Category: Uncategorized

  • Koszmar Sułek-Schubert na MŚ w Tokio. Tak źle nie było od dwóch lat

    Koszmar Sułek-Schubert na MŚ w Tokio. Tak źle nie było od dwóch lat

    Adrianna Sułek-Schubert started the World Championships in Tokyo quite promisingly, but her hopes for a high finish in the heptathlon were severely limited after a weaker performance in the fifth event. As a result, the Pole dropped out of the top ten in the overall standings.

    The first day of competition looked encouraging. Sułek-Schubert opened solidly in the 100m hurdles, and in the high jump she achieved her best result since returning to sport after motherhood. She also set a personal best in the shot put. The only blemish was her 200m run, which she was unhappy with, though it still earned her a few spots in the table. After four events she was sitting in seventh place.

    The second day, however, began with disappointment. In the morning session, the heptathletes competed in the long jump – an event that turned out to be crucial for the standings. Sułek-Schubert managed only 5.78m in her best attempt. Her second jump, which looked promising, was a foul, and reaching the six-meter mark was essential to stay in contention for the top places. In the end, it was her weakest long jump performance in two years.

    In her group she finished only seventh, and in the overall long jump classification she placed 18th. She added 783 points to her tally, which was a costly loss. By comparison, the best of the day, Tayliah Brooks, soared to 6.79m, setting a personal best and dominating the field. Behind her were Britain’s Jade O’Dowda (6.48m – season’s best) and Katarina Johnson-Thompson (6.42m).

    This weaker result caused the Pole to tumble from seventh to 12th in the overall standings. The leader is American Anna Hall, who was the first to surpass the 5000-point barrier. She is followed by Brooks and defending world champion Johnson-Thompson.

    The decisive events are scheduled for the evening session. At 12:00 Polish time the javelin throw will begin, and the final 800m run is set for 14:11.

    Heptathlon standings after five events:

    1. Anna Hall (USA) – 5041 pts
    2. Taliyah Brooks (USA) – 4930 pts
    3. Katarina Johnson-Thompson (Great Britain) – 4874 pts
    4. Kate O’Connor (Ireland) – 4824 pts
    5. Sofie Dokter (Netherlands) – 4789 pts
    6. Jade O’Dowda (Great Britain) – 4700 pts
    7. Martha Araujo (Colombia) – 4687 pts
    8. Nafissatou Thiam (Belgium) – 4664 pts
    9. Sandrina Sprengel (Germany) – 4663 pts
    10. Saga Vanninen (Finland) – 4617 pts
    11. Michelle Atherley (USA) – 4616 pts
    12. Adrianna Sułek-Schubert (Poland) – 4590 pts
  • Sensacyjny medal polskiej sztafety. Swoboda nie wytrzymała po biegu

    Sensacyjny medal polskiej sztafety. Swoboda nie wytrzymała po biegu

    Ewa Swoboda nigdy nie ukrywała emocji. – Nie spodziewałam się, że jesteśmy w stanie sięgnąć po medal. A jednak zamknęłyśmy usta tym, którzy w nas nie wierzyli – mówiła po znakomitym występie polskiej sztafety 4×100 m na mistrzostwach Europy w 2022 roku. Wtedy w eksperymentalnym składzie, z Pią Skrzyszowską na zmianie, Polki sięgnęły po srebro. Teraz, podczas mistrzostw świata w Tokio 2025, historia może się powtórzyć – Skrzyszowska ponownie dołącza do drużyny!

    Skrzyszowska znów w sztafecie

    W Tokio 2025 Pia Skrzyszowska zajęła piąte miejsce w biegu na 100 m przez płotki – to jej najlepszy wynik w tej rangi imprezie. Teraz sprinterka wzmocni sztafetę, której liderką jest Swoboda. Scenariusz jest niemal identyczny jak trzy lata temu. W Monachium w 2022 r. Skrzyszowska najpierw zdobyła złoty medal w płotkach, a niespełna 40 minut później znów stanęła na bieżni, by pomóc drużynie. – To był szalony pomysł, ale najlepszy wieczór w moim życiu. Jestem mistrzynią Europy i wicemistrzynią Europy w sztafecie! – wspominała wtedy wzruszona.

    Komentatorzy w ekstazie

    Finał 4×100 m w Monachium przeszedł do historii nie tylko dzięki medalowi, lecz także emocjom towarzyszącym komentatorom. Przemysław Babiarz i Sebastian Chmara w TVP Sport dosłownie zagłuszali się nawzajem.
    – „Pia jak burza tam ruszyła!” – krzyczał Babiarz. – „Dobra zmiana! I Anka Kiełbasińska biegnie niesamowicie!” – dodawał. – „Jesteśmy w czołówce, teraz Marika do Ewy… Ewa biegnie! To będzie medal! To będzie srebro!” – wykrzykiwał w ekstazie. Chmara tymczasem śmiał się głośno, powtarzając: – „Ale numer! Wystawiliśmy torpedy! Nikt się tego nie spodziewał!”.

    Decyzja, która zmieniła wszystko

    Za odważnym roszadami stał trener Jarosław Lewandowski. Po eliminacjach zdecydował się zastąpić Magdalenę Stefanowicz i Martynę Kotwiłę duetem: Skrzyszowską i Kiełbasińską. Ryzyko opłaciło się – Polki nie tylko zdobyły srebro, ale także ustanowiły rekord kraju – 42,61 s.
    – Pomysł narodził się po eliminacjach. Trzeba było coś zmienić, by realnie myśleć o medalu. Rozmawiałem z Anią, która zgodziła się pobiec, a z tatą i trenerem Pii ustaliliśmy, że ona również jest gotowa. Jedynym wyzwaniem było 38 minut przerwy między finałami, ale logistycznie udało się to rozwiązać – tłumaczył później szkoleniowiec. – Wielu pisało mi, że trzeba mieć odwagę. Było ryzyko, ale w sztafecie najważniejsze są głowy. W sporcie trzeba reagować na sytuację.

    Swoboda mówi wprost

    Nie wierzyłam, że możemy zdobyć medal. Bałam się, gdy usłyszałam skład. Ale zrobiłyśmy to i udowodniłyśmy wszystkim, że się mylili – podsumowała Swoboda.

    Nowa szansa w Tokio

    Na obecnych mistrzostwach świata nie ma już w drużynie Kiełbasińskiej, która zakończyła karierę. Jednak Skrzyszowska ponownie ma być kluczowym wzmocnieniem. Warto przypomnieć, że w 2023 roku w Budapeszcie Polki w składzie: Swoboda, Skrzyszowska, Krystina Cimanowska i Magdalena Stefanowicz zajęły piąte miejsce, uzyskując czas 42,66 s – tylko o 0,05 s gorszy od rekordu Polski. Teraz w Tokio apetyty są większe. Czy biało-czerwone poprawią ten wynik i ponownie zaskoczą lekkoatletyczny świat?

  • 6:0 dla Świątek i zaczęły się problemy. Jest awans Polki do półfinału, nie było łatwo

    6:0 dla Świątek i zaczęły się problemy. Jest awans Polki do półfinału, nie było łatwo

    Iga Świątek dopiero w sobotę po raz drugi zaprezentowała się na korcie w Seulu. Raszynianka od razu stanęła przed poważnym wyzwaniem – jej rywalką w ćwierćfinale była Barbora Krejcikova. Początek meczu należał do Polki, która grała niemal bezbłędnie. W pewnym momencie miała na koncie aż osiem wygranych gemów z rzędu. Czeszka próbowała jeszcze odwrócić losy spotkania, lecz jej przebudzenie okazało się krótkotrwałe.

    Początek turnieju w Korei Południowej nie był dla Igi łatwy. Choć pierwsze spotkanie wygrała bez większych kłopotów, to kapryśna pogoda skutecznie dezorganizowała plan rozgrywek i utrudniała przygotowania zawodniczkom. Właśnie dlatego drugie starcie Świątek rozegrała dopiero w sobotni poranek polskiego czasu. Na jej drodze stanęła Krejcikova – przeciwniczka wymagająca, która w przeszłości potrafiła odebrać Polce zwycięstwo. W 2023 roku w Dubaju pokonała ją bez straty seta.

    Tym razem Świątek była zdeterminowana, aby powiększyć przewagę w bilansie bezpośrednich spotkań i prowadzić 4:2. Wygrana w Seulu miała dla niej dodatkową wartość – jej ojciec w latach 80. uczestniczył w igrzyskach olimpijskich właśnie w tym mieście. – Jestem zaskoczona, jak mocno Seul pielęgnuje tradycję olimpijską. To wspaniałe, bo igrzyska to najważniejsza impreza na świecie. Może za rok mój tata tu przyjedzie – mówiła po wcześniejszym zwycięstwie nad Soraną Cristeą.

    Dla kibiców w Polsce wyzwaniem była nietypowa pora spotkania – mecz rozpoczął się kilka minut po godzinie 5:00 rano. Ci, którzy zdecydowali się wstać tak wcześnie, nie żałowali. Świątek od pierwszych piłek imponowała skutecznością i agresją. Już w pierwszym gemie odebrała serwis Czeszce, a potem systematycznie powiększała przewagę. Po zaledwie 30 minutach prowadziła 5:0, a chwilę później zamknęła seta efektownym „bajglem”.

    W drugiej partii Krejcikova zaczęła grać lepiej, a na korcie pojawiło się więcej przełamań po obu stronach. Polka jednak zachowała chłodną głowę. Przy stanie 4:3 ponownie odebrała serwis rywalce i znalazła się o krok od awansu. Tego prowadzenia już nie wypuściła – zwyciężyła 6:0, 6:3 i zameldowała się w półfinale.

    Jeszcze dziś, około godziny 10:00 polskiego czasu, Świątek stanie do walki o finał. Jej przeciwniczką będzie Maya Joint. Australijka w świetnym stylu wyeliminowała faworyzowaną Clarę Tauson i teraz spróbuje sprawić kolejną niespodziankę.

  • Świątek czeka na mecz, a tu wpis Sabalenki. Takich kadrów nie pokazuje często

    Świątek czeka na mecz, a tu wpis Sabalenki. Takich kadrów nie pokazuje często

    Aryna Sabalenka kilka dni temu poinformowała, że z powodu kontuzji musi wycofać się z turnieju WTA 1000 w Pekinie. Białorusinka postanowiła wykorzystać czas rekonwalescencji w gronie najbliższych, a ostatnio pochwaliła się w mediach społecznościowych wspólnym zdjęciem ze swoją młodszą siostrą Antoniną.

    Tuż po triumfie w US Open świat obiegły jednak smutne wieści. Sabalenka ogłosiła, że problemy zdrowotne uniemożliwiają jej występ w prestiżowych zawodach w stolicy Chin. – „Z przykrością muszę ogłosić, że wycofuję się z tegorocznego China Open z powodu drobnej kontuzji, której nabawiłam się po US Open. W tej chwili w pełni skupiam się na powrocie do zdrowia i przygotowaniach do końcówki sezonu” – przekazała za pośrednictwem organizatorów turnieju.

    Czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa nie zdradziła, z jakim urazem się zmaga, ani kiedy planuje wrócić na kort. Pewne jest jedno – nieobecność Sabalenki zwiększa szanse Igi Świątek na odzyskanie pierwszego miejsca w światowym rankingu WTA.

    Sabalenka pokazuje rodzinne kadry

    Wydaje się jednak, że Białorusinka nie zaprząta sobie głowy możliwą utratą pozycji liderki. Obecnie odpoczywa i regeneruje siły w otoczeniu bliskich. Choć rzadko dzieli się prywatnymi chwilami, tym razem zrobiła wyjątek – udostępniła w swoich mediach społecznościowych wpis siostry Antoniny, która opublikowała na Instagramie kilka wspólnych fotografii.

    Świątek walczy w Azji

    Podczas gdy Sabalenka leczy kontuzję, Iga Świątek kontynuuje występy w azjatyckiej części sezonu. W czwartek Polka zadebiutowała w Seulu, pewnie pokonując na otwarcie Soranę Cirsteę. W ćwierćfinale zmierzy się z Barborą Krejcikovą. Pierwotnie spotkanie miało odbyć się w piątek, lecz z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych zostało przełożone na sobotę. Relację na żywo z tego pojedynku będzie można śledzić na stronie Interii.

  • Mecz Igi Świątek odwołany, a jej rywalka triumfuje. Finał w Seulu jest już o krok

    Mecz Igi Świątek odwołany, a jej rywalka triumfuje. Finał w Seulu jest już o krok

    Odwołanie meczu singlowego z Igą Świątek wcale nie powstrzymało Barbory Krejcikovej przed występem na kortach w Seulu. Czeszka, zajmująca obecnie 39. miejsce w rankingu WTA, w piątkowe popołudnie przeniosła się pod dach i razem z rodaczką Kateriną Siniakovą rozegrała spotkanie deblowe. Ich rywalkami były Rumunka Jaqueline Cristian oraz doświadczona Hsieh Su-Wei z Tajwanu. Po zaciętym pojedynku górą okazały się Czeszki, które triumfowały 6:4, 7:6(3) i znalazły się już na progu wielkiego finału.

    Cristian i Su-Wei wcześniej sprawiły niespodziankę, eliminując w pierwszej rundzie turnieju w Seulu najwyżej rozstawioną parę – Australijkę Ellen Perez i Węgierkę Fanny Stollar. W drugiej rundzie musiały jednak uznać wyższość czeskiego duetu, podobnie jak Anna Blinkowa i Makoto Ninomiya.

    Początkowo Krejcikova miała rozpocząć piątkową rywalizację od półfinałowego starcia singlowego z Igą Świątek, jednak obfite opady deszczu sparaliżowały plan dnia i wszystkie mecze singlowe zostały odwołane. Pojedynek Polki z 39. rakietą świata przełożono na sobotę, na godzinę 5:00 rano czasu polskiego. Zwyciężczyni tego meczu jeszcze tego samego dnia stanie do walki o miejsce w finale, mierząc się ze zwyciężczynią spotkania Maya Joint – Clara Tauson.

    Deblowe zmagania przeniesiono natomiast pod halę, co pozwoliło na kontynuację turnieju bez przeszkód. Spotkanie rozpoczęło się dynamicznie – Czeszki już w pierwszym gemie zdobyły przełamanie i szybko wyszły na prowadzenie 2:0. Cristian i Su-Wei natychmiast odpowiedziały, doprowadzając do wyrównania 2:2. Krejcikova i Siniakova zdołały jednak ponownie odebrać serwis rywalkom i po wykorzystaniu trzeciego break-pointa wygrały pierwszego seta 6:4.

    Druga odsłona przebiegała według podobnego scenariusza. Czeszki ponownie rozpoczęły od przełamania, lecz przeciwniczki zdołały wyrównać. Tym razem o losach partii zadecydował tie-break, w którym Krejcikova i Siniakova potwierdziły swoją klasę, zwyciężając 7:3. Dzięki temu zameldowały się w półfinale, gdzie ich rywalkami będą Chinki – Xu Yifan i Yang Zhaoxuan.

  • Zastawiona pułapka na mistrzostwach świata? As naszej kadry unaocznia kulisy

    Zastawiona pułapka na mistrzostwach świata? As naszej kadry unaocznia kulisy

    Jakub Popiwczak: „Stres jest częścią gry. Mam swoje rutyny i staram się nimi kierować każdego dnia”

    Libero reprezentacji Polski, Jakub Popiwczak, w rozmowie z Interią opowiada o presji związanej z występami na mistrzostwach świata, o roli pierwszego libero po Pawle Zatorskim, a także o tym, jak podchodzi do niespodzianek, jakie przyniósł turniej rozgrywany na Filipinach. W sobotę Biało-Czerwoni zmierzą się z Kanadą w meczu o ćwierćfinał (początek o godz. 14 czasu polskiego).


    „Bycie pierwszym libero to spełnienie marzeń”

    – Ktokolwiek znalazłby się na moim miejscu, czułby dumę. Reprezentowanie Polski jako pierwszy libero to coś wyjątkowego. Całe życie marzyłem, by być częścią drużyny narodowej, walczyć o najwyższe cele. Teraz to się dzieje – przyznał Popiwczak.


    „Zawsze szukałem pozytywów”

    Zapytany, czy czuje, że wreszcie rozwinął skrzydła, odpowiedział:
    – Z natury patrzę na życie optymistycznie. Nawet kiedy byłem drugim wyborem i nie grałem dużo, potrafiłem docenić, że mogę być w kadrze i wnosić coś do drużyny. Teraz moja rola się zmieniła, ale radość i podejście pozostały takie same.


    „Igrzyska oglądałem z zazdrością, ale niczego sobie nie zarzucam”

    – Jasne, że oglądanie igrzysk w Paryżu wywoływało zazdrość. Każdy sportowiec marzy, by tam być. Ale wiem, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Oddałem serce i siły, a mimo to nie pojechałem. W tamtym czasie miałem też ważne chwile prywatne – ślub i wesele – więc życie poukładało się trochę inaczej – wspomina siatkarz.


    „Presja to codzienność w sporcie”

    – Stres? Radzę sobie z nim najlepiej, jak potrafię. To naturalne w zawodowym sporcie. Każdy ma swoje sposoby, ja wypracowałem rutyny, które pomagają mi dzień po dniu koncentrować się na tu i teraz. Nie ma sensu wybiegać za daleko w przyszłość – tłumaczy Popiwczak.


    „Turniej pełen sensacji”

    Mistrzostwa na Filipinach przyniosły wiele niespodzianek – Brazylia czy inne potęgi odpadły wcześniej, niż ktokolwiek się spodziewał.
    – Jeszcze przed turniejem, gdyby ktoś powiedział, że odpadnie jedna z tych drużyn, byłoby to dużym wydarzeniem. A tutaj poległy trzy! To przypomina mundial w piłce nożnej, gdzie zawsze znajdzie się faworyt, który kończy rywalizację już w grupie. Trzeba być czujnym w każdym meczu – komentuje libero.


    „Zmiany są dobre dla siatkówki”

    Popiwczak przyznał, że nowe zasady rozgrywania mistrzostw świata mogą służyć popularyzacji siatkówki.
    – To świetne dla kibiców, szczególnie w krajach, gdzie siatkówka dopiero rośnie. Gdyby Filipiny awansowały do fazy pucharowej, byłaby to piękna historia. Takie rzeczy napędzają rozwój dyscypliny, nawet jeśli odbywa się to kosztem faworytów – powiedział.


    „My od początku celujemy w złoto”

    – Dla nas nie ma znaczenia, kto odpadł. Od samego początku celujemy w medale. Chcemy wygrać każdy mecz i zagrać w finale 29 września. To jest nasz cel i nie zaprzątamy sobie głowy kalkulacjami – zaznaczył Popiwczak.


    „Kanada na pewno zaatakuje zagrywką”

    Najbliższym rywalem Polaków będzie Kanada.
    – Każdy zespół, który gra z faworytem, stara się wywrzeć presję serwisem. Oni na pewno będą ryzykować na zagrywce. My musimy być na to gotowi. Ale siatkówka to nie tylko ten element, decydują też inne szczegóły. Od kilku lat zagrywka robi się coraz mocniejsza, ale wiemy, jak się z tym mierzyć – zakończył Popiwczak.

  • Paolini. Ludzie złapali się za głowy, a to był tylko początek!

    Paolini. Ludzie złapali się za głowy, a to był tylko początek!

    Ukraina była już niemal pewna gry w finale Billie Jean King Cup. Marta Kostjuk wygrała pierwszy pojedynek, a w drugim Elina Switolina prowadziła z Jasmine Paolini 4:2 i serwowała. Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego – Włoszka odwróciła losy meczu i doprowadziła do trzeciego spotkania. Tam Włoszki nie pozostawiły już żadnych złudzeń, kto zasłużył na awans.

    Historyczny półfinał Ukrainek

    Reprezentacja Ukrainy po raz pierwszy w historii znalazła się w półfinale Billie Jean King Cup, po tym jak w Shenzhen pokonała Hiszpanię 2:0. Tam trafiła na obrończynie tytułu – reprezentację Włoch, która rok wcześniej zwyciężyła w finale 2:0 ze Słowacją.

    Pierwsze spotkanie przebiegło po myśli Ukrainek. Marta Kostjuk (26. WTA) mierzyła się z Elisabettą Cocciaretto (91. WTA). Ukrainka od początku była stroną dominującą – przełamała rywalkę już w premierowym gemie i szybko odskoczyła na 5:1. Co prawda nie wykorzystała dwóch pierwszych piłek setowych, ale przy trzeciej zamknęła partię 6:2.

    Drugi set był bardziej wyrównany, lecz i tym razem górą była Kostjuk. Cocciaretto straciła serwis przy stanie 2:2, a w kolejnym gemie przy stanie 3:5 – mimo prowadzenia 40:0 – ponownie dała się przełamać. Ukraina prowadziła 1:0 i była o krok od finału.

    Paolini zmienia wszystko

    W drugim meczu doszło do hitowego starcia: Jasmine Paolini (8. WTA) kontra Elina Switolina (13. WTA). Włoszka musiała zwyciężyć, by utrzymać swoje drużynę w grze. Pierwszy set całkowicie jednak należał do Switoliny, która dwa razy przełamała rywalkę i ani razu nie straciła serwisu, wygrywając pewnie 6:3.

    W drugiej partii Paolini zaczęła od przełamania, ale szybko oddała przewagę. Switolina ponownie zdobyła przełamanie i prowadziła już 4:2, a przy siatce miała piłkę, która dałaby jej 5:2. Ukrainka jednak spudłowała prosty wolej, co całkowicie odmieniło przebieg meczu. Paolini wygrała cztery kolejne gemy i doprowadziła do trzeciego seta.

    Decydująca partia zaczęła się od maratońskiego gema przy serwisie Paolini – trwał on aż 16 minut i 42 sekundy i miał osiem równowag. Włoszka wytrzymała presję i w końcówce zachowała zimną krew. Przy stanie 5:4 wykorzystała trzecią piłkę meczową i doprowadziła do remisu 1:1 w całym meczu.

    Debel rozstrzygnął losy półfinału

    O awansie decydował debel. Po stronie włoskiej wystąpiły Jasmine Paolini i Sara Errani – weteranka i wielokrotna triumfatorka w deblu. Ukrainę reprezentowały Marta Kostjuk i Ludmyła Kiczenok, mistrzyni US Open z 2024 roku.

    Pierwsza partia przebiegła pod dyktando Włoszek, które zwyciężyły 6:2, trzykrotnie przełamując rywalki. Drugi set zapowiadał się ciekawiej – Ukraina prowadziła już 3:1 po przełamaniu. Wtedy jednak Paolini efektownym forhendem po linii doprowadziła do przełamania powrotnego, a włoski duet nabrał wiatru w żagle. Od tego momentu Włoszki wygrały wszystkie gemy i zamknęły spotkanie 6:2, 6:3.

    Włochy znów w finale

    Obrończynie tytułu zameldowały się w kolejnym finale Billie Jean King Cup i staną przed szansą ponownego triumfu. W meczu o trofeum zmierzą się ze zwyciężczyniami spotkania USA – Wielka Brytania.

    https://x.com/BJKCup/status/1969036966554444279?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1969036966554444279%7Ctwgr%5Eed92b0a0fc2058f062f4c131d11711f2e36b5ea8%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732263941niewiarygodne-co-zrobila-paolini-ludzie-zlapali-sie-za-glowy.html

  • Zrobił to! Polak mistrzem Europy. Już przeszedł do historii

    Zrobił to! Polak mistrzem Europy. Już przeszedł do historii

    Patryk Dudek dopiął swego! 33-letni żużlowiec jechał do czeskich Pardubic jako lider klasyfikacji generalnej Speedway Euro Championship i główny kandydat do złota. Spisał się znakomicie, już po części zasadniczej zapewniając sobie tytuł Indywidualnego Mistrza Europy. Tym samym przeszedł do historii jako pierwszy Polak, który sięgnął po triumf w SEC od momentu zmiany formuły w 2012 roku.

    Droga do mistrzostwa

    Przed finałową, czwartą rundą Dudek miał solidną przewagę – w klasyfikacji generalnej zgromadził 42 punkty, o sześć więcej od obrońcy tytułu Andrzeja Lebiediewa. Polak mógł być spokojny o swoją formę – w tym roku został już indywidualnym mistrzem Polski i poprowadził PRES Grupę Deweloperską Toruń do finału PGE Ekstraligi.

    W Pardubicach od początku kontrolował sytuację. Obaj główni pretendenci do złota rozpoczęli od zwycięstw, a w bezpośrednim starciu Dudek zdobył tylko punkt – lecz Lebiediew zamknął stawkę. Później Łotysz jechał świetnie i uzbierał 11 punktów, ale Polak też punktował na wysokim poziomie. Przed ostatnim biegiem rundy zasadniczej miał ich 8 – wiedział, że wystarczy mu trzecie miejsce, by przypieczętować mistrzostwo.

    Historyczny sukces

    Dudek nie chciał jednak kalkulować. Choć start przegrał, jego motocykl był perfekcyjnie ustawiony, dzięki czemu szybko objął prowadzenie i dowiózł je do mety. To oznaczało, że został pierwszym Polakiem, który wygrał cykl SEC. Wcześniej, gdy o mistrzostwie Europy decydował jednodniowy finał, po złoto sięgał m.in. Sebastian Ułamek (2010). W obecnym systemie nie udało się to jeszcze żadnemu zawodnikowi znad Wisły – aż do teraz.

    Kropka nad i

    Co więcej, Dudek nie poprzestał na zdobyciu samego tytułu. Po zasadniczej części zawodów był trzeci i musiał walczyć w barażu o awans do finału. Uczynił to z powodzeniem, a później sięgnął po zwycięstwo w całej rundzie w Pardubicach, pokonując Timo Lahtiego, Andrzeja Lebiediewa i Kacpra Worynę.

    Sukces sportowy i przepustka do elity

    Zwycięstwo w SEC to nie tylko prestiż i historyczny zapis w kronikach polskiego żużla. Triumf w całym cyklu daje Dudkowi również bezpośrednią kwalifikację do przyszłorocznych mistrzostw świata w cyklu Grand Prix, co otwiera przed nim kolejne wyzwania i szanse na sukcesy.

    https://x.com/SpeedwayGP/status/1969083425479967038?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1969083425479967038%7Ctwgr%5E415c6a919723509cddab92f9486b5df5421ee01f%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fzuzel%2F76495132264799zrobil-to-polak-mistrzem-europy-to-przejdzie-do-historii.html

  • Nagle wstrzymali Polkę. Poczekała, a później rekord życiowy. Tak napisała historię

    Nagle wstrzymali Polkę. Poczekała, a później rekord życiowy. Tak napisała historię

    Przez długi czas wydawało się, że jedyną realną nadzieją Polski na sukces w konkursie oszczepniczek podczas mistrzostw świata będzie Maria Andrejczyk. Tymczasem niespodziewanie błysnęła Małgorzata Maślak-Glugla. Podczas mistrzostw Polski w Bydgoszczy oddała dwa ponad 61-metrowe rzuty, wywalczyła złoto, pokonała Andrejczyk i w ostatniej chwili wskoczyła do kadry na Tokio. W Japonii udowodniła, że forma rośnie – w drugiej kolejce eliminacji posłała oszczep na 61,79 m, bijąc rekord życiowy. Choć nie osiągnęła wyznaczonego minimum 62,50 m, jej awans do finału wydaje się niemal pewny. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja wicemistrzyni, a przede wszystkim mistrzyni olimpijskiej z Paryża.

    Dla japońskich kibiców konkurs kobiet ma szczególne znaczenie. Na igrzyskach w Paryżu gospodarze zdobyli tylko jeden medal w lekkiej atletyce – złoty w rzucie oszczepem, wywalczony przez Harukę Kitaguchi. To ona broniła w Tokio także mistrzostwa świata zdobytego dwa lata temu w Budapeszcie. Jednak tym razem wszystko wskazuje na to, że tytułu nie utrzyma.

    Warunki pogodowe ponownie miały znaczenie. W piątek na Stadionie Narodowym w Tokio również wiało, choć słabiej niż dzień wcześniej podczas finału mężczyzn, i tym razem głównie pod wiatr. Kitaguchi trafiła do pierwszej grupy eliminacyjnej, gdzie startowały również m.in. jedna z faworytek – Adriana Vilagoš z Serbii – oraz Maślak-Glugla, która przecież jeszcze miesiąc temu nie była nawet pewna wyjazdu do Azji. W Bydgoszczy osiągnęła 61,14 i 61,42 m, a teraz ponownie poprawiła swoją „życiówkę”.

    Pierwsza kolejka pokazała, że granica 62,50 m nie będzie konieczna do finału. Rok wcześniej w Paryżu do awansu wystarczyło 61,08 m. Tym razem jako jedyna daleko rzuciła Australijka Mackenzie Little – 65,54 m, czyli prawie identycznie jak rok temu Maria Andrejczyk, która wówczas jednym rzutem wygrała eliminacje. Reszta zawodniczek miała problemy – Vilagoš uzyskała 61,22 m, wicemistrzyni olimpijska Jo-Ane Du Plessis 61,38 m, a Kitaguchi tylko 60,31 i 60,38 m, kończąc grupę A na siódmym miejscu i z minimalnymi szansami na awans.

    Polka zaczęła od 57,47 m, a w drugiej kolejce jej rzut został wstrzymany przez sędziów. Musiała kilka minut poczekać, aż biegacze na 5000 m ustawią się na starcie. Dopiero wtedy mogła wznowić próbę – i to właśnie wtedy osiągnęła 61,79 m, nowy rekord życiowy. Wynik ten dał jej czwarte miejsce w grupie, a żeby odpaść, w drugiej części eliminacji aż dziewięć zawodniczek musiałoby rzucić dalej. To scenariusz graniczący z niemożliwym.

    – Myślałam, że będzie gorzej. Cały dzień walczyłam ze stresem, ale udało się skupić na tym jednym rzucie. Po pierwszej próbie pomyślałam, że nigdy tak dobrze nie zaczęłam konkursu. Wiedziałam, że będzie dobrze – mówiła później w TVP Sport Małgorzata Maślak-Glugla.

    Lepsze od niej rezultaty uzyskały tylko trzy zawodniczki: Vilagoš (66,06 m w trzeciej kolejce), Little (65,54 m) oraz Ekwadorka Juleisy Angulo, która rzucając 63,25 m ustanowiła rekord kraju.

  • Dramat Marii Andrejczyk. Nagle wszystko stanęło. “Jestem przeczołgana”

    Dramat Marii Andrejczyk. Nagle wszystko stanęło. “Jestem przeczołgana”

    Maria Andrejczyk jeszcze przed startem sezonu odpowiadała z uśmiechem na pytania o formę. – Nie no, co wy? Przestańcie! – mówiła, gdy nie była w stanie przekroczyć granicy 60 metrów i słyszała, że to powód do niepokoju. W maju zapowiadała jednak przygotowania na 65 metrów i walkę o medal mistrzostw świata w Tokio. Tymczasem w Japonii jej przygoda zakończyła się już na etapie eliminacji – najlepszy wynik 60,04 m dał jej dopiero 16. miejsce.

    Od olimpijskiego podium do serii rozczarowań

    Cztery lata temu w Tokio przeżyła najpiękniejsze chwile kariery. W finale igrzysk olimpijskich wywalczyła srebro, które miało być początkiem pasma sukcesów. Już wcześniej, jako 20-latka w Rio de Janeiro, była o włos od medalu – zabrakło jej zaledwie dwóch centymetrów. Po olimpijskim srebrze wydawało się, że regularnie będzie stawać na podium. Okazało się jednak, że do dziś tamten medal pozostaje jej jedynym.

    „Spieprzyłam tę robotę koncertowo”

    Andrejczyk nigdy nie unikała szczerych ocen własnych startów. – Nie będę owijać w bawełnę. Spieprzyłam tę robotę koncertowo, bo poziom był żałośnie niski, a ja tej szansy nie wykorzystałam – mówiła rok temu po igrzyskach w Paryżu, gdzie w eliminacjach uzyskała świetne 65,52 m, ale w finale skończyła zaledwie na ósmym miejscu. Do brązowego medalu zabrakło jej 1,25 m.

    Problemy zdrowotne i niespełnione zapowiedzi

    Sezon 2025 zaczęła od przeciętnego rzutu 58,82 m podczas Memoriału Kusocińskiego. Sama jednak zapewniała, że to dopiero początek i że na mistrzostwa świata przygotuje formę na 65 metrów. – W grudniu przeszłam operację stawu skokowego, który od dawna mi dokuczał. Potem jednak przygotowania przebiegły naprawdę dobrze. Fizycznie wyglądałam rewelacyjnie – opowiadała w rozmowie ze Sport.pl. Dodawała też, że spokojnie podchodzi do startów i wierzy w dojście do formy.

    – Mogłabym się stresować tym, że teraz nie rzucam 60 metrów, ale wolę spokojnie pracować, bo wiem, że dowiozę formę – przekonywała.

    Rzeczywistość okazała się brutalna

    Forma jednak nie przyszła. W Tokio najlepsza próba dała jej 60,04 m, czyli wynik niewystarczający nawet na finał. Do awansu zabrakło niespełna metra. A przecież w swojej karierze osiągała rzuty na poziomie 71,40 m – rezultat, który pozostaje trzecim najlepszym w historii światowej lekkoatletyki. Niestety, dziś to już przeszłość. W Tokio 2021 przyjechała jako liderka światowych tabel, a cztery lata później – z dopiero 37. wynikiem na świecie.

    Po olimpijskim srebrze kolejne wielkie imprezy kończyły się rozczarowaniami:

    • ME 2024 w Rzymie – dopiero 10. miejsce (58,29 m),
    • igrzyska w Paryżu – ósme miejsce po słabszym finale,
    • MŚ w Eugene 2022 – eliminacje zakończone na 21. pozycji (55,47 m).

    „Nie będę robić z siebie męczennicy”

    Sama zawodniczka podkreśla jednak, że nie zamierza użalać się nad sobą. – Ja naprawdę bardzo ciężko pracuję. Ten sezon jest wyjątkowo trudny. Nie będę uprawiać martyrologii, wiemy z trenerem, co trzeba poprawić. Jestem przeczołgana kontuzjami, ale chcę trenować dalej i wiem, że w moim sporcie można mieć długą karierę – powiedziała w rozmowie z TVP Sport.

    Maślak-Glugla pozytywnym zaskoczeniem

    Na oszczepniczym stadionie w Tokio Polacy mieli jednak powód do radości. 24-letnia Małgorzata Maślak-Glugla, debiutująca na tak wielkiej imprezie, sprawiła niespodziankę, bijąc rekord życiowy – 61,79 m. Dało jej to dziewiąty wynik eliminacji i pewny awans do finału. – Myślałam, że będzie gorzej. Stres przeżyłam już wcześniej i w konkursie było dobrze. Coś zostawiłam jeszcze na finał. Sama cieszę się, że tu jestem, nie zakładałam żadnych życiówek ani walki z mistrzynią olimpijską – mówiła przed kamerami TVP.