Category: Uncategorized

  • Rekord MŚ! To była ostatnia prosta. Bukowiecka pokazała klasę

    Rekord MŚ! To była ostatnia prosta. Bukowiecka pokazała klasę

    Z ogromnym napięciem wyczekiwaliśmy finału mistrzostw świata w biegu na 400 metrów. Natalia Bukowiecka stanęła na starcie w świetnej dyspozycji, walczyła do końca i osiągnęła swój najlepszy wynik w sezonie. Mimo to nie udało się sięgnąć po medal – Polka zakończyła rywalizację na czwartej pozycji.

    Bukowiecka przyjechała do Tokio bez łatki faworytki. Owszem, wciąż pamiętamy o wspaniałych sukcesach polskich biegaczek z poprzednich lat, ale tegoroczne rezultaty pokazywały, że kilka zawodniczek prezentuje formę wyraźnie lepszą od brązowej medalistki olimpijskiej na tym dystansie.

    Bukowiecka z przytupem w finale
    Mimo krytyki, jaka w ostatnich miesiącach spadała na nią ze strony kibiców, nasza sprinterka nie ugięła się pod presją. W półfinale uzyskała znakomity wynik – 49,67 s, co było jej najlepszym rezultatem w tym roku. Co więcej, na ostatnich metrach wyprzedziła jedną z najgroźniejszych rywalek, Marileidę Paulino, i pewnie zwyciężyła swój bieg.

    Główną faworytką do złota pozostawała Sydney McLaughlin-Levrone, która w półfinale pobiła rekord USA czasem 48,29 s, mimo że wyraźnie zwolniła na ostatnich metrach. Eksperci spekulowali, że Amerykanka może nawet pokusić się o poprawienie legendarnego rekordu świata Marity Koch (47,60 s), który od blisko 40 lat uchodzi za jeden z najtrudniejszych do pobicia.

    Dobre występy Bukowieckiej rozbudziły nasze nadzieje, choć wiedzieliśmy, że rywalizacja w finale będzie niezwykle mocna i Polka równie dobrze mogła zakończyć bieg na 5. czy 6. miejscu.

    Przebieg finału
    W decydującym starcie McLaughlin-Levrone była absolutnie poza zasięgiem reszty stawki. Wygrała z fenomenalnym czasem 47,78 s – to rekord mistrzostw świata i drugi najlepszy wynik w historii konkurencji. Bukowiecka od początku biegła odważnie, a na finiszu stoczyła zaciętą walkę o czwartą pozycję, którą ostatecznie utrzymała. Uzyskała rezultat 49,27 s, najlepszy w tym sezonie.

    Podium uzupełniły Paulino (47,98 s) oraz Salwa Eid Naser (48,19 s). Trójka medalistek wyraźnie odskoczyła reszcie rywalek.

    Choć Polce nie udało się zdobyć medalu, jej występ należy ocenić bardzo wysoko. Udowodniła, że potrafi przygotować najwyższą formę na najważniejszą imprezę sezonu i po raz kolejny potwierdziła, że jest najlepszą Europejką na dystansie 400 metrów.

  • Rekord, rekord! Fantastyczny bieg Wielgosz na MŚ w Tokio

    Rekord, rekord! Fantastyczny bieg Wielgosz na MŚ w Tokio

    Podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Tokio w eliminacjach biegu na 800 metrów zobaczyliśmy trzy Polki: Angelikę Sarnę, Margaritę Koczanową i Annę Wielgosz. Dwie z nich poprawiły rekordy życiowe, ale tylko jedna zdołała wywalczyć awans do półfinału. Udało się to Annie Wielgosz, która w decydujących momentach zachowała zimną krew i wykazała się sprytem. – Jeszcze nie ma pusto w baku, możemy walczyć – zapowiedziała po biegu.

    Sarna blisko awansu, ale zabrakło sekundy

    Jako pierwsza na bieżnię wyszła Angelika Sarna. Początkowo bieg układał się dla niej dobrze – na 500. metrze zajmowała czwarte miejsce. W końcówce pojawiły się jednak problemy. Eloisa Coiro wdarła się po wewnętrznej, blokując Polkę i wybijając ją z rytmu. Ostatecznie Sarna finiszowała szósta z czasem 2:02.81, co oznaczało stratę niespełna sekundy do półfinału. – Na 120 metrów do mety zrobił się chaos. Włoszka na siłę chciała wejść po wewnętrznej, choć miejsca tam nie było. To wybiło mnie z rytmu. 800 metrów to bieg bardzo taktyczny, szybki i nieprzewidywalny – oceniła w rozmowie z TVP Sport.

    Wielgosz z życiówką i pewnym awansem

    W kolejnym biegu wystartowała Anna Wielgosz. Postawiła na spokojny początek, a szczęście dopisało jej w kluczowym momencie – dwie rywalki zderzyły się, a Polka umiejętnie przeskoczyła nad jedną z nich i zaczęła przesuwać się do przodu. Na ostatnich 300 metrach minęła m.in. Hiszpankę Loreę Ibarzabal i Australijkę Abbey Caldwell, finiszując na trzecim miejscu, które dawało bezpośredni awans. Wielgosz ustanowiła przy tym rekord życiowy 1:58.63. – Na początku trzymałam się z tyłu, żeby nie wdawać się w przepychanki. Miałam też trochę szczęścia, bo jedna z dziewczyn się przewróciła. Cieszę się ogromnie, bo jeszcze nie ma pusto w baku – będziemy walczyć. Chcę jak najlepiej wypaść na głównej imprezie sezonu i dam z siebie wszystko w półfinale – mówiła po biegu.

    Koczanowa z rekordem, ale bez półfinału

    Jako ostatnia pobiegła Margarita Koczanowa. Przez większą część dystansu utrzymywała się na szóstym miejscu. Na finiszu przesunęła się na czwartą pozycję, jednak nie zdołała dogonić czołówki, a dodatkowo tuż przed metą wyprzedziła ją Francuzka Renelle Lamote. Polka zajęła piąte miejsce z czasem 1:59.37 – najlepszym w karierze, ale niewystarczającym do awansu. – Jestem niesamowicie dumna z siebie i z całej drogi, którą przeszłam w tym sezonie. Trzeci raz pobiegłam poniżej dwóch minut, to piękne zakończenie sezonu. Mam nadzieję, że w halowych startach wejdę z przytupem – przyznała po biegu.

    Półfinały na 800 metrów kobiet odbędą się w czwartek o godzinie 13:43 czasu polskiego.

  • Nie do wiary, co zrobiła Świątek. Wymowna reakcja Fissette’a i Abramowicz

    Nie do wiary, co zrobiła Świątek. Wymowna reakcja Fissette’a i Abramowicz

    Iga Świątek w świetnym stylu zadebiutowała w Korei Południowej. W swoim pierwszym meczu w karierze rozgrywanym w Seulu pokonała w drugiej rundzie turnieju WTA 500 Soranę Cirsteę 6:3, 6:2 i zameldowała się w ćwierćfinale. Spotkanie obfitowało w emocje i efektowne zagrania, a jedno z nich – znakomity bekhend Polki – wprawiło komentatorów w osłupienie.

    Rumunka, obecnie 56. rakieta świata, w pierwszym meczu gładko wygrała z Anastazją Zacharową 6:3, 6:1. W starciu ze Świątek, która jako najwyżej rozstawiona w imprezie tenisistka otrzymała w pierwszej rundzie wolny los, miała jednak dużo trudniejsze zadanie.

    Początek spotkania należał zdecydowanie do Polki. Błyskawicznie objęła prowadzenie 3:0, dwukrotnie przełamując rywalkę. – „Ależ piszczy ten kort pod stopami Igi, ona wykonuje mnóstwo małych kroków, świetnie się porusza” – komentował w Canal+ Sport Żelisław Żyżyński. Z czasem gra się wyrównała, a Świątek zaczęła popełniać błędy. Cirstea wykorzystała jedną z okazji i odrobiła stratę przełamania, jednak przy kolejnym gemie serwisowym ponownie oddała podanie.

    W międzyczasie Świątek popisała się zagraniem, które komentatorka Klaudia Jans-Ignacik nazwała „obrazkiem meczu” – zaskakującym bekhendem odegranym w sytuacji, gdy piłka nieoczekiwanie przyspieszyła po odbiciu od kortu. Polka prowadziła już 5:1, lecz Cirstea ambitnie walczyła, zmniejszając straty do 5:3. Ostatecznie set zakończył się wynikiem 6:3, gdy Świątek ponownie przejęła inicjatywę i skutecznie wykańczała wymiany.

    Druga partia rozpoczęła się niemal identycznie – od prowadzenia Polki 3:0. Rumunka starała się przejmować kontrolę, ale popełniała zbyt wiele błędów. Świątek utrzymywała przewagę, wspierając się dobrym serwisem i skuteczną grą w kluczowych momentach. Przy stanie 4:2 pojawiły się małe nerwy, bo Cirstea miała szansę na przełamanie, jednak to ona popełniła błąd przy forhendurze. Po chwili Polka zamknęła mecz wynikiem 6:3, 6:2.

    Był to pierwszy występ Świątek od US Open. Po turnieju w Nowym Jorku Polka przyznała, że zmagała się z problemami ze stopą. Trener Wim Fissette podkreślał, że start w Seulu był uzależniony od pełnej sprawności zawodniczki. – „Powiedzieliśmy sobie, że zagramy tutaj tylko wtedy, gdy Iga będzie w stu procentach zdrowa” – wyjaśniał w rozmowie ze Sport.pl. W meczu z Cirsteą widać było, że przerwa i odpoczynek przyniosły efekty.

    Świątek, która debiutuje w turnieju w stolicy Korei Południowej, musiała jeszcze oswoić się z tamtejszymi kortami, co tłumaczy większą liczbę niewymuszonych błędów. Kluczowe jednak, że w decydujących momentach zachowała zimną krew i precyzję.

    W ćwierćfinale rywalką Polki będzie zwyciężczyni meczu Barbora Krejčíková – Emma Raducanu. Transmisje z turnieju w Seulu dostępne są w Canal+ Sport, a relacje także w serwisie Sport.pl. Świątek pozostaje jedyną reprezentantką Polski w singlu tej imprezy.

  • Świątek nagle dostała pytanie o ojca. Natychmiastowa reakcja

    Świątek nagle dostała pytanie o ojca. Natychmiastowa reakcja

    Iga Świątek awansowała do ćwierćfinału turnieju WTA 500 w Seulu! Polka udanie rozpoczęła azjatycką część sezonu, pokonując w stolicy Korei Południowej Soranę Cirsteę 6:3, 6:2. Rumunka próbowała stawić jej opór i momentami zmuszała do większego wysiłku, jednak na dłuższą metę nie była w stanie zatrzymać liderki światowego rankingu. Po meczu Świątek podsumowała swój występ, a ku zaskoczeniu wielu otrzymała także pytanie o… swojego ojca.

    Uraz nie zatrzymał Igi

    Jeszcze przed rozpoczęciem turnieju w Seulu pojawiały się wątpliwości, czy Świątek w ogóle wystąpi. W trakcie US Open zmagała się bowiem z problemem ze stopą. Ostatecznie zdecydowała się na wyjazd do Korei Południowej i, jak się okazało, była jedyną tenisistką z czołowej dziesiątki rankingu WTA, która pojawiła się w tym turnieju. Jako rozstawiona z numerem 1 od początku była główną faworytką imprezy.

    Cirstea spróbowała, ale nie dała rady

    Polka rozpoczęła rywalizację od 1/8 finału, gdyż w pierwszej rundzie miała wolny los. Jej przeciwniczką była doświadczona Sorana Cirstea, która wcześniej pewnie ograła Anastazję Zacharową. Mimo to bilans bezpośrednich starć z Igą mówił sam za siebie – Rumunka jeszcze nigdy nie wygrała z Polką.

    W pierwszym secie Świątek musiała się nieco napracować. Przy prowadzeniu 5:1 miała trzy piłki setowe, ale rywalka zdołała się obronić i nawet odrobić jedno przełamanie. Liderka rankingu natychmiast odpowiedziała jednak własnym „breakiem”, zamykając partię wynikiem 6:3. W drugiej odsłonie spotkania tylko raz znalazła się w opałach – przy stanie 2:4 Cirstea miała trzy szanse na przełamanie. Świątek wyszła z opresji, a chwilę później przejęła pełną kontrolę nad meczem, wygrywając 6:2.

    Seul wyjątkowy dla rodziny Świątek

    Po zwycięstwie Iga podkreślała, że musiała szybko zaaklimatyzować się do nowych warunków gry. – Czuję się świetnie, dziękuję za wasze wsparcie. Warunki są zupełnie inne niż podczas mojego ostatniego turnieju, ale cieszę się, że tak szybko się przystosowałam. Bardzo podoba mi się tutaj, zwłaszcza kiedy nie pada deszcz – mówiła z uśmiechem.

    Dziennikarze zapytali ją również o jej ojca, Tomasza Świątka, który w 1988 roku startował właśnie w Seulu podczas igrzysk olimpijskich i zajął siódme miejsce w wioślarskiej czwórce podwójnej. – Tata wiele razy opowiadał mi i mojej siostrze o tamtym doświadczeniu, to był szczyt jego kariery. Teraz ja mogę odkrywać to miasto i grać na obiektach olimpijskich. Jestem zaskoczona, jak mocno Seul pielęgnuje olimpijskie tradycje. To niesamowite uczucie, bo igrzyska to najważniejsze zawody na świecie. Może za rok tata przyjedzie tutaj razem ze mną – przyznała Polka.

    W ćwierćfinale Świątek zmierzy się ze zwyciężczynią pojedynku pomiędzy Emmą Raducanu a Barborą Krejčíkovą.

  • Kosmiczny finał z udziałem Natalii Bukowieckiej. To może być wydarzenie mistrzostw świata

    Kosmiczny finał z udziałem Natalii Bukowieckiej. To może być wydarzenie mistrzostw świata

    Już same półfinały biegu na 400 metrów kobiet w Tokio stały na poziomie absolutnie historycznym, a to dopiero przedsmak tego, co czeka nas w wielkim finale (godz. 15.24). Wszystko wskazuje na to, że będziemy świadkami jednego z najmocniej obsadzonych biegów w całej historii mistrzostw świata w lekkiej atletyce. Na starcie zobaczymy prawdziwą plejadę gwiazd, w tym Natalię Bukowiecką. Niewykluczone, że dojdzie nawet do przełamania legendarnego rekordu świata Marity Koch z 1985 roku.

    W skrócie

    • Finał 400 m w Tokio zapowiada się jako jeden z najmocniejszych w dziejach tej konkurencji – z udziałem największych gwiazd, w tym Polki Natalii Bukowieckiej.
    • Główną faworytką jest Amerykanka Sydney McLaughlin-Levrone, która może podjąć próbę pobicia 40-letniego rekordu świata. Bukowiecka ma realne szanse na medal, zwłaszcza w walce o brąz.
    • Polka prezentuje najwyższą formę w sezonie, a jej trener Marek Rożej wierzy, że stać ją na kolejny wielki wynik i niespodziankę w finale.

    Rekord pod ostrzałem

    W dziejach kobiecego 400 m tylko dwie zawodniczki zeszły poniżej 48 sekund – Marita Koch (47,60 w 1985 r.) oraz Jarmila Kratochvilova (47,99). Do dziś to wyniki niemal mityczne. W Tokio najwięcej emocji budzi forma Sydney McLaughlin-Levrone. Amerykanka w półfinale uzyskała 48,29 sek., a na ostatnich metrach wyraźnie zwolniła. To wynik będący rekordem USA i sygnał, że w finale może paść rezultat historyczny.

    McLaughlin-Levrone to zawodniczka o niesamowitej wszechstronności – jest aktualną rekordzistką świata na 400 m przez płotki (50,37), znakomicie radzi sobie także na 200 m (22,07) i 100 m (11,21). Nic dziwnego, że to właśnie na nią zwrócone będą oczy całego świata.

    Rywalki ze światowej czołówki

    Skład finału jest kosmiczny. Obok Amerykanki pobiegnie mistrzyni olimpijska i rekordzistka olimpijska – Marileidy Paulino z Dominikany (48,17), a także srebrna medalistka olimpijska Salwa Eid Naser z Bahrajnu oraz brązowa medalistka olimpijska Natalia Bukowiecka, aktualna mistrzyni Europy. Do tego rekordzistki narodowe: Amber Anning (Wielka Brytania), Nickisha Pryce (Jamajka), Roxana Gomez (Kuba) oraz utalentowana Norweżka Henriette Jaeger.

    – Ten finał może być ozdobą całych mistrzostw. Każda z uczestniczek ma potężny rekord życiowy i tytuły. To gwarantuje widowisko najwyższej klasy – powiedział Marek Rożej, trener Bukowieckiej.

    Szanse Natalii Bukowieckiej

    Polka odżyła w Tokio. Wygląda na wyluzowaną, bawi się bieganiem i właśnie dlatego prezentuje najwyższą formę w sezonie. Wygrana w półfinale dała jej tor ósmy, tuż obok Paulino. To dobre ustawienie, bo rywalka biegnąca na dziewiątym torze może pomóc w utrzymaniu tempa.

    – Przy tej obsadzie tor nie ma większego znaczenia. Natalia wreszcie zaczęła biegać na luzie. Forma przyszła w idealnym momencie – ocenił trener Rożej. – Będzie walczyć na 110 procent, a co z tego wyniknie, okaże się na mecie.

    Zdaniem szkoleniowca, realny cel to walka o brąz, choć w finale wszystko jest możliwe. Bukowiecka czerpie siłę z dwóch świetnych startów w Japonii, które odbudowały ją mentalnie. – To jest bieganie turniejowe, więc dochodzą nerwy i emocje. Ale Natalia przywiozła najlepszą formę w sezonie. Będziemy walczyć o medal – podsumował Rożej.

    Wszystko wskazuje na to, że czeka nas finał, który zapisze się złotymi zgłoskami w historii lekkiej atletyki.

  • Świątek nawet nie zdążyła wejść na kort. Sensacja w Seulu!

    Świątek nawet nie zdążyła wejść na kort. Sensacja w Seulu!

    Diana Sznajder, turniejowa „piątka” w Seulu, niespodziewanie szybko zakończyła swój udział w imprezie. Rosjanka przegrała 4:6, 4:6 z dużo niżej notowaną Suzan Lamens. To spora sensacja, bo jeszcze w pierwszym secie Sznajder prowadziła 4:2 i prezentowała się solidnie. Niestety, podobnie jak w wielu wcześniejszych spotkaniach, po dobrym początku jej gra zaczęła się rozsypywać.

    Tymczasem Iga Świątek, która po sukcesach w Wimbledonie i Cincinnati była typowana do triumfu w US Open, niespodziewanie zatrzymała się na etapie ćwierćfinału po porażce z Amandą Anisimową. Teraz Polka skupia się już na występie w Seulu, gdzie rozstawiona jest z numerem 1 i wymieniana w gronie głównych faworytek. Odpadnięcie Sznajder to dla niej bardzo korzystna wiadomość – z rywalizacji ubyła właśnie jedna z potencjalnie najgroźniejszych przeciwniczek.

    Sznajder rozpoczęła turniej w Korei udanie. W pierwszej rundzie pokazała charakter, odwracając losy meczu z Caty McNally i wygrywając 2:6, 6:4, 6:4. Dlatego wielu ekspertów wskazywało ją jako wyraźną faworytkę w starciu z Lamens. Początek spotkania tylko to potwierdzał – Rosjanka grała pewnie, rywalka miała kłopot z returnem. Prowadziła już 3:1, a następnie 4:2, lecz zamiast domknąć seta, zaczęła mnożyć błędy. Holenderka to wykorzystała, wygrała pięć gemów z rzędu i zapisała partię na swoim koncie 6:4.

    W drugim secie Sznajder szybko znalazła się pod ścianą. Niewykorzystany break point, dwa przegrane serwisy i błyskawiczne 0:4. Chociaż udało jej się wygrać gema „na sucho” i przełamać przeciwniczkę, odrabiając straty do 3:4, to Lamens opanowała sytuację, obroniła podanie i zakończyła mecz zwycięstwem 6:4, 6:4. „Duże rozczarowanie” – skomentował portal WTA à la UNE. Sznajder nie powtórzy zatem ubiegłorocznego półfinału.

    Wkrótce na kort wyjdzie Iga Świątek, która w swoim pierwszym meczu zmierzy się z Soraną Cirsteą. Rumuńskie media podkreślają, że doświadczona tenisistka „odradza się”, a po wyeliminowaniu Anastasiji Zacharowej, jej kolejnym wyzwaniem ma być liderka rankingu WTA.

    https://x.com/WTA/status/1968565910026793162?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1968565910026793162%7Ctwgr%5Ed5da058b885566f5d20517fbc06c9411b4fd01ef%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732259900swiatek-nawet-nie-zdazyla-wejsc-na-kort-sensacja-w-seulu.html

  • Iga Świątek wyszła i ogłosiła światu. “Nie potrafię bez niej grać”

    Iga Świątek wyszła i ogłosiła światu. “Nie potrafię bez niej grać”

    Iga Świątek w 1/8 finału turnieju WTA 500 w Seulu zmierzy się z Soraną Cirsteą. Zanim jednak wyszła na kort, została zapytana przez jedną z dziennikarek, co zawsze musi znaleźć się w jej torbie tenisowej. Odpowiedź Polki mogła zaskoczyć niejednego kibica.

    Świątek zdradziła swój niezbędnik

    Liderka światowego rankingu to jedyna zawodniczka z czołowej dziesiątki, która zdecydowała się na start w Korei Południowej. Jeszcze przed pierwszym spotkaniem w Seulu uchyliła rąbka tajemnicy na temat swoich przyzwyczajeń.

    Słuchawki i czapka tenisowa. Bez niej nie potrafię grać – stwierdziła Świątek w rozmowie z Overtimetennis.

    Polka przyznała, że jej przywiązanie do nakrycia głowy zaczęło się dość nietypowo.
    – Kiedy byłam młodsza, nosiłam czapkę, żeby ukrywać włosy, bo ich nie lubiłam. To nie był najlepszy powód, ale taka jest prawda. Z czasem tak się do niej przyzwyczaiłam, że kiedy raz zagrałam trening bez niej, przeżyłam szok. Podrzuciłam piłkę do serwisu i nagle zobaczyłam swoją rakietę. Byłam naprawdę zdziwiona – opowiadała.

    Muzyka jako część rytuału

    Drugim przedmiotem, bez którego Świątek nie wyobraża sobie rywalizacji, są słuchawki. Kibice już wielokrotnie widzieli ją wchodzącą na kort z muzyką w uszach. To jej sposób na koncentrację i odcięcie się od otoczenia.

    Podczas Wimbledonu zdradziła, że najchętniej sięga po rockowe brzmienia. Na jej playliście można znaleźć utwory legendarnych zespołów, takich jak Guns N’ Roses czy AC/DC. Energia tych dźwięków znakomicie wpłynęła na Polkę w Londynie – po raz pierwszy w karierze wygrała Wimbledon, a w finale z Amandą Anisimovą nie straciła nawet gema.

  • Wielki finał, ostatnia prosta! Kaczmarek ruszyła tak, jakby nie było jutra

    Wielki finał, ostatnia prosta! Kaczmarek ruszyła tak, jakby nie było jutra

    Na ostatnią prostą wbiegała dopiero czwarta, ale finiszowała znakomicie i na mecie zameldowała się jako druga, zdobywając srebro! Natalia Kaczmarek doskonale wiedziała, że stać ją na medal. A jej trener Marek Rożej miał nawet sprytny sposób, by wywołać niepewność u rywalek. – Przed finałem celowo zrobiliśmy to na oczach innych – żartował dwa lata temu podczas MŚ w Budapeszcie. Dziś, już jako Natalia Bukowiecka, znów staje przed szansą na kolejny wielki sukces.

    Dorobek Polki imponuje: złoto, srebro i brąz olimpijski, srebro mistrzostw świata, dwa złote i dwa srebrne medale mistrzostw Europy. A ma dopiero 27 lat i wciąż – miejmy nadzieję – wiele lat kariery przed sobą. Dlatego ten sezon traktuje trochę spokojniej, choć jej ambicje pozostają ogromne. Walka o podium w Tokio jest jednym z głównych celów.

    Bukowiecka, znana kibicom lepiej jako Kaczmarek, to niekwestionowana liderka polskiej lekkoatletyki ostatnich lat. Była jedyną polską medalistką igrzysk olimpijskich w Paryżu 2024 w tej dyscyplinie. Teraz znów jest naszą największą nadzieją na MŚ w Tokio. W półfinale pokazała moc – 49,67 s to wynik świadczący o świetnej formie. Mimo wcześniejszych trudności w tym sezonie, ponownie potwierdziła, że jest gotowa do walki z najlepszymi.

    Tokio to dla niej miejsce wyjątkowe – to tam w 2021 roku wywalczyła złoto w sztafecie mieszanej 4×400 m i srebro w kobiecej sztafecie. Po tych sukcesach jej kariera przyspieszyła. Dwa lata później, w Budapeszcie, po raz pierwszy w historii Polka sięgnęła po medal MŚ na 400 metrów. To, co kiedyś wydawało się nieosiągalne, stało się faktem.

    Wcześniej biało-czerwone potrafiły błyszczeć jedynie w sztafecie, ale indywidualne sukcesy były poza zasięgiem. Dopiero Bukowiecka przełamała tę barierę – krok po kroku wspinała się na szczyt, rozwijając się harmonijnie, bez podejrzeń o „skokowe” przyspieszenia. W Budapeszcie 2023 w finale pobiegła znakomicie – z 4. pozycji na ostatniej prostej przebiła się na srebro, wyprzedzając największe europejskie rywalki.

    Jej trener zdradził wówczas kulisy. Przed biegiem rywalki zobaczyły, jak sztab Polki spryskuje ją jakimś specyfikiem. – To był tylko środek na komary – opowiadał Marek Rożej. – Zrobiliśmy to specjalnie przy wszystkich, żeby trochę zamieszać.

    Rok później Natalia sięgnęła po złoto mistrzostw Europy i brąz olimpijski, a przy okazji pobiła legendarny rekord Polski Ireny Szewińskiej, osiągając 48,90 s. Teraz, by liczyć się w walce o medal w Tokio, może być zmuszona zbliżyć się do tego wyniku. Czas z półfinału jest świetny, ale w tym sezonie aż 12 zawodniczek biegało szybciej. Bukowiecka do finału weszła z piątym czasem, jednak w rankingu najlepszych wyników rocznych plasuje się na siódmej pozycji.

    Mimo to, znając jej charakter i mocną końcówkę, można być pewnym, że w decydującym biegu znów spróbuje przesunąć granice własnych możliwości.

  • Była liderka WTA się nie certoli. Jej słowa o Świątek niosą się po świecie

    Była liderka WTA się nie certoli. Jej słowa o Świątek niosą się po świecie

    Pawluczenkowa i Pliskova uderzają w Świątek. Spór o kalendarz WTA

    Od dłuższego czasu Iga Świątek otwarcie podnosi temat zbyt napiętego kalendarza turniejów WTA. Liderka światowego rankingu uważa, że liczba obowiązkowych imprez zmusza zawodniczki do nieustannej rywalizacji kosztem jakości gry i zdrowia. Jej słowa z czerwca tego roku były jednoznaczne: – Harmonogram jest za długi. Nie ma sensu, żebyśmy grali ponad 20 turniejów w roku. Przepisy dotyczące obowiązkowych startów sprawiają, że znajdujemy się pod presją. Jestem przekonana, że kibice oglądaliby tenis równie chętnie, a może nawet bardziej, gdybyśmy grali mniej, ale na wyższym poziomie.

    Na te opinie zareagowała Anastazja Pawluczenkowa. Rosjanka, obecnie sklasyfikowana na 49. miejscu rankingu, w rozmowie na kanale YouTube „BOL’SHE!” wbiła szpilkę rywalkom, które – jak twierdzi – mówią jedno, a robią drugie. – Wszystkie dziewczyny w szatni narzekają na długość sezonu, a potem i tak lecą na kolejne turnieje. Myślę sobie wtedy: „Dopiero co żaliłaś się na terminarz, a już jesteś w Korei i grasz dalej” – skomentowała.

    34-letnia finalistka Roland Garros z 2021 roku dodała, że sama również odczuwa trudy azjatyckiej części sezonu, niezależnie od wieku. – Kiedy miałam 25 lat, też było mi ciężko. Przeloty, zmiana czasu, różne warunki, a do tego inne piłki w każdym turnieju. W Pekinie graliśmy Penn, w Tokio Srixon, a w Hongkongu Wilson – wyliczała.

    Co ciekawe, w podobnym tonie wypowiedziała się Karolina Pliskova. Czeszka, w rozmowie z WeLoveTennisFrance, przyznała, że trudno jej zrozumieć niektóre skargi koleżanek. – Niedawno starsza tenisistka przypomniała mi, że zaraz po US Open mężczyźni jechali na Puchar Davisa, grali w pięciu setach, a nikt nie narzekał. A dziewczyny? Mam wrażenie, że ciągle się skarżą. A przecież dziś zarabiają więcej niż kiedykolwiek – podkreśliła. Pliskova dodała też, że obecnie kalendarz jest nawet korzystniejszy niż dawniej, bo np. Puchar Federacji nie zajmuje już tak dużo czasu jak kiedyś.

    Ani Pawluczenkowa, ani Pliskova nie zdecydowały się wystąpić w rozgrywanym właśnie turnieju WTA 500 w Seulu. Rosjanka odpoczywa, a Czeszka próbuje odbudować formę w Portugalii, gdzie walczy o powrót do rankingu (obecnie zajmuje odległą, około 600. pozycję). Tymczasem w Korei Południowej gra Iga Świątek, rozstawiona z numerem jeden, co sprawia, że komentarze Rosjanki można odbierać jako celny przytyk pod adresem Polki.

    Świątek swój pierwszy mecz w Seulu rozegra w czwartek, 18 września, przeciwko Sorańie Cirstei (62. WTA). Spotkanie zaplanowano jako drugie na korcie centralnym, co oznacza, że początek meczu przewidywany jest nie wcześniej niż o godzinie 8:30 czasu polskiego.

  • Raducanu nagle zalała się łzami. Aż przykro było patrzeć. “Naprawdę się męczy”

    Raducanu nagle zalała się łzami. Aż przykro było patrzeć. “Naprawdę się męczy”

    Zwyciężczyni US Open 2021, Emma Raducanu, przeżywała bardzo trudne chwile w swoim pierwszym meczu podczas turnieju WTA 500 w Seulu. Internauci nie kryli emocji, komentując: „Jej trener też wygląda na zmartwionego”, „Ona jest ciągle w ogniu”.

    Cztery lata od jedynego wielkiego sukcesu

    11 września minęły dokładnie cztery lata od historycznego triumfu Raducanu w Nowym Jorku. Od tamtej pory Brytyjka (obecnie 33. w rankingu WTA) nie zagrała nawet w finale żadnej imprezy. Najlepszym tegorocznym wynikiem był półfinał w Waszyngtonie, ale wciąż czeka na prawdziwe przełamanie.

    Dramatyczny początek w Seulu

    W Seulu Raducanu została rozstawiona z numerem 8. W pierwszej rundzie trafiła na Rumunkę Jaqueline Cristian (41. WTA). Spotkanie zaczęło się nerwowo – w pierwszym secie Brytyjka nie mogła znaleźć rytmu i doszło nawet do łez.

    „Raducanu płacze na korcie. Nie wiem, co się dzieje, ale wygląda na to, że naprawdę się męczy” – relacjonował na platformie X użytkownik Nebby.

    Mimo problemów, 22-latka zdołała się podnieść i wygrała cały mecz 6:3, 6:4. BBC podkreślało, że Raducanu potrafiła okiełznać emocje, a portal Ubitennis.net zwracał uwagę, że jej płacz mógł być spowodowany trudnymi warunkami atmosferycznymi oraz nierówną grą.

    Zaniepokojeni kibice

    Zachowanie Raducanu poruszyło fanów:
    „Ostatni raz tak płakała, gdy miała problemy z prześladowcą”,
    „Jej trener wygląda na naprawdę zmartwionego”,
    „Wygląda, jakby miała poważny kłopot”,
    „Dobrze, że przetrwała te trudne chwile” – pisali w komentarzach.

    Słowa samej Raducanu

    Tenisistka po meczu nie odniosła się bezpośrednio do emocjonalnego kryzysu. Podkreślała za to, jak trudne były warunki:
    „Jestem niesamowicie szczęśliwa, że wygrałam. To był naprawdę wymagający mecz – także przez pogodę. W praktyce trwał trzy dni. Jaqueline to świetna rywalka, grała bardzo solidnie, wymiany były długie i wyczerpujące. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się to przetrwać” – powiedziała Raducanu.

    Kolejna rywalka

    W 1/8 finału Brytyjka zmierzy się z Czeszką Barborą Krejčíkovą (39. WTA), która gładko pokonała 6:1, 6:2 Rosjankę Tatianę Prozorovą (194. WTA).

    📊 Wynik I rundy w Seulu:
    Emma Raducanu – Jaqueline Cristian 6:3, 6:4.

    https://x.com/1gamesetmatch/status/1968266225664020870?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1968266225664020870%7Ctwgr%5E8db0af5769e3de85b9d3fa193c7c2fc86bf7b82a%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732258568raducanu-nagle-zalala-sie-lzami-az-przykro-bylo-patrzec-naprawde.html –