• Finał z Sabalenką, powtórki nie będzie. Właśnie odpadła z Australian Open

    Finał z Sabalenką, powtórki nie będzie. Właśnie odpadła z Australian Open

    Australian Open ledwie się rozpoczął – pierwsze mecze ruszyły w nocy z soboty na niedzielę czasu polskiego – a już doczekaliśmy się sensacji z prawdziwego zdarzenia. I to takiej, obok której nie da się przejść obojętnie. Na ANZ Arenie doszło bowiem do wydarzenia, które jeszcze kilka dni temu wydawało się absolutnie nie do pomyślenia. Marta Kostiuk, jedna z najbardziej utalentowanych tenisistek młodego pokolenia, przegrała z Elsą Jacquemot. Po 211 minutach dramatycznej walki to Francuzka mogła unieść ręce w geście triumfu.

    Mówimy o zawodniczce, która zaledwie tydzień wcześniej eliminowała gwiazdy podczas turnieju WTA 500 w Brisbane, docierając aż do finału. Realnie rzecz ujmując, Kostiuk nie powinna była przegrać z tenisistką zajmującą 58. miejsce w rankingu WTA. A jednak – tenis po raz kolejny przypomniał, że na kortach Wielkiego Szlema logika często schodzi na dalszy plan.

    Marta Kostiuk od lat uchodzi za jedną z najbardziej obiecujących zawodniczek w kobiecym tenisie. 23-letnia Ukrainka, trenowana przez Polkę Sandrę Zaniewską, ma wszystko, czego potrzeba do osiągania wielkich sukcesów: solidny serwis, potężne uderzenia z obu stron, świetną dynamikę i odwagę w grze. Eksperci od dawna powtarzają, że jej potencjał sięga nawet TOP 3 światowego rankingu.

    Już jako juniorka imponowała klasą – w 2017 roku, mając zaledwie 14 lat, sięgnęła po tytuł mistrzyni Australian Open. To osiągnięcie wyjątkowe nawet w świecie wielkich talentów. Problem w tym, że gdy przychodzi do rywalizacji w seniorskich turniejach wielkoszlemowych, Kostiuk regularnie dopada niewytłumaczalna niemoc.

    Statystyki są bezlitosne. W 23 występach w singlu w turniejach Wielkiego Szlema Ukrainka zdołała dotrzeć do ćwierćfinału tylko raz – dwa lata temu właśnie w Melbourne. Tegoroczny Australian Open miał być przełomem. Początek sezonu dawał ku temu solidne podstawy. W Brisbane Kostiuk pokonała trzy tenisistki z TOP 10: Amandę Anisimovą, Mirrę Andriejewą i Jessicę Pegulę. Zatrzymała ją dopiero Aryna Sabalenka w finale.

    Wydawało się więc, że to właśnie Białorusinka będzie pierwszym naprawdę poważnym testem dla Ukrainki w Melbourne – i to dopiero na etapie czwartej rundy. Los postanowił jednak napisać zupełnie inny scenariusz.

    Rywalką Kostiuk w pierwszej rundzie była Elsa Jacquemot, zajmująca 58. miejsce w rankingu WTA. Trudno było znaleźć argumenty przemawiające za sensacją. Francuzka w Brisbane i Hobart przegrywała wyraźnie – zarówno z doświadczoną Ajlą Tomljanović, jak i z Magdaleną Fręch, której oddała ostatniego seta do zera. Co więcej, Polka po tamtym meczu wycofała się z turnieju z powodu problemów zdrowotnych.

    A jednak historia znów się powtórzyła. W poprzednim sezonie Kostiuk żegnała się z Roland Garros już w pierwszej rundzie po porażce z 188. w rankingu Sarą Bejlek, a na Wimbledonie uległa 171. na liście WTA kwalifikantce Veronice Erjavec. Teraz do tej listy dołączyła Jacquemot.

    Mecz w Melbourne był jednak prawdziwym rollercoasterem. Kostiuk wygrała pierwszego seta w tie-breaku 7:4. W drugiej partii prowadziła 5:3, a przy stanie 6:5 i 40–30 miała piłkę meczową. Zdecydowała się na agresywny return po mocnym, ale niezbyt precyzyjnym serwisie rywalki (171 km/h) – piłka wylądowała jednak za boczną linią. Decyzja, która okazała się brzemienna w skutkach.

    Gdy na zegarze wybijały równe dwie godziny gry, zawodniczki miały przed sobą jeszcze ponad półtorej godziny tenisowego dramatu. Drugi set znów rozstrzygał się w tie-breaku. Kostiuk prowadziła w nim 4:3 z minibreakiem, ale zepsuła dwa własne podania. Chwilę później Jacquemot utrzymała serwis i doprowadziła do trzeciego seta.

    Decydująca partia była równie szalona, choć tym razem obyło się bez przełamań. Francuzka miała piłkę meczową w dwunastym gemie, lecz Ukrainka zdołała się obronić. O wszystkim przesądził super tie-break grany do 10 punktów. Jacquemot szybko odskoczyła, Kostiuk wyrównała na 7:7, ale końcówka należała do Francuzki. Zaryzykowała – i to ryzyko się opłaciło. Trzy ostatnie punkty padły jej łupem.

    Elsa Jacquemot wygrała 6:7 (4), 7:6 (4), 7:6 (7), sprawiając jedną z największych sensacji pierwszych godzin Australian Open. A pytania o to, dlaczego Marta Kostiuk wciąż nie potrafi potwierdzić swojego ogromnego potencjału w Wielkich Szlemach, znów wróciły ze zdwojoną siłą.

  • Padła ważna propozycja zmiany u Świątek. “Musi dać się przekonać”

    Padła ważna propozycja zmiany u Świątek. “Musi dać się przekonać”

    Tak jak w poprzednim sezonie Igi Świątek lepsze i gorsze momenty się przeplatały, tak też jej pierwszy tegoroczny start, czyli drużynowy United Cup, miał słodko-gorzki smak. I dlatego też wróciła dyskusja na temat gry wiceliderki światowego rankingu. Dawid Celt, którzy dobrze zna 24-latkę, wyłącza syreny alarmowe, ale jednocześnie przyznaje, że pewne kłopoty dostrzega. I w długiej rozmowie ze Sport.pl – tuż przed rozpoczęciem wielkoszlemowego Australian Open – wskazuje, co jego zdaniem byłoby lekarstwem.

    Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. “Mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną”
    Agnieszka Niedziałek: Ostatnio apelowałeś o spokój ws. Igi Świątek po występie w United Cup, ale też przyznałeś, że pewne problemy z poprzedniego sezonu dostrzegłeś i teraz. Czy to powrót tych kłopotów, czy właściwie ciąg dalszy?

    Dawid Celt: Pewne rzeczy, w moim odczuciu, się powtarzają. To, co działo się na koniec minionego sezonu, można było zaobserwować też w Sydney. Przede wszystkim cały czas mówię o Idzie w nawiązaniu do tych najlepszych. Inaczej wygląda granie z takimi dziewczynami jak Eva Lys, Suzan Lamens i Maya Joint, które zostały totalnie zdominowane. Choć trzeba oddać Lys, że zagrała świetnie, ale Iga dała sobie z tym radę. Ale w meczach z Coco Gauff i Belindą Bencić, czyli topowymi tenisistkami, można było dostrzec pewne rzeczy, które pojawiły w końcówce ubiegłego roku. Pośpiech, serie sześciu-siedmiu przegranych gemów. Jak wpada w te turbulencje, to już nie zawraca. Rzeczywiście, można powiedzieć, że to się powtarza.

    Ale z drugiej strony, to początek roku. Trzeba dać jej jeszcze trochę czasu, spokoju. Zobaczymy, co się wydarzy w Australii. Tenis jest przewrotny. Pamiętamy jej wcześniejsze świetne występy w United Cup i te duże oczekiwania przed Australian Open. A nie zawsze to wszystko się potem fajnie przekładało na start w Melbourne. W tym roku United Cup – indywidualnie dla Igi – nie był najbardziej udany, bo przegrała dwa mecze, co się nigdy wcześniej nie wydarzyło. Ale to nie oznacza, że nie może zrobić dobrego wyniku w Australian Open. Ja w Igę zawsze wierzę, bo to tenisistka, która ma cały czas bardzo wysoki średni poziom i dla mnie jest zawsze w gronie faworytek największych turniejów. Ale, jak każdy, ma też swoje problemy.
    Czy nie jest tak, że teraz upór, który długo był jej wielkim atutem, teraz jest dużym problemem? Bo o ile wcześniej wiązaliśmy go z walecznością i ambicją, dzięki którym potrafiła wychodzić z bardzo trudnych sytuacji, to teraz utrudnia on wprowadzanie do jej tenisa małych zmian, o konieczności których wspomina wielu ekspertów?

    I tak, i nie. Gdyby nie ten upór, to zapewne nie byłoby tych wszystkich sukcesów. Ta determinacja to wkładanie we wszystko stu procent albo i więcej. Z jednej strony, jest to świetne, bo taka po prostu Iga jest. Z drugiej – jest to, w moim odczuciu, bardzo kosztowne. Przychodzą takie okresy, że trochę te poprzednie lata wystawiają rachunek. I teraz – moim zdaniem – cała sztuka polega na tym, by cały czas szukać tego balansu, dystansu do pewnych rzeczy. Żeby nie wszystko robić na 120 procent.

    Słyszę też opinię, że Iga inaczej nie potrafi. To już jest zadanie dla ludzi, którzy są z nią na co dzień. To są tylko i wyłącznie moje spostrzeżenia – osoby, która czasami jest trochę bliżej, czasami trochę dalej i ogląda mecze głównie w telewizji. Mam jednak też trochę doświadczenia. Widziałem, co Agnieszka (Radwańska – red.) przechodziła przez lata. Wiele rzeczy powtarza się, dostrzegam podobieństwa. Z tenisistami jest tak, że cały czas są jakieś problemy. Jak z jednymi sobie poradzisz, to pojawiają się następne. W przypadku Igi każda porażka jest od razu rozpatrywana w kategoriach “Co się dzieje? Co trzeba zmieniać?” itd. Trzeba dać jej trochę spokoju, patrzeć na to z większym dystansem. Bo trzyma bardzo wysoki poziom i cały czas daje jej on pozycję do tego, by wygrywać w największych turniejach. Tutaj się niewiele zmienia z mojej perspektywy.
    Skoro zalecasz spokój i dystans, to nie należysz do zwolenników takich sugestii jak choćby skorzystanie z pomocy biomechanika, by poszukać poprawy skuteczności serwisu?

    To są bardzo indywidualne decyzje. Kwestia też tego, na ile sam zawodnik jest otwarty na pewne zmiany. Jeżeli Iga sama wyszłaby z tym i powiedziała: “Słuchajcie, czuję, że potrzebuję takiej pomocy”, to dlaczego nie? Ostatnio zrobiło się głośno po tym, jak na naszym kanale “Break Point” Marek Furjan zaproponował, by dołączyć kogoś do teamu Świątek. To tylko i wyłącznie decyzja Igi. Jeżeli uzna: “Może fajnie byłoby skorzystać z rad kogoś, kto był na tym poziomie, przechodził to, co ja i mógłby mi teraz z innej perspektywy coś podpowiedzieć?”, to dlaczego nie? Ale uważam, że to musi wyjść od zawodniczki. A form rozwoju jest naprawdę wiele.
    Poza analizą samej gry, sporo dyskutowano też ostatnio o emocjach Igi Świątek podczas meczów United Cup. Trochę się może przyzwyczailiśmy do jej bardzo opanowanej wersji. Okazywanie emocji samo w sobie – co powtarzają psychologowie sportowi – nie jest złe. Nieraz widzieliśmy, jak danie im ujścia pomagało tenisistom. Ale mam wrażenie, że u Polki po rzuceniu rakietą czy płaczu nie widać, by napięcie “puściło”. By grało jej się potem łatwiej, lepiej.

    To prawda. Mam przed oczami Angelique Kerber, która jak się wkurzała, jak zaczynała – kolokwialnie mówiąc – tankować, to stawała się jeszcze bardziej niebezpieczna. To, że Iga płacze – rzadko, ale czasem się jeszcze zdarza – jest efektem napięcia. Było ono widoczne u niej w Sydney od początku turnieju i w ćwierćfinale nie chodziło raczej o problem z grą czy – z całym szacunkiem dla Joint – o sam mecz. Z tego, co wiem, to raczej była to właśnie kwestia ogólnego napięcia, które po tych trzech gemach z niej zeszło. Rozpoczęcie nowego sezonu, zbliżający się Australian Open – to wszystko spowodowało, że tego napięcia było troszkę za dużo. Mam nadzieję, że uda się to wszystko teraz wyregulować i znaleźć odpowiednie nastawienie. Troszeczkę więcej dystansu, więcej spokoju, a to pozwoli Idze na jeszcze lepsze granie w Melbourne.
    Łzy i rzucanie rakietą po meczu z Bencić to tylko złość po rozczarowującym wyniku?

    Złość, że to się potoczyło tak, jak się potoczyło. Chciała się na pewno zrewanżować za tę wcześniejszą porażkę z Gauff. Nie chciała przegrać kolejnego meczu, bardzo chciała otworzyć udanie finał i wziąć trochę większą odpowiedzialność na siebie. Zawsze wszystko skupiało się na Idze – jak ona wygrywała, to wygrywała drużyna. Teraz też, jak zawsze, chciała wygrać każdy mecz. Tak się nie stało, ale – z perspektywy drużyny – na szczęście było odpowiednie zabezpieczenie. Jak nie wygrała Iga, to wygrywali Hubert i mikst. Świetnie funkcjonowaliśmy jako zespół. Każdy dołożył dużą cegiełkę do tego sukcesu.
    Od ubiegłorocznego Roland Garros Świątek przegrywała głównie z rywalkami z Top10. Do tego kilka razy z Top20. To powód do radości, bo uniknęła tzw. wpadek czy raczej sygnał, że musi coś zmienić, by wygrywać częściej z przeciwniczkami z czołówki?

    Z jednej strony, to dobry znak, bo cały czas ten średni poziom jest bardzo wysoki. On daje Idze drugie miejsce w rankingu i duże zabezpieczenie nad resztą stawki. Ale też można dostrzec tendencję, że te lepsze dziewczyny znalazły sposób na Igę. Trzeba kombinować i szukać, żeby tę tendencję zmienić. Wiadomo, że tych meczów z najlepszymi w przypadku Igi nie jest zbyt dużo, bo jest rozstawiona i trafia na nie dopiero w końcowych fazach turnieju. Ale żeby tych sukcesów i pucharów w gablocie było więcej, to trzeba te najlepsze zawodniczki ogrywać. I to na pewno musi się zmienić.
    Czyli wracamy do tego, że trzeba skruszyć nieco upór Igi i coś zmienić w jej grze, by takie spotkania wygrywać?

    Takie jest moje zdanie. Uważam, że trzeba cały czas dążyć do tego, by się rozwijać. Jeżeli się nie rozwijasz, pojawia się stagnacja, konkurencja zaczyna cię dopadać i dotyczy to wszystkich. Wiadomo, że w DNA Igi zawsze będzie przygotowanie motoryczne, to nakręcanie się, narzucanie bardzo intensywnego tempa i tą niesamowitą grą z głębi kortu, siłą gry będzie wygrywać. Ale też musi w końcu dać się przekonać do tego, by próbować ten swój tenis troszeczkę urozmaicić. Chodzi o te urozmaicenia, o których mówił Wim Fissette – te kilka procent. By próbować implementować w meczu nowe rozwiązania. Bo jeżeli tego nie robisz, to nie będziesz się rozwijać. I choćbyś nie wiem, ile wdrażał tego na treningu, to jeżeli nie robisz tego pod presją, to nie będzie to funkcjonowało. Nie będzie to działało.
    Pamiętasz taki moment w poprzednim sezonie, kiedy pomyślałeś, że coś pod tym względem drgnęło?

    Tak, tylko to były pojedyncze akcje serwis-wolej czy zmiana rytmu. A chodzi o to, by wszystko nie sprowadzało się do tego, by grać szybko i bardzo szybko. Trzeba troszkę zwolnić, zmienić rytm, w pewnym momencie troszkę przytrzymać. W meczu z Gauff widzieliśmy, że ta już doskonale wie, co robić, gdy mierzy się z Igą. Wie, że musi wymianę wydłużać. A im częściej jest w stanie to robić, tym więcej punktów Iga jej może podarować. Amerykanka jest bardzo dobra fizycznie, doskonale biega, świetnie się rusza, jest też po prostu solidna i czeka na błędy Igi. To podejście zaczęło jej się sprawdzać, a Iga w takich sytuacjach zaczyna się nakręcać. Podchodzić do tego na zasadzie, że trzeba grać szybciej, ostrzej, że trzeba jeszcze wcześniej tę akcję skończyć, bo dużo piłek ze strony Gauff wraca. Nie. W moim odczuciu trzeba właśnie troszkę zwolnić, poczekać na lepszy moment. Takie sytuacje powodują, że Iga zaczyna nam się po prostu napinać, pojawia się więcej stresu i zaczyna się śpieszyć.
    Niespełna półtora roku temu Iga miała z Gauff bilans 11-1, a potem przegrała cztery kolejne ich mecze. Czy możemy powiedzieć, że Amerykanka dołączyła do ścisłego grona najgroźniejszych rywalek Polki?

    Myślę, że ostatnie wyniki pokazują, że tych tenisistek, które są w stanie Igę ograć, jest coraz więcej. Cały czas mówimy o topowych zawodniczkach, bo te niżej notowane w większości nie mają do Igi – że tak powiem – podjazdu.
    Ale u tych z drugiej grupy też chyba jest już mniej strachu, gdy wychodzą na mecz przeciwko drugiej rakiecie świata.

    Bo widzą, co się dzieje. Tak to działa psychologicznie – patrzysz, obserwujesz, że nie jest tak, iż Iga jest nie do ruszenia, jak to było przez jakiś czas. W tej chwili coraz więcej dziewczyn pokazuje, że Igę można ograć, że można z nią walczyć, że jest nerwowa, że też popełnia błędy. I te troszkę niżej notowane dziewczyny wychodzą w tej chwili na kort, już nie bojąc się tak bardzo Igi jak kiedyś. Pokazuje to choćby ostatnie spotkanie z Lys, która weszła bez żadnych skrupułów, bez żadnego lęku i od razu na Igę naskoczyła. Powtórzę, zawodniczek będących w stanie pokonać Igę jest coraz więcej, ale są to wciąż topowe tenisistki. Iga musi się wraz ze swoim teamem zastanowić, co zrobić, żeby tę niekorzystną tendencję zmienić.
    Uważasz, że obecna sytuacja może być dla niej tym trudniejsza do uporania się, że w sezonach 2022 i 2023 przyzwyczaiła się, iż znacząco dominuje i zwykle gładko wygrywa?

    Myślę, że ma wokół siebie świadomych ludzi, którzy mówią jej, że to, co się działo przez te kosmiczne – z jej punktu widzenia – lata, jest bardzo trudne do powtórzenia i nie można rozpatrywać kariery przez pryzmat tych właśnie lat. Wszyscy najlepsi mają w pewnym momencie delikatny zjazd i nie da się po prostu ciągle wygrywać. Nie można wygrywać stale po pięć, sześć czy siedem razy tych samych turniejów. Czasami trzeba przegrać. Nie oznacza to, że później nie da się wrócić do zwyciężania w danej imprezie. Mam tu na myśli Roland Garros. Myślę, że przerobiono to na początku 2025 roku, bo oczekiwania Igi wobec samej siebie były wówczas bardzo duże. Pojawił się nowy, bardzo utytułowany trener, więc też chciała się pokazać z jak najlepszej strony. Chciała cały czas dużo wygrywać i to zostało brutalnie zweryfikowane. Tenis uczy i cały czas trzeba na bieżąco wyciągać wnioski. Nic nie jest dane raz na zawsze. Coś wychodzi przez jakiś czas, za chwilę to ginie, pojawia się następny problem, pojawiają się kolejne rzeczy, które trzeba poprawiać. Na tym polega trudność tej dyscypliny.
    Na kanale “Break Point” powiedziałeś, że masz wrażenie, iż druga rakieta świata nie zdaje sobie do końca sprawy, jak dużo lepsza jest od niektórych zawodniczek. Co miałeś na myśli?

    Mam takie odczucie, że czasem, choć ma dużą przewagę nad dziewczynami niżej notowanymi, to jej nie czuje. Przykład z ostatniego turnieju Pucharu Billie Jean King w Gorzowie – namawiałem ją, by spróbowała kilku akcji serwis-wolej. Wiadomo, to Iga jest na korcie i ma swoje odczucia, ale widać było, że dziewczyny są z innych lig. Mówię: “Masz bardzo dużą przewagę, zagraj kilka takich akcji. Nieważne, jaki będzie efekt. Po prostu, żeby się przełamać, żeby spróbować”. Nie do końca była do tego przekonana. Wrócę do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej – to są właśnie te momenty, że ona musi sama sobie zaufać. Dać sobie zgodę na to, że nawet jak nie wyjdzie, to ok, trudno. Myślę, że to już jest ten moment, że trzeba też tych innych rzeczy próbować. Bo jak sprawdzał się ten tenis bardzo uproszczony przez Tomka (Wiktorowskiego – red.), to był moment, gdy Iga była w piku fizycznym i psychicznym, generalnie w takim totalnym piku. Tomek to świetnie uprościł i to “żarło”, dawało zwycięstwo za zwycięstwem. Wydaje mi się, że teraz jest ten moment, że trzeba troszeczkę też szukać innych rozwiązań, żeby tę grę wzbogacić. Bo, jak widzimy w tym zderzeniu z najlepszymi, są okresy, że zaczyna troszkę tego urozmaicenia brakować. Tak postrzegam to z boku.
    Czyli z góry było wiadomo, że tamten uproszczony tenis to recepta na sukces z krótkim terminem ważności?

    Tak, w tamtym momencie to wszystko się świetnie składało. Pomysł Tomka był bardzo dobry, po prostu chodziło o skuteczność. Chodzi o to, żeby wygrywać. Iga zamiotła te trzy lata bezapelacyjnie, ale kariera jest długa. Tak jak trenujesz i funkcjonujesz w wieku 20 lat, nie funkcjonujesz już w wieku 25 lat. Inaczej też jest w wieku 30 lat. Trzeba się adaptować, dostosowywać. I teraz na tym – moim zdaniem – właśnie cała sztuka polega – żeby przede wszystkim sama Iga zrozumiała, że trzeba ten tenis troszkę rozwijać. Oczywiście, z zachowaniem tego, co stanowi jej DNA. To jest podstawa i to zawsze będzie podstawa. Natomiast wydaje mi się, że trzeba teraz troszeczkę próbować tego innego kierunku. Do tego cały czas kwestia emocji – im Iga jest spokojniejsza, tym jej gra jest lepsza. Im więcej nerwów, tym szybciej się ona kończy, trwa do pierwszego załamania. Z tym, co Iga ma, też jest w stanie cały czas oczywiście wygrywać. Nie wiem, czy dominować, ale dalej wygrywać. Natomiast próbowałbym też innych rozwiązań. To ma być ewolucja, a nie rewolucja. Podpisuję się pod tym, co mówił Wim. Każdy z najlepszych tenisistów na świecie w czasie kariery ewoluował. Uważam, że Iga też musi ewoluować ze swoją grą.
    We wtorek, gdy oficjalnie przedłużyłeś o dwa lata umowę, wspomniałeś o pewnych wątpliwościach dotyczących dalszego pełnienia roli kapitana reprezentacji Polski w Pucharze Billie Jean King. Skąd się one wzięły?

    Kilka czynników się na to złożyło. Nie chodziło nawet o same wyniki, bo nastąpiło to po tym, jak uzyskaliśmy nasz najlepszy rezultat, czyli trzecie miejsce w turnieju finałowym (w 2024 r. – red.). Byliśmy naprawdę bardzo blisko spełnienia marzenia, którym jest występ w finale. Szczerze mówiąc, to nie wierzę w to, że byśmy ze Słowacją tego finału wtedy nie wygrali. Pewnie byłoby po drodze troszkę emocji, ale dalibyśmy radę. Różne – nazwijmy to – międzyludzkie i inne sprawy po drodze spowodowały, że poczułem pewne zmęczenie i miałem zawahanie co do tego, co robić dalej.
    Dotyczyło to jedynie funkcji kapitana czy tenisa?

    Nie, tenisa nie. Zastanawiałem się po prostu, co będzie najlepsze dla drużyny, biorąc pod uwagę wszelkie towarzyszące temu okoliczności i inne czynniki. Zastanawiałem się, co będzie dla drużyny najlepsze. Bo dobro drużyny zawsze jest dla mnie najistotniejsze. Natomiast miniony sezon – rozegrane turnieje i rozmowy z dziewczynami – spowodowały, że wspólnie chcemy jeszcze raz rękawice podjąć i spróbować przede wszystkim ponownie zakwalifikować się do turnieju finałowego. Zobaczymy, jakiego rywala przydzieli nam los. Jeśli to będzie Australia lub Japonia na wyjeździe gdzieś w kwietniu, to bardzo ciężko jest przekonać wtedy najlepsze zawodniczki do takiego startu.
    Może to być nawet nierealne.

    Ale po ubiegłorocznych spotkaniach z drużyną wróciły energia, werwa i chęć kontynuacji. Myślę, że w zdecydowanej większości drużyny jest chęć do tego, byśmy ten wózek nadal razem ciągnęli.

  • Szczęście Osaki, jest nocny komunikat. Zdążyli przed bojem Sabalenki

    Szczęście Osaki, jest nocny komunikat. Zdążyli przed bojem Sabalenki

    Australian Open to pierwszy z czterech wielkoszlemowych turniejów – na dobrą sprawę, to on rozpoczyna poważne granie w całym sezonie. Zwłaszcza u panów, gdzie przed rywalizacją w Melbourne nie ma żadnego tradycyjnego turnieju ATP 500. A w kobiecym tourze są aż dwa – ten drugi, w Adelajdzie, właśnie został uwzględniony w rankingu WTA. Tuż przed startem rywalizacji w Melbourne, choć dla układu drabinki nie ma już żadnego znaczenia. Na szczęście dla Naomi Osaki, bo ją spadek o zaledwie jedną pozycję mógłby dotknąć najbardziej.

    Zwykle bowiem te aktualizacje światowej listy dokonywane są w poniedziałki. Tym razem obie organizacje uczyniły wyjątki, mimo że na świecie trwają turnieje ITF rangi 50 czy 75, których wyniki też formalnie powinny się liczyć. Ich finały zaś odbędą się w niedzielę.

    Ranking WTA zaktualizowany tuż przed startem Australian Open. Jedna zmiana w TOP 10

    W rankingu WTA można spodziewać się sporych roszad, ale dopiero za 15 dni, po zakończeniu rywalizacji w Melbourne Park. Teraz w TOP 10 doszło tylko do jednej: trzeci tytuł w WTA , za to pierwszy w zawodach rangi 500, dał 18-letniej Mirze Andriejewej awans o jedną pozycję – teraz jest siódma. A za jej plecami znalazła się Jasmine Paolini, która ze zmagań w Adelajdzie wycofała się kilka dni przed ich rozpoczęciem.
    Naomi Osaka

    Naomi Osaka Ibrahim Ezzat/NurPhoto via AFPAFP

    Gdyby do tego doszło przed losowaniem drabinki Australian Open, nie miałoby to większego znaczenia, bo zawodniczki z miejsc 5-8 są w podobnej sytuacji. Ale już tenisistki z pozycji 16 i 17 – nie. To 16. miejsce tydzień temu zajmowała Naomi Osaka – podopieczna Tomasza Wiktorowskiego nie mogła więc trafić na rywalki z miejsc 1-8 wcześniej niż w czwartej rundzie. I tak się stało – potencjalną rywalką Japonki będzie na tym etapie Iga Świątek. Gdyby była o jedno miejsce niżej, na zawodniczkę rozstawioną wpadłaby już o jeden etap wcześniej. Jak Kanadyjka Victoria Mboko, 19-latka, która w sobotę grała z Andriejewą o tytuł w Adelajdzie.

    To właśnie Mboko awansowała na 16. miejsce w rankingu, spychając o jedno miejsce Osakę. Ale też to Kanadyjka może już w trzeciej rundzie zmierzyć się z Clarą Tauson, światową “14”. I to będzie jeden z hitów tego etapu.

    Na czele zaś wciąż Aryna Sabalenka przed Igą Świątek. Przewaga Białorusinki wynosi 2662 punkty, co w teorii powinno wystarczyć do utrzymania pozycji liderki przez Białorusinkę także po zakończeniu AO. Chyba że już na wstępie przydarzy jej się wpadka, a Polka wygra cały turniej.

    Do TOP 50 wróciła też Magda Linette, dzięki ćwierćfinałowi WTA 250 w Hobart.

    Ranking WTA datowany na 19 stycznia 2026:

    1. Aryna Sabalenka – 10990 pkt

    2. Iga Świątek – 8328 pkt

    3. Coco Gauff – 6423

    4. Amanda Anisimova – 6320 pkt

    5. Jelena Rybakina – 5850 pkt

    6. Jessica Pegula – 5453 pkt

    7. Mirra Andriejewa – 4731 pkt (awans o 1 pozycję)

    8. Jasmine Paolini – 4267 pkt (spadek o 1 pozycję)

    9. Madison Keys – 4111 pkt

    10. Belinda Bencic – 3512 pkt

    Miejsca pozostałych Polek w TOP 500:

    50. Magda Linette – 1157 pkt (awans o 3 pozycje)

    57. Magdalena Fręch – 1093 pkt

    134. Linda Klimovicova – 538 pkt

    135. Katarzyna Kawa – 537 pkt

    145. Maja Chwalińska – 503 pkt (awans o 2 pozycje)

    328. Martyna Kubka – 196 pkt (spadek o 5 pozycji)

    402. Weronika Ewald – 152 pkt (spadek o 7 pozycji)

    433. Zuzanna Pawlikowska – 136 pkt (awans o 8 pozycji)

    452. Urszula Radwańska – 125 pkt (spadek o 5 pozycji)

    Aryna Sabalenka

    Aryna SabalenkaMatthieu Mirville / Matthieu Mirville / DPPI via AFPAFP
    Iga Świątek

    Iga ŚwiątekAFP

    Iga Świątek rozpoczęła pobyt w Australii od prezentu. „Dobra kawa. Tego mi teraz potrzeba”© 2025 Associated Press

  • Świątek w finale Australian Open, na kort wyszła wtedy z wielką przyjaciółką. Dwa sety i koniec

    Świątek w finale Australian Open, na kort wyszła wtedy z wielką przyjaciółką. Dwa sety i koniec

    Iga Świątek ma w swym dorobku liczne trofea wielkoszlemowe wywalczone w ramach kariery seniorskiej, ale warto pamiętać, że Polka błyszczała w różnych odsłonach prestiżowego cyklu jeszcze za czasów juniorskich. Przykładem jest tu jej występ na Australian Open 2017, kiedy to wespół ze swoją wielką przyjaciółką, Mają Chwalińską, dotarła aż do finału zmagań dziewcząt w deblu. Potem nasze reprezentantki musiały jednak uznać wyższość innego duetu, choć walka na korcie była momentami bardzo zacięta.
    Dwie młode tenisistki w sportowych strojach stoją na kortach tenisowych, jedna z nich w białej czapce i białej koszulce, druga w czarnym topie i jasnoniebieskich spodenkach, obie trzymają rakiety tenisowe.

    Iga Świątek i Maja Chwalińska podczas Australian Open 2017Pat ScalaGetty Images

    Iga Świątek zasłynęła w świecie tenisa m.in. byciem “królową Paryża” – poczynając od 2020 roku wielokrotnie bowiem triumfowała w rozgrywkach Rolanda Garrosa, choć nie był to oczywiście jedyny turniej spod znaku Wielkiego Szlema, w którym okazywała się bezkonkurencyjna.

    Co jednak istotne, Świątek w zmaganiach WS błyszczała także w czasach juniorskich – na paryskich kortach wywalczyła sobie tytuł w deblu wraz z Caty McNally, z kolei na Wimbledonie była raz nie do pokonania w singlu. O krok od sukcesu była także na Australian Open.

    Po raz pierwszy w historii! Polska wygrała United Cup!Polsat Sport

    Świątek i Chwalińska przechodziły przez Australian Open niczym burza. Półfinał był dla nich pestką

    Mowa tu o współzawodnictwie w Melbourne z 2017 roku i udziale raszynianki w grze podwójnej wespół z Mają Chwalińską, która do dziś pozostaje bliską przyjaciółką Świątek. Nasze przedstawicielki zaczęły tamtą przygodę od zmagań z reprezentantkami gospodarzy, Lisą Mays i Ivaną Popovic i poszło im wówczas dość łatwo – skończyło się na wygranej 6:2, 6:2.

    W rundzie drugiej przeciwniczki postawiły się “biało-czerwonemu” duetowi nieco bardziej – niemniej Świątek i Chwalińska zdołały ograć Tajwankę Cho I-hsuan oraz Japonkę Yuki Naito 6:3, 6:4. Ćwierćfinał z kolei rozpoczął się dla nich dość niewymagająco – w pierwszej odsłonie meczu ograły one Amerykanki Taylor Johnson i Nicole Mossmer 6:2, natomiast potem musiały wytężyć wysiłki – mimo wszystko skończyło się na rezultacie 7:5 w drugim secie i awansie.

    Półfinał okazał się zaskakująco łatwy dla Biało-Czerwonych – Japonka Anri Nagata oraz Tajka Thasaporn Naklo dały się ograć w wymiarze 6:2, 6:1. 27 stycznia 2017 roku odbyło się tymczasem wielkie starcie finałowe…

    Wielki finał na Australian Open. Świątek i Chwalińska do końca walczyły o wielki zwrot w meczu

    W nim Iga Świątek i Maja Chwalińska stanęły na korcie naprzeciw Kanadyjki Bianki Andreescu oraz Amerykanki Carson Branstine i trzeba przyznać, że… pierwszy set poszedł Polkom naprawdę kiepsko, bowiem przegrały go 1:6.

    W drugiej odsłonie nasze sportsmenki zaprezentowały jednak wielki hart ducha i trzeba przyznać, że do końca walczyły o odwrócenie losów meczu. W Melbourne doszło wówczas do tie-breaka i dopiero w nim Andreescu oraz Branstine postawiły kropkę nad “i”, triumfując 7-4.

    Tym samym – patrząc zarówno na czasy juniorskie, jak i w pełni zawodową karierę – Australian Open stał się dla Igi Świątek ostatnią odsłoną Wielkiego Szlema, na której nie wywalczyła ona tytułu w jakiejkolwiek kategorii.
    Tenisistka w czerwonym stroju sportowym odbijająca piłkę rakietą podczas dynamicznej wymiany na korcie.

    Maja ChwalińskaTomasz Jastrzebowski/REPORTERReporter
    Kobieta siedząca przy stole podczas konferencji prasowej, trzymająca mikrofon, w tle logo WTA Tour oraz BNP Paribas, sportowe ubranie

    Iga Świątek AFP
    Bianca Andreescu

    Bianca Andreescu Li Jing/Xinhua via AFPAFP

  • Gauff wypaliła o Polakach, a teraz takie słowa przed Australian Open. Uderzyła w organizatorów

    Gauff wypaliła o Polakach, a teraz takie słowa przed Australian Open. Uderzyła w organizatorów

    Coco Gauff znalazła się w centrum uwagi już podczas United Cup, gdy głośno zrobiło się o jej słowach dotyczących polskich kibiców. Amerykanka nie ukrywała, że w trakcie rywalizacji czuła wyraźne wsparcie ze strony fanów znad Wisły i bardzo ciepło wypowiadała się o sympatykach Igi Świątek. Zupełnie inny, znacznie chłodniejszy ton przyjęła jednak tuż przed startem Australian Open, kiedy odniosła się do działań organizatorów turnieju. Jej wypowiedź, w której nie zabrakło krytyki, wywołała spore poruszenie w tenisowym środowisku.

    Po zwycięstwie nad Igą Świątek w United Cup Gauff podkreślała, że atmosfera na trybunach była wyjątkowa.
    – Dopingowała mnie przede wszystkim moja ławka. Wiem, że Igę wspierała polska publiczność, która licznie zasiadła na trybunach. Niektórzy kibicowali także mnie i słyszałam was – przyznała Amerykanka.

    Gauff pokonała wiceliderkę rankingu WTA 6:4, 6:2, choć w ostatecznym rozrachunku to Polska wygrała całe spotkanie ze Stanami Zjednoczonymi. Mimo porażki swojej reprezentacji, sympatyczne słowa tenisistki pod adresem polskich fanów zostały bardzo pozytywnie odebrane.

    Znacznie ostrzejsze wypowiedzi padły jednak tuż przed rozpoczęciem Australian Open. Tym razem Coco Gauff otwarcie skrytykowała organizatorów turnieju, a kością niezgody okazały się – ponownie – kwestie finansowe.

    – Oczywiście w tym roku zwiększono pulę nagród, ale w porównaniu z przychodami mężczyzn ten procent wciąż nie jest na poziomie, na którym chciałybyśmy go widzieć – stwierdziła bez ogródek.

    Amerykanka zaznaczyła, że temat wciąż wymaga dalszych rozmów i realnych działań.
    – Myślę, że nadal potrzebne są kolejne dyskusje, nie tylko z organizatorami Australian Open, ale ze wszystkimi turniejami wielkoszlemowymi. Mamy swoich przedstawicieli, którzy bardzo ciężko pracują nad tym w naszym imieniu, bo my same nie zawsze możemy uczestniczyć w takich spotkaniach. Z ostatnich informacji wynika, że co prawda nastąpił postęp, ale nadal nie jest on na poziomie, którego oczekujemy. Mimo wszystko jesteśmy wdzięczne za to, co udało się już osiągnąć – dodała.

    Postulat zrównania zarobków kobiet i mężczyzn w tenisie wraca regularnie od lat. W przeszłości o zmiany w tej sprawie apelowało wiele czołowych zawodniczek, a wśród nich również Iga Świątek. Słowa Coco Gauff pokazują, że temat wciąż pozostaje aktualny i daleki od ostatecznego rozwiązania.

  • “Ona niszczy ludzi”. Tak, to o Świątek. Amerykanka ujawniła prawdę

    “Ona niszczy ludzi”. Tak, to o Świątek. Amerykanka ujawniła prawdę

    Już za moment Iga Świątek rozpocznie rywalizację w Australian Open. W ostatnich dniach wokół występu Polki w Melbourne narosło sporo wątpliwości. Część ekspertów, a nawet zawodniczek ze światowej czołówki, otwarcie mówi, że obecna dyspozycja wiceliderki rankingu WTA nie musi wystarczyć do walki o końcowy triumf. Tuż przed startem turnieju na temat Świątek głos zabrała jednak Jessica Pegula, a kilka wymownych słów dodała również Madison Keys.

    Niepokój wśród komentatorów wzbudziły dwa ostatnie występy Polki w United Cup. Świątek przegrała kolejno z Coco Gauff i Belindą Bencić, co w jej przypadku jest sytuacją rzadko spotykaną. – Iga ma kłopoty, bo przegrała dwa mecze z rzędu, a to jest nietypowe dla byłej liderki rankingu. Nieczęsto widzimy, by przegrywała mecz po meczu – mówiła Danielle Collins. Amerykanka posunęła się nawet do stwierdzenia, że Polka może pożegnać się z Australian Open już w początkowych rundach.

    Czy jednak dwie porażki rzeczywiście przekreślają jej szanse na triumf w Melbourne – jedynym wielkoszlemowym turnieju, którego wciąż brakuje jej do skompletowania klasycznego Wielkiego Szlema? Historia pokazuje, że niekoniecznie. Świątek wielokrotnie udowadniała, że potrafi wygrywać największe turnieje nawet wtedy, gdy przez dłuższą część sezonu nie prezentuje optymalnej formy. W poprzednim roku jej gra na kortach twardych i ziemnych bywała nierówna, za to na trawie należała do ścisłej czołówki światowego touru.

    Teraz 24-latka ponownie stanie do walki w Australii. W pierwszej rundzie zmierzy się z Chinką Yue Yuan, zajmującą 130. miejsce w rankingu WTA. Ich pojedynek zaplanowano na poniedziałek, około godziny 9:00 czasu polskiego. Jeszcze przed startem turnieju o Świątek wypowiedziała się Jessica Pegula w podcaście „Nothing Major Show” i zrobiła to w bardzo dosadny sposób.

    – Iga na wolnym korcie i na mączce… Czasami mam wrażenie, że kiedy jest w formie i wszystko u niej funkcjonuje, to ona po prostu niszczy ludzi – przyznała Amerykanka. – Chyba każda z nas dostała kiedyś od niej „bajgla”. To nic przyjemnego. Da się jednak wyczuć, czy jest w odpowiednim nastroju. Jeśli tak, to jest naprawdę źle. A jeśli nie, wtedy myślisz: okej, mam szansę – dodała Pegula.

    Podobne zdanie ma Madison Keys, która w zeszłym roku wyeliminowała Świątek w półfinale Australian Open. Ona również podkreśliła wyjątkowość Polki, zwłaszcza na jej ulubionej nawierzchni. – Jest jak Rafa – podsumowała krótko, porównując dominację Świątek na kortach ziemnych do tej, jaką przez lata prezentował Rafael Nadal.

    Choć przed Igą Świątek stoi w Melbourne wiele wyzwań, słowa rywalek pokazują jedno: nawet jeśli nie wszyscy wierzą w jej triumf, respekt wobec jej umiejętności pozostaje niezmienny.

  • Polki najlepsze na świecie. Świątek musiała o tym przypomnieć. Co za widok!

    Polki najlepsze na świecie. Świątek musiała o tym przypomnieć. Co za widok!

    Iga Świątek postanowiła podjąć wyzwanie. Pokazała swój wielki triumf

    Iga Świątek już w poniedziałek rozpocznie zmagania w tegorocznym Australian Open. Polka w pierwszym meczu zmierzy się z kwalifikantką Yue Yuan. W międzyczasie jednak tenisistka nie zapomina o tym, co dzieje się w sieci. Ostatnio sporą estymą cieszy się tzw. 2016 challenge – wyzwanie, które polega na zamieszczaniu zdjęć z 2016 roku, najlepiej z jakąś historią. Świątek zdecydowała się pokazać swój wielki triumf.
    Sportowiec w białej czapce i koszulce z polską flagą oraz czerwonym nadrukiem, ściska pięść w geście zwycięstwa na korcie tenisowym.

    Iga Świątek AFP

    Przed dziesięcioma laty Iga Świątek była wciąż juniorką. Największe juniorskie sukcesy świętowała w roku 2018, ale 2016 też był dla niej bardzo ważny. Postanowiła w mediach społecznościowych pochwalić się swoim sporym osiągnięciem.

    Iga Świątek niebawem wystartuje w Australian Open

    Już w poniedziałek Iga Świątek wystartuje w tegorocznym Australian Open. Mecz pierwszej rundy rozegra przeciw kwalifikantce, Yue Yuan z Chin, 84. tenisistką według rankingu WTA. Na ten mecz czekają nie tylko polscy kibice, ale także fani z całego świata, ciekawi, jak po wymagającym United Cup 24-latka poradzi sobie w pierwszej rundzie pierwszego wielkoszlemowego turnieju w tym roku.

    Iga Świątek rozpoczęła pobyt w Australii od prezentu. „Dobra kawa. Tego mi teraz potrzeba”© 2025 Associated Press

    Mecz Polki zaplanowany jest na poniedziałek, 19 stycznia, na 9:00. Nie tylko grą i bieżącym turniejem żyje jednak Iga Świątek. Postanowiła wziąć udział w popularnym aktualnie wyzwaniu, które podjęło już wielu sportowców i celebrytów na całym świecie. Pochwaliła się przy tym swoim dawnym triumfem.

    Iga Świątek wzięła udział w #2016challenge

    Świątek postanowiła wziąć udział w #2016challenge, które polegało na wrzucaniu swoich zdjęć z 2016 roku, by pokazać, jak wiele zmieniło się w ciągu 10 lat i gdzie jest się w tej chwili, a gdzie było wtedy. Polska tenisistka w tamtym czasie była jeszcze juniorką i nawet największe juniorskie sukcesy były wciąż przed nią.

    Pokazała za to zdjęcie z wielkiego drużynowego zwycięstwa, a mianowicie wygranej w Junior Fed Cup, wersji Fed Cup dla młodszych zawodniczek. Pokazała radość z wygranego pucharu i tego, że udało jej się tego dokonać razem z koleżankami z reprezentacji.

    “Wiele zmieniło się przez te 10 lat, ale tu byłyśmy my, wygrywające Junior Fed Cup po raz pierwszy. Co za podróż” – zauważyła Świątek. Pod zdjęciem wiele znanych i mniej znanych osób gratulowało jej dawnego osiągnięcia i cieszyło się razem z nią z tego, co przez kolejną dekadę udało jej się dokonać.
    Sportowiec w stroju tenisowym z rakietą na ramieniu i słuchawkami na uszach, skupiony, w trakcie przechodzenia przez oświetlone różowym światłem pomieszczenie

    Iga Świątek AFP
    Iga Świątek

    Iga ŚwiątekAKPA

  • Karol Nawrocki zażartował z szans medalowych Polaków. Dostał brawa

    Karol Nawrocki zażartował z szans medalowych Polaków. Dostał brawa

    Prezydent Karol Nawrocki coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność w świecie sportu. Na niespełna trzy tygodnie przed rozpoczęciem zimowych igrzysk olimpijskich pojawił się w siedzibie Polskiego Komitetu Olimpijskiego, gdzie wziął udział w spotkaniu i kolędowaniu z tzw. Polską Rodziną Olimpijską. W trakcie wydarzenia pozwolił sobie na żart dotyczący liczby medali, jakie mogą zdobyć biało-czerwoni w Mediolanie, a także otrzymał nietypowy, bokserski prezent związany z Andrzejem Gołotą.

    Jeszcze niedawno prezydent Nawrocki był obecny na Jasnej Górze podczas XVIII Ogólnopolskiej Patriotycznej Pielgrzymki Kibiców. Teraz, w kontekście zbliżających się zimowych igrzysk, zawitał do gmachu PKOl-u. Oficjalnym powodem wizyty było świąteczne spotkanie i wspólne kolędowanie z przedstawicielami środowiska olimpijskiego.

    Rodzina olimpijska bez najważniejszych działaczy
    W spotkaniu uczestniczyli głównie dawni działacze sportowi, politycy oraz byli reprezentanci Polski. Wśród zaproszonych sportowców znaleźli się m.in. Andrzej Supron – srebrny medalista olimpijski w zapasach z Moskwy, Wojciech Bartnik – brązowy medalista olimpijski w boksie z Barcelony, Dariusz Goździak – złoty medalista w pięcioboju nowoczesnym z tych samych igrzysk, a także były piłkarz reprezentacji Polski Marek Citko. Zwracała jednak uwagę nieobecność czołowych działaczy największych polskich związków sportowych oraz przedstawicieli zarządu i prezydium PKOl-u.

    Ich brak to efekt narastającego konfliktu z prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosławem Piesiewiczem, który był organizatorem kolędowania. Jego styl zarządzania od dłuższego czasu budzi kontrowersje – krytykowany jest za autorytarne metody, liczne napięcia wewnątrz komitetu oraz sposób wydatkowania środków finansowych. Część prezesów związków sportowych już wcześniej apelowała o jego dymisję, jednak Piesiewicz nie zamierza ustępować. Ma on dobre relacje z prezydentem Nawrockim, który przyjął zaproszenie na wydarzenie. Po przybyciu do siedziby PKOl-u obaj panowie odbyli kilkunastominutową rozmowę w cztery oczy, a dopiero później prezydent dołączył do zgromadzonych gości.

    Mobilny Dom Polski na igrzyskach
    Podczas oficjalnej części głos zabrał prezes PKOl-u.
    – Będziemy się starali jako Polski Komitet Olimpijski i jako pracownicy zrobić wszystko, by nasi sportowcy mieli jak najlepsze warunki. Nie będzie to łatwe wyzwanie. Pięć wiosek olimpijskich, pięć różnych lokalizacji, które trzeba kompleksowo zabezpieczyć. Po raz pierwszy w historii zimowych igrzysk olimpijskich zorganizowany zostanie mobilny Dom Polski – mówił Radosław Piesiewicz.

    Następnie przemawiał prezydent Karol Nawrocki.
    – Chciałem podziękować całej rodzinie olimpijskiej i wszystkim sportowcom. W istocie jesteście ambasadorami Rzeczypospolitej Polskiej – na boiskach, stadionach i wszystkich arenach sportowych – rozpoczął, choć aktywnych zawodników na sali było niewielu.

    Żart prezydenta i aplauz sali
    Pod koniec wystąpienia prezydent pozwolił sobie na lekki żart, odnosząc się do prognoz przed rozpoczynającymi się 6 lutego zimowymi igrzyskami.
    – Znam analizy specjalistów i komentatorów, którzy twierdzą, że tych medali nie będzie zbyt wiele. Ale chcę powiedzieć jedno. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę prezydentem Polski… – uśmiechnął się, co wywołało gromkie brawa na sali.
    – To nie komentatorzy ani bukmacherzy decydują o medalach. Decydują sportowcy. Wierzę, że nie zabraknie im siły, determinacji i umiejętności, by dać radość wszystkim obywatelom naszej wspaniałej, ukochanej Polski – zakończył.

    Po oficjalnych przemówieniach rozpoczęło się wspólne śpiewanie kolęd oraz poczęstunek, jednak ta część spotkania nie była już dostępna dla przedstawicieli mediów.

    Bokserski akcent i prezent z Gołotą w tle
    Jeszcze przed kolędowaniem prezydent otrzymał niecodzienny prezent. Warto przypomnieć, że zanim zajął się historią i polityką, Karol Nawrocki trenował boks, a w młodości sięgnął nawet po juniorski Puchar Polski. Pięściarstwo pozostaje mu bliskie, podobnie jak piłka nożna. Tym razem obdarowano go książką Przemysława Osiaka o Andrzeju Gołocie zatytułowaną „Niepokonany w 28 walkach”. Prezydent nie krył zadowolenia i wyraźnie docenił ten symboliczny, sportowy gest.

  • Piękna polska noc w Hobart. Tytuł WTA tuż przed startem Australian Open

    Piękna polska noc w Hobart. Tytuł WTA tuż przed startem Australian Open

    Już w nocy z soboty na niedzielę czasu polskiego rozpocznie się Australian Open – pierwszy wielkoszlemowy turniej sezonu. Ostatnim sprawdzianem formy przed wyjazdem do Melbourne były zawody WTA w Adelajdzie i Hobart. I właśnie z Tasmanii napłynęły w niedzielny poranek znakomite informacje dla polskich kibiców. Katarzyna Piter, świeżo upieczona triumfatorka United Cup, dołożyła do kolekcji kolejny tytuł, tym razem w grze podwójnej turnieju rangi WTA 250. Co więcej – zrobiła to w imponującym stylu. Wspólnie z Janice Tjen potrzebowały zaledwie 61 minut, by sięgnąć po mistrzostwo.

    Jeszcze sześć dni wcześniej Piter zasiadała w polskim boksie podczas finału United Cup, zdzierając gardło i wspierając Igę Świątek, Huberta Hurkacza, Katarzynę Kawę oraz Jana Zielińskiego. Choć sama nie pojawiła się na korcie, była pełnoprawną częścią mistrzowskiej drużyny. Teraz przyszła pora na jej własny finał – w Hobart, w turnieju WTA 250 rozgrywanym na Tasmanii.

    Finałowy pojedynek prowadziła Marija Čičak – jedna z najbardziej rozpoznawalnych i cenionych sędzi w kobiecym tourze, która niedawno arbitrowała finał United Cup w Sydney pomiędzy Igą Świątek a Belindą Bencic. Tym razem na korcie rywalizowały pary: Katarzyna Piter/Janice Tjen (Polska/Indonezja) oraz Magali Kempen/Anna Siskova (Belgia/Czechy).

    Mecz trwał niewiele ponad godzinę, ale emocji nie brakowało. Przy stanie 6:2, 5:2 i 40-40 Kempen serwowała do Tjen przy k w składzie. Presja okazała się zbyt duża – Belgijka popełniła podwójny błąd serwisowy, kończąc spotkanie. Piter i Tjen zwyciężyły 6:2, 6:2, zdobywając drugi tytuł w swoim drugim wspólnym starcie. Trzecia okazja nadejdzie już w przyszłym tygodniu – w Melbourne.

    Duet Piter–Tjen po raz pierwszy połączył siły jesienią podczas turnieju WTA 250 w Kantonie. Polka, starsza od partnerki o 11 lat, od kilku sezonów skupia się wyłącznie na deblu. Tjen z kolei przeżywała wtedy najlepszy okres w singlowej karierze, przebijając się do czołowej setki rankingu WTA. W Chinach wygrały wszystkie cztery mecze, każdy po trzysetowej walce, a finał prowadziła inna sędziowska legenda – Kader Nouni.

    W Hobart nie były rozstawione. Dwa pierwsze spotkania musiały „przepychać”, zwyciężając w super tie-breakach granych do 10 punktów. Dla Tjen był to sposób na odreagowanie słabszego początku sezonu w singlu. Przełom przyszedł w czwartek późnym wieczorem miejscowego czasu, gdy w zimnych, wietrznych i deszczowych warunkach pewnie pokonały w półfinale rozstawioną z numerem trzecim parę Eri Hozumi/Fang-Hsien Wu 2:0.

    W finale ich rywalkami były Belgijka Magali Kempen i Czeszka Anna Siskova. Kluczowy moment pierwszego seta nastąpił w szóstym gemie, przy serwisie Siskovej. Tjen imponowała zarówno z głębi kortu, jak i przy siatce. To właśnie ona popisała się znakomitą akcją przy stanie 0-40, dając pierwsze przełamanie. Chwilę później trzeba było potwierdzić przewagę – serwowała Piter. Gem był wyrównany, ale w decydującej wymianie to poznanianka wymusiła błąd Siskovej. Wynik 5:2 okazał się momentem zwrotnym.

    Od tego momentu na korcie rządził już tylko jeden duet. Piter i Tjen wygrały pierwszego seta 6:2, a w drugim szybko odskoczyły rywalkom, kontrolując wydarzenia aż do końca. Ostatecznie zwyciężyły 6:2, 6:2, notując najłatwiejszą wygraną w swojej dotychczasowej, krótkiej współpracy – już ósmej wspólnej potyczce.

    Dzięki triumfowi w Hobart Katarzyna Piter awansuje na 51. miejsce w deblowym rankingu WTA – zaledwie dwa oczka niżej od życiowego rekordu. Co istotne, w Australian Open nie broni żadnych punktów, więc w Melbourne może już tylko zyskać.

  • Iga Świątek poznała decyzję organizatorów Australian Open. Komunikat z Melbourne

    Iga Świątek poznała decyzję organizatorów Australian Open. Komunikat z Melbourne

    Niespełna 24 godziny pozostały do rozpoczęcia głównej rywalizacji w Australian Open, pierwszym turnieju wielkoszlemowym sezonu 2026. Zmagania na kortach w Melbourne zainaugurują mecze rozgrywane w nocy z soboty na niedzielę czasu polskiego, choć na ten dzień nie zaplanowano jeszcze występów Biało-Czerwonych. Polscy tenisiści i tenisistki wkroczą do akcji dopiero drugiego dnia turnieju. Organizatorzy opublikowali już szczegółowy plan gier na poniedziałek, dzięki czemu wiemy, kiedy na kort wyjdą Iga Świątek, Magda Linette, Magdalena Fręch, Linda Klimovicova oraz Kamil Majchrzak.

    W tegorocznej edycji Australian Open w singlowych zmaganiach zobaczymy aż sześcioro reprezentantów Polski. Do grona zawodników mających zapewniony start w głównej drabince dzięki rankingowi należą: Iga Świątek, Magda Linette, Magdalena Fręch, Hubert Hurkacz oraz Kamil Majchrzak. W czwartek do tej piątki dołączyła Linda Klimovicova, która po raz pierwszy w karierze przebrnąła eliminacje turnieju wielkoszlemowego na poziomie zawodowym. 21-letnia tenisistka zrobiła to w imponującym stylu, nie przegrywając ani jednego seta. W decydującym meczu kwalifikacji pokonała rozstawioną z numerem 12 Greet Minnen, zapewniając sobie debiut w głównej drabince Szlema. Zawodniczka pochodząca z Ołomuńca stanie przed historyczną szansą zaprezentowania się na największej tenisowej scenie.

    Już w dniu losowania drabinki poznaliśmy wstępne informacje dotyczące terminów występów Polaków w pierwszej rundzie Australian Open. Wówczas stało się jasne, że żaden z naszych reprezentantów nie zagra w niedzielę, a swoje mecze w poniedziałek rozegrają Magda Linette, Magdalena Fręch, Linda Klimovicova oraz Kamil Majchrzak. Do niedawna nie było jednak pewne, kiedy na kort wyjdą Iga Świątek i Hubert Hurkacz. Ostatecznie w piątek potwierdzono, że wiceliderka rankingu WTA również zagra w poniedziałek, natomiast wrocławianin rozpocznie turniej dzień później, we wtorek.

    W nocy z piątku na sobotę czasu polskiego organizatorzy Australian Open opublikowali już szczegółowy plan gier na poniedziałkowe rozgrywki. Z informacji zamieszczonych na oficjalnej stronie turnieju wynika, że Iga Świątek wystąpi na głównej arenie imprezy – Rod Laver Arena. Jej spotkanie z Chinką Yue Yuan otworzy nocną sesję i rozpocznie się tuż po godzinie 9:00 czasu polskiego.

    Choć termin meczu Świątek jest bardzo dogodny dla polskich kibiców, emocji z udziałem naszych zawodników nie zabraknie już znacznie wcześniej. W nocy z niedzieli na poniedziałek, dokładnie o godzinie 1:00 czasu polskiego, rozpoczną się pojedynki Magdy Linette i Magdaleny Fręch. Poznanianka zmierzy się z Emmą Navarro na 1573 Arena, natomiast tenisistka urodzona w Łodzi zagra z Veroniką Erjavec na korcie numer 12.

    Ten sam kort będzie również areną rywalizacji Kamila Majchrzaka. Jego mecz z Jacobem Fearnleyem zaplanowano jako trzecie spotkanie dnia, licząc od godziny 1:00 czasu polskiego, po pojedynkach Fręch – Erjavec oraz Fabian Marozsan – Arthur Rinderknech. Z kolei Linda Klimovicova pojawi się na korcie numer 15, gdzie jej starcie z Francescą Jones wyznaczono jako drugie w kolejności, po meczu Quentin Halys – Alejandro Tabilo.

    Wszystko wskazuje więc na to, że poniedziałek w Melbourne upłynie pod znakiem polskich występów, a kibice nad Wisłą będą mieli wiele okazji do śledzenia losów naszych reprezentantów w pierwszej rundzie Australian Open.