Czy świat oglądany z perspektywy 185. miejsca w rankingu WTA wygląda troszkę piękniej, ładniej, przyjemniej?
Martyna Kubka: – Nie (uśmiech). Myślę, że nie odczułam jakiejś różnicy, bo koniec końców są to tylko numerki. Wiadomo, bardzo się cieszę, że ostatnio mój tenis zmierza w dobrym kierunku. Bardzo jestem zadowolona z tego, nie ma co ukrywać. Aczkolwiek przede mną też kolejne wyzwania i cele, nie chciałabym się zatrzymywać, ale progres bardzo cieszy. Wierzę, że będę w stanie piąć się dalej w rankingu, plasować się coraz wyżej.
Przy okazji Wimbledonu odbyliśmy rozmowę, gdy ważyły się twoje losy i zabrakło jednego miejsca, byś wystartowała w kwalifikacjach najstarszego turnieju wielkoszlemowego. Zwracałaś uwagę na progres i postęp w swoim tenisie, co rozpoczęło się w grudniu zeszłego roku. Wszystko to, o czym mówiłaś, zaprowadziło cię do zwycięstwa w Hiszpanii, czy ten turniej jeszcze coś dodatkowo uwypuklił?
– Zacznę od tego, jeśli mam być w pełni szczera, że nie jestem do końca zadowolona z tego, jak zaprezentowałam się w Hiszpanii.
A to ciekawe.
– Ogólnie to był dość specyficzny turniej, bo niby był rozgrywany na nawierzchni twardej. I technicznie rzecz biorąc to była nawierzchnia twarda, ale troszkę inna, bardziej asfaltowa. Nie ukrywam, że trochę specyficzna, dosyć szybka, plus dochodziła delikatna wysokość miejscowości Vitoria-Gasteiz, chyba 550 metrów nad poziomem morza. Więc warunki były dosyć ciężkie i też wiem, że nie tylko dla mnie, bo rozmawiałam z innymi dziewczynami. Nie tylko grałyśmy, ale trenowałyśmy razem, więc wiem, że wiele z nich miało podobne odczucia. Nie będę ukrywać, że grało się ciężko. Wymiany też nie były za długie, a wysokość, nawierzchnia plus szybkość powodowało, że popełniało się więcej błędów.
To może tym bardziej powinnaś być zadowolona, że sobie poradziłaś.
– Poniekąd tak, zdecydowanie (śmiech). Nie sztuką jest wygrać mecz, jak wszystko wychodzi. Cieszę się, bo ostatnie trzy mecze były bardzo długie i wymagające. Już praktycznie przegrałam ćwierćfinał, bo wyszłam z 2:5 i piłki meczowej. Trzeba było wytrzymać te najważniejsze momenty. Najbardziej jestem zadowolona, że wytrzymałam mentalnie, ale powtórzę, że z poziomu swojego tenisa do końca nie jestem usatysfakcjonowana.
To specyfika całego naszego kochanego sportu, jaką wagę mają pojedyncze mecze. Maja Chwalińska jedno z najtrudniejszych spotkań w Paryżu stoczyła w decydującej rundzie eliminacji. Gdyby nie wyszła z tego trudnego położenia, jej przepiękna historia w Roland Garros by się nie napisała. Ty wspominasz o swoim ćwierćfinale, sytuacja już była dramatyczna i w gruncie rzeczy mnóstwo osób już pewnie godziło się z myślą, że pewnie na tym zakończy się twoja przyprawa.
– Wszystko prawda. To właśnie też pokazuje po prostu, że w tenisie trzeba grać do ostatniej piłki. Nawet można bardzo wysoko prowadzić, ale gdy jeszcze nic nie jest przesądzone, nie wolno obniżać poziomu. Z drugiej strony zawsze opłaca się walczyć, nawet gdy sytuacja jest już w pewnym sensie beznadziejna. Krótko mówiąc, opłaca się walczyć. Przy tym wyniku już wiedziałam, że prawdę mówiąc nie mam nic do stracenia, więc po prostu starałam się walczyć o każdy punkt. Potem, jak wykrywałam kolejne gemy, zdawałam sobie sprawę, że przeciwniczce nie gra się najłatwiej. Miała w głowie, że przed chwilą miała piłkę meczową, a nie zamknęła meczu. Starałam się to wykorzystać, więc jest to naprawdę bardzo, bardzo cenne zwycięstwo. Myślę, że w pewnym sensie pozwoliło mi wygrać kolejne spotkania. W trzysetówkach w półfinale i finale też miałam trudne momenty, w finale przegrałam pierwszego seta, ale wtedy przypominałam sobie, z jakich tarapatów potrafiłam wyjść. To też mnie budowało, a jednocześnie pozwalało się w pewien sposób rozluźnić. Przekonywałam siebie, że dla przeciwniczki to także jeszcze daleka droga do zwycięstwa, więc zbudowałam sobie cenną historię.
Z Hiszpanii ruszyłaś do Pragi, gdzie zagrałaś w ćwierćfinale debla w parze z Nadią Kiczenok, ale przegrałyście po super tie-breaku. Tam zamieszanie dotyczyło waszych rywalek, ale najwyżej rozstawioną parę Xinyu Jiang/Fang-Hsien Wu zastąpiły rozstawione z “piątką” Ingrid Martins i Makoto Ninomiya. Do tego doszło napiętnowanie w Ukrainie twojej deblowej partnerki za obecność na ślubie pochodzącej z Rosji Darii Kasatkiny, która też mogła nie czuć się swojo.
– Co do Nadii, to nie dała mi odczuć, aby ta sprawa miała na nią wpływ. Aczkolwiek rozmawiałyśmy na ten temat, ponieważ stał się on dość głośny. Jednak nie wydaje mi się, żeby to w większym stopniu wpłynęło na jej poczynania na korcie. Wiadomo, że cała ta sytuacja na linii Ukraina – Rosja jest dosyć skomplikowana, ale nie chciałabym się w to zagłębiać.
A jeśli chodzi o sam przebieg tego zaciętego spotkania, zakończonego rezultatem 7:10?
– Pierwszy set był na pewno na dużo lepszym poziomie z naszej strony. Potem troszkę sytuacja się odwróciła, od drugiego seta zaczęłyśmy grać trochę gorzej. Zwłaszcza ja, nie ukrywam, że nie jestem zadowolona ze swojej gry potem. Też odczuwałam zmęczenie po turnieju w Hiszpanii, bo tak naprawdę w dniu finału przetransportowałam się do Pragi. Wiadomo, starałam się trochę potrenować, a z drugiej strony trochę odpocząć, co było wyzwaniem.
– Wiadomo, że nie zdążyłam na singla do Pragi przez to, jak dobrze mi poszło w Hiszpanii, dlatego leciałam na samego debla. Może czułam pewnego rodzaju ulgę, że gram samego debla. Na singla bym nie wyszła, bo byłam naprawdę mocno zmęczona. Fajnie, że mogłam zagrać z Nadią, bo jest doświadczoną deblistką, ale nie jestem do końca zadowolona z mojej gry. Taki jest sport: raz się wygrywa, raz się przegrywa. Za to teraz mam parę dni odpoczynku, więc chwila na regenerację po tym wymagającym okresie i potem chwila przygotowań do turnieju w Warszawie.
No właśnie, WTA 125 w stolicy, wielkie wydarzenie w naszej metropolii w dniach 2-8 sierpnia. Z twoim podwójnym udziałem.
– Tak jest, dostałam “dziką kartę” do singla, a wystąpię także w deblu.
Gra podwójna szykuje się wyjątkowo. Nie wiem, na ile bywasz emocjonalna, ale wystąpisz w parze z weteranką Alicją Rosolską, na której to będzie pożegnalny występ. Mocnych doznań zapewne nie zabraknie.
– Ala jakiś czas temu do mnie napisała, czy chciałabym z nią zagrać w Warszawie. Od razu powiedziała, jaka jest sytuacja, że to będzie jej ostatni turniej. Niewątpliwie nadciąga fajne wydarzenie, zwłaszcza, że z Alą dobrze się znamy i mamy fajny kontakt. Bardzo mi miło, że byłam jej pierwszym wyborem (uśmiech). Mam nadzieję, że sporo osób przyjdzie kibicować Ali i wszystkim Polkom.
A jak później będzie wyglądał plan, gdy chodzi o Amerykę i przygotowania do US Open, gdzie wystąpisz w kwalifikacjach?
– Generalnie organizatorzy turniejów ITF i WTA nie ułatwiają zadania zawodniczkom w okolicach mojego rankingu. Chciałabym zagrać jakiś turniej w Stanach przed US Open, tylko po prostu nie ma ani jednego turnieju, gdzie mogłabym wystąpić. Na ten moment sprawa wygląda tak, że niestety będę jechać od razu na US Open, bo fajnie byłoby się rozegrać. Wiadomo, zmienić strefę czasową i zagrać jakiś mecz w zbliżonych warunkach, ale tego nie będzie.
Faktycznie, dalece to niekomfortowe.
– Skoro jednak nie ma takiej możliwości, więc nawet nie mam co nad tym rozmyślać i obciążać się mentalnie. Zatem na pewno zagram turniej w Warszawie i kolejny ruch będzie zależał od tego, jak mi pójdzie i ile meczów zagram. Jeżeli ta liczba będzie niewystarczająca, to jeszcze od razu po Warszawie zagram ITF-a niższej rangi, chyba 35 w Hiszpanii lub Wielkiej Brytanii, bo też nie ma nic innego. A jeśli w stolicy pogram dobrze, to potem chwilę potrenuję i polecimy do Nowego Jorku.
Już założyłaś sobie, ile rozegranych meczów da odpowiedź, który wariant wybrać?
– Tak sztywno to nie. Oczywiście wiadomo, że jeden nie byłby wystarczająco, a co przy kolejnych? To zależy, jak pogram singla i debla, a także jak wymagające będą te spotkania. Zadecydujemy na pewno po turnieju.
Zapętlmy jeszcze naszą rozmowę. Media i kibice mocno odtrąbili twój awans. Mocno budujesz się tym faktem, że jesteś w drugiej setce światowego rankingu? Poczułaś dodatkowy wiatr w żagle?
– Wiadomo, że bardzo się z tego cieszę. I też cieszę się z faktu, że cieszą się inni. Jednocześnie staram się nie narzucać na siebie większej presji z tego tytułu, że jestem wyżej w rankingu i prawdopodobnie będę grała teraz wyższe rangą turnieje, bo będę się do nich dostawała. Dla mnie najważniejszy jest proces, progres i trenowanie. Wsparcie kibiców i mediów jest bardzo ważne i bardzo się z niego cieszę, ale mam nadzieję, że na tym nie poprzestanę, bo chcę piąć się wyżej i wyżej.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl
Zawodniczka w czerwonym stroju sportowym z godłem Polski, uniesiona zaciśnięta pięść w geście determinacji na tle trybun.
Martyna KubkaSebastian SienkiewiczNewspix.pl
Tenisistka w czerwonej koszulce i białej spódniczce z zaciśniętą pięścią krzyczy z determinacją po udanej akcji na korcie podczas meczu.
Martyna KubkaKRZYSZTOF HELIOS/400MMNewspix.pl
Analiza Macieja Synówki po meczu Mai Chwalińskiej z Mananchayą Sawangkaew

Leave a Reply