Category: Uncategorized

  • Tak wygląda ranking FIVB po meczu Polska – Turcja na MŚ

    Tak wygląda ranking FIVB po meczu Polska – Turcja na MŚ

    Polscy siatkarze w imponującym stylu pokonali Turcję 3:0 (25:15, 25:22, 25:19) w ćwierćfinale mistrzostw świata i tym samym zameldowali się w strefie medalowej. Triumf nad rywalem to nie tylko awans do półfinału, ale także kolejne punkty w światowym rankingu FIVB – choć przewaga nad wiceliderem zestawienia nieco się zmniejszyła.

    Pewna gra Polaków na Filipinach

    Biało-Czerwoni od początku turnieju prezentują bardzo wysoką formę, a starcie z Turkami było kolejnym tego dowodem. Tylko w drugim secie zrobiło się chwilowo nerwowo, gdy przeciwnicy zbliżyli się wynikiem. Polacy jednak szybko odzyskali kontrolę i do końca meczu dominowali, pokazując różnicę poziomów między oboma zespołami. Obecni mistrzowie świata potwierdzili, że nieprzypadkowo przewodzą rankingowi FIVB.

    Zmiany w światowym rankingu

    Za zwycięstwo w trzech setach Polska dopisała do swojego dorobku 2,95 pkt. i po ćwierćfinale legitymuje się wynikiem 406,07 pkt. To jedyna reprezentacja, która przekroczyła granicę 400 pkt.

    Na drugim miejscu plasują się Włosi – właśnie oni będą półfinałowym rywalem Biało-Czerwonych. Italia również wygrała swój ćwierćfinał 3:0, rozbijając Belgię (25:13, 25:18, 25:18), dzięki czemu powiększyła dorobek o 4,40 pkt. i obecnie ma 367,99 pkt. Różnica względem Polski lekko się więc zmniejszyła.

    Turcja i Belgia, odpowiednio po porażkach z Polską i Włochami, straciły identyczną liczbę punktów – 2,95 oraz 4,40. Nie wpłynęło to jednak na ich lokaty, obie reprezentacje pozostają w drugiej dziesiątce zestawienia.

    Walka o podium i czołową dziesiątkę

    Trzecie miejsce w rankingu zajmuje Brazylia, ale jej przewaga nad czwartymi Stanami Zjednoczonymi jest minimalna. Jeśli Amerykanie w swoim ćwierćfinale pokonają Bułgarię, powinni wyprzedzić Canarinhos.

    Bułgarzy również mają o co grać – zwycięstwo dałoby im awans do czołowej dziesiątki kosztem Niemców.

    Dużą niespodzianką tegorocznych mistrzostw pozostają Czesi. Jeśli uda im się wyeliminować Iran, nie tylko zameldują się w półfinale, ale też po raz pierwszy przekroczą barierę 200 pkt. w rankingu.

    Ranking FIVB po ćwierćfinale Polski:

    1. Polska – 406,07 pkt
    2. Włochy – 367,99
    3. Brazylia – 338,40
    4. USA – 336,56
    5. Francja – 328,22
    6. Słowenia – 303,61
    7. Japonia – 294,77
    8. Argentyna – 269,00
    9. Kanada – 252,99
    10. Niemcy – 247,40
    11. Bułgaria – 245,05
    12. Kuba – 243,14
    13. Serbia – 233,34
    14. Turcja – 230,09
    15. Belgia – 225,86
    16. Iran – 220,05
    17. Ukraina – 202,85
    18. Czechy – 196,18
  • 80 minut i koniec! Nikt nie ma takiej serii jak Polacy na MŚ. Grbić aż bił brawo

    80 minut i koniec! Nikt nie ma takiej serii jak Polacy na MŚ. Grbić aż bił brawo

    Polscy siatkarze zameldowali się w półfinale mistrzostw świata! Zrobili to w imponującym stylu, potrzebując zaledwie 80 minut, by rozbić Turków 3:0 (25:15, 25:22, 25:19).

    Szybka i efektowna droga do strefy medalowej

    Rywale ugrali w całym spotkaniu tylko 56 punktów, co najlepiej pokazuje skalę dominacji biało-czerwonych. Jeszcze przed meczem kibice zastanawiali się, jak nasza drużyna odpowie na świetny występ Włochów, którzy wcześniej rozgromili Belgów 3:0. Odpowiedź była jednoznaczna – Polacy pokazali równie mocną siłę, pozwalając rywalowi na zaledwie kilka punktów więcej.

    Turcy praktycznie przez półtora seta nie istnieli, a nawet gdy potrafili chwilami zagrozić, Polacy utrzymywali pełną kontrolę nad przebiegiem gry.

    Zaskoczenie w składzie i piorunujący początek

    Najwięcej emocji jeszcze przed pierwszym gwizdkiem wzbudziła kwestia obsady przyjęcia. Tomasz Fornal, jeden z filarów kadry, pojawił się w koszulce libero i nie wziął udziału w pełnej rozgrzewce. Wszystko wskazuje na problemy zdrowotne, prawdopodobnie uraz pleców. Nikola Grbić postawił więc na duet Wilfredo Leon – Kamil Semeniuk. Obok nich w podstawowej szóstce znaleźli się Bartosz Kurek, Marcin Komenda, Jakub Kochanowski, Norbert Huber i libero Jakub Popiwczak.

    Od pierwszych piłek Polacy grali koncertowo. Zagrywka siała spustoszenie, atak funkcjonował bez zarzutu, a rozgrywający świetnie korzystał z wielu opcji ofensywnych. W końcówce pierwszego seta Grbić mógł pozwolić sobie na zmiany i testowanie ustawień. Partię zakończył challenge, który potwierdził dotknięcie bloku przez Turków – wynik 25:15 mówił wszystko.

    Chwila dekoncentracji, ale bez konsekwencji

    Drugi set rozpoczął się równie dobrze. Polacy prowadzili nawet pięcioma punktami, jednak w połowie partii nastąpił moment rozluźnienia. Kilka błędów własnych, trzy zepsute zagrywki z rzędu i rywale zbliżyli się na dwa punkty. Turcy w końcówce mieli nawet okazję, by doprowadzić do remisu, lecz sami popełniali proste pomyłki. Ostatecznie biało-czerwoni wygrali 25:22 i zwiększyli prowadzenie w meczu.

    Powrót spokoju i energia Kurka

    Trzecia partia była już pokazem pewności siebie i dojrzałości Polaków. Szybko zbudowana przewaga (9:6) pozwoliła im kontrolować wydarzenia na boisku. Leon i Semeniuk regularnie punktowali na skrzydłach, a środkowi – szczególnie Huber – dołożyli skuteczne ataki przez środek.

    Gdy przydarzyło się kilka błędów i nieporozumienie między Kurkiem a Kochanowskim, Nikola Grbić natychmiast poprosił o czas. Po nim Polacy wrócili do gry jeszcze bardziej zmotywowani. Kurek eksplodował energią i radością, a Kochanowski dołożył dwa asy serwisowe. Pierwszy meczbol został zamieniony na punkt – Polska wygrała seta 25:19 i całe spotkanie 3:0.

    Historyczna seria trwa

    Awans do półfinału oznacza, że Polacy już czwarty raz z rzędu meldują się w najlepszej czwórce mistrzostw świata. To rekordowa passa w historii naszej reprezentacji i obecnie jedyna tak długa w światowej siatkówce.

    W sobotnim półfinale rywalem biało-czerwonych będą Włosi – starcie nazywane „przedwczesnym finałem”. To właśnie oni przed trzema laty odebrali Polsce złoto w katowickim Spodku, ale latem tego roku dostali srogą lekcję od ekipy Grbicia w finale Ligi Narodów. Teraz obie drużyny zagrają o miejsce w wielkim finale MŚ.

    Mecz zaplanowano na sobotę, 27 września, o godz. 8:30 lub 12:30 czasu polskiego. Zwycięzca powalczy dzień później o złoto, przegrany o brąz. Relacje na żywo tradycyjnie dostępne będą w serwisie Sport.pl i aplikacji Sport.pl LIVE.

  • Aleksandra Mirosław jest niesamowita, znowu to zrobiła! Rekord w finale MŚ!

    Aleksandra Mirosław jest niesamowita, znowu to zrobiła! Rekord w finale MŚ!

    Aleksandra Mirosław znów nie miała sobie równych! Po ubiegłorocznym złocie olimpijskim w Paryżu, Polka tym razem sięgnęła po tytuł mistrzyni świata w Seulu, bijąc przy tym kolejny raz rekord globu. W finałowym starciu nie dała żadnych szans Chince Lijuan Deng i zapisała kolejną piękną kartę w historii wspinaczki sportowej.

    Niezatrzymana dominatorka

    Od wielu lat Mirosław jest absolutną królową wspinaczki na czas. Świat po raz pierwszy usłyszał o niej szerzej podczas igrzysk w Tokio, gdy ustanowiła rekord świata. Choć wówczas medalu nie zdobyła, ze względu na łączony format rywalizacji, to pokazała, że jest zawodniczką wyjątkową. Przełom nastąpił w Paryżu, gdzie wspinaczka na czas stała się osobną konkurencją – tam Polka sięgnęła po olimpijskie złoto, a przy okazji po raz dziesiąty poprawiła rekord świata, uzyskując 6,06 s.

    Po latach znów na szczycie

    31-latka miała ogromną motywację, by w Seulu sięgnąć po złoto. Do tej pory w dorobku miała pięć medali mistrzostw świata, ale na najwyższym stopniu podium ostatni raz stanęła w 2019 roku. Dwie kolejne edycje kończyła z brązem – co dla niej było rozczarowaniem. Szczególnie bolesny był turniej w Bernie, gdzie w półfinale, w starciu z Emmą Hunt, popełniła błąd i spadła ze ścianki. Tym razem Polka przyjechała udowodnić, że wciąż jest najlepsza.

    Co ciekawe, jej największa rywalka – Hunt – w Seulu sensacyjnie odpadła już w eliminacjach. Mirosław natomiast zaprezentowała wielką formę, uzyskując 6,08 s, czyli wynik tylko o dwie setne gorszy od własnego rekordu świata. To dało jej najwyższe rozstawienie w fazie pucharowej.

    Od początku w swoim stylu

    Pierwszą rywalką Polki była Japonka Ren Koyamatsu. Mirosław pobiegła 6,36 s – rezultat, którego żadna zawodniczka nie osiągnęła nawet w eliminacjach. Do ćwierćfinału awansowała także druga z Polek, Natalia Kałucka (6,75). Tam Mirosław zmierzyła się z Shaoquin Zhang. Choć start miała słabszy, to później wyraźnie zdominowała bieg, uzyskując 6,31. W półfinale czekała na nią Yafei Zhou, która wcześniej wyeliminowała Kałucką. Polka nie pozostawiła jednak złudzeń – osiągnęła świetny czas 6,20 i pewnie weszła do finału.

    Złoto i rekord świata

    W decydującym biegu spotkały się dwie najlepsze zawodniczki zawodów – Mirosław i Deng. Było to powtórzenie olimpijskiego finału z Paryża. Choć teoretycznie mogło się wydarzyć wszystko, Mirosław udowodniła, że w kluczowych momentach jest bezkonkurencyjna. Pobiegła fenomenalne 6,03 s i po raz jedenasty poprawiła rekord świata.

    Królowa wspinaczki

    Tym samym Aleksandra Mirosław potwierdziła swój status legendy. Po złocie olimpijskim dołożyła złoto mistrzostw świata, a jej rekordowe biegi stają się już niemal codziennością. 31-latka kolejny raz udowodniła, że w historii wspinaczki na czas nie ma sobie równych.

  • To by była największa sensacja w kadrze Urbana! 32-letni debiutant

    To by była największa sensacja w kadrze Urbana! 32-letni debiutant

    W 2014 roku Adam Nawałka sięgnął po Sebastiana Milę, a ten w wieku 32 lat strzelił pamiętnego gola Niemcom, zapisując się w historii polskiego futbolu. Dziś w identycznym wieku jest Bartosz Nowak, który błyszczy w barwach GKS Katowice i – zdaniem coraz większej grupy obserwatorów – zasłużył na sensacyjne powołanie do reprezentacji. Taką opinię przedstawił na łamach Sport.pl Filip Macuda.

    Gwiazda początku sezonu

    Podczas wtorkowego meczu Pucharu Polski GKS Katowice pokonał Wisłę Płock 4:2, a hat-trick Nowaka praktycznie w pojedynkę zapewnił awans gospodarzom. To kolejny popis ofensywnego pomocnika, który od startu rozgrywek 2025/26 zgromadził już siedem goli i dwie asysty w 10 występach. – „Bartosz Nowak w tej formie powinien być w kadrze. Panie selekcjonerze, Jasiu, rób to” – napisał na X dziennikarz „Super Expressu” Konrad Marzec. Autor artykułu dodaje, że podpisuje się pod tym apelem.

    Doświadczony ligowiec

    Nowak nie pojawił się na piłkarskiej mapie wczoraj. W Ekstraklasie rozegrał 181 spotkań, strzelając 38 bramek i dokładając 28 asyst. To zawodnik, który od lat utrzymuje solidny poziom – jego dorobek z pięciu ostatnich sezonów pokazuje regularność:

    • 2020/21 – 5 goli, 3 asysty
    • 2021/22 – 8 goli, 7 asyst
    • 2022/23 – 11 goli, 4 asysty
    • 2023/24 – 2 gole, 7 asyst
    • 2024/25 – 4 gole, 2 asysty

    Obecnie świetnie prowadzi grę w Katowicach, wcześniej wyróżniał się w Rakowie i Górniku Zabrze, a debiutował w Ekstraklasie jako piłkarz Ruchu Chorzów. Trener Jan Urban doskonale zna jego możliwości, bo współpracował z nim w Górniku, gdzie Nowak w 37 meczach zdobył osiem bramek i zanotował siedem asyst.

    Powołania dla „spóźnionych” debiutantów

    Historia polskiej kadry pokazuje, że trzydziestolatkowie niezwykle rzadko dostają szansę debiutu. Ostatnim takim przypadkiem był bramkarz Bartosz Białkowski, który w 2018 roku w wieku 31 lat wystąpił w sparingu z Nigerią. Jeśli chodzi o piłkarzy z pola – trzeba cofnąć się aż do 2010 roku, gdy 30-letni Dariusz Pietrasiak zagrał dwa spotkania. W całym XXI wieku takich przykładów było zaledwie trzech: Pietrasiak, Białkowski i Paweł Sibik, który debiutował w 2002 roku, a później pojechał na mundial.

    Za granicą metryka nie jest jednak przeszkodą. Joselu zadebiutował w kadrze Hiszpanii tuż przed 33. urodzinami i strzelił dwa gole w debiucie. Ayoze Perez czy Jonathan Clauss również otrzymali swoje pierwsze powołania około trzydziestki, a Niemcy czy Anglicy też nie wahali się sięgać po starszych graczy w wysokiej formie.

    Powtórka z historii?

    Trudno nie wspomnieć jesieni 2014 roku i Sebastiana Mili, który swoją dyspozycją w lidze zapracował na szansę u Nawałki i odpłacił się jednym z najważniejszych goli w dziejach polskiego futbolu. Dziś Bartosz Nowak znajduje się w podobnym momencie kariery – i podobnym wieku.

    Marzenie, które może się spełnić

    – „Myślę, że to marzenie każdego piłkarza. Nieważne, czy ma się 15, 25 czy 30 lat – każdy o tym marzy” – mówił sam Nowak w programie Liga+Extra w 2022 roku. Teraz to marzenie może być bliższe niż kiedykolwiek. Być może już 9 października na Stadionie Śląskim w Chorzowie, podczas towarzyskiego meczu z Nową Zelandią, selekcjoner Jan Urban da szansę debiutu zawodnikowi, którego forma aż się o to prosi.

  • Ależ wieści ws. Świątek! A jeszcze nie zdążyła wyjść na kort

    Ależ wieści ws. Świątek! A jeszcze nie zdążyła wyjść na kort

    Ledwie zakończyła udany występ w Seulu, a już za chwilę czeka ją kolejne wyzwanie. Iga Świątek przyleciała do Pekinu, gdzie rozpocznie zmagania w prestiżowym turnieju WTA 1000. Pod nieobecność Aryny Sabalenki to właśnie Polka będzie główną faworytką do końcowego triumfu – tak przynajmniej twierdzą eksperci i dziennikarze portalu tennis365.com, którzy wskazali swoje typy dotyczące finału i potencjalnej zwyciężczyni.

    Od triumfu w Seulu do chińskiego wyzwania

    Świątek przyjeżdża do Pekinu w świetnym nastroju. Kilka dni temu w dramatycznych okolicznościach wygrała finał w Seulu z Jekatieriną Aleksandrową 1:6, 7:6(3), 7:5 i sięgnęła po 25. tytuł w karierze. – Szczerze mówiąc, nie wiem, jak udało mi się wygrać. Grałaś znakomicie, ja walczyłam o przetrwanie. Gratuluję tobie i twojemu zespołowi. Obyśmy częściej spotykały się w finałach, bo zawsze trudno się z tobą gra – mówiła Polka do rywalki podczas dekoracji. Teraz czeka ją nowe wyzwanie – turniej w stolicy Chin.

    Typowania ekspertów: Świątek z największymi szansami

    Świątek będzie najwyżej rozstawioną zawodniczką w Pekinie. Sabalenka zrezygnowała z gry, co sprawia, że Iga stanie przed szansą na zmniejszenie dystansu w rankingu, który obecnie wynosi ponad dwa tysiące punktów. Według tennis365.com właśnie ona ma największe szanse na zwycięstwo.

    – Świątek wróciła do topowej formy tego lata – właśnie triumfowała w Korei – i będzie niezwykle zmotywowana, by ponownie zdobyć tytuł w Pekinie, który już wygrała w 2023 roku. Rok później nie mogła bronić trofeum z powodu zawieszenia – napisali dziennikarze.

    Redakcja przeanalizowała drabinkę Polki i zauważyła, że droga do finału nie będzie łatwa. W ćwierćfinale może trafić choćby na Jessicę Pegulę lub Naomi Osakę. – Amerykanka to jedna z nielicznych rywalek, które potrafią nawiązać równą walkę ze Świątek – podkreślono. Mimo to prognozują, że w ćwierćfinale Iga zmierzy się z Osaką i wyjdzie z tej rywalizacji zwycięsko.

    Co więcej, zdaniem tennis365.com to właśnie Świątek wygra cały turniej. W finale ich typem jest Amanda Anisimova, z którą Polka może spotkać się po raz trzeci w tym roku. Dotychczasowy bilans to 1:1.

    Pekin wita liderkę

    Organizatorzy turnieju zadbali o ciepłe powitanie polskiej tenisistki. Na lotnisku wręczyli jej symboliczny prezent, by od razu poczuła się wyjątkowo. – Cześć wszystkim, właśnie przyleciałam do Pekinu. Cieszę się, że znów tu jestem. Liczę na wspaniałe doświadczenia i mam nadzieję, że spotkam wielu z was na kortach. Trzymajcie za mnie kciuki – przekazała kibicom Świątek w nagraniu powitalnym.

    Główna drabinka turnieju rusza 24 września, a Iga Świątek od pierwszych dni zmagań będzie jedną z najważniejszych postaci imprezy.

  • Wszyscy czekają na mecz Świątek, a tu morderczy bój w Pekinie! 3,5 godziny

    Wszyscy czekają na mecz Świątek, a tu morderczy bój w Pekinie! 3,5 godziny

    Co za spektakl w Pekinie! Maria Sakkari i Ashlyn Krueger dostarczyły kibicom emocji na najwyższym poziomie, grając jak o życie w każdym z trzech setów pierwszej rundy turnieju WTA 1000. Aż dwie partie kończyły się tie-breakami, a niewiele brakowało, by i trzeci set miał taki sam finał. Ostatecznie to Greczynka zachowała więcej zimnej krwi w decydujących momentach i zwyciężyła 7:6(5), 6:7(5), 7:5 po ponad trzech i pół godzinie wyczerpującej walki.

    Sakkari i jej kryzys formy

    Jeszcze niedawno Maria Sakkari należała do ścisłej czołówki światowego tenisa i przez długi czas utrzymywała się w TOP 10 rankingu WTA. Zdołała sprawić wiele problemów najlepszym, a Iga Świątek długo nie potrafiła znaleźć na nią sposobu – Polka przegrała trzy pierwsze bezpośrednie starcia z Greczynką. Jednak od początku 2024 roku jej dyspozycja wyraźnie spadła. Po obiecującym początku sezonu przyszła seria słabszych występów, a obecny rok także nie układa się po jej myśli. Najlepszy rezultat osiągnęła w Madrycie, gdzie wygrała trzy mecze z rzędu. Kilka dni temu w Guadalajarze poniosła dotkliwą porażkę, zdobywając tylko dwa gemy przeciwko Elsie Jacquemot. Do Pekinu przyjechała z nadzieją na przełamanie złej passy.

    Obiecujący start i nagły zwrot akcji

    Los skojarzył ją w pierwszej rundzie z Ashlyn Krueger. To był ich pierwszy pojedynek, a minimalną faworytką – patrząc na ranking – była Amerykanka (45. miejsce), podczas gdy Sakkari plasuje się obecnie na 56. pozycji. Spotkanie od początku było wyrównane, lecz to Greczynka szybciej złapała rytm. Przy stanie 3:2 uzyskała przełamanie, a chwilę później prowadziła już 5:2 i miała trzy piłki setowe. Niespodziewanie jednak dopadł ją kryzys, a Krueger skrzętnie to wykorzystała, odrabiając straty. O losach partii przesądził tie-break, w którym skuteczniejsza była Sakkari (7:5).

    Krueger odpowiada

    W drugiej odsłonie inicjatywę przejęła Amerykanka. Szybko przełamała Sakkari i wyszła na prowadzenie 2:1. Greczynka odrobiła stratę w ósmym gemie i doprowadziła do wyrównania (4:4), lecz Krueger ponownie wywalczyła przewagę w 11. gemie. Prowadziła 6:5 i miała dwie piłki setowe, ale nie potrafiła ich zamknąć. Tym razem Sakkari wytrzymała presję i doprowadziła do tie-breaka, lecz ostatecznie to Krueger triumfowała w nim 7:5, przedłużając mecz.

    Trzeci set – prawdziwy maraton

    Decydująca partia była równie dramatyczna. Obie zawodniczki miały trudności z utrzymaniem serwisu, a przełamania pojawiały się z obu stron. Wszystko wskazywało, że i tym razem rozstrzygnięcie nastąpi w tie-breaku. Jednak Sakkari w kluczowych momentach wykazała się większym spokojem i opanowaniem. W 12. gemie utrzymała serwis i wykorzystała drugą piłkę meczową, zamykając spotkanie po 3 godzinach i 32 minutach gry.

    Greczynka, choć nadal daleka od swojej najlepszej formy, tym razem przełamała serię niepowodzeń i zameldowała się w drugiej rundzie. Tam jej rywalką będzie rozstawiona z numerem 25 Leylah Fernandez.

  • Rosjanie nie mogą się pogodzić z porażką. Wielki triumf Świątek. “Bała się”

    Rosjanie nie mogą się pogodzić z porażką. Wielki triumf Świątek. “Bała się”

     

    Była liderka światowego rankingu Dinara Safina i legendarny trener Wiktor Janczuk podzielili się swoimi spostrzeżeniami na temat finału turnieju WTA 500 w Seulu, w którym Iga Świątek pokonała Jekatierinę Aleksandrową. Oboje wskazali zupełnie różne powody porażki Rosjanki, ale nie mieli wątpliwości, że triumf Polki nie był przypadkiem.

    Safina: „Aleksandrowa się przestraszyła”

    1. Safina w rozmowie na kanale „Bolshe!” skupiła się na psychice zawodniczki. Jej zdaniem Aleksandrowa miała wszystko, by zakończyć mecz w dwóch setach, ale nie potrafiła wykorzystać swojej przewagi. – Katia wygrała pierwszego seta 6:1 i wyglądało na to, że kontroluje przebieg gry. Jednak od pewnego momentu sprawiała wrażenie, jakby bała się postawić kropkę nad i. Dała Idze szansę, a ta z niej skorzystała – podkreśliła Safina.

    Była numer 1 zauważyła, że Świątek rozpoczęła finał nerwowo i kompletnie się pogubiła. – Pierwszy set wyglądał tak, jakby nic jej nie wychodziło. Ale później to Aleksandrowa oddała inicjatywę. Gdyby zagrała spokojniej, mogła zamknąć spotkanie wynikiem 6:1, 6:3. Zmarnowała wielką szansę – stwierdziła.

    Według Safiny nie zawiodły umiejętności czy przygotowanie fizyczne Rosjanki, lecz wyłącznie sfera mentalna.

    Janczuk: „Zmęczenie zrobiło swoje”

    Inaczej widział sprawę Wiktor Janczuk. Rosyjski szkoleniowiec uważa, że kluczowe było zmęczenie Aleksandrowej po rozegraniu dwóch meczów jednego dnia. – Widać było, że pod koniec finału była fizycznie słabsza od Igi – zaznaczył. Trzeba jednak pamiętać, że Polka również miała w Seulu napięty harmonogram, więc ta teoria budzi wątpliwości.

    Aleksandrowa po porażce: „Dałam z siebie wszystko”

    Sama zainteresowana po meczu przyznała, że starcie ze Świątek zawsze jest ogromnym wyzwaniem. – Gra przeciwko niej to wyjątkowo trudne zadanie. Starałam się dać z siebie wszystko, ale to nie wystarczyło – powiedziała Aleksandrowa.

    Przed oboma tenisistkami turniej w Pekinie

    Po rywalizacji w Seulu Świątek i Aleksandrowa przenoszą się do Pekinu, gdzie obie są rozstawione i rozpoczną zmagania od drugiej rundy. Polka zmierzy się z Yue Yuan lub Julią Putincewą, a Rosjanka zagra z Barborą Krejčíkovą albo Anną Blinkową.

    Turniej w chińskiej stolicy to ogromna szansa dla Świątek. Aryna Sabalenka, liderka rankingu WTA, wycofała się z zawodów i nie obroni punktów, natomiast Polka nie ma nic do stracenia, bo rok temu w Pekinie nie startowała. To idealna okazja, by znacząco zmniejszyć dystans do Białorusinki.

  • Aleksandra Mirosław znowu to zrobiła! Deklasacja rywalek na MŚ

    Aleksandra Mirosław znowu to zrobiła! Deklasacja rywalek na MŚ

    Aleksandra Mirosław ma szansę dopisać do swojej imponującej listy kolejny wielki sukces. Na jej czele stoi oczywiście najcenniejsze trofeum – złoty medal olimpijski z ubiegłego roku. Teraz 31-letnia zawodniczka w świetnym stylu awansowała do finałowej fazy najważniejszej imprezy sezonu – mistrzostw świata w Seulu.

    Minione miesiące sprawiły, że Mirosław stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego sportu. To właśnie ona w 2024 roku zdobyła jedyny złoty medal dla Polski podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu, przyciągając uwagę kibiców do wspinaczki sportowej. Dziś lublinianka znów zachwyca formą – i to w momencie, gdy stawka jest najwyższa.

    Dominacja Mirosław w eliminacjach

    W środowych eliminacjach konkurencji na czas Polka zdeklasowała rywalki. W najlepszym biegu uzyskała wynik 6,083 sekundy – zaledwie o dwie setne gorszy od swojego olimpijskiego rekordu. W strefie medalowej znalazła się także Natalia Kałucka. Była mistrzyni świata w tej specjalności (2021) z czasem 6,56 sekundy zajęła piąte miejsce.

    Walka o trzeci tytuł mistrzyni świata

    Dla Mirosław to kolejna okazja, by sięgnąć po złoto mistrzostw świata. Do tej pory triumfowała dwukrotnie – w Innsbrucku w 2018 roku i rok później w Hachioji. Później stawała jeszcze na podium, choć już nie na najwyższym jego stopniu. Łącznie ma na koncie pięć krążków tej rangi: dwa złote i trzy brązowe – pierwszy z 2014 roku w Gijon oraz dwa zdobyte niedawno, w Moskwie (2021) i Bernie (2023). W tym sezonie dorzuciła do kolekcji także tytuł mistrzyni Europy w Chamonix.

    Droga do medalu w Seulu

    W 1/8 finału Mirosław zmierzy się z Japonką Rey Koymatsu. Z kolei Natalia Kałucka powalczy o awans z Adrianą Romero Perez. Zmagania najlepszej szesnastki zawodniczek rozpoczną się w środę 24 września o godzinie 13:00 czasu lokalnego.

    Czy Aleksandra Mirosław dopisze do swojego dorobku trzeci tytuł mistrzyni świata? Patrząc na jej formę w eliminacjach, perspektywa kolejnego złota wydaje się jak najbardziej realna.

  • Stało się! Polak dostał walkę życia w UFC! Mistrz podjął wyzwanie

    Stało się! Polak dostał walkę życia w UFC! Mistrz podjął wyzwanie

    Opłaciła się medialna presja i publiczne wyzwania! Mateusz Gamrot (25-3) już wkrótce stanie przed największą szansą w karierze. 11 października w Rio de Janeiro zmierzy się z byłym mistrzem UFC, Charlesem Oliveirą (35-11). Polak wskoczył do walki w miejsce kontuzjowanego Rafaela Fizieva (13-4), a całej decyzji towarzyszyła prawdziwa saga medialna.

    Jak doszło do walki Gamrot – Oliveira?

    Historia zaczęła się 20 września, kiedy to z rywalizacji z Brazylijczykiem wycofał się Fiziev. Dla UFC problem był poważny – starcie z Oliveirą miało być walką wieczoru, a sam „Do Bronx” jest jedną z największych gwiazd brazylijskiego MMA. Konieczne było więc szybkie znalezienie zastępstwa. Wtedy do gry wkroczył Gamrot, błyskawicznie wyzywając Oliveirę do pojedynku. Droga do finalizacji starcia okazała się jednak wyboista.

    Oliveira pod ostrzałem, Gamrot nie odpuszcza

    Rywalem Polaka w walce o angaż byli jeszcze Renato Moicano oraz Benoit Saint-Denis. Pierwszy nie wzbudził zainteresowania UFC, drugi wycofał się sam. Oliveira krytykował ich decyzje, lecz jednocześnie nie palił się do pojedynku z Gamrotem, tłumacząc, że „Polak ma inny styl niż Fiziev, pod którego się przygotowywał”. To wywołało falę zarzutów o hipokryzję – ze strony dziennikarzy, ekspertów, a nawet byłych gwiazd UFC, takich jak Michael Bisping czy Paul Felder. Sam Gamrot również nie ustawał w zaczepkach w mediach społecznościowych, raz po raz przypominając Brazylijczykowi o wyzwaniu.

    Presja zadziałała – walka potwierdzona!

    Ostatecznie medialne naciski przyniosły efekt. We wtorek wieczorem czasu polskiego oficjalnie ogłoszono, że to właśnie Gamrot zmierzy się z Oliveirą w walce wieczoru gali w Rio. Decyzję potwierdził sam Brazylijczyk. – Mateusz Gamrot, z tobą pójdziemy na wojnę. Inni chcieli tylko rozgłosu. Mateuszu, dziękuję ci za przyjęcie wyzwania. To będzie wielka bitwa, lew wciąż jest głodny – ogłosił w nagraniu opublikowanym w sieci.

    Najtrudniejsza przeszkoda, ale i największa szansa

    Starcie z Oliveirą to dla Gamrota historyczna okazja. Były mistrz i obecny numer 4 rankingu kategorii lekkiej to zawodnik światowej klasy. Pokonanie go – i to wchodząc na zastępstwo, bez pełnego obozu przygotowawczego – otworzyłoby Polakowi drogę do rywalizacji o mistrzowski pas.

    Łatwo jednak nie będzie. Oliveira to legenda parteru, autor rekordowej liczby poddań w UFC (16). Dysponuje również mocnym uderzeniem – w 2021 roku zdobył mistrzostwo nokautując Michaela Chandlera. Dodatkowym utrudnieniem będzie brazylijska publiczność, która w Rio stworzy niesamowitą atmosferę przeciwko Polakowi.

    Gamrot również ma jednak swoje atuty. Nigdy nie przegrał przed czasem, a w parterze potrafi skutecznie rywalizować nawet z najlepszymi. Warto dodać, że Oliveira powróci do oktagonu zaledwie 3,5 miesiąca po ciężkim nokaucie zadanym mu przez obecnego mistrza Ilię Topurię. To może mieć znaczenie dla jego dyspozycji.

    Walka wieczoru w Rio de Janeiro odbędzie się w sobotę, 11 października i zakontraktowana jest na pięć rund. Dla Mateusza Gamrota będzie to największy sprawdzian w całej dotychczasowej karierze.

  • Włosi na drodze kadry Grbicia, syn Polaków spełnia swój sen. Oto co wyjawił

    Włosi na drodze kadry Grbicia, syn Polaków spełnia swój sen. Oto co wyjawił

    Kamil Rychlicki: Polska jest faworytem, ale to my bronimy tytułu

    – Doskonale znamy zawodników z reprezentacji Polski, dlatego jasne jest, że to właśnie oni są głównym kandydatem do medalu, a nawet do wygrania całego turnieju. Z drugiej strony, to my jesteśmy mistrzami świata i bronimy tytułu, więc naturalnie spoczywa na nas duża odpowiedzialność – podkreśla w rozmowie z Interią 28-letni atakujący reprezentacji Włoch Kamil Rychlicki, urodzony w Luksemburgu syn polskich rodziców. Dziś jego drużyna zmierzy się z Belgią w ćwierćfinale mistrzostw świata rozgrywanych na Filipinach.

    „Zagraliśmy najlepszy mecz turnieju”

    Rychlicki przyznał, że spotkanie z Argentyną było dla Włochów kluczowe. – To był mecz o być albo nie być. Argentyńczycy prezentowali świetny poziom przez cały turniej, dlatego zwycięstwo 3:0 dało nam ogromną satysfakcję. To był nasz najlepszy mecz na tym czempionacie i z optymizmem patrzymy teraz na ćwierćfinał – ocenia.

    Choć wynik sugerował pewną dominację, sam zawodnik nie ukrywa, że rywale postawili trudne warunki. – Tylko w drugim secie mieliśmy wyraźną przewagę. W pozostałych fragmentach Argentyna świetnie prezentowała się w obronie, na zagrywce i w ataku. Na szczęście dobrze utrzymaliśmy przyjęcie, co bardzo nam pomogło – dodaje.

    Zaskakujące sensacje

    Na tegorocznych mistrzostwach nie brakuje niespodzianek. Już w fazie grupowej odpadli m.in. mistrzowie olimpijscy Francuzi czy Brazylijczycy. – Byłem zaskoczony, ale nie skupiałem się na tym za bardzo, bo sami mieliśmy trudną sytuację i musieliśmy pokonać Ukrainę. To jednak pokazuje piękno sportu – nie zawsze wygrywa faworyt. Warto też zaznaczyć, że zespoły, które sprawiły niespodzianki, grały naprawdę dobrą siatkówkę, jak choćby Finlandia – podkreśla.

    Zapytany o komentarze, że w sporcie „nie ma już słabych drużyn”, odpowiada: – Myślę, że wiele zależy od podejścia mentalnego. Faworyci muszą wygrywać, a outsiderzy nie mają nic do stracenia. Jeśli nie wejdzie się dobrze w mecz, można szybko zapłacić wysoką cenę.

    Polska w oczach Rychlickiego

    Choć nie oglądał wielu spotkań Biało-Czerwonych na turnieju, Rychlicki nie ma wątpliwości co do ich siły. – Skład reprezentacji Polski znamy bardzo dobrze. To drużyna, która ma potencjał, by zdobyć medal i sięgnąć po tytuł. Szczególnie ważnym zawodnikiem jest Wilfredo Leon, ale każdy dokłada swoją cegiełkę – zaznacza.

    Droga do siatkówki

    Rychlicki opowiedział też krótko swoją historię. – Urodziłem się i wychowałem w Luksemburgu, ale rodzice pochodzą z Polski. Co roku spędzaliśmy wakacje i ferie w ojczyźnie, nad Wisłą. Teraz dodatkowo cieszę się, że w przyszłym sezonie będę grał w PlusLidze, w Zaksie Kędzierzyn-Koźle – zdradza.

    Gra o najwyższe cele

    Choć reprezentacja Włoch nie narzuciła sobie konkretnego planu minimum, zawodnik nie kryje, że presja jest ogromna. – Jesteśmy mistrzami świata, więc naturalnie naszym celem jest zajść jak najdalej. Wiemy, jaka odpowiedzialność na nas ciąży – podkreśla.

    Adaptacja do warunków w Azji nie sprawiła im większych problemów. – Jesteśmy tu już od dawna, wcześniej trenowaliśmy w Japonii. Każdy znosi zmianę czasu trochę inaczej, ale nie ma u nas większych trudności. Wierzę, że do końca turnieju nic nas nie zatrzyma – zakończył.