• Nawrocki nie uzna nowych sędziów TK? Prof. Łętowska ma rozwiązanie. “Nie sposób byłoby podważyć”

    Nawrocki nie uzna nowych sędziów TK? Prof. Łętowska ma rozwiązanie. “Nie sposób byłoby podważyć”

    Nawrocki nie uzna nowych sędziów TK? Prof. Łętowska ma rozwiązanie. “Nie sposób byłoby podważyć”
    Dariusz Ćwiklak
    2 minuty
    Prof. Ewa ŁętowskaPiotr Nowak/PAP

    Prof. Ewa Łętowska

    Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej “Newsweeka”

    Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu

    Dziękujemy, że z nami jesteś!Newsweek

    Dziękujemy, że z nami jesteś!
    “Newsweek”: Dokładnie rok temu, kiedy kończyła się kadencja prezes Julii Przyłębskiej, powiedziała pani, że Trybunał Konstytucyjny jest chory i wymaga leczenia. Tyle że zamiast w szpitalu, wylądował w hospicjum. Sędziów ubywa w nim jak bohaterów kryminału Agaty Christie.

    Prof. Ewa Łętowska: Konstytucja mówi, że Trybunał składa się z 15 sędziów, ale zostało ich już tylko dziewięciu, a właściwie siedmiu, jeśli odliczyć dwóch “pogrobowców” pierwszych sędziów-dublerów. Bo sędziów TK zawsze wybiera się na konkretne miejsce więc ci, którzy zajęli miejsce dublerów, są też skażeni tym samym grzechem pierworodnym, to jest jak linia dynastyczna.
    Przypomnijmy, że “dublerzy” to byli trzej sędziowie, których Sejm PiS wybrał 2 grudnia 2015 r., a prezydent Andrzej Duda zaprzysiągł w nocy z 2 na 3 grudnia, choć te trzy miejsca były już obsadzone przez poprzedni Sejm.

    Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Subskrybuj Onet Premium. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.

    Data utworzenia:

    29 grudnia 2025, 11:13
    Zobacz również

    Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie

    tutaj.

  • Rozłam w Rosji. Sensacyjna decyzja Andriejewej. Nadszedł już komunikat

    Rozłam w Rosji. Sensacyjna decyzja Andriejewej. Nadszedł już komunikat

    18-letnia Mirra Andriejewa jest obdarzona ogromnym talentem – to nie ulega wątpliwości. Jeszcze przed 16. urodzinami w Madrycie pokonała Leylah Fernandez, Beatriz Haddad Maię i Magdę Linette – z przytupem zameldowała się w tourze. Z uwagi na wiek, przez półtora roku miała ograniczone możliwości startowe w cyklu WTA, ale w tym roku była już jego pełnoprawną uczestniczką. Wiosną wygrałą dwa turnieje rangi 1000 – w Dubaju i Indian Wells. Wskoczyła do TOP 10 rankingu, w szczytowym momencie była w nim na piątym miejscu.

    Jesień pokazała jednak słabości młodej zawodniczki – nieumiejętność radzenia sobie z presją, a być może już i zmęczenie, bo przecież do 56 spotkań singlowych w sezonie, dołożyła jeszcze 44 w grze podwójnej i dwa w mikście w US Open.

    Spadła na dziewiątą pozycję, w ostatniej chwili straciła miejsce w WTA Finals w Rijadzie na rzecz Jeleny Rybakiny. W finale sezonu zagrała tylko w deblu, ale już bez sukcesów.

    I wszystko wskazuje na to, że kolejny sezon będzie dla 18-latki z Krasnojarska inny. Na podstawie komunikatu z Melbourne już można wyciągnąć pierwsze wnioski.

    Mirra Andriejewa na liście startowej w Brisbane, Adelajdzie i Melbourne. Jest znacząca zmiana

    18-letnia tenisistka aż do Wimbledonu spisywała się bardzo dobrze – na londyńskiej trawie przegrała w ćwierćfinale z Belindą Bencic po dwóch tie-breakach. I to Szwajcarka później zmierzyła się w grze o finał z Igą Świątek. Rosjanka wróciła na twardych kortach, w żadnym z pięciu turniejów nie dotarła do najlepszej ósemki. Przegrywała z zawodniczkami znacznie niżej notowanymi, była sfrustrowana, płakała na korcie.
    Dwie tenisistki stojące na fioletowym korcie, ubrane w sportowe stroje, trzymające rakiety tenisowe, jedna z piłką w ręce, skupione i gotowe do dalszej gry.

    Mirra Andriejewa i Diana SznajderArtur WidakAFP

    Pod koniec listopada chciała jeszcze wystąpić w towarzyskim turnieju w Sankt Petersburgu – jak podały rosyjskie media, jej trenerka Conchita Martinez była temu przeciwna. Mirra miała odpocząć, na północy Rosji się nie pojawiła. I nie zagrała tam z Dianą Sznajder w deblu, choć przecież razem tworzyły jedną z najlepszych par na świecie.

    Po raz pierwszy zagrały wspólnie w igrzyskach w Paryżu – dwie młode tenisistki zdobyły srebrne medale, za co później odznaczył je Władimir Putin. I aż do końca tego sezonu grały razem. W styczniu wygrały WTA 500 w Brisbane, później doszły do półfinału Australian Open i półfinału WTA 1000 w Dosze, triumfowały w Miami. Pozytywnie było też na mączce (półfinały w Rzymie i Paryżu), później jednak wyniki się zepsuły. Podobnie jak u obu w singlu. Obie załapały się jeszcze na WTA Finals, ale w Rijadzie wygrały zaledwie jednego seta.

    Już po ogłoszeniu listy uczestniczek debla w Brisbane podejrzane było to, że na liście brakuje tak Andriejewej, jak i Sznajder. Teraz jest już pewność, gdy w na platformie X Ellen Perez podała pary uprawnione do gry w Australian Open.

    I tam już widać, że Sznajder połączy siły z Ludmiłą Samsonową – mogą liczyć na wysokie rozstawienie. A Mirry na tej liście brak, co potwierdza, że przynajmniej w pierwszej części sezonu, a może i dłużej, skupi się wyłącznie na singlu. Podobną decyzję podjęła kilkanaście miesięcy temu Coco Gauff, która też wygrywała wielkie turnieje w deblu. A później brakowało jej sił na decydujące mecz w singlu.

    Na liście zgłoszeń do AO są też dwie Polki: Katarzyna Piter zagra tym razem wspólnie z Janice Tjen z Indonezji (niedawno wspólnie wygrały WTA 250 w Kantonie), a Magda Linette – z Japonką Shuko Aoyamą.
    Mirra Andriejewa

  • Rozłam w Rosji. Zaskakująca decyzja Andriejewej. Jest oficjalny komunikat

    Rozłam w Rosji. Zaskakująca decyzja Andriejewej. Jest oficjalny komunikat

    Już za trzy dni w Brisbane i Perth ruszy nowy sezon WTA, a niespełna trzy tygodnie dzielą nas od pierwszych wielkoszlemowych emocji w 2026 roku, czyli Australian Open. Ostatnie dni były dla wielu czołowych tenisistek okazją do sprawdzenia formy – głównie podczas turniejów pokazowych rozgrywanych w Azji. Wśród nich znalazła się Mirra Andriejewa, przez ekspertów typowana na przyszłą liderkę światowego rankingu. Rosjanka wystąpiła w Makau, a następnie przeniosła się do Australii. I właśnie stamtąd napłynęły informacje, które mogą mieć spory wpływ na jej występ w Melbourne.

    18-letnia Andriejewa od dawna uchodzi za zawodniczkę o wyjątkowym talencie. Jeszcze przed ukończeniem 16. roku życia zachwyciła w Madrycie, eliminując Leylah Fernandez, Beatriz Haddad Maię oraz Magdę Linette i wchodząc do szerokiej świadomości kibiców WTA. Z racji wieku przez półtora roku miała ograniczone możliwości startów w głównym cyklu, ale w minionym sezonie była już jego pełnoprawną uczestniczką. Wiosną odniosła dwa spektakularne triumfy w turniejach rangi WTA 1000 – w Dubaju oraz Indian Wells. Awansowała do czołowej dziesiątki rankingu, a w szczytowym momencie zajmowała nawet piąte miejsce na świecie.

    Jesienna część sezonu obnażyła jednak słabsze strony młodej tenisistki. Pojawiły się problemy z presją, a być może również oznaki zmęczenia. W samym singlu rozegrała aż 56 spotkań, do których doszły jeszcze 44 mecze deblowe oraz dwa występy w mikście podczas US Open. W efekcie Andriejewa spadła na dziewiątą pozycję w rankingu i w ostatniej chwili straciła miejsce w WTA Finals w Rijadzie na rzecz Jeleny Rybakiny. Do Arabii Saudyjskiej pojechała jedynie na zmagania deblowe, które również nie przyniosły sukcesów.

    Wiele wskazuje na to, że nadchodzący sezon będzie dla 18-latki z Krasnojarska wyraźnie inny. Już pierwsze komunikaty z Melbourne pozwalają wysnuć konkretne wnioski.

    Znacząca zmiana w planach Mirry Andriejewej

    Do Wimbledonu Rosjanka prezentowała się bardzo solidnie. Na londyńskiej trawie dotarła do ćwierćfinału, gdzie po dwóch tie-breakach uległa Belindzie Bencic. To właśnie Szwajcarka zmierzyła się później z Igą Świątek w walce o finał. Po Wimbledonie forma Andriejewej na kortach twardych wyraźnie spadła – w żadnym z kolejnych pięciu turniejów nie zdołała awansować do ćwierćfinału. Przegrywała z niżej notowanymi rywalkami, a frustracja często była widoczna gołym okiem. Zdarzały się łzy na korcie.

    Pod koniec listopada planowała jeszcze występ w pokazowym turnieju w Sankt Petersburgu, jednak – jak informowały rosyjskie media – jej trenerka Conchita Martínez była temu przeciwna. Andriejewa miała odpocząć i ostatecznie na północy Rosji się nie pojawiła. Zrezygnowała również z gry deblowej z Dianą Sznajder, choć razem tworzyły jedną z najmocniejszych par w tourze.

    Ich współpraca rozpoczęła się na igrzyskach olimpijskich w Paryżu, gdzie dwie młode tenisistki sięgnęły po srebrne medale, za co później zostały odznaczone przez Władimira Putina. Przez cały sezon prezentowały się bardzo solidnie – triumfowały w styczniu w turnieju WTA 500 w Brisbane, dotarły do półfinałów Australian Open i WTA 1000 w Dosze, a także wygrały zawody w Miami. Dobre wyniki notowały również na kortach ziemnych (półfinały w Rzymie i Paryżu). Z czasem jednak forma zaczęła spadać, podobnie jak w singlu. W WTA Finals w Rijadzie wygrały zaledwie jednego seta.

    Już ogłoszenie listy debli na turniej w Brisbane było sygnałem ostrzegawczym – zabrakło na niej zarówno Andriejewej, jak i Sznajder. Teraz wszystko stało się jasne po publikacji par uprawnionych do gry w Australian Open, którą na platformie X przedstawiła Ellen Perez. Diana Sznajder wystąpi w Melbourne u boku Ludmiły Samsonowej i duet ten może liczyć na wysokie rozstawienie. Nazwiska Mirry Andriejewej na liście jednak nie ma.

    To potwierdza, że przynajmniej w pierwszej części sezonu – a być może nawet dłużej – Rosjanka skupi się wyłącznie na grze pojedynczej. Podobną decyzję kilkanaście miesięcy temu podjęła Coco Gauff, która również odnosiła wielkie sukcesy w deblu, ale z czasem zaczęło jej brakować sił na kluczowe mecze singlowe.

    Na liście zgłoszeń do debla Australian Open znalazły się za to dwie Polki. Katarzyna Piter wystąpi wspólnie z Janice Tjen z Indonezji – niedawno obie triumfowały w turnieju WTA 250 w Kantonie. Z kolei Magda Linette zagra w parze z doświadczoną Japonką Shuko Aoyamą.

  • Ależ wieści ws. Wiktorowskiego. Prosto z USA, tuż przed sezonem

    Ależ wieści ws. Wiktorowskiego. Prosto z USA, tuż przed sezonem

    Pod koniec lipca Naomi Osaka rozpoczęła współpracę z nowym trenerem. Został nim Tomasz Wiktorowski, który przed laty z sukcesami prowadził Igę Świątek i Agnieszkę Radwańską. Obecnie polski szkoleniowiec przygotowuje Japonkę do nowego sezonu. Zdaniem Ricka Macciego – byłego opiekuna światowych gwiazd – pod wodzą Wiktorowskiego wielkoszlemowa mistrzyni będzie jeszcze groźniejsza.
    Po lewej młoda kobieta w sportowym stroju uderza piłkę tenisową rakietą, skoncentrowana na grze; po prawej mężczyzna w zielonej koszulce i ciemnych spodniach trzyma rakietę tenisową i piłkę, stoi spokojnie na korcie.

    Naomi Osaka i Tomasz WiktorowskiMATTHEW STOCKMAN / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFP – Minas Panagiotakis / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFPAFP

    Latem tego roku Naomi Osaka przekazała, że Patrick Mouratoglou przestał pełnić funkcję jej trenera. Japonka szukała nowego szkoleniowca. Na rynku bezrobotny pozostawał Tomasz Wiktorowski, z którym czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa przystąpiła do turnieju WTA 1000 Montreal.

    Początkowo Polak został zatrudniony na okres próbny, jednak już po kilku spotkaniach jego współpraca z Osaką szła w dobrym kierunku. Na kanadyjskim korcie 28-latka dotarła do finału, w którym przegrała z reprezentantką gospodarzy – Victorią Mboko. Później pod wodzą Wiktorowskiego dotarła do półfinału US Open. Tam lepsza okazała się Amanda Anisimova.

    Iga Świątek rozpoczęła pobyt w Australii od prezentu. „Dobra kawa. Tego mi teraz potrzeba”© 2025 Associated Press

    Jest ogłoszenie ws. Osaki i Wiktorowskiego. Wątpliwości rozwiane, zaraz przed sezonem

    W Pekinie, Wuhan i Osace japońskiej tenisistce nie poszło zbyt dobrze, z wymienionych turniejów odpadała początkowych fazach. Na własnym terenie nie przystąpiła do ćwierćfinałowego starcia z Jaqueline Cristian.

    Czego możemy spodziewać się po byłej liderce rankingu WTA w zbliżającej się kampanii? Według Ricka Macciego Osaka znów może wejść do ścisłej elity damskiego touru, w czym pomóc ma jej współpraca z polskim szkoleniowcem.

    “Osaka ma w swoim arsenale trzy smaczne elementy z menu tenisowego. Forhend, bekhend, serwis. Jest wielokrotną mistrzynią turniejów wielkoszlemowych, więc ma silną psychikę. Teraz ma zupełnie inne podejście do pozycji na korcie i wyboru uderzeń, a dzięki zmianie trenera znalazła swój zakres i w przyszłym roku wiele przeciwniczek będzie się jej obawiać” – napisał były trener Sereny i Venus Willams, chwaląc między słowami Wiktorowskiego.

    Sama zawodniczka niejednokrotnie przyznawała, że ceni sobie pracę z naszym rodakiem. – Podoba mi się praca z Tomaszem i lubię jego styl. Jest bardzo bezpośredni i bez ogródek mówi na temat. Dla kogoś tak bardzo rozproszonego myślowo jak ja, jest to bardzo pomocne – mówiła Japonka po jednym ze spotkań ostatniego sezonu. – Naomi posiadała już dobry team od fizjoterapii i kondycji, ale myślę, że jasność umysłu i spokój Wiktorowskiego to coś, co bardzo dobrze na nią wpływa – za to tak duet Osaka – Wiktorowski w rozmowie z PAP podsumował Ben Rothenberg z podcastu No Challenges Remaining oraz autor biografii Japonki.
    Tenisistka w czerwonym stroju sportowym podczas meczu, w tle wyraźnie skupiona publiczność, dodatkowo duże powiększone ujęcie mężczyzny w czapce jako wstawka w prawym górnym rogu zdjęcia.

    Tomasz Wiktorowski trenuje obecnie Naomi OsakęMATTHEW STOCKMAN / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFP / screen z EurosportuAFP
    Mężczyzna z siwymi włosami i zarostem siedzi z ręką opartą o brodę, wyraźnie zamyślony, w tle widocznych jest kilka osób również skupionych na wydarzeniu

    Tomasz WiktorowskiROB PRANGE / Spain DPPI / DPPI via AFPAFP
    Trener w okularach przeciwsłonecznych demonstruje technikę gry w tenisa przed młodą zawodniczką stojącą na korcie. Oboje trzymają rakiety tenisowe i są ubrani w sportowe stroje.

    Naomi Osaka i Tomasz Wiktorowski mogą skupić się na przygotowaniach do WTA 1000 w Pekinie. Japonka zrezygnowała z gry w ShenzhenMarcin Cholewiński/ZUMA Press Wire/ShutterstockEast News

  • Były trener Federera wydał wyrok ws. Świątek. Jaśniej się nie da

    Były trener Federera wydał wyrok ws. Świątek. Jaśniej się nie da

    Australian Open to jedyny turniej wielkoszlemowy, którego nie wygrała jeszcze Iga Świątek. W przyszłym miesiącu stanie więc przed szansą na zgarnięcie Karierowego Wielkiego Szlema. Eksperci już zastanawiają się, czy Polka tę presję udźwignie. Jej szanse ocenił już m.in. były trener Rogera Federera – Paul Annacone. Amerykanin odpowiedział krótko i jednoznacznie.
    Iga Świątek
    zrzut ekranu z https://www.youtube.com/watch?v=SDmBVQVMLMg

    Iga Świątek po pokazowym turnieju w Chinach udała się do Australii, gdzie będzie przygotowywała się do pierwszego w nowym sezonie turnieju rangi Wielkiego Szlema. W nadchodzącym Australian Open Polka będzie miała dodatkową motywację do walki o końcowy triumf. Gdyby jej się udało, skompletowałaby tzw. Karierowego Wielkiego Szlema. Po zwycięstwach w Rolandzie Garrosie, US Open i Wimbledonie brakuje jej już tylko tytułu w Melbourne. Czy zatem dokona tego już w 2026 r.?

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany
    Były trener Federera dostał pytanie o Świątek. “Tak. Wierzę…”

    Dziennikarze Tennis.com zapytali o to ekspertów. Jednym z nich był były amerykański tenisistka i trener Rogera Federera (współpracowali w latach 2010-2013 – red.) – Paul Annacone. – Tak. Wierzę, że Iga Świątek osiągnie sukces w przyszłym roku i wygra Australian Open – odpowiedział bez wahania.

    Szansę na Karierowego Wielkiego Szlema w przyszłym roku ma nie tylko Polka. O to samo mogą powalczyć Carlos Alcaraz i Jannik Sinner. Ten pierwszy musi zrobić to samo co Świątek – zwyciężyć w Australian Open. Sinnerowi brakuje zaś triumfu w Rolandzie Garrosie. Jak Annacone ocenia ich szanse? – Jeśli chodzi o chłopaków, nic by mnie nie zaskoczyło, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby zarówno Carlos Alcaraz, jak i Jannik Sinner osiągnęliby ten sukces w 2026 roku. Pewne zrobi to albo jeden albo drugi – stwierdził.
    Niepokojące słowa ws. Świątek. “Kilka mocnych kandydatek”

    Taką optymistką nie jest natomiast Victoria Duval. Amerykańska tenisistka uważa, że ta sztuka nie uda się nikomu z wymienionych. – Wśród mężczyzn Jannik Sinner był bardzo solidny w zeszłorocznym Australian Open, a Carlos Alcaraz równie solidny w Rolandzie Garrosie i US Open. Przewiduję, że w przyszłym roku ponownie podzielą się w ten sposób tytułami Wielkiego Szlema. Za to wśród kobiet jest kilka mocnych kandydatek, które mogłyby uniemożliwić Idze Świątek wygranie Australian Open – stwierdziła.

    W przypadku Świątek i Alcaraza odpowiedź poznamy za nieco ponad miesiąc. Australian Open potrwa od 12 stycznia do 1 lutego. Sinner będzie musiał poczekać do przełomu maja i czerwca.

  • Sabalenka rozbita. I wybuchła afera. Korwin-Mikke nie wytrzymał. Ostra reakcja

    Sabalenka rozbita. I wybuchła afera. Korwin-Mikke nie wytrzymał. Ostra reakcja

    Pokazowy mecz określany mianem „bitwy płci”, w którym Aryna Sabalenka zmierzyła się z Nickiem Kyrgiosem, wywołał prawdziwą burzę w świecie tenisa. Kontrowersje wzbudziły nie tylko same założenia tego wydarzenia, ale również jego sportowy i symboliczny wydźwięk. Po spotkaniu, w którym liderka rankingu WTA przegrała 3:6, 3:6 z półemerytowanym Australijczykiem, fala komentarzy nie ustaje. Do grona krytyków dołączył także Janusz Korwin-Mikke, który jak zwykle zabrał głos w charakterystycznym dla siebie stylu na platformie „X”.

    Od początku pomysł meczu Sabalenki z Kyrgiosem budził ogromne emocje. Organizatorzy, chcąc „wyrównać szanse”, wprowadzili specjalne zasady: kort po stronie Białorusinki został skrócony i zwężony, a oboje zawodnicy dysponowali tylko jednym serwisem. W zamyśle miało to uatrakcyjnić widowisko, jednak dla wielu obserwatorów okazało się dowodem na to, że całe wydarzenie bardziej ośmiesza kobiecy tenis, niż go promuje.

    Krytycy zarzucają Sabalence, że zgadzając się na udział w takim przedsięwzięciu, wystawiła żeńskiemu tenisowi wyjątkowo niekorzystne świadectwo. Tym bardziej że – mimo ułatwień – nie zdołała wygrać ani jednego seta z Kyrgiosem, który w rankingu ATP zajmuje obecnie bardzo odległe miejsce i dawno nie rywalizuje regularnie na najwyższym poziomie.

    Jedną z najbardziej stanowczych opinii wygłosiła Alize Cornet. Doświadczona Francuzka nie kryła zdziwienia decyzją Sabalenki.
    – Te nowe zasady, a zwłaszcza skrócenie kortu dla Sabalenki, uważam za kompletną głupotę – stwierdziła.
    – Dlaczego ona w ogóle je zaakceptowała? Jest numerem jeden na świecie, od dwóch lat dominuje w kobiecym tenisie i spokojnie mogłaby zagrać z Kyrgiosem na normalnym korcie – dodała Cornet, podkreślając, że takie eksperymenty działają na niekorzyść wizerunku zawodniczek.

    Po porażce Sabalenki do dyskusji włączył się również Janusz Korwin-Mikke. Polski polityk wykorzystał okazję, by ponownie zaakcentować swoje poglądy na temat różnic między kobietami a mężczyznami w sporcie. W jednym z pierwszych wpisów zasugerował, że media nie oddają w pełni skali „utrudnień”, z jakimi musiał zmagać się Kyrgios, jednocześnie ironicznie chwaląc występ Sabalenki.

    Internauci szybko zwrócili mu jednak uwagę, że pomylił kluczowe fakty. W rzeczywistości oboje zawodnicy mieli po jednym serwisie, a to kort Sabalenki został zmniejszony. Korwin-Mikke w kolejnych postach skorygował część informacji, szczegółowo wyliczając różnice w wymiarach kortu po stronie liderki WTA. Zaznaczył przy tym, że pole gry Białorusinki zostało skrócone o ponad metr i zwężone o kilkadziesiąt centymetrów, a jej pole odbioru serwisu również było mniejsze.

    Polityk odniósł się także do wypowiedzi Alize Cornet, która stwierdziła, że Sabalenka mogłaby grać z Kyrgiosem na normalnym korcie. Ten komentarz skwitował krótko i prowokacyjnie, wpisując się w znany z jego wypowiedzi ton.

    Cała „bitwa płci” zamiast sportowej zabawy i promocji tenisa przyniosła więc lawinę kontrowersji. Dla jednych była kosztownym, ale nieszkodliwym show, dla innych – ciosem w prestiż kobiecego tenisa i niepotrzebnym eksperymentem, który na długo pozostanie przedmiotem gorących sporów.

  • Wybiła 14. minuta meczu Romy. Wszystkie oczy na Ziółkowskiego

    Wybiła 14. minuta meczu Romy. Wszystkie oczy na Ziółkowskiego

    Roma w swoim ostatnim meczu w 2025 r. podejmowała Genoę w ramach Serie A. W wyjściowym składzie gospodarzy znalazł się Jan Ziółkowski i po niespełna kwadransie wykonał ważne zagranie w akcji bramkowej. Drużyna reprezentanta Polski w nieco ponad pół godziny rozstrzygnęła mecz – odniosła wyraźne zwycięstwo 3:1.
    Jan Ziółkowski w meczu Serie A Roma – Genoa
    zrzut ekranu z https://x.com/ELEVENSPORTSPL/status/2005732527428792557

    Jan Ziółkowski korzysta z nieobecności Evana Ndicki, uczestniczącego w Pucharze Narodów Afryki z reprezentacją Wybrzeża Kości Słoniowej, i gra w podstawowym składzie Romy. Tak było w niedawnym spotkaniu Serie A z Juventusem (1:2), tak też stało się w poniedziałkowym starciu ligowym z Genoą, prowadzoną przez Daniele De Rossiego, legendę Romy, dla którego było to pierwsze starcie przeciwko stołecznej ekipie (jako piłkarz lub trener).

    Zobacz wideo Kosecki z mocnym przesłaniem w sprawie piłkarzy Legii: Współczuję im. Cierpią na tym ich bliscy
    Jan Ziółkowski wyszedł w podstawowym składzie Romy na mecz z Genoą i się wyróżnił

    Polak dosyć szybko zaznaczył swą obecność na murawie. W 14. minucie wybił piłkę w kierunku bramki gości, a ich stoper Johan Vasquez zagrał głową do tyłu. Na to tylko czekał Matias Soule, bezbłędny w pojedynku z Daniele Sommarivą.

    Po tym golu przewaga Romy tylko rosła. Pięć minut później w pole karne Genoi wpadł inny środkowy obrońca – Gianluca Mancini, który zagrał w kierunku Evana Fergusona. Ten trącił piłkę do Manu Kone i za moment Stadio Olimpico wybuchło z radości po raz drugi.

    Minęło nieco ponad pół godziny gry, a miejscowi fani świętowali trzecie trafienie. Przed polem karnym rywali gracze Romy założyli skuteczny pressing na Rusłanie Malinkowskim. W efekcie futbolówka trafiła pod nogi Soule, który oddał strzał. Tym razem Sommariva sobie poradził, lecz przy dobitce Fergusona był bezradny.
    Roma w pierwszej połowie zapewniła sobie zwycięstwo nad Genoą. Jan Ziółkowski może czuć pewien niedosyt

    W 38. minucie bramkarz gości nie popisał się pewnym chwytem – bramkę zdobył Kone, ale sędziowie dopatrzyli się w tej sytuacji przewinienia na Sommariwie. Zatem na przerwę Roma schodziła z trzybramkową przewagą, a Ziółkowski z poczuciem dobrze wykonanego zadania – błysnął z przodu, a z tyłu praktycznie nie miał nic do roboty.

    Po rozpoczęciu drugiej połowy największym problemem gospodarzy była kontuzja Soule, zmienionego przez Stephana El Shaarawy’ego. Jednak niespecjalnie wpłynęło to na przebieg gry – Roma zwolniła tempo, a Genoa była zbyt słaba, żeby zagrozić rywalom. A pojedyncze próby kończyły się fiaskiem, jak w 67. minucie, gdy Ziółkowski do spółki z Mario Hermoso zatrzymali rezerwowego Seydou Finiego.

    Zobacz także: Reprezentant Polski może trafić do giganta. Borek ujawnia

    Pod koniec spotkania reprezentant Polski dostał w twarz w pojedynku z innym zmiennikiem Jeffem Ekhatorem. Niedługo później efektowny strzał oddał El Shaarawy, jednak trafił w Brooke’a Nortona-Cuffy’ego i żadnego zagrożenia nie było. A za jakiś czas Ziółkowski zablokował groźny strzał Ekhatora.

    Chwilę później Włoch dopiął swego. Po rzucie wolnym wykorzystał zamieszenie w polu karnym rzymian i uderzył z powietrza, a futbolówka odbiła się od rezerwowego Niccolo Pisillego, co zupełnie zmyliło Mile Svilara. W ten sposób został ustalony rezultat, a Ziółkowski musi jeszcze poczekać na pierwsze czyste konto jako zawodnik wyjściowego składu Romy.
    17. kolejka Serie A: Roma – Genoa 3:1

    gole: Matias Soule 14′, Manu Kone 19′, Evan Ferguson 31′ – Jeff Ekhator 87′

    Po tym spotkaniu Roma ma 33 pkt i zajmuje czwarte miejsce w tabeli, natomiast Genoa z 14 pkt jest na 17. pozycji. Po Nowym Roku rzymianie zagrają z Atalantą, a genueńczycy z Pisą (oba spotkania w sobotę 3 grudnia).

  • Polska tenisistka ujawnia, z czym się mierzy. “Jest tego coraz więcej”

    Polska tenisistka ujawnia, z czym się mierzy. “Jest tego coraz więcej”

    Magdalena Fręch, trzecia rakieta naszego kraju, opowiada w rozmowie ze Sport.pl o hejcie, którego doświadcza, o konieczności zmian w kalendarzu i o tym, jak patrzy na swoje występy w ostatnim sezonie. 28-latka już za kilka dni w Australii wróci do gry.
    Magdalena Fręch na turnieju w Wuhan
    Fot. VCG via Getty Images

    Uderzający w tenisistów hejt w internecie, a szczególnie w social mediach, jest coraz powszechniejszym zjawiskiem. I dotyczy także reprezentantek Polski. W październiku Iga Świątek opublikowała screeny hejterskich wiadomości, które dostała na Instagramie. Wcześniej na podobny ruch zdecydowały się m.in. Magda Linette i Maja Chwalińska.

    Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. “Mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną”

    Magdalena Fręch przyznaje, że i jej ten problem nie jest obcy. – Z każdym rokiem jest tego coraz więcej. Przybywa również “ekspertów”. Na szczęście nauczyłam się to ignorować i przestało to na mnie robić wrażenie. Najwięcej hejtu powodują zakłady bukmacherskie i rozgoryczeni gracze, którzy wylewają swoje frustracje – mówi tenisistka.
    Hejterzy atakują tenisistki

    Fręch do tej pory nie udostępniała chamskich wiadomości, które otrzymuje. Natomiast pod koniec ostatniego sezonu – tuż po tym, jak odpadła z turnieju w Wuhanie – zdecydowała się na znamienny wpis. “W odpowiedzi na lawinę negatywnych ocen i komentarzy po ostatnim meczu pragnę poinformować, że czasami żałuję, ale nie jestem maszyną. Chociaż mam wrażenie, że organizatorzy tak nas traktują, wyznaczając plan gier. Grając trzy dni z rzędu w godz. 13-16, w ekstremalnych warunkach, niestety odbiło się na to moim zdrowiu, które zawsze stawiam sobie na pierwszym miejscu. Granie w 36 stopniach, przy smogu, nagrzanym betonie oraz ekstremalnej wilgotności jest do zaakceptowania, jeśli nie przytrafia się codziennie. Kumulacja tego wysiłku niesie za sobą niestety konsekwencje. Czegoś takiego jak wczoraj jeszcze nigdy nie czułam, pomimo paru lat spędzonych na tourze”.

    Warunki w Wuhanie były wówczas mordercze – tak jakby na dobicie czołowych zawodniczek po trudach długiego sezonu. Kolejne tenisistki w ostatnich miesiącach apelowały o zmiany w kalendarzu. Wypowiadały się na ten temat m.in. Iga Świątek, Coco Gauff i Aryna Sabalenka. Magdalena Fręch w tej sprawie za zdanie podobne do koleżanek z kortów.

    – Powinna zostać zmniejszona liczba obowiązkowych turniejów, co poprawiłoby regenerację pomiędzy zawodami. Zawodniczki, które chcą grać więcej, mogłyby cały czas grać, ale te, które chcą chwilę odpocząć, nie powinny być za to karane. Bo tak naprawdę sezon trwa prawie 11 miesięcy i nie uwzględnia przerw w trakcie – mówi tenisistka w rozmowie ze Sport.pl.
    Będą zmiany w kalendarzu?

    Jak to wygląda w praktyce? Ostatni sezon trwał od 27 grudnia 2024 do połowy listopada 2025. Nadchodzący rok grania rusza już 2 stycznia. Tenisistki są zobligowane, by w każdym roku zagrać w 10 turniejach rangi WTA 1000, sześciu kategorii WTA 500, do tego dochodzą cztery turnieje wielkoszlemowe. Brak startu w którejkolwiek z wyżej wymienionych imprez wiąże się z karą finansową oraz punktową – zerem przypisywanym do rankingu WTA.

    Głosów nawołujących do zmian jest sporo. Niedawno 40. na świecie Niemka Ewa Lys apelowała w lokalnych mediach do działaczy WTA. – Mamy mnóstwo kontuzji, zawodniczek, które po prostu nie dają rady, które nie mają odpowiedniej kondycji psychicznej. Rozgrywki są zbyt długie. W tenisie okres poza sezonem jest zdecydowanie za krótki – mamy dwa tygodnie na urlop – mówiła.

    Nie może być inaczej, skoro działacze zmienili zasady. Jeszcze kilka lat temu obowiązkowych turniejów liczonych do rankingu WTA było mniej, co pozwalało zachować większą równowagę między wysiłkiem a odpoczynkiem. Dziś nawet kłopoty zdrowotne nie zawsze bronią przed karą za nieobecność w drabince, o czym ostatnio opowiadała Karolina Muchova.

    Fręch, mimo intensywnego okresu, swój ostatni sezon ocenia pozytywnie. – Zebrałam bardzo cenne doświadczenie. Cały rok grałam z rozstawieniem, więc zajęło mi sporo czasu, żeby zaadaptować się do nowych okoliczności, które wbrew pozorom wcale nie są łatwe.

    Czytaj także: Kłopoty Barcelony!

    Fręch to dziś 59. tenisistka świata. Przez większość roku znajdowała się jednak sporo wyżej – w okolicach 25. miejsca w zestawieniu Organizacji Kobiecego Tenisa. Pozycja w top 30 pozwalała jej występować w wielu turniejach w roli rozstawionej zawodniczki. To przywilej, który czasem daje możliwość gry dopiero od drugiej strony, a często ułatwia dostęp do treningów na największych kortach. A drugiej strony – towarzyszy temu także presja związana z większymi oczekiwaniami wobec faworytki. I jest jeszcze jeden wątek, na który zwraca uwagę Fręch. – Nie mogłam zagrać w mniejszych turniejach WTA 250, żeby się rozegrać i złapać rytm meczowy – mówi.
    Powrót do rywalizacji

    Dla 28-latki urodzonej w Łodzi był to pierwszy taki sezon w karierze, gdy organizatorzy rozstawiali ją w drabinkach największych zawodów. Nie zawsze była w stanie wykorzystać sprzyjające okoliczności, ale nowy sezon to zawsze nowy rozdział. Fręch od kilku tygodni ciężko trenuje na Florydzie pod okiem swojego trenera Andrzeja Kobierskiego, z którym współpracuje już od 17 lat.

    Najbliższe plany startowe? Trzecia rakieta naszego kraju od 5 stycznia ma występować w imprezie WTA 500 w Brisbane, w kolejnym tygodniu w turnieju rangi 250 w Hobart, a potem czeka ją wielkoszlemowy start w Australian Open. W Melbourne dotychczas szło jej tak dobrze, jak nigdzie w Wielkich Szlemach – rok temu doszła do czwartej rundy, w ostatnim sezonie do trzeciej. Jej obecny cel to nawiązać do tamtych sukcesów, choć nie tylko. – Chciałabym awansować do top 20 rankingu – zapowiada Fręch, która najwyżej do tej pory była 22. w październiku 2024.

  • Nagłe wycofanie Polki tuż przed Australian Open. Tercet już nieaktualny

    Nagłe wycofanie Polki tuż przed Australian Open. Tercet już nieaktualny

    Nagła rezygnacja Polki tuż przed Australian Open. Nie będzie naszego tercetu

    Już nawet nie dni a godziny dzielą nas od startu sezonu 2025 w kobiecym i męskim tenisie. W piątek w Perth rozpoczną się zmagania w United Cup, tego samego dnia panie przystąpią do eliminacji WTA 500 w Brisbane. W obu tych zmaganiach zobaczymy Polki, ale trzy nasze reprezentantki: Magda Linette, Maja Chwalińska oraz Linda Klimovicova wybrały jeszcze inną lokalizację. A dokładniej – Auckland i tamtejszy turniej WTA 250. Już jednak wiadomo, że nie wszystkie w Nowej Zelandii ostatecznie się pojawią.
    Grupa młodych kobiet ubranych w sportowe stroje narodowe stoi w szeregu, przed nimi widoczna biało-czerwona flaga Polski, w tle rozwinięta duża czerwona flaga oraz widzowie.

    Aż trzy Polki planowały występ w WTA 250 w Auckland. Linda Kimovicova (na zdjęciu druga reprezentantka od prawej) zmieniła planyTomasz Browarczyk/400mm.plNewspix.pl

    Pokazowe potyczki w Bengaluru, Shenzhen, Makau i Dubaju, za to z udziałem m.in. Igi Świątek, Aryny Sabalenki, Jeleny Rybakiny, Pauli Badosy czy Mirry Andriejewej były wstępem do tego, co będzie nas czekać już w najbliższych tygodniach. Pod koniec tego tygodnia kolejny sezon ruszy pełną parę – najpierw oczywiście na południowej półkuli. Kulminacyjnym momentem będzie pierwszy wielkoszlemowy turniej w sezonie – zmagania w Melbourne zaczną się 18 stycznia.

    Sześć dni wcześniej do gry na obiektach Melbourne Park przystąpią zawodniczki w kwalifikacjach, wśród nich aż trzy Polki. Linda Klimovicova, Katarzyna Kawa i Maja Chwalińska w teorii dostały więc tylko jedną okazję na sprawdzenie formy, w tygodniu poprzedzającym owe kwalifikacje. Kawa wybrała rolę rezerwowej w reprezentacji Polski w ramach United Cup – tam, nawet jeśli nie zagra, może rozgrywać sparingi z innymi rezerwowymi w danej lokalizacji.
    Młoda kobieta w czerwonym stroju sportowym z emblematami Polski i rakietą tenisową świętuje sukces na korcie, unosząc zaciśniętą pięść w geście triumfu.

    Linda KlimovicovaTomasz Jędrzejowski/REPORTERReporter

    Chwalińska i Klimovicova miały z kolei zagrać w Auckland, razem z Magdą Linette. Przy czym poznanianka zostanie w turnieju WTA 250 rozstawiona, młodsze zawodniczki miały czekać kwalifikacje.

    Trzy reprezentantki Polski wybrały WTA 250 w Auckland. Do Nowej Zelandii polecą jednak tylko dwie

    W kobiecym tenisie o możliwości gry w turniejach decyduje oczywiście pozycja w światowym rankingu. Im jest wyższa, tym większa szansa na bardziej prestiżowe zawody, większe potencjalnie zdobycze punktowe, wyższe zarobki. Iga Świątek wybrała grę w United Cup w reprezentacji Polski, w roli liderki, razem z Hubertem Hurkaczem.

    Co było oczywiste, na rolę rezerwowej nie zdecydowały się: Magdalena Fręch czy Magda Linette. Pierwsza wybrała WTA 500 w Brisbane – zdołała jednak wskoczyć do głównej drabinki. Poznanianka zagra w Auckland (WTA 250), może liczyć na uprzywilejowaną pozycję w losowaniu.

    Grę w Nowej Zelandii planowały też początkowo Linda Klimovicova i Maja Chwalińska. Ta pierwsza po zakończeniu sezonu poleciała do Stanów Zjednoczonych – i jak się okazuje, do Auckland jednak nie poleci. Jak poinformował już serwis polski-tenis.pl, wycofała się z kwalifikacji. To zaś oznacza, że grę zacznie z marszu: 12 stycznia w Melbourne w pierwszej rundzie eliminacji Australian Open. Będzie w nich rozstawiona.

    Chwalińska planów nie zmieniła – wspólnie z trenerem Jaroslavem Machovskym jest już w drodze na południową półkulę. W piątek powinna poznać swoją pierwszą rywalkę w nowym sezonie.
    Maja Chwalińska rywalizowała o awans do drugiej rundy eliminacji Roland Garros 2025

    Maja ChwalińskaFoto Olimpik / NurPhoto / NurPhoto via AFPAFP
    Magda Linette

    Magda LinetteFOTO OLIMPIK/NurPhoto/NurPhoto via AFPAFP

    Linda Klimovicova: Jestem bardzo szczęśliwa, bo wiem, że presja była ogromna

  • Natychmiastowy triumf Tomasiaka, a to nie koniec. Wielka radość Stocha

    Natychmiastowy triumf Tomasiaka, a to nie koniec. Wielka radość Stocha

    Seria próbna przed poniedziałkowym konkursem otwierającym 74. Turniej Czterech Skoczni nie przyniosła polskim kibicom powodów do optymizmu. Szczególnie niepokojąco wyglądał występ Kamila Stocha, który uplasował się dopiero na 50. miejscu. Kilkadziesiąt minut później okazało się jednak, że próbne skoki nie miały większego znaczenia, a doświadczony mistrz potrafił odpowiednio zareagować w najważniejszym momencie. W samym konkursie Stoch zaprezentował się zdecydowanie lepiej i w wewnętrznej „polskiej rywalizacji” ustąpił jedynie Kacprowi Tomasiakowi, który zakończył zawody na 14. pozycji. Inaugurację 74. edycji TCS zdominował Domen Prevc.

    Turniej Czterech Skoczni od lat bywał szczęśliwy dla Biało-Czerwonych. W dziewięciu poprzednich edycjach aż czterokrotnie Złoty Orzeł trafiał w ręce Polaka, a największym bohaterem tej imprezy pozostaje Kamil Stoch – trzykrotny triumfator klasyfikacji generalnej. Tym razem oczekiwania wobec 38-latka były jednak znacznie skromniejsze. Do Oberstdorfu przyjeżdżał bez presji walki o końcowy triumf, a w gronie potencjalnych „czarnych koni” eksperci znacznie częściej wymieniali młodego Kacpra Tomasiaka.

    Niedzielne kwalifikacje dały jednak sygnał, że Stoch może być groźny – zajął w nich 14. miejsce. Zupełnie inaczej wyglądała poniedziałkowa seria próbna, w której Tomasiak wypadł najlepiej z Polaków, a Stoch był ostatni w stawce. Mimo to jasne było, że przy rywalizacji w systemie KO prawdziwa walka dopiero się rozpocznie.

    Konkurs ruszył z wysokiej, 16. belki startowej i już na początku przyniósł kibicom sporo emocji. W pierwszej parze zaprezentował się Kacper Tomasiak, który w swoim debiutanckim starcie w Turnieju Czterech Skoczni poleciał na 128,5 metra. Ten skok bez problemu wystarczył do pokonania Niko Kytosaho, lądującego ponad dziesięć metrów bliżej. Znacznie gorzej potoczył się pojedynek Piotra Żyły – odległość 123 metrów nie dała mu szans na awans do drugiej serii nawet w gronie szczęśliwych przegranych.

    Pewny awans do kolejnej rundy zapewnił sobie za to kolejny z Polaków. W środku konkursu doszło do wewnętrznej rywalizacji Pawła Wąska z Maciejem Kotem. Wąsek skoczył 122 metry, Kot o metr mniej, co przełożyło się na zwycięstwo młodszego zawodnika.

    Na rozbiegu pozostał już tylko Kamil Stoch. Doświadczony mistrz wyraźnie zapomniał o nieudanej serii próbnej. Skok na 131 metrów w dobrym stylu dał mu pewny awans i miejsce w czołowej dwudziestce po pierwszej serii. Polak uplasował się tuż za Kacprem Tomasiakiem, co samo w sobie było pozytywnym sygnałem.

    W walce o prowadzenie mocny akcent postawił Felix Hoffmann, który w trudnych warunkach osiągnął 132,5 metra i zbliżył się do liderującego wcześniej Jonasa Schustera. Chwilę później wszystkich pogodził jednak główny faworyt zawodów. Domen Prevc oddał kapitalny skok na 141,5 metra i objął prowadzenie z wyraźną przewagą.

    Do drugiej serii Polacy przystępowali z realnymi szansami na poprawę pozycji. Tomasiak zajmował 15. miejsce i tracił zaledwie pięć punktów do czołowej dziesiątki. Kamil Stoch był 17., a Paweł Wąsek plasował się na 28. pozycji. Rywalizację wznowiono z belki numer 15.

    Wąsek trafił na sprzyjające warunki, ale nie potrafił ich wykorzystać – skok na 118,5 metra nie pozwolił mu przesunąć się w górę klasyfikacji. Na znaczącą poprawę nie mógł liczyć także Kamil Stoch, choć jego próba była bardzo solidna. Lądowanie na 131,5 metra wywołało u niego ogromną radość, jednak lepsze warunki wietrzne sprawiły, że po swoim skoku był drugi na liście.

    Chwilę później na belce pojawił się Kacper Tomasiak. 18-latek również skorzystał z dobrego wiatru i uzyskał identyczną odległość jak Stoch. Tym razem przełożyło się to na prowadzenie młodego Polaka.

    Finałowa rywalizacja o zwycięstwo i prowadzenie w Turnieju Czterech Skoczni toczyła się w okolicach rozmiaru skoczni, wynoszącego 137 metrów. Niespodzianki jednak nie było. Domen Prevc nie tylko obronił przewagę, ale jeszcze ją powiększył, lecąc aż 140 metrów i w efektownym stylu sięgając po wygraną.

    Wyniki pierwszego konkursu 74. Turnieju Czterech Skoczni:

    1. Domen Prevc – 316,7

    2. Daniel Tschofenig – 299,2

    3. Felix Hoffmann – 297,3

    1. Kacper Tomasiak – 279,7

    2. Kamil Stoch – 271,2

    3. Paweł Wąsek – 238,0

    4. Maciej Kot – 123,1

    8. Piotr Żyła – 118,8