Category: Uncategorized

  • Lewandowski z golem już w 7. minucie. Barcelona zdeklasowała. To był wieczór Szczęsnego

    Lewandowski z golem już w 7. minucie. Barcelona zdeklasowała. To był wieczór Szczęsnego

    Kiedy FC Barcelona spotyka się z Sevillą FC, zawsze budzi to ogromne emocje i przyciąga uwagę kibiców. Jednak odkąd na ławce trenerskiej „Dumy Katalonii” zasiada Hansi Flick, andaluzyjski zespół wciąż nie potrafi znaleźć sposobu, by poważniej zagrozić rywalowi. Najlepszym tego przykładem był ostatni mecz w Sewilli, zakończony zwycięstwem Barcelony 4:1. Wynik otworzył Robert Lewandowski, a Wojciech Szczęsny popisał się kilkoma kapitalnymi interwencjami.

    Zimą 2025 roku Blaugrana znajdowała się w znakomitej formie. Tuż przed 23. kolejką La Liga Flick i jego piłkarze rozgromili w ćwierćfinale Pucharu Króla Valencię aż 5:0. Kilka dni później czekało ich znacznie trudniejsze wyzwanie – wyjazd na Estadio Ramón Sánchez Pizjuán, gdzie Sevilla liczyła, że uda jej się zatrzymać rozpędzoną drużynę Roberta Lewandowskiego. Spotkanie rozegrano 9 lutego 2025 roku.

    Mecz rozpoczął się błyskawicznie. Już w 7. minucie Lewandowski, przeżywający fantastyczny sezon, wykorzystał dośrodkowanie Inigo Martineza. Polak dopadł do piłki głową, zmieniając tor jej lotu na tyle sprytnie, że bramkarz Sevilli był bezradny. Radość Barcelony nie trwała jednak długo – minutę później Ronald Araujo popełnił błąd przy wyjściu do spalonego, co skrzętnie wykorzystał Ruben Vargas. Szczęsny nie miał w tej sytuacji żadnych szans.

    Na tym jednak kończyły się dobre chwile dla gospodarzy. Od tego momentu rozpoczął się koncert Szczęsnego. W 16. minucie polski golkiper odważnie rzucił się pod nogi rywala, ratując zespół przed stratą gola. Jeszcze bardziej efektowną interwencję zaprezentował tuż przed przerwą – gdy Dodi Lukebakio spróbował efektownej przewrotki, bramkarz Barcelony zareagował błyskawicznie i odbił piłkę na rzut rożny.

    Po zmianie stron przewaga Barcelony zaczęła rosnąć. Najpierw w 48. minucie Fermin Lopez trafił głową, a kilka minut później Raphinha zaskoczył golkipera gospodarzy mocnym uderzeniem z dystansu, i to słabszą nogą. Lopez nie dokończył jednak meczu – za brutalny faul obejrzał czerwoną kartkę. Sevilla grała z przewagą jednego zawodnika, lecz nie potrafiła tego wykorzystać. Na dodatek w końcówce gości dobił Eric Garcia, który także zdobył gola po uderzeniu głową.

    Rezultat 4:1 miał ogromne znaczenie w dalszej części sezonu – to zwycięstwo okazało się jednym z kluczowych kroków Barcelony w drodze do mistrzostwa Hiszpanii, które ostatecznie wywalczyła z przewagą zaledwie czterech punktów nad Realem Madryt.

    Teraz, w niedzielę 5 października, podopieczni Hansiego Flicka ponownie zmierzą się na gorącym terenie w Sewilli i zrobią wszystko, by raz jeszcze wywieźć z Estadio Ramón Sánchez Pizjuán komplet punktów.

  • Było 6:1, 3:0 i 40:15. Stało się to. Mistrzyni US Open nie mogła uwierzyć

    Było 6:1, 3:0 i 40:15. Stało się to. Mistrzyni US Open nie mogła uwierzyć

    Nie tylko Emma Raducanu wciąż czeka na pierwszy triumf turniejowy od pamiętnego zwycięstwa w US Open. W identycznej sytuacji znalazła się Bianca Andreescu, której kariera od kilku lat utknęła w martwym punkcie. Najnowszy przykład przyniosły kwalifikacje do turnieju w Wuhan, gdzie Kanadyjka kompletnie zawiodła.

    Od wielkiego triumfu do serii niepowodzeń

    7 września 2019 roku Bianca Andreescu (obecnie 181. WTA) zapisała się w historii tenisa, sensacyjnie wygrywając US Open. W finale pokonała wówczas legendarną Serenę Williams 6:3, 7:5, sięgając po pierwszy i jak dotąd jedyny tytuł wielkoszlemowy w swojej karierze. Od tamtej pory minęło już ponad sześć lat, a Kanadyjka nie zdołała wznieść żadnego innego trofeum. Co więcej, przegrała trzy finały – w Miami (2021), Bad Homburgu (2022) oraz w ’s-Hertogenbosch (2024). Na jej rozwój ogromny wpływ miały także częste urazy, które wyraźnie hamowały kolejne sezony.

    Andreescu: „To cios dla mojego ego”

    25-letnia dziś zawodniczka, by zagrać w Wuhan, musiała przebijać się przez kwalifikacje. Po pierwszym zwycięstwie 6:4, 6:2 nad Czeszką Terezą Valentovą (75. WTA) mówiła:
    – To z pewnością cios dla mojego ego, ale muszę o tym zapomnieć. Wiele się zmieniło od czasu mojego triumfu w US Open. Jestem inną osobą niż w 2019 roku. Gram w kwalifikacjach, ale wierzę w swoje możliwości. Najtrudniejsze jest znalezienie równowagi między cierpliwością a ambicją powrotu na szczyt. Pewnie mogłam lepiej wykorzystać doświadczenie po zwycięstwie w Nowym Jorku, może wtedy moja droga wyglądałaby inaczej. Ale wierzę, że błędy uczą i dzięki nim stajesz się silniejszy – tłumaczyła Kanadyjka.

    Katastrofa w decydującym meczu

    Słowa o cierpliwości szybko zostały wystawione na próbę. W finałowej rundzie kwalifikacji Andreescu zmierzyła się z 23-letnią Rosjanką Anastasiją Zacharową (87. WTA). Spotkanie zaczęło się dla niej idealnie – prowadziła 6:1, 3:0 i 40:15 przy własnym serwisie. Wydawało się, że awans do głównej drabinki jest tylko formalnością. Wtedy jednak Kanadyjka całkowicie się pogubiła. Straciła podanie, rywalka odrobiła straty, a ostatecznie wyrównała na 3:3. Choć Andreescu jeszcze raz wyszła na prowadzenie 5:3, to i tak nie potrafiła zamknąć seta. Tie-break padł łupem Zacharowej 8:6. W decydującej partii to Rosjanka dominowała, dwukrotnie przełamała Kanadyjkę i po blisko trzech godzinach gry triumfowała 1:6, 7:6(6), 6:3.

    Sezon na minusie

    Dla Andreescu była to kolejna bolesna porażka w trudnym sezonie. Jej bilans w 2025 roku jest ujemny – wygrała tylko 10 meczów, przegrywając 11.

    Finał kwalifikacji w Wuhan:
    Bianca Andreescu – Anastasija Zacharowa 6:1, 6:7(6), 3:6

  • Zrobił to! Co za debiut Polaka w UFC! Zbił byłego mistrza

    Zrobił to! Co za debiut Polaka w UFC! Zbił byłego mistrza

    Jakub Wikłacz (17-3-2) zanotował kapitalny debiut w UFC, pokonując byłego mistrza Bellatora Patchy’ego Mixa (20-3). Starcie było niezwykle zacięte i wyrównane, a ostatecznie sędziowie niejednogłośnie wskazali Polaka jako zwycięzcę. Werdykt wzbudził ogromne emocje, podzielił kibiców i rozwścieczył jedną z legend UFC. Tego samego wieczoru kibice zobaczyli także błyskawiczny powrót na tron Alexa Pereiry (13-3), który odzyskał pas wagi półciężkiej po zaledwie 80 sekundach walki!

    Mocne wejście Wikłacza do UFC

    Wybór rywala na pierwszy pojedynek wiele mówi o tym, jakie nadzieje wiąże z zawodnikiem największa organizacja MMA na świecie. W przypadku Jakuba Wikłacza UFC od razu postawiło na bardzo trudne wyzwanie – na gali UFC 320 zestawiono go z Patchym Mixem. Amerykanin to były mistrz Bellatora, przez lata uznawanego za drugą siłę światowego MMA. Choć w swoim debiucie w UFC Mix przegrał wyraźnie z Mario Bautistą, było jasne, że będzie chciał udowodnić, iż tamten występ był jedynie wypadkiem przy pracy.

    Trzy rundy ciężkiej bitwy

    Od pierwszych minut walka była niezwykle intensywna. Wikłacz świetnie pracował kopnięciami na korpus i łokciami, a jeden z jego ciosów zostawił Mixowi widoczne obrażenie pod okiem. Amerykanin potrafił obalić Polaka, ale Wikłacz był aktywniejszy w parterze – przetoczył rywala i samemu z góry zadawał dużo skutecznych ciosów.

    W drugiej rundzie obaj szukali okazji do poddań, m.in. duszenia gilotynowego, jednak bez powodzenia. Polak zaimponował refleksem – kiedy został sprowadzony, natychmiast wstał i wrócił do stójki, gdzie wyglądał solidniej od rywala. Trzecia odsłona należała jednak do Mixa, który tym razem dłużej kontrolował Wikłacza w parterze. Polak próbował odpowiadać z dołu, lecz zmęczenie dawało już o sobie znać.

    Kontrowersyjny werdykt

    Po trzech rundach wynik był sprawą otwartą. Pierwszą wyraźnie wygrał Wikłacz, trzecią Mix, a decydująca mogła być runda druga. Ostatecznie dwóch sędziów punktowało na korzyść Polaka i to on mógł cieszyć się z pierwszego, niezwykle cennego triumfu w UFC.

    Werdykt wywołał falę dyskusji. Daniel Cormier, były mistrz UFC w wadze półciężkiej i ciężkiej, otwarcie stwierdził w mediach społecznościowych, że „Patchy Mix wygrał tę walkę”, a decyzję sędziów nazwał błędem. Część fanów zgadzała się z jego opinią, jednak wielu podkreślało, że Wikłacz był aktywniejszy, zwłaszcza w parterze, gdzie Amerykanin głównie trzymał, a nie zadawał obrażenia. Głos zabrał także Derek Brunson, były zawodnik UFC, który przyznał, że w obecnym systemie punktacji walka mogła pójść w dwie strony.

    Pereira znów mistrzem!

    W walce wieczoru kontrowersji już nie było. Alex Pereira stanął do pojedynku o odzyskanie pasa wagi półciężkiej z Magomedem Ankalajewem (21-2-1). Brazylijczyk od samego początku ruszył ostro do ataku – niskie kopnięcia i potężne sierpy odbierały Rosjaninowi kontrolę nad pojedynkiem. Po mocnym prawym Ankalajew był wyraźnie naruszony i spróbował obalenia, ale Pereira skutecznie się obronił.

    W parterze „Poatan” zasypał rywala gradem ciosów i brutalnych łokci. Sędzia nie miał wyboru i przerwał starcie, widząc, że Rosjanin nie jest już w stanie się bronić. Cała akcja trwała zaledwie 80 sekund – Pereira w spektakularnym stylu odzyskał mistrzowski pas!

    https://x.com/SportsCenter/status/1974701100381986941?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1974701100381986941%7Ctwgr%5Ec6004d65df0000a4b70e33772960834511e5c4be%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Finne%2F710200532301520zrobil-to-co-za-debiut-polaka-w-ufc-zbil-bylego-mistrza.html

  • Znamy rywali polskich siatkarzy na ME. Dramat!

    Znamy rywali polskich siatkarzy na ME. Dramat!

    Polscy siatkarze poznali już rywali, z którymi zmierzą się w fazie grupowej przyszłorocznych mistrzostw Europy – najważniejszego turnieju kolejnego sezonu. Losowanie nie było dla nas szczęśliwe, bo biało-czerwoni trafili na zespół, który po ostatnim mundialu stał się jednym z najbardziej niebezpiecznych rywali. Trudno było o gorszy scenariusz.

    Najtrudniejszy możliwy rywal w grupie

    Od meczu o brąz z Czechami na mistrzostwach świata na Filipinach nie minął jeszcze tydzień, a siatkarska Polska już żyje wiadomościami dotyczącymi przyszłego sezonu. Losowanie fazy grupowej ME 2026 odbyło się w Bari i przyniosło nam wieść, której Nikola Grbić zapewne nie chciałby usłyszeć.

    Turniej zostanie rozegrany w dniach 9–27 września 2026 roku w czterech krajach: we Włoszech, Bułgarii, Finlandii i Rumunii. Gospodarze – zgodnie z tradycją – zostali rozstawieni i mogli wybrać sobie po jednym rywalu przed właściwym losowaniem. Polska trafiła do pierwszego koszyka, co oznaczało, że nie mogła zmierzyć się w grupie ani z Włochami (finalistami poprzednich ME), ani z Francją, Serbią czy Słowenią. Najtrudniejszym możliwym przeciwnikiem pozostawała Bułgaria – wicemistrz świata z 2025 roku. I właśnie na nią wpadliśmy.

    Rozlosowany przez Belę Barthę zestaw sprawił, że biało-czerwoni znaleźli się w grupie B z Bułgarią i Macedonią Północną. Później dołączyły do niej Ukraina, Portugalia i Izrael. To oznacza, że Polacy rozpoczną walkę o obronę tytułu w Warnie, w pojedynku z niezwykle groźnym gospodarzem.

    Grupa Polaków na ME 2026

    • Bułgaria – wicemistrzowie świata 2025, 9. miejsce w rankingu FIVB
    • Macedonia Północna – 1/8 finału ME 2023, 47. miejsce w rankingu FIVB
    • Ukraina – ćwierćfinał ME 2023, 17. miejsce w rankingu FIVB
    • Portugalia – 1/8 finału MŚ 2025, 23. miejsce w rankingu FIVB
    • Izrael – odpadli w fazie grupowej ME 2023, 31. miejsce w rankingu FIVB

    Na tle tej stawki zdecydowanie wyróżniają się Bułgarzy – młody, świetnie rozwijający się zespół, z braciami Nikołow na czele. Mecze z pozostałymi rywalami Polacy powinni wygrać bez większych problemów, choć już na inaugurację czeka ich poważny test formy. Dla wielu ekspertów to nawet korzystna sytuacja – po MŚ pojawiały się opinie, że biało-czerwonym brakowało w początkowej fazie wymagających przeciwników. Tym razem o rozluźnieniu nie będzie mowy.

    Skład grup mistrzostw Europy 2026

    • Grupa A (Włochy – Neapol, Modena, Turyn, Mediolan): Włochy, Szwecja, Słowenia, Czechy, Grecja, Słowacja
    • Grupa B (Warna): Bułgaria, Polska, Macedonia Płn., Ukraina, Portugalia, Izrael
    • Grupa C (Tampere): Finlandia, Estonia, Serbia, Belgia, Holandia, Dania
    • Grupa D (Kluż-Napoka): Rumunia, Francja, Niemcy, Turcja, Łotwa, Szwajcaria

    Spośród gospodarzy to właśnie Polacy trafili najgorzej – Bułgaria jest zespołem w świetnej formie i bardzo niewygodnym przeciwnikiem. Jednak patrząc na całość losowania, można stwierdzić, że w innych grupach sytuacja wcale nie wygląda lepiej. Szczególnie groźnie zapowiada się grupa D (z Francją, Niemcami i Turcją) czy grupa C (z Serbią, Belgią i Holandią).

    Obrona mistrzowskiego tytułu

    Biało-czerwoni przystąpią do turnieju jako aktualni mistrzowie Europy. W Warnie, a następnie w Mediolanie – jeśli awansują do dalszej fazy – spróbują obronić złoto. Trener Nikola Grbić może być spokojny o mentalność drużyny – od początku swojej kadencji prowadzi Polaków do medali we wszystkich najważniejszych imprezach. Ma ich już na koncie osiem. Teraz wszyscy liczą, że ME 2026 będą kolejnym triumfem.

    https://x.com/CEVolleyball/status/1974565684307972296?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1974565684307972296%7Ctwgr%5E4fa363bd5c84cf1e2acac3eaa6ea3dbf7234f7f1%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fsiatkowka%2F76494832301359znamy-rywali-polskich-siatkarzy-na-me-dramat.html

  • Masternak wyszedł do walki o mistrzostwo Europy. Nokaut w 7. rundzie!

    Masternak wyszedł do walki o mistrzostwo Europy. Nokaut w 7. rundzie!

    Mateusz Masternak (50-6, 33 KO) po trzynastu latach ponownie sięgnął po pas mistrza Europy w wadze cruiser. Aby to zrobić, musiał zmierzyć się z ogromnym Joelem Djeko (19-4-1, 9 KO), mającym prawie dwa metry wzrostu. Polak zdał ten egzamin w imponującym stylu – posłał Belga na deski i zakończył pojedynek efektownym nokautem!

    Powrót po trzynastu latach

    Masternak już w 2011 roku zdobył mistrzostwo Europy, ale przez długie lata nie miał okazji ponownie walczyć o ten tytuł. Tym razem stanął przed nie lada wyzwaniem – jego rywal mierzył aż 198 centymetrów. „Master” dobrze przygotował się do tego starcia, sparując wcześniej z wysokimi zawodnikami, by oswoić się z przewagą wzrostu przeciwnika.

    – To dla mnie wyjątkowy moment. Po 13 latach mogłem ponownie zawalczyć o pas Europy, a dodatkowo była to szansa na jubileuszowe, 50. zwycięstwo. To naprawdę ogromne przeżycie – podkreślał przed walką Masternak w rozmowie z „Pasją Sportów Walki”.

    Od początku pełna kontrola

    Polak rozpoczął bardzo rozważnie. Nie dał się ponieść emocjom i cierpliwie szukał luk w defensywie Belga. Djeko próbował utrzymywać dystans dzięki swojej długiej lewej ręce, lecz Masternak potrafił przebić się ze swoimi ciosami. W drugiej rundzie „Master” jeszcze bardziej się rozkręcił – był szybszy, dokładniejszy i prowadził walkę według własnych zasad.

    Każda z pierwszych czterech rund trafiła na konto Polaka. Gdy Djeko próbował w piątym starciu podkręcić tempo, Masternak skutecznie spychał go do narożnika i rozbijał jego obronę.

    Nokaut w wielkim stylu

    W szóstej rundzie „Master” pozwolił sobie na nieco bardziej otwartą wymianę, choć szybko przekonał się, że rywal nadal potrafi być groźny. Dlatego wrócił do swojego technicznego, szybkiego boksu. To właśnie taka strategia przyniosła decydujący efekt.

    W siódmym starciu Masternak ponownie zapędził Belga do narożnika i rozpoczął mocny atak. Seria celnych uderzeń zakończyła się potężnym ciosem, po którym prawie dwumetrowy rywal runął na deski. Nie był już w stanie się podnieść.

    Kolejny krok do spełnienia marzeń

    Mateusz Masternak w wieku 38 lat znów został mistrzem Europy i zrobił to w znakomitym stylu. Polak od dawna marzy jednak o zdobyciu pasa mistrza świata. W przeszłości dwukrotnie stawał przed taką szansą, ale bez powodzenia. Czy powiedzenie „do trzech razy sztuka” okaże się prorocze?

  • Trzy liczenia i koniec. Niecałe pięć minut polskiej rewelacji z MŚ. Jest złoto

    Trzy liczenia i koniec. Niecałe pięć minut polskiej rewelacji z MŚ. Jest złoto

    Julia Szeremeta przed rokiem w Paryżu otworzyła polskim pięściarkom drogę do większych sukcesów. Jej srebrny medal z igrzysk okazał się przełomem, a już kilka miesięcy później na mistrzostwach świata w Liverpoolu ekipa Tomasza Dylaka wywalczyła aż trzy krążki. Tam na podium zabrakło miejsca dla Kingi Krówki, choć rozpoczęła turniej bardzo obiecująco. Dziś 18-latka z Gostynia wyrasta jednak na jedną z największych nadziei polskiego boksu. W tym roku w Pucharze Świata w Brazylii pokonała medalistkę olimpijską z Paryża, a teraz w Sokółce sięgnęła po złoto młodzieżowych mistrzostw Polski – i to w efektownym stylu.

    Polski boks kobiet rośnie w siłę
    Sukcesy kobiecej kadry pokazują, że w olimpijskim wydaniu polski boks opiera się dziś na zawodniczkach. Od srebra Julii Szeremety w Paryżu, po medale mistrzostw świata – widać wyraźny progres. W Liverpoolu złoto zdobyła Agata Kaczmarska, a finałowe porażki Julii Szeremety i Anety Rygielskiej przyniosły kolejne srebra. Blisko medali były również Kinga Krówka i Emilia Koterska – ta pierwsza przegrała minimalnie z utytułowaną rywalką, pokazując ogromny potencjał.

    Krówka dojrzewa do wielkich wyzwań
    Choć dopiero w listopadzie skończy 19 lat, Kinga Krówka już teraz ma na koncie imponujące osiągnięcia. Po świetnym występie w Brazylii dołożyła tytuł mistrzyni Polski w kategorii młodzieżowej. W Sokółce w finałowym pojedynku zmierzyła się z Małgorzatą Pępek z Gardy Gierałtowice i bezdyskusyjnie wygrała przed czasem. Walka potrwała niespełna dwie rundy – po trzecim liczeniu sędzia zakończył pojedynek.

    Krówka od początku kontrolowała przebieg starcia. Najpierw spokojnie rozbijała rywalkę, a potem zdecydowanie przyspieszyła. Już w pierwszej rundzie seria czterech ciosów sprawiła, że Pępek była liczona. W drugiej odsłonie lewy sierpowy wstrząsnął przeciwniczką, a kolejne ataki przypieczętowały zwycięstwo 18-latki.

    – Stoczyłam trzy walki i z każdej jestem zadowolona. Finał trwał krótko, ale szanuję przeciwniczkę i dziękuję, że wyszła do ringu – powiedziała Krówka w rozmowie dla profilu Polskiego Związku Bokserskiego. – Teraz czas na chwilę odpoczynku, a potem przygotowania do młodzieżowych mistrzostw Europy w Budapeszcie. A później, mam nadzieję, trener Tomek da trochę luzu – dodała z uśmiechem.

    Triumfatorki finałów młodzieżowych mistrzostw Polski w Sokółce:

    • 48 kg: Emilia Kościelska – Alicja Zakrzewska 5:0
    • 51 kg: Nikola Prymaczenko – Marta Prill 5:0
    • 54 kg: Julia Wasiakowska – Angelika Arendacz 4:1
    • 57 kg: Izabela Rozkoszek – Natalia Zakrzewska 5:0
    • 60 kg: Wiktoria Hass – Anastazja Michałek 4:1
    • 65 kg: Kinga Krówka – Małgorzata Pępek (RSC w 2. rundzie)
    • 70 kg: Aleksandra Cyrek – Barbara Marcinkowska (walkower)
    • 75 kg: Daria Parada – Oliwia Araszewska 5:0
    • 80 kg: Julia Oleś – Maria Pępek 5:0
    • +80 kg: Martyna Jancelewicz – Sandra Wan Der Zanden 5:0

     

  • Tak wygląda ranking WTA po szokującym półfinale w Pekinie

    Tak wygląda ranking WTA po szokującym półfinale w Pekinie

    Półfinał turnieju WTA 1000 w Pekinie zakończył się prawdziwym wstrząsem. Amanda Anisimowa w imponującym stylu rozbiła trzecią rakietę świata Coco Gauff 6:1, 6:2 i uniemożliwiła jej tym samym obronę zeszłorocznego tytułu. Amerykanka, znana polskim kibicom jako pogromczyni Igi Świątek z tegorocznego US Open, była tego dnia bezkonkurencyjna. Gauff nie tylko poniosła bolesną porażkę, ale też straciła sporo punktów do rankingu, co pogłębiło jej dystans do Świątek. Jeśli zaś Anisimowa sięgnie po końcowy triumf, układ sił w czołówce światowej może się jeszcze zmienić.

    Anisimowa w formie „nie z tej ziemi”

    To, co Anisimowa pokazuje w Pekinie, kibice zaczęli określać mianem „formy mutanta”. Amerykanka w drodze do półfinału potrafiła zwyciężać zarówno szybko i pewnie, jak i w trzysetowych bojach – m.in. z Karoliną Muchovą czy Jasmine Paolini. Jednak to, co zrobiła w starciu z Gauff, przechodzi wszelkie wyobrażenia. Wynik 6:1, 6:2 mówi sam za siebie – i gdyby nie chwile lekkiego rozluźnienia pod koniec obu setów, mogłoby skończyć się nawet 6:0, 6:0.

    Gauff w odwrocie

    Jeszcze rok temu to Coco Gauff była bohaterką Pekinu, demolując w finale Muchovą i sięgając po tytuł. Teraz jednak opuściła kort wyraźnie przygnębiona – bezradna wobec agresji i konsekwencji rywalki. Porażka oznacza dla niej spadek o 610 punktów w klasyfikacji WTA, a to mocno komplikuje jej sytuację w walce o utrzymanie miejsca w czołowej trójce.

    Świątek coraz dalej, Anisimowa coraz bliżej

    Aktualnie Gauff ma na koncie 7263 punkty, co oznacza, że jej strata do Igi Świątek wynosi już 1290 oczek. Polka, choć odpadła w Pekinie w 1/8 finału, nie broniła punktów i dopisała sobie 120, więc jej pozycja jest stabilniejsza. Anisimowa, awansując do finału, zyskała już 530 punktów i w tej chwili ma ich 5639. Jeżeli wygra turniej, zmniejszy stratę do Gauff do zaledwie 1274 punktów.

    Układ sił w Top 3 może się zmienić

    Czy na koniec sezonu w najlepszej trójce znajdą się Aryna Sabalenka, Iga Świątek i Amanda Anisimowa, a nie Sabalenka, Świątek i Gauff? To scenariusz jak najbardziej realny. Wszystko zależy od wyników w kolejnych imprezach – w szczególności w Wuhan (gdzie przed rokiem Gauff była w półfinale, a Anisimowa odpadła szybko) oraz podczas finałów WTA w Rijadzie, gdzie można zdobyć aż 1500 punktów.

    Przy obecnej formie Anisimowej jej szturm na podium światowego rankingu wcale nie jest wykluczony.

    Ranking WTA „na żywo” po półfinale Gauff – Anisimowa:

    1. Aryna Sabalenka – 11 010 pkt
    2. Iga Świątek – 8553 pkt
    3. Coco Gauff – 7263 pkt
    4. Amanda Anisimova – 5639 pkt
    5. Mirra Andriejewa – 4698 pkt
    6. Madison Keys – 4459 pkt
    7. Jessica Pegula – 4653 pkt
    8. Jasmine Paolini – 4156 pkt
    9. Jelena Rybakina – 3833 pkt
    10. Qinwen Zheng – 3678 pkt
  • 31:1. Co za dominacja Pajor i spółki!

    31:1. Co za dominacja Pajor i spółki!

    Tym razem nie udało się dopisać ani gola, ani asysty. Mimo to Ewa Pajor zaliczyła solidny występ w barwach FC Barcelony. W sobotnie popołudnie Polka rozpoczęła mecz przeciwko Eibarowi w podstawowym składzie. Kilka razy próbowała zaskoczyć bramkarkę rywalek, ale piłka nie znalazła drogi do siatki. Skuteczniejsze okazały się jej koleżanki, które poprowadziły zespół do pewnego zwycięstwa 4:0.

    Pajor nie trafia, ale Barcelona dominuje

    Ewa Pajor dołączyła do Barcelony w poprzednim sezonie i bardzo szybko wyrosła na jedną z kluczowych postaci drużyny. Została królową strzelczyń ligi, a obecnie broni tego tytułu i jest na dobrej drodze, by ponownie go zdobyć. W nowej kampanii tylko raz nie wpisała się na listę strzelczyń – w starciu z Sevillą wygranym 5:0. W pozostałych czterech spotkaniach zdobyła pięć bramek i dołożyła trzy asysty. Nic dziwnego, że kibice liczyli, iż również w meczu z Eibarem Polka znajdzie sposób na pokonanie bramkarki.

    Barcelona od początku narzuciła swój styl gry. Już w 15. minucie prowadzenie dała jej Clara Serrajordi. Pajor aktywnie uczestniczyła w akcjach ofensywnych, miała kilka okazji, lecz brakowało skuteczności. Do przerwy nie udało jej się zdobyć bramki, ale i tak została dobrze oceniona – portal Flashscore wystawił jej notę 7,5, wyższą miały tylko strzelczyni pierwszego gola oraz jej asystentka.

    Statystyki bezlitosne dla rywalek

    Po przerwie obraz gry się nie zmienił. Barcelona wciąż dominowała, a drugie trafienie padło w 54. minucie po strzale Vicky Lopez. Eibar nie był w stanie odpowiedzieć – gospodynie oddały w całym spotkaniu aż 33 strzały, z czego 15 celnych, podczas gdy rywalki zaledwie raz uderzyły w światło bramki.

    Pajor opuściła boisko w 70. minucie, a jej miejsce zajęła Aitana Bonmati. Niedługo później kolejne gole dołożyły Caroline Graham (73’) oraz Salma Paralluelo, która w 97. minucie ustaliła wynik na 4:0.

    Barcelona pewnie liderem

    Dzięki tej wygranej Barcelona umocniła się na pozycji lidera hiszpańskiej ligi. Po sześciu kolejkach ma na koncie komplet punktów i imponujący bilans bramkowy 31:1. Nad drugim w tabeli Atletico Madryt utrzymuje cztery punkty przewagi.

    Choć tym razem Ewa Pajor nie podniosła swojego dorobku strzeleckiego, pozostaje jedną z głównych liderek zespołu i w kolejnych meczach z pewnością ponownie będzie walczyć o bramki i asysty.

  • Gauff opuściła kort po 58 minutach. Kompletna demolka. Amerykanka wyeliminowana

    Gauff opuściła kort po 58 minutach. Kompletna demolka. Amerykanka wyeliminowana

    Mimo że w decydującej fazie turnieju WTA 1000 w Pekinie zabrakło Igi Świątek, półfinały w stolicy Chin zapowiadały się intrygująco – przynajmniej na papierze. Już pierwszy mecz przyniósł pojedynek dwóch Amerykanek: broniącej tytułu Coco Gauff i rozstawionej z numerem „3” Amandy Anisimovej. W praktyce jednak kibice obejrzeli jednostronne widowisko. Starsza z tenisistek ze Stanów Zjednoczonych całkowicie zdominowała rywalkę, kończąc spotkanie w zaledwie 58 minut.

    Amerykańskie starcie w półfinale

    Było to szczególne zestawienie, bo obie zawodniczki ostatni raz mierzyły się ze sobą trzy lata temu. Dotychczasowy bilans ich pojedynków na poziomie WTA wynosił 1:1, a zatem sobotnie starcie miało rozstrzygnąć, która z nich obejmie prowadzenie w bezpośrednich konfrontacjach.

    Spotkanie miało również spore znaczenie rankingowe. Przed turniejem w Pekinie Gauff wyprzedzała Anisimovą w światowym zestawieniu o 2764 punkty, ale broni w końcówce sezonu bardzo dużej zdobyczy, co daje Amandzie szansę na zbliżenie się w rankingu. Jeszcze ciekawiej wyglądało to w klasyfikacji Race, gdzie dzieliło je zaledwie 276 punktów. Zwycięstwo w półfinale oznaczało dodatkowe 260 punktów, a triumf w całym turnieju – kolejne 350. To sprawiało, że Anisimova mogła już w Pekinie wyprzedzić Gauff w walce o miejsce w czołowej trójce Race.

    Pierwszy set pod pełną kontrolą Anisimovej

    Mecz rozpoczął się od podania Anisimovej. Choć Gauff miała szansę na przełamanie przy stanie 40-40, starsza z Amerykanek zachowała koncentrację i utrzymała serwis. Potem na korcie rządziła już tylko ona. Gauff wygrała zaledwie dwie z osiemnastu kolejnych wymian i po kwadransie na tablicy widniał wynik 5:0 dla Anisimovej. Dopiero wtedy Coco zdobyła swój pierwszy gem i miała okazję na kolejne przełamanie, ale Amanda szybko opanowała sytuację i zamknęła partię wynikiem 6:1.

    Drugi set i błyskawiczny finisz

    Na początku drugiej odsłony Anisimova nie spuściła z tonu. Szybko zdobyła przełamanie, a następnie pewnie utrzymała podanie, wychodząc na prowadzenie 2:0. Gauff nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na agresywną, pełną pewności siebie grę rywalki. Przy stanie 3:0 Amanda dołożyła kolejne przełamanie i praktycznie rozstrzygnęła losy spotkania.

    Przy wyniku 5:0 Anisimova serwowała już po awans do finału. Choć Gauff zdołała jeszcze urwać dwa gemy, nie była w stanie odwrócić losów meczu. Ostatecznie Anisimova zwyciężyła 6:1, 6:2 i w niedzielnym finale zmierzy się z Jessicą Pegulą albo Lindą Noskovą. Stawką będzie nie tylko trofeum w Pekinie, ale także awans na trzecie miejsce w rankingu WTA Race.

  • Dwa rekordy, zwieńczone złotym medalem. Polka kompletnie zdominowała stawkę

    Dwa rekordy, zwieńczone złotym medalem. Polka kompletnie zdominowała stawkę

    Kolejny znakomity sukces biało-czerwonych na paralekkoatletycznych mistrzostwach świata w New Delhi! Faustyna Kotłowska nie tylko wywalczyła złoty medal w pchnięciu kulą F64, ale przy okazji ustanowiła rekord mistrzostw oraz rekord Europy. Dla 24-letniej zawodniczki to już drugi tytuł mistrzowski zdobyty podczas tej imprezy – kilka dni wcześniej triumfowała również w rzucie dyskiem.

    Polska potęgą w paralekkoatletyce

    Polacy od lat udowadniają, że lekkoatletyka to dyscyplina, w której potrafią odnosić spektakularne sukcesy. Nie inaczej jest w przypadku ich odpowiedników w sporcie paraolimpijskim. Ekipa biało-czerwonych świetnie spisuje się w New Delhi, skąd regularnie napływają informacje o kolejnych medalach.
    W poniedziałek na najwyższym stopniu podium stanęli Bartosz Górczak (pchnięcie kulą) oraz Faustyna Kotłowska (rzut dyskiem). Jeszcze wcześniej złoto dla Polski zdobyli Artur Krzyżek (100 m) i Magdalena Andruszkiewicz (400 m). Łącznie reprezentanci wywalczyli już 14 medali (7 złotych, 2 srebrne i 5 brązowych), a piątkowy start Kotłowskiej powiększył dorobek o ósmy złoty krążek.

    Mistrzowski popis Kotłowskiej

    Kotłowska w konkursie pchnięcia kulą F64 zmierzyła się z pięcioma rywalkami, w tym z rekordzistką świata w kategorii F63, Alexandrą Nouchet. Polka rozpoczęła z przytupem – jako jedyna już w pierwszej próbie przekroczyła granicę 10 metrów (10,22 m). W drugim podejściu zdeklasowała konkurencję, osiągając 10,88 m. Wynik ten okazał się nowym rekordem mistrzostw świata oraz Europy. Do rekordu globu, należącego do Marii Combrink, zabrakło jej zaledwie 27 centymetrów.
    Nouchet (10,10 m) i Alicia Guerrero (10,02 m) także przekroczyły barierę 10 metrów, lecz nie były w stanie zagrozić Polce. Kotłowska przypieczętowała triumf, zbliżając się do własnego rekordu w ostatniej próbie (10,86 m).

    Radość i satysfakcja

    – Jestem bardzo zadowolona z wyniku, a rekord Europy cieszy szczególnie, bo w rzucie dyskiem nie poprawiłam życiówki. Wiem, że mogłam jeszcze coś dołożyć, bo był zapas, ale i tak jestem szczęśliwa. Teraz czekają mnie wakacje i trochę odpoczynku – mówiła szczęśliwa mistrzyni w rozmowie z portalem parasportowcy.pl.

    Drugie złoto w New Delhi i odśpiewany przy tej okazji „Mazurek Dąbrowskiego” sprawiły, że Faustyna Kotłowska zapisała się złotymi zgłoskami w historii tych mistrzostw, a reprezentacja Polski może cieszyć się już z ośmiu tytułów mistrzowskich.