Category: Uncategorized

  • Pia Skrzyszowska pęka z dumy po tym, co zrobiła na MŚ. “Nie spodziewaliście się”

    Pia Skrzyszowska pęka z dumy po tym, co zrobiła na MŚ. “Nie spodziewaliście się”

    Pia Skrzyszowska przeżywa jeden z najpiękniejszych momentów w swojej karierze. W finale biegu na 100 metrów przez płotki podczas mistrzostw świata w Tokio prowadziła przez długi czas i ostatecznie ukończyła rywalizację na piątym miejscu. Dla 24-letniej Polki to historyczne osiągnięcie – po raz pierwszy w życiu znalazła się w finale globalnej imprezy. – Jestem piąta na świecie! Aż piąta! Myślę, że nikt się tego nie spodziewał – powiedziała z dumą przed kamerami TVP Sport. I trudno się z nią nie zgodzić.

    Długa droga do finału

    To była piąta próba Skrzyszowskiej, by przełamać barierę półfinału. W igrzyskach olimpijskich w Tokio w 2021 roku odpadła w półfinale. Tak samo było na MŚ w Eugene w 2022 roku, rok później w Budapeszcie i jeszcze na igrzyskach w Paryżu w 2024 roku. Teraz wreszcie się udało – Pia awansowała do finału i potwierdziła, że ciężka praca oraz konsekwencja przynoszą efekty.

    Piąte miejsce w Tokio jest symbolem jej sportowego rozwoju i najlepszym dowodem, że należy już do światowej czołówki.

    Droga przez półfinał

    Jeszcze godzinę przed finałem Pia błysnęła w półfinale. W swojej serii zajęła trzecie miejsce, tuż za rekordzistką świata Tobi Amusan oraz Nadine Visser – medalistką olimpijską i częstą sparingpartnerką Polki. Wynik 12,53 sekundy dawał jej awans jako jednej z dwóch najszybszych zawodniczek spoza pierwszej dwójki.

    Skrzyszowska długo czekała, patrząc na tablicę wyników, niepewna czy rezultat wystarczy. Gestem ważącej dłoni pokazywała, że sama analizuje sytuację. Dopiero po zakończeniu ostatniego półfinału mogła eksplodować z radości. Chwilę później jednak opanowała emocje – wiedziała, że musi oszczędzać siły na finał.

    Finał z charakterem

    W decydującym biegu Pia znakomicie wystartowała, najszybciej wyszła z bloków i walczyła o czołowe pozycje aż do samej mety. Ostatecznie finiszowała piąta, poprawiając czas z półfinału i uzyskując 12,49 sekundy. To rezultat bardzo zbliżony do jej rekordu życiowego (12,37 s), pokazujący, że stać ją na jeszcze więcej.

    Coraz mocniejsza na świecie

    Choć na medal w Tokio nie mogła realnie liczyć, sam awans do finału jest przełomem w jej karierze. Skrzyszowska ma już w dorobku brąz halowych MŚ 2024, złoto mistrzostw Europy z Monachium (2022) i dwa brązy z kolejnych czempionatów Starego Kontynentu (Rzym 2024, Apeldoorn 2025). Jednak na świecie do tej pory musiała ustępować takim zawodniczkom jak Visser, Ditaji Kambundji – świeżo upieczona mistrzyni globu – czy wicemistrzyni olimpijska Cyrena Samba-Mayela.

    Teraz jednak Pia dołączyła do tego grona. Jej piąte miejsce w Tokio ma ogromną wartość – to pierwszy tak duży finał w karierze, osiągnięty dzięki doskonałemu przygotowaniu i regularnym startom na najwyższym poziomie.

    Nowy początek

    Dla Skrzyszowskiej piąta lokata na mistrzostwach świata może być punktem zwrotnym. Polka udowodniła, że stać ją na walkę z najlepszymi i że drzwi do światowej elity stoją przed nią otworem. To może być początek jeszcze większych sukcesów.

  • Cały świat zobaczył, co Polacy zrobili z rywalami. Demolka w 80 minut

    Cały świat zobaczył, co Polacy zrobili z rywalami. Demolka w 80 minut

    Tak właśnie miało to wyglądać! Nikola Grbić w trakcie meczu momentami zakrywał twarz z frustracji, ale mimo tego Polacy pewnie rozbili swojego drugiego przeciwnika na mistrzostwach świata. Katarczycy popełniali mnóstwo błędów – także takich, które mogły stanowić realne zagrożenie dla naszych zawodników.

    Już przed spotkaniem było jasne, że zadanie nie należy do najtrudniejszych. Polacy to drużyna zdecydowanie lepsza od swojego poniedziałkowego rywala, dlatego oczekiwaliśmy od nich szybkiego i przekonującego zwycięstwa. I właśnie tak się stało – po zaledwie godzinie i 20 minutach biało-czerwoni pokonali Katar bez straty seta, meldując się w kolejnej fazie turnieju.

    Katar z problemami jeszcze przed startem MŚ

    Było to pierwsze w historii starcie Polaków z reprezentacją Kataru. Zespół z Bliskiego Wschodu od lat bazuje na polityce naturalizacji zawodników – sprowadza siatkarzy z różnych krajów i po okresie karencji daje im szansę gry w narodowych barwach. Jednak, jak pokazał mecz z Polską, nie przekłada się to na wysoką jakość sportową. Drużyna z 22. miejsca w światowym rankingu była wyraźnym outsiderem, a dodatkowo osłabiła ją strata rozgrywającego Milosa Stevanovicia, który z powodu problemów z paszportem nie mógł dołączyć do ekipy.

    Grbić rotuje składem

    Trener biało-czerwonych zdecydował się na zmiany względem meczu z Rumunią. Bartosza Kurka w ataku zastąpił Kewin Sasak, a Kamila Semeniuka wpuścił w miejsce Tomasza Fornala. Do tego na boisku pojawili się Marcin Komenda, Wilfredo Leon, Jakub Kochanowski, Norbert Huber i Jakub Popiwczak. Fornal mógł dostać chwilę odpoczynku także ze względu na lekkie przeziębienie, które od kilku dni krążyło po drużynie.

    Pierwszy set – błędy rywali i nerwy trenera

    Polacy rozpoczęli spotkanie spokojnie, starając się unikać prostych strat punktowych. Katarczycy próbowali grać odważnie, ale to oni popełniali zdecydowanie więcej błędów – w pierwszej partii oddali Polakom aż dziewięć punktów. Nasza drużyna nie grała perfekcyjnie (54 proc. pozytywnego przyjęcia, 44 proc. skuteczności w ataku), jednak to w zupełności wystarczyło, by kontrolować wynik. Chociaż rywale chwilowo wyszli na prowadzenie, końcówka należała już do biało-czerwonych, którzy wygrali 25:21.

    Drugi set – dominacja Polaków

    W drugiej odsłonie meczu przewaga Polaków była jeszcze bardziej widoczna. Katarczycy nie radzili sobie z mocnymi atakami, a momentami popełniali wręcz niebezpieczne błędy – jak w sytuacji, gdy jeden z ich graczy całkowicie przekroczył linię środkową i znalazł się pod nogami Polaków. Grbić widząc niedokładności w grze swojego zespołu momentami zasłaniał oczy, ale przy takim przebiegu spotkania nie miał powodów do niepokoju. Polacy zwyciężyli pewnie 25:14.

    Trzeci set – rezerwy też dają radę

    W trzeciej partii selekcjoner zdecydował się na szeroką rotację. Na boisku pojawili się Artur Szalpuk, Szymon Jakubiszak, Jakub Nowak oraz libero Maksymilian Granieczny. Pomimo zmian Polacy nie stracili jakości i szybko przejęli inicjatywę. Katarczycy na początku prowadzili kilkoma punktami, lecz później zupełnie nie nadążali za akcjami biało-czerwonych. Mecz zakończył się wynikiem 25:19 i całym triumfem Polski 3:0.

    Awans do 1/8 finału

    Dzięki zwycięstwu z Katarem Polacy zapewnili sobie awans do fazy pucharowej mistrzostw świata. W grupie B mają komplet sześciu punktów i bilans setów 6:0, co stawia ich w świetnej pozycji przed decydującym starciem o pierwsze miejsce z Holandią. Rumuni i Katarczycy nie mają już szans na wyjście z grupy.

    Ostatni mecz grupowy Polacy rozegrają w środę o 12:00 czasu polskiego przeciwko Holendrom. W sobotę, 20 września, w 1/8 finału czekać będą na nich Turcja lub Kanada.

  • Ponad 80 metrów w finale Anity Włodarczyk. Polka z rekordem świata masters

    Ponad 80 metrów w finale Anity Włodarczyk. Polka z rekordem świata masters

    Niektórzy eksperci podkreślali jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw świata w Tokio, że to właśnie Anita Włodarczyk może być największą – a nawet jedyną – polską nadzieją na medal. Argumentowali, że kto jak kto, ale ona potrafi przygotować formę na najważniejsze starty. Zwłaszcza na stadionie, na którym zdobyła swoje ostatnie olimpijskie złoto. Polka rzeczywiście przyjechała z takim celem, lecz tym razem rywalki okazały się poza zasięgiem. W szczególności Camryn Rogers, która pokazała fenomenalną dyspozycję i wynikiem 80,55 m zdobyła złoto. Włodarczyk zakończyła konkurs na szóstym miejscu, ale jej rezultat 74,64 m to nowy rekord świata w kategorii masters powyżej 40 lat.

    Podczas prezentacji zawodniczek na ekranach przypomniano jedynie jej cztery złote medale mistrzostw świata oraz rekord globu. Pominęto trzy olimpijskie triumfy, co tylko podkreśliło, jak wyjątkową postacią w tej wciąż młodej konkurencji jest Polka. Prawdopodobnie długo jeszcze nie znajdzie się tak utytułowana zawodniczka. Jednocześnie konkurs w Tokio jasno pokazał, że obecnie na wielkich imprezach nikt nie potrafi zagrozić Camryn Rogers.

    Kanadyjka dorzuciła do swojego dorobku – złota MŚ w Budapeszcie i olimpijskiego złota z Paryża – kolejny triumf, i to w wielkim stylu. Od pierwszej próby sygnalizowała, że będzie nie do zatrzymania. W otwierającym konkurs rzucie posłała młot na odległość 78,09 m, a w drugiej serii dołożyła fantastyczne 80,51 m, zostając dopiero czwartą zawodniczką w historii, która przekroczyła barierę 80 metrów.

    Zaraz po niej świetnie zaprezentowała się Finka Silja Kosonen (74,66 m), a nieco później do walki przystąpiła Włodarczyk. Polka rozpoczęła od solidnego rzutu na 72,32 m, co jednak od razu pokazało, że o medal będzie niezwykle ciężko. Kolejne próby poprawiły jej wynik tylko nieznacznie – 73,44 m w drugiej serii i 72,81 m w trzeciej. Dopiero w piątej kolejce Anita osiągnęła 74,64 m, co dało jej szóstą lokatę. Do piątego miejsca zabrakło jej zaledwie 46 centymetrów, do podium – trzech metrów.

    Za plecami Rogers uplasowały się dwie reprezentantki Chin: doświadczona Jie Zhao (77,60 m) i ledwie 18-letnia Jiale Zhang (77,10 m), uważana za jeden z największych talentów w historii tej konkurencji. Czołową ósemkę uzupełniły m.in. Kosonen, Amerykanka DeAnna Price i Włoszka Sara Fantini.

    Ostateczne wyniki finału rzutu młotem kobiet na MŚ w Tokio:

    1. Camryn Rogers (Kanada) – 80,51 m
    2. Jie Zhao (Chiny) – 77,60 m
    3. Jiale Zhang (Chiny) – 77,10 m
    4. Silja Kosonen (Finlandia) – 75,28 m
    5. DeAnna Price (USA) – 75,10 m
    6. Anita Włodarczyk (Polska) – 74,64 m
    7. Sara Fantini (Włochy) – 73,06 m
    8. Katrine Koch Jacobsen (Dania) – 71,59 m
    9. Aileen Kuhn (Niemcy) – 71,57 m
    10. Janee’ Kassanavoid (USA) – 70,35 m
    11. Nicola Tuthill (Irlandia) – 69,49 m
      Krista Tervo (Finlandia) – bez mierzonej próby
  • Świątek ujawnia, co działo się na US Open. “Nigdy nie miałam takich problemów”

    Świątek ujawnia, co działo się na US Open. “Nigdy nie miałam takich problemów”

    Iga Świątek udzieliła szczerego wywiadu dla programu „Dzień Dobry TVN”, w którym podsumowała swój występ w tegorocznym US Open, a także opowiedziała o problemach zdrowotnych i planach na najbliższe tygodnie. Polka, obecnie druga rakieta świata, zdradziła, że turniej w Nowym Jorku był dla niej wyjątkowo trudny i pełen zakulisowych komplikacji.

    Świątek o US Open: „Był to dla mnie chaotyczny turniej”

    Choć dotarła do ćwierćfinału, gdzie przegrała z Amandą Anisimovą, Świątek przyznała, że czuje pewien niedosyt. – Każdy sportowiec z czołówki ma poczucie, że jeśli nie wygra turnieju, to czegoś brakuje. Ten występ był dla mnie bardzo chaotyczny, szczególnie w tym, co działo się poza kortem – powiedziała.

    W trakcie rozmowy tenisistka ujawniła, że zmagała się z urazem stopy, który okazał się przeciążeniem. – To nic poważnego, ale wcześniej nigdy nie miałam takich problemów. Wyciągnęliśmy wnioski i teraz zadbamy o to, by nie powróciły. Podczas turnieju musiałam jednak grać z blokadami przeciwbólowymi – wyjaśniła.

    Nowe przedsięwzięcie – program stypendialny

    Jednym z wątków rozmowy była działalność pozasportowa liderki polskiego tenisa. Świątek ogłosiła start programu stypendialnego, realizowanego w ramach jej fundacji. – Pomysł powstał kilka lat temu, ale dopiero teraz mogę go zrealizować. Mam nadzieję, że spotka się z dobrym odbiorem – mówiła.

    Intensywny kalendarz startów w Azji

    Polka już przygotowuje się do kolejnej części sezonu, w której czekają ją wymagające turnieje w Azji. – Przed nami starty w WTA 1000 w Pekinie i Wuhan. To obowiązkowe imprezy, w których zagrają wszystkie najlepsze zawodniczki. Może się tam wiele wydarzyć w rankingach. Jestem podekscytowana – podkreśliła.

    Zapytana, czy w trakcie turniejów znajduje czas na chwilę wytchnienia, odpowiedziała, że takie momenty są potrzebne. – Monotonia życia tenisistki potrafi być przytłaczająca, dlatego dobrze jest zaplanować czas, by wyrwać się z codziennej rutyny – dodała.

    Najbliższy start – Seul

    Już w tym tygodniu Świątek wystąpi w turnieju WTA 500 w Seulu. Jest tam najwyżej rozstawioną zawodniczką i rozpocznie rywalizację od drugiej rundy, gdzie zmierzy się ze zwyciężczynią meczu Sorana Cirstea – Lin Zhu.

  • Fajdek był faworytem do finału. Dwa rzuty i było po wszystkim

    Fajdek był faworytem do finału. Dwa rzuty i było po wszystkim

    Paweł Fajdek w znakomitym stylu zameldował się w finale rzutu młotem podczas mistrzostw świata w Tokio. Polski zawodnik potrzebował zaledwie dwóch prób, aby zapewnić sobie awans, i był jedynym reprezentantem naszego kraju, który przeszedł eliminacje w poniedziałkowej sesji porannej.

    Mocny sygnał od Fajdka

    Do Japonii przyjechał w dobrej dyspozycji i z realnymi aspiracjami medalowymi. Na mistrzostwach Polski uzyskał najlepszy w tym sezonie rezultat w kraju – 79,07 m – i już wtedy udowodnił, że stać go na wielkie rzuty. Eliminacje w Tokio tylko potwierdziły te przypuszczenia.

    Pewny awans

    Fajdek rywalizował w grupie B, bardzo silnie obsadzonej. Już w pierwszej kolejce czterech zawodników przekroczyło minimum kwalifikacyjne (76,50 m). Byli to: Niemiec Merlin Hummel, Amerykanin Rudy Winkler, aktualny mistrz świata Ethan Katzberg z Kanady oraz Norweg Thomas Mardal. Szczególnie imponował Katzberg, który osiągnął 81,85 m – najlepszy wynik całych eliminacji.

    Polak zaczął spokojnie – w pierwszej próbie uzyskał 75,74 m. To pozwoliło mu „poczuć” koło i warunki na stadionie. Już w drugim podejściu pokazał pełnię możliwości, posyłając młot na 78,78 m. Ten rezultat dał mu pewny awans i ostatecznie był drugim najlepszym wynikiem eliminacji, ustępując jedynie Katzbergowi.

    – Drugi rzut był bardzo poprawny technicznie, na jakieś 90 procent. W finale chcę przekroczyć 80 metrów i powalczyć o medal – powiedział Fajdek w rozmowie z TVP Sport.

    Skład finału

    Z grupy B oprócz Fajdka awansowało jeszcze dwóch Węgrów – Armin Szabados (druga kolejka) oraz Daniel Raba, który wszedł z tzw. „małym q”, dzięki jednemu z trzech najlepszych rezultatów poza minimum.

    Z kolei w grupie A kwalifikacyjne 76,50 m przekroczyli Bence Halász, Elvind Henriksen i Mychajło Kochan. Do finału z „małym q” dołączyli też Trey Knight i Denzel Comenentia.

  • Rywalka Świątek nie wytrzymała. “Wystarczy”

    Rywalka Świątek nie wytrzymała. “Wystarczy”

    W ostatnich tygodniach coraz głośniej mówi się o narastającym napięciu pomiędzy tenisistkami a mediami. Podczas wielkoszlemowego US Open Iga Świątek dwukrotnie zareagowała w ostrzejszy sposób na pytania zadane jej w trakcie konferencji prasowych. Teraz do sprawy postanowiła odnieść się Belinda Bencic. – Staram się być otwarta i dawać coś od siebie, a nie tylko odpowiadać „tak” lub „nie”. Ale… – zaczęła.

    Świątek w Nowym Jorku mierzyła się z pytaniami, które wzbudziły jej zdziwienie i irytację. Najpierw usłyszała o… koralikach we włosach. – Co to za pytanie, przepraszam? Czy myślałam o tym, żeby wplatać sobie koraliki? Nie. O co chodzi? – ripostowała. Niedługo później została zapytana, czy nie potrzebuje „mentalnej przerwy” ze względu na intensywność startów. Druga rakieta świata odwróciła sytuację, zwracając uwagę, że dziennikarz sam wygląda na kogoś, kto potrzebowałby takiego odpoczynku.

    Do tematu pytań wykraczających poza tenis odniosła się teraz Belinda Bencic. Szwajcarka, która w 2024 roku wróciła do rywalizacji po przerwie związanej z narodzinami dziecka, podkreśliła, że niektóre kwestie poruszane przez dziennikarzy są dla niej zbyt osobiste. – Chciałabym, żeby akcent kładziono na moją grę i wyniki na korcie, a nie na życie prywatne. Staram się być szczera i mówić więcej niż tylko „tak” czy „nie”. Ale gdy w programie na żywo, choćby w BBC, pada pytanie: „Jesteś już w półfinale, ale czy nadal zmieniasz pieluchy?”, to naprawdę wolę porozmawiać o ćwierćfinale, który właśnie wygrałam – powiedziała w rozmowie z Athlon Sports, cytowana przez tennisworldusa.org.

    – Kocham bycie mamą, ale do pewnego momentu mam tego dosyć. Nie odpowiadam na każde pytanie, bo część z nich jest zbyt prywatna. Jasne, macierzyństwo jest częścią mojej tożsamości, ale chcę być też postrzegana jako dobra zawodniczka i tenisistka – podsumowała.k3

  • Lawina komentarzy po wyczynie Lewandowskiego. “37 lat. Król”

    Lawina komentarzy po wyczynie Lewandowskiego. “37 lat. Król”

    Robert Lewandowski spędził na murawie zaledwie 22 minuty w meczu przeciwko Valencii, ale to wystarczyło, by po raz kolejny zapisał się w historii. Polak rozpoczął spotkanie na ławce rezerwowych, jednak po wejściu na boisko zdobył dwa gole, czyniąc swój jubileuszowy występ wyjątkowym. „Ciężko to opisać słowami” – komentowano w mediach społecznościowych.

    FC Barcelona rozegrała spokojny i jednostronny mecz w 4. kolejce La Liga. Katalończycy, przy dopingu własnych kibiców, rozgromili Valencię 6:0 i dopisali trzy punkty do ligowej tabeli. Lewandowski pojawił się na boisku w 68. minucie i dwukrotnie trafił do siatki. Dzięki temu „Blaugrana” plasuje się na drugim miejscu w lidze, mając dwa punkty straty do prowadzącego Realu Madryt.

    Fala komentarzy po występie Lewandowskiego

    To już trzeci kolejny ligowy mecz, w którym Lewandowski zaczyna na ławce rezerwowych i wchodzi dopiero po przerwie. – „Lewandowski ponownie na ławce. Pewnie wyjdzie w podstawowym składzie w Lidze Mistrzów przeciwko Newcastle, ale i tak to niepokojące. Jest po kontuzji, a z Holandią i Finlandią zagrał bardzo dobrze” – pisał przed pierwszym gwizdkiem Marcin Malawko z portalu Watch Ekstraklasa.

    Kiedy Polak zdobył pierwszego gola, Marcin Gazda z Eleven Sports skomentował: – „Er eL neun polnische Tormaschine. Ładnie to zrobił”.
    Z kolei Rafał Wolski nie krył uznania: – „Brawo, Lewy. Piękny gol – od pierwszego ruchu do końca”.

    Na jubileuszowy dorobek Polaka zwrócił uwagę Jakub Kłyszejko z TVP Sport: – „150 meczów, 103 gole, 37 lat. Kosmiczny bilans Lewandowskiego, trudno to ubrać w słowa”.

    Podobnie podsumował Tomasz Włodarczyk z Meczyki.pl: – „150. mecz Lewandowskiego w barwach Barcelony, 103 gole. Do TOP 10 strzelców klubu brakuje mu 17 trafień. 37 lat. Król”.

    Co dalej?

    Barcelona już w czwartek, 18 września o godz. 21:00, zmierzy się na wyjeździe z Newcastle United w pierwszej kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów. Natomiast w niedzielę, 21 września o tej samej porze, drużyna Hansiego Flicka podejmie u siebie Getafe w La Liga. Oba spotkania będzie można śledzić w relacjach tekstowych na Sport.pl oraz w aplikacji Sport.pl LIVE.

  • Oto co komentator powiedział o rodzicach Szeremety. “Totalne dno”

    Oto co komentator powiedział o rodzicach Szeremety. “Totalne dno”

    Podczas tegorocznych mistrzostw świata w boksie kibice mogli oglądać walki Julii Szeremety na sportowych antenach Polsatu. Jedno z jej starć trafiło także na kanał YouTube Polsatu Sport, gdzie widzowie szybko wychwycili niefortunną wpadkę jednego z komentatorów. Reakcja fanów była natychmiastowa i wyjątkowo krytyczna.

    Kontrowersje wokół występu Szeremety

    Start Polki w Liverpoolu zakończył się ogromnymi emocjami i dyskusjami. W finale wagi lekkiej zmierzyła się z Jaismine Lamborią. Pomimo przewagi zasięgu rywalki, Szeremeta imponowała pracą nóg, kontrolą dystansu i odwagą w atakach. Ostatecznie przegrała jednak niejednogłośną decyzją sędziów, co spotkało się z gwizdami i oburzeniem publiczności.

    Na drodze do finału pięściarka z Polski najpierw wyeliminowała Yan Cai z Chin, następnie w ćwierćfinale pokonała Karinę Ibragimową, a w półfinale rozprawiła się z Arboledą Mendozą. Później okazało się, że od ćwierćfinału walczyła z urazem, co jeszcze bardziej podkreśla jej determinację.

    Gafa komentatora Polsatu

    Największe emocje w sieci wywołała jednak nie sama walka, a komentarz podczas pojedynku z Kariną Ibragimową. Tuż przed pierwszym gongiem ekspert Polsatu Sport, Andrzej Kostyra, wprowadzając widzów w sylwetkę zawodniczki, pomylił się w danych osobowych jej rodziców:

    – Rodzice Wiesław i Andrzej prowadzą gospodarstwo rolne i stadninę koni. Mama pracuje i prowadzi sklep. Dwa, czy trzy miesiące temu odwiedziłem jej rodziców, bo piszę biografię Szeremety – mówił komentator.

    Problem w tym, że rodzice pięściarki to Andrzej i Wiesława, a nie “Wiesław”. Widzowie nie pozostawili na komentatorze suchej nitki.

    Lawina krytyki od fanów

    Pod nagraniem na YouTube pojawiły się dziesiątki komentarzy uderzających w poziom transmisji:
    „Totalne dno”,
    „Co pan wygaduje?”,
    „Już lepiej oglądać bez dźwięku”,
    „Komentatorzy zniechęcają do oglądania”,
    „Wiesiek i Andrzej – niezła wpadka”.

    Reakcja samej zawodniczki

    Po przegranym finale Julia Szeremeta udzieliła krótkiego wywiadu dla Polsatu Sport. Była wyraźnie rozgoryczona i rozczarowana wynikiem:
    „Trudno mi teraz cokolwiek powiedzieć. Niestety walka przegrana. Była bardzo równa, myślałam, że to ja zwyciężę. Niestety” – powiedziała.
    Na pytanie o to, co sędziowie dostrzegli w Hindusce, odpowiedziała krótko:
    „Nie wiem. Na razie nie chcę rozmawiać”.

  • 6:0 dla Barcelony! Wielki dzień Lewandowskiego

    6:0 dla Barcelony! Wielki dzień Lewandowskiego

    Barcelona zdemolowała Valencię. Lewandowski bohater jubileuszowego meczu

    FC Barcelona zagrała prawdziwy koncert futbolu i w efektownym stylu rozbiła Valencię aż 6:0. „Blaugrana” od pierwszego gwizdka narzuciła wysokie tempo i dominowała do samego końca. Pięć z sześciu goli padło po przerwie, a bohaterem wieczoru został Robert Lewandowski, który w swoim 150. występie w barwach Barcelony zdobył dwa gole.

    Mecz w nietypowej scenerii i brak Yamala

    Było to pierwsze w tym sezonie spotkanie domowe Barcelony, rozegrane w kameralnym Estadi Johan Cruyff. Kibice spodziewali się trudnej przeprawy, zwłaszcza że w kadrze zabrakło kontuzjowanego Lamine’a Yamala. Obawy okazały się jednak bezpodstawne – pozostali gracze Barcelony pokazali pełnię możliwości.

    Pełna kontrola w pierwszej połowie

    Od pierwszych minut gospodarze narzucili swój rytm. Bardzo aktywni byli skrzydłowi – Marcus Rashford i debiutujący Roony Bardghji. W środku pola świetnie prezentował się Fermín López, który kreował akcje i szukał gry kombinacyjnej z Ferranem Torresem.

    Najlepszą okazję na gola przed przerwą miał właśnie Torres, ale jego techniczny lob poszybował na siatkę. Gol padł dopiero w 29. minucie – po świetnej akcji Cubarsiego i przedłużeniu podania przez Torresa, Fermín znalazł się sam na sam i spokojnie pokonał bramkarza Valencii. Do przerwy gospodarze mieli pełną kontrolę, a rywale wyglądali na bezradnych i pasywnych w defensywie.

    Festiwal goli po przerwie

    Druga część meczu to prawdziwa dominacja Barcelony. Już w 53. minucie Raphinha wykorzystał ostre zagranie Rashforda i z wślizgu wpakował piłkę do siatki. Trzy minuty później Fermín popisał się pięknym uderzeniem z dystansu i podwyższył na 3:0.

    W 66. minucie Raphinha zdobył swoją drugą bramkę, korzystając z błędu defensywy gości. Valencia była kompletnie rozbita.

    Wejście Lewandowskiego i wielki jubileusz

    Wtedy na boisko wszedł Robert Lewandowski, rozgrywający swój 150. mecz dla Barcelony. Polak potrzebował zaledwie kilku minut, by wpisać się na listę strzelców – w 76. minucie po podaniu Daniego Olmo efektownie uderzył w samo okienko, a piłka jeszcze odbiła się od poprzeczki.

    Na tym jednak nie koniec – w końcówce Lewandowski dołożył drugiego gola. Po podaniu powracającego po długiej przerwie Marka Bernala, kapitan reprezentacji Polski technicznym lobem pokonał bramkarza. Sędziowie początkowo dopatrzyli się spalonego, ale interwencja VAR-u potwierdziła prawidłowość trafienia.

    Pokaz siły przed Ligą Mistrzów

    Barcelona zakończyła mecz wynikiem 6:0 – to jej najlepszy występ w pierwszej części sezonu. „Blaugrana” nie dała rywalowi najmniejszych szans i udowodniła, że jest w wysokiej formie przed startem Ligi Mistrzów i starciem z Newcastle United. Valencia natomiast nie zaprezentowała niczego, co mogłoby zagrozić gospodarzom – jej nieliczne akcje były bez problemu neutralizowane przez Joana Garcię.

    https://x.com/CANALPLUS_SPORT/status/1967332658394059158?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1967332658394059158%7Ctwgr%5E9992250ebd42ddabc5db66fe625d9021c4a0f0e2%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F764946322513106-0-dla-barcelony-wielki-dzien-lewandowskiego.html

  • Nagły zwrot ws. Sabalenki. Sensacyjny list od Trumpa

    Nagły zwrot ws. Sabalenki. Sensacyjny list od Trumpa

    Aryna Sabalenka jest dziś postrzegana zupełnie inaczej niż jeszcze niedawno. Błyszczy na korcie, ale także poza nim – przyciąga sponsorów, zarabia tyle co Iga Świątek, a nawet Donald Trump wykorzystuje jej sukces w politycznych przekazach. Białorusinka nie musi już odpowiadać na niewygodne pytania, choć sama ostatnio poruszyła temat, który wcześniej był dla niej ciężarem. Jej wizerunek przeszedł wyraźną przemianę.

    Kilka dni temu Sabalenka sięgnęła po zwycięstwo w US Open, pokonując w finale Amandę Anisimową 6:3, 7:6. To jej czwarty wielkoszlemowy tytuł w karierze, a zarazem pierwszy w tym sezonie. Liderką rankingu WTA pozostaje nieprzerwanie od października 2024 roku, gdy wyprzedziła Igę Świątek. Obecnie ma nad Polką ponad trzy tysiące punktów przewagi.

    Po triumfie Sabalenka ruszyła w medialne tournée po Stanach Zjednoczonych. Wraz z Carlosem Alcarazem wystąpiła w porannym programie NBC, a później oboje byli gośćmi wieczornego show Jimmy’ego Fallona. Największe emocje wywołała jednak jej konferencja prasowa po finale US Open – tenisistka pojawiła się z butelką szampana i żartowała z dziennikarzami. Nagranie szybko stało się viralem, zdobywając ponad milion wyświetleń.

    Z dala od ojczyzny

    Na spotkaniach z mediami Sabalenka nie jest już pytana o wojnę w Ukrainie czy swoje relacje z Aleksandrem Łukaszenką. Od dawna nie wraca do Mińska – mieszka w USA, gdzie trenuje i spędza czas poza turniejami. Wciąż występuje jako zawodniczka neutralna – przy jej nazwisku nie pojawia się białoruska flaga, tak samo jak przy innych tenisistach z Białorusi i Rosji od czasu agresji Rosji na Ukrainę w 2022 roku.

    Choć większość świata tenisa zaakceptowała ten stan rzeczy, nie brakuje przeciwnych głosów. Tomasz Wolfke z Eurosportu w rozmowie z Onet Sport powiedział: „Uważam, że dopóki trwa wojna, ani Rosjanie, ani Białorusini nie powinni grać w turniejach. W innych dyscyplinach ich nie ma, a w tenisie są”. Z kolei były amerykański tenisista John Isner ironizował w sieci, że odbieranie flag jest absurdem, bo „mówimy o tenisie, a nie NATO”.

    Trump i propaganda

    Rosyjskie media podały, że Donald Trump wysłał list do Łukaszenki, gratulując sukcesu Sabalenki i określając ją jako symbol Białorusi. Kuriozalne jest to, że sama zainteresowana od dawna unika ojczyzny, w mediach społecznościowych nie używa już języka białoruskiego i buduje wizerunek kosmopolitycznej gwiazdy.

    Pierwsza wypowiedź o wojnie

    Co ciekawe, Sabalenka sama w ostatnich dniach poruszyła temat konfliktów zbrojnych. W podcaście Jaya Shetty’ego, zapytana, jakie prawo chciałaby wprowadzić dla całego świata, odpowiedziała: „Chciałabym, żeby wszystko można było rozwiązywać rozmową. Bez wojen i konfliktów. Dopóki nie dojdziecie do porozumienia – nie wychodźcie z pokoju. To uratowałoby wiele istnień”.

    Choć nie padła bezpośrednia wzmianka o Ukrainie, białoruskie media niezależne uznały to za jej pierwszą publiczną refleksję o wojnie. Do tej pory unikała odpowiedzi, poza jednym zdaniem w 2023 roku, że „żaden z białoruskich sportowców nie popiera wojny”.

    Reklamy i kontrakty

    Zmiana wizerunku sprzyja sukcesom marketingowym. Jeszcze niedawno panowało przekonanie, że zawodniczka ze Wschodu ma ograniczone możliwości zarobków reklamowych. Tymczasem według Forbesa w ubiegłym roku Sabalenka zarobiła poza kortem 7 mln dolarów, a w tym już 15 mln – tyle samo co Świątek.

    Obie tenisistki reprezentuje agencja IMG, ale ich strategie różnią się wyraźnie. Sabalenka reklamuje Nike, zegarki Audemars Piguet czy tequilę Maestro Dobel, regularnie pojawia się na okładkach magazynów i pokazach mody. Świątek wybiera bardziej stonowaną ścieżkę – współpracuje z Lancome, Rolexem czy Oshee. Tymczasem Białorusinka stworzyła nawet własną markę drinków Marg-Aryna we współpracy z Dobel Tequila.

    Show z Kyrgiosem

    Sabalenka wykorzystuje moment popularności. Na początek 2026 roku zaplanowany jest jej pokazowy mecz z Nickiem Kyrgiosem w Hongkongu. Ma on nawiązywać do słynnej „Bitwy płci” z 1973 roku, gdy Billie Jean King pokonała Bobby’ego Riggsa, co stało się symbolem walki o prawa tenisistek. Tym razem celem wydarzenia ma być jednak przede wszystkim efekt marketingowy i komercyjny.

    https://x.com/TheTennisLetter/status/1964481269800251505?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1964481269800251505%7Ctwgr%5Efb275f2eda55c45884e3433f20843882f66a0190%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732249057nagly-zwrot-ws-sabalenki-sensacyjny-list-od-trumpa.html