• A jednak sensacyjny zwrot akcji i złoto dla Szeremety? “Szef mówi, że się za tę sprawę wezmą”

    A jednak sensacyjny zwrot akcji i złoto dla Szeremety? “Szef mówi, że się za tę sprawę wezmą”

    Choć od igrzysk olimpijskich w Paryżu minęło już sporo czasu, emocje związane z finałową walką Julii Szeremety wciąż nie gasną. Starcie Polki z Lin Yu-ting nadal budzi ogromne zainteresowanie kibiców i mediów, a pojawiające się wątpliwości sprawiają, że temat wraca jak bumerang. Choć Szeremeta przegrała walkę o złoto, coraz częściej mówi się, że sprawa wcale nie została definitywnie zamknięta. W tle pojawia się nawet scenariusz sensacyjnego zwrotu akcji, który mógłby doprowadzić do przyznania Polce złotego medalu olimpijskiego. Sama zawodniczka po raz kolejny zabiera głos.

    Życie po Paryżu zmieniło się diametralnie

    Dla Julii Szeremety igrzyska w Paryżu 2024 były momentem przełomowym. Srebrny medal w boksie w kategorii do 57 kilogramów oraz całe zamieszanie towarzyszące jej występom sprawiły, że młoda pięściarka z dnia na dzień stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego sportu. Popularność rosła, ale wraz z nią narastały także kontrowersje.

    Choć od finału minęło już wiele miesięcy, dyskusja wokół tego pojedynku wciąż trwa. Gdy stało się jasne, że rywalką Szeremety w walce o złoto będzie Lin Yu-ting z Tajwanu, w mediach rozpętała się prawdziwa burza. Pojawiły się pytania i spekulacje dotyczące płci Tajwanki, a temat szybko wymknął się poza ramy sportu.

    „Podchodziliśmy do tego czysto sportowo”

    Jak dziś wspomina tamten moment sama Szeremeta? W rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet podkreśla, że ona i jej sztab starali się patrzeć na sprawę wyłącznie przez pryzmat rywalizacji sportowej.

    – Podchodziliśmy do tego czysto sportowo. W naszej dyscyplinie bardzo wiele zawodniczek nie wygląda stereotypowo kobieco – tłumaczy. – Spójrz na Hinduski, niektóre normalnie mają wąsy. Wiedzieliśmy, że Lin Yu-ting i Algierka z wyższej kategorii wagowej były wcześniej zdyskwalifikowane na mistrzostwach świata i zawieszone w innej federacji. Słyszeliśmy o kontrowersjach, ale co mogliśmy zrobić? Po prostu wychodzisz do ringu i boksujesz.

    Jak wyglądała walka w ringu?

    Ostatecznie finał zakończył się zwycięstwem Lin Yu-ting, a Julia Szeremeta wróciła do kraju ze srebrem olimpijskim. Czy z perspektywy ringu czuła, że mierzy się z kimś o wyraźnie męskiej sile?

    – To zależy od stylu – ocenia Polka. – Ona nie stała sztywno w miejscu, raczej „pykała”, dużo się przemieszczała. Miała znacznie dłuższy zasięg ramion i potrafiła to wykorzystać. Biła w tempo, kontrolowała dystans. Nie czułam jakiejś wyjątkowej siły ciosu, choć w trakcie walki działa adrenalina.

    Kontrowersje, które nie zniknęły

    Mimo upływu czasu temat walki wciąż powraca. Atmosferę podgrzewa fakt, że zarówno Lin Yu-ting, jak i Imane Khelif – zawodniczki, które w Paryżu wywołały największe kontrowersje – po igrzyskach praktycznie zniknęły ze sportowej rywalizacji. Tajwanka miała wystartować w mistrzostwach świata, ale ostatecznie do tego nie doszło.

    Jej obóz tłumaczył, że do federacji World Boxing wysłano wymagane badania dotyczące płci chromosomalnej, jednak rzekomo nie otrzymano odpowiedzi. Zawodniczka miała przedstawić dokumenty dopiero na miejscu. Pojawiają się też pytania o testy przeprowadzane wcześniej w New Delhi, po których Lin Yu-ting i Khelif zostały zawieszone przez IBA.

    – Tak naprawdę nigdzie nie wypowiadał się lekarz czy osoba, która je badała – zauważa Szeremeta. – Chodzi o te testy, po których zostały zawieszone. To wszystko jest dziwne.

    „W tej sprawie chyba coś jest nie tak”

    Polka przyznaje, że nie czuje się ekspertką od hormonów czy genetyki, ale pewne fakty trudno jej zignorować.

    – Nie znam się na poziomach testosteronu, chromosomach i nie śledzę tego szczegółowo. Ale słyszę różne rzeczy od dziennikarzy i trenera. I mam wrażenie, że w tej sprawie raczej jest coś nie tak – mówi. – Były zawieszone, nie startowały, a po igrzyskach nadal nigdzie nie walczą. Kombinowali, omijali badania…

    Nic więc dziwnego, że temat wciąż do niej wraca. Jak sama przyznaje, niemal na każdym kroku ktoś pyta ją, czy „to złoto w końcu się pojawi”.

    Czy możliwy jest „zielony stolik” i złoto dla Polki?

    Pojawia się więc pytanie, czy realny jest scenariusz, w którym po czasie medal zostałby odebrany Lin Yu-ting, a złoto trafiłoby do Julii Szeremety.

    – Nasz szef mówi, że się za tę sprawę wezmą, że będzie walczyć o tamten złoty medal – zdradza pięściarka.

    Jednocześnie Szeremeta podkreśla, że taki triumf nie dałby jej pełnej satysfakcji. Złoty medal olimpijski jest marzeniem każdego sportowca, ale zdobyty w gabinetach, bez zwycięskiej walki, nie smakowałby tak samo.

    – Przegrałam tamten pojedynek. Gdybym miała walczyć z Lin Yu-ting jeszcze raz, to wyszłabym do ringu i chciała wygrać. Tylko w taki sposób mogę zdobyć złoto. Usłyszeć po półtora roku, że wygrałam turniej, to coś zupełnie innego. Na pewno nie byłoby to aż tak satysfakcjonujące – podsumowuje szczerze.

  • Polscy kibice pokazali, co naprawdę myślą o Świątek. Wszystko jasne!

    Polscy kibice pokazali, co naprawdę myślą o Świątek. Wszystko jasne!

    Iga Świątek triumfuje w plebiscycie Sport.pl. Oto Moment Roku 2025 w polskim sporcie

    Iga Świątek, Robert Kubica i Klaudia Zwolińska – tak przedstawia się podium plebiscytu Momenty Roku 2025 organizowanego przez Sport.pl. Czytelnicy serwisu nie mieli wątpliwości, który sukces zasługuje na miano najważniejszego wydarzenia mijającego roku. Poza pierwszą trójką znalazł się m.in. Bartosz Zmarzlik, mimo że w 2025 roku sięgnął po szósty tytuł mistrza świata, wyrównując osiągnięcia dwóch najbardziej utytułowanych żużlowców w historii. Zaskakiwać może również odległa pozycja siatkarzy, którzy – co brzmi niemal niewiarygodnie – zremisowali w głosowaniu z koszykarzami.

    Jeszcze rok temu plebiscyt bezapelacyjnie wygrała Aleksandra Mirosław. Wówczas nie miała sobie równych, bo zdobyła jedyny dla Polski złoty medal olimpijski w Paryżu 2024. W sezonie 2025 królowa wspinaczki sportowej znów zachwyciła świat – sięgnęła po mistrzostwo świata i po raz jedenasty w karierze poprawiła rekord świata. Tym razem jednak wystarczyło to „zaledwie” do piątego miejsca. Tegoroczny plebiscyt należał bowiem do Igi Świątek.

    W poprzednich edycjach czytelnicy Sport.pl również doceniali sukcesy najlepszej polskiej tenisistki, ale nie zawsze stawiali je na samym szczycie. Rok temu jej osiągnięcia przegrały z olimpijskim złotem Mirosław, a dwa lata wcześniej – z wielkim triumfem siatkarzy w mistrzostwach Europy, kiedy za zwycięstwo 3:0 z Włochami w rzymskim finale dziękował kibicom kapitan reprezentacji Aleksander Śliwka. Teraz role się odwróciły – to Iga Świątek kieruje podziękowania do czytelników.

    Świątek: „Ten moment został przeżyty wspólnie”

    – Bardzo dziękuję za każdy głos i za to, że moje zwycięstwo na Wimbledonie zostało uznane za Moment Roku 2025 w polskim sporcie. To ogromne wyróżnienie, bo pokazuje, że ten sukces był przeżywany wspólnie – nie tylko przeze mnie i mój zespół, ale także przez kibiców w całej Polsce – mówi Świątek.
    – Wimbledon to turniej absolutnie wyjątkowy, przesiąknięty historią i tradycją, które czuje się od pierwszego wejścia na kort. Wygrana tam była spełnieniem jednego z moich największych sportowych marzeń i momentem, który zostanie ze mną na zawsze. Cieszę się, że został on tak mocno doceniony w kontekście całego polskiego sportu – dodaje tenisistka.

    Skala zwycięstwa Świątek w plebiscycie była imponująca. Spośród blisko 42 tysięcy oddanych głosów aż 35,5 procent przypadło właśnie na nią. Od startu głosowania 22 grudnia aż do jego zakończenia 30 grudnia prowadziła z ogromną, niezagrożoną przewagą.

    Trudno się temu dziwić. Triumf na Wimbledonie był jednym z najbardziej zaskakujących i symbolicznych momentów w jej karierze. Świątek wielokrotnie podkreślała, że gra na trawie nie jest jej naturalnym środowiskiem. Do tego pierwsza część 2025 roku była dla niej wyjątkowo trudna – nie wygrała żadnego turnieju, a w rankingu WTA spadła nawet z drugiego na ósme miejsce. I wtedy nadszedł Wimbledon. Najstarszy i najbardziej prestiżowy turniej świata, na którym Polka zaprezentowała pełnię swojego geniuszu. Kulminacją był finał wygrany z Amandą Anisimovą 6:0, 6:0, wynik wręcz historyczny.

    Trzecia edycja plebiscytu Sport.pl

    „Momenty Roku” to już trzecia edycja plebiscytu Sport.pl. Co roku w grudniu redakcja wybiera 10 najważniejszych chwil polskiego sportu, które następnie są szczegółowo opisywane przez dziennikarzy relacjonujących te wydarzenia na miejscu. Towarzyszą temu rozmowy z zaproszonymi gośćmi. W tym roku swoimi opiniami i typami podzielili się m.in. były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, lider zespołu T.Love Muniek Staszczyk oraz legendarny komentator Dariusz Szpakowski. Wszyscy – podobnie jak czytelnicy – byli zgodni: Moment Roku 2025 należał do Igi Świątek.

    Wyniki plebiscytu „Momenty Roku 2025”:

    1. Iga Świątek – zwycięstwo w Wimbledonie: 35,50% (14 783 głosy)

    2. Robert Kubica – wygrana w 24-godzinnym wyścigu Le Mans: 18,56% (7 729)

    3. Klaudia Zwolińska – dwa złote i jeden brązowy medal MŚ w kajakarstwie górskim: 10,23% (4 260)

    4. Bartosz Zmarzlik – szóste mistrzostwo świata w żużlu: 9,43% (3 926)

    5. Aleksandra Mirosław – złoto MŚ i kolejny rekord świata we wspinaczce: 6,58% (2 739)

    6. Reprezentacja koszykarzy – znakomity EuroBasket, 6. miejsce i wygrana ze Słowenią Luki Dončicia: 4,28% (1 782)

    7. Reprezentacja siatkarzy – brązowy medal mistrzostw świata: 4,28% (1 782)

    8. Władimir Semirunnij – srebro i brąz MŚ w łyżwiarstwie szybkim: 4,18% (1 741)

    9. Agata Kaczmarska, Aneta Rygielska i Julia Szeremeta – trzy Polki w finałach MŚ w boksie: 3,74% (1 558)

    10. Maria Żodzik – wicemistrzostwo świata w skoku wzwyż: 3,23% (1 344)

    Rok 2025 przyniósł polskiemu sportowi wiele wyjątkowych chwil, ale dla czytelników Sport.pl jedna była absolutnie najważniejsza – wimbledoński triumf Igi Świątek.

  • To u jego boku Iga Świątek powitała Nowy Rok. Nie mogło być inaczej

    To u jego boku Iga Świątek powitała Nowy Rok. Nie mogło być inaczej

    To u jego boku Świątek powitała Nowy Rok w Australii. Sama się pochwaliła

    Iga Świątek przebywa w Australii gdzie weźmie udział najpierw w United Cup, a następnie w wielkoszlemowym Australian Open. Lecz przed wyzwaniami na korcie należy jej się trochę luzu i zabawy. Tenisistka hucznie powitała Nowy Rok, w sylwestrowym stroju, z okazjonalną opaską na głowie i fajerwerkami w tle. Sama opublikowała zdjęcie, do którego pozuje z kimś zawodowo bardzo istotnym u swego boku.
    Młoda kobieta w jasnoszarej sukni bez rękawów siedzi na pierwszym planie wśród innych osób. Uśmiecha się, w tle widać kobiety w jasnych ubraniach, skupione na wydarzeniu. W pomieszczeniu panuje oficjalna atmosfera.

    Iga ŚwiątekTomasz Jastrzebowski/REPORTERReporter

    Iga Świątek od niedawna przebywa w Sydney, gdzie lada chwila – wraz z reprezentacją Polski – weźmie udział w fazie grupowej United Cup. Mecze z Niemcami i Holandią zaplanowane są na 5 i 7 stycznia 2026 roku. Potem Polka przeniesie się prawie 900 km dalej, do Melbourne, by wziąć udział w wielkoszlemowym Australian Open (12 stycznia – 1 lutego).

    Przygotowania do zawodów trwają. Jest też jednak czas na odpoczynek i trochę więcej luzu. Okazuje się, że tenisistka wraz z najbliższymi jej zawodowo osobami przywitała już Nowy Rok. Zdjęcie z kimś ważnym u boku trafiło do sieci.

    Tak Iga Świątek przywitała Nowy Rok. Jest zdjęcie

    Australia wita Nowy Rok dużo wcześniej niż Europa i Polska, bo o godzinie 14.00 naszego czasu. Tuż przed północą (czasu w Sydney) Iga Świątek opublikowała w mediach społecznościowych wpis, w którym podsumowała 2025 rok. “Och 2025, od czego mam zacząć? Pewnie od tego, że byłam zdrowa, szczęśliwa i otoczona niesamowitymi, wspierającymi ludźmi – a bez tego trudno prosić o więcej. Mam szczęście, że znajduję się w takim punkcie” – rozpoczęła.

    Wspomniała o marzeniach, które spełniła w mijających dwunastu miesiącach. Przede wszystkim w jej pamięci zapisało się zwycięstwo w Wimbledonie, które “zmieniło jej życie”.

    Przyznała jednak, że bywały też i trudniejsze chwile, ale wie, że są one nieodzownym elementem codzienności. “Takie jest życie. Przeżywamy, przerabiamy, lecimy dalej” – zaznaczyła.

    “W rok 2026 wkraczam z uśmiechem, determinacją i poczuciem, że najlepsze dopiero nadejdzie. Dziękuję wszystkim za wsparcie i pozytywną energię, które są ogromną częścią mojej motywacji do tego, co robię. Do zobaczenia wkrótce!” – dodała.

    Chwilę później opublikowała na InstaStories zdjęcie z australijskiego sylwestra. Okazuje się, że Nowy Rok powitała razem z ludźmi ze swojego sztabu szkoleniowego, w tym z Wimem Fissette’em. Ona i Belg współpracują razem od roku i najwyraźniej dogadują się bardzo dobrze. Tak jak obiecała Iga, największe sukcesy mogą być jeszcze przed nimi.
    Dwie uśmiechnięte osoby pozują do selfie w środku pomieszczenia. Jedna z nich nosi okulary z napisem 2024, a w tle widoczne są ozdoby i napis Happy New Year wraz ze sztucznymi ogniami.

    Iga Świątek i Wim Fissetteinstagram.com/iga.swiatek/ESP/Instagram

    Iga Świątek rozpoczęła pobyt w Australii od prezentu. „Dobra kawa. Tego mi teraz potrzeba”© 2025 Associated Press
    Dwoje ludzi na korcie tenisowym podczas treningu, mężczyzna trzyma kilka piłek tenisowych i tłumaczy coś kobiecie ubranej w fioletowy strój sportowy, oboje mają czapki z daszkiem, w tle niebieska siatka oddzielająca kort.

  • Polscy kibice pokazali, co naprawdę myślą o Świątek. Wszystko jasne!

    Polscy kibice pokazali, co naprawdę myślą o Świątek. Wszystko jasne!

    Iga Świątek, Robert Kubica i Klaudia Zwolińska – tak wygląda plebiscytowe podium za rok 2025. W top 3 nie zmieścił się Bartosz Zmarzlik, mimo że zdobywając mistrzostwo świata już po raz szósty, zrównał się z dwoma najbardziej utytułowanymi żużlowcami w historii. Daleko uplasowali się siatkarze, którzy – uwaga! – zremisowali z koszykarzami. Czytelnicy Sport.pl wybrali Momenty Roku w polskim sporcie.
    Iga Świątek
    Łukasz Jachimiak i screen z https://www.instagram.com/iga.swiatek/

    Rok temu za wygranie plebiscytu Momenty Roku dziękowała wam Aleksandra Mirosław. Wówczas nie miała sobie równych, bo zdobyła jedyny dla Polski złoty medal na igrzyskach olimpijskich Paryż 2024. Teraz nasza królowa wspinaczki wywalczyła kolejne mistrzostwo świata i już jedenasty raz w karierze pobiła rekord świata. Ale w naszym plebiscycie zajęła dopiero piąte miejsce. Tym razem nie było mocnych na Igę Świątek.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany

    Rok temu najlepsze momenty Świątek docenialiście, ale nie aż tak, jak ten złoty moment Mirosław. Dwa lata temu wyczyny Igi na światowych kortach przegrały w Momentach Roku z wielkim triumfem siatkarzy. Wtedy za docenienie wygranej 3:0 z Włochami w rzymskim finale mistrzostw Europy dziękował wam na Sport.pl Aleksander Śliwka, kapitan tamtej złotej ekipy. A teraz czytelnikom naszego serwisu dziękuje Świątek.
    Świątek pod wrażeniem. “Ten moment został tak mocno doceniony”

    – Bardzo dziękuję za każdy głos i za to, że moje zwycięstwo na Wimbledonie zostało uznane za Moment Roku 2025 w polskim sporcie. To dla mnie ogromne wyróżnienie, bo pokazuje, że ten sukces był przeżywany wspólnie, nie tylko przeze mnie i mój zespół, ale przez kibiców w całej Polsce – mówi Iga. – Wimbledon to turniej wyjątkowy, z historią i tradycją, które czuje się od pierwszego wejścia na kort. Wygrana tam była spełnieniem jednego z moich największych sportowych marzeń i momentem, który na zawsze zostanie ze mną. Cieszę się również, że ten moment został tak mocno doceniony w kontekście całego polskiego sportu – dodaje.

    Wimbledoński triumf Świątek rzeczywiście mocno doceniliście. Z prawie 42 tysięcy głosów w naszym plebiscycie aż 35,50 proc. przypadło Idze. Nasza tenisistka od startu głosowania 22 grudnia aż do finału 30 grudnia prowadziła z ogromną, niezagrożoną przewagą.

    Taki wynik nie dziwi. Wygrywając Wimbledon, Świątek sprawiła niespodziankę. Raz, że wcześniej wiele razy podkreślała, że na trawie nie czuje się komfortowo. Dwa, że w pierwszej części 2025 roku nie była w stanie wygrać żadnego turnieju i w światowym rankingu spadła z miejsca drugiego nawet na ósme. I nagle w najstarszym i najbardziej prestiżowym turnieju świata znów zobaczyliśmy geniusz Polki. Świątek nie miała sobie równych, co podkreśliła finałem wygranym z Amandą Anisimovą aż 6:0, 6:0.

    Momenty Roku to plebiscyt Sport.pl, który miał właśnie swoją trzecią edycję. Chcąc docenić najlepsze chwile polskiego sportu w danym roku, tradycyjnie w grudniu wybieramy 10 momentów i wszystkie przypominamy tekstami autorstwa naszych dziennikarzy, którzy zwykle obsługiwali na miejscu te wydarzenia. O tych wyjątkowych sukcesach rozmawiamy też ze specjalnymi gośćmi. W tym roku swoimi spostrzeżeniami i typami podzielili się z nami były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, lider zespołu T.Love Muniek Staszczyk i legendarny komentator Dariusz Szpakowski.

    Wszyscy, tak samo jak czytelnicy Sport.pl, byli przekonani, że moment roku 2025 w polskim sporcie zawdzięczamy Idze Świątek.

    Wyniki plebiscytu Momenty Roku 2025:

    1. Iga Świątek za wygranie Wimbledonu – 35,50% głosów (14 783)
    2. Robert Kubica za wygranie 24-godzinnego wyścigu Le Mans – 18,56% (7 729)
    3. Klaudia Zwolińska za zdobycie na MŚ w kajakarstwie górskim dwóch medali złotych i jednego brązowego – 10,23% (4 260)
    4. Bartosz Zmarzlik za sięgnięcie po już szóste żużlowe mistrzostwo świata – 9,43% (3 926)
    5. Aleksandra Mirosław za złoto MŚ i kolejny rekord świata we wspinaczce 6,58% (2 739)
    6. Reprezentacja koszykarzy za świetny EuroBasket skończony na szóstym miejscu, a rozpoczęty zwycięstwem nad Słowenią z wielkim Luką Donciciem 4,28% (1 782)
    6. Reprezentacja siatkarzy za brązowy medal MŚ 4,28% (1 782)
    8. Władimir Semirunnij za wywalczenie srebrnego i brązowego medalu MŚ w łyżwiarstwie szybkim 4,18% (1 741)
    9. Pięściarki Agata Kaczmarska, Aneta Rygielska i Julia Szeremeta za wejście jedna po drugiej do finałów na MŚ w boksie 3,74% (1 558)
    10. Maria Żodzik za zdobycie wicemistrzostwa świata w skoku wzwyż na MŚ w lekkoatletyce 3,23% (1 344)

    Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
    Google News Facebook Instagram YouTube X TikTok

  • Cała Polska zobaczyła prawdę o Lewandowskim. Pomnik obalony

    Cała Polska zobaczyła prawdę o Lewandowskim. Pomnik obalony

    Wydana tuż przed Bożym Narodzeniem książka Sebastiana Staszewskiego „Lewandowski. Prawdziwy” okazała się nieoczekiwanym prezentem – i to nie tylko dla czytelników. Robert Lewandowski, przez lata funkcjonujący w zbiorowej wyobraźni jako postać niemal krystaliczna i niedostępna, nagle stał się kimś znacznie bliższym zwykłemu człowiekowi. Jak zauważa Michał Kiedrowski ze Sport.pl – to prawdziwy cud gwiazdkowy.

    Zazwyczaj, gdy mówimy o „obalaniu pomników”, myślimy o procesie bolesnym, niszczącym legendę i wizerunek bohatera. W przypadku Lewandowskiego stało się jednak coś dokładnie odwrotnego. Pomnik runął, ale stojący na nim człowiek wcale na tym nie stracił.

    Krytycy dostali argumenty, ale tylko pozornie

    Biografia wydana w listopadzie przez SQN bez wątpienia podważa wizerunek, który najlepszy polski piłkarz konsekwentnie budował przez lata. Sam autor, Sebastian Staszewski, przyznawał w licznych rozmowach – m.in. w wywiadzie z Pawłem Wilkowiczem – że obawiał się reakcji otoczenia Lewandowskiego, a nawet pozwów sądowych. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

    Ci, którzy od dawna patrzyli na Lewandowskiego niechętnie, mogli po lekturze książki poczuć przypływ satysfakcji. Z kart biografii wyłania się postać daleka od ideału. Brak empatii? O tym pisano już wcześniej. Do tego można dorzucić zarzuty o chciwość – wybieranie klubów oferujących najwyższe kontrakty – czy nielojalność wobec selekcjonerów reprezentacji i byłego menedżera Cezarego Kucharskiego.

    Są też epizody znacznie bardziej kontrowersyjne: podanie nazwiska kolegi po otrzymaniu mandatu z fotoradaru, zamiłowanie do szybkiej jazdy czy wątpliwości wokół transferu do Bayernu Monachium, sfinalizowanego wcześniej, niż pozwalają na to przepisy. Z książki można również wysnuć wniosek, że Lewandowski niekoniecznie byłby idealnym kapitanem kadry, a jego egoizm podporządkował całe otoczenie jednemu celowi – własnej karierze.

    Czytana wybiórczo, bez kontekstu, książka Staszewskiego rzeczywiście może budować obraz człowieka pełnego wad.

    Kariera zbudowana na cienkiej linie

    Tyle że takie spojrzenie byłoby uproszczeniem i – paradoksalnie – brakiem empatii. Bo druga strona tej historii robi ogromne wrażenie. Lektura biografii pokazuje bowiem, jak niewiele brakowało, by piłkarska droga Lewandowskiego zakończyła się, zanim na dobre się zaczęła. Jako 18-latek balansował na granicy odrzucenia przez zawodowy futbol, a jego przyszłość była niezwykle krucha.

    W tym kontekście dzisiejszy Lewandowski – kandydat do Złotej Piłki, symbol konsekwencji i długowieczności na najwyższym poziomie – jawi się jako przykład absolutnej determinacji. Człowiek oskarżany o chłód emocjonalny pokazuje cechę, której często najbardziej oczekujemy od dorosłych: odpowiedzialność.

    Owszem, lubił się bawić, zdarzały mu się noce do białego rana. Ale szybko zrozumiał, że w jego przypadku każda nadmierna beztroska miałaby konsekwencje nie tylko dla niego samego, lecz także dla rodziny, klubu, drużyny narodowej – a pośrednio dla milionów kibiców. Cena była zbyt wysoka.

    Samodyscyplina, konsekwencja i gotowość do rezygnacji z przyjemności to cechy, których Lewandowskiemu mogą zazdrościć nie tylko sportowcy, ale wszyscy próbujący coś zbudować w swoim życiu.

    Lewandowski schodzi z pomnika i… oddycha

    Symbolicznym dopełnieniem książki okazał się wywiad, którego Lewandowski udzielił Bogdanowi Rymanowskiemu na YouTube. Stało się jasne, że autor biografii może spać spokojnie – zamiast procesów pojawiła się akceptacja. Piłkarz nie tylko przyjął do wiadomości swoje wady, ale też spróbował wytłumaczyć kontrowersje opisane w książce: kwestie specjalnego traktowania w kadrze czy relacji z selekcjonerami.

    Nie obyło się bez wpadek – jak choćby sugestii, że w Polskim Związku Piłki Nożnej rządzą ludzie bardzo prości – czy półprzyznania się do sytuacji, w której Barcelona miała sugerować ograniczenie liczby strzelanych goli ze względów finansowych wobec Bayernu.

    Jednocześnie Lewandowski mówił o rodzinie, córkach, codzienności i podejściu do pieniędzy. Pokazał się nie jako bezduszna maszyna do zdobywania bramek ani wykreowany przez magazyny celebryta, lecz jako człowiek z krwi i kości.

    I być może właśnie dlatego wszystko to działa na jego korzyść. Na tym pomnikowym cokole od dawna było mu niewygodnie. Teraz, gdy z niego zszedł, wreszcie może swobodnie oddychać.

  • Żyła zaczął fatalnie. Koszmar w Ga-Pa

    Żyła zaczął fatalnie. Koszmar w Ga-Pa

    Polscy skoczkowie oddali pierwsze treningowe skoki na Grosse Olympiaschanze w Garmisch-Partenkirchen. Najlepszym z Biało-Czerwonych był Kacper Tomasiak, ale najdalej skoczył Paweł Wąsek. O katastrofie może mówić Piotr Żyła. Wygląda na to, że przyjechał na Turniej Czterech Skoczni bez formy.
    Piotr Żyła podczas zawodów PŚ w Wiśle
    Screen Eurosport

    Trener Maciej Maciusiak zapowiadał po konkursie w Oberstdorfie, że w Garmisch-Partenkirchen “będzie troszeczkę łatwiej”, bowiem profil skoczni ma bardziej odpowiadać polskim skoczkom. Treningi wskazywały, że ta teoria u części może się sprawdzić.

    Zobacz wideo Gorąco wokół polskich skoków. Chodzi o skład na igrzyska
    Pierwsze próby Polaków w Ga-Pa. Dramatyczny Żyła

    Pierwsze próby na skoczni w Ga-Pa odbyły się w podobnych warunkach do tych, które panowały w Oberstdorfie. Wiało z tyłu skoczni, zdarzały się pojedyncze mocniejsze podmuchy wiatru. Mimo to nawet teoretycznie słabszym zawodnikom udawało się oddać całkiem dobre skoki, w okolicach 130. metra.

    Jako pierwszy obiekt sprawdzał Maciej Kot, który skoczył 128 metrów i to była całkiem niezła próba. Dalej skoczył Paweł Wąsek, bo 130 metrów. To był sygnał, że może przebudzać się po przeciętnym występie w Oberstdorfie. Obaj znaleźli się w czwartej dziesiątce. Z pewnością z takimi odległościami uzyskanymi przy krótszym rozbiegu byliby znacznie wyżej w klasyfikacji.

    Zobacz też: Świątek może zapisać się w historii! “Niespotykany dotąd wyczyn”

    Lepszy skok mógł oddać Kamil Stoch, który wylądował na punkcie K wynoszącym 125 metrów. Trafił jednak na mocniejszy podmuch wiatru w plecy, osiągający prędkość 0,8 m/s. Dało mu to miejsce w trzeciej dziesiątce.

    Kacper Tomasiak skakał z niższej belki, ale krótszy rozbieg w niczym mu nie przeszkodził. Oddał solidny skok na odległość 129,5 metra, który zapewnił mu miejsce w drugiej dziesiątce.

    Wyraźny spadek formy podczas Turnieju Czterech Skoczni widzimy u Piotra Żyły, który znów notuje słabe treningi. W pierwszej próbie w Ga-Pa skoczył zaledwie 114 metrów. Przegrał z reprezentantami Kazachstanu, Włoch, Estonii i Francuzem Julesem Chervetem. Dalej od niego skoczył nawet reprezentant Słowacji, Hektor Kapustik, bo 116,5 m, ale Żyła wyprzedził go, bo skakał z niższej belki. Polak znalazł się poza najlepszą 50.

    Pierwszą serię treningową wygrał Felix Hoffmann. Reprezentant Niemiec skoczył aż 139 metrów.

    Miejsca Polaków w pierwszej serii treningowej:

    19. Kacper Tomasiak 129,5 m, 89.8 pkt.
    24. Kamil Stoch 125, 86.6
    34. Paweł Wąsek 130, 80.1
    37. Maciej Kot 128, 79.1
    55. Piotr Żyła 114, 64.0

    Więcej informacji wkrótce.

  • Niedoceniona przez Francuzów. Iga Świątek wykluczona z elitarnego grona

    Niedoceniona przez Francuzów. Iga Świątek wykluczona z elitarnego grona

    Niedoceniona przez Francuzów. Iga Świątek wykluczona z elitarnego grona
    Iga Świątek
    Iga Świątek (Foto: NurPhoto / Getty Images)

    Iga Świątek w 2025 r. miała wiele wzlotów i upadków, ale zakończyła rok na miejscu wiceliderki rankingu WTA, ogłaszając, że jest gotowa na nowe wyzwania i to, co czeka ją w 2026 r. Teraz francuski magazyn “L’Equipe” ogłosił ranking 10 najlepszych sportowców i sportsmenek świata i jak się okazuje, zabrakło w nim Polki. Na liście jest jej wielka rywalka.

    Więcej informacji znajdziesz w Przeglądzie Sportowym Onet

    Francuzi nie docenili Igi Świątek

    W poprzednich latach Iga Świątek była doceniana przez Francuzów i pojawiała się we wspomnianym plebiscycie, który wygrała w 2022 r. Tym razem raszynianka nie została doceniona, a na liście 10 najlepszych sportsmenek świata znalazła się tylko jedna tenisistka – }Aryna Sabalenka.

    Dalszy ciąg materiału pod wideo

    Nie żyje legenda kulturystyki. Zarobił 500 mln dolarów

    Iga Świątek niedoceniona. Sabalenka wśród szczęśliwców

    Brak Polki we wspomnianym zestawieniu nie do końca dziwi, gdyż w 2025 r. nie prezentowała się ona na kortach tak dobrze, jak w poprzednich latach, nie była dominatorką, choć dla wielu dokonała niemal niemożliwego, wygrywając Wimbledon.

    Aryna Sabalenka jest jedyną tenisistką, która znalazła się w pierwszej 10 plebiscytu, i zajęła w nim szóste miejsce. Pierwsza w zestawieniu jest Summer McIntosh z Kanady, która na tegorocznych mistrzostwach świata w Singapurze zdobyła cztery złote medale. Druga pozycja przypadła Sydney McLaughlin-Levrone z USA, a trzecie jej rodaczce Melissie Jefferson-Wooden.

    Ranking najlepszych sportsmenek 2025 r. wg “L’Equipe”:

    1. Summer McIntosh (Kanada), pływanie

    2. Sydney McLaughlin-Levrone (USA), lekkoatletyka

    3. Melissa Jefferson-Wooden (USA), lekkoatletyka

    4. Pauline Ferrand-Prevot (Francja), kolarstwo

    5. Katie Ledekcy (USA), pływanie

    6. Aryna Sabalenka (Białoruś), tenis

    7. Federica Brignone (Włochy), narciarstwo alpejskie

    8. Aitana Bonmati (Hiszpania), piłka nożna

    9. Beatrice Chebet (Kenia), lekkoatletyka

    10. Angelina Melnikova (Rosja), gimnastyka

    Była żona posła PiS jasno o występie w “Tańcu z gwiazdami”

    W najlepszej 10 sportowców brakuje Polaków, a znaleźli się w niej dwaj tenisiści Carlos Alcaraz (3. miejsce) i Jannik Sinner (5. miejsce). Wygrana przypadła kolarzowi Tadejowi Pogacarowi ze Słowenii. Na drugim miejscu znalazł się z kolei Armand Duplantis.

  • Daria Abramowicz się nie kryje. Oto co łączy Igę Świątek i Arynę Sabalenkę

    Daria Abramowicz się nie kryje. Oto co łączy Igę Świątek i Arynę Sabalenkę

    Daria Abramowicz się nie kryje. Oto co łączy Igę Świątek i Arynę Sabalenkę
    Aryna Sabalenka, Daria Abramowicz (w kółku) i Iga Świątek w serialu “Cztery pory Igi”
    Aryna Sabalenka, Daria Abramowicz (w kółku) i Iga Świątek w serialu “Cztery pory Igi” (Foto: CANAL+)

    — Pamiętam ten czas, że nawet się tak trochę zaczepialiśmy — mówiła Daria Abramowicz w serialu Canal+ pt. “Cztery pory Igi”. Znana psycholożka nie kryła się i wprost opowiedziała o tym, jak naprawdę wygląda relacja na linii Iga Świątek — Aryna Sabalenka. — Obie uważają, że jedna napędza drugą do bardzo intensywnej, bardzo ciężkiej pracy — dodaje. Teraz fani nie powinni mieć już żadnych wątpliwości.

    Przypominamy nasz tekst z 1 stycznia 2025 r.

    Więcej informacji znajdziesz w Przeglądzie Sportowym Onet

    Na przełomie 2024 i 2025 r. premierę miał serial “Cztery pory Igi”. Jak sama nazwa wskazuje, opowiada on o tym wszystkim, co działo się w karierze Igi Świątek. Wiosną 2024 r. doszło do dwóch pamiętnych pojedynków naszej rodaczki z Aryną Sabalenką.

    Dalszy ciąg materiału pod wideo
    Oto prawda o relacji Igi Świątek i Aryny Sabalenki

    Zarówno w finale w Madrycie, jak i Rzymie Polka triumfowała. Same starcia były jednak dobrą okazją do tego, aby w trakcie nagrań opowiedzieć nieco więcej o relacji Świątek z Białorusinką. W ostatnim czasie coraz częściej panie decydują się na wspólne treningi lub nagrywanie TikToków. Swoją perspektywą podzieliła się wspomniana psycholożka drugiej rakiety świata, czyli Daria Abramowicz.

    Zobacz więcej: “Wewnętrzne rozmowy” w sprawie Igi Świątek. Tomasz Wiktorowski ujawnia

    — Nasze sztaby, team Aryny i my bardzo się szanujemy i lubimy. Pamiętam ten czas, że nawet się tak trochę zaczepialiśmy w restauracji turniejowej, gdzie Jason Stacy, czyli trener przygotowania motorycznego Aryny podchodził i mówił: to co, teraz my, wy wzięliście Madryt, albo nie, wiesz co, wy weźcie sobie Rzym, a my weźmiemy Paryż — zdradza kulisy psycholożka.
    Iga Świątek
    Iga Świątek (Foto: Robert Prange / Getty Images)
    Daria Abramowicz oraz trener Aryny Sabalenki zdradzili kulisy

    — I to oczywiście z dużym szacunkiem i dużą życzliwością, pokazuje, jak bardzo dziewczyny się cenią. Obie uważają, że jedna napędza drugą do bardzo intensywnej, bardzo ciężkiej pracy. My w zespołach też się bardzo szanujemy jako ludzie, jako specjaliści — dodaje. Na tym się nie skończyło, bo kilka słów od siebie przekazał także Anton Dubrow, czyli trener Sabalenki.

    Polecamy: Mamy ćwierćfinał United Cup, to był thriller! Wspaniali Iga Świątek i Hubert Hurkacz!

    — To dla nas bardzo dobry wynik, że jesteśmy drugi raz z rzędu w finale dużego turnieju. Myślę, że gdy grasz finał przeciwko Idze, to pokazuje, że jesteś na wysokim poziomie. Jeśli umiesz docenić to miejsce, w którym jesteś, to czerpiesz też z tego radość. Wtedy nie myślisz o tym, przeciwko komu grasz. Też jesteś w tym miejscu, na tym samym etapie, więc jest to świetne — mówił szkoleniowiec w trakcie turnieju w Rzymie.

  • Lewandowski na ustach Rosjan. Wydali wyrok. Pada słowo “podejrzane”

    Lewandowski na ustach Rosjan. Wydali wyrok. Pada słowo “podejrzane”

    Książka „Lewandowski. Prawdziwy” autorstwa Sebastiana Staszewskiego, która ukazała się w listopadzie 2025 roku, odsłoniła kulisy kariery Roberta Lewandowskiego, o których wcześniej mówiło się jedynie półgłosem. Jedna z historii zawartych w publikacji szczególnie mocno odbiła się echem także poza Polską. Chodzi o wątek, według którego napastnik miał zostać poproszony o… ograniczenie zdobywania bramek. Sam Lewandowski nigdy nie potwierdził tego wprost, ale jego wypowiedzi sugerowały, że temat nie był wyssany z palca. Teraz sprawa dotarła również do rosyjskich mediów.

    Lewandowski w trakcie swojej kariery reprezentował największe marki światowego futbolu, jednak dziś to FC Barcelona jest klubem, z którym jest najmocniej kojarzony. Polak trafił do Katalonii latem 2022 roku, a „Blaugrana” zapłaciła Bayernowi Monachium około 50 milionów euro, uwzględniając bonusy zapisane w umowie.

    Od momentu transferu kapitan reprezentacji Polski zaczął budować własną historię w barwach Barcelony. W ciągu niespełna czterech lat przeżył w Hiszpanii zarówno wielkie triumfy, jak i trudniejsze momenty. Wspomniana książka Staszewskiego szczegółowo opisuje wiele z nich, rzucając nowe światło na kulisy funkcjonowania klubu.

    Kontrowersyjny wątek obiega świat. Rosjanie cytują książkę

    Największe poruszenie wywołała historia związana z zapisami kontraktowymi pomiędzy Barceloną a Bayernem. Według książki, po przekroczeniu przez Lewandowskiego określonej liczby goli kataloński klub musiałby wypłacić niemieckiemu gigantowi dodatkowy bonus w wysokości 2,5 miliona euro. Właśnie dlatego – jak sugeruje autor – w pewnym momencie miały pojawić się naciski, by Polak nie śrubował już swoich statystyk.

    Wątek ten Lewandowski częściowo potwierdził w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim, choć unikał jednoznacznych deklaracji. Temat szybko podchwyciły zagraniczne media, a niedawno dotarł także do Rosji. Portal sports.ru postanowił przyjrzeć się sprawie bliżej.

    „Według książki Barcelona mogła w ten sposób zaoszczędzić pieniądze. Gdyby Lewandowski zdobył 25 bramek, klub musiałby zapłacić Bayernowi dodatkowe 2,5 miliona euro. Ta informacja wywołała falę żartów na temat nowej roli Joana Laporty. Obejrzeliśmy jednak mecze, by sprawdzić, czy rzeczywiście było w tym coś podejrzanego” – napisali rosyjscy dziennikarze.

    Analiza ostatnich spotkań nie potwierdziła sensacyjnych teorii. Wręcz przeciwnie – w meczu z Mallorcą Lewandowski zaprezentował się bardzo dobrze i był jednym z najbardziej aktywnych zawodników na boisku. Co prawda rywale od 14. minuty grali w osłabieniu, ale – jak podkreślają Rosjanie – nie zmienia to faktu, że Polak był niezwykle zaangażowany.

    „Liczba strzałów, kontaktów z piłką w polu karnym oraz akcji poprzedzających uderzenie należały do najwyższych w całym sezonie. W statystykach takich jak kluczowe podania, xA czy dryblingi w polu karnym nie widać żadnego spadku jakości czy zaangażowania. To nie wygląda na brak motywacji” – czytamy w dalszej części analizy.

    Dziennikarze zwracają również uwagę, że w meczach nie było sytuacji, w których Lewandowski celowo pudłował z dogodnych pozycji lub konsekwentnie rezygnował ze strzałów na rzecz podań.

    „Nie zauważyliśmy epizodów, które mogłyby sugerować, że Robert grał w sposób nienaturalny. Wszystko wskazuje na to, że dawał z siebie maksimum” – podsumowano.

    Wnioski są więc jednoznaczne: mimo kontrowersyjnych doniesień zawartych w książce, trudno znaleźć na boisku dowody na to, że Lewandowski świadomie ograniczał swoje gole tylko po to, by Barcelona uniknęła wypłaty bonusu.

  • Takiej Julii Szeremety jeszcze nie znaliście. Pokazuje nowe oblicze

    Takiej Julii Szeremety jeszcze nie znaliście. Pokazuje nowe oblicze

    Pochodzi z wioski, w której jest 13 kominów. W dwa tygodnie wskoczyła do panteonu polskiego sportu. Julia Szeremeta do Paryża leciała jako najmłodsza, najmniej znana, a to ona ruszyła rodzimy boks. Srebro w igrzyskach olimpijskich, wicemistrzostwo globu — a wokół sukcesów kontrowersje, kontuzja.

    Dalszy ciąg materiału pod wideo

    W dzień finału olimpijskiego była na ustach całego świata. Kiedy inni dyskutowali, czy zmierzy się z kobietą, czy jednak z mężczyzną, ona korzystała z paryskiego słońca i relaksowała się w strefie gier i zabaw.

    Nie czyta artykułów o sobie, zazwyczaj nie przeżywa startów. Piszą o niej książkę, nagrywają film. Sama nie dodaje do swojej historii głębi. Najwięcej frajdy sprawia jej rozmowa o codziennych sprawach. O bliznach z dzieciństwa. Nie o tych na duszy, a o zwykłych śladach po dziecięcych wybrykach.

    Jako maluch chciała wszystkiego dotknąć, spróbować. Miała zaledwie 5 lat, kiedy tata puszczał ją konno nawet 15 km od domu. Mama w rozmowie z WP wspomina, że Julka nie była w stanie spokojnie wysiedzieć przy stole, jadła w biegu. Dyrektorka z jej podstawówki, że biegała zawsze w rozpuszczonych włosach, bo była za szybka na wiązanie gumek. Dzisiaj nadal tak żyje — w wiecznym pędzie, aktualnie na sportowo-biznesowym szlaku.
    Bieg o wschodzie słońca wzdłuż Wisły

    Rozmawialiśmy na początku listopada, pomiędzy mistrzostwami świata w Liverpoolu a młodzieżowymi mistrzostwami Europy w Budapeszcie. Udało nam się spotkać dopiero za trzecim razem. Wcześniej promowała boks na targach, wezwało ją wojsko, odbierała nagrodę w urzędzie marszałkowskim, gościła w śniadaniówce i miała nagrania dla sponsorów. Słyszałem, że ma się spotkać z pierwszą damą i że w ośrodku treningowym skoszarował ją trener. Po krótkim urlopie we Włoszech i obozie przed młodzieżowymi mistrzostwami Europy w Budapeszcie przyjechała do Warszawy z Lublina. Gdy zaparkowała samochód pod hotelem, było już ciemno. Rozmowę kończyliśmy o 22. Następnego dnia miała wstać o 5 i iść biegać o wschodzie słońca wzdłuż Wisły.

    Hubert Kęska: Co tym razem reklamujesz?

    Julia Szeremeta: Strój sportowy. Tutaj mam wszystko rozpisane. Bulwary Wiślane, Most Świętokrzyski, kładka, widok na rzekę — długi kadr… O, mam jakieś schody na zdjęciu — czyli pewnie będę na nie wbiegać (uśmiech).

    Jak Rocky.

    Bieg, walka z cieniem, bicie w worek na Legii. A przed tym wszystkim makijaż. Makijażystkę mam naprzeciwko hotelu.

    Nie próżnujesz poza ringiem. Można cię oglądać w reklamach, programach śniadaniowych, spotkać na świętach wojska polskiego, targach, a nawet w dyskontach. Jakie to uczucie zobaczyć samą siebie w sklepie, w którym robi się zakupy?

    Śmieszne. Idę sobie, wrzucam rzeczy do koszyka, a na wprost całe stoisko Julii Szeremety i tyle artykułów ze mną. Ludzie cały czas pisali mi, że w ich Biedronkach wielu produktów już nie ma, więc chyba dobrze się sprzedały.

    To były akcesoria treningowe: skakanki, maty, piłki, rollery — a przy nich twoja podobizna. Patrzyłaś na swoją tekturową sylwetkę i myślałaś…

    …że w rzeczywistości jestem trochę wyższa (śmiech).

    Natomiast specjalnie się nad tym wszystkim nie zastanawiałam. Wiesz, nie robię zbytnio zakupów. Jak jestem w domu przez trzy dni, to pójdę do sklepu. Ale rzadko bywam. Często jestem w rozjazdach, jadam w restauracjach.
    To wtedy Julia Szeremeta postawiła na boks. Sześć dni w tygodniu

    Zgrupowania, wyjazdy, zawody — jeszcze zanim stałaś się sławna, prawie nie bywałaś w domu.

    Miałam 12 lat, kiedy poszłam na boks. Przez pierwszy rok łączyłam treningi bokserskie z treningami karate. Karate miałam cztery razy w tygodniu, boks trzy — po szkole zaraz jechałam na salę. Trenowałam po kilka godzin dziennie, od poniedziałku do soboty. Często były to po dwa treningi. Zostawałam na zajęciach starszych grup, nie patrząc na to, czy się ściemnia. Ciągnęło mnie do sportu, a nie do domu.
    Boks. World Boxing Cup Poland 2025. Memorial Feliksa Stamma. 16.05.2025
    Boks. World Boxing Cup Poland 2025. Memorial Feliksa Stamma. 16.05.2025 (Foto: Jacek Prondzynski / FOTOPYK)

    I to jedno się w twoim życiu nie zmienia. Mimo że nie przebywasz już w gospodarstwie rodziców ani nie tłoczysz się w ciasnej stancji w Lublinie.

    Obecnie mieszkam w apartamencie zapewnionym przez sponsora. Kupiłam też mieszkanie, ale ono będzie raczej pod wynajem. Nie opłaca mi się tam mieszkać, skoro tylko przez 4-5 dni w miesiącu jestem w domu.

    Po igrzyskach w Paryżu twoje życie zmieniło się o 180 stopni. Sponsor kadry zobowiązał się wybudować medalistom, przypominające wioskę olimpijską, osiedle pod Warszawą. Dostałaś ponadto 25 tys. zł z urzędu miasta, stypendium i 75 tys. premii od ministerstwa, samochód i 100 tys. od związku. Do tego diament, obraz, voucher na wakacje i 200 tys. od PKOl. Coś jeszcze?

    Mam prywatny samochód i S-Crossa od Suzuki oklejonego po bokach moimi zdjęciami. Niedawno zaliczyłam zabawną sytuację. Zatrzymała mnie policja, a jechałam akurat nieoklejonym autem. “Dzień dobry. Czy pani wie, co zrobiła?”. Zjeżdżam, mówię, że się spieszę, że mam sesję, że właśnie wracam z makijażu.

    — Podobna jest pani do tej Natalii z boksu.

    — Nie do Natalii. To ja, Julka.

    (śmiech)

    A diamentu od PKOl dalej nie odebrałam. Ostatnio planowaliśmy to zrobić, ale nie wyszło — nie zgraliśmy się z terminami.

    Twoje życie to pośpiech.

    Apartament, w którym mieszkam to przechowalnia rzeczy. Przyjeżdżam do Lublina, przepakowuję się i jadę dalej.
    270 dni poza domem. Oto rzeczywistość Julii Szeremety

    Do rodzinnego Bieniowa zaglądasz?

    Raczej tylko na święta. Mogłam pojechać tam wczoraj, ale cały dzień przeleżałam — odpoczywałam po obozie. Może zajrzę pojutrze na parę godzin? Zwykle, jak przyjeżdżam ze zgrupowania, to chcę mieć jeden dzień świętego spokoju — nie robić nic. Więcej rzadko kiedy się zdarza. Przez 270 dni w roku jestem na zgrupowaniach. A między obozami dochodzą mi różne zobowiązania sponsorskie, kontrakty, jakieś dodatkowe treningi w Lublinie, wywiady.

    Pierwotnie mieliśmy się spotkać we wrześniu, ale wtedy ściągnęło cię wojsko.

    Jestem w Centralnym Wojskowym Zespole Sportowym — to reprezentacyjna jednostka, w skład której wchodzi wielu najlepszych sportowców z Polski. Od czasu do czasu przebywamy na szkoleniach (z pobudkami o 5, rozruchem i nauką technik wojskowych), ale przede wszystkim godnie reprezentujemy wojsko polskie na arenach międzynarodowych i promujemy je, pojawiając się na przeróżnych eventach.

    Po mistrzostwach świata w Liverpoolu właśnie na takie wydarzenie musiałam jechać. W piątek przez cały dzień byłam na Targach Boksu w Kielcach. W sobotę o świcie ruszyłam do Warszawy. Potem wróciłam na targi. A w niedzielę czekała mnie wielogodzinna podróż do Świnoujścia, żeby podczas Festiwalu Artystycznego Wojska Polskiego odegrać na scenie pojedynek bokserski z Anetą Rygielską.

    Dwa dni wcześniej byłem w Kielcach. Na Targach Boksu nikt nie rzucał się w oczy tak jak Julia Szeremeta i Andrzej Gołota.

    Na pewno sukces sportowy podbudował mnie życiowo. Przez lata byłam po prostu młodą zawodniczką, stałam gdzieś z boku. Wywiady to była dla mnie jakaś masakra — nie miałam takiej śmiałości do mediów, do ludzi. Zresztą przed igrzyskami interesowały się mną jedynie media branżowe — boksem nie interesuje się aż tak dużo osób. Po igrzyskach musiałam się nauczyć, że teraz jestem na pierwszym planie.

    “Najmłodsza. Mało znana. Na papierze z najmniejszymi szansami. Daleko w rankingu. Ale to ja zaskoczę świat. Nie czuję respektu do nikogo. Jestem gotowa, by sprawić sensację. Nadszedł mój czas” — takie zdania napisałaś na swoim profilu w mediach społecznościowych 10 dni przed startem turnieju olimpijskiego w Paryżu.

    Kiedy to wrzuciłam, byłam na obozie we Francji. W formie. Wiedziałam, że mało kto we mnie wierzy, że prawie nikt na mnie nie stawia, nie liczy. Byłam młodzieżową mistrzynią Europy, ale szerzej nieznaną zawodniczką. Dziennikarze pisali, że przyjechałam po naukę, że to inne dziewczyny mają powalczyć o medale.
    Julia Szeremeta
    Julia Szeremeta (Foto: newspix.pl)

    Że jeszcze nadejdzie twój czas.

    Tak. A ja tak bardzo poświęciłam się dla boksu, że nie widziałam innej opcji niż zdobycie medalu — teraz, zaraz. Nie po to trenowałam, żeby to poszło na marne. A poświęciłam się jak nigdy. Był czas, kiedy z Elą Wójcik płakałyśmy niemal na każdym treningu siłowym. Trener dokładał nam ciężary, my nie miałyśmy już siły dźwigać, ale codziennie zaciskałyśmy zęby i robiłyśmy po te dwa, trzy dodatkowe powtórzenia.

    Trener Tomasz Dylak typował cię na czarnego konia igrzysk. Słyszałem, że już 2-3 miesiące przed Paryżem przecierał oczy ze zdumienia, widząc, jak wielki progres zrobiłaś. W rozmowach prywatnych mówił podobno, że zaczynasz wyczyniać w ringu cuda, że nie boi się losowania, bo jesteś w stanie wygrać z każdą rywalką na świecie.

    Trener uważał, że jeżeli poradzę sobie z pierwszą przeciwniczką w Paryżu, to dalej powinno być dobrze. Wtedy toczyłam już równe walki z najlepszymi. Potrafiłam wyszarpać zwycięstwo i przekonać do siebie sędziów. Tak było na turnieju kwalifikacyjnym we Włoszech, w marcu. Wcześniej w igrzyskach europejskich po bardzo równym boju przegrałam walkę o medal z Bułgarką. “Nie polecę do Tajlandii” — powtarzałam sobie we Włoszech. Kolejny turniej kwalifikacyjny odbywał się bowiem w Bangkoku. Gdybym po wygraniu trzech walk, przegrała decydujące starcie, miałabym zaledwie kilka dni wolnego i musiałabym lecieć do kraju, w którym było mi duszno i gdzie szybko się męczyłam — takie miałam wspomnienia z Tajlandii. “Nie polecę tam, muszę to za wszelką cenę wygrać” — gdy doszło do trzeciej rundy pojedynku z Mendozą, tylko taka myśl była w mojej głowie. Bardzo mnie to motywowało.

    To trener Dylak sprawił, że uwierzyłaś w siebie?

    Na pewno. Trener już dawno temu widział we mnie potencjał. Nawet po przegranych mówił, że mam w sobie coś ekstra, nieprzeciętne zdolności ruchowe.

    W rodzinnych stronach mieliście 20 hektarów terenu: las, konie — było gdzie się wyszaleć.

    Jeśli chodzi o konie, najbardziej lubiłam skakać przez przeszkody. Miałam 3-4 lata, kiedy tata pierwszy raz posadził mnie na kucyka. Pamiętam, jak trzymałam konia za głowę, on pochylił ją i mnie zrzucił. Kucyki są humorzaste, nieraz lądowałam na glebie. “Posadźcie mnie z powrotem” — mówiłam tylko, aż wreszcie ustawiłam tego konia.
    Trener mówił, że nie ma układu nerwowego

    “Daj tatusiu, pokaż”. Twój tata w reportażu Sportowych Faktów opowiada, że od zawsze wszystko chciałaś robić sama. “Za spawarkę złapała, kątówką cięła metalowe przedmioty, w traktor wsiadła i jechała (…) Każdy z sąsiadów musiał z nią grać w piłkę”.

    Mieliśmy dużo terenu do popisu, a ja chciałam cały czas coś robić, wszędzie było mnie pełno. Lubiłam prędkość, sport i pewnie dlatego trzymałam się z chłopakami. Skakałam hulajnogą ze schodów, jeździłam quadem. “Jest ryzyko, jest zabawa” — do dzisiaj tak uważam.

    Gołymi rękami łapałaś ryby, spałaś z dwumetrowym pytonem królewskim…

    Trener Tomek mówi, że nie mam układu nerwowego, bo jest mało rzeczy, które mnie stresują, których się boję. Przyznam szczerze: nie boję się niczego. Myślę, że wynika to także z tego, że jestem dość wesołą osobą i nie martwię się na zapas.

    Masz w związku z tym jakieś blizny?

    Na twarzy mam jedną — po tym, jak z koleżanką zderzyłyśmy się głowami podczas walki i w tych samych miejscach pękły nam łuki. Największą bliznę mam na nodze. Miałam z 6 lat, gdy powstawał pensjonat dla stajni. Wracałam wieczorem z budowy, przechodziłam koło kurnika i upadłam na duży kamień. Nie czułam, że coś mi się stało, bo było ciemno. Wróciłam do domu, poszłam się myć, patrzę, a tu dziura w nodze. No, ta blizna jest naprawdę bardzo duża. Ale mam też mniejsze. Na przykład na ręku — to pamiątka po zabawie z bratem. Ganialiśmy się, on uciekł do pokoju, zamknął się, a ja tam wbiegłam prawie z drzwiami. Wyciągnęłam rękę i wbiła mi się w nią szybka.

    Dzień jak co dzień?

    Codziennie mieliśmy z bratem jakieś wojny. Na poduszki, pistolety z plastikowymi kulkami czy małe rękawice. Mój brat, zanim poszedł na informatykę, próbował ze mną wszystkiego. Na karate trochę pochodził, później na boks.

    Jakie jeszcze sporty walki trenowałaś?

    Przez chwilę krav magę, nieco K-1. I MMA, kiedy już mieszkałam w Lublinie. Natomiast zwykle pojawiał się podstawowy problem: za bardzo nie miałam z kim sparować, bo na sali brakowało młodych osób. Na karate odwrotnie, byłam w grupie zaawansowanej i z czasem na obozach trenowałam inne sztuki walki. Na niektórych zawodach dodawali konkurencje dla urozmaicenia. Pamiętam, jak wygrałam turniej sumo, w którym dziewczyny startowały z chłopakami w jednej wadze. Albo walkę w K-1 — nie przyjechała do mnie dziewczyna, więc zawalczyłam z chłopakiem, do którego nie dotarł rywal.

    Skąd wzięło się w twoim życiu karate?

    Na karate zapisała nas mama. Wcześniej sama trenowała i była bardzo za tym sportem. To był dobry pomysł, bo mieliśmy tam dużo ogólnorozwojowego treningu. W każdy piątek graliśmy w piłkę nożną i chodziliśmy na basen. Czasami trenowaliśmy samoobronę albo przyswajaliśmy podstawy innych dyscyplin, w tym boksu. To było fajne, ale po siedmiu latach karate zaczęło mi się nudzić. Byłam w tym dobra, robiłam to od dziecka i wreszcie nie miałam z kim ćwiczyć. Zazwyczaj trenowaliśmy w parze z kolegą, Igorem, ale on też przechodził na boks. Karate nie było na igrzyskach, zajęcia prowadził trener bardziej od kata — a mnie interesowało walczenie, nie prezentowanie technik. Niekiedy jeździliśmy z rodzicami sami na zawody. Zaczęłam trenować boks, spodobał mi się, ale mama mówiła twardo: “Jak zrezygnujesz z karate, to boksu nie będzie”. Zajęło rok, zanim postawiłam na swoim.

    W wieku 15 lat wyprowadziłaś się z domu.

    Do pierwszych klas chodziłam w Leonowie, ale likwidowali tę szkołę. Podstawówkę i gimnazjum skończyłam w Stołpiu, po czym przeniosłam się prosto do szkoły w Lublinie.

    Tata zapakował cię w samochód i wywiózł do miasta wojewódzkiego.

    Tata postanowił, że skoro idę w boks na sto procent, to muszę trafić do najlepszego klubu. Ja uczyłam się boksu w klubie uczniowskim II LO w Chełmie, a jego bardzo dobrym kolegą był prezes Paco Lublin. Rozmawialiśmy o tym, że w Lublinie jest zaprzyjaźnione z klubem liceum, w którym prowadzone są treningi. Ja znałam już Paco, jeździłam tam przed ważnymi imprezami, czasami po 3-4 razy w tygodniu. Sama wizja mieszkania w dużym mieście mnie nie przerażała. Usamodzielniłam się w młodym wieku — wyjeżdżałam na kadrę, obozy i byłam przyzwyczajona do bardzo długiej nieobecności w domu. W Lublinie trafiłam do bardzo mocnego klubu, w którym wychował się m.in. Michał Soczyński i gdzie trenerką była Karolina Michalczuk.
    Julia Szeremeta podczas IO w Paryżu
    Julia Szeremeta podczas IO w Paryżu (Foto: Tomasz Markowski / newspix.pl)

    Mistrzyni świata i uczestniczka igrzysk olimpijskich w Londynie.

    Tak. Kiedy przyszłam do Paco, zaczęła być trenerką kadry seniorek.

    W jednym z wywiadów Michalczuk przyznała, że zanim postawiła na sport, lubiła pobić się na dyskotekach i wypić, nawet po kilkanaście piw. O tobie też się tak swego czasu mówiło. Jako dziecko chciałaś zagrać dziewczynę-chuligankę w filmie. Pani dyrektor dodaje, że byłaś przywódcą chłopaków w szkole.

    W dzieciństwie wolałam samochodziki od przytulanek, lalek, a w szkole towarzystwo kolegów z klasy niż dziewczyn. Ale nie prowokowałam żadnych bójek.

    Rozmawiałyście o tym z trenerką?

    Poważnych życiowych rozmów nie pamiętam. Rozmawiałyśmy raczej o boksie. Jak ręka opadła mi na biodro, to od razu dostawałam zjebkę. Mój pierwszy trener, pan Józef Radziewicz, też kazał mi trzymać “rączki wysoko”. Pamiętam, że na samym początku wyciągałam dłonie i szłam do przodu, bijąc możliwie jak najwięcej ciosów. Trener był już wiekowym człowiekiem i uczył nas starego, uporządkowanego, statecznego boksu — ciosów prostych. A ja jakoś zawsze chciałam mieć te ręce nisko.

    Z czego to wynikało, jak myślisz?

    Jakoś niewygodnie było mi trzymać gardę. Może zostało mi to z karate, gdzie mogłam mieć ręce niżej? Ogólnie miałam dobrą koordynację po tym karate. Prawidłowej techniki w boksie wciąż się uczę, ale od początku bardzo szybko łapałam to, w jaki sposób walczyć i potrafiłam uderzyć.

    Szybko dostałaś się do kadry. Kto jako pierwszy uwierzył w twój styl?

    Trener Tomek. Nie był związany dawnymi metodami, bo nigdy nie był zawodnikiem. Cały czas doszkalał się, rozwijał i szukał rozwiązań.

    Trener Dylak mówi, że walczysz nietypowo, ponieważ masz elastyczne ciało, bazujesz na refleksie i na niekonwencjonalnych ruchach. Jego bokserskimi idolami są Naseem Hamed i Roy Jones Jr., który również dystansowali nogami.

    Ja oglądam mało boksu, nikogo nie naśladuję. Lubię natomiast bawić się ruchem. Wypracowaliśmy z trenerem sposób boksowania, w którym mogę mieć ręce niżej niż standardowo. Opieram swój boks na czutce — trzymanie rąk wysoko mnie spina. Co prawda boksuję tak czasem, gdy muszę iść się bić. Tak było w finale olimpijskim, kiedy w trzeciej rundzie trzeba było postawić wszystko na jedną kartę i odrabiać straty. Wtedy poszłam do przodu, za podwójną gardą i ryzykowałam. Będąc w wyższej kategorii i walcząc z dziewczynami, które miały większy zasięg, też musiałam boksować trochę inaczej. Ale w międzyczasie dużo pracowaliśmy z trenerem nad obroną. Uniki rotacyjne, odchylenia, zejścia. Każde przygotowania zaczynamy od obron. Uczę się nie bać wejść na cios, zaakcentować trafienie. “Róbmy szybkość”, “róbmy szybkość” — mówię, kiedy zbliżają się starty. To szybkość sprawia, że czuję się pewnie.

    “W kadetkach była numerem 6-7” — ocenia cię trener Dylak.

    Tomasza Dylaka znam od czasów juniorskich. Kiedy w wieku 14 lat trafiłam do kadry, byli tam inni trenerzy. Wtedy miałam ręce wysoko, dopiero z trenerem Tomkiem zaczęliśmy boksować inaczej. Dwa treningi dziennie, rozruchy — trener zobaczył, w czym czuję się komfortowo, a ja poczułam, że wychodzą mi jego obrony.
    “Uważaj na Szeremetę, to jest leniuch”

    Twoi klubowi trenerzy przestrzegali Dylaka, że jesteś zbuntowana, niesforna, że nie dajesz się prowadzić.

    Z trenerem Paco z Ukrainy, Igorem Sikorskim, potrafiliśmy pokłócić się przed turniejami. On jedno słowo, ja dwa i przez cały trening była awantura. Zazwyczaj chodziło o to, że podpatrzyłam coś na kadrze i chciałam wykonać to w klubie. On mówił, że mam robić inaczej, a ja nie lubię, jak mi się czegoś zakazuje — wtedy na pewno zrobię po swojemu. Robiłam to, co uważałam i potem mówili: “Uważaj na Szeremetę, to jest leniuch”.

    Byłaś leniuchem?

    Leniuszkiem. Chodziłam na treningi, robiłam swoje, ale nie przykładałam się.

    Gdzie podziało się marzenie o medalu olimpijskim, które miałaś, rezygnując z karate?

    W dzieciństwie miałam większą dyscyplinę. Kiedy rodzice jeździli ze mną na zawody, nie było lekko. Jak nie pojechałam na trening, to trenowałam w domu. Czasem byłam wręcz zmuszana do treningu. Pamiętam, jak tata zmuszał mnie do jedzenia tatara przed zawodami. Byłam dość wybrednym dzieckiem, potrafiłam zapchać sobie czymś policzki i pozbyć się tego, kiedy nikt nie patrzył. Ale tata mnie pilnował. Mówił, że muszę mieć dużo siły, że jestem stworzona do wielkich rzeczy.

    Na drugie imię dał ci “Atena” — wojowniczka.

    Nie używam za bardzo tego imienia — na zawodach w boksie podawałam tylko pierwsze. Ale na pewno rodzice mieli na mnie wpływ. Trenerzy w klubie za to nie mieli na mnie żadnego wpływu. “Tego nie będę robić”, “jestem zmęczona” — mówiłam. Trener Igor wydawał polecenia, naciskał — no i były sprzeczki. Jak nie podobał mi się trening, to udawałam, że trenuję. On chciał mnie utemperować i na sparingach specjalnie dawał mi chłopaków, kazał im na mnie nacierać. Nie robili mi krzywdy, ale łatwo nie było.

    Mężczyźni mają problem z zaakceptowaniem boksujących kobiet.

    Tymczasem to dziewczynom idzie teraz w boksie o wiele lepiej (uśmiech).

    W klubie sparowałam zazwyczaj z dorosłymi, cięższymi chłopakami — tacy tam byli. Z trenerem Igorem prowadziliśmy otwartą wojnę. Jeżeli na kadrze robisz jedno, a w klubie drugie, to nie będzie wyników — porozumienie między trenerem klubowym a reprezentacyjnym jest kluczowe. Ja na kadrze spędzałam coraz więcej czasu, zgrupowań było bardzo dużo. Od czterech lat jadę typowo planem trenera Tomka i Michała Kosowicza. W Lublinie robię pojedyncze treningi, siłownię, worek, który mam w domu. A jak jest dłuższa przerwa między turniejami, to jeżdżę do Gostynia. To tam trenowałyśmy z Elą Wójcik przed igrzyskami.

    “Tylko jego nauczyłam się słuchać” — mówisz o trenerze Dylaku. Czym najbardziej cię przekonał?

    Brakiem nudy na treningach i metodami szkolenia. Trener przejął kadrę od juniorek i stworzył cały system. Wprowadził przygotowanie motoryczne. W kadetkach był boks i sparingi — i tylko to na zmianę. Boks wieczorem, bieganie rano, co drugi dzień po 11 kilometrów. Teraz mamy trening wytrzymałościowy z piłkami lekarskimi, pracę na worku, treningi kognitywne, bieg z pompkami, wyrzuty piłek, basen — bardzo dużo różnych rzeczy. Treningi przestały być monotonne, cały czas się czegoś uczymy, coś testujemy, szlifujemy, żeby uzyskać najlepszą formę na najważniejsze imprezy.

    Z trenerem Tomkiem od początku miałyśmy bardzo dużo odpraw, robił nam je prawie codziennie. Pamiętam, jakie pranie mózgów zrobił nam przed mistrzostwami świata młodzieżowców w Kielcach. Potrafił mówić przez godzinę o tym, że jesteśmy najlepsze, że możemy wygrać z każdym, że się nie poddamy, będziemy walczyć do końca i że w końcu przyjdzie nasz czas, odbudujemy polski boks.

    Na mistrzostwach w Kielcach odpadłaś w ćwierćfinale.

    Trener podkreślał, że nie chce, żebyśmy zaliczały superwyniki w kadetach, tylko buduje zawodniczki, które mają osiągnąć mistrzostwo w seniorach — że taki jest cel. Ja jednak tak naprawdę dopiero od trzech lat ciężko pracuję. U trenera Tomka może się nie obijałam, nie oszukiwałam na treningach, ale poza salą robiłam dalej, co chciałam.

    “Przejąłem ją wraz z kadrą juniorek (…) Była jedną z najsłabszych w grupie, bo nie robiła postępów” — wspomina Tomasz Dylak. Bolało go, że marnujesz potencjał.

    Dalej byłam leniuszkiem, chciałam iść po linii najmniejszego oporu, mieć z tego fun i tyle. A trener był bardzo wymagający. Wystarczyło, że na mnie spojrzał i już wiedziałam, że czeka mnie kara. Na pierwszym obozie cały czas robiłam pompki — codziennie po 200, obojętnie za co. Dochodziło do zabawnych sytuacji. Raz na przykład skończyłyśmy robić z koleżanką siłownię. Był śnieg, więc wyszłyśmy na zewnątrz i zaczęłyśmy rzucać się śnieżkami. Wygłupiałyśmy się, trener patrzył, kiwnął głową, a ja z przyzwyczajenia znalazłam się na ziemi, w podporze (śmiech).

    “Lubiła wypić i zapalić. Przed igrzyskami żyje jak mnich” — to pierwszy artykuł, jaki o tobie przeczytałem.

    Jak zobaczyłam ten tytuł, to chyba przez dwa dni nie odzywałam się do trenera.

    Przyłapał cię na czymś?

    Nie, po prostu wiedział, jak jest. Na zgrupowaniach spędzałyśmy czas z Basią Marcinkowską — dwie wesołe dziewczyny. Miałam też swoich znajomych, imprezowe towarzystwo.

    Miałaś rozrywki, nie miałaś sportowych marzeń.

    Po nieudanych mistrzostwach Europy juniorów w Chorwacji wszystko się zmieniło. Byłam wtedy w słabej formie. Moje niezdrowe prowadzenie, nieprzykładanie się do przygotowań nałożyły się na siebie i odbiły czkawką. Dostałam żółtą kartkę, upomnienie od trenera. Potrząsnął mną, powiedział, że albo się za siebie wezmę, albo nie będę powoływana.

    Wierzysz, że tak by było?

    Tak. Uwierzyłam w to, co mówi trener, zaufałam mu i zaczęłam dbać o szczegóły. Trener Jakub Sawicki chodził ze mną po stołówce i patrzył, co wkładam na talerz. “To masz nakładać, to masz jeść” — mówił. Wcześniej w ogóle nie piłam wody. Na treningu jeszcze jakoś przeszło, ale poza nim? Jakieś napoje gazowane i bardzo dużo soku. Zero warzyw. Teraz w przygotowaniach biorę żelki z melatoniną, które pomagają mi zasnąć. Staram się położyć spać o 23-24. Długo miałam tryb nocny. Kładłam się o 2-3, spałam do 12, wieczorem trening i tak to się kręciło. Teraz trening mam na godzinę 10-11 — przyzwyczaiłam się do rannych pór wstawania. 8, 8.30 śniadanko. Dawniej nie jadłam śniadań. Regeneracja była słaba.

    Co ma na myśli trener Dylak, mówiąc, że przed igrzyskami podpisałyście pakt?

    Naszą rozmowę. Wspólnie z dziewczynami widziałyśmy, że trenerowi nie zależy na pieniądzach, tylko na odnoszeniu sukcesów i osiąganiu celów, które sobie wyznaczył. Ma twardą rękę, ale ogólnie atmosfera w naszym teamie jest świetna. Jak jest praca, to praca, ale w wolne dni wychodzimy razem do restauracji, kina — przebywamy ze sobą na co dzień. Kamil Goiński sypie żartami, to taka nasza dobra duszka. Zawsze jak ktoś boi się iść z czymś do głównego trenera, to najpierw zwraca się do trenera “Goiny”, a ten wszystko załatwia. Trener Tomek działa krok po kroku, wszystko czyta, ogląda, analizuje. Jest samoukiem, który wierzy w to, co mówi.
    “Nie cieszyłam się z tego, że mam już medal”

    Wasz pierwszy wspólny sukces to 2023 r. i złoto młodzieżowych mistrzostw Europy. Tomasz Dylak dostał wówczas potwierdzenie, że nic mu się nie ubzdurało, że naprawdę stać cię na wiele.

    Dodało mi to dużo pewności siebie.

    Trener poświęcił dla nas rodzinę, wszystko. Po poprzednich, nieudanych mistrzostwach zapytał, czy też jesteśmy w stanie się poświęcić, ile wytrzymamy w reżimie. Na horyzoncie były igrzyska, dałam słowo. Zaczęłam bardzo mocno robić siłownię, pilnować suplementów, jeść zdrowo. Powiedziałyśmy sobie z Elą Wójcik, że jedziemy na sto procent, że niedługo kwalifikacje i zobaczymy, co z tego będzie. Igrzyska to był cel priorytetowy.

    Tego dnia, w którym zapewniłaś sobie w Paryżu pierwszy od 32 lat medal dla polskiego boksu, Elżbieta Wójcik przegrała.

    W ogóle nie cieszyłam się z tego, że mam już medal. Byłam smutna, że Eli się nie udało. Moim zdaniem wygrała swój pojedynek, powinna zwyciężyć u sędziów, została oszukana. Decydującą rundę wygrała przecież do jednej bramki… Byłam w strefie medalowej igrzysk olimpijskich, a po policzkach ciekły mi łzy. Razem ze sztabem w ogóle się z tego nie cieszyliśmy.

    Ale miałaś satysfakcję, gdy kończyłaś igrzyska jako chorąży kadry olimpijskiej, przyznaj. Przed igrzyskami mało kto o tobie słyszał.

    Na pewno było to coś wspaniałego. Zamykać imprezę trzymając flagę Polski to wielkie wyróżnienie.

    W półfinale igrzysk nie byłaś faworytką. W ringu spotkałaś się z twardą jak skała i idącą do przodu jak czołg Nesthy Petecio.

    Kiedyś oglądałam swoje pojedynki, oglądałam przeciwniczki. Z czasem coraz rzadziej to robiłam. Podczas kwalifikacji do igrzysk nie śledziłam już swoich rywalek. Trenerzy wyszukiwali pojedynki, analizowali je i mówili, na czym powinnam bazować. Ja co najwyżej zerkałam na minutę zobaczyć, jak ktoś się porusza. Wygrywałam i nawet nie patrzyłam na to, kto będzie następny. Wchodziłam do ringu, robiłam swoje.

    Wcześniej miałaś wywalone na trening, będąc w formie, na to, z kim walczysz. Skłonność do zabawy przełożyłaś na zabawę w ringu?

    Można tak powiedzieć. Odkąd nie chodzę na imprezy, bawię się w ringu. Poza nim nie mam okazji tańczyć, nie mam na to czasu.

    Na igrzyskach nawet nie zerkałam na przeciwniczki. Pamiętam taką sytuację. Wracamy z wagi, a obok nas przechodzi zawodniczka z trenerem. Nie wiem, jakiej konkretnie była narodowości, ale na pierwszy rzut oka wyglądała na Meksykankę. “A kto to jest” — pytam, bo trenerzy zaczęli coś mówić. “No ty z nią dzisiaj walczysz”. Mnie było obojętne z kim, kogo wylosuję. Przyjechałam tam wygrać. Nie wiedziałam, jak która rywalka boksuje, jakie ma osiągnięcia — nic o nich nie wiedziałam.

    W przypadku finału olimpijskiego nie dało się nic o drugiej stronie nie wiedzieć. Po tym, jak do niego awansowałaś, europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik napisała na X, że wśród kobiet już wygrałaś, bo ostatnią walkę na kortach Rolanda Garrosa stoczysz z mężczyzną, który podaje się za kobietę.

    Podchodziliśmy do tego czysto sportowo. Wiesz, w naszej dyscyplinie bardzo dużo osób nie wygląda na kobiety.
    Julia Szeremeta w walce z Nesthy Petecio
    Julia Szeremeta w walce z Nesthy Petecio (Foto: Mauro PIMENTEL / AFP/East News)

    Choćby twoja półfinałowa rywalka. Gdy ściągnęła kask, zobaczyłem uśmiechniętą twarz osoby, która być może miała dziewczęce rysy, ale z jeżykiem na głowie równie dobrze przypominała chłopca.

    A Hinduski? Niektóre z nich mają normalnie wąsy! Wiedzieliśmy, że Lin Yu-ting i Algierka z wyższej kategorii wagowej zostały zdyskwalifikowane na mistrzostwach świata i że są zawieszone w innej federacji. Słyszeliśmy o kontrowersjach, ale co mogliśmy z tym zrobić? Po prostu idziesz i boksujesz.

    “Gdyby finałowa przeciwniczka była wcześniej, to Julka by z nią wygrała — twierdzi Zbigniew Raubo. — Gdyby nie było internetu, tego przekazu o jej rywalce… Bo wcześniej Julka robiła wszystko spontanicznie. Jakby nie wiedziała, że jest na igrzyskach”. Zgadzasz się z trenerem?

    Nie wiem. No bo finałowy pojedynek jednak przegrałam. Nie wiem, czy mogłabym go wygrać wcześniej. Myślę, że na mój występ w finale największy wpływ miało zmęczenie. To była moja 5. walka w turnieju. Moja rywalka stoczyła w Paryżu o jeden pojedynek mniej.

    Jako rozstawiona z jedynką faworytka zmagań w pierwszej rundzie miała wolny los.

    Turniej rządzi się swoimi prawami. A ja pod koniec igrzysk przechodziłam już bardzo ciężko robienie wagi. Boks olimpijski to nie boks zawodowy, gdzie ważenie odbywa się dzień wcześniej i zawodnicy mogą mocno się odwodnić, a potem odbudować. My tak naprawdę przez dwa tygodnie musimy trzymać wagę, bo ważenie jest tego samego dnia, co walka. Możemy jedynie delikatnie się odwodnić, a potem naładować — ale zaraz znowu trzeba się pilnować. W dodatku im niższa kategoria, tym bardziej odczuwalna jest utrata kilogramów. Do tego dochodzą kwestie kobiece, hormony…

    …którym zmęczenie na pewno nie pomaga. Ty po drodze do finału miałaś co najmniej dwie trudne walki, twoja rywalka wygrywała od początku wszystkie rundy, jak leci. Odkładając na bok kontrowersje w kwestii płci, była w świetnej formie. Dużo lepszej niż w mistrzostwach świata w New Delhi, po których została zawieszona. Wtedy nie wygrała — w finale uległa Karinie Ibragimowej. W Paryżu to sobie odbiła.

    Coś poszło nie tak, zajęłam drugie miejsce.
    Te obrazki przeszły do historii. Wyraźne limo

    W trzeciej rundzie, jak nie ty, podniosłaś ręce. Mówiłaś już o tym, że wtedy poszłaś do przodu, zaryzykowałaś.

    Jestem taką osobą, że raczej czuję walkę, dlatego trener daje mi zazwyczaj wolną rękę w pojedynkach. Wchodzę do ringu, patrzymy, czy idzie po mojemu. A jak nie, to wprowadzamy zmiany.

    Część obserwatorów odebrała to jednak tak, że bił cię mężczyzna, więc zaczęłaś się bronić. Do historii przeszły obrazki, na których srebrny medal olimpijski odbiera młoda dziewczyna z niepewnym uśmiechem i wyraźnym limem.

    A tak, miałam podbite oko. Wydaje mi się, że już wcześniej coś pod prawym okiem było. Chyba było ono zbyt sine, żebym miała tak wyraźny ślad zaraz po finałowej walce.

    Kuba Wojewódzki powiedział, że skoro sparujesz i z kobietami, i z mężczyznami, to musisz wiedzieć, czy w finale olimpijskim uderzał cię facet.

    Chłopaki, z którymi wygrywałam na zawodach, nie mieli jeszcze takiej siły jak mężczyźni, których znałam z boksu. Do pewnego momentu można rywalizować z chłopakami, przeciwstawiając im technikę, zawziętość, doświadczenie. Ale gdy nabiorą tężyzny fizycznej, to jest już ciężko. Czy Lin Yu-ting biła jak mężczyzna? Wiesz, dużo zależy od tego, kto, jaki ma styl boksowania. Ona nie stała mocno na pozycji, w miejscu, bardziej pykała. Warunki fizyczne, o wiele dłuższy zasięg rąk — korzystała z tego. Przemieszczała się, schodziła, biła w tempo, kontrolowała. Siły ciosu nie czułam. Ale w walce działa adrenalina.

    Wojewódzki uznał, że zasłużyłaś na odegranie hymnu, zorganizował orkiestrę. Kiedy byłaś u niego w programie, trwała już moda na Julię Szeremetę. Moda, która w zasadzie nie mija. Czym ją sobie tłumaczysz?

    Na pewno tym, że przez tyle lat nie było medalu olimpijskiego w boksie. Wydaje mi się też, że ludzie bardzo polubili mnie za to, jaka jestem. Dużo osób zaczęło się mną inspirować, trenować sport. Nadal odnoszę sukcesy, więc to cały czas się kręci.

    Deficyt sukcesów w polskim sporcie olimpijskim. Do tego twój efektowny, czytelny, a zarazem zawadiacki styl walki. No i głośny spór wokół płci rywalki z finału. Ten ostatni temat zbiegł się z “tęczowym” otwarciem igrzysk oraz podpisaniem przez Donalda Trumpa ustawy zakazującej osobą transpłciowym startu w kobiecych zawodach na poziomie uniwersyteckim i szkolnym. Sprawę komentowało wiele postaci popkultury, m.in. J.K. Rowling i Elon Musk. W związku z tym wszystkim twoja popularność wykroczyła zdecydowanie ponad sport.

    Wiem, że ciągle trwa dyskusja i ludzie wypisują różne rzeczy w internecie. Ja tego nie śledzę. Ale nawet jak nic nie wstawiam przez dwa miesiące, to artykuły o mnie piszą się same. Ogólnie to bardzo rzadko cokolwiek wstawiam, nie komentuję.

    I — paradoksalnie — właśnie dlatego masz tylu kibiców. W obliczu kontrowersji nie podzieliłaś ludzi. Kiedy Sławomir Mentzen pochwalił się, że w wyborach samorządowych startowałaś z list Konfederacji, dystansowałaś się od polityki. Polacy chętnie utożsamiają się z uśmiechniętą dziewczyną, która nie miała w życiu łatwo. Kiedy twój tata opowiedział, że wynajmujesz maleńki pokój u mamy znajomego, czytelnicy solidarnie poparli apel prasy, żeby przyznać ci mieszkanie. Stare peerelowskie budownictwo, ciemna kuchnia i powierzchnia dwa na trze metry do dyspozycji, gdzie poza łóżkiem mieściły się tylko odżywki i puchary — to rodziło współczucie.

    Aż tak małe tamto mieszkanie nie było. A puchary stały raczej u mnie w domu.

    Czytałem, że do twojego rodzinnego domu w dzień finału igrzysk przyjechali: burmistrz, twoja dawna wychowawczyni z zerówki, dyrektorka szkoły i radna.

    Ludzie wstawiali zdjęcie znaku “Bieniów” i oznaczali mnie na Instagramie. Bardzo dużo osób gromadziło się też w moim klubie. Oglądali tam półfinał, finał — zrobili sobie strefę kibica.

    Po igrzyskach zostałam bardzo miło przywitana w Lublinie. Dotarłam tam jednak dopiero po ponad tygodniu od powrotu do kraju.

    Jak zapamiętałaś powitanie na lotnisku?

    Nie spodziewałam się, że zbierze się tam aż tylu fanów, to był dla mnie szok. Co prawda lądowaliśmy z siatkarzami, ale sądzę, że połowa ludzi czekała specjalnie na nas.

    Po przylocie mieliśmy z trenerem mnóstwo obowiązków w Warszawie. Już pierwszego dnia wieczorem odbyło się spotkanie z menedżerem. Przedstawialiśmy swoje wizje, mówiliśmy o tym, jakie mamy cele, plany na moją karierę.
    Julia Szeremeta
    Julia Szeremeta (Foto: TOMASZ MARKOWSKI / NEWSPIX.PL / NEWSPIX.PL / newspix.pl)

    Trener Tomasz Dylak już kilka lat wcześniej przeczuwał, że będziesz gwiazdą. I gdy ten moment nadszedł, postanowił zadbać o twój wizerunek. Zdawał sobie sprawę z tego, że rozpoznawalny sportowiec musi mieć kontrolę nad swoim nazwiskiem także w showbiznesie. Jeszcze przebywając w wiosce olimpijskiej, zaczął szukać kontaktu do doświadczonego menedżera.

    Rozmawiał z innymi olimpijczykami, doradzał mu Piotrek Jagiełło z TVP Sport. Wszyscy razem po wylądowaniu na Okęciu spotkaliśmy się z Dominikiem Gorzelańczykiem.

    Menedżerem gwiazd, który współpracował choćby z Joanną Jędrzejczyk, Urszulą Radwańską, Krzysztofem Piątkiem czy Katarzyną Zillmann.

    Dogadaliśmy się i odtąd to on ogarnia współprace, wszelkie kwestie sponsorskie. I super, bo ja nie interesuję się takimi rzeczami. Jestem bardzo zadowolona ze współpracy z Dominikiem. Czasem nie ma ze mną lekko (śmiech).
    “Wszyscy imprezowali, a ja następnego dnia miałam od samego rana pracę”

    Bo pochłania cię boks, a zarazem dużo się wokół ciebie dzieje. Twój trener przewidywał, że po Paryżu będziesz rzucona jak płotka w morze.

    Wchodziłam w świat, o którym nic nie wiedziałam. Tak naprawdę dopiero po igrzyskach uczyłam się mediów, uczyłam się tego wszystkiego, co się wiąże z sukcesem. I trener prowadził mnie za rękę tą drogą.

    Wszędzie widziałem was razem. Właściwie każdego wywiadu udzielaliście wspólnie.

    Byliśmy zapraszani do różnych programów. Bardzo dużo tego było. Chcieliśmy odbudować polski boks, zachęcić młode osoby do uprawiania sportu. Nie zdradzałam wszystkiego, raczej mnie wszyscy ciągnęli za język. Ale nie jestem osobą skrytą — pójdę, porozmawiam.

    Słuchając tych wywiadów, odnosiłem wrażenie, że trener niekiedy odpowiadał za ciebie. Nie przeszkadzało ci to?

    Nie, na luzie do tego podchodziłam. Trener pilnował mnie z różnymi rzeczami. Doradzał mi sportowo, życiowo, doradzał inwestycje.

    Obawiał się twojej wrażliwości. Sprawdzał, z kim się zadajesz, bo zdawał sobie sprawę, że wszystko chłoniesz jak gąbka. Był gotów ściągać cię na ziemię, jeżeli za bardzo polubiłabyś salony. Przed igrzyskami trzymał cię w ryzach przez półtora roku. Wiedział, że po okresie zagryzania zębów, w którym tylko trenowałaś, brałaś suplementy i spałaś, marzysz o wypiciu drineczka.

    Po finałowej walce wypiłam jednego drinka. Wszyscy imprezowali, a ja następnego dnia miałam od samego rana pracę. Dom Polski, ceremonia zakończenia igrzysk — to wszystko na mnie czekało. Po powrocie do kraju gdziekolwiek się pojawiłam, byłam nagrywana. Wyjście do klubu odpadało. Zostały domówki, ale nie było na nie czasu. Uroczyste powitania, wywiady, spotkania sponsorskie, wyróżnienie od prezydenta, nagrody od burmistrza, od gminy. I masa artykułów. Nie czytałam ich, ale wyświetlały mi się nagłówki, posty. “Kurde, czy ja coś takiego powiedziałam?” — dziwiłam się nieraz. Clickbaitowe tytuły, a pod nimi moje zdjęcia.

    Często były to artykuły w stylu: “Pilne, Julia Szeremeta zjadła obiad”. “Wszystko jasne. Julia Szeremeta ujawniła, czy ma chłopaka”. “Julia Szeremeta jest kobietą!!”

    Śmialiśmy się z tego, że już wiedzą, że przeszłam badania potwierdzające płeć, a ja nie miałam jeszcze wyników.

    Z czasem to wszystko mi się przejadło. Jak trener oglądał mój wywiad, to wychodziłam. “Nie, nie chcę tego słuchać”. Odpowiadanie na te same pytania, ciągle mówienie o tym samym. A jeszcze zaczęli kręcić o mnie film. Autografy, zdjęcia — w grudniu miałam dosyć.

    Jak ktoś podchodził do mnie z telefonem, jak widziałam kamerę, to mówiłam, że “zaraz” — głowa w drugą stronę i ucieczka. Tak było na gali Suzuki. Normalnie chciało mi się płakać.

    Mądrze konsumowaliście sukces, ale euforia w narodzie nie opadała. Kolejne wydarzenia, wywiady, współprace. Miałaś wyładowane baterie. Trener Tomasz Dylak w swoim kontekście mówił nawet o stanach depresyjnych. Stwierdził, że cała ta droga nauczyła go, że dążenie do sukcesu jest ważniejsze niż sam sukces. “Gdy nadejdzie cel, powstaje pustka i człowiek myśli: kurcze, co teraz?” — wyznał Arturowi Gacowi z Interii.

    Ja chciałam mieć spokój, musiałam odpocząć. Trener też miał ciężki okres. Najpierw byliśmy ciągle na zgrupowaniach: praca na sto procent, jeden cel. Potem było mnóstwo spotkań.

    Najgorzej jest na różnych eventach, gdzie ludzie zaczepiają mnie w każdej możliwej sytuacji. Jesz, a oni podchodzą, gadają. Ty nie masz o czym z nimi rozmawiać, bo w ogóle ich nie znasz. Nie rozumieją, że potrzebujesz chwili dla siebie. Nagrywają cię z ukrycia, gdy idziesz po mieście. Jesteś dla nich zabawką, maskotką. Tak się czuję na targach. Na ostatnich, drugiego dnia, byłam totalnie zajechana, zniszczona i wręcz ukrywałam się, chowałam przed ludźmi. Wystarczyło, że na moment usiadłam i już podchodziły dwie, trzy osoby. “Czy mogę zdjęcie?”. Niektórzy nie ogarniają, że chcesz zjeść i jak dadzą ci spokój, to później przyjdziesz i zrobisz z nimi to zdjęcie. Trener kazał mi jechać do hotelu, bo normalnie zabijałam już wzrokiem, strasznie mnie męczyli. Chociaż teraz i tak jest w miarę luźno, już się trochę uspokoiło. Mam życie.

    2023, 2024 to były dla ciebie bardzo intensywne sportowo lata.

    Na gali Suzuki w Lublinie stoczyłam swoją 41. walkę w przeciągu dwóch lat. Przez poprzednie trzy lata nie zrobiłam tyle walk co w rok. Bardzo dużo startów, sparingów. Do grudnia tak naprawdę nie miałam wolnego. Jak była przerwa od mediów, to wyjeżdżałam na obozy. Pamiętam, jak zasypiałam na kanapie u Kuby. Rozmawiał z drugim gościem, a ja właśnie przyjechałam z obozu i byłam tak zmęczona…

    Do Bułgarii, na mistrzostwa Europy U-22, pojechałaś jako sparingpartnerka.

    Tak. U nas, w boksie dziewczyn, wszystko bardzo mocno gra, bo główny trener koordynuje wszystkie grupy kobiece: młodziczki, kadetki, juniorki. Przejście z wieku juniora do seniora nie jest łatwe, łączy się przestawieniem na zupełnie inny boks. U nas ta granica jest zatarta, bo juniorki przebywają na zgrupowaniach z seniorkami. Kinia Krówka na przykład trenowała z nami już półtora roku temu i dlatego w mistrzostwach świata w Liverpoolu nie odczuła przeskoku.

    To połączenie grup musi być niezłą motywacją dla młodych. Zamiast tylko słyszeć o sukcesie, mogą go dotknąć, poczuć.

    Po igrzyskach zmieniło się moje podejście do obozów. Wcześniej kojarzyły mi się wyłącznie z ciężką pracą. Teraz na obozach także odpoczywam. W Sofii mogłam wreszcie porządnie się wyspać. Zrobiłam trening, wysypiałam się i przychodziłam na kolejne zajęcia.

    Szybko wróciłaś do treningów po Paryżu?

    Bardzo szybko zaczęłam się ruszać, robić sparingi, żeby nie mieć przestoju. Chciałam też przygotować się jakoś do walki w grudniu. Byłam w Bułgarii, byłam w Budvie, przy okazji mistrzostw świata juniorów. O, to był wymagający obóz. Poleciałam tam napuchnięta, następnego dnia po wyrwaniu ósemek. Też na sparingi, ale tam już trener bardzo cisnął mnie z przygotowaniami. Taki jest, wciąż chce osiągać sukcesy. Mnie na tamtym obozie nie szło, mieliśmy bardzo ciężki okres. Możesz zapytać Piotrka Jagiełły, jak trener na mnie krzyczał. Kazał mi robić sto padnij-powstań, bo nie spodobał mu się sparing. W Sofii czułam się wyśmienicie, ale w Budvie nie miałam takiego głodu, motywacji. Piotrek z operatorem wyszli z sali, licząc, że może wtedy trener mi odpuści.
    Igrzyska Olimpijskie. Paryz 2024. Wreczenie nagrod medalistkom. 07.10.2024
    Igrzyska Olimpijskie. Paryz 2024. Wreczenie nagrod medalistkom. 07.10.2024 (Foto: Piotr Kucza / FOTOPYK)

    Przejadł ci się boks?

    Kiedyś śledziłam boks zawodowy, zerkałam na olimpijski, oglądałam bardzo dużo MMA. Teraz mam tyle boksu na co dzień, że włączam telewizor tylko, jak walczą znajomi. Nie patrzę na turnieje amatorskie. Mama informuje mnie o wszystkim, bo ona wszystko śledzi. “No, ta wygrała z tą” — dzwoni zawsze w trakcie turniejów.

    Trener Dylak wspomniał o problemie motywacyjnym, który pojawił się u ciebie, gdy opadł bitewny kurz.

    Po walce na Suzuki Boxing, którą stoczyłam w połowie grudnia, do końca miesiąca miałam czas na regenerację. W nowy rok weszłam świeża. Moim celem były mistrzostwa świata IBA, które miały odbyć się w marcu. Ale polski związek, po zaleceniu MKOl-u, odłączył się od IBY i przez to nie pojechaliśmy na kolejne już mistrzostwa świata. Na poprzednich, w Indiach, też nie wystartowaliśmy. Wtedy zainterweniowało ministerstwo — trwała wojna w Ukrainie, a turniej finansowany był przez pieniądze z Rosji. Drugie mistrzostwa świata z rzędu nas omijają — byliśmy delikatnie podłamani tą sytuacją. Trenowałam, szlifowałam różne elementy, ale nie wylewałam już siódmych potów tak, jak przygotowując się do igrzysk.

    “Julka, jesteś młodą zawodniczką, musisz robić stałe postępy” — miał ci wtedy powiedzieć trener. Kazał ci mimo wszystko przycisnąć, robić formę i zrzucać kilogramy.

    Trener chce, żebym cały czas była w procesie treningowym, a nie robiła tylko jeden, dwa szczyty formy. Przy nim czuję, że się rozwijam. Ciężkie treningi, sparingi — to dzięki temu staję się lepszą zawodniczką.
    Tak wygląda rok Juliii Szeremety. “Rozciągnięty sezon”

    Wreszcie znalazłaś cel: wrześniowe mistrzostwa świata World Boxing w Liverpoolu.

    Polski związek przeszedł do nowej federacji i okazało się, że mamy jechać do Anglii. Na szczęście. Mocno przygotowywałam się do tej imprezy. Na Puchary Świata w Brazylii czy w Warszawie specjalnie się nie szykowałam. Bardziej bawiłam się wtedy boksem, po prostu sobie trenowałam.

    Ogólnie mamy bardzo długi, rozciągnięty sezon, więc robimy formę i trzymamy ją przez pół roku. Od 3 stycznia zaczynamy bardzo intensywne przygotowania. Mamy 2-3 roztrenowania w roku i niewiele wolnego. Ja miałam miesiąc luzu po Pucharze Świata w Warszawie (po którym zaczęliśmy właściwe przygotowania do mistrzostw), 2-3 tygodnie po mistrzostwach świata i będę odpoczywała od boksu w grudniu po młodzieżowych mistrzostwach Europy. Ale niektóre dziewczyny startowały w międzyczasie w młodzieżowych mistrzostwach Polski i będą startować na mistrzostwach Polski seniorów.

    Przed mistrzostwami świata wygrałaś turniej w Debreczynie, zajęłaś drugie miejsce na Pucharze Świata w Brazylii, zwyciężyłaś w Memoriale im. Feliksa Stamma. Większość ludzi nie miało pojęcia, co to za imprezy — ważne było to, że wróciła Julia Szeremeta.

    Po igrzyskach byłam kochana, teraz komentarze są różne. Ludzie pisali, że walczę dla kasy, bo zamiast wystartować w mistrzostwach Polski, stoczyłam walkę na gali sponsora. A tak naprawdę miałabym więcej ze stypendium za mistrza Polski, niż dostałam za walkę na gali Suzuki.

    Ja dzielę popularność na dwa etapy i moim zdaniem przekroczyłaś bezpieczny próg. Poziom pierwszy to rozpoznawalność w branży. Jeżeli ktoś jest doceniany w swoim środowisku, łączy się to przede wszystkim z szacunkiem — to dobra i komfortowa popularność. Ale gdy wykroczysz poza obręb swojej dziedziny, kiedy stajesz się naprawdę znany, to nagle wypowiadają się o tobie ludzie, którzy nie mają pojęcia o tym, czym się zajmujesz. Wmanewrowują cię w różne rzeczy, powielają plotki i popularność, z przyjemnego dodatku do życia, staje się czymś nie do zniesienia.

    Zgodzę się z tobą. Dzisiaj nie brakuje “znawców” boksu, którzy nie mają chyba co robić w życiu i hejtują mnie w komentarzach. Piszą z kont bez zdjęć, wstawiają o mnie posty. A potem czytam, że wychodzę im z lodówki. Co ja poradzę na to, że jest mnie pełno w internecie?

    Twoje zdjęcie w koronkowym staniku przy wodospadach w Brazylii przewija mi się na tablicy średnio raz na dwa tygodnie.

    Jak przegrałam walkę na igrzyskach, to było klepanie po plecach. Teraz, jak wygrywam, to często jest źle. Ludziom przeszkadza wszystko: to, jak walczę, jak się ubiorę — wymyślają różne rzeczy. Wypisują, że mam nisko opuszczone ręce i że na zawodowstwie pokażą mi, co to jest boks. Nie mają pojęcia o tym, że boks zawodowy teoretycznie jest łatwiejszy niż olimpijski, bo tam przy dobrym promotorze toczysz jedną walkę raz na jakiś czas (a nie pięć walk na jednym turnieju) i przygotowujesz się pod konkretnego zawodnika, którego możesz sobie wybrać. Nie wchodzę w polemikę, ale czasem się z takich “mądrości” pośmieję.

    W mistrzostwach świata w Liverpoolu byłaś rozstawiona z nr 1. Odczuwałaś presję?

    Przyznam się, że delikatnie tak, odczuwałam. Wcześniej w Pucharach Świata, kiedy nie przygotowywałam się na sto procent, startowałam na takiej wyjebce, wchodziłam do ringu i nie kalkulowałam. A w mistrzostwach miałam w głowie, że muszę zdobyć medal.

    Na poprzedzającym je zgrupowaniu w Wałczu sparowałaś z dziewczynami z czterech, a nawet pięciu wyższych kategorii wagowych. Trener ponoć jeszcze nigdy nie widział cię w takiej formie.

    Sparowałam zarówno z lżejszą Wiktorią Rogalińską, jak i z Oliwką Toborek startującą w wadze 75 kilogramów. Trener nie bał się mnie puszczać na cięższe zawodniczki, a ja chciałam sprawdzić szybkość, poczuć siłę ciosu.

    W Liverpoolu byłaś w wyższej formie niż w Paryżu?

    Wydaje mi się, że forma była bardzo dobra. Możliwe, że lepsza niż na igrzyskach. Minął rok, stałam się lepszą zawodniczką. Natomiast w mistrzostwach świata nie wszystko było tak, jak powinno być. Nie podobały mi się pojedynki, jakie tam stoczyłam.

    Było trudniej, ponieważ rywalki poznały już twój styl?

    Na pewno patrzyły na mnie inaczej. W Paryżu byłam no name’em — nikt się na mnie nie skupiał, wszyscy przygotowywali się pod faworytki. Teraz każdy obserwuje mnie i trenuje po to, żeby mnie pokonać — dostosowują sposób boksowania, taktykę… Ja w Liverpoolu strasznie się spinałam. Zamiast bawić się boksem i pokazać w ringu swoje mocne strony, chciałam za wszelką cenę wygrać. A przeciwniczki nie pozwalały mi na dużo. Wiedzieliśmy, że nie wszystkie pojedynki będą się podobać, że z Ibragimową z Kazachstanu będzie brudny boks. Ale ogólnie nie czułam się w Anglii jakoś super i nie zaprezentowałam się tak, jakbym chciała.

    Kiedy 18-letnia Kinga Krówka po równej walce odpadła z turnieju, pojawiły się głosy, że gdyby miała twoją renomę, przeszłaby dalej.

    Na pewno organizatorzy, fotografowie zwracają na mnie uwagę. Sędziowie też mnie kojarzą. Mogłam podobać im się wcześniej w jakichś pojedynkach, ale przy walkach fifty-fifty to jest ogólnie loteria. Każdy sędzia siedzi w innym miejscu, każdy inaczej widzi cios.

    Jeden sędzia lubi kontrbokserki, drugi woli te, które idą do przodu, bo sam tak kiedyś boksował. Nic nie poradzę na werdykty.

    Ale sądzisz, że finał wygrałaś?

    Tak myślałam. Akurat w tym pojedynku czułam się chyba najlepiej w całym turnieju. Byłam spokojna. Aż okazało się, że muszę gonić wynik.
    Oto kulisy walki na MŚ! Julia Szeremeta opowiada

    Twój trener miał wyznać Andrzejowi Kostyrze, że popełnił błąd. Po drugiej rundzie powiedział ci, że przegrałaś i musisz rzucić się do odrabiania strat, co usztywniło cię, zamiast ci pomóc.

    Nie można boksować emocjami. A ja, jak za bardzo chcę, to nadziewam się na ciosy.
    Julia Szeremeta
    Julia Szeremeta (Foto: Aleksander Majdański / newspix.pl)

    Nie musiałaś przegrać trzeciej rundy. Być może, gdybyś do końca boksowała swoje, również w oczach sędziów wygrałabyś finał.

    Możliwe. Co innego, jak idę do przodu w swoim stylu (z unikami, obroną), a co innego, jak wiem, że przegrywam i po prostu biję, ile mogę. Wtedy do głosu dochodzą emocje, których nie powinno być. Powinno się walczyć z chłodną głową.

    Potrafiłaś zachować chłodną głowę, mając świadomość kontuzji prawej ręki?

    Byłam na tabletkach i miałam tę rękę bardzo mocno usztywnioną. Ale wydaje mi się, że w głowie była blokada. Sam widok tej ręki, myślenie o kontuzji. Ręka była napuchnięta, miałam na niej bardzo dużą gulę. Idąc na wagę, nakładałam na nią podkład, żeby nikt niczego nie zauważył, żeby dopuścili mnie do startu.

    Kontuzji nabawiłaś się w ćwierćfinałowym boju.

    Tak, w walce z Kazaszką o medal. Schodząc do narożnika po pierwszej rundzie, poczułam pulsowanie ręki, normalnie mi ją rozrywało. Po walce pojechaliśmy na prześwietlenie do szpitala. Dali mi stabilizator, a lekarz powiedział, że coś tam jest i trzeba to dokładnie sprawdzić, zrobić rezonans. Mówił, że zaleca, żebyśmy nie walczyli, w żadnym wypadku. Usłyszałam “no fight” i już nie słuchałam dalej, poleciały mi łzy. “Ja będę walczyć” — powiedziałam.

    Do rana trwały dyskusje, co dalej.

    Podjęliśmy decyzję z trenerami, że boksujemy. Możliwe, że gdyby nie były to mistrzostwa świata, tylko jakiś zwykły turniej, to byśmy się wycofali — żeby dalej nie nadwyrężać tej ręki, żeby później się to za mną nie ciągnęło. No bo jednak do teraz ta ręka mi dokucza, nie jest jeszcze wyleczona. Nie uderzam nią w przygotowaniach, dopiero niedawno zaczęłam robić pompki. Trenuję lewą ręką, prawą wciąż rehabilituję (rozmawialiśmy 2 listopada – przyp. red.). Mam pękniętą chrząstkę w nadgarstku. To przez 6-8 tygodni powinno się zrastać.

    W Liverpoolu słyszeliście o silnym stłuczeniu.

    I tak naprawdę nie widzieliśmy innego wyjścia niż boksowanie. Wiedziałam, że nie poprzestanę na brązowym medalu, przyjechałam tam po złoto.

    Wywalczyłaś srebro. Wicemistrzyni olimpijska, wicemistrzyni świata. Wciąż boli cię to “wice”?

    Hmmm… (westchnienie)

    Przyznam szczerze, że najpierw było rozczarowanie. “A znowu to srebro”, “passa srebra”, “czemu się mnie tak trzyma?”. Chciałam złota, a nie srebra; ale patrząc na historię, to i tak bardzo duży sukces — w mistrzostwach świata Polska ma niewielki dorobek. W finale nie dałam dupy, stoczyłam dobry pojedynek — to nie była typowa przegrana.

    Jeśli komuś ulegasz, to w finałach. I zawsze towarzyszą temu dodatkowe smaczki. W Paryżu w tle była społeczno-obyczajowa afera. W Liverpoolu także walczyłaś ze znacznie wyższą rywalką, werdykt był kontrowersyjny, do tego kwestia kontuzji.

    Przeszłam bardzo ciężką drogę, żeby być tu, gdzie jestem. Dobry występ na igrzyskach, w mistrzostwach świata, zdobyte puchary — to wszystko spowodowało, że jestem nie tylko jedynką w swojej wadze, ale też numerem 1 World Boxing bez podziału na kategorie wagowe.
    Lin Yu-ting i Imane Khelif. Julia Szeremeta mówi wprost

    Występujesz regularnie, czego nie można powiedzieć o Lin Yu-ting i Imane Khelif — złotych medalistkach z Paryża, których dotyczył cały ideologiczny spór. Algierka ma ponoć w planach przejść na boks zawodowy. Tajwance odmówiono zaś prawa występu na Pucharze Świata w Anglii, a z mistrzostw świata zrezygnowała dwa dni przed startem.

    One po igrzyskach w ogóle nigdzie nie startowały.

    W IBA są zablokowane. Ale MKOl wykreślił tę federację z rodziny olimpijskiej, decydując się na współpracę z World Boxing. Nowa organizacja ma za zadanie utrzymać boks w programie olimpijskim. Żeby to zrobić, musi przeciwdziałać korupcji i dbać o wizerunek boksu, na którym cieniem kładzie się zamieszanie z Paryża. Aby uniknąć niejasności, World Boxing wprowadziło nowe przepisy, które nakładają na krajowe związki obowiązek testowania i potwierdzania płci biologicznej sportowców przed ich zgłoszeniem do zawodów za pomocą oficjalnych testów genetycznych. Reprezentacje muszą teraz okazać certyfikat określający płeć chromosomową pięściarek.

    Tak. Żeby wystartować w mistrzostwach świata, musieliśmy przedstawić testy płci, które zrobiliśmy na turnieju w Polsce. Dziewczyny z Francji przyleciały, chciały zrobić testy na miejscu i cała kadra kobiet nie została dopuszczona do mistrzostw.

    Imane Khelif odwołała się od postępowania World Boxing do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu, co miało na celu umożliwienie jej startu bez poddania się testom. Trener Tajwanki podkreśla natomiast, że jego zawodniczka przeszła obowiązkowy test.

    Miała startować. Obiło mi się o uszy, że wysyłali do World Boxing zapytania, jak ten test ma wyglądać.

    A mnie, że Tajwańczycy powoływali się na akt urodzenia i że wysłali badania, ale nie otrzymali żadnej odpowiedzi.

    Badania trzeba było przedstawić na miejscu. Tak w ogóle, gdzieś wypowiadała się lekarka czy lekarz — ktoś, kto badał Yu-ting i Khelif w New Delhi. Chodzi o te testy, po których zostały zawieszone przez IBA.

    W czasie igrzysk podważano metodologie tych badań. Określanie mężczyznami pięściarek nazywano rosyjską propagandą, bo na czele IBA stoi człowiek Putina, Umar Kremlow. Kremlow zwołał chaotyczną konferencję prasową, a MKOl poręczył za zawodniczki.

    Trener Tomasz Dylak w swoich ocenach był wówczas bardzo ostrożny. Mówił, że pewnie wkrótce wszystko się wyjaśni, że nie szuka wymówek. Kazał usunąć udostępnione na twoim profilu memy, przepraszał. W lutym wciąż był wyważony, ale dziwiło go, że nadal nie ma wyników badań antydopingowych z Paryża. Na mistrzostwach w Liverpoolu już wybuchł. Ze zbulwersowaniem w głosie mówił, że coś tu śmierdzi, że nie rozwiano wątpliwości i wygląda na to, że zabrano wam złoty medal olimpijski.

    A ty, co o tym sądzisz?

    Moim zdaniem medialnie za dużą wagę przywiązywano do rosyjskiej dezinformacji i wojny kulturowej, zamiast skupić się na meritum sprawy. Uważam, że dwa zwalczające się światopoglądowo obozy dostały pożywkę. Zwłaszcza po tym, jak z walki z Imane Khelif wycofała się Angela Carini. Włoszka otrzymała dwa ciosy i ze łzami w oczach opowiadała, że choć była to najważniejsza walka w jej życiu, musiała myśleć o swoim zdrowiu. Czy te ciosy były tak mocne?

    One wcześniej normalnie robiły ze sobą sparingi. Aneta Rygielska też sparowała z Khelif. Tyle że wcześniej nie mówiło się tak o zawieszeniu pięściarek. Potem temat rozdmuchały media i wydaje mi się, że Włoszka postanowiła coś na tym ugrać. Bo ona tak naprawdę do tej walki nie wyszła.

    Podobno przed wejściem na ring nawet się nie rozgrzewała. Kilka dni później włoska ekipa otrzymała od IBA 100 tys. dol., a więc równowartość sumy, którą organizacja ustaliła dla złotych medalistek olimpijskich.

    Włoszka bardzo dużo na tym zyskała. Dostała pieniądze od IBA, pisano, że ma ją wspomóc Musk.

    Którego Khelif pozwała za nękanie w sieci…

    Sparowały ze sobą wcześniej i myślę, że na igrzyskach Włoszka po prostu wiedziała, że przegra. O zawieszeniu zrobiło się głośno, dlatego nie podała rywalce ręki. No, ja to bym nigdy nie oddała pojedynku bez walki.

    Co dzisiaj o tym wszystkim myślisz?

    Nie znam się na poziomach testosteronu, chromosomach, nie śledzę tego, nie interesuję się tym i nie jestem w stanie za bardzo wypowiadać się na ten temat. Ale słyszę jakieś rzeczy od dziennikarzy, trenera i wydaje mi się, że w tej sprawie raczej jest coś nie tak.

    Wszyscy inni zawodnicy pojawiają się na turniejach, walczą, a Imane Khelif i Lin Yu-ting nie — to jest bardzo podejrzane. Były zawieszone, nie startowały i po igrzyskach dalej nigdzie nie startują. Kombinowali, omijali badania…
    Imane Khelif
    Imane Khelif (Foto: RvS.Media/Robert Hradil / Contributor / Getty Images)

    Masz świadomość tego, że będziesz wciąż pytana o tę sprawę?

    Wiem, że bardzo dużo osób mnie z nią kojarzy i że w moim przypadku to wciąż główny temat. Nie ma co ukrywać, kontrowersje dały mi bardzo duży rozgłos — gdyby ich nie było, to nie wiadomo, czy byłabym tak rozpromowanym i kojarzonym sportowcem. Wciąż pojawiają się nowe artykuły, a kiedy kogoś poznaję, to za każdym razem pada: “I jak, jest już to złoto?”. Ostatnio w wojsku też tak mnie przywitali: “Ooo, masz już złoto?”. Nasz szef mówi, że się za tę sprawę wezmą, że będzie walczyć o tamten złoty medal.

    Zadowoliłoby cię taki triumf, przy zielonym stoliku?

    Wydaje mi się, że nie. Miałabym złoty medal, złoto to złoto, to prawda, ale czy dużo mi to w życiu zmieni? To nie to samo, co usłyszenie Mazurka Dąbrowskiego na igrzyskach. Będąc na miejscu, są inne odczucia, emocje. Poza tym… No, przegrałam tamten pojedynek. Jakbym miała walczyć z Lin Yu-ting jeszcze raz, to też bym walczyła. Wyszłabym do niej i chciała wygrać. W taki sposób mogę zdobyć złoty medal. Usłyszeć, że wygrałam turniej po półtora roku od finału, to co innego. Na pewno aż tak by mnie to nie satysfakcjonowało…

    To kwestia perspektywy. Gdy Szymon Kołecki dowiedział się, że na skutek wykrycia dopingu u rywala, przyznano mu złoto, był bardzo szczęśliwy. Dla niego występ w Pekinie był ostatnim w karierze sztangisty. Ty możesz ozłocić się w Los Angeles. Rozumiem, że taki jest plan?

    Na razie skupiamy się na poprawie błędów. Po kontuzji zaczęłam mocno pracować przednią ręką, bo nie miałam tak dopracowanego ciosu prostego, żebym mogła na nim bazować. Eliminujemy moje błędy, udoskonalamy technikę. W Los Angeles będę miała 25 lat…

    Tomasz Dylak mówi, że bazując na szybkości, zawsze będzie istniało ryzyko, że na 100 walk, 10 przegracie, bo nie traficie idealnie z formą. W boksie olimpijskim możecie takie ryzyko ponosić, ale jeżeli miałabyś walczyć w boksie zawodowym, twój styl uległby zmianie.

    Boks zawodowy to inne ustawienie, mniejsza lotność na nogach, twardsza pozycja. Ale ja też tak boksuję. Boks zawodowy to na pewno coś innego — cieniutkie rękawice, brak kasków. Ale wydaje mi się, że też bardzo dobrze bym się tam czuła. Na amatorstwie nie da się wygrać wszystkich walk — styl stylowi nie będzie odpowiadał, w którejś z walk zabraknie szybkości, nałoży się zmęczenie turniejowe. W boksie zawodowym nie szykujesz się pod wszystkich. To sport bardziej widowiskowy, jest tam więcej nokautów. Ja nie mam jakiegoś parcia na nokaut, ale podoba mi się to. Już przed moim pierwszym występem po igrzyskach, na Suzuki Boxing w Lublinie, staraliśmy się o walkę bez kasku. Dużo dziewczyn może się bać tej zmiany, zwłaszcza te, które biegną do ataku z głową do przodu. Na zawodowstwie nadziałyby się na kontrę i nie byłoby boksowania. Ja nie boję się wejść na cios, zaryzykować, a kask ogranicza mi ruchy. Lepiej by mi się bez niego boksowało.

    Czyli co, zdobywacie mistrzostwo olimpijskie z trenerem Dylakiem i potem kontynuujecie pracę w boksie zawodowym?

    Teoretycznie już mogłabym przejść na zawodowstwo, bo teraz można łączyć boks olimpijski z boksem zawodowym. Był nawet taki plan, żebym przygotowując się do igrzysk w Los Angeles, toczyła po 2-3 walki zawodowe w roku. Budowała rekord, a po zdobyciu złota przeszła typowo na zawodowstwo i szybko dostała walkę o tytuł zawodowej mistrzyni świata. Ale zagranicznej grupie promotorskiej, z którą rozmawialiśmy, bardzo zależało na tym, żebym od razu zmieniła dyscyplinę. Więc póki co zamknęliśmy ten temat.

    Złoto na igrzyskach, zawodowe mistrzostwo świata. Coś jeszcze? Czytałem, że jako zawodowy żołnierz udział we freak fightach wykluczasz.

    Natomiast ogólnie MMA nie skreślam. W moim klubie było MMA, więc i na takie treningi przychodziłam. Uczyłam się parteru, bo kopać potrafię. Z parterem było mi trudno — miałam na sali samych ciężkich chłopów, w boksie regularne zgrupowania. Ale kopanie zostało mi z karate. Bardzo lubię kopać. Nieraz zrobię obrotóweczkę przechodząc przy worku. W MMA na pewno kiedyś czegoś spróbuję — wydaje mi się, że stoczę jakąś walkę.

    Wiem, że teraz jest czas, w którym mogę zapracować sobie na fajne życie. Ciągle coś się dzieje, chwila przerwy i znowu. Ale to wszystko po to, żebym później żyła sobie spokojnie i nie przejmowała się niczym.

    Co będziesz robić, kiedy nie będziesz już musiała przychodzić na trening?

    Ciężko mi powiedzieć, co będzie po karierze, dużo jeszcze przede mną… Ogólnie planów jest sporo, a główny to zabezpieczyć sobie przyszłość. Co potem? Jest parę rzeczy, które mogłabym robić i by mnie to spełniało. Może w przyszłości otworzę swój klub bokserski?

    A poza sportem?

    Mogłabym też coś działać przy koniach. Otworzyć pensjonat, szkółkę jazdy…

    Nadal jesteś tą dziewczyną ze stajni za szybką na wiązanie gumek?

    Do dzisiaj lubię mieć rozpuszczone włosy — wiąże je tylko na trening. Wydaje mi się, że z pewnych rzeczy wyrosłam. Choć mam młody wiek, trochę już wybawiłam się w życiu. Nadal potrafię być spontaniczna, szalona, ale nie ciągnie mnie do imprez. Skupiam się na boksie i ciężkiej pracy