Category: Uncategorized

  • Tak Barcelona chce rozwiązać sprawę Lewandowskiego

    Tak Barcelona chce rozwiązać sprawę Lewandowskiego

    Robert Lewandowski reprezentuje barwy FC Barcelony od 2022 roku, jednak – jak informuje dziennik Sport – obecny sezon może być jego ostatnim w drużynie Dumy Katalonii. Klub ma ku temu jeden główny powód.

    Transfer, który odmienił Barcelonę

    Latem 2022 roku „Lewy” przeniósł się z Bayernu Monachium do Barcelony za 45 mln euro. Jego kontrakt wygasa w przyszłym roku i coraz więcej wskazuje na to, że po jego zakończeniu Polak pożegna się z Camp Nou. Był to transfer kluczowy – zarówno sportowo, jak i wizerunkowo. Barcelona odzyskała siłę w ofensywie, a w lidze hiszpańskiej znów stała się najgroźniejszym rywalem Realu Madryt.

    Już w debiutanckim sezonie w La Lidze Lewandowski sięgnął po koronę króla strzelców. Łącznie zdobył wtedy 33 bramki we wszystkich rozgrywkach. W kolejnym sezonie dorzucił 26 trafień, a ostatnia kampania była jego najlepszą od czasów gry w Bayernie – Polak aż 42 razy wpisywał się na listę strzelców.

    Wiek robi swoje

    Problemem nie są więc umiejętności. Jak podkreśla Sport, decydujący okazuje się wiek zawodnika. W sierpniu Lewandowski skończył 37 lat, a kataloński klub na razie nie planuje przedłużać z nim umowy. Działacze zauważają, że zespół potrafi radzić sobie także bez Polaka. W poprzednim sezonie dobre występy notował Ferran Torres, a obecnie to właśnie Hiszpan jest podstawowym napastnikiem Barçy – również dlatego, że Lewandowski rozpoczął rozgrywki z kontuzją.

    Co dalej?

    Na razie sytuacja nie jest przesądzona. Sport zaznacza, że w futbolu nigdy nic nie jest pewne, a przyszłość Lewandowskiego może się jeszcze zmienić. Dyrektor sportowy klubu, Deco, rozgląda się za nowym napastnikiem, jednak ze względu na problemy finansowe Barcelony możliwe jest, że nowy zawodnik nie trafi na Camp Nou. W takim wariancie pierwszym wyborem na pozycji „dziewiątki” pozostanie Ferran Torres.

    Bilans Lewandowskiego w Barcelonie

    Do tej pory Robert Lewandowski rozegrał w barwach Blaugrany 149 spotkań, w których strzelił 101 goli i zaliczył 24 asysty. Na swoim koncie ma także pięć trofeów zdobytych z katalońskim klubem.

     

  • Co się dzieje z Gortatem? To dlatego nie ma go na meczach reprezentacji

    Co się dzieje z Gortatem? To dlatego nie ma go na meczach reprezentacji

    Dlaczego Marcina Gortata zabrakło na EuroBaskecie w Katowicach?

    Podczas pięciu spotkań reprezentacji Polski w ramach EuroBasketu w katowickim Spodku trybuny wypełniały się znanymi postaciami ze świata sportu. Pojawili się byli koszykarze, trenerzy, działacze, a nawet sportowcy z innych dyscyplin – od Roberta Lewandowskiego, przez Tomasza Fornala, po skoczków narciarskich z Kamilem Stochem i Piotrem Żyłą na czele. Z USA przylecieli także przedstawiciele NBA: właściciele Los Angeles Lakers Rob Pelinka i Jeannie Buss czy trener Portland Trail Blazers Chauncey Billups. W takim otoczeniu naturalne wydawałoby się, że w Katowicach pojawi się także Marcin Gortat – ikona polskiej koszykówki. A jednak nie było go ani razu.

    – Zaproszenie do pana Gortata zostało wysłane – mówił w rozmowie ze Sport.pl prezes PZKosz Grzegorz Bachański. – Kontaktowaliśmy się z wieloma byłymi reprezentantami, którzy chętnie przyjęli nasze propozycje. Cieszę się, że w Spodku pojawili się m.in. Maciej Zieliński, Robert Kościuk czy Piotr Szybilski. Proponowaliśmy bilety również Marcinowi. Z tego, co wiem, miał być obecny na meczu z Izraelem, ale ostatecznie tego nie potwierdził – dodaje.

    Podcast zamiast trybun

    Dlaczego Gortat nie przyjechał? – Powód jest prosty – miałem wcześniej podjęte zobowiązania – tłumaczy były gracz NBA. – Jestem współwłaścicielem podcastu Post Prime, w który zaangażowałem się finansowo i osobiście. Po każdym meczu Polaków nagrywaliśmy obszerne studio z udziałem gości, m.in. Macieja Zielińskiego. Analizowaliśmy spotkania szczegółowo, a moje komentarze w tym formacie – moim zdaniem – wnoszą więcej niż obecność w hali. Siedzenie na krzesełku nie pomogłoby chłopakom – podkreśla.

    Nagrania odbywały się w siedzibie fundacji Gortata w Łodzi. Sam były koszykarz odrzucił też propozycję występowania w roli eksperta w TVP Sport. – Wiedziałem, że będę zajęty własnym projektem, gdzie każdy mecz omawialiśmy przez godzinę. Oglądało nas kilka tysięcy osób, więc jesteśmy zadowoleni – zaznacza.

    Chłodne relacje z kadrą i dawne konflikty

    Nieobecność Gortata w Katowicach wzbudziła dodatkowe emocje, bo od lat jego relacje z reprezentacją i federacją są napięte. Z kapitanem kadry Mateuszem Ponitką koszykarz nie utrzymuje kontaktu – jeszcze w 2022 roku ostro skrytykował jego występ w barwach rosyjskiego klubu tuż po wybuchu wojny w Ukrainie. Ponitka odpowiedział później uszczypliwie, przypominając zachowanie Gortata z EuroBasketu 2013 i nazywając go „Polskim Młotem”.

    Sam Gortat od dawna pozostaje też w sporze z działaczami PZKosz. W przeszłości wspierał kandydaturę Bachańskiego na prezesa, jednak później ich drogi się rozeszły. Były koszykarz wielokrotnie krytykował również Radosława Piesiewicza, byłego szefa federacji, obecnie prezesa PKOl.

    – Nie mam personalnego konfliktu z obecnym prezesem – zaznacza jednak Gortat. – Największe różnice miałem z panem Piesiewiczem. Faktem jest, że krytykowałem niektóre działania PZKosz, ale Bachański dotrzymał słowa. Związek zapraszał mnie także wcześniej na mecze eliminacyjne, jednak wtedy byłem w Stanach. Tym razem zdecydowałem się w całości poświęcić pracy przy podcaście – podsumowuje.

    Bachański, pytany o krytyczne wypowiedzi Gortata, stara się tonować emocje. – Każdy ma prawo do swojego zdania. Szczerze mówiąc, w środowisku koszykarskim opinie Marcina nie mają dziś większego znaczenia – odpowiada.

    Gortat wybrał inną drogę

    Nieobecność Gortata w Spodku była więc jego świadomą decyzją – związaną bardziej z osobistymi projektami niż z otwartym konfliktem z federacją. Były center NBA woli dziś pełnić rolę komentatora i przedsiębiorcy niż symbolicznego gościa na trybunach. Mimo to jego brak w Katowicach był mocno odczuwalny – tak, jakby podczas piłkarskiego Euro w Polsce nie pojawił się Robert Lewandowski.

  • 0:3 w hicie Djoković – Alcaraz. Wszystko jasne. Oni zagrają w finale US Open!

    0:3 w hicie Djoković – Alcaraz. Wszystko jasne. Oni zagrają w finale US Open!

    W półfinałach męskiego US Open kibice dostali prawdziwe tenisowe „Gwiezdne Wojny”. W grze o finał pozostała czwórka gigantów: Carlos Alcaraz, Novak Djoković, Jannik Sinner oraz Felix Auger-Aliassime. To zestawienie symbolizuje zmianę pokoleniową, a jednocześnie przypomina, że Djoković po raz pierwszy od ośmiu lat przeżywa sezon, w którym nie zagra ani w jednym wielkoszlemowym finale. Jednocześnie przed fanami piąty z rzędu finał pomiędzy dwoma najwyżej notowanymi zawodnikami w rankingu ATP. – Oni są po prostu zbyt dobrzy – przyznał po porażce Serb.

    US Open na finiszu – faworyci potwierdzają klasę

    Ostatni wielkoszlemowy turniej sezonu wkracza w decydującą fazę. W rywalizacji kobiet w finale spotkają się Amanda Anisimova i Aryna Sabalenka. Iga Świątek dotarła do ćwierćfinału, w którym musiała uznać wyższość Anisimovej. Wśród mężczyzn jedynym Polakiem był Kamil Majchrzak – zakończył zmagania w trzeciej rundzie. Największe emocje budziły jednak piątkowe półfinały, w których najpierw zmierzyli się Novak Djoković i Carlos Alcaraz. Przed tym starciem bilans spotkań wynosił 5:3 dla Serba.

    Alcaraz w wielkim stylu zatrzymuje Djokovicia

    Dotychczas Alcaraz nie potrafił znaleźć recepty na Djokovicia na twardych kortach. Tym razem zaczął mecz idealnie, od przełamania w pierwszym gemie serwisowym rywala. Hiszpan kontrolował przebieg seta i wygrał go 6:4. Druga partia była prawdziwym dreszczowcem – Djoković prowadził 3:0, ale Alcaraz szybko odrobił straty. O losach seta zadecydował tie-break, w którym Hiszpan zwyciężył 7:4.

    Choć wydawało się, że Djoković wykorzysta wysoki poziom drugiej odsłony jako impuls do odwrócenia losów meczu, to Alcaraz zachował inicjatywę. W trzecim secie przełamał Serba w czwartym gemie i utrzymał przewagę do końca, triumfując 6:2. Ostatecznie Alcaraz wygrał 3:0 i awansował do finału. Tym samym Djoković zakończył sezon bez udziału w finale wielkoszlemowym – pierwszy raz od 2017 roku. Alcaraz z kolei zapisał się w historii jako trzeci najmłodszy tenisista z siedmioma finałami turniejów tej rangi, po Björnie Borgu i Rafaelu Nadalu. – Przegrałem trzy z czterech szlemów w półfinałach z Sinnerem i Alcarazem. Oni są po prostu za mocni. W starciach do trzech wygranych setów bardzo trudno jest się im przeciwstawić – podsumował Serb.

    Sinner lepszy od Augera-Aliassime’a – kolejny finał z Alcarazem

    W drugim półfinale Jannik Sinner zmierzył się z Felixem Augerem-Aliassimem. Pierwszy set przebiegł pod pełną kontrolą Włocha, który dwukrotnie przełamał rywala i wygrał 6:1. Druga partia miała zupełnie inny przebieg – Kanadyjczyk odrobił straty i po przełamaniu w ósmym gemie zwyciężył 6:3, wyrównując stan meczu.

    Od trzeciego seta to jednak Sinner przejął inicjatywę. Włoch przełamał Augera-Aliassime’a w szóstym gemie i wygrał 6:3. W czwartej partii obaj zawodnicy walczyli gem po gemie, ale to Sinner wykorzystał szansę i po przełamaniu triumfował 6:4, pieczętując awans do finału.

    Piąty finał Alcaraz – Sinner w ostatnich 12 miesiącach

    Sobotni finał US Open będzie piątym spotkaniem o tytuł pomiędzy Alcarazem a Sinnerem w ciągu ostatniego roku, z czego czwartym w obecnym sezonie. Na razie bilans zdecydowanie przemawia za Hiszpanem, który wygrał trzy z czterech finałów.

    https://x.com/usopen/status/1964072237155180705?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1964072237155180705%7Ctwgr%5Eb7c1878aa3e5cbd0214104f2c3ff1f36fd2052ef%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F764987322304450-3-w-hicie-djokovic-alcaraz-wszystko-jasne-oni-zagraja.html

  • 6:4, 6:0. Kapitalny mecz Polki z faworytką. Jest półfinał!

    6:4, 6:0. Kapitalny mecz Polki z faworytką. Jest półfinał!

    Maja Chwalińska robi kolejny krok w stronę powrotu do światowej czołówki. Polka rywalizuje w turnieju rangi Challenger w szwajcarskim Montreux i po efektownym zwycięstwie nad Holenderką Arantxą Rus awansowała do półfinału. Szczególne wrażenie zrobił drugi set, zakończony wynikiem 6:0, który dał kibicom sporo powodów do optymizmu.

    Droga Chwalińskiej w tym sezonie

    Dotychczas w 2025 roku Chwalińska tylko raz znalazła się w głównej drabince turnieju wielkoszlemowego. Miało to miejsce podczas Australian Open, gdzie w pierwszej rundzie przegrała z Niemką Jule Niemeier 0:6, 1:6. Później dwukrotnie zatrzymywała się na drugiej rundzie kwalifikacji – w Roland Garros i US Open. Najwięcej radości przyniósł jej jednak debel – w parze z Czeszką Anastazją Detiuc sięgnęła po tytuł w Antalyi. Teraz, na początku września, próbuje swoich sił w Montreux.

    Ćwierćfinał pełen dominacji

    W meczu o półfinał Chwalińska zmierzyła się z Arantxą Rus, klasyfikowaną na 131. miejscu w rankingu WTA. Początek spotkania ułożył się znakomicie dla Polki – szybko objęła prowadzenie 3:0, wykorzystując dwa break pointy. Choć rywalka zdołała odrobić jedno przełamanie, nie była w stanie przejąć inicjatywy. Pierwszy set padł łupem Chwalińskiej 6:4.

    Druga partia to już absolutna dominacja Polki. Chwalińska bezbłędnie serwowała, nie tracąc punktów przy własnym podaniu, a do tego regularnie przełamywała serwis Holenderki. Rus nie stworzyła sobie nawet jednej okazji na powrót do gry, a set zakończył się błyskawicznym 6:0. Dzięki temu Chwalińska zameldowała się w półfinale turnieju.

    Ranking i kolejne wyzwanie

    Awans do półfinału zapewnił Polce skok z 177. na 152. miejsce w rankingu WTA. Jeśli udałoby jej się sięgnąć po tytuł w Montreux, może awansować aż na 133. pozycję. W walce o finał jej rywalką będzie Hiszpanka Andrea Lazaro Garcia, która w ćwierćfinale pokonała Austriaczkę Julię Grabher 7:5, 6:3.

    Dla Chwalińskiej będzie to szansa na pierwszy finał singlowy w tym sezonie. Ostatni raz o tytuł walczyła w grudniu ubiegłego roku w Florianopolis, gdzie musiała uznać wyższość Yleny In-Albon, przegrywając 1:6, 2:6.

  • Sabalenka się nie certoli. “Zrobię wszystko, żeby skopać mu d…”

    Sabalenka się nie certoli. “Zrobię wszystko, żeby skopać mu d…”

     

    Nick Kyrgios nie owija w bawełnę. Australijczyk jasno stwierdził, że to on wyjdzie zwycięsko z planowanej „bitwy płci”, czyli meczu przeciwko Arynie Sabalence. Na ripostę liderki rankingu WTA nie trzeba było długo czekać. Oboje mówili bez ogródek – Kyrgios z typową dla siebie prowokacją, a Sabalenka z ogromnym luzem i pewnością siebie.

    – Ona mnie nie pokona. Serio sądzisz, że muszę grać na sto procent? – rzucił z ironią Kyrgios w podcaście „First & Red”. Australijczyk nie tylko wyraził przekonanie o swojej wygranej, ale nawet wskazał przewidywany rezultat: 6:2. Przyznał jednak, że ceni charakter Sabalenki. – Ma w sobie niesamowitą siłę, to zawodniczka, która naprawdę wierzy w zwycięstwo – dodał.

    Sama Białorusinka odpowiedziała w swoim stylu – zdecydowanie i z humorem. – To będzie świetna zabawa, szczególnie przeciwko Nickowi – uśmiechała się podczas konferencji prasowej po półfinale US Open. – On powiedział, że wierzę w wygraną, więc na pewno wyjdę na kort i zrobię wszystko, żeby skopać mu d… – rzuciła bez ogródek.

    Zapytana, czy takie starcie to coś dobrego dla kobiecego tenisa, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: – Jeśli uda mi się go pokonać, to będzie świetna sprawa. Nie ukrywa, że chce spróbować sił w takim wyzwaniu, idąc śladami Billie Jean King, która w 1973 roku wygrała legendarną „bitwę płci” z Bobbym Riggsem. Na razie jednak nie wiadomo, czy pojedynek Sabalenki z Kyrgiosem faktycznie dojdzie do skutku, ani gdzie miałby się odbyć.

    Teraz uwaga Sabalenki skupia się na zupełnie innym zadaniu. W sobotę 6 września zmierzy się z Amandą Anisimovą w finale US Open. Stawką będzie jej czwarte wielkoszlemowe trofeum i drugie wywalczone w Nowym Jorku. Dla Amerykanki byłby to pierwszy triumf tej rangi. Atutem Anisimovej może być jednak bilans ich dotychczasowych spotkań – sześć wygranych przy trzech porażkach – oraz wsparcie nowojorskiej publiczności, która z pewnością stanie za swoją rodaczką.

    https://x.com/TheTennisLetter/status/1963802103480295712?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1963802103480295712%7Ctwgr%5E0f0ce8255dfd5d176291d4e9e8b7243d102b04ba%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732230247sabalenka-sie-nie-certoli-zrobie-wszystko-zeby-skopac-mu.html

  • Sensacja w finale US Open. Turniejowa “1” na kolanach

    Sensacja w finale US Open. Turniejowa “1” na kolanach

    W piątkowy wieczór nowojorska publiczność szczególnie mocno wspierała Katerinę Siniakovą i Taylor Townsend – najwyżej rozstawione zawodniczki w grze podwójnej US Open. Fani liczyli na ich zwycięstwo, jednak mimo pełnego emocji i stojącego na wysokim poziomie meczu, tytuł powędrował w ręce Gabrieli Dabrowski i Erin Routliffe. Kanadyjsko-nowozelandzki duet wygrał finał 6:4, 6:4, zdobywając drugi wielkoszlemowy triumf w karierze – i to ponownie na kortach w Stanach Zjednoczonych.

    Burzliwy turniej Townsend

    Postać Taylor Townsend wielokrotnie była w centrum uwagi podczas tegorocznego US Open. Najpierw głośno zrobiło się o niej za sprawą Jeleny Ostapenko, która po porażce w drugiej rundzie singla zarzucała Amerykance brak klasy. Następnie Townsend w 1/8 finału singla miała ogromną szansę na awans, lecz nie wykorzystała aż ośmiu piłek meczowych przeciwko Barborze Krejčíkovej i odpadła z turnieju. Nie oznaczało to jednak końca jej przygody z nowojorską imprezą – w deblu, grając u boku Kateriny Siniakovej, stanowiła turniejowy numer jeden i główną faworytkę do tytułu. Para dotarła aż do finału, ale tam ich droga zakończyła się rozczarowaniem.

    Finał pełen zwrotów akcji

    W meczu o mistrzostwo zmierzyły się z rozstawionymi z numerem „3” Dabrowski i Routliffe. Początek starcia był wyrównany – zawodniczki dobrze pilnowały własnych serwisów, a publiczność mogła oglądać widowiskowe wymiany. Przełamanie przyszło jednak w szóstym gemie i niespodziewanie to Siniakowa i Townsend straciły podanie. Choć chwilę później mogły się odgryźć, nie wykorzystały okazji. Udało im się przełamać rywalki dopiero przy stanie 4:5, co dawało nadzieję na przedłużenie seta. Jednak w kolejnym gemie ponownie oddały serwis i przegrały partię 4:6.

    Drugi set również nie ułożył się po myśli faworytek. Już w drugim gemie zostały przełamane, choć zdołały doprowadzić do remisu 3:3. W ósmym gemie Dabrowski i Routliffe miały kolejną szansę na przełamanie, lecz tym razem jej nie wykorzystały. O wszystkim zdecydowała końcówka – w dziesiątym gemie Siniakowa i Townsend znów pozwoliły odebrać sobie serwis, przegrywając seta 4:6 i cały finał 0:2.

    Wynik finału: Katerina Siniakowa / Taylor Townsend – Gabriela Dabrowski / Erin Routliffe 4:6, 4:6

    Historyczny sukces Dabrowski i Routliffe

    Po 90 minutach gry Dabrowski i Routliffe mogły świętować drugi wspólny triumf wielkoszlemowy. To także ich drugi sukces odniesiony właśnie w Nowym Jorku. Kanadyjka ma na koncie także zwycięstwa w mikście – w Roland Garros (2017) i Australian Open (2018). Choć dla amerykańskich kibiców była to spora dawka rozczarowania, emocje w Nowym Jorku jeszcze się nie skończyły – już w sobotę na kort wyjdą Amanda Anisimova i Aryna Sabalenka, które zagrają o tytuł w finale singla.

  • Legenda wydała wyrok po tym, co zrobiła Sabalenka. Takie słowa jeszcze nie padły

    Legenda wydała wyrok po tym, co zrobiła Sabalenka. Takie słowa jeszcze nie padły

    Aryna Sabalenka znów udowodniła swoją klasę. Po raz trzeci z rzędu awansowała do finału US Open, a jej zwycięstwo nad Jessicą Pegulą było pokazem charakteru i determinacji. Spotkanie miało dramatyczny przebieg – Białorusinka przegrała pierwszego seta 4:6, jednak w kolejnych dwóch potrafiła odwrócić losy rywalizacji. Ostatecznie wygrała 4:6, 6:3, 6:4 i po raz kolejny stanie do walki o wielkoszlemowe trofeum.

    Sabalenka od blisko roku utrzymuje się na szczycie rankingu WTA, choć w tym sezonie jeszcze nie zdobyła tytułu wielkoszlemowego. Najbliżej była w Melbourne i w Paryżu, gdzie doszła do finałów, a na Wimbledonie zatrzymała ją Amanda Anisimova w półfinale. Teraz obie znów spotkają się po przeciwnych stronach siatki – tym razem w decydującym meczu US Open.

    Chris Evert, legenda światowego tenisa, nie kryła uznania dla liderki rankingu. – Pojedynki Aryny i Jessiki zawsze są pełne emocji. Sabalenka udowodniła, dlaczego jest numerem jeden – potrafi wychodzić z naprawdę trudnych sytuacji i znajduje sposób na zwycięstwo. Pokazała ogromną siłę i determinację. To wspaniały wzór do naśladowania dla młodych – oceniła w rozmowie z ESPN, cytowana przez tennishead.net.

    Zdaniem Evert Sabalenka będzie szczególnie zmotywowana, by triumfować w Nowym Jorku, bo to jej ostatnia okazja na wielkoszlemowy tytuł w tym roku. Do tej pory wygrała już trzy turnieje tej rangi – Australian Open w 2023 i 2024 roku oraz US Open w 2024. – Choć w tym sezonie jeszcze nie sięgnęła po tytuł, pozostaje najbardziej konsekwentną zawodniczką w wielkich imprezach. To pokazuje, że mamy do czynienia z prawdziwą mistrzynią – dodała Amerykanka.

    Finał nie będzie jednak dla Sabalenki spacerkiem. Anisimova to rywalka, która już nieraz sprawiła jej ogromne problemy. Bilans ich dotychczasowych dziewięciu spotkań jest korzystny dla Amerykanki – 6:3. Ostatnie starcie w Roland Garros wygrała Sabalenka, ale już miesiąc później na Wimbledonie górą była Anisimova. W sobotę czeka nas więc starcie, które zapowiada się na prawdziwy tenisowy thriller.

     

  • Osaka przemówiła po porażce na US Open. Nagle padło: Wiktorowski

    Osaka przemówiła po porażce na US Open. Nagle padło: Wiktorowski

    Naomi Osaka nie zdołała awansować do finału wielkoszlemowego US Open. Japonka uległa w trzech setach Amerykance Amandzie Anisimovej. Po meczu pojawiła się na konferencji prasowej, gdzie podsumowała swój występ oraz opowiedziała o współpracy z Tomaszem Wiktorowskim. – Myślę, że teraz wszystko jest pewnym procesem – podkreśliła Osaka.

    Od końca lipca Tomasz Wiktorowski, były szkoleniowiec Igi Świątek i Agnieszki Radwańskiej, współpracuje z Japonką. Początkowo był to okres próbny, ale obie strony zdecydowały się na stałą współpracę. – Gdy szukałam nowego trenera, zależało mi na kimś z ogromną wiedzą. A kiedy Tomasz się uśmiecha, naprawdę przypomina pluszowego misia. Tworzy dla mnie bezpieczną przestrzeń – mówiła Osaka jeszcze w trakcie turnieju.

    Półfinałowy pojedynek z Anisimovą zakończył się wynikiem 7:6, 6:7, 3:6 na korzyść Amerykanki. Po spotkaniu Osaka szerzej podsumowała sezon. – To dopiero mój drugi turniej z Tomaszem w roli trenera i muszę to brać pod uwagę. Patrząc z perspektywy całego roku, jestem zadowolona z mojej gry. Już przed startem US Open przekroczyłam własne oczekiwania. Mój najsłabszy sezon mógłby być najlepszym dla kogoś innego – zaznaczyła.

    Japonka dodała również, że nie czuje żalu po przegranej. – Szczerze mówiąc, nie jestem smutna, bo dałam z siebie wszystko. W kolejnych turniejach też spróbuję walczyć o każdą piłkę i zobaczymy, dokąd mnie to zaprowadzi. Nie mam powodu, by być na siebie zła. Nawet w trudnych chwilach nigdy nie startuję z nastawieniem, że odpadnę w pierwszej rundzie. Zawsze chcę wygrać cały turniej. Awans do półfinału US Open dodał mi pewności siebie – wyjaśniła.

    Osaka doceniła także rywalkę. – Wiedziałam, czego się spodziewać, bo Amanda to zawodniczka nieprzewidywalna. Czasem po prostu uderza piłkę bez schematu, a ta ląduje w korcie. To zupełne przeciwieństwo mojego stylu gry. Do tego jest jedną z najlepszych returnujących na świecie. Jej awans do finału mówi sam za siebie – oceniła Japonka.

    Dzięki udanemu występowi Osaka awansuje z 24. na 14. miejsce w światowym rankingu WTA. Jej celem jest teraz kwalifikacja do prestiżowego turnieju WTA Finals w Arabii Saudyjskiej. Aktualnie zajmuje 14. lokatę w rankingu Race (2244 pkt) i traci 1507 punktów do ósmej Jeleny Rybakiny. Do końca sezonu zaplanowano jeszcze dwa turnieje rangi WTA 1000 – w Pekinie (24 września – 5 października) i Wuhan (6–12 października), a także kilka zawodów WTA 500: w Guadalajarze (8–14 września), Seulu (15–21 września), Ningbo (13–19 października) i Tokio (20–26 października).

  • Kompromitacja na US Open. Kibice zaczęli wychodzić z kortu

    Kompromitacja na US Open. Kibice zaczęli wychodzić z kortu

    Amanda Anisimowa zameldowała się w finale US Open! Amerykanka po pasjonującym trzysetowym boju pokonała Naomi Osakę 7:6, 6:7, 6:3. Niestety, to emocjonujące widowisko oglądało z trybun zaskakująco niewielu kibiców – co komentatorzy Eurosportu określili wręcz jako kompromitację organizatorów.

    Anisimowa z drugim finałem wielkoszlemowym z rzędu

    Po wygranej nad Igą Świątek w ćwierćfinale Anisimowa poszła za ciosem i w półfinale okazała się lepsza od byłej liderki rankingu WTA. Mecz z Osaką trwał prawie trzy godziny i zakończył się tuż przed pierwszą w nocy czasu nowojorskiego. Choć Japonka była bliska zamknięcia rywalizacji w dwóch setach, to ostatecznie Amerykanka awansowała do swojego drugiego z rzędu wielkoszlemowego finału – po tegorocznym Wimbledonie.

    Puste trybuny mimo wielkich nazwisk

    Spotkanie dwóch tenisowych gwiazd rozgrywało się przy wyraźnie przerzedzonej publiczności. Kibice opuszczali stadion już w trakcie rywalizacji, a na pustki zwrócili uwagę komentatorzy Eurosportu. – „Szkoda, że tak mało widzów. Ubyło ich mnóstwo” – zauważył Lech Sidor, któremu wtórował Marek Furjan. Również Daria Saville na platformie X podkreślała, że obraz półfinału na tle pustych trybun był smutny i nie przystoi imprezie tej rangi.

    Arthur Ashe Stadium, największy kort świata, mieści ponad 23 tysiące osób. Zainteresowanie biletami zwykle jest ogromne, ale tym razem trybuny świeciły pustkami. Powodem mogła być pora – rozpoczęcie drugiego półfinału dopiero o 22:00.

    Wątpliwy terminarz i błędy organizatorów

    Organizatorzy zaplanowali na czwartek tylko dwa mecze – oba półfinały kobiet. Pierwszy, pomiędzy Aryną Sabalenką i Jessicą Pegulą, rozpoczął się o 19:00 i trwał ponad dwie godziny. Drugi, czyli pojedynek Anisimowej z Osaką, siłą rzeczy zaczął się późno i zakończył głęboko po północy. – „Być może pierwszy półfinał należało rozpocząć wcześniej” – przyznawali komentatorzy.

    Trudno było oczekiwać, że rywalizacja tenisistek o zbliżonym poziomie potrwa krótko. Osaka miała w decydującej fazie meczu nawet dwie piłki na przełamanie, które mogły wydłużyć pojedynek jeszcze bardziej. Ostatecznie to Anisimowa zamknęła spotkanie i powalczy o tytuł, a Japonka nie wróci do finału Szlema od Australian Open 2021.

    Porównania z piątkowym planem gier

    Tym bardziej dziwi, że dzień później półfinały mężczyzn zaplanowano inaczej – Novak Djoković i Carlos Alcaraz wyjdą na kort już o 15:00, a po nich zagrają Jannik Sinner i Felix Auger-Aliassime. Nawet jeśli mecze panów do trzech wygranych setów potrwają długo, istnieje duża szansa, że całość zakończy się przed północą – znacznie wcześniej niż półfinały kobiet.

    Zdaniem wielu ekspertów organizatorzy powinni byli zaplanować mecze kobiet na wcześniejszą godzinę, np. 16:00 lub 17:00. Tym bardziej że czwartkowe spotkania toczyły się w środku tygodnia roboczego, co dodatkowo utrudniało frekwencję.

    Problem z biletami i spekulantami

    Kilka dni temu amerykański influencer zwrócił uwagę na inny problem: brak widzów, mimo że bilety kosztują setki dolarów i błyskawicznie znikają z oficjalnej sprzedaży. Winą obarczył boty i spekulantów, którzy wykupują wejściówki, a następnie ich nie wykorzystują. To bolączka nie tylko US Open, lecz także wielu innych dużych turniejów tenisowych.

    Finał bez wymówki dla pustych trybun

    W sobotę Anisimowa zagra w wielkim finale z Aryną Sabalenką. Początek meczu wyznaczono na godzinę 13:00 w Nowym Jorku (19:00 czasu polskiego). Wszystko wskazuje na to, że tym razem trybuny Arthur Ashe Stadium wypełnią się po brzegi, a kibice nie opuszczą areny w trakcie rywalizacji. Transmisję finału pokaże Eurosport oraz platforma Max.

  • To one zagrają w finale US Open! Niesamowity mecz w Nowym Jorku

    To one zagrają w finale US Open! Niesamowity mecz w Nowym Jorku

    Amanda Anisimowa zagra w finale US Open! Amerykanka, która wcześniej w półfinale pokonała Igę Świątek, tym razem poradziła sobie z Naomi Osaką. Po blisko trzygodzinnej batalii zwyciężyła Japonkę 6:7(4), 7:6(3), 6:3 i po raz drugi z rzędu awansowała do wielkoszlemowego finału.

    Droga do półfinału

    W ćwierćfinale Anisimowa wyeliminowała Świątek, wygrywając 6:4, 6:3. Jej kolejną rywalką była Osaka, która wcześniej odprawiła Karolinę Muchovą 6:4, 7:6. Spotkanie Amerykanki z Japonką od pierwszych piłek miało wyjątkowo zacięty charakter i trzymało w napięciu do samego końca.

    Pierwszy set dla Osaki

    Początek meczu był bardzo nerwowy. Anisimowa szybko straciła podanie i znalazła się w trudnym położeniu. Grała odważnie, ale momentami przesadzała z ryzykiem, co punktowali komentatorzy Eurosportu. Osaka była stabilniejsza – cierpliwie odpowiadała na potężne ciosy rywalki i potrafiła wykorzystać jej błędy.

    Amerykanka doprowadziła do przełamania i wydawało się, że może odwrócić losy partii, ale ostatecznie o wyniku zadecydował tie-break. Tam Japonka zagrała niemal perfekcyjnie – wygrała 7:4 i objęła prowadzenie w całym spotkaniu.

    Anisimowa odpowiada

    Drugi set miał jeszcze bardziej dramatyczny przebieg. Amerykanka przełamała rywalkę i wyszła na prowadzenie, jednak nie potrafiła długo go utrzymać. Emocje sięgnęły zenitu, gdy przy stanie 5:4 serwowała na zwycięstwo w secie, a mimo to pozwoliła Osace wrócić do gry. W tym fragmencie doszło też do spięć między Anisimową a jej trenerem.

    Ponownie konieczny był tie-break – tym razem zdecydowanie lepsza była reprezentantka gospodarzy. Grała mocno i pewnie, a Japonka popełniała coraz więcej błędów. Anisimowa zwyciężyła 7:3 i doprowadziła do remisu w setach.

    Decydujący set na korzyść Amerykanki

    Na początku trzeciej partii Osaka poprosiła o pomoc medyczną, ale nie potrzebowała dłuższej interwencji. Mimo to towarzyszyły jej problemy, które szybko wykorzystała Anisimowa. Uderzała bezlitośnie, przejmowała inicjatywę i szybko objęła prowadzenie 4:1.

    Do końca meczu kontrolowała wydarzenia na korcie. Serwowała znacznie lepiej niż w poprzednich setach i nie pozwoliła Japonce odrobić strat. Choć przy stanie 5:3 zmarnowała dwie piłki meczowe, w końcu dopięła swego. Po 2 godzinach i 57 minutach to Amerykanka mogła cieszyć się z awansu.

    Najlepszy okres w karierze Anisimowej

    Dla 23-latki to drugi wielkoszlemowy finał z rzędu. W lipcu grała o tytuł w Wimbledonie, gdzie nie miała szans z Igą Świątek, przegrywając 0:6, 0:6. Teraz stanie przed szansą na wielki rewanż – nie tylko za tamtą porażkę, ale i za całą drogę, jaką przeszła w ostatnich miesiącach.

    W sobotę w Nowym Jorku Anisimowa zmierzy się z Aryną Sabalenką, która w drugim półfinale pokonała Jessicę Pegulę 4:6, 6:3, 6:4. Amerykanka zna już smak zwycięstwa nad Białorusinką – udało jej się to w półfinale Wimbledonu. Czy powtórzy ten sukces? Odpowiedź poznamy podczas finału US Open transmitowanego w Eurosporcie i na platformie Max.