Category: Uncategorized

  • Polak się nie certolił. O tych słowach będzie głośno. “Takie g***o kładą”

    Polak się nie certolił. O tych słowach będzie głośno. “Takie g***o kładą”

    Marcin Krukowski po nieudanych eliminacjach rzutu oszczepem na mistrzostwach świata w Tokio nie krył rozgoryczenia. Winą za słabszy występ obarczył stan tartanowej nawierzchni na Stadionie Olimpijskim, która – jego zdaniem – uniemożliwia zawodnikom skuteczną rywalizację.

    — Nagle musisz się zmienić, bo zmieniło się podłoże, na którym rzucasz. To nie jest normalne — mówił przed kamerami TVP Sport wyraźnie zdenerwowany. Na dowód swoich słów pokazał zdjęcie rozbiegu, na którym widać było mocno poszarpany tartan.

    Jak poinformował dziennikarz TVP Sport Michał Chmielewski, nawierzchnia stadionu została wymieniona po igrzyskach w 2021 roku. Mimo to jej stan podczas obecnych mistrzostw pozostawiał wiele do życzenia.

    — Na rozbiegu to, co zawsze… Co mam powiedzieć? Takie g***o kładą wszędzie. Dopóki tego nie zmienią, mogę próbować dostosować technikę, ale to nie jest proste — grzmiał Krukowski. Polak uzyskał w eliminacjach 80,29 m, co dało mu dopiero 21. lokatę. Do finału awansowało dwunastu najlepszych zawodników, w tym Dawid Wegner, który z wynikiem 85,67 m uplasował się na czwartej pozycji.

    Krukowski otwarcie przyznał, że przyczyn swoich kłopotów szuka w nowej technologii wykonania tartanu: — Trenujesz dwadzieścia pięć lat, żeby udoskonalać technikę, robić coś coraz lepiej. I nagle musisz się dostosowywać, bo zmienia się podłoże. To jest absurdalne.

    Zdaniem rekordzisty Polski problem nie ogranicza się jedynie do Tokio. — Ta nawierzchnia regularnie sprawia kłopoty na wszystkich stadionach, gdzie została położona po 2021 roku. Nie wiem, co z tym zrobić. Dziś wymęczyłem 80 metrów. Trzeba jednak walczyć dalej, bo w przyszłym roku czekają nas mistrzostwa Europy — zaznaczył 33-latek.

    Polski oszczepnik w 2021 roku uzyskał 89,55 m, co czyniło go jednym z kandydatów do olimpijskiego medalu w Tokio. Jednak to właśnie tam po raz pierwszy wprowadzono nową nawierzchnię od firmy Mondo. Tartan sprzyjał biegaczom i umożliwiał bicie rekordów, ale był koszmarem dla cięższych zawodników, zwłaszcza oszczepników. Podłoże szybko ulegało zniszczeniu, a sportowcy mieli problem z utrzymaniem stabilności. Wielu z nich musiało pogodzić się ze spadkiem wyników lub całkowicie zmienić technikę rzutu.

    Krukowski do dziś pamięta tamto doświadczenie. — To straszne uczucie. Przegrałem z nawierzchnią. Tartan na Stadionie Olimpijskim jest bardzo szybki i miękki. Przy każdym rzucie czułem się tak, jakbym nogę wkładał w masło. Nie da się z tego daleko rzucać. Zamiast koncentrować się na technice, musiałem szukać miejsc, gdzie nie było dziur. Po kilku próbach tartan wyglądał tak, jakby ktoś pociął go żyletką — wspominał.

    Wówczas uzyskał zaledwie 74,65 m i odpadł w kwalifikacjach. Teraz historia powtórzyła się w Tokio, a Krukowski nie ukrywa goryczy: — Straszny żal, bo nie przegrałem z rywalami, tylko z nawierzchnią — podsumował.

  • Polacy mieli zwieszone głowy, a później sensacja na MŚ. Życiowy rekord!

    Polacy mieli zwieszone głowy, a później sensacja na MŚ. Życiowy rekord!

    Na środę (17 września) zaplanowano eliminacje w rzucie oszczepem podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Tokio. Aby marzyć o finale, trzeba było posyłać oszczep naprawdę daleko. Początek w wykonaniu Polaków nie napawał optymizmem, lecz końcówka Dawida Wegnera zrobiła ogromne wrażenie.

    Polscy oszczepnicy w eliminacjach MŚ w Tokio

    Środowy dzień należał do jednych z najspokojniejszych dla biało-czerwonej kadry – na starcie pojawili się jedynie oszczepnicy. Jako pierwsi na stadion wyszli Cyprian Mrzygłód i Dawid Wegner. Szczególne nadzieje wiązano z Mrzygłodem, który 21 czerwca w fińskim Kuortane ustanowił rekord życiowy 85,92 m, pokazując, że potrafi walczyć z najlepszymi.

    Mrzygłód dobrze rozpoczął rywalizację – pierwszy rzut dał mu 81,47 m. Była szansa, że w kolejnych próbach poprawi wynik, bo niejednokrotnie w trakcie zawodów rozkręcał się z rzutu na rzut. Wegner na otwarcie uzyskał 79,72 m. Z czasem jednak sytuacja zaczęła się komplikować. W drugiej kolejce Mrzygłód uzyskał 79,54 m, a Wegner tylko 73,97 m – oszczep poszybował zbyt pionowo, co spowodowało utratę prędkości.

    Trudne położenie przed decydującymi rzutami

    Przed ostatnią serią eliminacyjną Polacy znajdowali się w nieciekawej sytuacji. Mrzygłód był dopiero ósmy, a Wegnera nie było w czołowej dziesiątce. Wiadomo było, że bez zdecydowanej poprawy trudno będzie myśleć o finale.

    Mrzygłód w trzeciej próbie nie zdołał się odbudować – 78,86 m praktycznie przekreśliło jego szanse. Wtedy nadeszła kolej na wielkie emocje i popis Wegnera.

    Rekord życiowy i pewny finał Dawida Wegnera

    25-letni oszczepnik w ostatnim rzucie zrobił coś wyjątkowego – posłał oszczep na 85,67 m! Był to jego nowy rekord życiowy, a także wynik gwarantujący awans do finału, ponieważ minimum kwalifikacyjne wynosiło 84,50 m. Polak świętował udaną próbę z zaciśniętą pięścią – miał ku temu powody, bo w kluczowym momencie stanął na wysokości zadania.

    Dzięki temu wynikowi Wegner awansował na 4. miejsce w historii polskich tabel w rzucie oszczepem. Dla Mrzygłoda pozostaje jeszcze cień nadziei – jego dalsze losy zależą od rywalizacji w drugiej grupie eliminacyjnej, w której o 13:45 wystartuje także trzeci z naszych reprezentantów – Marcin Krukowski.

  • Świątek wygrała z Cirsteą, ale co się stało po meczu. “Arogancki gest”

    Świątek wygrała z Cirsteą, ale co się stało po meczu. “Arogancki gest”

    „Świątek okazała arogancję po meczu z Cirsteą” – taki nagłówek pojawił się swego czasu w jednym z rumuńskich portali sportowych. Polka, mimo przekonującego zwycięstwa, została ostro skrytykowana za swoje zachowanie podczas pomeczowego wywiadu. Tamta sytuacja miała miejsce w Dosze, po meczu z Soraną Cirsteą. Teraz obie tenisistki ponownie staną naprzeciw siebie – tym razem w drugiej rundzie turnieju WTA 500 w Seulu.

    Iga Świątek długo czekała na rozstrzygnięcie meczu, który wyłoni jej rywalkę. Spotkanie Sorany Cirstei z Anastasiją Zacharową było kilkukrotnie przerywane z powodu deszczu, ale ostatecznie w środę Rumunka wygrała pewnie 6:3, 6:1. Tym samym w czwartek dojdzie do starcia Świątek – Cirstea.

    Liderka światowego rankingu, najwyżej rozstawiona w Seulu, zmierzy się z Cirsteą już po raz szósty. Bilans jest jednoznaczny: 5:0 dla Polki. Ostatnio, 13 sierpnia w Cincinnati, Świątek wygrała 6:4, 6:3 w 1/8 finału. Jedyny set, jaki Rumunka zdołała jej urwać, miał miejsce podczas Australian Open 2022, gdzie Iga zwyciężyła 5:7, 6:3, 6:3. Choć tamto spotkanie było najbardziej zacięte, w pamięci kibiców mocniej zapisał się inny mecz – nie tyle ze względu na sportową rywalizację, co na wydarzenia po jego zakończeniu.

    Kontrowersje po meczu w Dosze

    W drugiej rundzie turnieju WTA 1000 w Dosze w 2024 roku Świątek rozgromiła Cirsteę 6:1, 6:1. Niedługo później rumuńskie media ostro ją zaatakowały. W trakcie standardowego wywiadu Polka odpowiadała na pytania o prowadzenie w rankingu światowym (rozpoczynała wtedy 90. tydzień jako liderka) i o to, jak spędzi czas wolny w Katarze. Nie padły żadne kontrowersyjne słowa, a jednak serwis Prosport.ro zamieścił tekst zatytułowany: „Świątek wykazała się arogancją po meczu z Cirsteą”.

    Ekspert portalu, Alexandru Tacina, zarzucał naszej tenisistce, że nie poświęciła rywalce nawet zdania, co miało być dowodem na brak szacunku. „Zamiast wspomnieć o przeciwniczce, mówiła o swoich rekordach i planach w Dosze” – pisał, dodając nawet, że Polka „nie chciała pocieszyć Sorany”.

    W rzeczywistości Świątek nie zrobiła niczego niestosownego. Faktem jest, że wielu tenisistów w pomeczowych wypowiedziach wspomina o swoich rywalach, ale nie ma obowiązku tego robić. Co więcej, na korcie, zaraz po ostatniej piłce, Iga podziękowała Cirstei za mecz i uścisnęła jej dłoń, co w pełni spełnia tenisową etykietę.

    Jak będzie w Seulu?

    Teraz pytanie brzmi: czy kolejne spotkanie Świątek – Cirstea przyniesie czysto sportowe emocje? Rumunka, zajmująca obecnie 66. miejsce w rankingu WTA, prezentuje się znakomicie – w ostatnich tygodniach wygrała 15 z 19 meczów. W Cincinnati potrafiła momentami mocno postawić się Polce. Jednak korty w Seulu są wolniejsze, co może być dodatkowym atutem dla Świątek.

    Wszystko wskazuje więc na to, że w czwartek fani zobaczą interesujący pojedynek, w którym faworytka turnieju będzie chciała potwierdzić swoją dominację, a Cirstea spróbuje wykorzystać dobrą formę, by sprawić niespodziankę.

  • Ależ pokaz siły, set trwał 27 minut! Oto pierwsza rywalka Świątek w Seulu

    Ależ pokaz siły, set trwał 27 minut! Oto pierwsza rywalka Świątek w Seulu

    Iga Świątek rozpoczęła turniej WTA 500 w Seulu od wolnego losu w pierwszej rundzie. Polka musiała więc uzbroić się w cierpliwość i poczekać na swoją przeciwniczkę w 1/8 finału. Ostatecznie została nią Rumunka Sorana Cirstea, która pewnie pokonała Anastazję Zacharową.

    Zmiany w drabince i kłopoty z pogodą

    Początkowo rywalką Cirstei miała być Lin Zhu. Jednak Chinka wycofała się z powodu kontuzji biodra, a jej miejsce w turniejowej drabince zajęła Zacharowa. Rosjanka i Rumunka miały spotkać się we wtorek, lecz deszcz pokrzyżował plany organizatorom. Mecz przeniesiono na środę, ale i tego dnia aura nie była łaskawa.

    Zawodniczki rozegrały tylko cztery gemy – przy stanie 2:2 ponownie spadł deszcz, który wymusił przerwę trwającą kilka godzin. Gdy wróciły na kort, niebo wciąż było mocno zachmurzone, a widmo kolejnych opadów wisiało w powietrzu.

    Cirstea w świetnym stylu

    Po wznowieniu gry Rumunka zaczęła prezentować bardzo efektowny tenis. Świetnie serwowała, nękała rywalkę returnami, a w ósmym gemie przełamała Zacharową do zera. Chwilę później spokojnie utrzymała własne podanie i zamknęła seta 6:3.

    Druga partia od początku układała się pod dyktando Cirstei. Rumunka bawiła się grą – potrafiła zarówno przyspieszyć akcję, jak i zaskoczyć skrótem. Zacharowa wyglądała na zdenerwowaną i choć zdołała wygrać gema na 1:2, szybko straciła kontrolę nad spotkaniem.

    Widowiskowe zakończenie

    Cirstea imponowała tempem i precyzją uderzeń, zwłaszcza po linii. Publiczność nagradzała jej efektowne zagrania oklaskami. Rumunka zdobywała kolejne punkty dzięki mocnym serwisom – w kluczowych momentach posyłała asy lub trudne do odebrania podania. Po serii przełamań prowadziła już 5:1, a Zacharowa pogrążyła się podwójnym błędem serwisowym na zakończenie meczu.

    Sorana Cirstea zwyciężyła 6:3, 6:1 i to ona zmierzy się z Igą Świątek w 1/8 finału turnieju w Seulu.

    Wynik meczu: Sorana Cirstea – Anastazja Zacharowa 6:3, 6:1

  • Już wiadomo, gdzie teraz zagra Lewandowski. Oficjalny komunikat z Barcelony

    Już wiadomo, gdzie teraz zagra Lewandowski. Oficjalny komunikat z Barcelony

    FC Barcelona od dłuższego czasu zmaga się z problemem swojego domowego stadionu – Spotify Camp Nou. Z tego powodu ostatnie ligowe starcie z Valencią (6:0) zostało rozegrane na Estadi Johan Cruyff. Początkowo wydawało się, że był to jednorazowy wyjątek i zespół przeniesie się na inny obiekt. Ostatecznie jednak w czwartek klub potwierdził, że również najbliższy mecz z Getafe odbędzie się w tym samym miejscu.

    Ostatni raz Barcelona wybiegła na murawę Camp Nou w maju 2023 roku. Od tamtej pory stadion przechodzi gruntowną modernizację, której zakończenie nieustannie się opóźnia. W międzyczasie drużyna korzystała z Estadi Olímpic Lluís Companys na Montjuïc. Plan zakładał powrót na zmodernizowany obiekt w sezonie 2025/2026, jednak wciąż brakuje wymaganych pozwoleń administracyjnych.

    W efekcie „Blaugrana” musiała rozpocząć nowy sezon LaLiga na Estadi Johan Cruyff, gdzie efektownie rozgromiła Valencię 6:0. Dwa trafienia w tym spotkaniu zanotował Robert Lewandowski. Choć wiele wskazywało na to, że kolejne ligowe starcie – z Getafe – odbędzie się już na Camp Nou, klub ostatecznie rozwiał te nadzieje.

    W oficjalnym komunikacie FC Barcelona poinformowała, że niedzielny mecz piątej kolejki LaLiga ponownie odbędzie się na Estadi Johan Cruyff. Jednocześnie zapewniono, że klub prowadzi intensywne działania, by jak najszybciej uzyskać zgody pozwalające na ponowne otwarcie Camp Nou.

    „FC Barcelona ogłasza, że spotkanie 5. kolejki LaLiga, które zostanie rozegrane w niedzielę 21 września o godzinie 21:00 przeciwko Getafe, nie może się odbyć na stadionie Spotify Camp Nou. Klub wciąż pracuje nad uzyskaniem niezbędnych pozwoleń administracyjnych, aby w najbliższych dniach obiekt mógł zostać ponownie otwarty. W związku z tym rywalizacja odbędzie się na stadionie Johana Cruyffa” – czytamy w oświadczeniu.

    Starcie Barcelony z Getafe odbędzie się więc w niedzielny wieczór, 21 września. Zanim jednak mistrzowie Hiszpanii powrócą na ligowe boiska, czeka ich inauguracja Ligi Mistrzów – w czwartek zagrają na wyjeździe z Newcastle United.

  • Polski rzut młotem umiera. Wielcy mistrzowie komentują, padły gorzkie słowa

    Polski rzut młotem umiera. Wielcy mistrzowie komentują, padły gorzkie słowa

    Gdyby oceniać szanse Pawła Fajdka wyłącznie na podstawie wyników osiąganych w sezonie 2025, trudno byłoby w ogóle rozważać jego udział w walce o podium. Statystyki były bezlitosne – aż pięciu rywali regularnie przekraczało granicę 81 metrów, a trzech zbliżało się nawet do 83. Tymczasem pięciokrotny mistrz świata w tym roku nie potrafił nawet raz posłać młota za granicę 80 metrów. Jednak w przypadku tak utytułowanego zawodnika nie można było mówić o skreślaniu go z listy faworytów. Fajdek wielokrotnie udowadniał, że potrafi przygotować najwyższą formę na najważniejsze starty i zapewniał, że właśnie pod mistrzostwa świata w Tokio doprowadził swoją dyspozycję do optymalnego poziomu. Na treningach rzucał daleko, ale ostatecznie to rywale pokazali klasę niemal kosmiczną. Brązowy medal dawał wynik 82,69 m, a złoto – fenomenalny Ethan Katzberg.

    Nie tylko Fajdek miał w Tokio trudne zadanie. Także Anita Włodarczyk, legenda kobiecego młota i trzykrotna mistrzyni olimpijska, walczyła o miejsce w ścisłej czołówce. Nasza 40-letnia zawodniczka spisała się na poziomie jednego z najlepszych występów całego roku, ale konkurentki – zwłaszcza Kanadyjka Camryn Rogers – zaprezentowały formę absolutnie wybitną, przypominającą to, co sama Włodarczyk prezentowała jeszcze kilka lat temu. Ostatecznie zakończyła zawody na szóstym miejscu, co i tak należy uznać za wynik więcej niż solidny, a w jej wieku i przy takiej konkurencji – godny szacunku.

    Przez lata, gdy Anita dominowała w swojej konkurencji, równolegle na szczycie światowego młota męskiego panował Fajdek. Choć wielokrotnie zawodził podczas igrzysk olimpijskich, mistrzostwa świata były jego królestwem – pięć złotych medali mówi samo za siebie. Dziś jednak role się odwróciły. W miejsce polskiego mistrza pojawił się nowy dominator – Kanadyjczyk Ethan Katzberg. Ale nie tylko on zrobił ogromny krok naprzód. Swoją klasę podnieśli także Węgier Bence Halasz, Ukrainiec Mychajło Kochan, Amerykanin Rudy Winkler czy młody Niemiec Merlin Hummel. To właśnie ta piątka miała podzielić między sobą medale. W grze o niespodziankę pozostawał jeszcze Fajdek oraz doświadczony Norweg Eivind Henriksen – obaj przecież sięgali po olimpijskie medale w Tokio cztery lata temu.

    Sam konkurs od pierwszych rzutów stał na fenomenalnym poziomie. Zaczęło się od Mychajło Kochana, który posłał młot w okolice 80. metra, choć próba okazała się spalona. Zaraz potem na rozbiegu pojawił się Bence Halasz – lider światowych tabel. Węgier potwierdził klasę i od razu osiągnął 81,51 m. To był pierwszy sygnał, że poprzeczka zawisła wysoko. Chwilę później swój pierwszy rzut oddał Katzberg – i od razu odpowiedział wynikiem 82,66 m. Niemal natychmiast do walki włączył się Niemiec Hummel, który poprawił życiówkę o ponad półtora metra, osiągając 82,77 m. Trzy genialne rzuty pod rząd – tak rozpoczął się ten finał.

    A co robił w tym czasie Fajdek? Niestety, w pierwszej próbie trafił młotem w siatkę. Druga była znacznie lepsza, ale wynik 76,69 m dawał mu dopiero piątą lokatę. Wkrótce spadł jeszcze niżej, gdy skutecznie odpowiedzieli Kochan i Winkler. Na czele zaś trwała rywalizacja godna historii – Katzberg posłał młot na aż 84,70 m, co jest piątym rezultatem w dziejach konkurencji, a jeśli pominąć zawodników z dawnego ZSRR – drugim najlepszym. Do legendarnego wyniku Kojiego Murofushiego z Pragi 2003 roku brakło mu tylko 16 cm. Co ciekawe, sam Japończyk – dawny rywal Szymona Ziółkowskiego, dziś trenera Fajdka – oglądał zmagania z trybun.

    Po trzech seriach Fajdek zajmował dopiero siódme miejsce. Nie pomogła mu nawet przerwa spowodowana awarią bloków startowych w biegu sprinterskim. Trzecia próba była spalona, a Polak stracił szansę na wejście do czołowej szóstki, która miała zagwarantowany udział w ostatniej kolejce rzutów. W czwartej serii poprawił się do 77,75 m i wrócił na siódmą lokatę, lecz to nie wystarczyło, by awansować. Do końca zawodów oglądał już popisy rywali. Kochan w piątej serii ustanowił rekord życiowy (82,02 m), ale by wskoczyć na podium, musiałby jeszcze poprawić się o kilkadziesiąt centymetrów. Tego dnia jednak nikt nie był w stanie zagrozić Katzbergowi.

    Ostateczne wyniki finału rzutu młotem na mistrzostwach świata w Tokio były następujące:

    1. Ethan Katzberg (Kanada) – 84,70 m, rekord mistrzostw świata
    2. Merlin Hummel (Niemcy) – 82,77 m, rekord życiowy
    3. Bence Halasz (Węgry) – 82,69 m
    4. Mychajło Kochan (Ukraina) – 82,02 m
    5. Rudy Winkler (USA) – 78,52 m
    6. Thomas Mardal (Norwegia) – 78,02 m
    7. Paweł Fajdek (Polska) – 77,75 m
    8. Armin Szabados (Węgry) – 77,15 m
    9. Eivind Henriksen (Norwegia) – 76,47 m
    10. Trey Knight (USA) – 76,11 m
    11. Daniel Raba (Węgry) – 75,22 m
    12. Denzel Comenentia (Holandia) – 74,86 m
  • Kosmiczny poziom finału z Fajdkiem. 82.02 m nie dało medalu. Wielki Ethan Katzberg

    Kosmiczny poziom finału z Fajdkiem. 82.02 m nie dało medalu. Wielki Ethan Katzberg

    To już zmierzch polskiego rzutu młotem. Po raz drugi z rzędu Biało-Czerwoni wracają z mistrzostw świata bez medalu, co zdarzyło się pierwszy raz od 2011 roku. Najbardziej niepokoi jednak brak następców wielkich mistrzów – wciąż najlepsze wyniki notują 40-letnia Anita Włodarczyk oraz 36-letni Paweł Fajdek. Z kolei Wojciech Nowicki, także 36-latek, z powodu kontuzji nie wystąpił w Tokio i nie wiadomo, czy jeszcze wróci do rywalizacji.


    W skrócie

    • Polscy młociarze wracają bez medali z mistrzostw świata, co kończy długą passę sukcesów.
    • Brakuje młodego pokolenia, które mogłoby zastąpić Włodarczyk, Fajdka czy Nowickiego.
    • Trenerzy i zawodnicy podkreślają problemy ze szkoleniem młodzieży i brak pasjonatów chcących pracować nad jej rozwojem.
    • Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu.

    Polska potęga się kruszy

    Rzut młotem przez lata był wizytówką polskiej lekkoatletyki – Biało-Czerwoni zdobyli w tej konkurencji aż 20 medali mistrzostw świata (11 złotych, 4 srebrne i 5 brązowych). Teraz jednak pierwszy raz od Daegu 2011 wracamy bez żadnego krążka. Trudno spodziewać się, by sytuacja szybko się zmieniła, chyba że po przerwie macierzyńskiej na stadion powróci Malwina Kopron.

    W Tokio najwyżej sklasyfikowaną reprezentantką była Anita Włodarczyk – zajęła szóste miejsce. Paweł Fajdek skończył rywalizację na siódmej lokacie, a Marcin Wrotyński nie przebrnął eliminacji, kończąc je wynikiem poniżej 70 metrów.


    Włodarczyk: trzeba coś zmienić

    „To smutne, co się dzieje w kobiecym młocie w Polsce. Po tym sezonie dziewczyny muszą wyciągnąć wnioski i coś zmienić, żeby ta konkurencja nie umarła. Na pewno będę je wspierać, bo jesteśmy w kontakcie. Mam nadzieję, że polski młot jeszcze się odrodzi” – podkreśliła Włodarczyk.

    Legendarna mistrzyni nie planuje zostać trenerką, ale nie wyklucza, że w przyszłości będzie dzielić się doświadczeniem w zakresie psychologii sportu.


    Fajdek: brak pasjonatów

    Paweł Fajdek również nie ukrywał rozczarowania. – „Nie ma młodych zawodników, bo to już nie są te czasy. Brakuje ludzi, którzy chcieliby bezinteresownie poświęcić się pracy z młodzieżą. Rzut młotem wymaga dziesięciu lat ciężkiej pracy, by móc ocenić, czy ktoś się nadaje. Nie ma drogi na skróty” – mówił.

    Zwrócił uwagę, że wielu młodych wybiera inne konkurencje, gdzie konkurencja jest większa, ale perspektywa sukcesu bardziej kusząca. – „To konkurencja techniczna, nie siłowa. Nie można zaczynać od ciężarów, zanim opanuje się technikę. To sport dla dżentelmenów – tu nie ma miejsca na chamstwo i bezmyślne dźwiganie, bo kończy się to kontuzją” – dodał Fajdek.


    Dziedzictwo Cybulskiego

    Wspomniał także o spuściźnie trenera Czesława Cybulskiego. – „Kiedyś mówiono, że jak zabraknie Cybulskiego, polski młot runie. Jeszcze przez kilka lat korzystaliśmy z jego pracy, ale dziś pytanie brzmi: czy ktoś realnie przejął i rozwija jego wiedzę?” – zastanawiał się Fajdek.

    Ogromną wiedzę ma jego była podopieczna Malwina Wojtulewicz, która prowadziła m.in. Wojciecha Nowickiego i Joannę Fiodorow. Obecnie pracuje z utalentowaną Ewą Różańską – medalistką mistrzostw Europy, która jednak potrzebuje jeszcze czasu, by wejść na poziom światowy.


  • Bukowiecka od razu ruszyła do rywalki. Poruszenie w Norwegii

    Bukowiecka od razu ruszyła do rywalki. Poruszenie w Norwegii

    Na mistrzostwach świata w Tokio doszło do wyjątkowej sceny z udziałem Natalii Bukowieckiej. Polska sprinterka, tuż przed startem w półfinale biegu na 400 metrów, zwróciła uwagę na rywalkę, która nie radziła sobie ze stresem. Jej gest szybko odbił się szerokim echem w Norwegii.

    Wzruszający moment przed półfinałem

    We wtorkowe popołudnie, jeszcze zanim zawodniczki ruszyły na bieżnię, kamery zarejestrowały niezwykłe zachowanie Bukowieckiej. Polka zauważyła, że Henriette Jaeger z Norwegii wyraźnie przeżywa moment tuż przed startem. Zamiast skupić się wyłącznie na sobie, podeszła do rywalki, by ją wesprzeć.

    – „Przez kamery zobaczyliśmy coś naprawdę wyjątkowego. Doświadczona faworytka podeszła do młodej zawodniczki i z matczyną troską zapytała, czy wszystko w porządku. Według ruchu warg można było odczytać słowa »oddychaj«. To był niesamowity, sportowy gest” – relacjonowała norweska telewizja NRK, cytowana przez PAP.

    Jaeger o reakcji Polki

    Sama Jaeger również zabrała głos. – „Już w drodze na stadion źle się czułam. Było gorąco, a dodatkowo dopadły mnie nerwy, które zawsze trudno mi opanować. Zaczęłam się trząść, a przed startem mam lukę w pamięci. Musiałam wyglądać naprawdę źle, skoro Bukowiecka podeszła. Powiedziała do mnie spokojnie: »oddychaj i uspokój się, to tylko bieg, nic wielkiego«. To bardzo mi pomogło, bo uświadomiłam sobie, że to wciąż tylko zawody i dobra zabawa” – przyznała Norweżka.

    Mocny występ Polki

    Chwilę później Bukowiecka potwierdziła swoją klasę na bieżni. Zwyciężyła w półfinale z czasem 49.67, co jest jej najlepszym rezultatem w tym sezonie. Do finału awansowała także Jaeger. O medale w biegu na 400 metrów obie zmierzą się w czwartek, 18 września.

    Rywalizację Natalii Bukowieckiej i pozostałych reprezentantów Polski w Tokio można śledzić na żywo w serwisie Interia.

  • Dramat Sabalenki! Pilny komunikat ws. kontuzji. Już zdecydowała

    Dramat Sabalenki! Pilny komunikat ws. kontuzji. Już zdecydowała

    Aryna Sabalenka, jedna z największych gwiazd współczesnego tenisa i aktualna liderka rankingu WTA, niespodziewanie wycofała się z udziału w prestiżowym turnieju rangi WTA 1000, który w najbliższych dniach odbędzie się w Pekinie. Informację tę oficjalnie potwierdzili organizatorzy imprezy, publikując specjalny komunikat skierowany do kibiców oraz całego tenisowego środowiska. Decyzja Białorusinki może być rozczarowaniem dla wielu fanów, którzy liczyli na możliwość zobaczenia jej w akcji w stolicy Chin, ale poznaliśmy już powody, dla których Sabalenka nie pojawi się na kortach w Pekinie.

    Sabalenka znajduje się obecnie w wyjątkowym momencie swojej kariery. Kilka dni temu sięgnęła po kolejny wielkoszlemowy triumf, zwyciężając w nowojorskim US Open. W wielkim finale turnieju rozgrywanego na kortach Flushing Meadows pokonała Amerykankę Amandę Anisimovą 6:3, 7:6 (3), pokazując niezwykłą siłę, determinację oraz opanowanie w kluczowych momentach spotkania. Dzięki temu zwycięstwu jeszcze mocniej umocniła swoją pozycję na pierwszym miejscu w rankingu WTA i zyskała dodatkową pewność siebie przed nadchodzącą częścią sezonu w Azji, gdzie tradycyjnie odbywa się kilka bardzo ważnych turniejów.

    Początkowo plan Sabalenki obejmował udział właśnie w imprezie w Pekinie, jednym z najważniejszych wydarzeń drugiej połowy sezonu tenisowego. Turniej rangi WTA 1000 przyciąga bowiem najlepsze zawodniczki świata i często stanowi kluczowy etap w walce o kwalifikację do kończących sezon WTA Finals. Kibice w Chinach z niecierpliwością czekali na przyjazd świeżo upieczonej mistrzyni US Open, która w ostatnich latach wielokrotnie udowadniała, że potrafi znakomicie prezentować się także na kortach twardych.

    Niestety, plany uległy zmianie. Jak poinformowali organizatorzy turnieju w Pekinie, Aryna Sabalenka została zmuszona do rezygnacji z udziału w zawodach z powodu drobnej kontuzji. Choć nie ujawniono szczegółów urazu, wiadomo, że nie jest on bardzo poważny, ale wystarczająco uciążliwy, aby wykluczyć Białorusinkę z rywalizacji w najbliższych dniach. W oficjalnym komunikacie podkreślono, że priorytetem w tej sytuacji musi być zdrowie zawodniczki. „Życzymy Arynie szybkiego powrotu do pełni sił i mamy nadzieję, że wkrótce znów będziemy mogli oglądać ją na kortach w Pekinie” – napisali organizatorzy w swoim oświadczeniu.

    Decyzja Sabalenki jest w pełni zrozumiała, biorąc pod uwagę intensywność sezonu oraz obciążenia, jakie wiążą się z występami na najwyższym poziomie. Wygrana w turnieju wielkoszlemowym zawsze oznacza nie tylko ogromny wysiłek fizyczny, ale również emocjonalny i mentalny. W takich warunkach nawet drobny uraz może wymagać dodatkowego odpoczynku i regeneracji, aby nie przerodził się w poważniejszy problem. Sabalenka doskonale zdaje sobie sprawę, że końcówka sezonu, w tym turnieje rangi WTA 1000 w Azji oraz finały WTA, będzie miała kluczowe znaczenie dla utrzymania jej pozycji liderki światowego rankingu.

    Wycofanie się Białorusinki z imprezy w Pekinie otwiera nowe szanse dla innych tenisistek. Nieobecność liderki rankingu sprawi, że rywalizacja stanie się jeszcze bardziej wyrównana, a faworytki turnieju będą musiały zmierzyć się z nowymi oczekiwaniami i presją. Dla kibiców w Chinach brak Sabalenki to z pewnością duże rozczarowanie, ale organizatorzy zapewniają, że turniej i tak dostarczy wielu emocji i będzie stał na najwyższym poziomie sportowym.

    Dla samej Sabalenki najbliższe dni upłyną pod znakiem rehabilitacji, odpoczynku i przygotowań do kolejnych startów. Wszystko wskazuje na to, że jej priorytetem będzie odzyskanie pełnej sprawności i koncentracja na turniejach, które zbliżają się wielkimi krokami. Biorąc pod uwagę jej dotychczasową formę, można spodziewać się, że po powrocie znów będzie należeć do głównych kandydatek do triumfów w największych imprezach.

    Podsumowując, Aryna Sabalenka – świeżo koronowana mistrzyni US Open i aktualna liderka światowego rankingu – nie wystąpi w turnieju WTA 1000 w Pekinie z powodu drobnej kontuzji. Choć jej brak będzie odczuwalny, priorytetem pozostaje zdrowie zawodniczki. Świat tenisa z pewnością będzie uważnie śledził, jak szybko Białorusinka wróci na kort i czy zdoła utrzymać wysoką formę w dalszej części sezonu.

  • Fajdek zapowiadał: “Wezmę se tytuł’. A teraz tylko zaklął

    Fajdek zapowiadał: “Wezmę se tytuł’. A teraz tylko zaklął

    Już po dwóch minutach finału było jasne, że złoto i srebro znalazły swoich właścicieli. Pawłowi Fajdkowi pozostała więc jedynie walka o brąz. Teoretycznie, bo i ta nadzieja szybko się rozwiała. Nasz pięciokrotny mistrz świata w rzucie młotem nie jest już na poziomie najmłodszej, wąskiej elity tej konkurencji. Tym razem zajął siódme miejsce.

    Wspaniała passa Fajdka na mistrzostwach świata przeszła już do historii. Złoto w Moskwie w 2013 roku, triumf w Pekinie w 2015, w Londynie w 2017, w Dausze w 2019 i w Eugene w 2022 – to była fenomenalna seria, jakiej nie miał nikt inny. Niestety, tamte sukcesy to już zamknięty rozdział.

    Dziś, w wieku 36 lat, Fajdek nie jest w stanie rzucać tak daleko, jak w czasach swojej największej świetności. Zostało mu obserwowanie młodszych rywali, którzy zachwycają formą. A tokijski finał stał na kosmicznym wręcz poziomie!

    Fajdek wiedział, że to nie jego dzień

    Już w pierwszej kolejce Węgier Bence Halasz posłał młot na 81,51 m. Chwilę później Kanadyjczyk Ethan Katzberg odpowiedział fenomenalnym rzutem na 82,66 m. Wszystko wskazywało, że walka o medale odbędzie się bez Polaka, który w tym sezonie nie przekroczył 79,07 m.

    Fajdek rozpoczął konkurs od uderzenia młotem w konstrukcję klatki. W kolejnych próbach wyglądał, jakby miał świadomość, że to nie będzie jego wieczór. Zwłaszcza że do Katzberga i Halasza dołączył Niemiec Merlin Hummel z wynikiem 82,77 m.

    Tymczasem Fajdek w drugiej kolejce uzyskał 76,69 m – rezultat, który stawiał go w zupełnie innej lidze niż walcząca o medale czołówka. Publiczność oglądała pasjonującą walkę gigantów, a Polak toczył bój raczej o przetrwanie w konkursie i awans do kolejnych rund.

    Na szczycie rywalizacji trwał prawdziwy pokaz siły. Katzberg, aktualny mistrz olimpijski i mistrz świata sprzed dwóch lat, dołożył kapitalny rzut na 84,70 m! Halasz poprawił się na 82,69 m, a granica podium znalazła się poza zasięgiem Polaka.

    W trzeciej kolejce Fajdek nawet nie czekał na pomiar, sam opuszczając koło po nieudanej próbie i kwitując ją soczystym przekleństwem. W czwartej rundzie poprawił się na 77,75 m, co dało mu siódme miejsce – bez większej satysfakcji. W piątej próbował jeszcze awansować do najlepszej szóstki, ale Norweg Eivind Henriksen Mardal uzyskał 78,02 m i to on zamknął stawkę finalistów.

    Najsłabszy występ od lat

    Siódme miejsce w Tokio to dla Fajdka najsłabszy wynik w MŚ od jego debiutu w 2011 roku w Daegu, gdzie był jedenasty. Dwa lata temu, po czwartym miejscu w Budapeszcie, zapowiadał: „W Tokio wezmę szósty tytuł”. Niestety, tym razem marzenia musiały ustąpić rzeczywistości.

    Z pełnym szacunkiem dla Fajdka i wdzięcznością za wszystko, co dał polskiej lekkoatletyce, trzeba przyznać – jego złote lata już minęły i podobnych sukcesów raczej nie zobaczymy.