Category: Uncategorized

  • Co za walka Szeremety na MŚ! Rywalka szukała głowy, a znajdowała powietrze

    Co za walka Szeremety na MŚ! Rywalka szukała głowy, a znajdowała powietrze

    To miało być pewne i efektowne zwycięstwo Julii Szeremety – i dokładnie takie było! Wicemistrzyni olimpijska z Paryża z dużą pewnością siebie rozpoczęła zmagania na mistrzostwach świata w boksie w Liverpoolu. Polka wywalczyła awans do ćwierćfinału w kategorii do 57 kg, w imponującym stylu rozbijając Chinkę Yan Cai. Przewaga szybkości, precyzja kontrataków i świetne wyczucie dystansu sprawiły, że wszyscy sędziowie jednogłośnie przyznali jej zwycięstwo.

    Równo rok i niespełna miesiąc temu, 11 sierpnia 2024 roku, Szeremeta sprawiła ogromną sensację, zdobywając srebro olimpijskie i przerywając aż 32-letnią posuchę medalową polskiego boksu. Od tamtej chwili jej karierą zaczęło się interesować znacznie szersze grono kibiców i ekspertów. Wiadomo było, że kolejnym wielkim wyzwaniem będą mistrzostwa świata w Liverpoolu – i ten moment właśnie nadszedł.

    Szeremeta potwierdziła rolę faworytki

    Po olimpijskim sukcesie Polka wielokrotnie udowadniała swoją klasę. Choć nie każdą walkę wygrywała, bilans był bardzo korzystny. Wyjątkiem był finał kwietniowego Pucharu Świata w Brazylii, gdzie lepsza okazała się Jucielen Romeu. Los sprawił jednak, że w Liverpoolu Brazylijka znalazła się w drugiej połowie drabinki i ewentualny rewanż możliwy jest dopiero w finale. Na razie jednak Szeremeta musiała przejść przez pierwszą przeszkodę – Yan Cai. Chinka wcześniej pokonała Japonkę Satsuki Yoshizawę 5:0, ale i tak faworytka była tylko jedna – Polka.

    Szybkość, swoboda i pełna kontrola

    Od pierwszych sekund widać było przewagę Szeremety. Chinka próbowała narzucić tempo, lecz to Polka regularnie trafiała czystymi ciosami. Wiele kiwek i przyruchów rywalki nie robiło na niej żadnego wrażenia – przeciwnie, Szeremeta bezlitośnie je wykorzystywała, raz nawet posyłając potężny prawy, po którym Cai wyraźnie się zachwiała. Co ciekawe, jeden z sędziów zapisał pierwszą rundę na korzyść Chinki, choć trudno zrozumieć, czym się kierował.

    Dalszy przebieg walki nie przyniósł zmian – Polka świetnie kontrolowała dystans, unikała wielu ciosów i regularnie kontratakowała zarówno lewą, jak i prawą ręką. W drugiej rundzie nawet wspomniany wcześniej arbiter z Mongolii uznał wyższość Julii. Stało się jasne, że Cai mogłaby odwrócić losy pojedynku jedynie przez nokaut – a na to się nie zapowiadało.

    Trzecia runda wyglądała podobnie. Szeremeta z uśmiechem i luzem kontrolowała wydarzenia w ringu, nie pozostawiając złudzeń co do swojej przewagi. Ostateczny werdykt sędziów był jednogłośny – 5:0 (30-27, 30-27, 30-27, 29-28, 29-28).

    Czas na ćwierćfinał

    Zwycięstwo Julii Szeremety było pewne i spokojne. Teraz Polka może już myśleć o ćwierćfinale, w którym zmierzy się z reprezentantką Kazachstanu, Kariną Ibragimową. Ta w poprzedniej rundzie pokonała Elise Glynn (2x 30-27, 3x 29-28). Walka Szeremety odbędzie się w środę, 10 września, o godzinie 19:30 czasu polskiego

     

  • Brawo Maja Chwalińska! Co za forma, co za mecz w finale!

    Brawo Maja Chwalińska! Co za forma, co za mecz w finale!

    Maja Chwalińska w niedzielę zapisała piękną kartę w swojej karierze! Polka od pierwszego meczu w szwajcarskim Montreux imponowała formą, a w finale potwierdziła swoją dominację. W decydującym starciu nie pozostawiła najmniejszych złudzeń Darji Semenistai, wygrywając pewnie 6:1, 6:2. To był prawdziwy pokaz jej umiejętności, zwłaszcza w końcowej fazie meczu.

    W ostatnich tygodniach oczy tenisowego świata były zwrócone na Nowy Jork i wielkoszlemowy US Open. Iga Świątek dotarła tam do ćwierćfinału, natomiast Chwalińska odpadła już w kwalifikacjach. 23-letnia zawodniczka, prywatnie przyjaciółka liderki światowego rankingu, błyskawicznie wróciła jednak do Europy, by rywalizować na kortach ziemnych w Montreux w turnieju WTA 125 z pulą nagród 115 tys. dolarów.

    Od sensacyjnego początku do finału

    Polka zachwyciła już na otwarcie zawodów. W pierwszej rundzie, po przegranym do zera secie, potrafiła odwrócić losy meczu i wyeliminować najwyżej rozstawioną Jill Teichmann (87. WTA), zwyciężając 0:6, 6:4, 6:1. Później przechodziła kolejne rundy bez straty seta, aż dotarła do finału. Tam czekała na nią Semenistaja (115. WTA), z którą bilans dotychczasowych pojedynków był remisowy – w lipcu triumfowała Polka, a w listopadzie Łotyszka.

    Pierwszy set pod pełną kontrolą

    Mecz rozpoczął się od długich wymian charakterystycznych dla dwóch leworęcznych tenisistek grających z dużą dozą rotacji. Już w pierwszym gemie serwisowym Semenistaja prowadziła 40:0, ale przegrała pięć punktów z rzędu i została przełamana. Chwalińska świetnie wykorzystywała każdą okazję, utrzymywała regularność i po 35 minutach mogła cieszyć się ze zwycięstwa 6:1 w pierwszej partii.

    Drugi set – próba powrotu Łotyszki i błysk Polki

    Semenistaja była wyraźnie zmęczona po maratońskim półfinale, który dzień wcześniej trwał aż 3,5 godziny. Polka to skrzętnie wykorzystywała, grając sprytnie i nadając piłce trudną rotację. Na początku drugiego seta wygrała siedem punktów z rzędu. Łotyszka próbowała jeszcze odwrócić losy spotkania i w szóstym gemie miała dwa break pointy, ale nie potrafiła ich wykorzystać.

    Od tego momentu na korcie dominowała już tylko Chwalińska. Polka wygrała dwa ostatnie gemy do zera, przypieczętowując zwycięstwo 6:1, 6:2 i zdobywając cenne trofeum.

    To triumf, który może dać Mai Chwalińskiej ogromny impuls w dalszej części sezonu. Zagrała dojrzale, konsekwentnie i z chłodną głową – a to najlepszy sygnał, że jej powrót do czołówki światowego tenisa staje się coraz bardziej realny.

  • Dziewięć goli w meczu Barcelony! Pajor znowu najlepsza w Hiszpanii

    Dziewięć goli w meczu Barcelony! Pajor znowu najlepsza w Hiszpanii

    FC Barcelona rozpoczęła nowy sezon kobiecej ligi hiszpańskiej od mocnego uderzenia – rozgromiła Alhamę aż 8:0. W tym efektownym starcie błyszczała Ewa Pajor, która zdobyła bramkę i dołożyła dwie asysty. Polka, znana z niesamowitej skuteczności, szybko potwierdziła, że w Barcelonie chce odgrywać kluczową rolę.

    Za nią pierwszy, bardzo udany sezon w barwach Dumy Katalonii – w 46 występach strzeliła 42 gole i zaliczyła 12 asyst, a w lidze hiszpańskiej sięgnęła po tytuł królowej strzelczyń. Teraz zaczęła nową kampanię od zdobycia gola w Pucharze Katalonii (1:0 z Badaloną) oraz świetnego występu w lidze przeciwko Alhamie.

    W drugiej kolejce Liga F, Barcelona zmierzyła się z Athletikiem Bilbao, który w poprzednim sezonie otarł się o strefę pucharową. Już pierwsza połowa pokazała, kto rozdaje karty – po 45 minutach gospodynie prowadziły 4:0. Najpierw do siatki trafiły Vicky Lopez i Patricia Guijarro, a później dwa razy błysnęła Pajor.

    W 23. minucie Polka idealnie wykończyła podanie górą od Kiki Nazareth, mijając bramkarkę i pakując piłkę do pustej bramki. Siedemnaście minut później znów znalazła się w doskonałej sytuacji po prostopadłym zagraniu Nazareth i uderzyła precyzyjnie przy dalszym słupku. Dzięki temu objęła prowadzenie w klasyfikacji strzelczyń ligi hiszpańskiej z trzema trafieniami.

    Po przerwie Pajor nie powiększyła już swojego dorobku, ale kolejne gole dołożyły koleżanki. Niefortunną interwencją popisała się bramkarka rywalek Adriana Nanclares, która wpakowała piłkę do własnej bramki. Na listę strzelczyń wpisały się ponownie Lopez i Aitana Bonmati (obie zdobyły po dwa gole). Ostatecznie Barcelona wygrała 8:1 i z kompletem punktów przewodzi tabeli, mając bilans bramkowy 16:1. Kolejnym rywalem mistrzyń Hiszpanii będzie DUX Logroño.

    Pajor, choć skupiona na klubie, niedawno podsumowała także występ reprezentacji Polski na Euro 2025. Biało-Czerwone nie wyszły z grupy, ale zakończyły turniej zwycięstwem 3:2 nad Danią. – Na ten mecz wyszłyśmy z nastawieniem, by walczyć do końca i pokazać charakter. Były trudne momenty, ale cierpiałyśmy razem i jesteśmy dumne z tego, co zaprezentowałyśmy. To pokazuje, że mamy potencjał, by się rozwijać. W tej drużynie są niesamowite piłkarki i wierzę, że jeszcze przeżyjemy wiele wspaniałych chwil – podkreślała polska napastniczka.

     

    https://x.com/DAZNWFootball/status/1964641187559870508?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1964641187559870508%7Ctwgr%5E048e260cff153b5e5d7924ab826179283cb5ab2b%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F76494632231872dziewiec-goli-w-meczu-barcelony-pajor-znowu-najlepsza-w-hiszpanii.html

  • Było 65:66 w ostatniej kwarcie. To, co zrobili potem Polacy, jest niewiarygodne

    Było 65:66 w ostatniej kwarcie. To, co zrobili potem Polacy, jest niewiarygodne

    Było 65:66 w ostatniej kwarcie. To, co zrobili potem Polacy, jest niewiarygodne

    ‎Fantastyczna gra reprezentacji Polski koszykarzy w drugiej połowie, zwłaszcza w obronie sprawiła, że odrobili straty w meczu z Bośnią i Hercegowiny, wygrali 80:72 i awansowali do ćwierćfinału EuroBasketu 2025. Znów bohaterem był Jordan Loyd!

    ‎Była 32. minuta. Właśnie wtedy Jusuf Nurkić, doświadczony 31-letni środkowy, grający na co dzień w NBA (Utah Jazz) rzutem spod kosza dał prowadzenie Bośni i Hercegowinie 66:65. Riposta Polaków była jednak znakomita, bo zdobyli aż osiem punktów z rzędu i było 73:65. W końcówce emocje sięgnęły zenitu. 3,50 przed końcem meczu Biało-Czerwoni wygrywali 76:68. I wtedy zaczął się nerwowy dreszczowiec. Polacy mieli trzy z rzędu straty w ataku (dwie Mateusz Ponitka i jedną Jordan Loyd) i zrobiło się tylko 76:72. Wtedy ważną zbiórkę w obronie miał Aleksander Balcerowski, był faulowany i trafił dwa osobiste. Po chwili Loyd skutecznie trafił z półdystansu (aż 28 punktów w meczu) i 50 sekund przed końcem było 80:72! Rywale już się nie podnieśli i nawet nie faulowali w końcówce.

    ‎Wielki powrót Polski i jest ćwierćfinał EuroBasketu

    ‎Wszyscy kibice i eksperci liczyli na odrodzenie Loyda. Naturalizowany Amerykanin EuroBasket 2025 zaczął znakomicie – przeciwko Słowenii zdobył aż 32 punkty, a w kolejnych dwóch 27 (z Izraelem) i 26 (z Islandią). Ale w dwóch ostatnich starciach już tylko 18 (z Francją) i zaledwie siedem – z Belgią. – Na pewno musimy szybko otworzyć Jordana z jakimś łatwym rzutem, żeby złapał rytm. Nieważne, czy będzie celny, czy niecelny, musimy dać mu szansę na wejście w taki rytm, jakiego potrzebuje. Wierzę, że będziemy mieć Jordana w optymalnej formie – mówił przed meczem Igor Milicić, trener reprezentacji Polski.

    ‎Niestety Loyd zaczął fatalnie – od trzech z rzędu nieudanych rzutów (dwa z półdystansu i raz za trzy punkty), faulu oraz niecelnego podania pod kosz. Niestety nie miał też wsparcia kolegów. Po zaledwie trzech minutach i 50 sekundach Igor Milicić wziął czas, apelował, by jego koszykarze się obudzili. Przegrywali bowiem aż 2:13. Biało-Czerwoni byli w stanie w pierwszej kwarcie zmniejszyć straty do pięciu punktów, ale na więcej nie pozwolili skuteczni rywale, którzy trafili w tym okresie aż cztery z pięciu rzutów za trzy punkty.

    https://x.com/EuroBasket/status/1964645575753601235

    ‎W drugiej kwarcie Polacy zaczęli odrabiać straty. Mimo że Loyd włączył się do gry (m.in. trzy celne trójki i dwie akcje dwa plus jeden), to wciąż męczyli się w ataku i byli nieskuteczni. Po 15 minutach mieli za dwa punkty skuteczność zaledwie 25 proc. (4/16). Skoro nie szło im w rzutach za dwa, to zaczęli częściej próbować za trzy punkty. I trafiali! Po czwartym takim rzucie Loyda przegrywali tylko 36:37.

    https://x.com/EuroBasket/status/1964635891814519243

    ‎Nie potrafili jednak zatrzymać skutecznego z dystansu (4/4 za trzy do przerwy i 16 punktów) doświadczonego 36-letniego Johna Robersona, który w trudnym momencie dla jego zespołu, dwa razy trafił z trudnych pozycji. W rzutach z gry po pierwszej połowie była wielka dysproporcja – zaledwie 34,3 proc. Polaków przy 61,5 rywali.

    ‎Biało-Czerwoni wreszcie dogonili rywali w III kwarcie. Zaczęli bardzo dobrze grać w obronie, wymuszali straty (nawet na środkowym Nurkiciu) i niecelne rzuty na rywalach. W ataku rolę lidera przejął Mateusz Ponitka, który skutecznie wchodził pod kosz, wymuszał faule i trafiał z rzutów osobistych. – Ależ on teraz mądrze gra, wykorzystuje swoje doświadczenie. Wszystko w ataku kręci się teraz wokół Ponitki – mówił komentator TVP Sport.

    ‎Po skutecznym osobistym Ponitki, Polacy wreszcie, pierwszy raz w meczu wyszli na prowadzenie (57:56). A potem doszło do emocji w ostatniej kwarcie, które opisaliśmy na początek tekstu.

    ‎”Sukces rodził się w bólach, wygraną 80:72 z Bośnią i Hercegowiną trzeba było wyrwać. I wyrwaliśmy – przede wszystkim dzięki Mateuszowi Ponitce, Jordanowi Loydowi i Andrzejowi Plucie” –

    ‎Polacy w ćwierćfinale EuroBasketu 2025 zmierzą się we wtorek z Turcją.

    ‎Inne niedzielne mecze 1/8 finału to: Francja – Gruzja (godz. 14.15), Włochy – Słowenia (godz. 17.30) i Grecja – Izrael (godz. 20.45).

    ‎Polska – Bośnia i Hercegowina 80:72 (14:23, 26:21, 22:17, 18:11)

    ‎Polska: Loyd 28, Ponitka 19, Sokołowski 10, Pluta 9, Olejniczak 7, Balcerowski 7, Łączyński,  Żołnierewicz, Michalak.

    ‎Bośnia: Nurkić 20, Roberson 19, Atić 8, Lazić 8, Gegić 8, Alibegović 3, Vrabac 3, Kamenjas 3, Penava.

  • Tak wygląda ranking WTA po finale US Open. Złe wieści dla Świątek

    Tak wygląda ranking WTA po finale US Open. Złe wieści dla Świątek

    Aryna Sabalenka i Amanda Anisimowa spotkały się w finale tegorocznego US Open. Po ich pojedynku poznaliśmy ostateczny kształt rankingu WTA po nowojorskim turnieju. Niestety, nie są to dobre informacje dla Igi Świątek.

    Liderka światowego rankingu, Aryna Sabalenka, sięgnęła po czwarte w karierze wielkoszlemowe trofeum w singlu. W finale US Open Białorusinka pokonała Amerykankę Amandę Anisimową 6:3, 7:6(3). To jej trzeci wygrany finał wielkoszlemowy w tym sezonie – wcześniej zwyciężała także w Australian Open i Roland Garros. Dla Anisimowej z kolei był to drugi z rzędu przegrany finał turnieju tej rangi – wcześniej w Wimbledonie poniosła dotkliwą porażkę z Igą Świątek (0:6, 0:6).

    Sabalenka umacnia się na prowadzeniu
    Sabalenka w Nowym Jorku broniła punktów za ubiegłoroczny triumf. Przed finałem miała ich 10 525 i o 2592 wyprzedzała drugą w rankingu Igę Świątek (7933). Po niedzielnym zwycięstwie dorzuciła kolejne punkty i obecnie jej dorobek wynosi 11 225. Oznacza to, że Polka traci do niej już 3292 punkty – dokładnie tyle samo, ile przed rozpoczęciem turnieju, bo Świątek, podobnie jak Sabalenka, nie poprawiła swojego ubiegłorocznego wyniku.

    Awans Anisimowej
    Największy skok zanotowała Amanda Anisimowa. Amerykanka, dzięki świetnemu występowi w US Open, przesunęła się z dziewiątej na czwartą pozycję i ma obecnie 5159 punktów.

    Polki w rankingu
    Magdalena Fręch zajmuje 30. miejsce, a Magda Linette plasuje się na 37. pozycji. W czołowej dwusetce mamy jeszcze Katarzynę Kawę, Maję Chwalińską i Lindę Klimovicovą.

    Ranking WTA po US Open:

    1. Aryna Sabalenka (Białoruś) – 11 225 pkt
    2. Iga Świątek (Polska) – 7933 pkt
    3. Coco Gauff (USA) – 7874 pkt
    4. Amanda Anisimowa (USA) – 5159 pkt
    5. Mirra Andriejewa (Rosja) – 4793 pkt
    6. Madison Keys (USA) – 4579 pkt
    7. Jessica Pegula (USA) – 4383 pkt
    8. Jasmine Paolini (Włochy) – 4006 pkt
    9. Qinwen Zheng (Chiny) – 4003 pkt
    10. Jelena Rybakina (Kazachstan) – 3833 pkt

    1. Magdalena Fręch (Polska) – 1648 pkt
    2. 37. Magda Linette (Polska) – 1404 pkt
    3. 120. Katarzyna Kawa (Polska) – 631 pkt
    4. 152. Maja Chwalińska (Polska) – 468 pkt
    5. 170. Linda Klimovicova (Polska) – 415 pkt

     

  • Nie do wiary, co zrobiła Sabalenka w finale US Open

    Nie do wiary, co zrobiła Sabalenka w finale US Open

    Aryna Sabalenka po raz kolejny sięgnęła po wielkoszlemowe trofeum! Białorusinka w finale US Open 2025 pokonała Amerykankę Amandę Anisimową 6:3, 7:6(2) i obroniła tytuł zdobyty przed rokiem. Liderka światowego rankingu zwyciężyła dzięki większej stabilności i odporności psychicznej, podczas gdy jej rywalka grała bardzo nierówno. To już czwarty triumf Sabalenki w turnieju wielkoszlemowym w singlu.

    Sabalenka znów najlepsza w Nowym Jorku

    Droga do finału nie była dla Białorusinki łatwa. W półfinale po ciężkim boju wyeliminowała Jessikę Pegulę 4:6, 6:3, 6:4. Anisimowa natomiast po dramatycznym meczu pokonała Naomi Osakę 6:7, 7:6, 6:3, wcześniej w ćwierćfinale sensacyjnie eliminując Igę Świątek 6:4, 6:3. Nic dziwnego, że starcie tych dwóch tenisistek wywoływało ogromne emocje.

    Pierwszy set pod kontrolą Sabalenki

    Finał rozpoczął się od serii przełamań, a atmosfera od początku była bardzo napięta. Już w pierwszym gemie Sabalenka obroniła trzy break pointy, by po chwili prowadzić 2:0. Anisimowa szybko wróciła do gry – mocny bekhend i odważne zagrania pozwoliły jej wyjść na prowadzenie 3:2. Amerykanka jednak znów zaczęła popełniać błędy, szczególnie na serwisie, co Sabalenka wykorzystała bezlitośnie. Białorusinka przejęła inicjatywę, wygrała trzy kolejne gemy i zamknęła seta 6:3. Różnicę zrobiła regularność – tylko cztery niewymuszone błędy przy aż szesnastu u rywalki.

    Rollercoaster w drugim secie

    Druga partia przyniosła jeszcze więcej dramaturgii. Sabalenka objęła prowadzenie 3:1, konsekwentnie atakując słabszy forhend Anisimowej. Amerykanka jednak poderwała publiczność, wyrównując na 3:3 po efektownym przełamaniu. Kibice w Nowym Jorku wierzyli, że doczekają się trzeciego seta. Sabalenka odzyskała przewagę (5:3), a serwując po zwycięstwo miała piłki meczowe. Wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego – przy prostym smeczu posłała piłkę w siatkę, a Anisimowa wykorzystała szansę i doprowadziła do 5:5.

    Ostatecznie o losach seta przesądził tie-break. Tu znów ujawniła się różnica w stabilności – Anisimowa zepsuła kilka kluczowych uderzeń, a Sabalenka pozostała spokojna i pewna siebie. Wygrała 7:2, pieczętując sukces w całym meczu. To jej 21. zwycięski tie-break w sezonie – statystyka, która pokazuje siłę mentalną liderki rankingu.

    Historyczny triumf i rewanż na Anisimowej

    Sabalenka została pierwszą tenisistką od czasów Sereny Williams (2013–2014), która obroniła tytuł w US Open. Dla 27-letniej Białorusinki to szczególnie ważny moment – w tym sezonie wcześniej przegrywała w finałach Australian Open i Roland Garros, a w Wimbledonie odpadła w półfinale właśnie z Anisimową. Tym razem udowodniła, że potrafi zachować zimną krew w najważniejszych chwilach.

    – Aryna uratowała ten sezon – podsumował komentator Eurosportu Lech Sidor, podkreślając, że liderka rankingu długo czekała na taki sukces w 2025 roku.

    Anisimowa – progres, ale też rozczarowanie

    Amerykanka zagrała dużo lepiej niż w przegranym w lipcu finale Wimbledonu z Igą Świątek (0:6, 0:6), ale znów zabrakło jej stabilności. Falująca forma, podwójne błędy i nerwy w końcówkach zadecydowały, że musiała obejść się smakiem. Dwa przegrane finały wielkoszlemowe w ciągu dwóch miesięcy to z jednej strony dowód ogromnego postępu, z drugiej – bolesna lekcja dla 24-latki.

    Sabalenka natomiast po raz kolejny potwierdziła, że jest tenisistką numer jeden na świecie – nie tylko w rankingu, ale i w realnej grze na największych arenach.

  • Tak Barcelona chce rozwiązać sprawę Lewandowskiego

    Tak Barcelona chce rozwiązać sprawę Lewandowskiego

    Robert Lewandowski reprezentuje barwy FC Barcelony od 2022 roku, jednak – jak informuje dziennik Sport – obecny sezon może być jego ostatnim w drużynie Dumy Katalonii. Klub ma ku temu jeden główny powód.

    Transfer, który odmienił Barcelonę

    Latem 2022 roku „Lewy” przeniósł się z Bayernu Monachium do Barcelony za 45 mln euro. Jego kontrakt wygasa w przyszłym roku i coraz więcej wskazuje na to, że po jego zakończeniu Polak pożegna się z Camp Nou. Był to transfer kluczowy – zarówno sportowo, jak i wizerunkowo. Barcelona odzyskała siłę w ofensywie, a w lidze hiszpańskiej znów stała się najgroźniejszym rywalem Realu Madryt.

    Już w debiutanckim sezonie w La Lidze Lewandowski sięgnął po koronę króla strzelców. Łącznie zdobył wtedy 33 bramki we wszystkich rozgrywkach. W kolejnym sezonie dorzucił 26 trafień, a ostatnia kampania była jego najlepszą od czasów gry w Bayernie – Polak aż 42 razy wpisywał się na listę strzelców.

    Wiek robi swoje

    Problemem nie są więc umiejętności. Jak podkreśla Sport, decydujący okazuje się wiek zawodnika. W sierpniu Lewandowski skończył 37 lat, a kataloński klub na razie nie planuje przedłużać z nim umowy. Działacze zauważają, że zespół potrafi radzić sobie także bez Polaka. W poprzednim sezonie dobre występy notował Ferran Torres, a obecnie to właśnie Hiszpan jest podstawowym napastnikiem Barçy – również dlatego, że Lewandowski rozpoczął rozgrywki z kontuzją.

    Co dalej?

    Na razie sytuacja nie jest przesądzona. Sport zaznacza, że w futbolu nigdy nic nie jest pewne, a przyszłość Lewandowskiego może się jeszcze zmienić. Dyrektor sportowy klubu, Deco, rozgląda się za nowym napastnikiem, jednak ze względu na problemy finansowe Barcelony możliwe jest, że nowy zawodnik nie trafi na Camp Nou. W takim wariancie pierwszym wyborem na pozycji „dziewiątki” pozostanie Ferran Torres.

    Bilans Lewandowskiego w Barcelonie

    Do tej pory Robert Lewandowski rozegrał w barwach Blaugrany 149 spotkań, w których strzelił 101 goli i zaliczył 24 asysty. Na swoim koncie ma także pięć trofeów zdobytych z katalońskim klubem.

     

  • Co się dzieje z Gortatem? To dlatego nie ma go na meczach reprezentacji

    Co się dzieje z Gortatem? To dlatego nie ma go na meczach reprezentacji

    Dlaczego Marcina Gortata zabrakło na EuroBaskecie w Katowicach?

    Podczas pięciu spotkań reprezentacji Polski w ramach EuroBasketu w katowickim Spodku trybuny wypełniały się znanymi postaciami ze świata sportu. Pojawili się byli koszykarze, trenerzy, działacze, a nawet sportowcy z innych dyscyplin – od Roberta Lewandowskiego, przez Tomasza Fornala, po skoczków narciarskich z Kamilem Stochem i Piotrem Żyłą na czele. Z USA przylecieli także przedstawiciele NBA: właściciele Los Angeles Lakers Rob Pelinka i Jeannie Buss czy trener Portland Trail Blazers Chauncey Billups. W takim otoczeniu naturalne wydawałoby się, że w Katowicach pojawi się także Marcin Gortat – ikona polskiej koszykówki. A jednak nie było go ani razu.

    – Zaproszenie do pana Gortata zostało wysłane – mówił w rozmowie ze Sport.pl prezes PZKosz Grzegorz Bachański. – Kontaktowaliśmy się z wieloma byłymi reprezentantami, którzy chętnie przyjęli nasze propozycje. Cieszę się, że w Spodku pojawili się m.in. Maciej Zieliński, Robert Kościuk czy Piotr Szybilski. Proponowaliśmy bilety również Marcinowi. Z tego, co wiem, miał być obecny na meczu z Izraelem, ale ostatecznie tego nie potwierdził – dodaje.

    Podcast zamiast trybun

    Dlaczego Gortat nie przyjechał? – Powód jest prosty – miałem wcześniej podjęte zobowiązania – tłumaczy były gracz NBA. – Jestem współwłaścicielem podcastu Post Prime, w który zaangażowałem się finansowo i osobiście. Po każdym meczu Polaków nagrywaliśmy obszerne studio z udziałem gości, m.in. Macieja Zielińskiego. Analizowaliśmy spotkania szczegółowo, a moje komentarze w tym formacie – moim zdaniem – wnoszą więcej niż obecność w hali. Siedzenie na krzesełku nie pomogłoby chłopakom – podkreśla.

    Nagrania odbywały się w siedzibie fundacji Gortata w Łodzi. Sam były koszykarz odrzucił też propozycję występowania w roli eksperta w TVP Sport. – Wiedziałem, że będę zajęty własnym projektem, gdzie każdy mecz omawialiśmy przez godzinę. Oglądało nas kilka tysięcy osób, więc jesteśmy zadowoleni – zaznacza.

    Chłodne relacje z kadrą i dawne konflikty

    Nieobecność Gortata w Katowicach wzbudziła dodatkowe emocje, bo od lat jego relacje z reprezentacją i federacją są napięte. Z kapitanem kadry Mateuszem Ponitką koszykarz nie utrzymuje kontaktu – jeszcze w 2022 roku ostro skrytykował jego występ w barwach rosyjskiego klubu tuż po wybuchu wojny w Ukrainie. Ponitka odpowiedział później uszczypliwie, przypominając zachowanie Gortata z EuroBasketu 2013 i nazywając go „Polskim Młotem”.

    Sam Gortat od dawna pozostaje też w sporze z działaczami PZKosz. W przeszłości wspierał kandydaturę Bachańskiego na prezesa, jednak później ich drogi się rozeszły. Były koszykarz wielokrotnie krytykował również Radosława Piesiewicza, byłego szefa federacji, obecnie prezesa PKOl.

    – Nie mam personalnego konfliktu z obecnym prezesem – zaznacza jednak Gortat. – Największe różnice miałem z panem Piesiewiczem. Faktem jest, że krytykowałem niektóre działania PZKosz, ale Bachański dotrzymał słowa. Związek zapraszał mnie także wcześniej na mecze eliminacyjne, jednak wtedy byłem w Stanach. Tym razem zdecydowałem się w całości poświęcić pracy przy podcaście – podsumowuje.

    Bachański, pytany o krytyczne wypowiedzi Gortata, stara się tonować emocje. – Każdy ma prawo do swojego zdania. Szczerze mówiąc, w środowisku koszykarskim opinie Marcina nie mają dziś większego znaczenia – odpowiada.

    Gortat wybrał inną drogę

    Nieobecność Gortata w Spodku była więc jego świadomą decyzją – związaną bardziej z osobistymi projektami niż z otwartym konfliktem z federacją. Były center NBA woli dziś pełnić rolę komentatora i przedsiębiorcy niż symbolicznego gościa na trybunach. Mimo to jego brak w Katowicach był mocno odczuwalny – tak, jakby podczas piłkarskiego Euro w Polsce nie pojawił się Robert Lewandowski.

  • 0:3 w hicie Djoković – Alcaraz. Wszystko jasne. Oni zagrają w finale US Open!

    0:3 w hicie Djoković – Alcaraz. Wszystko jasne. Oni zagrają w finale US Open!

    W półfinałach męskiego US Open kibice dostali prawdziwe tenisowe „Gwiezdne Wojny”. W grze o finał pozostała czwórka gigantów: Carlos Alcaraz, Novak Djoković, Jannik Sinner oraz Felix Auger-Aliassime. To zestawienie symbolizuje zmianę pokoleniową, a jednocześnie przypomina, że Djoković po raz pierwszy od ośmiu lat przeżywa sezon, w którym nie zagra ani w jednym wielkoszlemowym finale. Jednocześnie przed fanami piąty z rzędu finał pomiędzy dwoma najwyżej notowanymi zawodnikami w rankingu ATP. – Oni są po prostu zbyt dobrzy – przyznał po porażce Serb.

    US Open na finiszu – faworyci potwierdzają klasę

    Ostatni wielkoszlemowy turniej sezonu wkracza w decydującą fazę. W rywalizacji kobiet w finale spotkają się Amanda Anisimova i Aryna Sabalenka. Iga Świątek dotarła do ćwierćfinału, w którym musiała uznać wyższość Anisimovej. Wśród mężczyzn jedynym Polakiem był Kamil Majchrzak – zakończył zmagania w trzeciej rundzie. Największe emocje budziły jednak piątkowe półfinały, w których najpierw zmierzyli się Novak Djoković i Carlos Alcaraz. Przed tym starciem bilans spotkań wynosił 5:3 dla Serba.

    Alcaraz w wielkim stylu zatrzymuje Djokovicia

    Dotychczas Alcaraz nie potrafił znaleźć recepty na Djokovicia na twardych kortach. Tym razem zaczął mecz idealnie, od przełamania w pierwszym gemie serwisowym rywala. Hiszpan kontrolował przebieg seta i wygrał go 6:4. Druga partia była prawdziwym dreszczowcem – Djoković prowadził 3:0, ale Alcaraz szybko odrobił straty. O losach seta zadecydował tie-break, w którym Hiszpan zwyciężył 7:4.

    Choć wydawało się, że Djoković wykorzysta wysoki poziom drugiej odsłony jako impuls do odwrócenia losów meczu, to Alcaraz zachował inicjatywę. W trzecim secie przełamał Serba w czwartym gemie i utrzymał przewagę do końca, triumfując 6:2. Ostatecznie Alcaraz wygrał 3:0 i awansował do finału. Tym samym Djoković zakończył sezon bez udziału w finale wielkoszlemowym – pierwszy raz od 2017 roku. Alcaraz z kolei zapisał się w historii jako trzeci najmłodszy tenisista z siedmioma finałami turniejów tej rangi, po Björnie Borgu i Rafaelu Nadalu. – Przegrałem trzy z czterech szlemów w półfinałach z Sinnerem i Alcarazem. Oni są po prostu za mocni. W starciach do trzech wygranych setów bardzo trudno jest się im przeciwstawić – podsumował Serb.

    Sinner lepszy od Augera-Aliassime’a – kolejny finał z Alcarazem

    W drugim półfinale Jannik Sinner zmierzył się z Felixem Augerem-Aliassimem. Pierwszy set przebiegł pod pełną kontrolą Włocha, który dwukrotnie przełamał rywala i wygrał 6:1. Druga partia miała zupełnie inny przebieg – Kanadyjczyk odrobił straty i po przełamaniu w ósmym gemie zwyciężył 6:3, wyrównując stan meczu.

    Od trzeciego seta to jednak Sinner przejął inicjatywę. Włoch przełamał Augera-Aliassime’a w szóstym gemie i wygrał 6:3. W czwartej partii obaj zawodnicy walczyli gem po gemie, ale to Sinner wykorzystał szansę i po przełamaniu triumfował 6:4, pieczętując awans do finału.

    Piąty finał Alcaraz – Sinner w ostatnich 12 miesiącach

    Sobotni finał US Open będzie piątym spotkaniem o tytuł pomiędzy Alcarazem a Sinnerem w ciągu ostatniego roku, z czego czwartym w obecnym sezonie. Na razie bilans zdecydowanie przemawia za Hiszpanem, który wygrał trzy z czterech finałów.

    https://x.com/usopen/status/1964072237155180705?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1964072237155180705%7Ctwgr%5Eb7c1878aa3e5cbd0214104f2c3ff1f36fd2052ef%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F764987322304450-3-w-hicie-djokovic-alcaraz-wszystko-jasne-oni-zagraja.html

  • 6:4, 6:0. Kapitalny mecz Polki z faworytką. Jest półfinał!

    6:4, 6:0. Kapitalny mecz Polki z faworytką. Jest półfinał!

    Maja Chwalińska robi kolejny krok w stronę powrotu do światowej czołówki. Polka rywalizuje w turnieju rangi Challenger w szwajcarskim Montreux i po efektownym zwycięstwie nad Holenderką Arantxą Rus awansowała do półfinału. Szczególne wrażenie zrobił drugi set, zakończony wynikiem 6:0, który dał kibicom sporo powodów do optymizmu.

    Droga Chwalińskiej w tym sezonie

    Dotychczas w 2025 roku Chwalińska tylko raz znalazła się w głównej drabince turnieju wielkoszlemowego. Miało to miejsce podczas Australian Open, gdzie w pierwszej rundzie przegrała z Niemką Jule Niemeier 0:6, 1:6. Później dwukrotnie zatrzymywała się na drugiej rundzie kwalifikacji – w Roland Garros i US Open. Najwięcej radości przyniósł jej jednak debel – w parze z Czeszką Anastazją Detiuc sięgnęła po tytuł w Antalyi. Teraz, na początku września, próbuje swoich sił w Montreux.

    Ćwierćfinał pełen dominacji

    W meczu o półfinał Chwalińska zmierzyła się z Arantxą Rus, klasyfikowaną na 131. miejscu w rankingu WTA. Początek spotkania ułożył się znakomicie dla Polki – szybko objęła prowadzenie 3:0, wykorzystując dwa break pointy. Choć rywalka zdołała odrobić jedno przełamanie, nie była w stanie przejąć inicjatywy. Pierwszy set padł łupem Chwalińskiej 6:4.

    Druga partia to już absolutna dominacja Polki. Chwalińska bezbłędnie serwowała, nie tracąc punktów przy własnym podaniu, a do tego regularnie przełamywała serwis Holenderki. Rus nie stworzyła sobie nawet jednej okazji na powrót do gry, a set zakończył się błyskawicznym 6:0. Dzięki temu Chwalińska zameldowała się w półfinale turnieju.

    Ranking i kolejne wyzwanie

    Awans do półfinału zapewnił Polce skok z 177. na 152. miejsce w rankingu WTA. Jeśli udałoby jej się sięgnąć po tytuł w Montreux, może awansować aż na 133. pozycję. W walce o finał jej rywalką będzie Hiszpanka Andrea Lazaro Garcia, która w ćwierćfinale pokonała Austriaczkę Julię Grabher 7:5, 6:3.

    Dla Chwalińskiej będzie to szansa na pierwszy finał singlowy w tym sezonie. Ostatni raz o tytuł walczyła w grudniu ubiegłego roku w Florianopolis, gdzie musiała uznać wyższość Yleny In-Albon, przegrywając 1:6, 2:6.