Category: Uncategorized

  • Mecz Barcelony za kilka godzin, a Lewandowski nagle skreślony. Potwierdziło się najgorsze

    Mecz Barcelony za kilka godzin, a Lewandowski nagle skreślony. Potwierdziło się najgorsze

    W niedzielny wieczór FC Barcelona rozegra kolejne spotkanie w ramach ligi hiszpańskiej. Zespół prowadzony przez Hansiego Flicka musi gonić perfekcyjnie spisujący się dotąd Real Madryt. Dla Blaugrany będzie to pierwszy mecz w tym sezonie rozegrany przed własną publicznością. Część hiszpańskich mediów donosi, że Robert Lewandowski ma szansę wybiec w podstawowym składzie. Jednocześnie coraz więcej wskazuje na to, że obecny sezon będzie dla Polaka ostatnim w barwach Barcelony.

    Dwa tygodnie temu mistrzowie Hiszpanii tylko dzięki znakomitej postawie Joana Garcii uniknęli porażki w starciu z Rayo Vallecano. Nowy bramkarz Barçy kilkukrotnie ratował drużynę, popisując się efektownymi interwencjami. Sam remis został jednak przyjęty jako spore rozczarowanie, a Hansi Flick nie ukrywał, że jego zawodnicy zagrali słabe zawody. Okazja do poprawy nastrojów nadejdzie w niedzielę, gdy przeciwnikiem Barcelony będzie Valencia.

    Pierwotnie spotkanie miało odbyć się na Camp Nou, ale z uwagi na opóźnienia w pracach budowlanych powrót na legendarny stadion ponownie się przesunął. Media w Hiszpanii spekulują, że właśnie w tym meczu Lewandowski po raz pierwszy w bieżących rozgrywkach może znaleźć się w wyjściowej jedenastce. Polak dopiero niedawno wrócił do pełni sił po urazie, którego nabawił się jeszcze przed startem sezonu.

    Coraz więcej doniesień dotyczy jednak jego przyszłości. W ubiegłym tygodniu w hiszpańskiej prasie pojawiły się informacje, że będzie to dla Lewandowskiego ostatni rok w Barcelonie. Klub nie planuje przedłużenia jego kontraktu, który wygasa w czerwcu 2026 roku. Tuż przed starciem z Valencią dziennikarz „Sportu” Ivan San Antonio w rozmowie z portalem WP SportoweFakty potwierdził te rewelacje.

    – To jego ostatni sezon w Barcelonie – stwierdził Hiszpan. – Zobaczymy, jak potoczą się najbliższe miesiące, ale szanse na to, że Robert zostanie dłużej, są bardzo małe – dodał, podkreślając, że w planach klubu nie ma już miejsca dla Polaka. Jedynym wyjątkiem byłby znakomity sezon w wykonaniu kapitana reprezentacji Polski.

    San Antonio zaznaczył jednak, że mimo to Lewandowski wciąż pozostaje pierwszym wyborem w ataku Blaugrany. – Nie wierzę, aby Ferran Torres na stałe wygryzł Roberta ze składu. To wciąż niekwestionowany numer jeden. Ferran musiałby grać na naprawdę najwyższym poziomie, a Robert bardzo słabo, by do takiej zmiany mogło dojść – ocenił dziennikarz.

     

  • Sędzia z Indii decydował o złotym medalu w walce Rygielskiej. 3:2, końcowy werdykt

    Sędzia z Indii decydował o złotym medalu w walce Rygielskiej. 3:2, końcowy werdykt

    W sobotni wieczór polski boks przeżył prawdziwą huśtawkę emocji. Najpierw srebro Julii Szeremety po niezwykle kontrowersyjnym werdykcie sędziów, a zaraz potem złoto największej rewelacji naszej kadry – Agaty Kaczmarskiej. W niedzielę do ringu weszła trzecia z bohaterek zespołu trenera Dylaka – Aneta Rygielska. Zanim jeszcze stanęła do walki o tytuł, osiągnęła największy sukces w swojej długoletniej karierze. Ona jednak zawsze powtarzała, że interesuje ją tylko złoto. W finale zmierzyła się z Brazylijką Rebeccą Santos – pięściarką, którą zaledwie pięć miesięcy wcześniej pokonała na jej własnym terenie. W Liverpoolu jej historia miała jednak dramatyczny finał.

    Dwanaście lat oczekiwań
    Rygielska już w 2012 roku zdobyła młodzieżowe mistrzostwo świata w kategorii 60 kg. Miała wtedy zaledwie 18 lat i ogromne nadzieje na przyszłość. Później były m.in. medale mistrzostw Europy i igrzysk europejskich, lecz ona sama wciąż mówiła, że marzy o podium na imprezie światowej. Tymczasem na najważniejszych zawodach zawsze czegoś brakowało – a to szczęścia, a to przychylności sędziów. W pamięci wciąż miała przegrane ćwierćfinały, w tym ubiegłoroczny na igrzyskach w Paryżu, gdzie wielu ekspertów wskazywało ją jako lepszą w ringu.

    Przełom w Liverpoolu
    Tym razem Polka wreszcie rozwinęła skrzydła. Wygrała cztery walki, w tym twardą bitwę z Jajairą Gonzalez – dawną mistrzynią juniorską – oraz półfinał z byłą mistrzynią świata Chengyu Yang. Nawet absurdalne ostrzeżenie od sędziego z USA na kilkanaście sekund przed końcem pojedynku nie przeszkodziło jej w awansie do finału. Polscy kibice wierzyli, że do złota Kaczmarskiej i srebra Szeremety dołoży kolejne mistrzostwo.

    Walka o złoto z Santos
    Rywalką Rygielskiej w finale była młodsza o sześć lat Brazylijka Rebecca Santos. Ich wcześniejszy pojedynek w Foz do Iguaçu zakończył się wyraźną wygraną Polki, co dawało nadzieję i przewagę psychologiczną. Jednak w Liverpoolu Santos zaprezentowała się znakomicie – pewnie wygrała półfinał z Kazaszką Grafiejewą i do finału przystąpiła w świetnej formie.

    Pojedynek był wyrównany. Rygielska starała się korzystać z prostych, ale Santos umiejętnie odpowiadała. W drugiej rundzie Brazylijka przejęła inicjatywę i aż czterech sędziów wskazało ją jako zwyciężczynię tej odsłony. W decydującej rundzie Polka próbowała jeszcze odwrócić losy walki – pokazała kilka efektownych kombinacji i walczyła do końca. Ostatecznie trzech arbitrów przyznało ostatnią rundę Polce, ale kluczowy sędzia z Indii zapisał ją na konto Santos.

    Werdykt i niedosyt
    Rebecca Santos zwyciężyła stosunkiem 3:2 i sięgnęła po złoto. W przeciwieństwie do finału Szeremety dzień wcześniej, tym razem nie było mowy o większym skandalu – obie zawodniczki mogły wygrać. Szkoda jedynie, że Rygielska nie była odważniejsza i bardziej ofensywna. Mimo to jej występ w Liverpoolu pozostanie przełomowym momentem kariery i dowodem, że polski boks kobiet wchodzi na najwyższy światowy poziom.

  • O 4.36 nadeszło potwierdzenie ws. Anity Włodarczyk. Chodziło o jej drugi rzut z eliminacji

    O 4.36 nadeszło potwierdzenie ws. Anity Włodarczyk. Chodziło o jej drugi rzut z eliminacji

    Anita Włodarczyk z przytupem wróciła na Stadion Narodowy w Tokio i udowodniła, że wciąż potrafi przygotować najwyższą formę na najważniejsze imprezy sezonu. W eliminacjach mistrzostw świata już w drugiej serii posłała młot na odległość 73,69 m – zaledwie 31 cm mniej od minimum gwarantującego finał. Wynik ten dał jej też kolejny rekord świata w kategorii masters +40. Ostatecznie awans potwierdził się dopiero po starcie drugiej grupy, a Polka zakończyła kwalifikacje z szóstym rezultatem.

    Historia lubi się powtarzać. Cztery lata temu Włodarczyk również nie imponowała wynikami wiosną, a mimo to w Tokio podczas igrzysk była bezkonkurencyjna – w eliminacjach rzuciła 76,99 m, a w finale aż 78,48 m, sięgając po swoje trzecie olimpijskie złoto. Teraz ponownie wróciła na ten sam stadion, choć już nie w roli głównej faworytki. Niedawno skończyła 40 lat i wie, że nie będzie rzucać tak daleko jak dawniej. Mimo to żadna z rywalek nie pozwoli sobie jej lekceważyć. W końcu rok temu zdobyła srebro mistrzostw Europy, a w igrzyskach tylko kilka centymetrów dzieliło ją od podium. Także tym razem może włączyć się do walki o medal.

    Eliminacje w Tokio rozpoczęły się wcześnie – już o 9:00 czasu lokalnego (2:00 w Polsce). W pierwszej grupie startowały dwie Polki: Włodarczyk i Katarzyna Furmanek. Anita zaczęła od 71,41 m, co nie dawało jeszcze pewności, ale w drugiej próbie poprawiła się do 73,69 m i praktycznie zapewniła finał. Jednocześnie po raz drugi tego dnia pobiła własny rekord świata w kategorii powyżej 40 lat. W tej samej grupie rywalizowała inna weteranka – Yipsi Moreno, niegdyś mistrzyni globu, dziś reprezentująca Albanię. Jej 65,38 m wystarczyło jedynie na 17. miejsce.

    Zupełną sensacją było odpadnięcie liderki światowych list, Amerykanki Brooke Andersen, która najpierw posłała młot minimalnie poza promień, a następnie dwukrotnie trafiła w siatkę. Z kolei ponad 74 metry uzyskały tylko Finka Silja Kosonen (75,88 m) oraz DeAnna Price z USA (74,99 m). Furmanek kończyła kwalifikacje z najlepszym rzutem na 66,70 m.

    Druga grupa rozpoczęła start dopiero o 3:45 czasu polskiego i od razu padły mocne wyniki. Mistrzyni olimpijska Camryn Rogers otworzyła rywalizację wynikiem 77,52 m, a Chinka Jie Zhao osiągnęła 74,24 m. Aby Włodarczyk wypadła z finału, musiałoby ją pokonać aż dziesięć zawodniczek z tej serii – co od początku wydawało się nierealne. Po próbie dziesiątej młociarki stało się jasne: Polka wystąpi w finale. Ostatecznie wyprzedziła ją jeszcze Finka Krista Tervo (73,73 m), natomiast nie zdołała tego uczynić Amerykanka Rachel Richeson, trzecia w tegorocznych tabelach światowych z wynikiem 78,80 m.

    Do finału nie awansowała natomiast trzecia z Polek, Ewa Różańska. Jej pierwsza próba skończyła się w siatce, w drugiej uzyskała 66,28 m, a w trzeciej 68,34 m – ponad dwa metry mniej niż wynosił próg awansu (70,70 m).

    Włodarczyk jednak udowodniła, że mimo wieku nadal potrafi rywalizować na najwyższym poziomie. W niedzielnym finale znów stanie w kole, by powalczyć o medal na stadionie, który już raz dał jej olimpijską chwałę.

  • ‎O 4.36 nadeszło potwierdzenie ws. Anity Włodarczyk. Chodziło o jej drugi rzut z eliminacji

    ‎O 4.36 nadeszło potwierdzenie ws. Anity Włodarczyk. Chodziło o jej drugi rzut z eliminacji

    ‎O 4.36 nadeszło potwierdzenie ws. Anity Włodarczyk. Chodziło o jej drugi rzut z eliminacji

    ‎Anita Włodarczyk z przytupem wróciła na Stadion Narodowy w Tokio, w eliminacjach mistrzostw świata pokazała, że formę potrafi zbudować na docelowe zawody w sezonie. Jak rok temu w Paryżu. W drugiej kolejce uzyskała 73.69 m, o 31 cm mniej od gwarancji finału. A to jej kolejny rekord świata w kategorii… 40-latek. Na potwierdzenie awansu musiała czekać do startu drugiej grupy. I w końcu ono przyszło. W niedzielę uzyskała szósty wynik w stawce.

    ‎Cztery lata temu Anita Włodarczyk na początku sezonu rzucała po 72-73 metry, na miesiąc przed japońskimi igrzyskami nie została nawet mistrzynią Polski. A później idealną formę przygotowała właśnie na rywalizację w Tokio, w eliminacjach rzuciła tu 76.99 m, później 78.48 m. I niezagrożona sięgnęła po swoje trzecie olimpijskie złoto.

    ‎Teraz wróciła na ten sam stadion, choć już nie w roli faworytki. Bo tak daleko zapewne już nie będzie rzucać, miesiąc temu skończyła 40 lat. A i tak nie ma chyba w gronie młociarek zawodniczki, która by ją zlekceważyła. Rok temu Anita zdobyła wicemistrzostwo Europy, na igrzyskach zabrakło jej kilku centymetrów do medalu. I teraz też stać ją będzie na włączenie się do walki z najlepszymi.

    ‎Anita Włodarczyk z kolejnym rekordem świata w Tokio. Sensacja po jej rzucie, liderka światowych tabel poza finałem

    ‎W pierwszej grupie, która startowała już o dziewiątej lokalnego czasu (2 w nocy polskiego czasu), było 18 zawodniczek, a wśród nich dwie reprezentantki Polski. Dokładniej zaś – Anita Włodarczyk i Katarzyna Furmanek. Ta pierwsza dość szybko zapewniła sobie względny spokój, choć 71.41 m niczego jeszcze nie gwarantowało. Odległość zapewniającą finał ustawiono na 74 metry, ale zwykle osiąga ją kilka młociarek. Na pewno nie aż 12, a tyle kwalifikowało się do finału.

    ‎W drugiej serii Anita właściwie już zapewniła sobie ten awans – trafiła niemal w żółtą linię, oznaczającą te 74 metry. 73.69 m – tyle pokazało się na tablicy. Po raz drugi dzisiaj poprawiła swój własny rekord świata masters +40 lat, choć w gronie uczestniczek była jeszcze jedna zawodniczka w tym przedziale. To była mistrzyni świata, Kubanka Yipsi Moreno, dziś reprezentująca Albanię. Jej 65.38 m wystarczyło do 17. pozycji w tej grupie.

    ‎W ostatniej kolejce Włodarczyk miała 70.94 m – musiała więc czekać na wyniki drugiej grupy.

    ‎Czekać zaś nie musiała Brooke Andersen, była mistrzyni świata, liderka światowych tabel, jedna z trzech kobiet “+80 metrów” w historii.. W pierwszej kolejce posłała młot minimalnie poza promień, później przegrała z własnymi nerwami. Dwa razy trafiła w siatkę, dla niej to był koniec.

    ‎Ponad 84 metry rzuciły w tej grupie tylko: Finka Silja Kosonen (75.88 m) i Amerykanka DeAnna Price (74.99 m). Nasza Katarzyna Furmanek regularnie trafiała w punkt na 66. metrze, w najdalszej próbie – 66.70 m.

    ‎Druga grupa zaczęła rywalizację dopiero o godz. 3.45 naszego czasu, 105 minut później. I to zaczęła od bardzo mocnego uderzenia: mistrzyni olimpijska Camryn Rogers od razu posłała młot na 77.52 m, a Chinka Jie Zhao – na 74.24 m. Aby Anita wypadła z finału, musiałoby przerzucić ją aż 10 z 18 uczestniczek tej tu rywalizacji. Coś takiego nie wchodziło w grę.

    ‎Inne zawodniczki nie rzucały już tak daleko. Wreszcie po dziesiątej młociarce w trzeciej serii stało się jasne – Anita walczyć będzie o medal. O 4.36 nad ranem, gdy swoją próbę zakończyła Islandka Gudrun Hallgrimsdottir. Naszą zawodniczkę przerzuciła jeszcze Finka Krista Tervo, uratowała się w ostatnim momencie (73.73). A nie uratowała się trzecia na listach światowych (78.80 m w tym roku) Rachel Richeson z USA.

    ‎Tej szansy występu w finale nie dostanie zaś Ewa Różańska: pierwszą próbę miała nieudaną (siatka), w drugiej uzyskała 66.28 m, w trzeciej – 68.34 m. O ponad dwa metry za mało.

    ‎Dziś awans dawał wynik 70.70 m.

  • Szeremeta zeszła z ringu i wypaliła na gorąco. Widok taki, że serce się kraje

    Szeremeta zeszła z ringu i wypaliła na gorąco. Widok taki, że serce się kraje

    Julia Szeremeta nie kryła łez po przegranym finale mistrzostw świata w boksie olimpijskim. Polska zawodniczka w rozmowie z Polsatem Sport przyznała, że czuła ogromny niedosyt i wierzyła w swoje zwycięstwo, jednak o wszystkim przesądził kontrowersyjny werdykt sędziów.

    Szeremeta ze srebrem mistrzostw świata

    22-letnia pięściarka dotarła do finału w kategorii 57 kg podczas mistrzostw świata rozgrywanych w Liverpoolu. W decydującym starciu zmierzyła się z Hinduską Jaismine Lamborią. Polka wygrała pierwszą rundę, ale w dwóch kolejnych sędziowie przyznali przewagę rywalce. Ostatecznie to reprezentantka Indii sięgnęła po złoto, a Szeremecie przypadło srebro.

    Emocje i łzy po walce

    Bezpośrednio po pojedynku nasza reprezentantka stanęła przed kamerą ze łzami w oczach i ręcznikiem zasłaniającym twarz. – Trudno mi cokolwiek powiedzieć. Niestety walka przegrana. Była bardzo równa, myślałam, że to ja zwyciężę. Niestety – mówiła ze złamanym głosem.

    Najwięcej emocji wzbudziła druga runda, w której wszyscy sędziowie punktowali na korzyść Lamborii. – Co mogli dostrzec w niej, czego nie widzieli w tobie? – zapytał reporter. – Nie wiem. Na razie nie chcę rozmawiać – odpowiedziała wyraźnie załamana zawodniczka.

    Kolejne polskie szanse na złoto

    Na mistrzostwach świata w Liverpoolu wciąż walczą o złote medale dwie inne reprezentantki Polski: Agata Kaczmarska w kategorii powyżej 80 kg oraz Aneta Rygielska w wadze lekkiej (60 kg).

  • A jednak! Ogłaszają ws. Świątek. To wydawało się nieprawdopodobne

    A jednak! Ogłaszają ws. Świątek. To wydawało się nieprawdopodobne

    Iga Świątek już wkrótce rozpocznie rywalizację w turnieju w Seulu. Sezon powoli zbliża się do końca, dlatego coraz częściej pojawiają się pytania, czy liderka polskiego tenisa zdoła jeszcze odzyskać pierwsze miejsce w rankingu WTA. Temat szeroko opisali dziennikarze Tennis World Italia, Punto de Break oraz Tennisupdate.com, prezentując różne perspektywy i możliwe scenariusze.

    Po świetnych zwycięstwach na Wimbledonie i w Cincinnati, Świątek była wymieniana w gronie głównych faworytek do triumfu w US Open. Raszynianka rozpoczęła turniej znakomicie, lecz sensacyjnie odpadła w ćwierćfinale z Amandą Anisimową – zawodniczką, którą niedługo wcześniej w londyńskim finale pokonała bez straty gema. Mimo tej porażki widać wyraźnie, że forma Polki znów rośnie, a kryzys sprzed kilku miesięcy jest już za nią.

    Wyścig z Sabalenką – analiza scenariuszy

    Triumf Aryny Sabalenki w Nowym Jorku skomplikował drogę Świątek do odzyskania fotela liderki. Białorusinka ma obecnie 3292 punkty przewagi. Eksperci z Tennis World Italia zwracają jednak uwagę, że w końcówce sezonu pozostało jeszcze wiele okazji do zdobywania punktów. Kluczowe będą przede wszystkim dwa chińskie turnieje WTA 1000 w Wuhan i Pekinie, a także turniej WTA 500 w Seulu, w którym Polka jest faworytką.

    Zdaniem włoskiego portalu, aby wrócić na szczyt, Iga będzie musiała rozegrać niemal perfekcyjne tygodnie, a jednocześnie liczyć na potknięcia Sabalenki. „To emocjonujący wyścig, który może zakończyć się bardzo burzliwie” – napisano.

    Z kolei hiszpański serwis Punto de Break podkreśla, że „Świątek jest w dobrej pozycji, by zaatakować Sabalenkę”. Do końca sezonu zostały dwa miesiące, a Białorusinka ma do obrony aż 1615 punktów – m.in. w Wuhan i podczas WTA Finals. Polka z kolei musi zdobyć co najmniej 2077 punktów więcej od rywalki. Aby realnie myśleć o sukcesie, będzie musiała liczyć na szybkie odpadnięcie Sabalenki w turnieju finałowym. „Ekscytujące będzie obserwowanie, jak te dwie zawodniczki będą rywalizować tydzień po tygodniu. Świątek rozumie, że statystyki mogą działać na jej korzyść, ale zdaje sobie sprawę, że wiele nie zależy tylko od niej” – czytamy w analizie.

    Natomiast Tennisupdate.com wskazuje, że Sabalenka wciąż ma najłatwiejszą drogę do utrzymania pozycji numer jeden. Portal zauważa, że jedyną tenisistką zdolną ją powstrzymać jest właśnie Iga Świątek, ale szanse na taki scenariusz oceniane są jako niewielkie.

    Początek zmagań w Seulu

    Polka niebawem rozpocznie swój start w Korei Południowej. W pierwszej rundzie jej przeciwniczką będzie zwyciężczyni meczu Zhu Lin (280. WTA) – Sorana Cirstea (66. WTA). Dla Świątek będzie to okazja, by zrobić pierwszy krok w walce o odrobienie strat do Sabalenki i podtrzymać wysoką formę z ostatnich miesięcy.

  • Zrobiła to! Mamy złoty medal MŚ w boksie! “Co za piękna niespodzianka”

    Zrobiła to! Mamy złoty medal MŚ w boksie! “Co za piękna niespodzianka”

    Agata Kaczmarska mistrzynią świata w boksie w kategorii powyżej 80 kg! To, czego nie udało się osiągnąć Julii Szeremecie, dokonała jej reprezentacyjna koleżanka. W finałowym starciu w Liverpoolu Polka pokonała na punkty Sheoran Nupur z Indii. Choć Kaczmarska kontrolowała przebieg walki, decyzje sędziów wywoływały spore kontrowersje. – Co to za faceci tam sędziują? – pytali oburzeni komentatorzy już po pierwszej rundzie.
    Droga do finału
    Kaczmarska od początku mistrzostw prezentowała się znakomicie. Najpierw wyeliminowała faworyzowaną i imponującą warunkami fizycznymi Yilian Zhan, a następnie całkowicie zdominowała Yeldanę Talipovą. – Bez trudu niwelowała różnicę wzrostu i zasięgu, była szybka, dynamiczna i regularnie trafiała mocnymi ciosami. Rywalka wyglądała na kompletnie zagubioną – relacjonował dziennikarz Marcin Jaz. Te zwycięstwa otworzyły Polce drogę do finału, gdzie czekała na nią Sheoran Nupur.
    Walka o złoto
    Pojedynek Kaczmarskiej był również okazją do swoistego rewanżu za porażkę Julii Szeremety, która kilka chwil wcześniej uległa innej reprezentantce Indii, Jaismine Lamborii. Polka musiała zmierzyć się z przewagą wzrostu i zasięgu rywalki, ale świetnie sobie z tym radziła – skracała dystans, narzucała tempo i zadawała celne ciosy. Nupur nie była w stanie jej poważnie zagrozić, jednak dwóch sędziów uznało, że w pierwszej rundzie to Hinduska była lepsza. – To jest jakaś paranoja! Na koniu byś zobaczył, że Kaczmarska wygrała rundę, ale dwóch „jednookich mistrzów” widziało inaczej – komentowali z oburzeniem eksperci Polsatu Sport.
    Podrażniona takim werdyktem Polka w drugiej rundzie walczyła jeszcze agresywniej. Kilkukrotnie powaliła rywalkę na deski i popisywała się efektownymi kombinacjami. Choć jej przewaga była wyraźna, także tym razem część sędziów punktowała na korzyść Induski.
    Decydujące starcie
    O losach złotego medalu rozstrzygnęła trzecia runda. Obie zawodniczki były już zmęczone i częściej klinczowały niż atakowały. W samej końcówce Kaczmarska trafiła jednak rywalkę mocnym lewym prostym, który zrobił ogromne wrażenie. Chwilę później zabrzmiał gong, a w polskim narożniku wybuchła euforia. Arbitrzy punktowali 3:2 dla Kaczmarskiej, co oznaczało, że to ona została mistrzynią świata.
    Szansa na kolejne złoto
    Polska kadra wciąż ma jeszcze jedną nadzieję na złoty medal. W niedzielę, ostatniego dnia mistrzostw w Liverpoolu, w finale kategorii do 60 kg zobaczymy Anetę Rygielską, która zmierzy się z Rebecą Santos.

  • Dawid Kubacki wygrał konkurs w Rasnovie! Polacy w czołówce. Oto wyniki

    Dawid Kubacki wygrał konkurs w Rasnovie! Polacy w czołówce. Oto wyniki

    Dawid Kubacki triumfował w sobotnim konkursie Letniej Grand Prix w skokach narciarskich, który rozegrano w rumuńskim Rasnovie. Na podium obok Polaka stanęli dwaj Japończycy – Sakutaro Kobayashi oraz Ren Nikaido. Bardzo dobrze zaprezentowali się także inni reprezentanci Polski: Kamil Stoch zajął piąte miejsce, a Aleksander Zniszczoł uplasował się na szóstej pozycji.

    Kubacki prowadził już po pierwszej serii. W trudnych warunkach, przy mocnym i niekorzystnym wietrze, oddał skok na 91 m. W drugiej próbie osiągnął 88,5 m, co w sumie dało mu 242,3 pkt. Kobayashi (96 i 95 m) stracił do niego 3,9 pkt, a Nikaido (95,5 i 89 m) – 5,2 pkt. Stoch uzyskał kolejno 85,5 m i 92 m, natomiast Zniszczoł skoczył 91,5 m i 91 m. Z innych Polaków Maciej Kot (88 i 96 m) zakończył rywalizację na 11. miejscu, a Piotr Żyła (86,5 i 94 m) był piętnasty.

    Letnia GP w Rasnovie i wcześniejsze zawody
    Rasnov to trzeci przystanek tegorocznego cyklu. Wcześniej skoczkowie rywalizowali w Courchevel oraz w Wiśle, gdzie zwycięstwo odniósł Maciej Kot, a na najniższym stopniu podium stanął Kamil Stoch. Już w niedzielę w Rumunii odbędzie się kolejny konkurs.

    W Rasnovie zabrakło wielu czołowych zawodników – m.in. reprezentacji Niemiec, które zrezygnowały z wyjazdu. W klasyfikacji generalnej LGP nadal prowadzi Niklas Bachlinger (330 pkt), choć Austriak nie startował w Rumunii. Za nim plasują się Sakutaro Kobayashi (195 pkt), Dawid Kubacki (191 pkt) i Kamil Stoch (179 pkt).

  • Sędzia już wydał wyrok na Polaków. Nagle włączyli walec. Co za demolka

    Sędzia już wydał wyrok na Polaków. Nagle włączyli walec. Co za demolka

    Pierwszy mecz polskich siatkarzy na mistrzostwach świata wcale nie był dla nich łatwym wejściem w turniej. Już w inauguracyjnym secie wydawało się, że sędzia odbierze im zwycięstwo i zapisze porażkę, ale drużyna Nikoli Grbicia potrafiła się podnieść. Potem pokazała, że Rumuni to rywal stojący o co najmniej klasę niżej.

    Kto spodziewał się szybkiego i gładkiego zwycięstwa „w godzinę z prysznicem”, mógł być zaskoczony. Mecz z reprezentacją Rumunii długo trzymał w napięciu, a pierwszy set był prawdziwą wojną nerwów. Ostatecznie jednak biało-czerwoni wygrali całe spotkanie 3:0 (34:32, 25:15, 25:19) i to właśnie końcowy rezultat okazał się najważniejszy.

    Trudne początki i „zmartwychwstanie” po ataku Kurka

    – To Rumuni wyglądają swobodnie, a Polacy są spięci – oceniał na antenie Polsatu Sport ekspert Wojciech Drzyzga. Rzeczywiście, nasi zawodnicy męczyli się przez niemal cały pierwszy set. Popełnili aż dziewięć błędów w polu serwisowym, przez co w końcówce musieli grać ostrożniej, ułatwiając zadanie rywalom. Rumuni korzystali z tego bez wahania, a Polacy mieli kłopoty zarówno w ataku, jak i w kontrach.

    Choć w pewnym momencie biało-czerwoni odrobili straty i objęli prowadzenie, końcówka partii była dramatyczna. Rumuni mieli dwie piłki setowe, później Polacy cztery – żadnej nie wykorzystali. Przy stanie 31:32 dla Rumunów, atak Bartosza Kurka wydawał się daleki od linii boiska. Sędzia wskazał punkt dla rywali i praktycznie zamknął seta. Polacy jednak złożyli protest, a challenge wykazał, że piłka otarła się o blok. Chwilę później Jakub Kochanowski zamknął partię szczęśliwą zagrywką, która spadła tuż za siatką. Wynik 34:32 wywołał ogromną ulgę. – Lepiej późno niż wcale – żartował Drzyzga.

    Polacy odzyskali pewność

    Drugi set wyglądał już zupełnie inaczej. Biało-czerwoni grali swobodnie i bez większych błędów, dominując we wszystkich elementach. Rumuni zostali zepchnięci do defensywy i przegrali aż 15:25. Polacy pokazali, że dzieli ich od rywali wyraźna różnica poziomów.

    Nikola Grbić w pierwszej partii postawił na podstawową siódemkę: Kurka, Komendę, Kochanowskiego, Hubera, Leona, Fornala i Popiwczaka. Zgodnie z zapowiedziami trener chciał jednak od początku dawać szansę zmiennikom. W drugiej partii na boisku pojawił się Artur Szalpuk, a w trzeciej Kamil Semeniuk, który szybko udowodnił swoją wartość.

    Debiuty i mocne zakończenie

    W trzeciej partii Grbić sięgnął po jeszcze szerszą rotację. Debiut na mistrzostwach świata zaliczyli Maksymilian Granieczny, Jan Firlej, Kewin Sasak i Szymon Jakubiszak. Polska drużyna kontrolowała grę i mimo ambitnych prób Rumunów spokojnie zmierzała po zwycięstwo.

    – Teraz to już zabawa – komentował Tomasz Swędrowski, gdy Polacy prowadzili 21:15. Chwilę później Semeniuk zakończył spotkanie asem serwisowym, ustalając wynik seta na 25:19 i całego meczu na 3:0.

    Udany start, czas na kolejne wyzwania

    Choć inauguracja była nerwowa, Polacy rozpoczęli turniej tak, jak trzeba – od pewnego zwycięstwa bez straty seta. Teraz mogą się napędzać przed trudniejszymi rywalami.

    Kolejne spotkanie rozegrają w poniedziałek 15 września z Katarem o godzinie 15:30, a fazę grupową zakończą w środę 17 września meczem z Holandią (12:00). Relacje na żywo dostępne będą w Sport.pl i aplikacji Sport.pl LIVE.

  • Tak Hiszpanie podsumowali Pajor po tym, co zrobiła. Króciutko

    Tak Hiszpanie podsumowali Pajor po tym, co zrobiła. Króciutko

    • Piłkarki FC Barcelony kontynuują swoją imponującą serię w hiszpańskiej lidze. W trzeciej kolejce nie dały żadnych szans drużynie DUX Logroño, wygrywając pewnie 4:0. W kolejnym efektownym zwycięstwie swój znaczący udział miała Ewa Pajor, której występ ponownie nie przeszedł bez echa w katalońskich mediach.

      Polka w centrum uwagi

      Kibice Dumy Katalonii mogli rozpocząć weekend w doskonałych nastrojach. Zawdzięczają to kobiecej ekipie Blaugrany, a w szczególności reprezentantce Polski. Barcelona już do przerwy prowadziła 3:0 – dwa razy na listę strzelczyń wpisała się Aitana Bonmatí, a tuż przed zejściem do szatni swoje trafienie dołożyła Pajor. Napastniczka otrzymała znakomite podanie od Patricii Guijarro i bez problemu pokonała bramkarkę rywalek.

      Po zmianie stron wynik ustaliła Kika Nazareth, przypieczętowując efektowny triumf 4:0. Duma Katalonii może się pochwalić wręcz imponującym bilansem: trzy mecze, komplet zwycięstw, aż 20 zdobytych goli i zaledwie jedno trafienie stracone.

      Hiszpańska prasa pełna pochwał

      Nic dziwnego, że dzienniki z Barcelony rozpisują się w superlatywach o zespole i samej Pajor.
      „Ewa Pajor, skoncentrowana na zdobywaniu jak największej liczby bramek, strzeliła trzeciego gola przed przerwą i zmniejszyła dystans do Aitany w klasyfikacji strzelczyń. To jej czwarte trafienie w tym sezonie” – podkreśliło Mundo Deportivo.

      Z kolei Sport wyróżnił Patricię Guijarro, która popisała się dwiema asystami:
      „Brugts i Pina były najbardziej wytrwałe, ale to Patri Guijarro okazała się najrówniej grającą i najbardziej inspirującą zawodniczką. Jej podanie zewnętrzną częścią stopy zostało perfekcyjnie wykorzystane przez ‘terminatorkę’ Pajor”.

      Dominacja Barcelony w lidze

      Świetna dyspozycja Blaugrany znajduje odzwierciedlenie w klasyfikacji strzelczyń. Pięć czołowych miejsc zajmują zawodniczki Barcelony. Prowadzi Aitana Bonmatí z pięcioma golami, tuż za nią plasuje się Pajor z czterema trafieniami. Trzecia jest Claudia Pina (3 gole), a Kika Nazareth i Vicky Lopez zgromadziły po dwa.

      Polka już na początku sezonu stała się jednym z filarów ofensywy Barcelony, a jej skuteczność i charakterystyczny styl gry sprawiają, że w Katalonii nazywają ją „terminatorką”.

      https://x.com/DAZNWFootball/status/1966575957151535223?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1966575957151535223%7Ctwgr%5E914babbcd2fdd777d9836a7f87a5dbf05e0cff40%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F76494632249273tak-hiszpanie-podsumowali-pajor-po-tym-co-zrobila-krociutko.html