• Trener Igi Świątek jasno o swojej roli w zespole. Nie ukrywa prawdy

    Trener Igi Świątek jasno o swojej roli w zespole. Nie ukrywa prawdy

    Iga Świątek już niebawem rozpocznie tenisowy sezon na United Cup. Polska tenisistka najbardziej szykuje się jednak na nadchodzące wielkimi krokami Australian Open. By jak najlepiej przygotować się do startu, Świątek korzysta m.in. z nieustającej pomocy Macieja Ryszczuka, który jest jej trenerem od przygotowania fizycznego. W jednej z internetowych dyskusji Ryszczuk powiedział, jak naprawdę wygląda jego rola w teamie Polki.
    Dwie osoby ubrane w sportowe ubrania i czerwone czapki z daszkiem, jedna patrzy przed siebie w świetle ulicznych lamp, druga siedzi w jasnym wnętrzu, spoglądając na rozmówcę.

    Iga Świątek od dłuższego już czasu współpracuje z Maciejem RyszczukiemSTACH ANTKOWIAK/REPORTER, IMAGO/Juergen Hasenkopf/Imago Sport and NewsEast News

    Maciej Ryszczuk to jeden z najbardziej rozchwytywanych w świecie tenisa i nie tylko fizjoterapeutów. Polak zdobył sobie uznanie m.in. pracą z Igą Świątek, ale również z polskimi lekkoatletami. Dziś uważany jest za jednego z najlepszych w branży.

    Maciej Ryszczuk i Iga Świątek – duet nie do zatrzymania

    Iga Świątek w 2025 roku po raz pierwszy wygrała Wimbledon, a w kolejnym sezonie ma chrapkę na to, by zapolować na Wielki Szlem i zdobyć tytuł podczas Australian Open. Pomóc w tym ma jej Maciej Ryszczuk, jej fizjoterapeuta i trener od przygotowania fizycznego, który znany jest ze swojej wymagającej natury, jak i świetnych rezultatów.

    100 dni do XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan-Cortina 2026. WIDEOANDREA BERNARDI / AFPTV / AFPAFP

    Ryszczuk jest już gotowy na kolejne wyzwania, jakie niesie ze sobą rok 2026. Postanowił również wypowiedzieć się pod jednym z tenisowych podsumowań. Najpierw zwrócił uwagę na świetny sezon przyjaciółki Igi Świątek, a potem wyjaśnił, jak naprawdę wygląda jego rola w teamie jednej z najlepszych tenisistek świata.

    Maciej Ryszczuk szczerze o swojej roli w teamie Świątek

    Znany dziennikarz sportowy, Dominik Senkowski, postanowił podsumować tenisowo rok 2025. Wskazał na najważniejsze osiągnięcia Igi Świątek i Kamila Majchrzaka, a także “falowanie” Magdy Linette i Magdaleny Fręch. Jak się okazało, w krótkim wpisie pominął jedną polską zawodniczkę, która w tym roku pokazała, że stać ją na świetną grę.

    W komentarzu Maciej Ryszczuk podał nazwisko Mai Chwalińskiej, chwaląc jej tegoroczne dokonania. “Oczywiście, dla Mai również kolejny udany sezon, a razem z takim trenerem przygotowania fizycznego w kolejnym roku może być jeszcze lepiej!” – odpisał Senkowski. Fizjoterapeuta postanowił szczerze odpowiedzieć.

    “Ja to mam trzeciorzędną rolę w większości wypadków. Brawa dla zawodniczek i zawodników, że dają z siebie przez cały rok najwięcej jak to możliwe, w danym momencie” – odpisał skromnie Ryszczuk. Zdaje się jednak, że parę osób nie podzielało jego zdania, twierdząc, że to właśnie dzięki niemu wszystko u Świątek i nie tylko działa jak w zegarku.
    Dwie osoby w sportowych ubraniach i białych czapkach siedzą obok siebie, klaszcząc na trybunach, w tle widać fragmenty trybun oraz inne osoby.

    Maciej Ryszczuk w towarzystwie Darii Abramowicz, odpowiadającej za przygotowanie mentalne Igi Świątek Foto OlimpikAFP
    Iga Świątek ze swoim sztabem i tatą

    Iga Świątek ze swoim sztabem i tatąArtur WidakAFP

  • W mediach aż huczy o Świątek i Alcarazie. Wszystkie oczy na nich

    W mediach aż huczy o Świątek i Alcarazie. Wszystkie oczy na nich

    Iga Świątek i Hiszpan Carlos Alcaraz mogą dokonać historycznego wyczynu na tegorocznym Australian Open. Rozpisują się o tym prestiżowe zagraniczne portale tenisowe.
    Fot. KIM SOO-HYEON / REUTERS

    6 – po tyle triumfów w turniejach wielkoszlemowych mają Iga Świątek (2. WTA) oraz Carlos Alcaraz (1. ATP). Polka cztery razy wygrywała Rolanda Garrosa (2020, 2022-2024) i po razie Wimbledon (2025) i US Open (2022). Alcaraz triumfował po dwa razy Rolanda Garrosa (2024-2025), Wimbledon (2023-2024) i US Open (2022, 2025).

    Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. “Mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną”
    W mediach huczy o Świątek i Alcarazie. Wszystkie oczy na nich

    Świątek i Alcaraza łączy to, że nigdy w swojej karierze nie wygrali Australian Open, który zostanie rozegrany w styczniu tego roku. Na ten temat rozpisują się prestiżowe portale zagraniczne, zajmujące się tenisem.

    “Czy Iga Świątek i Carlos Alcaraz dokonają wyjątkowego wyczynu na Australian Open 2026?” – to tytuł z tennis365.com.

    “Świątek i Alcaraz chcą wygrać swój siódmy turniej wielkoszlemowy podczas Australian Open 2026, ale chcą też osiągnąć wyjątkowy kamień milowy. Byliby pierwszą parą, której się to uda podczas tego samego turnieju. Brakuje im bowiem jednego turnieju do zdobycia Karierowego Wielkiego Szlema” – czytamy.

    Świątek ma szansę to osiągnąć po raz pierwszy w karierze. Alcaraz mógł tego dokonać na początku ubiegłego roku, ale się nie udało.

    Dotychczas wielkiego szlema w erze Open wygrało 12 osób. Dokonali tego kolejno: Margaret Smith Court, Rod Laver, Billie Jean King, Chris Evert, Martina Navratilova, Steffi Graff, Andre Agassi, Serena Williams, Roger Federer, Rafael Nadal, Maria Szarapowa oraz Novak Djoković (jako ostatni w 2016 roku).

    O szansie Świątek i Alcaraza rozpisuje się też “Tennisuptodate.com”.

    “Oboje wygrywali już trzy turnieje wielkoszlemowe. Ich forma prezentowana na tych imprezach nie znalazła odzwierciedlenia w Australian Open, pierwszym turnieju wielkoszlemowym sezonu. Jak na ich bardzo wysokie standardy, jest to wynik zdecydowanie poniżej poziomu, jaki pokazują na kortach gdzie indziej. Alcaraz i Świątek mogą wpisać swoje nazwiska na legendarną listę mistrzów i oboje są niezwykle zmotywowani, by dopiąć celu. Ta para celuje w zapisanie się w historii, ale będzie musiała poprawić swoją dotychczasową słabą formę na Australian Open.” – czytamy.

    Portal podkreśla też, że Australian Open nie leży Idze Świątek. Polska tenisistka w tej imprezie nigdy nie doszła nawet do finału. Jej najlepsze wyniki to półfinał w 2022 i 2025 roku.

    Zobacz także: Polacy zdecydowali. Tak Świątek zareagowała po usłyszeniu wyników

    “Świątek mogła mieć lepsze wyniki w Melbourne, ale wciąż nie osiąga standardów, których się od niej oczekuje. Obecna druga rakieta świata zadebiutowała w 2019 roku, przegrywając w drugiej rundzie. Kolejne dwa odpadnięcia w czwartej rundzie poprzedziły jej najlepszy jak dotąd występ – dotarcie do półfinału w 2022 roku. Jednak niespodziewana porażka z Collins wstrzymała aspiracje na kolejny rok. Potem odpadała w IV i III rundzie. Drugi półfinał w 2025 roku pokazał postęp, ale ponownie w meczu z amerykańską outsiderką Polka przegrała. Tym razem z przyszłą mistrzynią Madison Keys” – dodaje “Tennisuptodate.com”.

    Jeszcze słabszy najlepszy wynik w Australian Open ma Alcaraz. Dotychczas był w ćwierćfinale w 2024 i 2025 roku.

  • Tomasiak nie przestaje zachwycać, znów walczył z czołówką. Prevc zdecydowanie najlepszy

    Tomasiak nie przestaje zachwycać, znów walczył z czołówką. Prevc zdecydowanie najlepszy

    74. Turniej Czterech Skoczni dotarł do półmetka, a rywalizacja na dobre rozgrzała kibiców. Za nami już niemiecka część prestiżowej imprezy, zwieńczona tradycyjnym noworocznym konkursem na Grosse Olympiaschanze w Garmisch-Partenkirchen. Zwycięzcą zawodów został Domen Prevc, który sięgnął po swoje drugie triumfalne zwycięstwo w tegorocznej edycji turnieju. Z polskiego punktu widzenia zdecydowanie najlepiej zaprezentował się Kacper Tomasiak. Zaledwie 18-letni skoczek oddał dwa równe, bardzo solidne skoki, co pozwoliło mu uplasować się na znakomitym 8. miejscu.

    Noworoczny konkurs w Garmisch-Partenkirchen tradycyjnie zakończył niemiecką odsłonę Turnieju Czterech Skoczni. Wyniki serii próbnej dość trafnie oddawały aktualną dyspozycję biało-czerwonych, spośród których czterech wywalczyło awans do głównych zawodów. Najlepiej zaprezentował się Kacper Tomasiak, który zajął 13. miejsce i potwierdził swoją rolę sportowego lidera kadry. Kamil Stoch uplasował się na 23. pozycji, co było kontynuacją jego solidnych, choć nieco nierównych występów z poprzednich konkursów. Wynik Macieja Kota (32.) sugerował, że walka o drugą serię może być trudna, natomiast 41. lokata Pawła Wąska nie napawała większym optymizmem.

    Jak jednak często bywa w skokach narciarskich, konkurs rządzi się własnymi prawami, a system KO potrafi całkowicie zmienić układ sił. W pierwszej parze z udziałem Polaka Paweł Wąsek zmierzył się z Johannem Forfangiem. Choć Polak poprawił się w porównaniu do serii próbnej, skok na odległość 124,5 metra okazał się niewystarczający. Do Norwega stracił 5,5 metra i ponad 15 punktów, co oznaczało szybkie pożegnanie z rywalizacją.

    Znacznie lepiej poradził sobie Maciej Kot, który trafił na wymagającego przeciwnika – Mariusa Lindvika. Skoczek z Limanowej uzyskał 127 metrów, czyli o pół metra więcej od Norwega. Dodatkowo pomogły mu korzystniejsze rekompensaty za wiatr oraz wyższe noty sędziowskie. W efekcie Kot wygrał swoją parę różnicą 5,2 punktu i zameldował się w drugiej serii.

    Kolejnym Polakiem na belce był Kacper Tomasiak, rywalizujący z legendarnym Simonem Ammanem. Szwajcar nie postawił wysoko poprzeczki, lądując na 122,5 metra. Młody Polak już od wyjścia z progu wyglądał bardzo pewnie i bez problemu pokonał doświadczonego rywala. Co więcej, po swoim skoku przez moment objął prowadzenie, zapewniając sobie bardzo dobrą pozycję wyjściową przed finałową serię.

    Na koniec pierwszej rundy zaprezentował się Kamil Stoch. Po znakomitych kwalifikacjach, w których zajął 9. miejsce, mógł liczyć na teoretycznie łatwiejszego rywala – Jewhena Marusiaka. Skok na 129 metrów w zupełności wystarczył, by pewnie awansować dalej, zwłaszcza że Ukrainiec uzyskał jeden z najsłabszych wyników konkursu.

    Po pierwszej serii na prowadzeniu, zgodnie z oczekiwaniami, znajdował się Domen Prevc. Słoweniec poszybował aż na 143 metry i wyprzedzał Jana Hoerla o 3,2 punktu oraz Rena Nikaido o 10,5 punktu. Kacper Tomasiak po kolejnym bardzo dobrym skoku zajmował 7. miejsce. Kamil Stoch plasował się na 18. pozycji, Maciej Kot był 20., natomiast Paweł Wąsek zakończył konkurs na 35. lokacie. Istotnym wydarzeniem dnia była również kolejna dyskwalifikacja Timiego Zajca, która ponownie wywołała spore poruszenie w środowisku skoków.

    Druga seria rozpoczęła się od występu Macieja Kota. Doświadczony zawodnik musiał zmierzyć się z wyjątkowo trudnymi warunkami, co przełożyło się na aż siedmiopunktową rekompensatę. Mimo to oddał przyzwoity skok na 128 metrów, który na dłuższą chwilę dał mu nawet 4. miejsce.

    Chwilę później na rozbiegu pojawił się Kamil Stoch. Mistrz olimpijski poleciał dokładnie 129 metrów, co pozwoliło mu objąć 3. pozycję w klasyfikacji bieżącej i zapewniło, że w najgorszym wypadku zakończy zawody na 20. miejscu.

    W międzyczasie kapitalną próbą popisał się Ryoyu Kobayashi. Utytułowany Japończyk skoczył aż 141 metrów i wyraźnie dał sygnał rywalom, że mimo 11. miejsca po pierwszej serii nie można go skreślać w walce o czołowe lokaty. Ostatnim z biało-czerwonych był Kacper Tomasiak. Sklasyfikowany na 7. miejscu po pierwszym skoku, w finale również zaprezentował się bardzo stabilnie, uzyskując 129,5 metra. Z łączną notą 260,8 punktu na moment awansował na 2. pozycję, tuż za Kobayashim, i mógł być już pewny miejsca w najlepszej dziesiątce.

    Ostatecznie po zwycięstwo sięgnął Domen Prevc. 26-letni Słoweniec po skokach na 143 i 141 metrów nie pozostawił rywalom żadnych złudzeń, triumfując z przewagą przekraczającą 15 punktów. Drugie miejsce zajął Jan Hoerl, a na najniższym stopniu podium stanął bardzo młody i obiecujący Stephan Embacher.

    Wyniki konkursu w Ga-Pa:
    1. Domen Prevc – 303.1 pkt
    2. Jan Hoerl – 287.7 pkt
    3. Stephan Embacher – 287.1 pkt

    8. Kacper Tomasiak – 260.8 pkt

    20. Kamil Stoch – 242.1 pkt
    23. Maciej Kot – 239.2 pkt

  • Takim majątkiem dysponuje teraz Szeremeta. Może aż zakręcić się w głowie

    Takim majątkiem dysponuje teraz Szeremeta. Może aż zakręcić się w głowie

    Srebrny medal igrzysk olimpijskich w Paryżu okazał się dla Julii Szeremety momentem przełomowym – nie tylko sportowo, ale i życiowo. Ogromny sukces otworzył przed młodą pięściarką wiele drzwi, diametralnie zmienił jej codzienność i sprawił, że dziś znajduje się w zupełnie innym miejscu niż jeszcze kilka lat temu. Dzięki talentowi, ciężkiej pracy i rosnącej popularności 22-latka systematycznie buduje swój majątek, który już teraz robi spore wrażenie. Apartament zapewniony przez sponsora, dwa samochody i własne mieszkanie to dopiero początek długiej listy.

    Igrzyska olimpijskie w Paryżu wyniosły Julię Szeremetę na szczyt rozpoznawalności, ale jej droga do tego momentu była długa i wymagająca. Boks towarzyszy jej od 12. roku życia. Początkowo trenowała równolegle karate – do czego zachęciła ją mama – jednak ten epizod trwał zaledwie rok. Bardzo szybko całkowicie skupiła się na pięściarstwie, spędzając na sali treningowej niemal każdą wolną chwilę.

    – Zostawałam na zajęciach starszych grup, nie zwracając uwagi na to, czy robi się ciemno. Ciągnęło mnie do sportu, a nie do domu – wspomina dziś w rozmowie z „Przeglądem Sportowym Onet”.

    Ten tryb życia niewiele się zmienił. Szeremeta rzadko bywa w rodzinnym Bieniowie, z którego pochodzi. Jak sama przyznaje, przez większość roku przebywa poza domem. – Przez około 270 dni jestem na zgrupowaniach. Między obozami dochodzą jeszcze zobowiązania sponsorskie, kontrakty, dodatkowe treningi w Lublinie, wywiady – tłumaczy.

    Jej droga edukacyjna i sportowa od początku wymagała samodzielności. Pierwsze klasy szkoły podstawowej ukończyła w Leonowie, później – po likwidacji placówki – przeniosła się do Stołpia, gdzie skończyła zarówno podstawówkę, jak i gimnazjum. Kolejnym etapem był Lublin. W wieku zaledwie 15 lat praktycznie wyprowadziła się z domu rodzinnego.

    – Tata uznał, że skoro chcę postawić na boks w stu procentach, muszę trafić do najlepszego klubu. Trenowałam wtedy w uczniowskim klubie II LO w Chełmie, a jego dobrym znajomym był prezes Paco Lublin. W Lublinie funkcjonowało liceum współpracujące z klubem, gdzie można było trenować. Sama wizja życia w dużym mieście mnie nie przerażała. Szybko się usamodzielniłam – wyjazdy na kadrę i obozy nauczyły mnie długiej nieobecności w domu – opowiadała Hubertowi Kęsce.

    Dziś Julia Szeremeta kończy etap boksu młodzieżowego i z pełnym impetem wchodzi na seniorskie areny. Ma już na koncie sukcesy, które stawiają ją w gronie najbardziej obiecujących zawodniczek w kraju. Doskonale zdaje sobie sprawę, że to jej najlepszy moment – zarówno sportowo, jak i finansowo.

    – Wiem, że to czas, w którym mogę zapracować sobie na dobre życie. Ciągle coś się dzieje: chwila przerwy i znowu kolejne wyzwania. Ale robię to po to, by w przyszłości żyć spokojnie i nie martwić się o jutro – przyznaje.

    Jej obecna sytuacja materialna pokazuje, jak bardzo zmieniło się jej życie. Na co dzień mieszka w apartamencie zapewnionym przez sponsora, ale ma również własne mieszkanie. – Kupiłam je raczej pod wynajem. Nie opłaca mi się tam mieszkać, skoro w domu jestem tylko przez cztery–pięć dni w miesiącu – wyjaśnia.

    Po igrzyskach olimpijskich na jej konto trafiły także konkretne nagrody finansowe i rzeczowe. Otrzymała 25 tys. zł od urzędu miasta, 75 tys. zł premii z ministerstwa, 100 tys. zł od Polskiego Związku Bokserskiego, samochód, a także obraz i voucher wakacyjny. Polski Komitet Olimpijski przyznał jej dodatkowo 200 tys. zł oraz diament, którego – jak sama zdradza – jeszcze nie odebrała. Do tego dochodzą dochody z kontraktów sponsorskich, wydarzeń promocyjnych i współprac reklamowych. – Mam prywatny samochód oraz S-Crossa od Suzuki, oklejonego moimi zdjęciami – dodaje z uśmiechem.

    Choć jej kariera dopiero się rozpędza, o życiu po zakończeniu sportowej drogi myśli raczej w zarysach. – Planów jest sporo, ale najważniejsze to zabezpieczyć przyszłość. Co dalej? Jest kilka rzeczy, które mogłyby dać mi satysfakcję. Może kiedyś otworzę własny klub bokserski? A może zajmę się końmi – pensjonat, szkółka jazdy… – podsumowuje.

    Jedno jest pewne: srebro olimpijskie nie było dla Julii Szeremety metą, lecz początkiem zupełnie nowego rozdziału.

  • To dlatego Lewandowski odrzucił zaproszenie na ślub Szczęsnego

    To dlatego Lewandowski odrzucił zaproszenie na ślub Szczęsnego

    Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny od lat uchodzą za jednych z najbliższych sobie kolegów z piłkarskiego środowiska. Ich relacja, oparta na zaufaniu i wzajemnym szacunku, z czasem przerodziła się w prawdziwą przyjaźń, która dziś obejmuje już całe rodziny. Przeprowadzka Szczęsnego do FC Barcelony oraz osiedlenie się jego bliskich w Katalonii tylko jeszcze bardziej ich do siebie zbliżyły. Mało kto jednak pamięta, że kapitana reprezentacji Polski zabrakło na jednym z najważniejszych dni w życiu bramkarza – jego ślubie z Mariną Łuczenko.

    Wojciech Szczęsny i znana wokalistka powiedzieli sobie „tak” 21 maja 2016 roku. Ceremonia została zorganizowana na przedmieściach Aten i do samego końca owiana była aurą tajemnicy. Informacje były dozowane tak oszczędnie, że nawet zaproszeni goście nie znali szczegółów wydarzenia. Ślub odbył się tuż przed rozpoczęciem zgrupowania reprezentacji Polski przed Euro 2016 – turniejem, który później okazał się najlepszym występem kadry od dziesięcioleci.

    Na uroczystości pojawiła się Anna Lewandowska, jednak bez męża. Jak opisywały przed laty media, nawet ona dopiero na lotnisku dowiedziała się, dokąd leci. Była jedyną osobą z grona zaproszonych, która znała choć fragment planu. „Zaślubiny Wojciecha Szczęsnego i Mariny Łuczenko-Szczęsnej były strzeżone bardziej niż tajemnica państwowa. Goście nie wiedzieli, gdzie lecą ani czy rzeczywiście zmierzają na ślub. Anna Lewandowska poznała szczegóły dopiero na lotnisku” – relacjonował portal plotek.pl.

    Nieobecność Roberta Lewandowskiego miała jednak bardzo konkretny i całkowicie zrozumiały powód. Tego samego dnia napastnik Bayernu Monachium musiał wziąć udział w finale Pucharu Niemiec. Jego zespół mierzył się z Borussią Dortmund, a spotkanie było niezwykle zacięte. Po 90 minutach i dogrywce na tablicy wyników wciąż widniał bezbramkowy remis, a o trofeum zdecydowały rzuty karne. Bayern wygrał je 4:3, a Lewandowski pewnie wykorzystał swoją „jedenastkę” w drugiej serii, dając drużynie prowadzenie po wcześniejszym pudle Svena Bendera. Cały mecz – aż 120 minut – rozegrał również Łukasz Piszczek, choć nie podchodził do rzutów karnych.

    Szczęsny doskonale rozumiał sytuację kolegi z reprezentacji i nigdy nie miał do niego pretensji o nieobecność na ślubie. Co więcej, ich relacja z biegiem lat stała się jeszcze silniejsza. Wspólne świętowanie Sylwestra, rodzinne spotkania i zdjęcia publikowane w mediach społecznościowych tylko potwierdzały, że łączy ich coś więcej niż boiskowa znajomość.

    Ostatecznym symbolem tej bliskości okazało się przyjście Wojciecha Szczęsnego do FC Barcelony. Bramkarz zamieszkał w sąsiedztwie Lewandowskich, a codzienny kontakt jeszcze bardziej scementował ich przyjaźń. Dziś obaj są nie tylko filarami reprezentacji Polski, ale również jednymi z najbliższych sobie osób poza boiskiem – mimo że kiedyś ważny dzień w życiu jednego z nich musiał obyć się bez obecności drugiego.

  • To dlatego Lewandowski odrzucił zaproszenie na ślub Szczęsnego

    To dlatego Lewandowski odrzucił zaproszenie na ślub Szczęsnego

    Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny są od lat w bardzo dobrych relacjach. Przyjście bramkarza do FC Barcelony i przeprowadzka rodziny do Katalonii sprawiły, że jeszcze bardziej zbliżyli się do siebie. Jednak mało kto dziś pamięta, że Lewandowskiego nie było na ślubie Szczęsnego, musiał odrzucić zaproszenie.
    Marina Łuczenko i Wojciech Szczęsny w maju 2016 roku wzięli pełny przepychu, ale jednocześnie dyskretny ślub w Grecji.
    Management Mariny Łuczenko

    Wojciech Szczęsny i wokalistka Marina Łuczenko pobrali się 21 maja 2016 r. Ceremonię zorganizowali na przedmieściach Aten, stolicy Grecji, ale była ona wielką tajemnicą nawet dla zaproszonych gości. Wszystko odbyło się krótko przed startem zgrupowania przed Euro 2016, które było najlepszym turniejem reprezentacji Polski od dziesięcioleci.

    Zobacz wideo Kosecki znalazł winnego swojego wstydliwego wypadku: Coś czuję, że to ty mi te spodenki poluźniłeś
    Lewandowskiego nie było na ślubie Szczęsnego

    Na ślubie Szczęsnego pojawiła się Anna Lewandowska. Jak opisywał przed laty portal plotek.pl, dopiero na lotnisku dowiedziała się, gdzie leci. Ale była jedyną osobą, która wtedy poznała choć trochę szczegółów.

    “Zaślubiny Wojciecha Szczęsnego i Mariny Łuczenko-Szczęsnej były strzeżone, bardziej niż tajemnica państwowa. Zaproszeni goście nawet na lotnisku nie wiedzieli, gdzie lecą i czy w ogóle lecą na ślub. Jedyną osobą, która znała część planów była Anna Lewandowska. O tym, gdzie leci, dowiedziała się jednak dopiero na lotnisku” – czytamy.

    Lewandowska była na ślubie bez męża. Robert w tym czasie musiał zostać w Niemczech. Akurat Szczęsny nie mógł mieć żadnych pretensji o nieobecność kapitana reprezentacji Polski, bowiem Lewandowski musiał zagrać tego dnia w finale Pucharu Niemiec. Bayern Monachium mierzył się w finale z Borussią Dortmund.

    Po 90 minutach gry był bezbramkowy remis, w dogrywce także nie zobaczyliśmy goli. O wszystkim zdecydowały rzuty karne, które Bayern wygrał 4:3. Lewandowski strzelał w drugiej serii i się nie pomylił. Dał Bayernowi prowadzenie, bowiem wcześniej rzutu karnego nie wykorzystał Sven Bender. W tym meczu 120 minut zagrał również Łukasz Piszczek, ale nie podchodził do “jedenastki”.

    Zobacz też: To może być ofiara Papszuna w Legii. Pierwszy do odstrzału

    Mimo nieobecności Lewandowskiego na ślubie jego relacja ze Szczęsnym nie uległa pogorszeniu. Wręcz przeciwnie – z biegiem czasu jest to coraz silniejsza przyjaźń. Ich rodziny spędzały razem Sylwestra, publikowali wspólne zdjęcia w social mediach. Przyjście Szczęsnego do Barcelony, który potem został sąsiadem Lewandowskiego, tylko ich do siebie zbliżyło.

  • Niesamowity wyczyn Lewandowskiego i Barcelony! Gol za golem

    Niesamowity wyczyn Lewandowskiego i Barcelony! Gol za golem

    FC Barcelona może zaliczyć miniony rok do wyjątkowo udanych. Zespół prowadzony przez Hansiego Flicka nie tylko regularnie sięgał po trofea, ale też imponował stylem gry, który zachwycał kibiców na całym świecie. Potwierdzeniem ofensywnej siły „Dumy Katalonii” jest rekord strzelecki, jaki piłkarze z Camp Nou ustanowili w 2025 roku.

    Historyczne osiągnięcie Barcelony

    Jak poinformował portal „OptaJose”, FC Barcelona zdobyła aż 169 bramek w 60 spotkaniach rozegranych w 2025 roku we wszystkich rozgrywkach, licząc również gole samobójcze rywali. To najlepszy wynik w historii La Liga w roku kalendarzowym wśród drużyn, które nie miały w składzie jednocześnie Lionela Messiego ani Cristiano Ronaldo. Statystyka ta dobitnie pokazuje, jak niezwykły był wpływ Argentyńczyka i Portugalczyka na ligę w czasach ich największej świetności, a jednocześnie podkreśla skalę obecnego sukcesu Barcelony.

    Lewandowski jednym z liderów strzelania

    Duży udział w tym imponującym dorobku miał Robert Lewandowski. Kapitan reprezentacji Polski zakończył rok z dorobkiem 27 bramek, tyle samo co Ferran Torres, który rywalizował z nim o miejsce w ataku. Niewiele mniej, bo 25 trafień, zanotował Raphinha, natomiast 21 goli zdobył Lamine Yamal – wicemistrz Złotej Piłki 2025 i jedna z największych gwiazd młodego pokolenia światowego futbolu.

    Przyszłość Lewandowskiego pod znakiem zapytania

    Niepewna pozostaje przyszłość Lewandowskiego w Barcelonie. Od 1 stycznia Polak może prowadzić rozmowy z innymi klubami, co sprawia, że jego dalszy wkład w ofensywne statystyki „Blaugrany” w 2026 roku stoi pod znakiem zapytania. Ewentualne odejście napastnika byłoby dużym wyzwaniem dla zespołu Flicka, który musiałby znaleźć nowego lidera ataku.

    Intensywny początek 2026 roku

    Nowy rok Barcelona rozpocznie od ligowego hitu – derbów z Espanyolem, zaplanowanych na 3 stycznia o godzinie 21:00. Katalończycy przewodzą tabeli La Liga, mając cztery punkty przewagi nad Realem Madryt. W 2026 roku przed drużyną Flicka stoją także ambitne cele w Lidze Mistrzów, Pucharze Króla oraz Superpucharze Hiszpanii, co zapowiada kolejne miesiące pełne emocji i walki o najwyższe laury.

    https://x.com/OptaJose/status/2006322326196178998?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2006322326196178998%7Ctwgr%5Eaf88b90b882ad56110865e67bbbfcb88d0c23ba1%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F76508232501497niesamowity-wyczyn-lewandowskiego-i-barcelony-gol-za-golem.html

  • A jednak to nie plotki ws. Świątek i Abramowicz. Nowe zdjęcie z Sydney dowodem

    A jednak to nie plotki ws. Świątek i Abramowicz. Nowe zdjęcie z Sydney dowodem

    Daria Abramowicz od lat uchodzi za jeden z filarów zespołu Igi Świątek. Od dawna mówi się o wyjątkowej relacji, jaka łączy tenisistkę z jej psycholog – o ogromnym zaufaniu, wspólnym języku i wsparciu wykraczającym daleko poza kort. Panie spędzają razem także prywatny czas, a wskazówki Abramowicz mają dla Świątek znaczenie zarówno w sporcie, jak i w codziennym życiu. Najnowsze zdjęcie, które właśnie pojawiło się w sieci, tylko potwierdza te doniesienia. Jeden kadr mówi więcej niż wiele słów.

    Po zakończeniu sezonu i występie w WTA Finals Iga Świątek pozwoliła sobie na chwilę wytchnienia. Wraz z ojcem, Darią Abramowicz oraz menedżerem Jules’em Mercierem wybrała się na wakacje na Mauritius. Później przyszedł czas na krótki pobyt w Polsce, a następnie znów ruszyła w podróż – tym razem do Chin, gdzie wzięła udział w pokazowym turnieju World Tennis Continental Cup.

    Świątek wystąpiła tam w barwach Drużyny Europy. Najpierw rozegrała dwa mecze singlowe: pokonała Jelenę Rybakinę 6:3, 6:3, a następnie uległa Wang Xinyu 2:6, 3:6. Później zagrała jeszcze w deblu u boku Valentina Vacherota. Para ta przegrała z duetem Jelena Rybakina/Andriej Rublow 4:6, 4:6, co przesądziło o porażce całej europejskiej ekipy.

    Ten etap sezonu jest już jednak zamknięty. Teraz wiceliderka rankingu WTA skupia się na nowych wyzwaniach. Świątek jest już w Australii, gdzie najpierw wystąpi w United Cup, a następnie przystąpi do rywalizacji w wielkoszlemowym Australian Open. Jak wygląda obecnie codzienność w jej sztabie szkoleniowym? Dość niespodziewanie uchyliła rąbka tajemnicy właśnie Daria Abramowicz.

    Wymowne zdjęcia z Australii. Rzadki gest Darii Abramowicz

    W fazie grupowej United Cup reprezentacja Polski zmierzy się w Sydney z Niemcami oraz Holandią. Pierwszy mecz „biało-czerwoni” rozegrają w poniedziałek 5 stycznia. Hubert Hurkacz stanie naprzeciw Alexandra Zvereva, a Iga Świątek zmierzy się z Evą Lys. W planach jest również mikst Polska – Niemcy. Dwa dni później Hurkacz zagra z Tallonem Griekspoorem, Świątek z Suzan Lamens, a całość uzupełni mikst Polska – Holandia.

    Przygotowania do tych występów Świątek tradycyjnie realizuje w otoczeniu najbliższych i najbardziej zaufanych osób. Niezmiennie ważną rolę odgrywa w nich Daria Abramowicz, z której wsparcia tenisistka korzysta od wielu lat. Tym razem psycholog zdecydowała się na nietypowy krok i opublikowała w mediach społecznościowych kilka zdjęć zza kulis przygotowań.

    Na jednym z nich widać Świątek i Abramowicz pogrążone w rozmowie na korcie – obrazek, który dobitnie pokazuje, jak bliska i partnerska jest ich relacja. To potwierdzenie, że opinie o Abramowicz jako jednym z kluczowych punktów tenisowego zespołu Igi nie są przesadzone.

    Poza tym Abramowicz udostępniła także inne kadry: zdjęcie Igi z kartką z napisem „reset”, zbliżenie na torbę tenisistki ozdobioną licznymi naklejkami oraz fotografię z siłowni. Całość opatrzyła krótkim, ale znaczącym komentarzem:
    „Przedsezonowe klimaty. Szlifowanie, przeformułowanie, docieranie do granic możliwości”.

    Taka aktywność w mediach społecznościowych w wykonaniu Darii Abramowicz to rzadkość. W całym roku opublikowała zaledwie 13 postów, a prywatne ujęcia zazwyczaj zachowuje wyłącznie dla siebie. Tym bardziej zdjęcia z Australii przyciągnęły uwagę.

    W komentarzach pojawili się m.in. trener Igi Wim Fissette oraz była tenisistka Paula Kania-Choduń. Ta ostatnia żartobliwie skomentowała zdjęcie z siłowni: „Uuuu, łapa rośnie!”. Abramowicz szybko odpowiedziała w podobnym tonie: „Klasyk mawia: niceps”.

    Ten drobny, ale szczery gest tylko podkreśla atmosferę panującą w obozie Igi Świątek u progu nowego sezonu – pełną zaangażowania, bliskości i wspólnej pracy nad kolejnymi celami.

  • A jednak sensacyjny zwrot akcji i złoto dla Szeremety? “Szef mówi, że się za tę sprawę wezmą”

    A jednak sensacyjny zwrot akcji i złoto dla Szeremety? “Szef mówi, że się za tę sprawę wezmą”

    Choć od igrzysk olimpijskich w Paryżu minęło już sporo czasu, emocje związane z finałową walką Julii Szeremety wciąż nie gasną. Starcie Polki z Lin Yu-ting nadal budzi ogromne zainteresowanie kibiców i mediów, a pojawiające się wątpliwości sprawiają, że temat wraca jak bumerang. Choć Szeremeta przegrała walkę o złoto, coraz częściej mówi się, że sprawa wcale nie została definitywnie zamknięta. W tle pojawia się nawet scenariusz sensacyjnego zwrotu akcji, który mógłby doprowadzić do przyznania Polce złotego medalu olimpijskiego. Sama zawodniczka po raz kolejny zabiera głos.

    Życie po Paryżu zmieniło się diametralnie

    Dla Julii Szeremety igrzyska w Paryżu 2024 były momentem przełomowym. Srebrny medal w boksie w kategorii do 57 kilogramów oraz całe zamieszanie towarzyszące jej występom sprawiły, że młoda pięściarka z dnia na dzień stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego sportu. Popularność rosła, ale wraz z nią narastały także kontrowersje.

    Choć od finału minęło już wiele miesięcy, dyskusja wokół tego pojedynku wciąż trwa. Gdy stało się jasne, że rywalką Szeremety w walce o złoto będzie Lin Yu-ting z Tajwanu, w mediach rozpętała się prawdziwa burza. Pojawiły się pytania i spekulacje dotyczące płci Tajwanki, a temat szybko wymknął się poza ramy sportu.

    „Podchodziliśmy do tego czysto sportowo”

    Jak dziś wspomina tamten moment sama Szeremeta? W rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet podkreśla, że ona i jej sztab starali się patrzeć na sprawę wyłącznie przez pryzmat rywalizacji sportowej.

    – Podchodziliśmy do tego czysto sportowo. W naszej dyscyplinie bardzo wiele zawodniczek nie wygląda stereotypowo kobieco – tłumaczy. – Spójrz na Hinduski, niektóre normalnie mają wąsy. Wiedzieliśmy, że Lin Yu-ting i Algierka z wyższej kategorii wagowej były wcześniej zdyskwalifikowane na mistrzostwach świata i zawieszone w innej federacji. Słyszeliśmy o kontrowersjach, ale co mogliśmy zrobić? Po prostu wychodzisz do ringu i boksujesz.

    Jak wyglądała walka w ringu?

    Ostatecznie finał zakończył się zwycięstwem Lin Yu-ting, a Julia Szeremeta wróciła do kraju ze srebrem olimpijskim. Czy z perspektywy ringu czuła, że mierzy się z kimś o wyraźnie męskiej sile?

    – To zależy od stylu – ocenia Polka. – Ona nie stała sztywno w miejscu, raczej „pykała”, dużo się przemieszczała. Miała znacznie dłuższy zasięg ramion i potrafiła to wykorzystać. Biła w tempo, kontrolowała dystans. Nie czułam jakiejś wyjątkowej siły ciosu, choć w trakcie walki działa adrenalina.

    Kontrowersje, które nie zniknęły

    Mimo upływu czasu temat walki wciąż powraca. Atmosferę podgrzewa fakt, że zarówno Lin Yu-ting, jak i Imane Khelif – zawodniczki, które w Paryżu wywołały największe kontrowersje – po igrzyskach praktycznie zniknęły ze sportowej rywalizacji. Tajwanka miała wystartować w mistrzostwach świata, ale ostatecznie do tego nie doszło.

    Jej obóz tłumaczył, że do federacji World Boxing wysłano wymagane badania dotyczące płci chromosomalnej, jednak rzekomo nie otrzymano odpowiedzi. Zawodniczka miała przedstawić dokumenty dopiero na miejscu. Pojawiają się też pytania o testy przeprowadzane wcześniej w New Delhi, po których Lin Yu-ting i Khelif zostały zawieszone przez IBA.

    – Tak naprawdę nigdzie nie wypowiadał się lekarz czy osoba, która je badała – zauważa Szeremeta. – Chodzi o te testy, po których zostały zawieszone. To wszystko jest dziwne.

    „W tej sprawie chyba coś jest nie tak”

    Polka przyznaje, że nie czuje się ekspertką od hormonów czy genetyki, ale pewne fakty trudno jej zignorować.

    – Nie znam się na poziomach testosteronu, chromosomach i nie śledzę tego szczegółowo. Ale słyszę różne rzeczy od dziennikarzy i trenera. I mam wrażenie, że w tej sprawie raczej jest coś nie tak – mówi. – Były zawieszone, nie startowały, a po igrzyskach nadal nigdzie nie walczą. Kombinowali, omijali badania…

    Nic więc dziwnego, że temat wciąż do niej wraca. Jak sama przyznaje, niemal na każdym kroku ktoś pyta ją, czy „to złoto w końcu się pojawi”.

    Czy możliwy jest „zielony stolik” i złoto dla Polki?

    Pojawia się więc pytanie, czy realny jest scenariusz, w którym po czasie medal zostałby odebrany Lin Yu-ting, a złoto trafiłoby do Julii Szeremety.

    – Nasz szef mówi, że się za tę sprawę wezmą, że będzie walczyć o tamten złoty medal – zdradza pięściarka.

    Jednocześnie Szeremeta podkreśla, że taki triumf nie dałby jej pełnej satysfakcji. Złoty medal olimpijski jest marzeniem każdego sportowca, ale zdobyty w gabinetach, bez zwycięskiej walki, nie smakowałby tak samo.

    – Przegrałam tamten pojedynek. Gdybym miała walczyć z Lin Yu-ting jeszcze raz, to wyszłabym do ringu i chciała wygrać. Tylko w taki sposób mogę zdobyć złoto. Usłyszeć po półtora roku, że wygrałam turniej, to coś zupełnie innego. Na pewno nie byłoby to aż tak satysfakcjonujące – podsumowuje szczerze.

  • Polscy kibice pokazali, co naprawdę myślą o Świątek. Wszystko jasne!

    Polscy kibice pokazali, co naprawdę myślą o Świątek. Wszystko jasne!

    Iga Świątek triumfuje w plebiscycie Sport.pl. Oto Moment Roku 2025 w polskim sporcie

    Iga Świątek, Robert Kubica i Klaudia Zwolińska – tak przedstawia się podium plebiscytu Momenty Roku 2025 organizowanego przez Sport.pl. Czytelnicy serwisu nie mieli wątpliwości, który sukces zasługuje na miano najważniejszego wydarzenia mijającego roku. Poza pierwszą trójką znalazł się m.in. Bartosz Zmarzlik, mimo że w 2025 roku sięgnął po szósty tytuł mistrza świata, wyrównując osiągnięcia dwóch najbardziej utytułowanych żużlowców w historii. Zaskakiwać może również odległa pozycja siatkarzy, którzy – co brzmi niemal niewiarygodnie – zremisowali w głosowaniu z koszykarzami.

    Jeszcze rok temu plebiscyt bezapelacyjnie wygrała Aleksandra Mirosław. Wówczas nie miała sobie równych, bo zdobyła jedyny dla Polski złoty medal olimpijski w Paryżu 2024. W sezonie 2025 królowa wspinaczki sportowej znów zachwyciła świat – sięgnęła po mistrzostwo świata i po raz jedenasty w karierze poprawiła rekord świata. Tym razem jednak wystarczyło to „zaledwie” do piątego miejsca. Tegoroczny plebiscyt należał bowiem do Igi Świątek.

    W poprzednich edycjach czytelnicy Sport.pl również doceniali sukcesy najlepszej polskiej tenisistki, ale nie zawsze stawiali je na samym szczycie. Rok temu jej osiągnięcia przegrały z olimpijskim złotem Mirosław, a dwa lata wcześniej – z wielkim triumfem siatkarzy w mistrzostwach Europy, kiedy za zwycięstwo 3:0 z Włochami w rzymskim finale dziękował kibicom kapitan reprezentacji Aleksander Śliwka. Teraz role się odwróciły – to Iga Świątek kieruje podziękowania do czytelników.

    Świątek: „Ten moment został przeżyty wspólnie”

    – Bardzo dziękuję za każdy głos i za to, że moje zwycięstwo na Wimbledonie zostało uznane za Moment Roku 2025 w polskim sporcie. To ogromne wyróżnienie, bo pokazuje, że ten sukces był przeżywany wspólnie – nie tylko przeze mnie i mój zespół, ale także przez kibiców w całej Polsce – mówi Świątek.
    – Wimbledon to turniej absolutnie wyjątkowy, przesiąknięty historią i tradycją, które czuje się od pierwszego wejścia na kort. Wygrana tam była spełnieniem jednego z moich największych sportowych marzeń i momentem, który zostanie ze mną na zawsze. Cieszę się, że został on tak mocno doceniony w kontekście całego polskiego sportu – dodaje tenisistka.

    Skala zwycięstwa Świątek w plebiscycie była imponująca. Spośród blisko 42 tysięcy oddanych głosów aż 35,5 procent przypadło właśnie na nią. Od startu głosowania 22 grudnia aż do jego zakończenia 30 grudnia prowadziła z ogromną, niezagrożoną przewagą.

    Trudno się temu dziwić. Triumf na Wimbledonie był jednym z najbardziej zaskakujących i symbolicznych momentów w jej karierze. Świątek wielokrotnie podkreślała, że gra na trawie nie jest jej naturalnym środowiskiem. Do tego pierwsza część 2025 roku była dla niej wyjątkowo trudna – nie wygrała żadnego turnieju, a w rankingu WTA spadła nawet z drugiego na ósme miejsce. I wtedy nadszedł Wimbledon. Najstarszy i najbardziej prestiżowy turniej świata, na którym Polka zaprezentowała pełnię swojego geniuszu. Kulminacją był finał wygrany z Amandą Anisimovą 6:0, 6:0, wynik wręcz historyczny.

    Trzecia edycja plebiscytu Sport.pl

    „Momenty Roku” to już trzecia edycja plebiscytu Sport.pl. Co roku w grudniu redakcja wybiera 10 najważniejszych chwil polskiego sportu, które następnie są szczegółowo opisywane przez dziennikarzy relacjonujących te wydarzenia na miejscu. Towarzyszą temu rozmowy z zaproszonymi gośćmi. W tym roku swoimi opiniami i typami podzielili się m.in. były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, lider zespołu T.Love Muniek Staszczyk oraz legendarny komentator Dariusz Szpakowski. Wszyscy – podobnie jak czytelnicy – byli zgodni: Moment Roku 2025 należał do Igi Świątek.

    Wyniki plebiscytu „Momenty Roku 2025”:

    1. Iga Świątek – zwycięstwo w Wimbledonie: 35,50% (14 783 głosy)

    2. Robert Kubica – wygrana w 24-godzinnym wyścigu Le Mans: 18,56% (7 729)

    3. Klaudia Zwolińska – dwa złote i jeden brązowy medal MŚ w kajakarstwie górskim: 10,23% (4 260)

    4. Bartosz Zmarzlik – szóste mistrzostwo świata w żużlu: 9,43% (3 926)

    5. Aleksandra Mirosław – złoto MŚ i kolejny rekord świata we wspinaczce: 6,58% (2 739)

    6. Reprezentacja koszykarzy – znakomity EuroBasket, 6. miejsce i wygrana ze Słowenią Luki Dončicia: 4,28% (1 782)

    7. Reprezentacja siatkarzy – brązowy medal mistrzostw świata: 4,28% (1 782)

    8. Władimir Semirunnij – srebro i brąz MŚ w łyżwiarstwie szybkim: 4,18% (1 741)

    9. Agata Kaczmarska, Aneta Rygielska i Julia Szeremeta – trzy Polki w finałach MŚ w boksie: 3,74% (1 558)

    10. Maria Żodzik – wicemistrzostwo świata w skoku wzwyż: 3,23% (1 344)

    Rok 2025 przyniósł polskiemu sportowi wiele wyjątkowych chwil, ale dla czytelników Sport.pl jedna była absolutnie najważniejsza – wimbledoński triumf Igi Świątek.