Category: Uncategorized

  • Co za gol Roberta Lewandowskiego. Znowu błysnął, FC Barcelona pokazuje

    Co za gol Roberta Lewandowskiego. Znowu błysnął, FC Barcelona pokazuje

    Plan oszczędnego gospodarowania siłami Roberta Lewandowskiego, realizowany wspólnie przez Hansiego Flicka i Jana Urbana, zaczyna przynosić widoczne rezultaty. Polski napastnik najpierw zdobył bramkę i zanotował asystę w meczu z Finlandią, a teraz imponuje formą podczas treningów Barcelony. „Duma Katalonii” przygotowuje się do spotkania z Valencią, a jej kapitan ofensywy w jednej z akcji treningowych pokazał wielką klasę. Kibice liczą, że wkrótce przełoży dobrą dyspozycję na liczby w oficjalnych meczach, bo w sierpniu rozegrał dla klubu zaledwie 26 minut.

    Wygląda na to, że Lewandowski jest w coraz lepszej dyspozycji – zarówno fizycznej, jak i czysto piłkarskiej. Podczas zgrupowania reprezentacji Polski Jan Urban konsekwentnie ograniczał jego czas gry, łącznie do 132 minut (64 przeciwko Holandii i 68 z Finlandią). W Rotterdamie „Lewy” musiał pracować głównie w defensywie w środkowej strefie, natomiast w Chorzowie miał okazję zabłysnąć w ataku – zdobył gola i zaliczył asystę.

    Systematyczne zmiany w drugich połowach spotkań to element nowej strategii zarządzania obciążeniami kapitana reprezentacji. Ten sam model stosuje też Flick w Barcelonie. Obaj szkoleniowcy są zgodni: by Lewandowski mógł utrzymywać wysoką formę, czasami musi odpocząć.

    – On już doskonale rozumie, że są momenty, kiedy musi odpuścić, by lepiej przygotować się fizycznie. Piłkarz o takiej charakterystyce musi wiedzieć, kiedy nie jest w stanie dać drużynie wszystkiego. Dobry kontakt z trenerem pozwala wydobyć z zawodnika maksimum, szczególnie biorąc pod uwagę jego wiek. Nie będzie on coraz silniejszy z roku na rok. Najlepszą wersję Lewandowskiego zobaczymy wtedy, gdy nie będzie grał absolutnie w każdym meczu. To naturalne – powiedział selekcjoner w rozmowie z radiem SER w audycji „Que Thi Jugues”.

    Lewandowski po zgrupowaniu w Katowicach powrócił do Barcelony i w piątek uczestniczył w treningu przed niedzielnym meczem z Valencią, który odbędzie się na stadionie im. Johanna Cruyffa. Klub opublikował w mediach społecznościowych nagrania z zajęć, na jednym z nich Polak popisał się efektownym trafieniem.

    „Lewy” stojąc tyłem do bramki, przyjął podanie od Pedriego i lekkim ruchem boczną częścią stopy zmienił kierunek lotu piłki, całkowicie zaskakując bramkarza.

    Takie akcje cieszą kibiców Barcelony, którzy stęsknili się za błyskotliwymi zagraniami swojego snajpera. Dotychczas w tym sezonie Lewandowski rozegrał tylko 26 minut, bo po kontuzji, która wykluczyła go z inauguracji ligi z Getafe, był stopniowo wprowadzany do gry.

    https://x.com/FCBarcelona_es/status/1966532496947896793?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1966532496947896793%7Ctwgr%5Efb548f98faf7180c9e40f4889f4dd651ea19e927%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Frobert-lewandowski%2Fnews-co-za-gol-roberta-lewandowskiego-znowu-blysnal-fc-barcelonanId22418631

  • Iga Świątek wyszła z samolotu i się zaczęło. A obok Abramowicz i Fissette

    Iga Świątek wyszła z samolotu i się zaczęło. A obok Abramowicz i Fissette

    Przed Igą Świątek wyjątkowy moment w karierze – po raz pierwszy wystąpi w turnieju w Seulu. Liderka światowego rankingu wylądowała już w stolicy Korei Południowej, gdzie czekało na nią serdeczne powitanie. Organizatorzy Korea Open przygotowali kwiaty i zadbali o ciepłą atmosferę, a w mediach społecznościowych podkreślili, jak bardzo cieszą się z jej obecności.

    Na miejscu towarzyszą jej niezmiennie trener Wim Fissette i psycholożka Daria Abramowicz. Oficjalny profil turnieju opublikował serię zdjęć z lotniska, na których widać całą ekipę Polki, dodając komentarz:
    „Jesteśmy absolutnie zachwyceni, że możemy gościć Igę Świątek! Dziękujemy za to, że zdecydowała się na tak długą podróż. Nie możemy się doczekać nadchodzących emocjonujących meczów!”

    Turniej Korea Open to impreza rangi WTA 500. Kwalifikacje są już w toku, a główna drabinka ruszy w poniedziałek. Losowanie odbyło się w sobotę rano (czasu polskiego) i Świątek poznała swoje pierwsze potencjalne rywalki – w 1/8 finału zmierzy się z Chinką Lin Zhu lub Rumunką Soraną Cirsteą. W kolejnych rundach na jej drodze mogą stanąć m.in. Barbora Krejcikova, Emma Raducanu, Clara Tauson czy Sofia Kenin. Największą faworytką po drugiej stronie drabinki jest rozstawiona z numerem dwa Jekaterina Aleksandrowa – potencjalna przeciwniczka w meczu finałowym zaplanowanym na niedzielę, 21 września.

    Sama Iga nie kryje radości z nowego wyzwania. Już w maju zapowiadała na Instagramie swój występ w Seulu:
    – Jestem niezwykle podekscytowana, że w tym roku po raz pierwszy zagram w waszym turnieju. To będzie fantastyczne doświadczenie. Słyszałam wiele dobrego o Korei i nie mogę się doczekać, aby zobaczyć wasz kraj. Przede wszystkim jednak cieszę się, że spotkam się z fanami. Postaram się pokazać wam jak najlepszy tenis – mówiła.

  • Nieprawdopodobny wyczyn Świątek. Alcaraz i Sabalenka mogą tylko zazdrościć

    Nieprawdopodobny wyczyn Świątek. Alcaraz i Sabalenka mogą tylko zazdrościć

    Iga Świątek ma za sobą niezwykle udany czas. Choć w Nowym Jorku nie zdołała odzyskać trofeum US Open, to pierwszy raz w karierze sięgnęła po triumf na Wimbledonie. Tym samym wszelkie spekulacje o kryzysie formy można już odłożyć do przeszłości. Potwierdzają to nie tylko jej wyniki, lecz także statystyki, które zaprezentował portal Tennis Bakery. Okazuje się, że Polka w jednym z kluczowych zestawień wyprzedziła nawet Carlosa Alcaraza i Jannika Sinnera.

    Mocny powrót Świątek

    Ostatnie tygodnie były dla Igi niezwykle intensywne i pełne sukcesów. Wygrała Wimbledon, a następnie turniej w Cincinnati, prezentując tenis najwyższej próby. Nic dziwnego, że w US Open uchodziła za jedną z głównych faworytek do tytułu. Po świetnym początku turnieju niespodziewanie zatrzymała ją jednak Amanda Anisimova w ćwierćfinale – ta sama zawodniczka, którą Polka zaledwie kilka tygodni wcześniej rozbiła w londyńskim finale 6:0, 6:0. Mimo tej porażki trudno mieć wątpliwości, że dawne problemy Igi to już historia.

    Rekordowa statystyka

    Były szkoleniowiec m.in. Marii Szarapowej i sióstr Williams, Rick Macci, jest przekonany, że Świątek ma przed sobą kolejne wielkie osiągnięcia. – Punisher, jak ją nazywam, jest gotowa sięgnąć nieba i wejść na jeszcze wyższy poziom. Iga znakomicie pracuje nogami i wkrótce ponownie zostanie numerem jeden – ocenił na portalu X.

    Dziennikarze Tennis Bakery przedstawili natomiast liczby, które nie pozostawiają wątpliwości. Świątek w tym sezonie wygrała aż 34 sety wynikiem 6:0 lub 6:1. To najlepszy rezultat w całym tourze – zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn. Dla porównania, Carlos Alcaraz ma na koncie 33 takie sety, Jannik Sinner – 27, a wśród tenisistek najbliżej Polki znajduje się Jelena Rybakina z dorobkiem 21.

    Najwięcej setów wygranych 6:0 lub 6:1 w 2025 roku:

    1. Iga Świątek – 34
    2. Carlos Alcaraz (Hiszpania) – 33
    3. Jannik Sinner (Włochy) – 27
    4. Jelena Rybakina (Kazachstan) – 21
    5. Aryna Sabalenka (Białoruś) – 20
    6. Mirra Andriejewa (Rosja) – 18
    7. Alex de Minaur (Australia) – 18
    8. Jelina Switolina (Ukraina) – 18
    9. Elise Mertens (Belgia) – 17

    Powrót w Seulu

    Kolejnym przystankiem w kalendarzu Świątek będzie turniej WTA 500 w Seulu, co sama tenisistka potwierdziła już kilka miesięcy temu. – To będzie coś niesamowitego. Słyszałam wiele dobrego o waszym kraju i nie mogę się doczekać, by zobaczyć go na własne oczy. Najważniejsze będzie jednak spotkanie z fanami. Postaram się pokazać wam dobry tenis – zapowiedziała.

    Jej występ długo stał jednak pod znakiem zapytania z powodu urazu stopy. – Umówiliśmy się, że Iga zagra tylko wtedy, gdy będzie w pełni zdrowa. Po powrocie z Nowego Jorku przeszła badania, a w sobotę dostałem od niej wiadomość: „Od wtorku lub środy będę mogła znowu grać w tenisa. Seul nie będzie problemem”. Nie chcieliśmy ryzykować, zależało nam, by odzyskała pełną sprawność – zdradził członek jej sztabu.

  • Ależ pogrom w meczu Barcelony. Oto co zrobiła Ewa Pajor

    Ależ pogrom w meczu Barcelony. Oto co zrobiła Ewa Pajor

    Ewa Pajor nie zwalnia tempa! W trzecim ligowym występie dla FC Barcelony Femeni ponownie wpisała się na listę strzelczyń, a jej drużyna odniosła kolejne przekonujące zwycięstwo.

    Barcelona wciąż bezlitosna dla rywalek

    Początek sezonu w wykonaniu mistrzyń Hiszpanii to prawdziwy popis siły. Najpierw rozgromiły Alhamę 8:0, następnie rozbiły Athletic Bilbao 8:1, a teraz wysoko pokonały DUX Logroño. Kibice zgromadzeni na Stadionie Johana Cruyffa mogli być pewni, że ich zespół nie tylko wygra, ale i ponownie zrobi to w efektownym stylu.

    Bonmatí daje sygnał do ataku

    Spotkanie rozpoczęło się od totalnej dominacji gospodyń, które miały ponad 80% posiadania piłki i nieustannie kreowały sytuacje pod bramką przeciwniczek. Na gole nie trzeba było długo czekać – w 21. minucie wynik otworzyła Aitana Bonmatí. Chwilę później, bo już po trzech minutach, powiększyła swój dorobek i Barcelona prowadziła 2:0.

    Pajor z kolejnym trafieniem

    W 42. minucie swoje show rozpoczęła Ewa Pajor. Polska snajperka po podaniu Patricii Guijarro zdobyła trzecią bramkę dla Barcelony. Do przerwy gospodynie prowadziły już 3:0, a rywalki praktycznie nie miały nic do powiedzenia.

    “Tylko” 4:0

    Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił – Barcelona wciąż atakowała, ale była mniej skuteczna niż w poprzednich kolejkach. Jedynego gola w drugiej połowie zdobyła Kika Nazareth w 68. minucie. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 4:0, który i tak należy uznać za bardzo wyraźny.

    Pajor błyszczy w Hiszpanii

    Ewa Pajor kontynuuje znakomitą passę. W trzech ligowych występach dla Barcelony strzeliła już cztery bramki i dołożyła do tego trzy asysty, udowadniając, że błyskawicznie odnalazła się w nowym klubie.

    FC Barcelona – DUX Logroño 4:0 (3:0)
    Bramki: Bonmatí (21’, 24’), Pajor (42’), Nazareth (68’)

  • Zrobiła to! Kolejna Polka w finale MŚ! To był koncert

    Zrobiła to! Kolejna Polka w finale MŚ! To był koncert

    Co za dzień dla polskiego boksu! Po sukcesach Anety Rygielskiej i Julii Szeremety do finału awansowała także Agata Kaczmarska, rywalizująca w kategorii powyżej 80 kilogramów. Polka absolutnie zdominowała w ringu Kazaszkę Yeldanę Talipovą – znakomicie zniwelowała różnicę wzrostu i zasięgu ramion, była szybka, ruchliwa i regularnie trafiała rywalkę mocnymi uderzeniami. Talipova momentami wyglądała, jakby kompletnie nie wiedziała, jak odpowiedzieć na ataki Kaczmarskiej.

    Awans do półfinału Kaczmarska wywalczyła sensacyjnie, pokonując faworyzowaną Chinkę Yilian Zhan. Talipova natomiast w swoim ćwierćfinale bez większych problemów rozprawiła się z reprezentantką Nowej Zelandii, Celine Lee-Lo. Obie zawodniczki miały już zapewnione co najmniej brązowe medale, ponieważ na mistrzostwach świata w Liverpoolu nie rozgrywa się walk o trzecie miejsce.

    Dominacja Polki od pierwszego gongu
    Choć Kazaszka była wyższa i miała większy zasięg ramion, nie potrafiła wykorzystać tej przewagi. To Kaczmarska narzuciła tempo od pierwszych sekund – boksowała agresywnie, szybko i z dużym zaangażowaniem. Świetnie balansowała ciałem, jedynie raz dając się czysto trafić. Polka wyprowadzała serie uderzeń, a szczególnie efektowny był lewy prosty na minutę przed końcem pierwszej rundy. W pełni zasłużenie sędziowie jednogłośnie przyznali jej zwycięstwo w tej odsłonie.

    W drugiej rundzie obraz walki nie uległ zmianie – Kaczmarska łatwo skracała dystans i regularnie trafiała lewym prostym. Talipova była wolniejsza, a przez to bezradna wobec agresywnej postawy Polki. Sędzia upomniał Kazaszkę za nieczyste zagrania, a Kaczmarska pewnie wygrała kolejną rundę na kartach punktowych.

    Mimo bezpiecznej przewagi, Polka nie zamierzała zwalniać. Do samego końca trzeciej rundy konsekwentnie spychała rywalkę do defensywy, nie pozwalając jej na odzyskanie inicjatywy. Talipova próbowała odpychać przeciwniczkę i szukała okazji do prostych ciosów, lecz Kaczmarska była za szybka i świetnie unikała zagrożenia.

    W finałowej rundzie sędziowie ponownie jednogłośnie wskazali na Kaczmarską. Na ich kartach pojawił się wynik 5:0, a końcowy rezultat 30:26 tylko potwierdził pełną dominację Polki. To był prawdziwy pokaz bokserskich umiejętności w wykonaniu naszej reprezentantki.

  • Było 14 sekund do końca walki o finał MŚ. Polka została ukarana. “To skandal!”

    Było 14 sekund do końca walki o finał MŚ. Polka została ukarana. “To skandal!”

    Aneta Rygielska zapisała piękną kartę w historii polskiego boksu. W półfinale mistrzostw świata stoczyła niezwykle zacięty pojedynek z utytułowaną Chinką Yang Chengyu, by ostatecznie sprawić ogromną niespodziankę i awansować do wielkiego finału!

    Droga do półfinału

    Polka rozpoczęła turniej w znakomitym stylu. Najpierw wyeliminowała reprezentantkę Indii Sanju Khatri, następnie pokonała Amerykankę Jajairę Gonzalez, a w ćwierćfinale nie dała szans Japonce Ayace Taguchi. W półfinale jej rywalką była nie byle kto – mistrzyni świata IBA sprzed dwóch lat w wadze do 60 kg, Yang Chengyu.

    Starcie z mistrzynią świata

    Rygielska od początku narzuciła swój styl. Zaczęła mocnym prawym sierpowym i lewym prostym, które zrobiły wrażenie na rywalce. Choć nie zawsze trzymała szczelną gardę, chętnie przechodziła do ataku i to ona dyktowała tempo. Chengyu próbowała odpowiadać kontrami, lecz brakowało jej ciosu, który mógłby odwrócić losy walki.

    Pierwsza runda była wyrównana, ale sędziowie nieznacznie ocenili ją na korzyść Chinki (3:2). W drugiej odsłonie Polka zaczęła pracować jeszcze lepiej – świetnie poruszała się na nogach, trafiała celnie prawą ręką, a rywalka coraz częściej uciekała do klinczu. Na kilkanaście sekund przed końcem Rygielska posłała Chengyu na deski, co zapewniło jej pewne zwycięstwo w rundzie.

    Decydująca, trzecia runda miała dramatyczny przebieg. Chinka ruszyła do ataku, ale Polka trzymała ją na dystans. Ostatnie fragmenty walki były szarpane i pełne klinczów. Ku zdziwieniu komentatorów, sędzia główny ukarał punktowo tylko Rygielską, mimo że to Chengyu częściej inicjowała klincz. „To skandal” – mówili komentatorzy Polsatu Sport.

    Emocje do samego końca

    Po ostatnim gongu obie zawodniczki uniosły ręce, przekonane o zwycięstwie. Sędziowie przyznali trzecią rundę Chince (4:1), co oznaczało, że o wyniku decyduje punktacja. Dwóch arbitrów wskazało na zwycięstwo Chengyu (29:27), natomiast trzech pozostałych przy remisie 28:28 uznało, że to Polka była lepsza w ringu. Ostatecznie Rygielska wygrała 3:2 i awansowała do finału mistrzostw świata!

    Historyczna szansa

    W niedzielę o godzinie 14:00 Aneta Rygielska stanie przed największym wyzwaniem w karierze – walką o tytuł mistrzyni świata. Jej przeciwniczką będzie Brazylijka Rebeka De Lima Santos.

  • Iga Świątek ogłosiła swoją decyzję całemu światu: „Po raz pierwszy”

    Iga Świątek ogłosiła swoją decyzję całemu światu: „Po raz pierwszy”

    Choć w tegorocznym kalendarzu nie ma już wielkoszlemowych zmagań, sezon tenisowy wciąż trwa. Przed najlepszymi zawodniczkami świata, w tym Igą Świątek, czekają jeszcze prestiżowe występy – jednym z najważniejszych będzie turniej WTA 1000 w Wuhan, kluczowy przystanek na drodze do finałów w Rijadzie. Udział Polki jest już pewny – potwierdziła to, występując w oficjalnym materiale promującym imprezę.


    Wielkie Szlemy rozdane, czas na Azję

    W 2025 roku cztery zawodniczki podzieliły między sobą najważniejsze trofea. Madison Keys zwyciężyła w Melbourne, Coco Gauff była najlepsza w Paryżu, Iga Świątek sięgnęła po tytuł na Wimbledonie, a Aryna Sabalenka triumfowała w Nowym Jorku. Dzięki temu cała czwórka ma już zapewniony udział w WTA Finals, niezależnie od miejsca w klasyfikacji „Race”, o ile nie spadnie poniżej 20. pozycji w rankingu.


    Pierwszy raz Świątek w Wuhan

    Choć walka o wielkoszlemowe tytuły dobiegła końca, emocji wcale nie zabraknie. W ubiegłym roku Świątek nie mogła wystąpić w Chinach – w Pekinie i Wuhan zabrakło jej z powodu zawieszenia po pozytywnym wyniku testu antydopingowego. Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Polka nie ma punktów do obrony, co sprawia, że każdy wygrany mecz będzie dla niej dodatkowym wzmocnieniem pozycji.

    Potwierdzenie startu w Wuhan ogłosiła sama tenisistka w nagraniu skierowanym do kibiców. – Cześć wszystkim! Tu Iga Świątek. Bardzo się cieszę, że w tym roku zagram w Wuhan. To mój pierwszy raz w tym miejscu, więc mam nadzieję, że spotkam się z wami i poczuję wasze wsparcie. Będzie świetna zabawa, przychodźcie nas dopingować! – powiedziała liderka światowego rankingu.


    Turniej z tradycją i dominacją Sabalenki

    Dla Świątek będzie to debiutancki występ w Wuhan. Turniej funkcjonował w latach 2014–2019, lecz później na cztery lata zniknął z kalendarza z powodu pandemii. Wrócił w 2024 roku, jednak wówczas Polka była zawieszona. W tym sezonie organizatorzy przygotowali mocną obsadę – oprócz Świątek w spocie promocyjnym pojawiły się m.in. Coco Gauff, Jasmine Paolini oraz Aryna Sabalenka, która ma wyjątkową historię z tym turniejem. Białorusinka zwyciężała tu trzykrotnie – w latach 2018, 2019 oraz 2024 – i ponownie będzie należeć do głównych faworytek.

    Rywalizacja w Wuhan rozpocznie się 6 października 2025 roku.

  • Fissette wyjawia, co się stało Świątek przed US Open. O tym nikt nie wiedział

    Fissette wyjawia, co się stało Świątek przed US Open. O tym nikt nie wiedział

    Iga Świątek szykuje się do azjatyckiego touru. Fissette: „Iga chce słyszeć krytykę, nawet jeśli nie zawsze jej się to podoba”

    Kilka dni temu Iga Świątek zakończyła występ na kortach Flushing Meadows. Polka dotarła do ćwierćfinału US Open, gdzie przegrała z Amandą Anisimową 4:6, 3:6. Teraz wiceliderka rankingu WTA przygotowuje się do startów w Azji, a jej trener Wim Fissette w rozmowie ze Sport.pl opowiedział o kulisach występu w Nowym Jorku, problemach zdrowotnych tenisistki, najtrudniejszych momentach sezonu i swojej współpracy z Polką.


    US Open – między ambicją a problemami zdrowotnymi

    Belg zwrócił uwagę, że tegoroczny amerykański cykl turniejów był dla jego podopiecznej szczególnie ważny. – Po Wimbledonie bardzo interesowało mnie, jak Iga poradzi sobie na północnoamerykańskich kortach twardych. Od pierwszego treningu w Montrealu widziałem jej ogromną determinację i radość z powrotu na kort. Cincinnati było dla nas dużym sukcesem, bo Iga nigdy wcześniej nie czuła się tam dobrze, a jednak odnalazła plan gry i pewność siebie – mówił.

    Największym problemem okazały się jednak kłopoty zdrowotne. Na stopie Świątek pojawił się bolesny pęcherz, przez co ograniczono treningi do minimum. – To była trudna sytuacja, ale zespół spisał się na medal. Lekarze, fizjoterapeuta, trener przygotowania fizycznego – wszyscy zrobili wszystko, aby Iga mogła wystąpić. Nie mogliśmy trenować między meczami, a ona tego potrzebuje, by poprawiać detale i łapać pewność siebie. Dlatego ćwierćfinał w tych warunkach był dużym sukcesem – podkreślił Fissette.


    Serwis i mikst – co poszło nie tak?

    W ćwierćfinale z Anisimową widoczny był problem ze stabilnością serwisu. – To prawda, w Nowym Jorku serwis nie funkcjonował tak dobrze, jak wcześniej. Głównym powodem był brak treningów. W stresujących warunkach technika potrafi się „rozsypać”, a jeśli nie ma się okazji, by to poprawić między meczami, to efekt widać od razu – tłumaczył trener.

    Dodatkowo pojawiły się pytania, czy udział w mikście na US Open nie obciążył zbytnio organizmu Polki. – Rozmawiałem o tym z Maciejem Ryszczukiem. Jego zdaniem mikst nie miał większego wpływu, raczej problem zaczął się od Cincinnati, gdzie panował ogromny upał. Czasem takie rzeczy się zdarzają i trzeba je zaakceptować. Wyciągnęliśmy jednak wnioski – być może częstsze zmiany obuwia, dodatkowe otejpowanie stóp – aby w przyszłości tego uniknąć – dodał.


    Azjatycki tour i plany treningowe

    Świątek już w najbliższych dniach rozpocznie występ w Seulu, ale decyzja o starcie była uzależniona od stanu zdrowia. – Postawiliśmy sprawę jasno: Iga zagra tylko, jeśli będzie w pełni sprawna. Po konsultacjach lekarskich dostałem od niej wiadomość, że wszystko jest w porządku i może wrócić na kort – zdradził Fissette.

    Na czym trener chce się skupić w końcówce sezonu? – Najważniejszy będzie serwis. To fundament gry Igi i musimy poświęcić mu dużo pracy. Poza tym Iga jest bardzo otwarta na rozwijanie repertuaru – od slajsów, przez dropszoty, po grę przy siatce. Jestem pewien, że w kolejnych latach będziemy to częściej oglądać w jej meczach – zapowiedział.


    Najlepsze mecze i „perfekcyjne wykonanie”

    W ocenie Belga, jednym z najlepszych występów Świątek w tym roku był półfinał z Jeleną Rybakiną w Cincinnati. – Grała znakomicie, serwis działał świetnie, return też. To było starcie na najwyższym poziomie – przyznał.

    Jednak absolutnym numerem jeden w jego oczach pozostaje finał Wimbledonu. – To był mecz kompletny. Iga zagrała perfekcyjnie w każdym elemencie. To występ, do którego można wracać jako do wzoru – podsumował.


    Relacja trener–zawodniczka

    Fissette zwrócił uwagę, że kluczem we współpracy z Igą jest wzajemne zaufanie i otwartość na krytykę. – Iga zawsze powtarza: „Powiedz mi, co mogę poprawić. Jeśli rad będzie za dużo, to ci powiem, ale chcę wiedzieć, co mogę zrobić lepiej”. To imponujące, bo nie każdy zawodnik ma taką postawę. Nawet jeśli nie zawsze jest zadowolona z tego, co słyszy, to chce słuchać i wyciągać wnioski – opowiadał Belg.

    Przyznał też, że największym zaskoczeniem w pracy z Polką jest jej niezmienna etyka pracy. – Codziennie daje z siebie maksimum, niezależnie czy to trening w Warszawie, WTA 500 w Stuttgarcie czy półfinał Wielkiego Szlema. Po tylu sukcesach większość zawodników miałaby problem z utrzymaniem takiej dyscypliny. Ona tego problemu nie ma – dodał.


    Najtrudniejszy moment sezonu i presja bycia trenerem numeru 2 na świecie

    Za najcięższy okres trener uznał turnieje w Madrycie i Rzymie. – To były trudne tygodnie, ale na szczęście krótki kryzys, z którego Iga szybko wyszła. Wielu tenisistów ma gorsze miesiące, a nawet lata. U nas trwało to tylko kilka tygodni – ocenił.

    Czy praca z wiceliderką światowego rankingu wiąże się z ogromną presją? – Oczywiście, że tak. Gdy jesteś trenerem Igi Świątek, celem jest numer jeden i wielkoszlemowe trofea. Oczekuje tego cały świat. Ale ja patrzę długofalowo – wiem, że przy takim podejściu, jakie ma Iga, wyniki przyjdą same. Dla mnie to również motywacja – podkreślił Fissette.


    Inspiracje i wzory trenerskie

    Belg przyznał, że w swojej karierze czerpał inspiracje od Nicka Bollettieriego. – Miałem okazję bywać w jego akademii. Potrafił w pięć minut zobaczyć problem i dać wskazówkę, która trafiała w punkt. To było niesamowite. Mam do niego ogromny szacunek i uważam, że był jednym z najwybitniejszych trenerów w historii touru – zakończył Fissette.


  • Szeremeta nagle padła na deski. Reakcja trenera mówi wszystko

    Szeremeta nagle padła na deski. Reakcja trenera mówi wszystko

    Dylak: W ogóle się nie zdenerwowałem. Medal Szeremety? Już nas nie dziwi

    – W ogóle się nie zdenerwowałem – mówi trener Tomasz Dylak, wspominając moment, gdy Julia Szeremeta w ćwierćfinale mistrzostw świata padła na deski po ciosie rywalki. Liderka polskiej kadry kobiet w boksie nie tylko wróciła do gry, ale też odwróciła losy walki i zapewniła sobie miejsce w półfinale, a tym samym – co najmniej brązowy medal. Razem z nią po krążki sięgnęły również Aneta Rygielska i Agata Kaczmarska. W piątek wszystkie trzy powalczą o coś więcej niż tylko trzecie miejsce.

    Rok temu cały polski boks świętował pierwszy od 32 lat medal olimpijski – wywalczony przez Julię Szeremetę w Paryżu. Teraz na mistrzostwach świata w Liverpoolu nasza żeńska kadra już ma trzy medale. Co istotne – dwa z nich w olimpijskich kategoriach wagowych.

    W środę Polki zanotowały imponującą serię: Szeremeta pokonała 3:2 trzykrotną medalistkę mistrzostw świata Karinę Ibragimową (waga 57 kg), Rygielska zwyciężyła jednogłośnie z Ayaką Taguchi (60 kg), a Kaczmarska sprawiła sensację, wygrywając 5:0 z mistrzynią świata Zhan Yilian (+80 kg). Podopieczne Tomasza Dylaka już zapisały się w historii – ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. W piątek powalczą o finał.

    – Do tej pory jedyną zawodniczką, która zdobywała dla Polski medale w wagach olimpijskich na mistrzostwach świata, była Karolina Michalczuk – przypomina trener Dylak w rozmowie ze Sport.pl. – Czekaliśmy na coś takiego aż 13 lat. Te medale to kolejny dowód na to, że polski boks kobiet dynamicznie się rozwija. I znów największe emocje przynosi Szeremeta.

    Z zimną krwią

    Ćwierćfinałowe starcie Szeremety rozpoczęło się dramatycznie – Polka przegrała pierwszą rundę i padła na deski. Ale potem pokazała klasę. Druga runda minimalnie na jej korzyść – 3:2. W trzeciej była już bezdyskusyjnie lepsza – wszyscy sędziowie punktowali ją wyżej.

    – Jestem bardzo zadowolony z całej kadry – mówi Dylak. – Dziewczyny pokazują znakomity boks, a postęp, jaki zrobiły, jest ogromny. Moim cichym marzeniem były trzy medale. I są!

    Niedosyt? Trochę tak

    Choć trzy medale cieszą, to jednak aż pięć Polek walczyło w ćwierćfinałach. Dwie – Kinga Krówka i Emilia Koterska – odpadły tuż przed podium.

    – Szczególnie boli porażka Koterskiej – przyznaje szkoleniowiec. – Przegrała 2:3 z doświadczoną olimpijką z Indii. Ale nie możemy mówić o kontrowersjach. Walka była równa, mogła pójść w obie strony. Tak samo było z Julią – werdykt mógł być inny, ale ona dzięki doświadczeniu i chłodnej głowie to wygrała.

    Kto najbliżej złota?

    – Pewnie pana zaskoczę, ale największe szanse na złoto daje Agacie Kaczmarskiej – ocenia Dylak. – Szeremeta i Rygielska mają przed sobą bardzo trudne półfinały. Ale w boksie wszystko może się zdarzyć.

    Czy Szeremeta nie jest faworytką w swojej wadze?

    – Bez Lin Yu-Ting rzeczywiście wygląda na liderkę. Od igrzysk przegrała tylko jedną z dziewięciu walk. Ale jej półfinałowa rywalka, Jaismine Lamboria z Indii, prezentuje życiową formę.

    Spokój mimo wszystko

    Zapytany, co czuł, gdy Szeremeta upadła na deski, Dylak odpowiada bez zawahania:

    – W ogóle się nie zdenerwowałem. Julia źle ustawiła nogi, to był bardziej efekt balansu niż siły ciosu. Sędzia też to od razu wychwycił. Zdarza się to często w starciach z mańkutami.

    Olimpijski medal a trzy krążki MŚ

    Czy dzień, w którym aż trzy jego podopieczne sięgnęły po medale mistrzostw świata, był porównywalny do sierpniowego sukcesu Szeremety w Paryżu?

    – Igrzyska to igrzyska – mówi trener bez wahania. – Medal po 32 latach był czymś wyjątkowym. Tamten dzień zostanie ze mną na zawsze. Ale nie ukrywam – po środowych ćwierćfinałach też czułem ogromną radość i satysfakcję. W boksie długo nie odnosiliśmy takich sukcesów na MŚ, więc każdy medal to historia.

    Gratulacje? Telefon na razie milczy

    Na pytanie, czy gratulacje złożył już znany fan boksu, prezydent Karol Nawrocki, Dylak z uśmiechem odpowiada:

    – Nie, ale wiele osób do nas pisze i gratuluje. Na razie trudno odpisywać, bo jesteśmy wciąż skupieni na pracy.

    W czwartek zawodniczki miały dzień wolny – regeneracja była niezbędna. Ale w piątek znów wyjdą na ring. Zacisną zęby i dadzą z siebie wszystko.

  • Gauff nagle wskazała na Świątek. “To było bardzo ważne”

    Gauff nagle wskazała na Świątek. “To było bardzo ważne”

    59 punktów – dokładnie tyle różni w rankingu WTA Igę Świątek i Coco Gauff. Obie tenisistki miały okazję zmierzyć się ze sobą już na początku 2025 roku, w finale drużynowego United Cup. Wtedy górą była Amerykanka, która zwyciężyła 6:4, 6:4. Po kilku miesiącach Gauff wróciła wspomnieniami do tamtego meczu. – Przed spotkaniem byłam potwornie zdenerwowana, bo nie chciałam zawieść drużyny – przyznała.

    Świątek w obecnym sezonie ma na koncie tylko jeden wygrany turniej, ale za to wyjątkowo prestiżowy – Wimbledon. W londyńskim finale rozgromiła Amandę Anisimovą 6:0, 6:0. Polka próbowała powtórzyć ten sukces podczas US Open, jednak w ćwierćfinale uległa tej samej rywalce 4:6, 3:6. – Tydzień odpoczynku po bardzo intensywnym okresie startowym pozwoli Idze w pełni przygotować się do azjatyckiej części sezonu – tłumaczył lekarz reprezentantki Polski, Mateusz Dawidziuk, odnosząc się do problemów z przeciążeniem prawej stopy.

    Gauff o meczu ze Świątek: „Byłam bardzo zdenerwowana”

    Amerykanka w rozmowie z Tennis Channel została poproszona o wskazanie najlepszych meczów, jakie rozegrała w tym sezonie. Wśród nich znalazło się właśnie starcie z Igą Świątek w United Cup. Triumf 6:4, 6:4 dał Stanom Zjednoczonym zwycięstwo w całych rozgrywkach, przypieczętowane później przez Taylora Fritza, który pokonał Huberta Hurkacza 6:4, 5:7, 7:6 (4). – To spotkanie miało dla mnie ogromne znaczenie. Czułam presję, bo grałam dla drużyny, a to była dodatkowa motywacja i stres. Uważam, że to był jeden z moich najlepszych meczów w tym roku – mówiła Gauff.

    Coco umieściła ten pojedynek na czwartym miejscu swojego prywatnego zestawienia. Wyżej znalazły się: ćwierćfinał Roland Garros z Madison Keys (6:7, 6:4, 6:1), błyskawiczny mecz z Sofią Kenin w Miami (6:0, 6:0 w 47 minut) oraz niezwykle zacięta batalia z Qinwen Zheng w półfinale turnieju WTA 1000 w Rzymie, gdzie Gauff wygrała 7:6 (3), 6:3, 7:6 (4) po ponad trzech i pół godzinach gry.

    Co ciekawe, Gauff w tym sezonie – podobnie jak Świątek – sięgnęła tylko po jeden tytuł. Jej największym triumfem był Roland Garros, w którego finale pokonała Arynę Sabalenkę 6:7 (5), 6:2, 6:4. Oprócz tego grała w finałach turniejów WTA 1000 w Madrycie i Rzymie.

    Ostatnio Amerykanka zakończyła udział w US Open na czwartej rundzie, przegrywając z Naomi Osaką 3:6, 2:6. Pomimo tego utrzymała trzecie miejsce w rankingu i obecnie traci zaledwie 59 punktów do Igi Świątek.