Category: Uncategorized

  • Koszmar Marii Andrejczyk na mistrzostwach świata

    Koszmar Marii Andrejczyk na mistrzostwach świata

    W finale mistrzostw świata w rzucie oszczepem zobaczymy jedną reprezentantkę Polski. Niespodziewanie nie jest nią Maria Andrejczyk, która w Tokio nie zdołała przejść przez kwalifikacje. Świetną formą błyszczy za to Małgorzata Maślak-Glugla. W ostatnich tygodniach przeżywa najlepszy okres w karierze – została mistrzynią Polski, a w stolicy Japonii ustanowiła nowy rekord życiowy, pokonując wyniki kilku utytułowanych rywalek.

    Niespodziewany awans Polki

    Do eliminacji przystąpiły dwie nasze zawodniczki – wicemistrzyni olimpijska sprzed czterech lat Maria Andrejczyk oraz debiutująca w wielkim turnieju Małgorzata Maślak-Glugla. Los przydzielił je do dwóch różnych grup.

    Maślak-Glugla rozpoczęła od rzutu na 57,47 m, który wyglądał jak próba rozgrzewkowa. W drugiej kolejce pokazała jednak pełnię możliwości – 61,79 m, co oznaczało nowy rekord życiowy. Trzecią próbę spaliła, ale i tak znalazła się w znakomitej sytuacji. Ostatecznie w swojej grupie zajęła czwarte miejsce, przegrywając jedynie z Adrianą Vilagos (66,06 m), Mackenzie Little (65,54 m – najlepszy wynik w sezonie) oraz Juleisy Angulo (63,25 m – rekord kraju). Do minimum kwalifikacyjnego, wynoszącego 62,50 m, zabrakło jej niespełna metra, dlatego musiała czekać na rezultaty drugiej grupy.

    Warto podkreślić, że Polka wyprzedziła największą gwiazdę gospodarzy – Harutę Kitaguchi. Aktualna mistrzyni świata i mistrzyni olimpijska uzyskała jedynie 60,38 m, co dało jej siódmą lokatę w grupie i dopiero 14. w całych kwalifikacjach. Japonka nie obroni więc tytułu.

    Andrejczyk bez formy

    Maria Andrejczyk zaczęła rywalizację od 58,50 m. W drugiej próbie poprawiła się minimalnie – 60,04 m – ale to wciąż było za mało, by zapewnić sobie spokojny awans. W decydującej serii zamiast mocnej odpowiedzi oddała najsłabszy rzut – 57,12 m. Tym samym jej przygoda z mistrzostwami świata zakończyła się już w kwalifikacjach.

    Problemy faworytek

    Kłopoty miały także inne gwiazdy. Victoria Hudson, mistrzyni Europy i tegoroczna liderka światowych tabel, dopiero w ostatniej próbie wywalczyła awans wynikiem 62,85 m. Z rywalizacji całkowicie odpadła Sara Kolak – mistrzyni olimpijska z Rio de Janeiro, która uzyskała tylko 54,49 m.

    Po zsumowaniu wyników obu grup Małgorzata Maślak-Glugla awansowała do finału z dziewiątym rezultatem. Maria Andrejczyk została sklasyfikowana na 16. pozycji.

  • Co za bieg Wielgosz. Ruszyła powoli, na koniec nie było czego zbierać

    Co za bieg Wielgosz. Ruszyła powoli, na koniec nie było czego zbierać

    Anna Wielgosz, aby realnie myśleć o awansie do finału, musiała poprawić swój rekord życiowy o ponad sekundę. Zadanie okazało się jednak zbyt trudne – rywalki prezentowały wyższy poziom, a Polka popełniła również błąd taktyczny. Rozpoczęła bieg zbyt zachowawczo i ostatecznie pożegnała się z mistrzostwami świata w Tokio na etapie półfinału.

    Wcześniej Wielgosz zanotowała świetny występ w eliminacjach, gdzie dzięki rezultatowi 1:58.63 ustanowiła nową życiówkę i zapewniła sobie miejsce w półfinale. To pokazuje, jak wysoki poziom prezentują tegoroczne mistrzostwa – rzadko zdarza się, aby zawodniczki z czołówki musiały już w pierwszym biegu bić swoje rekordy. Halowa mistrzyni Europy z tego roku startowała w trzecim półfinale, mając świadomość, jak szybkie były wcześniejsze serie i jak wysoko zawieszono poprzeczkę.

    Na starcie towarzyszyły jej między innymi największa faworytka imprezy, Brytyjka Keely Hodgkinson, liderka światowych tabel, a także zawodniczki legitymujące się w tym sezonie lepszymi wynikami od Polki. Już przed biegiem było jasne, że aby awansować, Wielgosz musi pobiec jeszcze szybciej niż w eliminacjach.

    Polka zaczęła ostrożnie, trzymając się wewnętrznej strony bieżni i plasując się na końcu stawki. Hodgkinson od początku dyktowała tempo i na drugim okrążeniu przyspieszyła, co sprawiło, że grupa liderek zdecydowanie oderwała się od reszty. Wielgosz nie była w stanie odpowiedzieć na ten atak, a mimo prób zmniejszenia dystansu na ostatniej prostej, nie udało jej się już nawiązać walki.

    Wyścig zakończył się emocjonującym finiszem – Hodgkinson i Sarah Moraa z Kenii uzyskały identyczny czas 1:57.53, a o zwycięstwie Brytyjki zdecydowały trzy tysięczne sekundy. Tylko te dwie zawodniczki wywalczyły awans do finału z trzeciego półfinału.

    Anna Wielgosz finiszowała jako ósma, z czasem 1:59.72 – wolniejszym o ponad sekundę niż jej rezultat z eliminacji. Występ naszej reprezentantki mógł wyglądać inaczej, jednak tym razem zabrakło zarówno odważniejszej taktyki, jak i możliwości, by realnie powalczyć z najmocniejszymi rywalkami.

     

  • Tak Sułek zaczęła rywalizację na MŚ! Oto miejsce Polski po 1. konkurencji

    Tak Sułek zaczęła rywalizację na MŚ! Oto miejsce Polski po 1. konkurencji

    Adrianna Sułek-Schubert ma za sobą wyjątkowo trudny i kryzysowy czas w życiu prywatnym. Mimo tego zrobiła wszystko, aby jak najlepiej przygotować się do startu w tegorocznych mistrzostwach świata. Już w pierwszej konkurencji zaprezentowała się z dobrej strony – zwłaszcza w drugiej części biegu, kiedy zdecydowanie ruszyła w pogoń za jedną z rywalek. To daje nadzieję na kolejne etapy rywalizacji.

    Latem Sułek-Schubert otwarcie przyznała, że zmagała się z depresją poporodową. To był dla niej bardzo trudny okres, jednak do mistrzostw świata w Tokio podeszła z wiarą i determinacją. Liczy na wynik lepszy niż w igrzyskach olimpijskich – zarówno tych sprzed czterech lat w Japonii, jak i ubiegłorocznych w Paryżu. „Wykonałam pracę na 101 procent” – podkreślała w mediach społecznościowych przed startem.

    Dobry początek w biegu na 100 metrów przez płotki

    Siedmiobój rozpoczął się od sprintu przez płotki. Polka wystartowała w drugim biegu, na torze siódmym. Jej wielkim marzeniem wciąż pozostaje zejście poniżej bariery 13 sekund. W tym sezonie najszybciej pobiegła 13,38 s – i właśnie taki wynik, drugi najlepszy w jej wyścigu, dawał podstawy do optymizmu.

    Początek biegu Sułek-Schubert miał poprawny, jednak mocniej ruszyły zawodniczki z torów środkowych – Holenderki Sofie Dokter i Emma Oosterwegel oraz Hiszpanka Maria Vicente. W drugiej części dystansu Polka złapała jednak rytm, przyspieszyła i zaczęła odrabiać straty do prowadzącej Oosterwegel.

    Holenderka zwyciężyła z czasem 13,28 s, bijąc rekord życiowy. Sułek-Schubert dobiegła tuż za nią z wynikiem 13,47 s, co dało jej 1055 punktów. To rezultat tylko o trzy setne sekundy słabszy od aktualnej mistrzyni świata Katariny Johnson-Thompson, która biegła w pierwszej serii. Polka pobiegła natomiast wyraźnie szybciej od Belgijki Nafissatou Thiam (13,61 s) – rywalki, z którą dwa lata temu stoczyła pamiętny bój o złoto halowych mistrzostw Europy w pięcioboju. Wtedy Thiam sięgnęła po złoto, a Sułek-Schubert była druga.

    Najlepszy czas w całej stawce uzyskała Amerykanka Taliyah Brooks – 12,93 s. To była jedyna zawodniczka, która zeszła poniżej 13 sekund. Jej bieg był zdecydowanie najszybszy, bo aż sześć uczestniczek uzyskało lepszy czas od Polki.

    Na razie 11. miejsce

    Po pierwszej konkurencji Sułek-Schubert zajmuje 11. lokatę w klasyfikacji generalnej. W piątek siedmioboistki czekają jeszcze trzy wyzwania – skok wzwyż, pchnięcie kulą oraz bieg na 200 metrów.

  • Jest oficjalna decyzja ws. ćwierćfinału Świątek w Seulu

    Jest oficjalna decyzja ws. ćwierćfinału Świątek w Seulu

    Iga Świątek jest już tylko dwa kroki od zwycięstwa w turnieju WTA 500 w Seulu. Polka rozpoczęła rywalizację w stolicy Korei Południowej od pewnego triumfu nad Soraną Cirsteą, wygrywając w dwóch setach. W ćwierćfinale jej rywalką ma być Czeszka Barbora Krejcikova. Wiadomo jednak, że ten mecz nie odbędzie się w piątek – organizatorzy zmienili plan gier.

    Zmiany w harmonogramie – mecz przełożony

    Świątek awansowała do ćwierćfinału po zwycięstwie 6:3, 6:2 nad Rumunką. O półfinał zagra z Krejcikovą, która w dramatycznym pojedynku pokonała Emmę Raducanu 4:6, 7:6(10), 6:1. Do tej pory obie tenisistki spotykały się pięć razy – bilans wynosi 3:2 na korzyść Polki. Ostatni ich pojedynek miał miejsce podczas fazy grupowej WTA Finals, gdzie Świątek zwyciężyła 4:6, 7:5, 6:2. Był to też pierwszy oficjalny mecz Igi pod wodzą nowego trenera, Wima Fissette’a.

    Ćwierćfinał w Seulu pierwotnie zaplanowano na piątkowy poranek czasu polskiego. Ostatecznie spotkanie zostało jednak przełożone na sobotę, ponieważ z planu gier na piątek usunięto zestawienie Świątek – Krejcikova. Powód? Ulewny deszcz, który od wielu godzin uniemożliwia rywalizację. Mecze deblowe w większości przeniesiono pod dach.

    W piątek na centralnym korcie kibice – jeśli pozwoli pogoda – zobaczą mecze Suzan Lamens z Kateriną Siniakovą oraz Elli Seidel z Jekatieriną Aleksandrową. Organizatorzy ogłosili, że rywalizacja ma zostać wznowiona nie wcześniej niż o 10:30 czasu polskiego (17:30 w Seulu). Krejcikova i tak prawdopodobnie pojawi się tego dnia na korcie, ponieważ razem z Siniakovą bierze udział w turnieju deblowym i ma zmierzyć się z parą Jaqueline Cristian – Su-Wei Hsieh.

    Czeszka dopiero niedawno wróciła do gry po długiej przerwie spowodowanej kontuzją pleców. Wcześniej nie występowała od zeszłorocznych WTA Finals, a w maju tego roku rozegrała pierwszy mecz w Strasbourgu, przegrywając z Magdą Linette 3:6, 3:6.

    Seul miejscem szczególnym dla Świątek

    Turniej w Korei ma dla Igi wyjątkowe znaczenie. To właśnie w Seulu w 1988 roku jej ojciec, Tomasz Świątek, reprezentował Polskę na igrzyskach olimpijskich, zajmując siódme miejsce w wioślarskiej czwórce podwójnej.

    – Mój tata był tu w 1988 roku podczas igrzysk, to był szczyt jego kariery. Wielokrotnie opowiadał mi i siostrze o tamtym czasie. Teraz cieszę się, że sama mogę odkrywać to miasto. Choć uprawiamy inne sporty, ja również gram teraz na obiektach olimpijskich. Jestem zaskoczona, jak bardzo Seul wciąż pielęgnuje olimpijskie tradycje – przyznała Świątek po meczu z Cirsteą.

    – Czuję się świetnie, głównie dzięki wam, dziękuję za wsparcie. Warunki tutaj są zupełnie inne niż podczas mojego ostatniego turnieju, ale cieszę się, że potrafiłam szybko się dostosować. Bardzo mi się tu podoba, szczególnie kiedy nie pada deszcz – dodała liderka światowego rankingu.

    https://x.com/edgeAIapp/status/1968942042379174273?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1968942042379174273%7Ctwgr%5E68b6106f714b2346ef16b3f1fbf3fded2ce9c507%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732262832jest-oficjalna-decyzja-ws-cwiercfinalu-swiatek-w-seulu.html

  • Było 6:4, 3:0 w meczu Świątek i nagle zwrot. “Znajdowałam się w bagnie”

    Było 6:4, 3:0 w meczu Świątek i nagle zwrot. “Znajdowałam się w bagnie”

    Iga Świątek zameldowała się w ćwierćfinale turnieju WTA 500 w Seulu i w kolejnym spotkaniu zmierzy się z Barborą Krejcikovą. Polka w czwartek pewnie pokonała Soranę Cirsteę 6:3, 6:2, natomiast Czeszka po niezwykle wyczerpującym, trwającym niemal trzy godziny pojedynku, odwróciła losy meczu z Emmą Raducanu, wygrywając 4:6, 7:6(10), 6:1. Brytyjka prowadziła już 6:4, 4:1 i miała trzy piłki meczowe, ale nie wykorzystała szansy.

    W ten sposób po raz szósty w historii kibice obejrzą starcie Świątek i Krejcikovej. Dotychczasowy bilans minimalnie sprzyja Polce (3:2), a niemal wszystkie ich mecze były zacięte i pełne zwrotów akcji. Ostatni raz panie spotkały się w listopadzie 2024 roku w Rijadzie podczas WTA Finals. Tam Świątek, wracająca do rywalizacji po długiej przerwie spowodowanej zawieszeniem, przegrywała już 4:6, 0:3, ale odrodziła się w wielkim stylu, zwyciężając 4:6, 7:5, 6:2.

    Tamten pojedynek zaczął się fatalnie dla Igi – brakowało jej rytmu, forhend zawodził, a Krejcikova bezlitośnie to wykorzystywała. Doświadczona Czeszka kontrolowała przebieg gry i wydawało się, że pewnie zmierza po zwycięstwo. Wtedy jednak nastąpił przełom – Świątek zaczęła atakować, częściej chodziła do siatki i przejęła inicjatywę. Krejcikova, choć bliska triumfu, pogubiła się w kluczowych momentach i przegrała drugiego seta 5:7. W decydującej partii nie wytrzymała presji i fizycznego tempa narzuconego przez Polkę, która zakończyła mecz serią wygranych gemów.

    Po tamtym sukcesie Świątek nie zdołała jednak wyjść z grupy z powodu porażki z Coco Gauff i bilansu setów, podczas gdy Krejcikova awansowała do półfinału. Historia spotkań obu tenisistek pokazuje jednak, że Polka potrafi odwracać losy rywalizacji. Już wcześniej, w 2021 roku w Rzymie, przegrywała 3:6, 0:2 i broniła piłek meczowych, by ostatecznie zwyciężyć i sięgnąć po pierwszy w karierze tytuł rangi WTA 1000.

    Czy w Seulu dojdzie do kolejnego dreszczowca? Krejcikova wie, jak grać przeciwko Świątek – ma na koncie dwa zwycięstwa w finałach (Ostrawa 2022, Dubaj 2023). Z drugiej strony, Czeszka może mieć problem z regeneracją, bo spotkanie z Raducanu zakończyła dopiero w czwartek późnym wieczorem czasu koreańskiego. Świątek natomiast do ćwierćfinału awansowała pewnym krokiem i może liczyć na nieco świeższe nogi.

  • Niesamowite, co zrobiła Bukowiecka. Cały świat o tym usłyszał

    Niesamowite, co zrobiła Bukowiecka. Cały świat o tym usłyszał

    Natalia Bukowiecka wróciła z mistrzostw świata w Tokio bez medalu, ale z poczuciem dobrze wykonanego zadania. Polska biegaczka na 400 metrów w finałowym biegu zajęła czwarte miejsce, osiągając znakomity czas, a jednocześnie wciąż jest głośno o jej pięknym zachowaniu sprzed półfinału. Teraz sama zawodniczka odniosła się do tej sytuacji.

    Solidny występ w Tokio

    Rok wcześniej Bukowiecka zachwycała kibiców – ustanowiła rekord Polski (48,98), została mistrzynią Europy i wywalczyła brązowy medal igrzysk olimpijskich. Obecny sezon był dla niej bardziej wymagający, z wahaniami formy i dominacją mocnych rywalek. Jednak podczas mistrzostw świata 27-latka potrafiła wznieść się na wysoki poziom.

    Awans do finału już był sukcesem, bo Polka nie należała do ścisłego grona kandydatek do podium. W decydującym biegu uzyskała 49,27 – czwarty najlepszy wynik w swojej karierze, co dało jej 4. miejsce i miano najlepszej Europejki. Co ciekawe, to pierwszy raz w historii, gdy taki rezultat nie wystarczył do zdobycia medalu na wielkiej imprezie w tej konkurencji. Bukowiecka mimo wszystko podkreślała, że jest bardzo zadowolona ze swojego występu.

    Gest, który zachwycił kibiców

    Jeszcze większym echem odbiło się jednak to, co wydarzyło się przed biegiem półfinałowym. Wtedy źle poczuła się 22-letnia Norweżka Henriette Jaeger. Bukowiecka bez wahania podeszła, by uspokoić młodszą rywalkę i podzielić się swoim doświadczeniem. Norwescy dziennikarze szeroko komentowali tę scenę, chwaląc postawę Polki.

    – Zaczęłam się trząść, a tuż przed startem niewiele pamiętam. Musiałam naprawdę wyglądać źle, skoro Bukowiecka zwróciła na to uwagę. Podeszła i spokojnie powiedziała: “oddychaj, uspokój się, to tylko bieg, to wszystko nie ma aż takiego znaczenia”. Te słowa bardzo mi pomogły – wspominała Jaeger, dziękując później Polce.

    Reakcja Bukowieckiej

    Nasza lekkoatletka, zapytana przez TVP Sport o tę sytuację, skromnie zaznaczyła, że w sporcie ważne są nie tylko wyniki.

    – Staram się być po prostu dobrą osobą. Na bieżni rywalizujemy, ale poza nią wszyscy jesteśmy ludźmi i powinniśmy sobie pomagać. Mam większe doświadczenie, więc jeśli mogłam w czymś pomóc, to bardzo się z tego cieszę – powiedziała Bukowiecka.

  • Nie do wiary, co zrobiła Andrejczyk! Już nikt jej tego nie zabierze

    Nie do wiary, co zrobiła Andrejczyk! Już nikt jej tego nie zabierze

    Maria Andrejczyk wraca do Tokio. Czy znów napisze piękną historię?

    Kiedy Maria Andrejczyk wchodziła na stadion w Tokio, trudno było nie poczuć wyjątkowej symboliki tego miejsca. To właśnie tam, w 2021 roku, zdobyła swój największy sukces – srebrny medal igrzysk olimpijskich. Wtedy jej historia poruszyła całą Polskę: młoda zawodniczka, po latach cierpienia i serii skomplikowanych operacji, stanęła na podium, udowadniając, że determinacja potrafi pokonać wszelkie przeszkody. Dziś, cztery lata później, ponownie wróciła na japońską ziemię – tym razem na mistrzostwa świata. Czy Tokio znów okaże się dla niej miejscem spełniania marzeń?

    Olimpijska droga przez cierpienie i triumf

    W 2021 roku Maria Andrejczyk przeżywała w Tokio jedne z najpiękniejszych chwil w swojej karierze. W finałowym konkursie oszczepniczek rozpoczęła bardzo mocno – już w pierwszej próbie posłała oszczep na 62,56 m, co dało jej trzecie miejsce. W drugiej serii poprawiła się aż o dwa metry, osiągając 64,61 m i awansując na drugą pozycję. Wydawało się, że medal jest niemal pewny, lecz Polka wciąż była daleka od euforii – jej twarz wyrażała pełne skupienie, a nie radość.

    Andrejczyk do końca rywalizowała o złoto z Chinką Shiying Liu, która już w pierwszej kolejce uzyskała 66,34 m. Polka walczyła dzielnie, rzucała daleko – 63,62 i 64,45 – ale nie udało się prześcignąć rywalki. Liu dorzuciła tylko jeszcze jeden mierzony rzut na 63,40 m, lecz to wystarczyło, by utrzymać prowadzenie. Andrejczyk zakończyła konkurs na drugim miejscu, zdobywając srebro – medal, którego w zasadzie mogła dotknąć już pięć lat wcześniej.

    Rio 2016 – pierwszy wielki niedosyt

    Historia Andrejczyk sięga jeszcze Rio de Janeiro. W 2016 roku zaledwie 20-letnia zawodniczka była jednym z największych objawień igrzysk. W eliminacjach rzuciła 67,11 m, ustanawiając rekord Polski i wygrywając całą rundę. Niestety, w finale zabrakło jej dwóch centymetrów do podium – tyle więcej uzyskała Barbora Špotáková, wielka mistrzyni i rekordzistka świata.

    Choć dla wielu kibiców była wtedy idolką, sama Andrejczyk podchodziła do tego inaczej. – „Nie chcę być niemiła, ale ona już nie jest moją idolką. Teraz traktuję ją jako największą rywalkę. Z całym szacunkiem, ale planuję jej dokopać – i to porządnie!” – mówiła wówczas młoda Polka. I rzeczywiście, cztery lata później, w Tokio, dokopała nie tylko Spotakovej, ale prawie wszystkim.

    Cena sukcesu – operacje, ból i choroba

    Droga do olimpijskiego medalu była okupiona ogromnym cierpieniem. Po Rio 2016 Andrejczyk przeszła aż cztery operacje. Najpierw bark, który trzeba było zrekonstruować. Później dwukrotna interwencja chirurgiczna w zatokach – bóle głowy nie pozwalały jej normalnie trenować. W końcu operacja stawu skokowego. To właśnie podczas badań zatok lekarze wykryli u niej nowotwór kości. Na szczęście – łagodny.

    – „Cztery operacje jak na 25-latkę to sporo, śmieję się, że jestem jak weteranka. Ale dziś wiem, że to wszystko było po coś. Każdy ból, każde cierpienie miało sens. Jestem wdzięczna za każdą przeszkodę, bo mnie ukształtowała” – mówiła wzruszona w Tokio.

    Medal, który uratował życie

    Srebrny medal olimpijski w 2021 roku był dla niej czymś więcej niż sportowym trofeum. Trzy miesiące wcześniej posłała oszczep na 71,40 m – wynik tylko o 88 cm gorszy od rekordu świata Spotakovej – dlatego wszyscy liczyli na złoto. Ale nawet srebro miało niezwykłą wartość.

    Andrejczyk zaskoczyła świat, kiedy ogłosiła, że swój medal wystawi na aukcję charytatywną, by pomóc w sfinansowaniu operacji serca małego Miłoszka. Medal został wylicytowany przez sieć „Żabka” za 200 tysięcy złotych. Firma ostatecznie zwróciła medal sportsmence, a ona sama zdecydowała, że trafi on do Muzeum Sportu. To wydarzenie ugruntowało jej pozycję nie tylko jako wielkiej zawodniczki, ale i osoby o niezwykle szlachetnym sercu.

    Trudny powrót i nowe rywalki

    Dziś sytuacja Marii Andrejczyk jest zupełnie inna. Ma 29 lat, za sobą kolejne kłopoty zdrowotne i zmiany trenerów. Wciąż szuka optymalnej drogi, by wrócić do światowej czołówki, ale na razie ten powrót nie przebiega tak, jak by chciała.

    Obecnie Polka zajmuje dopiero 37. miejsce w światowym rankingu. Jej najlepszy wynik w tym sezonie – 60,42 m w Madrycie – plasuje ją nawet za inną reprezentantką Polski. Na mistrzostwach kraju w Bydgoszczy najlepsza okazała się Małgorzata Maślak-Glugla, która zwyciężyła z wynikiem 61,42 m, co daje jej 28. miejsce w rankingu World Athletics.

    Czy Tokio znów przyniesie szczęście?

    Mimo wszystkich problemów Andrejczyk wciąż pozostaje symbolem walki, odwagi i nieustępliwości. Jej historia to opowieść o tym, jak z cierpienia rodzi się siła, a z porażek – determinacja.

    Powrót do Tokio to dla niej nie tylko kolejna sportowa próba. To także podróż sentymentalna – do miejsca, które już raz przyniosło jej spełnienie marzeń i zapisało jej nazwisko w historii polskiej lekkoatletyki. Czy teraz, na mistrzostwach świata, Maria Andrejczyk znów zdoła zaskoczyć wszystkich i stanąć na podium?

    Jedno jest pewne – w przypadku tej zawodniczki nigdy nie można niczego wykluczyć.

     

  • Raducanu prowadziła już 6:4, 5:2 i nagle zwrot. Oto rywalka Świątek w ćwierćfinale!

    Raducanu prowadziła już 6:4, 5:2 i nagle zwrot. Oto rywalka Świątek w ćwierćfinale!

    W czwartkowy poranek Iga Świątek zameldowała się w ćwierćfinale turnieju WTA 500 w Seulu, pokonując Soranę Cirsteę 6:3, 6:2. Rumunka potrafiła momentami postawić się liderce rankingu, ale Polka zachowała kontrolę i pewnie wygrała. – Warunki tutaj są zupełnie inne niż na poprzednim turnieju. Cieszę się, że szybko się dostosowałam. Bardzo mi się tu podoba, szczególnie kiedy nie pada deszcz – mówiła po meczu Świątek.

    O tym, kto będzie jej kolejną rywalką, zdecydowało starcie Barbory Krejcikovej z Emmą Raducanu. Obie tenisistki mają w dorobku wielkoszlemowe triumfy, więc kibice mogli spodziewać się zaciętej rywalizacji – i rzeczywiście tak było.

    Raducanu lepsza w pierwszym secie

    Spotkanie zaczęło się od pewnych gemów serwisowych z obu stron. Jako pierwsza przewagę przełamania zdobyła Krejcikova, ale Brytyjka natychmiast ją odrobiła. W siódmym gemie Czeszka miała szansę na kolejnego breaka, jednak jej nie wykorzystała. W końcówce seta to Raducanu zachowała więcej koncentracji – w dziesiątym gemie Krejcikova popełniła podwójny błąd serwisowy, a Brytyjka wygrała partię 6:4.

    Statystyki wskazywały na ogromną liczbę błędów Czeszki – 19 niewymuszonych i aż trzy podwójne błędy serwisowe. Z drugiej strony miała ona zdecydowanie więcej kończących uderzeń (18 wobec 4 Raducanu). Emma imponowała natomiast skutecznością pierwszego podania – 71 proc. wobec 48 proc. u rywalki.

    Zacięty tie-break i zwrot akcji

    Druga partia także była pełna emocji. Choć Krejcikova szybko zdobyła przewagę przełamania, to przy własnym serwisie popełniała błędy i straciła inicjatywę. Raducanu prowadziła już 4:1 i wydawało się, że zmierza po zwycięstwo. Czeszka jednak nie odpuszczała – obroniła piłkę meczową i doprowadziła do tie-breaka. Tam Brytyjka znów miała dwie okazje, by zakończyć spotkanie, lecz żadnej nie wykorzystała. Kluczowy okazał się jej podwójny błąd serwisowy przy stanie 10:11. Krejcikova wykorzystała szansę i wygrała seta.

    Decydujący set bez historii

    Wygrana w tie-breaku wyraźnie dodała Krejcikovej pewności siebie. Z kolei Raducanu, która wcześniej zmarnowała kilka okazji, wyglądała na coraz bardziej zrezygnowaną. Po przełamaniu na 3:1 Czeszka całkowicie przejęła inicjatywę. Brytyjka nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na mocne uderzenia rywalki i szybko straciła kolejne gemy. Ostatecznie Krejcikova wygrała decydującego seta 6:1 i po niemal trzech godzinach gry awansowała do ćwierćfinału.

    Krejcikova kolejną rywalką Świątek

    Barbora Krejcikova pokonała Emmę Raducanu 4:6, 7:6(10), 6:1 i w piątek zmierzy się z Igą Świątek o miejsce w półfinale. Będzie to już piąte starcie obu tenisistek w tourze. Bilans bezpośrednich meczów jest korzystny dla Polki – 3 zwycięstwa i 2 porażki. Ostatni raz spotkały się podczas ubiegłorocznych finałów WTA, gdzie Świątek wygrała po trzysetowej batalii 4:6, 7:5, 6:2.

    Ze względu na opóźnienia spowodowane opadami deszczu, ich pojedynek w Seulu zaplanowano na piątek, prawdopodobnie około godziny 9:00 czasu polskiego.

  • Galaktyczny finał z Natalią Bukowiecką. Jest nowa królowa jednego okrążenia

    Galaktyczny finał z Natalią Bukowiecką. Jest nowa królowa jednego okrążenia

    Rok temu Natalia Kaczmarek była jedną z głównych kandydatek do podium igrzysk olimpijskich w biegu na 400 metrów – i oczekiwań nie zawiodła. W finale pobiegła poniżej 49 sekund i sięgnęła po medal. Dziś jednak, już jako Natalia Bukowiecka, stanęła na starcie w jeszcze mocniej obsadzonym finale mistrzostw świata w Tokio. Wśród rywalek znalazła się bowiem sama Sydney McLaughlin-Levrone – rekordzistka świata na 400 m przez płotki, która w tym sezonie postanowiła spróbować sił na płaskim dystansie. To właśnie Amerykanka była główną kandydatką do złota i to na nią patrzył cały lekkoatletyczny świat, oczekując, że może pobić 40-letni rekord Marity Koch. Rekord nie padł, ale McLaughlin-Levrone pobiegła drugi czas w historii. Polka finiszowała czwarta.

    Już rok temu, na igrzyskach w Paryżu, Amerykanka oczarowała kibiców, gdy na płotkach osiągnęła wynik niewyobrażalny – dystans 400 m pokonała w czasie, w jakim większość zawodniczek biega jedno okrążenie bez przeszkód. Wtedy próbowała jej dorównać Femke Bol, ale przypłaciła to wielkim zmęczeniem, ledwo broniąc brąz. Wynik 50.37 s na 400 m ppł uchodzi dziś za jeden z najdoskonalszych w historii i długo może pozostać nieosiągalny – podobnie jak legendarny rekord Koch (47.60 s) z 1985 r.

    W tym sezonie McLaughlin-Levrone zdecydowała się na zmianę. Oddała Bol złoto na płotkach, a sama przerzuciła się na płaskie 400 m, chcąc zmierzyć się z najlepszymi: Marileidy Paulino, Salwą Eid Naser czy innymi zawodniczkami z czołówki tabel wszech czasów. Wśród nich znalazła się także Natalia Bukowiecka, która choć przyjechała do Tokio z dużymi obawami po nieudanym występie w Zurychu, stopniowo odzyskiwała formę. Najpierw pokazała się dobrze w sztafecie mieszanej, potem znakomicie pobiegła w eliminacjach i półfinale, notując najlepszy czas w sezonie. – W Japonii złapała rytm i widać było, że nogi ją niosą. To było widoczne już na obozie w Zao i później na rozgrzewkach w Tokio – podkreślał trener Marek Rożej.

    W finale Bukowiecka wystartowała z ósmego toru, tuż przed nią biegła Paulino, a za nią czaiła się Naser. McLaughlin-Levrone miała komfort – z centralnego toru mogła kontrolować wszystkie rywalki. Już po 150 metrach w trudnych, deszczowych warunkach wyprzedziła Amber Anning i ruszyła w pogoń za rekordem świata. Paulino nie dawała za wygraną, a na 100 m przed metą traciła do Amerykanki tylko 0,10 s. Jednak McLaughlin-Levrone utrzymała przewagę i ostatecznie uzyskała fenomenalny czas 47.78 – drugi wynik w historii. Paulino była druga (47.98), a Naser trzecia (48.19).

    Bukowiecka pobiegła bardzo dojrzale, utrzymując czwarte miejsce mimo nacisków Anning. Na metę wpadła z czasem 49.27, ustanawiając swój najlepszy wynik w sezonie. Choć do podium zabrakło, Polka może być dumna – potwierdziła przynależność do absolutnej światowej czołówki.

    Finał MŚ w Tokio – bieg na 400 m kobiet:

    1. Sydney McLaughlin-Levrone (USA) – 47.78
    2. Marileidy Paulino (Dominikana) – 47.98
    3. Salwa Eid Naser (Bahrajn) – 48.19
    4. Natalia Bukowiecka (Polska) – 49.27
    5. Amber Anning (Wielka Brytania) – 49.36
    6. Roxana Gómez (Kuba) – 49.48
    7. Henriette Jaeger (Norwegia) – 49.74
    8. Nickisha Pryce (Jamajka) – 49.97
  • Cały świat zobaczył, co zrobiła Bukowiecka. “Kosmos”

    Cały świat zobaczył, co zrobiła Bukowiecka. “Kosmos”

    „Zaimponowałam sama sobie” – Bukowiecka czwarta w finale MŚ w Tokio. Polka wśród gigantów 400 metrów

    Natalia Bukowiecka po raz kolejny przypomniała kibicom, że jest jedną z największych postaci polskiego sportu. W finale mistrzostw świata w Tokio zajęła czwarte miejsce w biegu na 400 metrów, osiągając fenomenalny czas 49,27 sekundy – trzeci najlepszy wynik w swojej karierze i jednocześnie najlepszy rezultat w historii tej konkurencji, który… nie dał medalu.

    Zaimponowałam sama sobie. Mówię to szczerze – przyznała wzruszona Polka przed kamerami.

    Finał na kosmicznym poziomie

    Tokijski finał na 400 metrów był prawdziwym widowiskiem. Padający deszcz nie przeszkodził zawodniczkom w osiąganiu niewiarygodnych rezultatów. Amerykanka Sydney McLaughlin-Levrone wygrała z czasem 47,78 s – to drugi wynik w historii, ustępujący jedynie rekordowi świata Niemki Marity Koch (47,60 s z 1985 roku, uzyskanemu w epoce pełnej dopingowych podejrzeń).

    Za Amerykanką finiszowały Marileidy Paulino z Dominikany (47,98 s) i Salwa Eid Naser z Bahrajnu (48,19 s). Natalia Bukowiecka przybiegła czwarta – ponad sekundę później, ale i tak ustanowiła rezultat, który w niemal każdej innej epoce gwarantowałby medal.

    Po cichu wierzyłam w medal, ale wiedziałam, że to będzie niezwykle trudne. Czwarte miejsce na świecie to ogromny sukces. Ja przyjechałam tu, żeby odzyskać wiarę w siebie – i to się udało – podkreślała Polka.

    Sezon przejściowy, ale wyniki znakomite

    Bukowiecka ma za sobą nietypowy rok. Po zdobyciu brązowego medalu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 2024 roku, jej trener Marek Rożej postanowił nieco zmienić podejście. Zawodniczka nie startowała w hali, a przygotowania były lżejsze, bardziej nastawione na regenerację i długofalowy rozwój. Mimo to Polka potwierdziła, że utrzymuje się w ścisłej światowej czołówce.

    W tamtym roku jechałam na igrzyska bardzo pewna siebie. Wiedziałam, że stać mnie na medal. W tym sezonie zdarzyło mi się kilka wpadek i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Dlatego tym bardziej cieszę się, że znów pokazałam wysoki poziom – mówiła Bukowiecka.

    Jej rekord życiowy wynosi 48,90 s. To granica, którą musi pokonać, by ponownie walczyć o medale na największych imprezach. Biorąc pod uwagę, że w Tokio pobiegła tylko 0,37 s wolniej, można mieć pewność, że poprawienie życiówki jest realne.

    Stabilizacja w światowej elicie

    W ostatnich latach Polka konsekwentnie umacnia swoją pozycję: w 2023 roku wywalczyła srebro mistrzostw świata, w 2024 roku brąz olimpijski, a teraz zajęła czwarte miejsce na świecie. To nie oznacza spadku formy, lecz dowód stabilizacji na absolutnym topie.

    Czuję, że organizm jest gotowy na ciężką pracę w kolejnym sezonie. Jeżeli w tym roku, przy słabszych przygotowaniach, potrafiłam osiągać takie wyniki, to w przyszłym sezonie może być jeszcze lepiej. Wierzę, że stać mnie na rekord życiowy – zapowiedziała Bukowiecka.

    Bukowiecka wśród największych

    W polskim sporcie Natalia Bukowiecka ustępuje popularnością jedynie Idze Świątek i Robertowi Lewandowskiemu, ale pod względem poziomu rywalizacji, z jaką się mierzy, niewielu sportowców może się z nią równać. Biega w konkurencji absolutnie globalnej, w której do finału marzą o wejściu zawodniczki z każdego zakątka świata.

    W 2023 roku została pierwszą Europejką od dekady i pierwszą białą zawodniczką od 15 lat z medalem mistrzostw świata lub igrzysk olimpijskich na 400 metrów. Dziś znów potwierdziła, że jest najszybszą Europejką i jedyną realną konkurentką dla zawodniczek z Ameryki czy Karaibów.

    Polska lekkoatletka ma 27 lat i najlepsze lata kariery wciąż przed sobą. Jej konsekwencja, determinacja i ambicja sprawiają, że coraz częściej wymienia się ją jednym tchem obok Świątek czy Lewandowskiego jako ambasadorkę polskiego sportu na arenie międzynarodowej.

    Doceniajmy Bukowiecką. To nie tylko znakomita biegaczka, ale też niezwykle mocny symbol naszej obecności w światowej lekkoatletyce. Polska ma w niej prawdziwą gwiazdę – podkreślają eksperci.