Category: Uncategorized

  • Sabalenka się nie certoli. “Zrobię wszystko, żeby skopać mu d…”

    Sabalenka się nie certoli. “Zrobię wszystko, żeby skopać mu d…”

     

    Nick Kyrgios nie owija w bawełnę. Australijczyk jasno stwierdził, że to on wyjdzie zwycięsko z planowanej „bitwy płci”, czyli meczu przeciwko Arynie Sabalence. Na ripostę liderki rankingu WTA nie trzeba było długo czekać. Oboje mówili bez ogródek – Kyrgios z typową dla siebie prowokacją, a Sabalenka z ogromnym luzem i pewnością siebie.

    Ona mnie nie pokona. Serio sądzisz, że muszę grać na sto procent? – rzucił z ironią Kyrgios w podcaście „First & Red”. Australijczyk nie tylko wyraził przekonanie o swojej wygranej, ale nawet wskazał przewidywany rezultat: 6:2. Przyznał jednak, że ceni charakter Sabalenki. – Ma w sobie niesamowitą siłę, to zawodniczka, która naprawdę wierzy w zwycięstwo – dodał.

    Sama Białorusinka odpowiedziała w swoim stylu – zdecydowanie i z humorem. – To będzie świetna zabawa, szczególnie przeciwko Nickowi – uśmiechała się podczas konferencji prasowej po półfinale US Open. – On powiedział, że wierzę w wygraną, więc na pewno wyjdę na kort i zrobię wszystko, żeby skopać mu d… – rzuciła bez ogródek.

    Zapytana, czy takie starcie to coś dobrego dla kobiecego tenisa, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: – Jeśli uda mi się go pokonać, to będzie świetna sprawa. Nie ukrywa, że chce spróbować sił w takim wyzwaniu, idąc śladami Billie Jean King, która w 1973 roku wygrała legendarną „bitwę płci” z Bobbym Riggsem. Na razie jednak nie wiadomo, czy pojedynek Sabalenki z Kyrgiosem faktycznie dojdzie do skutku, ani gdzie miałby się odbyć.

    Teraz uwaga Sabalenki skupia się na zupełnie innym zadaniu. W sobotę 6 września zmierzy się z Amandą Anisimovą w finale US Open. Stawką będzie jej czwarte wielkoszlemowe trofeum i drugie wywalczone w Nowym Jorku. Dla Amerykanki byłby to pierwszy triumf tej rangi. Atutem Anisimovej może być jednak bilans ich dotychczasowych spotkań – sześć wygranych przy trzech porażkach – oraz wsparcie nowojorskiej publiczności, która z pewnością stanie za swoją rodaczką.

    https://x.com/TheTennisLetter/status/1963802103480295712?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1963802103480295712%7Ctwgr%5E0f0ce8255dfd5d176291d4e9e8b7243d102b04ba%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732230247sabalenka-sie-nie-certoli-zrobie-wszystko-zeby-skopac-mu.html

  • Sensacja w finale US Open. Turniejowa “1” na kolanach

    Sensacja w finale US Open. Turniejowa “1” na kolanach

    W piątkowy wieczór nowojorska publiczność szczególnie mocno wspierała Katerinę Siniakovą i Taylor Townsend – najwyżej rozstawione zawodniczki w grze podwójnej US Open. Fani liczyli na ich zwycięstwo, jednak mimo pełnego emocji i stojącego na wysokim poziomie meczu, tytuł powędrował w ręce Gabrieli Dabrowski i Erin Routliffe. Kanadyjsko-nowozelandzki duet wygrał finał 6:4, 6:4, zdobywając drugi wielkoszlemowy triumf w karierze – i to ponownie na kortach w Stanach Zjednoczonych.

    Burzliwy turniej Townsend

    Postać Taylor Townsend wielokrotnie była w centrum uwagi podczas tegorocznego US Open. Najpierw głośno zrobiło się o niej za sprawą Jeleny Ostapenko, która po porażce w drugiej rundzie singla zarzucała Amerykance brak klasy. Następnie Townsend w 1/8 finału singla miała ogromną szansę na awans, lecz nie wykorzystała aż ośmiu piłek meczowych przeciwko Barborze Krejčíkovej i odpadła z turnieju. Nie oznaczało to jednak końca jej przygody z nowojorską imprezą – w deblu, grając u boku Kateriny Siniakovej, stanowiła turniejowy numer jeden i główną faworytkę do tytułu. Para dotarła aż do finału, ale tam ich droga zakończyła się rozczarowaniem.

    Finał pełen zwrotów akcji

    W meczu o mistrzostwo zmierzyły się z rozstawionymi z numerem „3” Dabrowski i Routliffe. Początek starcia był wyrównany – zawodniczki dobrze pilnowały własnych serwisów, a publiczność mogła oglądać widowiskowe wymiany. Przełamanie przyszło jednak w szóstym gemie i niespodziewanie to Siniakowa i Townsend straciły podanie. Choć chwilę później mogły się odgryźć, nie wykorzystały okazji. Udało im się przełamać rywalki dopiero przy stanie 4:5, co dawało nadzieję na przedłużenie seta. Jednak w kolejnym gemie ponownie oddały serwis i przegrały partię 4:6.

    Drugi set również nie ułożył się po myśli faworytek. Już w drugim gemie zostały przełamane, choć zdołały doprowadzić do remisu 3:3. W ósmym gemie Dabrowski i Routliffe miały kolejną szansę na przełamanie, lecz tym razem jej nie wykorzystały. O wszystkim zdecydowała końcówka – w dziesiątym gemie Siniakowa i Townsend znów pozwoliły odebrać sobie serwis, przegrywając seta 4:6 i cały finał 0:2.

    Wynik finału: Katerina Siniakowa / Taylor Townsend – Gabriela Dabrowski / Erin Routliffe 4:6, 4:6

    Historyczny sukces Dabrowski i Routliffe

    Po 90 minutach gry Dabrowski i Routliffe mogły świętować drugi wspólny triumf wielkoszlemowy. To także ich drugi sukces odniesiony właśnie w Nowym Jorku. Kanadyjka ma na koncie także zwycięstwa w mikście – w Roland Garros (2017) i Australian Open (2018). Choć dla amerykańskich kibiców była to spora dawka rozczarowania, emocje w Nowym Jorku jeszcze się nie skończyły – już w sobotę na kort wyjdą Amanda Anisimova i Aryna Sabalenka, które zagrają o tytuł w finale singla.

  • Legenda wydała wyrok po tym, co zrobiła Sabalenka. Takie słowa jeszcze nie padły

    Legenda wydała wyrok po tym, co zrobiła Sabalenka. Takie słowa jeszcze nie padły

    Aryna Sabalenka znów udowodniła swoją klasę. Po raz trzeci z rzędu awansowała do finału US Open, a jej zwycięstwo nad Jessicą Pegulą było pokazem charakteru i determinacji. Spotkanie miało dramatyczny przebieg – Białorusinka przegrała pierwszego seta 4:6, jednak w kolejnych dwóch potrafiła odwrócić losy rywalizacji. Ostatecznie wygrała 4:6, 6:3, 6:4 i po raz kolejny stanie do walki o wielkoszlemowe trofeum.

    Sabalenka od blisko roku utrzymuje się na szczycie rankingu WTA, choć w tym sezonie jeszcze nie zdobyła tytułu wielkoszlemowego. Najbliżej była w Melbourne i w Paryżu, gdzie doszła do finałów, a na Wimbledonie zatrzymała ją Amanda Anisimova w półfinale. Teraz obie znów spotkają się po przeciwnych stronach siatki – tym razem w decydującym meczu US Open.

    Chris Evert, legenda światowego tenisa, nie kryła uznania dla liderki rankingu. – Pojedynki Aryny i Jessiki zawsze są pełne emocji. Sabalenka udowodniła, dlaczego jest numerem jeden – potrafi wychodzić z naprawdę trudnych sytuacji i znajduje sposób na zwycięstwo. Pokazała ogromną siłę i determinację. To wspaniały wzór do naśladowania dla młodych – oceniła w rozmowie z ESPN, cytowana przez tennishead.net.

    Zdaniem Evert Sabalenka będzie szczególnie zmotywowana, by triumfować w Nowym Jorku, bo to jej ostatnia okazja na wielkoszlemowy tytuł w tym roku. Do tej pory wygrała już trzy turnieje tej rangi – Australian Open w 2023 i 2024 roku oraz US Open w 2024. – Choć w tym sezonie jeszcze nie sięgnęła po tytuł, pozostaje najbardziej konsekwentną zawodniczką w wielkich imprezach. To pokazuje, że mamy do czynienia z prawdziwą mistrzynią – dodała Amerykanka.

    Finał nie będzie jednak dla Sabalenki spacerkiem. Anisimova to rywalka, która już nieraz sprawiła jej ogromne problemy. Bilans ich dotychczasowych dziewięciu spotkań jest korzystny dla Amerykanki – 6:3. Ostatnie starcie w Roland Garros wygrała Sabalenka, ale już miesiąc później na Wimbledonie górą była Anisimova. W sobotę czeka nas więc starcie, które zapowiada się na prawdziwy tenisowy thriller.

     

  • Osaka przemówiła po porażce na US Open. Nagle padło: Wiktorowski

    Osaka przemówiła po porażce na US Open. Nagle padło: Wiktorowski

    Naomi Osaka nie zdołała awansować do finału wielkoszlemowego US Open. Japonka uległa w trzech setach Amerykance Amandzie Anisimovej. Po meczu pojawiła się na konferencji prasowej, gdzie podsumowała swój występ oraz opowiedziała o współpracy z Tomaszem Wiktorowskim. – Myślę, że teraz wszystko jest pewnym procesem – podkreśliła Osaka.

    Od końca lipca Tomasz Wiktorowski, były szkoleniowiec Igi Świątek i Agnieszki Radwańskiej, współpracuje z Japonką. Początkowo był to okres próbny, ale obie strony zdecydowały się na stałą współpracę. – Gdy szukałam nowego trenera, zależało mi na kimś z ogromną wiedzą. A kiedy Tomasz się uśmiecha, naprawdę przypomina pluszowego misia. Tworzy dla mnie bezpieczną przestrzeń – mówiła Osaka jeszcze w trakcie turnieju.

    Półfinałowy pojedynek z Anisimovą zakończył się wynikiem 7:6, 6:7, 3:6 na korzyść Amerykanki. Po spotkaniu Osaka szerzej podsumowała sezon. – To dopiero mój drugi turniej z Tomaszem w roli trenera i muszę to brać pod uwagę. Patrząc z perspektywy całego roku, jestem zadowolona z mojej gry. Już przed startem US Open przekroczyłam własne oczekiwania. Mój najsłabszy sezon mógłby być najlepszym dla kogoś innego – zaznaczyła.

    Japonka dodała również, że nie czuje żalu po przegranej. – Szczerze mówiąc, nie jestem smutna, bo dałam z siebie wszystko. W kolejnych turniejach też spróbuję walczyć o każdą piłkę i zobaczymy, dokąd mnie to zaprowadzi. Nie mam powodu, by być na siebie zła. Nawet w trudnych chwilach nigdy nie startuję z nastawieniem, że odpadnę w pierwszej rundzie. Zawsze chcę wygrać cały turniej. Awans do półfinału US Open dodał mi pewności siebie – wyjaśniła.

    Osaka doceniła także rywalkę. – Wiedziałam, czego się spodziewać, bo Amanda to zawodniczka nieprzewidywalna. Czasem po prostu uderza piłkę bez schematu, a ta ląduje w korcie. To zupełne przeciwieństwo mojego stylu gry. Do tego jest jedną z najlepszych returnujących na świecie. Jej awans do finału mówi sam za siebie – oceniła Japonka.

    Dzięki udanemu występowi Osaka awansuje z 24. na 14. miejsce w światowym rankingu WTA. Jej celem jest teraz kwalifikacja do prestiżowego turnieju WTA Finals w Arabii Saudyjskiej. Aktualnie zajmuje 14. lokatę w rankingu Race (2244 pkt) i traci 1507 punktów do ósmej Jeleny Rybakiny. Do końca sezonu zaplanowano jeszcze dwa turnieje rangi WTA 1000 – w Pekinie (24 września – 5 października) i Wuhan (6–12 października), a także kilka zawodów WTA 500: w Guadalajarze (8–14 września), Seulu (15–21 września), Ningbo (13–19 października) i Tokio (20–26 października).

  • Kompromitacja na US Open. Kibice zaczęli wychodzić z kortu

    Kompromitacja na US Open. Kibice zaczęli wychodzić z kortu

    Amanda Anisimowa zameldowała się w finale US Open! Amerykanka po pasjonującym trzysetowym boju pokonała Naomi Osakę 7:6, 6:7, 6:3. Niestety, to emocjonujące widowisko oglądało z trybun zaskakująco niewielu kibiców – co komentatorzy Eurosportu określili wręcz jako kompromitację organizatorów.

    Anisimowa z drugim finałem wielkoszlemowym z rzędu

    Po wygranej nad Igą Świątek w ćwierćfinale Anisimowa poszła za ciosem i w półfinale okazała się lepsza od byłej liderki rankingu WTA. Mecz z Osaką trwał prawie trzy godziny i zakończył się tuż przed pierwszą w nocy czasu nowojorskiego. Choć Japonka była bliska zamknięcia rywalizacji w dwóch setach, to ostatecznie Amerykanka awansowała do swojego drugiego z rzędu wielkoszlemowego finału – po tegorocznym Wimbledonie.

    Puste trybuny mimo wielkich nazwisk

    Spotkanie dwóch tenisowych gwiazd rozgrywało się przy wyraźnie przerzedzonej publiczności. Kibice opuszczali stadion już w trakcie rywalizacji, a na pustki zwrócili uwagę komentatorzy Eurosportu. – „Szkoda, że tak mało widzów. Ubyło ich mnóstwo” – zauważył Lech Sidor, któremu wtórował Marek Furjan. Również Daria Saville na platformie X podkreślała, że obraz półfinału na tle pustych trybun był smutny i nie przystoi imprezie tej rangi.

    Arthur Ashe Stadium, największy kort świata, mieści ponad 23 tysiące osób. Zainteresowanie biletami zwykle jest ogromne, ale tym razem trybuny świeciły pustkami. Powodem mogła być pora – rozpoczęcie drugiego półfinału dopiero o 22:00.

    Wątpliwy terminarz i błędy organizatorów

    Organizatorzy zaplanowali na czwartek tylko dwa mecze – oba półfinały kobiet. Pierwszy, pomiędzy Aryną Sabalenką i Jessicą Pegulą, rozpoczął się o 19:00 i trwał ponad dwie godziny. Drugi, czyli pojedynek Anisimowej z Osaką, siłą rzeczy zaczął się późno i zakończył głęboko po północy. – „Być może pierwszy półfinał należało rozpocząć wcześniej” – przyznawali komentatorzy.

    Trudno było oczekiwać, że rywalizacja tenisistek o zbliżonym poziomie potrwa krótko. Osaka miała w decydującej fazie meczu nawet dwie piłki na przełamanie, które mogły wydłużyć pojedynek jeszcze bardziej. Ostatecznie to Anisimowa zamknęła spotkanie i powalczy o tytuł, a Japonka nie wróci do finału Szlema od Australian Open 2021.

    Porównania z piątkowym planem gier

    Tym bardziej dziwi, że dzień później półfinały mężczyzn zaplanowano inaczej – Novak Djoković i Carlos Alcaraz wyjdą na kort już o 15:00, a po nich zagrają Jannik Sinner i Felix Auger-Aliassime. Nawet jeśli mecze panów do trzech wygranych setów potrwają długo, istnieje duża szansa, że całość zakończy się przed północą – znacznie wcześniej niż półfinały kobiet.

    Zdaniem wielu ekspertów organizatorzy powinni byli zaplanować mecze kobiet na wcześniejszą godzinę, np. 16:00 lub 17:00. Tym bardziej że czwartkowe spotkania toczyły się w środku tygodnia roboczego, co dodatkowo utrudniało frekwencję.

    Problem z biletami i spekulantami

    Kilka dni temu amerykański influencer zwrócił uwagę na inny problem: brak widzów, mimo że bilety kosztują setki dolarów i błyskawicznie znikają z oficjalnej sprzedaży. Winą obarczył boty i spekulantów, którzy wykupują wejściówki, a następnie ich nie wykorzystują. To bolączka nie tylko US Open, lecz także wielu innych dużych turniejów tenisowych.

    Finał bez wymówki dla pustych trybun

    W sobotę Anisimowa zagra w wielkim finale z Aryną Sabalenką. Początek meczu wyznaczono na godzinę 13:00 w Nowym Jorku (19:00 czasu polskiego). Wszystko wskazuje na to, że tym razem trybuny Arthur Ashe Stadium wypełnią się po brzegi, a kibice nie opuszczą areny w trakcie rywalizacji. Transmisję finału pokaże Eurosport oraz platforma Max.

  • To one zagrają w finale US Open! Niesamowity mecz w Nowym Jorku

    To one zagrają w finale US Open! Niesamowity mecz w Nowym Jorku

    Amanda Anisimowa zagra w finale US Open! Amerykanka, która wcześniej w półfinale pokonała Igę Świątek, tym razem poradziła sobie z Naomi Osaką. Po blisko trzygodzinnej batalii zwyciężyła Japonkę 6:7(4), 7:6(3), 6:3 i po raz drugi z rzędu awansowała do wielkoszlemowego finału.

    Droga do półfinału

    W ćwierćfinale Anisimowa wyeliminowała Świątek, wygrywając 6:4, 6:3. Jej kolejną rywalką była Osaka, która wcześniej odprawiła Karolinę Muchovą 6:4, 7:6. Spotkanie Amerykanki z Japonką od pierwszych piłek miało wyjątkowo zacięty charakter i trzymało w napięciu do samego końca.

    Pierwszy set dla Osaki

    Początek meczu był bardzo nerwowy. Anisimowa szybko straciła podanie i znalazła się w trudnym położeniu. Grała odważnie, ale momentami przesadzała z ryzykiem, co punktowali komentatorzy Eurosportu. Osaka była stabilniejsza – cierpliwie odpowiadała na potężne ciosy rywalki i potrafiła wykorzystać jej błędy.

    Amerykanka doprowadziła do przełamania i wydawało się, że może odwrócić losy partii, ale ostatecznie o wyniku zadecydował tie-break. Tam Japonka zagrała niemal perfekcyjnie – wygrała 7:4 i objęła prowadzenie w całym spotkaniu.

    Anisimowa odpowiada

    Drugi set miał jeszcze bardziej dramatyczny przebieg. Amerykanka przełamała rywalkę i wyszła na prowadzenie, jednak nie potrafiła długo go utrzymać. Emocje sięgnęły zenitu, gdy przy stanie 5:4 serwowała na zwycięstwo w secie, a mimo to pozwoliła Osace wrócić do gry. W tym fragmencie doszło też do spięć między Anisimową a jej trenerem.

    Ponownie konieczny był tie-break – tym razem zdecydowanie lepsza była reprezentantka gospodarzy. Grała mocno i pewnie, a Japonka popełniała coraz więcej błędów. Anisimowa zwyciężyła 7:3 i doprowadziła do remisu w setach.

    Decydujący set na korzyść Amerykanki

    Na początku trzeciej partii Osaka poprosiła o pomoc medyczną, ale nie potrzebowała dłuższej interwencji. Mimo to towarzyszyły jej problemy, które szybko wykorzystała Anisimowa. Uderzała bezlitośnie, przejmowała inicjatywę i szybko objęła prowadzenie 4:1.

    Do końca meczu kontrolowała wydarzenia na korcie. Serwowała znacznie lepiej niż w poprzednich setach i nie pozwoliła Japonce odrobić strat. Choć przy stanie 5:3 zmarnowała dwie piłki meczowe, w końcu dopięła swego. Po 2 godzinach i 57 minutach to Amerykanka mogła cieszyć się z awansu.

    Najlepszy okres w karierze Anisimowej

    Dla 23-latki to drugi wielkoszlemowy finał z rzędu. W lipcu grała o tytuł w Wimbledonie, gdzie nie miała szans z Igą Świątek, przegrywając 0:6, 0:6. Teraz stanie przed szansą na wielki rewanż – nie tylko za tamtą porażkę, ale i za całą drogę, jaką przeszła w ostatnich miesiącach.

    W sobotę w Nowym Jorku Anisimowa zmierzy się z Aryną Sabalenką, która w drugim półfinale pokonała Jessicę Pegulę 4:6, 6:3, 6:4. Amerykanka zna już smak zwycięstwa nad Białorusinką – udało jej się to w półfinale Wimbledonu. Czy powtórzy ten sukces? Odpowiedź poznamy podczas finału US Open transmitowanego w Eurosporcie i na platformie Max.

  • Komentator nie wytrzymał po tym, co zrobiła Sabalenka. “Kryminał”

    Komentator nie wytrzymał po tym, co zrobiła Sabalenka. “Kryminał”

    Ależ widowisko w Nowym Jorku! W pierwszym półfinale US Open Aryna Sabalenka – liderka światowego rankingu – i Jessica Pegula stworzyły prawdziwy tenisowy spektakl. Obie rzuciły na kort wszystko, co miały najlepszego, a wymiany między nimi przypominały zacięty bój bokserów wagi ciężkiej. Ostatecznie to Sabalenka zwyciężyła 4:6, 6:3, 6:4 i awansowała do swojego siódmego w karierze finału wielkoszlemowego, trzeciego w tym roku.

    Pierwszy set: złota passa Peguli

    Spotkanie rozpoczęło się od wymiany cios za cios. Do stanu 2:2 żadna z tenisistek nie dała rywalce szansy na przełamanie. Dopiero w szóstym gemie Sabalenka docisnęła Amerykankę i wywalczyła breaka. Pegula znalazła się w opałach, zwłaszcza że przy 2:4 popełniła dwa słabe serwisy, co komentator Dawid Olejniczak określił jako „tenisowy kryminał”. Wydawało się, że Białorusinka przejęła inicjatywę, ale Pegula odpowiedziała w wielkim stylu. Od stanu 2:4 wygrała cztery kolejne gemy, w tym dwa przy serwisie rywalki. „Wszystko, czego dotyka, zamienia w złoto!” – zachwycał się Olejniczak. Komentatorzy Eurosportu zgodnie podkreślali, że był to tenis życia w wykonaniu Amerykanki.

    Drugi set: powrót liderki rankingu

    Po przerwie toaletowej Sabalenka wróciła na kort odmieniona. Wyszła na prowadzenie 3:0, grając niemal bezbłędnie. Tym razem utrzymała koncentrację i nie pozwoliła rywalce odrobić strat. Choć Pegula broniła się dzielnie, Białorusinka dociągnęła przewagę do końca i wygrała partię 6:3, doprowadzając do remisu.

    Trzeci set: emocje do samego końca

    Decydująca odsłona zaczęła się fatalnie dla Peguli – już w pierwszym gemie została przełamana. Mimo to Amerykanka nie poddała się i grała jak natchniona przy własnym serwisie, wygrywając cztery gemy serwisowe z rzędu do zera. Miała też szanse na odrobienie strat, lecz Sabalenka w kluczowych momentach broniła się kapitalnymi akcjami – raz przy siatce, innym razem precyzyjnym bekhendem po przekątnej. Najdłuższy gem meczu, trwający blisko dziesięć minut, padł łupem liderki rankingu, która wyszła na 5:3. Pegula jeszcze odpowiedziała, ale Sabalenka, niczym drapieżna tygrysica z tatuażu na jej przedramieniu, obroniła przewagę i zakończyła mecz przy własnym podaniu.

    Statystyki i znaczenie zwycięstwa

    Spotkanie było niezwykle wyrównane – Sabalenka wygrała 90 punktów, Pegula 87. Różnicę zrobiła ofensywna gra Białorusinki: 43 uderzenia kończące przy 27 niewymuszonych błędach, podczas gdy Pegula miała bilans 21:15.

    Dla Sabalenki to siódmy finał wielkoszlemowy w karierze i trzeci w sezonie 2025. W styczniu w Australian Open przegrała z Madison Keys, w Paryżu uległa Coco Gauff, a teraz w Nowym Jorku zmierzy się z Amandą Anisimovą. Zabrakło jej tylko w finale Wimbledonu, gdzie zatrzymała ją półfinałowa porażka.

    Jedno jest pewne – półfinał z Pegulą zapisał się w historii US Open jako jeden z najbardziej emocjonujących meczów ostatnich lat.

  • Nagle gruchnęły wieści ws. zdrowia Świątek. Pilny powrót do Polski

    Nagle gruchnęły wieści ws. zdrowia Świątek. Pilny powrót do Polski

    Iga Świątek nie zdołała awansować do półfinału tegorocznego US Open. W środowym ćwierćfinale musiała uznać wyższość Amandy Anisimovej, przegrywając 4:6, 3:6. Niedługo po spotkaniu Polka zamieściła w mediach społecznościowych wpis, który wzbudził spore poruszenie. Okazało się, że w Nowym Jorku występowała z urazem. Informacje te potwierdził „Przegląd Sportowy”, a sama zawodniczka ma wrócić do kraju na dodatkowe badania.

    – Gra w turnieju bez regularnych treningów w dni wolne, mierzenie się z problemem ze stopą, przezwyciężanie wielu trudności. Mimo tego dotarliśmy do ćwierćfinału i w tych okolicznościach naprawdę mogę być zadowolona z tego rezultatu – napisała na Instagramie Świątek. Jej słowa wywołały falę spekulacji, a kibice zaczęli podejrzewać, że kontuzja rzeczywiście mocno ograniczała Polkę.

    Podejrzenia potwierdziło nagranie opublikowane na platformie X, na którym widać, jak podczas jednego z treningów Świątek przerywa zajęcia, siada na ławce, zdejmuje but i porusza stopą, wyraźnie cierpiąc z bólu.

    – Iga praktycznie od początku turnieju zmagała się ze zmianami przeciążeniowymi w obrębie stopy, co utrudniało jej poruszanie się po korcie i wymusiło rezygnację z części treningów – ujawnił w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” lekarz tenisistki, Mateusz Dawidziuk.

    Zawodniczka wkrótce wróci do Polski, gdzie przejdzie kolejne badania i zostanie objęta kompleksową opieką specjalistów. – Letnia część sezonu była dla Igi wyjątkowo intensywna, rozegrała wiele spotkań w różnych warunkach atmosferycznych, szczególnie w Cincinnati. Teraz konieczne jest, aby odpoczęła – podkreślił doktor.

    Na razie nie ma oficjalnej decyzji co do ewentualnej zmiany planów startowych. Według doniesień „Przeglądu Sportowego” kalendarz Świątek pozostaje bez większych korekt. Już 15 września Polka ma wystąpić w turnieju w Seulu, a następnie udać się do Chin, gdzie zaplanowane są jej kolejne występy – najpierw w Pekinie (24 września – 5 października), a potem w Wuhanie (6–12 października).

    https://x.com/kattwts/status/1963606852521836635?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1963606852521836635%7Ctwgr%5E056c3b465e84c9ff6115ada1e307e2cfd0de7657%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732227097nagle-gruchnely-wiesci-ws-zdrowia-swiatek-pilny-powrot-do.html

  • To była 80. minuta! Sensacja w Rotterdamie, Polacy zadziwili wszystkich

    To była 80. minuta! Sensacja w Rotterdamie, Polacy zadziwili wszystkich

     

    Polska remisuje z Holandią w debiucie Jana Urbana

    Bilans meczów Polski z Holandią w ostatnich latach nie napawał optymizmem – cztery porażki i dwa remisy od września 2020 roku. Dlatego też spotkanie w Rotterdamie, które było debiutem Jana Urbana w roli selekcjonera Biało-Czerwonych, zapowiadało się na ogromne wyzwanie. Ostatecznie jednak Polacy zdołali wywalczyć punkt, remisując 1:1, a bohaterem został Matty Cash, zdobywca fantastycznej bramki.

    Mocne wejście Holendrów
    Holendrzy od pierwszego gwizdka przejęli inicjatywę i narzucili swój styl gry. Utrzymywali się przy piłce i konsekwentnie spychali naszych piłkarzy do defensywy. Łukasz Skorupski miał pełne ręce roboty – bronił strzały Cody’ego Gakpo i Denzela Dumfriesa, a raz uratował go słupek po uderzeniu Tijjaniego Reijndersa.

    W 28. minucie szczęście jednak opuściło Polaków. Po dośrodkowaniu Memphisa Depaya z rzutu rożnego Skorupski minął się z piłką, a Dumfries wpakował futbolówkę do pustej bramki. „Oranje” objęli prowadzenie 1:0 i takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa.

    Niewykorzystane okazje Biało-Czerwonych
    Choć Holandia dominowała, Polacy potrafili wyprowadzać groźne kontry. Brakowało jednak dokładności w decydujących podaniach. Najlepszą szansę miał Sebastian Szymański po znakomitym dośrodkowaniu Nicoli Zalewskiego, ale pomocnik Fenerbahce nie trafił czysto w piłkę i świetna okazja została zmarnowana.

    Bramka Casha na wagę remisu
    Po przerwie Holendrzy nie byli już tak aktywni w ofensywie, a Polacy coraz odważniej próbowali wyprowadzać ataki. Wysiłki opłaciły się w 80. minucie. Matty Cash zdecydował się na mocny strzał z okolic pola karnego i trafił idealnie w okienko bramki, dając Polsce wyrównanie.

    W końcówce spotkania Biało-Czerwoni grali uważnie i z determinacją, skutecznie broniąc cennego remisu. Gdyby tylko udało się lepiej rozegrać kontrataki, można było pokusić się nawet o niespodziankę, ale i tak wynik 1:1 w debiucie Jana Urbana należy uznać za sukces.

    Holandia – Polska 1:1
    Bramki: Dumfries 28’ – Cash 80’

    https://x.com/sport_tvppl/status/1963702401153503381

    Następny mecz reprezentacja Polski rozegra w niedzielę, 7 września, o godz. 20:45 na Stadionie Śląskim w Chorzowie przeciwko Finlandii. Relację na żywo będzie można śledzić na Sport.pl oraz w aplikacji mobilnej Sport.pl LIVE.

  • Ależ wrze po porażce Świątek. Wskazano winnego. “Nie ma pojęcia, co robić”

    Ależ wrze po porażce Świątek. Wskazano winnego. “Nie ma pojęcia, co robić”

    Iga Świątek nie zdołała po raz drugi pokonać Amandy Anisimovej. W ćwierćfinale US Open przegrała z Amerykanką 4:6, 3:6. Po spotkaniu eksperci nie tylko analizowali grę Polki, lecz także zachowanie jej sztabu. Według Marion Bartoli sposób pracy zespołu Świątek nie był właściwy i mógł jeszcze bardziej pogłębić problemy liderki rankingu.

    Od triumfu w Londynie do porażki w Nowym Jorku

    12 lipca 2025 roku Świątek zapisała się w historii, wygrywając Wimbledon w imponującym stylu. W wielkim finale wręcz zmiażdżyła Anisimovą, nie oddając jej ani jednego gema i triumfując 6:0, 6:0. Tamten mecz zakończył się łzami rozpaczy Amerykanki. Niespełna dwa miesiące później role się odwróciły. W Nowym Jorku Anisimova wróciła do gry w wielkim stylu i w ćwierćfinale US Open to ona triumfowała – 6:4, 6:3. Świątek była wyraźnie zagubiona i nie znalazła sposobu na mocne uderzenia rywalki.

    Nerwowość w sztabie i nieudana komunikacja

    „Iga rozkładała ręce i spoglądała w kierunku swojego sztabu, jakby szukała odpowiedzi na to, co się dzieje. Choć słyszała podpowiedzi od Darii Abramowicz, Wima Fissette’a czy Macieja Ryszczuka, nie zdołała przełamać impasu” – pisał Łukasz Jachimiak ze Sport.pl.

    Podobne obserwacje miała Laura Robson. Brytyjka zauważyła, że Polka wielokrotnie nerwowo zwracała się wzrokiem do swojego teamu, jakby chciała powiedzieć: „Nie wiem, co robić”. Bartoli poszła krok dalej i skrytykowała nie samą zawodniczkę, a jej sztab. Według Francuzki ton komunikacji był zbyt agresywny i kontrastował z podejściem ekipy Anisimovej. – Zespół Amandy wspierał ją nawet wtedy, gdy popełniała błędy. Natomiast w przypadku Igi było dużo krzyku. To mogło tylko potęgować stres – tłumaczyła. Dodała również, że Świątek musiała zmagać się nie tylko z rywalką, ale i z presją tłumu, co tworzyło dla niej wyjątkowo trudne warunki.

    Krytyka taktyki i serwisu Świątek

    Eksperci nie zostawili też suchej nitki na taktyce Polki. Robson podkreślała, że Świątek kompletnie nie radziła sobie z bekhendem rywalki, który tego dnia był jej największą bronią. Dodatkowo serwis Polki kierowany był najczęściej właśnie w tę stronę, co dawało przewagę Anisimovej. – Dopiero w połowie drugiego seta Iga zaczęła serwować w kierunku forhendu, ale do tego momentu jej zamiary były zupełnie nieczytelne – zauważyła.

    Z kolei brytyjski prezenter Gigi Salmon użył jeszcze mocniejszych słów. – Kiedy w starciu z wielkimi rywalkami coś idzie nie po jej myśli, Świątek przypomina trochę zepsuty komputer. Traci orientację i nie wie, co dalej robić – stwierdził.

    Co dalej?

    Teraz Polkę czeka chwila odpoczynku. Najpewniej wróci do rywalizacji pod koniec września, podczas turnieju WTA 1000 w Pekinie. Niewykluczone jednak, że wcześniej zdecyduje się na start w innych azjatyckich imprezach poprzedzających tę prestiżową rywalizację. Ostateczne decyzje w tej sprawie zapadną w najbliższych dniach.