Europę, ale kluczowy ruch należy do prezydenta

    Coraz więcej kibiców decyduje się oglądać sport poza legalnym obiegiem, omijając abonamenty i opłaty za dostęp do transmisji. Skala zjawiska w Polsce rośnie lawinowo – sygnał największych nadawców bywa kradziony nawet kilkadziesiąt razy dziennie. Choć nasz kraj od lat pozostaje w tyle za innymi państwami Europy w walce z piractwem, w najbliższym czasie może dojść do przełomu. Wszystko zależy od decyzji prezydenta Karola Nawrockiego.

    Od kradzieży w sklepach do kradzieży sygnału

    Pierwsze sześć miesięcy 2025 roku przyniosło w Polsce odwrócenie trendu, jeśli chodzi o drobne przestępstwa. Po okresie spadków statystyki znów poszły w górę – towar coraz częściej znika z półek sklepowych. Oficjalne dane i tak nie oddają pełnej skali zjawiska, bo wielu sprawców pozostaje bezkarnych.

    Podobna sytuacja ma miejsce w świecie cyfrowym. Tyle że zamiast fizycznego produktu „kradziony” jest sygnał telewizyjny. W praktyce oznacza to nielegalne udostępnianie transmisji osobom, które albo nie zapłaciły w ogóle, albo uiściły symboliczną opłatę – tyle że piratom, a nie legalnym nadawcom.

    Widz też może zapłacić karę – Polska wyjątkiem

    W przypadku transmisji sportowych odpowiedzialność rozkłada się na dwie strony: tych, którzy nielegalnie udostępniają sygnał, oraz tych, którzy z takich źródeł korzystają. W Polsce karana jest w zasadzie wyłącznie pierwsza grupa. Inaczej wygląda to we Włoszech, gdzie państwo poszło o krok dalej.

    Tamtejsze służby, po namierzeniu organizatorów pirackich platform (którym grożą wysokie grzywny lub więzienie), sprawdzają również osoby płacące za dostęp do nielegalnych streamów. Efekt? Mandaty w wysokości od 150 do 1000 euro, czyli nawet ponad 4 tys. zł. Tylko w 2025 roku takie kary dotknęły już blisko 2,5 tys. widzów.

    To jednak dopiero początek. Właściciele praw sportowych – m.in. DAZN, Sky Italia i sama Serie A – uzyskali dostęp do danych użytkowników pirackich serwisów i zapowiadają pozwy cywilne. DAZN już teraz wysyła wezwania do zapłaty ryczałtowego odszkodowania w wysokości 500 euro. Brak reakcji oznacza sprawę w sądzie.

    A skala jest ogromna. Niedawno we Włoszech zlikwidowano piracką platformę mającą aż 900 tys. użytkowników. Według badań IPSOS sprzed kilku lat nawet jedna czwarta dorosłych Włochów przyznawała się do korzystania z nielegalnych transmisji. Aktualne szacunki mówią nawet o pięciu milionach takich widzów.

    Wielka Brytania też ma problem

    Piractwo sportowe nie omija również Wielkiej Brytanii. Według sondażu YouGov przeprowadzonego dla „The Athletic”, w ostatnim półroczu nielegalne relacje sportowe oglądało tam około pięciu milionów osób – o 200 tys. więcej niż w 2023 roku. Co znamienne, niemal 10 proc. ankietowanych nie potrafiło lub nie chciało odpowiedzieć na pytanie, czy korzysta z pirackich streamów.

    Najczęściej nielegalnie oglądaną dyscypliną pozostaje piłka nożna (78 proc. wskazań), przed boksem (31 proc.). Kibice trafiają na pirackie transmisje głównie przez specjalne strony internetowe, ale popularne są też tzw. firesticki oraz media społecznościowe. W samym poprzednim sezonie Premier League zablokowała globalnie aż 660 tys. nielegalnych przekazów.

    Polska: ponad 20 kradzieży sygnału dziennie

    Z raportu Grant Thornton i Live Content Coalition wynika, że liczba zgłoszeń dotyczących nielegalnych transmisji sportowych w Polsce wzrosła o 142 proc. rok do roku (2024–2025). Problem dostrzegają także sami nadawcy.

    – Transmisje sportowe są szczególnie trudne do ochrony. Jeśli nie zablokujemy nielegalnego przekazu w ciągu maksymalnie 30 minut, straty są ogromne – tłumaczy Piotr Wójtów, ekspert ds. ochrony antypirackiej w Canal+.

    Dane Cyfrowego Polsatu pokazują skalę zjawiska: czterech największych nadawców w Polsce odnotowuje łącznie ponad 8 tys. przypadków nielegalnych transmisji rocznie. To oznacza, że sygnał jest kradziony średnio ponad 22 razy dziennie.

    Najczęściej piracone treści? W Canal+ są to Ekstraklasa, Premier League, Liga Mistrzów, La Liga i żużel. W Polsacie – oprócz piłki nożnej – również siatkówka, tenis i Formuła 1.

    Odcinanie piratów od pieniędzy

    Nadawcy nie ograniczają się do zgłaszania naruszeń. Współpracują w ramach Stowarzyszenia Sygnał, realizując strategię „follow the money”, czyli odcinania pirackich serwisów od reklamodawców i pośredników finansowych.

    – Technologia to pierwszy bastion obrony, organy ścigania – ostatni – podkreśla Wójtów. – Monitorujemy sieć, zbieramy materiał dowodowy, prowadzimy biały wywiad (OSINT), a następnie przekazujemy komplet informacji prokuraturze.

    Takie działania przynoszą efekty. W październiku 2025 roku mazowiecka policja zlikwidowała nielegalny punkt tzw. sharingu sygnału telewizyjnego. Straty oszacowano na 1,5 mln zł, a sprawcy grozi do trzech lat więzienia.

    Problem pojawia się jednak wtedy, gdy piraci korzystają z infrastruktury poza UE. W takich przypadkach skutecznym rozwiązaniem byłby tzw. siteblocking – blokowanie stron przez dostawców internetu w Polsce.

    Nowe prawo coraz bliżej

    Dotąd Polska wyraźnie odstawała od krajów takich jak Włochy, Hiszpania, Francja czy Grecja, gdzie szybkie blokowanie pirackich stron jest standardem. Teraz może się to zmienić.

    W grudniu 2025 roku Sejm uchwalił nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Przewiduje ona możliwość wydawania nakazów blokujących dostęp do treści naruszających prawo autorskie oraz utworzenie rejestru domen – podobnego do tego, który funkcjonuje przy blokowaniu nielegalnych bukmacherów.

    – To nie jest cenzura ani ograniczanie wolności słowa. Nakazy dotyczyć będą wyłącznie czynów już uznanych za przestępstwa – podkreśla Ewa Wzięch z działu prawnego Canal+.

    Choć nowe przepisy nie gwarantują jeszcze blokady pirackiej transmisji w 30 minut, dla nadawców to i tak przełomowy krok.

    Teraz wszystko w rękach prezydenta. Jeśli Karol Nawrocki podpisze ustawę, rok 2026 może być momentem, w którym Polska realnie dołączy do europejskiej walki z piractwem sportowym.

  • Szeremeta i jej trener oficjalnie razem ogłaszają. Niespodzianka i jedna prośba do fanów

    Szeremeta i jej trener oficjalnie razem ogłaszają. Niespodzianka i jedna prośba do fanów

    Końcówka roku przyniosła sympatykom Julii Szeremety dość nieoczekiwane wyznanie. Utalentowana pięściarka razem ze swoim trenerem Tomaszem Dylakiem pojawiła się w studiu telewizyjnym i wspólnie ogłosili coś, co wyraźnie zaintrygowało kibiców. Okazało się bowiem, że między zawodniczką a szkoleniowcem doszło do zawarcia nietypowego zakładu. Jego stawką jest miejsce Szeremety w nowej edycji plebiscytu na Najlepszego Sportowca Roku, którego rozstrzygnięcie poznamy podczas Gali Mistrzów Sportu. Przy tej okazji pięściarka zwróciła się do fanów z jedną, bardzo konkretną prośbą.

    Po intensywnym okresie obejmującym start w młodzieżowych mistrzostwach Europy w boksie, krótki urlop w Egipcie oraz świąteczną przerwę, życie Julii Szeremety stopniowo wraca na sportowe tory. Zawodniczka ma już jasno określone plany na nadchodzący rok. Jak niedawno zdradziła na antenie „Dzień dobry TVN”, jej głównym celem będą seniorskie mistrzostwa Europy zaplanowane na wrzesień.

    Na tym jednak lista wyzwań się nie kończy. W 2025 roku Szeremeta zamierza wystartować także w zawodach Pucharu Świata – w kwietniu w Brazylii, w czerwcu w Chinach oraz w listopadzie w Uzbekistanie. Zanim jednak rozpocznie się intensywna rywalizacja sportowa, przed pięściarką jeszcze jedno ważne wydarzenie. Już 10 stycznia pojawi się na Gali Mistrzów Sportu, co wiąże się z emocjami wokół prestiżowego plebiscytu. To właśnie w tym kontekście narodził się nietypowy zakład.

    Zakład o miejsce w plebiscycie

    Miniony rok był dla Julii Szeremety wyjątkowo udany. Srebrny medal wywalczony podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu sprawił, że jej nazwisko na stałe zapisało się w świadomości sportowych kibiców. W poprzedniej edycji plebiscytu organizowanego przez „Przegląd Sportowy” i Polsat zajęła wysokie, siódme miejsce. Teraz liczy na to, że ponownie znajdzie się w czołowej dziesiątce – i wcale tego nie ukrywa.

    Wątek ten pojawił się podczas jej wizyty w studiu TVP Sport, gdzie towarzyszył jej trener Tomasz Dylak. To właśnie on zdradził kulisy ich prywatnej rywalizacji. Okazało się, że szkoleniowiec i zawodniczka postanowili założyć się o wynik plebiscytu, a stawką są pieniądze.

    – Co do Julki, to nawet się założyliśmy o tysiąc złotych. Ja powiedziałem, że Julka nie będzie w dziesiątce, a Julka stwierdziła, że jednak będzie – przyznał Dylak na antenie.

    Szeremeta szybko potwierdziła te słowa i z uśmiechem dodała, że zakład jest aktualny. Jednocześnie jasno dała do zrozumienia, że wiele zależy od kibiców. – Zakładzik poszedł. Zobaczymy. Liczę na was, kochani – powiedziała, zwracając się bezpośrednio do fanów, których głosy mogą przesądzić o końcowym wyniku.

    Przygotowania nie tylko sportowe

    Julia Szeremeta do samej gali podchodzi bardzo poważnie – i to nie tylko od strony emocjonalnej. Pięściarka już od dłuższego czasu ma wybraną kreację, w której pojawi się na balu mistrzów sportu. Jak zdradziła pół żartem, pół serio w „Dzień dobry TVN”, w czasie świąt Bożego Narodzenia musiała pilnować diety, aby w styczniu bez problemu zmieścić się w suknię.

    – Mogłam sobie troszkę pojeść, ale uważałam z jedzeniem, bo muszę zmieścić się w suknię na bal. A 30 grudnia mam jeszcze przymiarki – podsumowała z uśmiechem.

    Teraz pozostaje już tylko czekać na werdykt kibiców i ostateczne wyniki plebiscytu. Jedno jest pewne – emocji nie zabraknie, a zakład między Szeremetą a jej trenerem dodatkowo podgrzewa atmosferę przed Galą Mistrzów Sportu.

    https://www.instagram.com/reel/DSzbvLiDctf/?igsh=OHQ5ZnJvc2ppbHJk

  • Ależ wyróżnienie dla Wiktorowskiego. Wpis legendy niesie się po sieci

    Ależ wyróżnienie dla Wiktorowskiego. Wpis legendy niesie się po sieci

    Rick Macci, jeden z najbardziej rozpoznawalnych trenerów w historii światowego tenisa, nie kryje zachwytu nad Naomi Osaką. Amerykanin zapowiada, że w nadchodzącym sezonie wiele rywalek Japonki będzie miało powody do niepokoju. W obszernym wpisie w mediach społecznościowych legendarny szkoleniowiec wskazał nie tylko największe atuty czterokrotnej mistrzyni wielkoszlemowej, ale zwrócił też uwagę na ogromny wpływ, jaki na jej grę ma obecny trener – Tomasz Wiktorowski.

    Od blisko pół roku to właśnie polski szkoleniowiec odpowiada za rozwój Osaki. Współpraca początkowo miała charakter próbny, jednak bardzo szybko przyniosła wymierne efekty. Na początku sierpnia Japonka dotarła do finału prestiżowego turnieju w Montrealu, a kilka tygodni później potwierdziła rosnącą formę podczas US Open, gdzie jej marsz zatrzymał się dopiero na etapie półfinału. Choć końcówka sezonu nie była już aż tak spektakularna, Osaka ponownie zaczęła być postrzegana jako pełnoprawna członkini światowej czołówki.

    Macci zachwycony Osaką. W tle nazwisko Wiktorowskiego

    Przed kolejnym sezonem 28-letnia tenisistka zapowiada się jako jedna z najciekawszych postaci kobiecego touru. Wielu ekspertów uważa, że może znów realnie włączyć się do walki o największe trofea. Jednym z nich jest Rick Macci – były trener m.in. Andy’ego Roddicka, Marii Szarapowej oraz sióstr Williams. We wtorek Amerykanin opublikował na platformie X wpis poświęcony właśnie Osace.

    – Osaka ma w swoim tenisowym menu trzy potężne bronie: forehand, backhand i serwis. Wielokrotnie wygrywała turnieje wielkoszlemowe, więc siła mentalna również w niej drzemie. Teraz gra z zupełnie inną koncepcją poruszania się po korcie, a wraz ze zmianą trenera odkryła zasięg uderzeń, którego w przyszłym roku wiele przeciwniczek będzie się obawiać – napisał Macci.

    Wspomniana „zmiana trenera” to oczywiście nawiązanie do współpracy z Tomaszem Wiktorowskim, który wcześniej prowadził Agnieszkę Radwańską oraz Igę Świątek. Dla Polaka takie słowa uznania ze strony jednego z najbardziej utytułowanych szkoleniowców na świecie są ogromnym wyróżnieniem.

    „Po prostu niesamowite” – Wiktorowski robi wrażenie

    Macci, siedmiokrotny trener roku i członek galerii sław amerykańskiego stowarzyszenia tenisowego USPTA, jasno dał do zrozumienia, że zmiany w grze Osaki są efektem pracy nowego sztabu. Co ważne, podobne opinie od dłuższego czasu wyraża sama zawodniczka.

    – W bardzo krótkim czasie wprowadził do mojej gry wiele zmian. Były one proste, a jednocześnie po prostu niesamowite – mówiła Osaka podczas US Open. Podkreślała przy tym ogromną wiedzę, doświadczenie i profesjonalizm polskiego trenera.

    Wszystko wskazuje na to, że jeśli zdrowie dopisze, a proces przebudowy gry będzie kontynuowany, Naomi Osaka może w nadchodzącym sezonie ponownie stać się jedną z głównych bohaterek kobiecego tenisa – ku uznaniu ekspertów i z coraz wyraźniejszym polskim akcentem na ławce trenerskiej.

  • Podawała piłki Nadalowi, on nie mógł się powstrzymać. Oto co teraz robi

    Podawała piłki Nadalowi, on nie mógł się powstrzymać. Oto co teraz robi

    11 lat temu nagranie z turnieju ATP w Rio obiegło świat. Dziś jej życie wygląda zupełnie inaczej

    Jedenaście lat temu internet oszalał na punkcie krótkiego filmiku z turnieju ATP w Rio de Janeiro. Na kilkudziesięciu sekundach nagrania widać było Rafaela Nadala, który – siedząc na ławce – co chwilę zerkał w stronę dziewczyny podającej piłki. Hiszpan próbował robić to dyskretnie, ale uwadze internautów nic nie umknęło. Wideo błyskawicznie stało się viralem, a młoda Brazylijka z dnia na dzień zyskała ogromną popularność.

    Bohaterką nagrania była 26-letnia wówczas Fernanda Maia Carelli, pracująca jako ball girl podczas zawodów ATP w Rio. Jednym z uczestników turnieju był Rafael Nadal, który wyraźnie nie potrafił oderwać wzroku od stojącej tuż obok jego ławki kobiety. Gdy pił wodę lub wycierał pot, ukradkiem spoglądał w jej stronę. Carelli również nie pozostawała obojętna i odwzajemniała spojrzenia.

    Internauci szybko podchwycili temat, a komentarze tylko podkręcały atmosferę. „Wyraźnie widać, że Rafa jest tu pod ogromną presją. Bardzo trudno grać w tenisa, gdy na korcie są tak atrakcyjne dziewczyny od podawania piłek. Ta dziewczyna to prawdziwy skarb” – pisano na portalu Wikigrewal.com.

    Od viralowego filmiku do kariery w mediach

    Nagrania z Nadalem i Carelli błyskawicznie rozeszły się po sieci, a uroda Brazylijki otworzyła jej drzwi do świata mediów. Fernanda umiejętnie wykorzystała swoje „pięć minut”, otrzymując propozycje pracy w brazylijskich stacjach telewizyjnych i radiowych. Pojawiała się w programach sportowych, głównie o tematyce piłkarskiej, budując swoją pozycję jako prezenterka i komentatorka.

    Jak sama informuje, obecnie jest związana ze stacją SBT Sports Rio, wcześniej współpracowała m.in. z Globo TV oraz lokalnymi rozgłośniami radiowymi. Równolegle rozwijała swoją obecność w mediach społecznościowych – dziś jej konto na Instagramie śledzi ponad 600 tysięcy obserwatorów.

    Carelli pracuje nie tylko jako prezenterka i komentatorka sportowa, ale również jako spikerka na Estádio Olímpico Nilton Santos – stadionie, na którym swoje mecze rozgrywa Botafogo, ukochany klub Brazylijki. Współpracuje także z firmą bukmacherską, co dodatkowo umacnia jej pozycję w świecie sportowych mediów.

    Życie prywatne dziś

    Dziś Fernanda Maia Carelli ma 37 lat. Jest żoną Juniora Carelliego, trenera personalnego. Para wychowuje dwójkę dzieci: córkę Robertę Maię, urodzoną w 2018 roku, oraz syna Rafaela, który przyszedł na świat w 2021 roku. Rodzina jest dla niej najważniejsza – w mediach społecznościowych chętnie dzieli się zdjęciami z życia prywatnego, pokazując codzienne chwile spędzane z najbliższymi.

    Krótki moment uchwycony na korcie w Rio okazał się punktem zwrotnym w jej życiu. Z anonimowej dziewczyny podającej piłki Carelli stała się rozpoznawalną twarzą brazylijskich mediów sportowych – i do dziś udowadnia, że potrafiła przekuć internetową sensację w trwałą, profesjonalną karierę.

  • Mamy to! Ratajski w ćwierćfinale MŚ! Rywal najlepszy na świecie

    Mamy to! Ratajski w ćwierćfinale MŚ! Rywal najlepszy na świecie

    Krzysztof Ratajski w ćwierćfinale mistrzostw świata! Wielki sukces Polaka i hitowe starcie z numerem jeden

    Krzysztof Ratajski zameldował się w ćwierćfinale mistrzostw świata w darcie, odnosząc jedno z najważniejszych zwycięstw w swojej dotychczasowej karierze. Polski Orzeł po emocjonującym i momentami bardzo wyrównanym pojedynku pokonał Luke’a Woodhouse’a 4:2. Choć przez długi czas żaden z zawodników nie potrafił wypracować wyraźnej przewagi, końcówka należała do Ratajskiego, który zachował spokój i wykorzystał swoje doświadczenie. W nagrodę awansował do czołowej „32” światowego rankingu, zagwarantował sobie najwyższą wypłatę w karierze i już wie, że nowy rok rozpocznie starciem z najlepszym darterem globu – Lukiem Littlerem.

    Wtorkowy mecz z Woodhouse’em miał dla Ratajskiego ogromne znaczenie. Stawką był nie tylko drugi w karierze awans do ćwierćfinału mistrzostw świata, ale także powrót do ścisłej elity rankingu PDC oraz realna szansa na zmierzenie się z aktualnym mistrzem i liderem światowego zestawienia. Choć Anglik był rozstawiony z numerem 25 i nie uchodził za zdecydowanego faworyta, eksperci zapowiadali, że spotkanie może przynieść mnóstwo emocji – i nie pomylili się ani trochę.

    Dla obu zawodników był to dopiero drugi raz, gdy dotarli do tego etapu turnieju. Woodhouse przed rokiem zakończył rywalizację na 1/16 finału, przegrywając wyraźnie 0:4 ze Stephenem Buntingiem. Ratajski po raz pierwszy znalazł się w tej fazie pięć lat temu, gdy po dramatycznym boju wyeliminował Gabriela Clemensa. Wówczas jego przygoda zakończyła się właśnie na ćwierćfinale, w którym lepszy okazał się ponownie Bunting.

    Drogi obu graczy do tego meczu znacząco się różniły. Woodhouse stosunkowo gładko przechodził kolejne rundy, pokonując Borisa Krcmara, Maxa Hoppa oraz swojego rodaka Andrew Gildinga. Ratajski miał znacznie trudniejsze zadanie – mierzył się z Alexisem Toylo, Ryanem Joycem, a przede wszystkim z bardzo groźnym Wesleyem Plaisierem. Mimo wysokiego poziomu rywali, Polak za każdym razem potrafił znaleźć sposób na zwycięstwo.

    Falstart i odpowiedź rywala

    Początek spotkania należał do Ratajskiego. Pierwszy set wygrał 3:1, imponując świetnymi kolejkami i średnią przekraczającą 106 punktów. Pomogły także problemy Woodhouse’a, który wykorzystał zaledwie jedną z siedmiu prób na podwójnych. Druga partia przyniosła jednak zupełnie inny obraz gry. Anglik wyraźnie się rozkręcił – dwukrotnie rzucił 180, popisał się wysokim finiszem i skutecznie wykorzystał momenty słabości Polaka na doublach. Po dwóch setach na tablicy wyników widniał remis 1:1.

    Trzeci set mógł okazać się przełomowy. Woodhouse był o krok od dziewięciolotkowego zamknięcia lega, co dałoby mu nie tylko ogromny prestiż, ale i premię w wysokości 60 tysięcy funtów. Trafił potrójne dwudziestki i dziewiętnastki, jednak zawiódł na podwójnej dwunastce. Ten niewykorzystany moment zemścił się błyskawicznie – Ratajski przejął inicjatywę, wykorzystał błędy rywala i wyszedł na prowadzenie 2:1 w setach.

    Gra nerwów i detali

    Przez długi czas obaj zawodnicy grali bardzo nierówno. Gdy jeden prezentował wysoki poziom, drugi notował wyraźny spadek skuteczności. Czwarty set padł łupem Woodhouse’a, który doprowadził do remisu 2:2. Co ciekawe, wszystkie sety kończyły się identycznym wynikiem 3:1 – dwa dla Ratajskiego i dwa dla Anglika.

    Piąta partia była już prawdziwą bitwą o każdy punkt. Poziom gry znacznie wzrósł, a o zwycięstwie decydowały niuanse. Przy stanie 1:1 pech okrutnie doświadczył Woodhouse’a – aż dwukrotnie lotki wypadły mu z tarczy. Ratajski bezlitośnie to wykorzystał, przełamał rywala, a następnie utrzymał własny rzut, obejmując prowadzenie 3:2 w setach.

    W szóstym secie Polak wiedział, że jest o krok od historycznego sukcesu. Skupił się na tym, co najważniejsze – utrzymaniu własnych legów. Presja rosła, ale to Ratajski lepiej ją wytrzymał. W decydującym momencie ustawił sobie dogodny finisz i drugą lotką meczową przypieczętował zwycięstwo.

    Największa wypłata i starcie z gigantem

    Awans do ćwierćfinału oznacza dla Krzysztofa Ratajskiego największą finansową nagrodę w karierze – już teraz zapewnił sobie 100 tysięcy funtów. Dzięki temu zanotuje również potężny skok w rankingu PDC. Przed startem turnieju zajmował 37. miejsce, a w rankingu „na żywo” jest już 28.

    W walce o półfinał Polak zmierzy się z absolutnym dominatorem światowego darta – Lukiem Littlerem. 18-letni Anglik, lider rankingu i główny faworyt do końcowego triumfu, w poprzedniej rundzie pokonał Roba Crossa. Ich pojedynek zaplanowano na 1 stycznia, choć dokładna godzina nie została jeszcze potwierdzona. Stawka będzie ogromna – zwycięzca zgarnie kolejne 100 tysięcy funtów i awans do półfinału mistrzostw świata.

    Dla Ratajskiego to nie tylko sportowy sukces, ale także symbol powrotu do światowej elity. Teraz przed nim najtrudniejsze możliwe wyzwanie – i szansa, by zapisać się w historii polskiego darta złotymi zgłoskami.

  • Tak podsumowali to, co zrobiła Świątek. Piszą o szokującej porażce

    Tak podsumowali to, co zrobiła Świątek. Piszą o szokującej porażce

    Iga Świątek zakończyła rok 2025 na drugim miejscu w rankingu. Był to sezon dziwny, w którym Polka świetne występy przeplatała niewytłumaczalnymi porażkami. Rewelacyjna postawa na trawie, w tym wygrany Wimbledon, był odpowiedzią na kiepskie starty na ukochanej mączce. Ta niestabilność sprawia, że zbliżające się miesiące 24-latki będą niezwykle intrygujące. Oto jak została oceniona za ten sezon.
    Iga Świątek w meczu przeciwko Amandzie Anisimovej
    Fot. Robert Prange / Getty Images

    Rok 2025 dla Igi Świątek zakończył się na drugim miejscu w rankingu WTA. Polka znów oglądała plecy Aryny Sabalenki, ale wśród kilku niespodziewanie słabych występów pojawiały się też wyniki nadzwyczajnie dobre.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany

    “Weszła w sezon nie będąc najlepszą tenisistką świata ani w rankingu, ani w ocenie ekspertów. W końcu była goniącą, a nie gonioną. 2025 był dla niej rollercoasterem. Przeplatała wielkie wzloty z niespotykanymi dołkami. Jej miejsce w tenisowym świecie w 2026 roku stało się niezwykle intrygujące” – czytamy na portalu Lastwordonsports.com.
    Nietypowy rok Igi Świątek

    Sezon tradycyjnie rozpoczął się w Australii. Tam Świątek po raz pierwszy zagrała w półfinale Australian Open. “Chociaż osiągnęła swój najlepszy rezultat w karierze w Melbourne, jej występ zakończył się gorzką notą. Zmarnowała piłkę meczową, która mogła dać jej finał Australian Open. Te zmarnowane szanse stały się motywem przewodnim sezonu” – czytamy.

    Zobacz też: Były trener Federera wydał wyrok ws. Świątek. Jaśniej się nie da

    I faktycznie, początkowe miesiące nie były najlepsze w wykonaniu 24-latki. “Kolejne turnieje rangi Masters 1000 nie przyniosły jej żadnych tytułów. Przytrafiły się jej wtedy nietypowe porażki. Najbardziej szokującą była ta w Miami, gdzie uległa Alexandrze Eali” – uważają redaktorzy portalu LWOS. Podobnie zresztą było na ukochanej mączce.
    Iga Świątek napisała nowy scenariusz

    “Na tej nawierzchni Świątek była niedościgniona, ale w 2025 nic się nie kleiło. Porażki z Ostapenko, Gauff, Collins były zapowiedzią nieudanego French Open. W półfinale dostała bajgla od Aryny Sabalenki, kończąc jej rządy w Paryżu. To był jej najniższy punkt sezonu. I wtedy przyszła trawa, której nigdy nie ufała”. Tam właśnie nastąpił zwrot.

    “Tutaj napisała historię. Jej pierwszy triumf w Wimbledonie, bez straty gema w finale z Anisimovą. Scenariusz został napisany na nowo. Mączka ją zawiodła, trawa wzniosła na nieosiągalne wcześniej wyżyny” – czytamy.
    Co czeka Igę Świątek?

    “Kolejny triumf w Cincinnati zapowiadał dobre US Open, ale w Nowym Jorku Anisimova się zrewanżowała. Azjatyckie turnieje potwierdziły dziwny sezon. Świątek wygrała w Seulu, ale nierówne występy i bolesne porażki zakończyła jej walkę o tron”. WTA Finals również nie przyniosło dobrego rezultatu, gdyż Świątek odpadła w fazie grupowej.

    “Ten sezon przyniósł więcej pytań niż odpowiedzi. Czy osiągnęła już swój szczyt? Czy oglądaliśmy jej najlepszą wersję? Być może tak, ale ważny jest kontekst. Z nowym sztabem wygrała Wimbledon, na nawierzchni, na której nigdy nie czuła się dobrze. Jeżeli połączy to z jej postawą na mączce i odkryje na nowo wielką, stabilną formę, znów może być liderką” – taką optymistyczną prognozą kończy się artykuł.

    Iga Świątek przyleciała już do Australii, gdzie czekać ją będą najbliższe starty. Najpierw wraz z reprezentacją Polski powalczy o zwycięstwo w United Cup. Pierwszy mecz wiceliderki światowego rankingu zaplanowany jest na 5 stycznia, a jej rywalką będzie Niemka Eva Lys. Kolejnym turniejem będzie Australian Open – jedyna lewa Wielkiego Szlema, która jeszcze nie padła łupem 24-latki.

  • Niesamowite zestawienie po Oberstdorfie. Kamil Stoch na pierwszym miejscu

    Niesamowite zestawienie po Oberstdorfie. Kamil Stoch na pierwszym miejscu

    Pierwszy konkurs Turnieju Czterech Skoczni przeszedł już do historii. Po dyskwalifikacji Timiego Zajca najwyżej sklasyfikowanym z Polaków został Kacper Tomasiak, który ostatecznie zajął 14. miejsce. Kamil Stoch uplasował się nieco niżej, bo na 17. pozycji, ale mimo to po zakończeniu zawodów nie krył zadowolenia. I trudno się dziwić – tuż po konkursie pojawiło się bowiem intrygujące zestawienie, w którym trzykrotny mistrz olimpijski znalazł się na samym szczycie. Chodzi o tzw. ranking szczęścia, uwzględniający warunki wietrzne.

    Turniej Czterech Skoczni tradycyjnie budzi ogromne emocje i jest jednym z najbardziej wyjątkowych momentów całego sezonu Pucharu Świata. Charakterystyczna atmosfera, pełne trybuny i sportowa presja sprawiają, że rywalizacja w Niemczech i Austrii ma zupełnie inny wymiar niż pozostałe konkursy.

    W Oberstdorfie triumfował Domen Prevc, który zaprezentował bardzo równą i pewną formę. Drugie miejsce zajął obrońca Złotego Orła Daniel Tschofenig, a trzeci był najlepszy z Niemców – Felix Hoffmann. Początkowo na podium znalazł się także Timi Zajc, sklasyfikowany ex aequo z Tschofenigiem, jednak po decyzji sędziów Słoweniec został zdyskwalifikowany.

    Z biało-czerwonych najlepiej zaprezentował się Kacper Tomasiak, kończąc zawody na 14. pozycji. Kamil Stoch był 17., lecz w jego przypadku same miejsca zajęte w konkursie zeszły na dalszy plan. Wszystko dlatego, że legendarny skoczek bierze udział w Turnieju Czterech Skoczni po raz ostatni w karierze i – jak sam podkreśla – chce cieszyć się każdym oddanym skokiem.

    Zdumiewające zestawienie po Oberstdorfie. Stoch numerem jeden
    Tego wieczoru nawet aura zdawała się sprzyjać doświadczonemu Polakowi. Po zakończeniu konkursu Adrian Lozio z Polskiego Związku Narciarskiego opublikował zestawienie dotyczące rekompensat za warunki wietrzne, które rzuciło nowe światło na przebieg rywalizacji.

    Okazało się, że Kamil Stoch był… jedynym zawodnikiem, któremu odjęto punkty za wiatr. Podczas gdy wszyscy pozostali skoczkowie otrzymywali dodatnią rekompensatę, Polak zanotował wynik -1,1 punktu. W praktyce oznacza to, że tylko on trafił na teoretycznie najbardziej sprzyjające warunki w całych zawodach.

    Dzięki temu Stoch znalazł się na pierwszym miejscu w nieformalnym rankingu „szczęściarzy”. Drugi w zestawieniu Ilja Miziernych otrzymał już +4,3 punktu, co pokazuje, jak duża była różnica między nim a Polakiem. Na trzeciej pozycji uplasował się zwycięzca konkursu Domen Prevc, któremu doliczono 4,7 punktu.

    Po drugiej stronie skali znaleźli się zawodnicy, którym wiatr wyjątkowo nie sprzyjał. Wśród największych pechowców był Kacper Tomasiak – młodemu Polakowi dodano aż 15,7 punktu, co dało mu piąte miejsce w tej niechlubnej klasyfikacji.

    Największym przegranym walki z warunkami atmosferycznymi okazał się jednak Halvor Egner Granerud. Norweski mistrz Turnieju Czterech Skoczni z 2023 roku otrzymał rekompensatę w wysokości 18,6 punktu, co jasno pokazuje, jak trudne warunki panowały podczas jego skoków.

    Pierwszy konkurs TCS już pokazał, że w tegorocznej edycji nie zabraknie niespodzianek – zarówno sportowych, jak i tych związanych z kaprysami pogody.

  • Nawrocki nie uzna nowych sędziów TK? Prof. Łętowska ma rozwiązanie. “Nie sposób byłoby podważyć”

    Nawrocki nie uzna nowych sędziów TK? Prof. Łętowska ma rozwiązanie. “Nie sposób byłoby podważyć”

    Nawrocki nie uzna nowych sędziów TK? Prof. Łętowska ma rozwiązanie. “Nie sposób byłoby podważyć”
    Dariusz Ćwiklak
    2 minuty
    Prof. Ewa ŁętowskaPiotr Nowak/PAP

    Prof. Ewa Łętowska

    Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej “Newsweeka”

    Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu

    Dziękujemy, że z nami jesteś!Newsweek

    Dziękujemy, że z nami jesteś!
    “Newsweek”: Dokładnie rok temu, kiedy kończyła się kadencja prezes Julii Przyłębskiej, powiedziała pani, że Trybunał Konstytucyjny jest chory i wymaga leczenia. Tyle że zamiast w szpitalu, wylądował w hospicjum. Sędziów ubywa w nim jak bohaterów kryminału Agaty Christie.

    Prof. Ewa Łętowska: Konstytucja mówi, że Trybunał składa się z 15 sędziów, ale zostało ich już tylko dziewięciu, a właściwie siedmiu, jeśli odliczyć dwóch “pogrobowców” pierwszych sędziów-dublerów. Bo sędziów TK zawsze wybiera się na konkretne miejsce więc ci, którzy zajęli miejsce dublerów, są też skażeni tym samym grzechem pierworodnym, to jest jak linia dynastyczna.
    Przypomnijmy, że “dublerzy” to byli trzej sędziowie, których Sejm PiS wybrał 2 grudnia 2015 r., a prezydent Andrzej Duda zaprzysiągł w nocy z 2 na 3 grudnia, choć te trzy miejsca były już obsadzone przez poprzedni Sejm.

    Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Subskrybuj Onet Premium. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.

    Data utworzenia:

    29 grudnia 2025, 11:13
    Zobacz również

    Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie

    tutaj.

  • Rozłam w Rosji. Sensacyjna decyzja Andriejewej. Nadszedł już komunikat

    Rozłam w Rosji. Sensacyjna decyzja Andriejewej. Nadszedł już komunikat

    18-letnia Mirra Andriejewa jest obdarzona ogromnym talentem – to nie ulega wątpliwości. Jeszcze przed 16. urodzinami w Madrycie pokonała Leylah Fernandez, Beatriz Haddad Maię i Magdę Linette – z przytupem zameldowała się w tourze. Z uwagi na wiek, przez półtora roku miała ograniczone możliwości startowe w cyklu WTA, ale w tym roku była już jego pełnoprawną uczestniczką. Wiosną wygrałą dwa turnieje rangi 1000 – w Dubaju i Indian Wells. Wskoczyła do TOP 10 rankingu, w szczytowym momencie była w nim na piątym miejscu.

    Jesień pokazała jednak słabości młodej zawodniczki – nieumiejętność radzenia sobie z presją, a być może już i zmęczenie, bo przecież do 56 spotkań singlowych w sezonie, dołożyła jeszcze 44 w grze podwójnej i dwa w mikście w US Open.

    Spadła na dziewiątą pozycję, w ostatniej chwili straciła miejsce w WTA Finals w Rijadzie na rzecz Jeleny Rybakiny. W finale sezonu zagrała tylko w deblu, ale już bez sukcesów.

    I wszystko wskazuje na to, że kolejny sezon będzie dla 18-latki z Krasnojarska inny. Na podstawie komunikatu z Melbourne już można wyciągnąć pierwsze wnioski.

    Mirra Andriejewa na liście startowej w Brisbane, Adelajdzie i Melbourne. Jest znacząca zmiana

    18-letnia tenisistka aż do Wimbledonu spisywała się bardzo dobrze – na londyńskiej trawie przegrała w ćwierćfinale z Belindą Bencic po dwóch tie-breakach. I to Szwajcarka później zmierzyła się w grze o finał z Igą Świątek. Rosjanka wróciła na twardych kortach, w żadnym z pięciu turniejów nie dotarła do najlepszej ósemki. Przegrywała z zawodniczkami znacznie niżej notowanymi, była sfrustrowana, płakała na korcie.
    Dwie tenisistki stojące na fioletowym korcie, ubrane w sportowe stroje, trzymające rakiety tenisowe, jedna z piłką w ręce, skupione i gotowe do dalszej gry.

    Mirra Andriejewa i Diana SznajderArtur WidakAFP

    Pod koniec listopada chciała jeszcze wystąpić w towarzyskim turnieju w Sankt Petersburgu – jak podały rosyjskie media, jej trenerka Conchita Martinez była temu przeciwna. Mirra miała odpocząć, na północy Rosji się nie pojawiła. I nie zagrała tam z Dianą Sznajder w deblu, choć przecież razem tworzyły jedną z najlepszych par na świecie.

    Po raz pierwszy zagrały wspólnie w igrzyskach w Paryżu – dwie młode tenisistki zdobyły srebrne medale, za co później odznaczył je Władimir Putin. I aż do końca tego sezonu grały razem. W styczniu wygrały WTA 500 w Brisbane, później doszły do półfinału Australian Open i półfinału WTA 1000 w Dosze, triumfowały w Miami. Pozytywnie było też na mączce (półfinały w Rzymie i Paryżu), później jednak wyniki się zepsuły. Podobnie jak u obu w singlu. Obie załapały się jeszcze na WTA Finals, ale w Rijadzie wygrały zaledwie jednego seta.

    Już po ogłoszeniu listy uczestniczek debla w Brisbane podejrzane było to, że na liście brakuje tak Andriejewej, jak i Sznajder. Teraz jest już pewność, gdy w na platformie X Ellen Perez podała pary uprawnione do gry w Australian Open.

    I tam już widać, że Sznajder połączy siły z Ludmiłą Samsonową – mogą liczyć na wysokie rozstawienie. A Mirry na tej liście brak, co potwierdza, że przynajmniej w pierwszej części sezonu, a może i dłużej, skupi się wyłącznie na singlu. Podobną decyzję podjęła kilkanaście miesięcy temu Coco Gauff, która też wygrywała wielkie turnieje w deblu. A później brakowało jej sił na decydujące mecz w singlu.

    Na liście zgłoszeń do AO są też dwie Polki: Katarzyna Piter zagra tym razem wspólnie z Janice Tjen z Indonezji (niedawno wspólnie wygrały WTA 250 w Kantonie), a Magda Linette – z Japonką Shuko Aoyamą.
    Mirra Andriejewa