Category: Uncategorized

  • Kolejny medal polskiej sztafety! Święty-Ersetic nie wytrzymała po biegu

    Kolejny medal polskiej sztafety! Święty-Ersetic nie wytrzymała po biegu

    Minęły już cztery lata od pamiętnego srebra wywalczonego przez polską sztafetę 4×400 metrów na igrzyskach olimpijskich w Tokio. Wówczas Justyna Święty-Ersetic mówiła z dumą: – Uległyśmy jedynie Stanom Zjednoczonym, ale to żadna hańba. Pokazałyśmy pazur, jesteśmy przeszczęśliwe! To coś wspaniałego!. Tamten sukces na zawsze wpisał się w historię naszego sportu. Dziś jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej – w finale mistrzostw świata w tym samym Tokio o medal będzie Polkom niezwykle trudno.

    Do niedzielnego biegu awans zapewniły sobie Anna Gryc, Alicja Wrona-Kutrzepa, Aleksandra Formella oraz Natalia Bukowiecka. To właśnie ta ostatnia odegrała kluczową rolę – na ostatniej zmianie wyciągnęła reprezentację z szóstego na trzecie miejsce, co zagwarantowało kwalifikację. Wciąż jednak nie wiadomo, czy do składu w finale dołączy Święty-Ersetic. Tuż przed eliminacjami okazało się, że nie wystartuje z powodów zdrowotnych. Bukowiecka po biegu przyznała przed kamerami TVP, że ma nadzieję na powrót koleżanki, bo jej obecność znacznie wzmocniłaby drużynę.

    Powrót do dawnych sukcesów nie będzie jednak łatwy. W Tokio 2021 Polki były w absolutnym topie. Najpierw sensacyjnie sięgnęły po złoto w sztafecie mieszanej 4×400 m, a później dołożyły srebro w klasycznej rywalizacji. „Aniołki Matusińskiego” – jak ochrzczono je od nazwiska trenera Aleksandra Matusińskiego – seryjnie zdobywały medale mistrzostw świata i Europy, a na igrzyskach pokazały pełnię swoich możliwości. W finale olimpijskim uzyskały rekord Polski 3:20,53, wyraźnie wyprzedzając Jamajki i Kanadyjki, ustępując jedynie kosmicznie mocnym Amerykankom, które finiszowały z czasem 3:16,85.

    Dziś realia są inne. Polki zajęły dopiero czwarte miejsce w sztafecie mieszanej, a w drużynie kobiet z tamtej wielkiej ekipy zostały już tylko Święty-Ersetic i Bukowiecka (wcześniej znana jako Kaczmarek). Pierwsza biega wolniej niż cztery lata temu, a druga – choć obecnie należy do ścisłej światowej czołówki – nie jest w stanie sama zapewnić drużynie walki o podium. Pozostałe zawodniczki prezentują solidny poziom, ale to raczej wystarcza do awansu do finału niż do zdobywania medali.

    Aby powalczyć o coś więcej, Polki muszą znaleźć w sobie dodatkowe rezerwy – iskierkę, która przypomni o dawnym błysku „Aniołków Matusińskiego”. Czy w Tokio 2025 uda im się jeszcze raz zadziwić lekkoatletyczny świat?

  • Grbić szczery jak nigdy. Oto, z czym musi się mierzyć. “Powinniście przyjechać”

    Grbić szczery jak nigdy. Oto, z czym musi się mierzyć. “Powinniście przyjechać”

    Oczekiwania wobec polskich siatkarzy są ogromne – trudno się dziwić, skoro z każdej wielkiej imprezy wracają z medalem. Teraz o presji, jaka towarzyszy reprezentacji, opowiedział Nikola Grbić w rozmowie z mediami na Filipinach.

    Polacy nie do zatrzymania na MŚ

    Biało-Czerwoni świetnie spisują się na tegorocznych mistrzostwach świata. Podopieczni Grbicia bez problemów przebrnęli przez fazę grupową, wygrywając z Rumunią, Katarem i Holandią, a w 1/8 finału pewnie pokonali Kanadę 3:1. W ćwierćfinale czeka ich trudna przeprawa z rewelacyjnie spisującą się Turcją.

    Wyraźnie widać, że tegoroczny turniej obfituje w niespodzianki – odpadły już takie potęgi jak Japonia, Francja czy Brazylia. To sprawia, że droga do medalu wydaje się nieco łatwiejsza, ale w Polsce wszyscy wiedzą jedno: liczy się tylko złoto.

    Grbić: w Polsce presja jest wszędzie

    Selekcjoner nie krył, że w naszym kraju oczekiwania kibiców są wyjątkowo duże. – Powinniście przyjechać do Polski i sami zobaczyć. Wystarczy, że przegramy jednego seta, a od razu pojawiają się komentarze: „co się dzieje, kryzys” – powiedział Grbić w rozmowie z portalem spin.ph.

    – Moi zawodnicy żyją pod presją na co dzień. Budzą się z presją, idą z nią na śniadanie, lunch, kolację. Grają w klubach, które ciągle walczą o zwycięstwa, więc nauczyli się funkcjonować w takim otoczeniu – dodał szkoleniowiec.

    Sam Grbić zaznaczył, że stara się nie zaprzątać sobie głowy opiniami z zewnątrz. – Skupiam się wyłącznie na siatkówce, na technice i samej grze. Presja mnie nie interesuje – podkreślił.

    Rada dla młodszych siatkarzy

    Trener zdradził też, co mówi swoim mniej doświadczonym podopiecznym. – Zawsze powtarzam jedno: nie czytajcie gazet. Z całym szacunkiem dla dziennikarzy, ale zwłaszcza komentarze w internecie piszą ludzie, którzy nie rozumieją, jak wygląda nasza praca – wyjaśnił.

    – Ci zawodnicy poświęcają dla drużyny wszystko: zdrowie, czas, życie prywatne. Są z dala od rodzin, pracują niewiarygodnie ciężko i bardzo chcą odnieść sukces. Tego zwykły kibic nie widzi – dodał selekcjoner.

    Polska – Turcja. Stawką półfinał

    Spotkanie ćwierćfinałowe Polska – Turcja odbędzie się w środę, 24 września. Dokładna godzina meczu nie została jeszcze podana. Stawką będzie awans do półfinału, gdzie Biało-Czerwoni – jeśli pokonają Turków – mogą trafić na Włochy lub Argentynę.

  • Anita Włodarczyk otwiera się na temat związków. To dlatego nie ma partnera

    Anita Włodarczyk otwiera się na temat związków. To dlatego nie ma partnera

    Anita Włodarczyk to jedna z najwybitniejszych polskich lekkoatletek, której życie prywatne od lat budzi zainteresowanie kibiców. Mimo licznych sukcesów sportowych i niekwestionowanej pozycji w historii światowego młota, zawodniczka wciąż nie znalazła swojej „drugiej połówki”. Sama jednak podkreśla, że nie zamierza szukać miłości na siłę, a co za tym idzie, prawdopodobnie nie doczeka się dzieci. Nie oznacza to jednak, że jest samotna – otacza się gronem przyjaciół i bliskich osób.

    Trzykrotna mistrzyni olimpijska i wielokrotna rekordzistka świata przez lata dostarczała kibicom niezapomnianych emocji. Jej nazwisko stało się synonimem siły, determinacji i wielkich osiągnięć. Nic dziwnego, że także jej życie osobiste wzbudza ciekawość. Choć Anita Włodarczyk rzadko mówi publicznie o sprawach sercowych, to w ostatnich latach kilkukrotnie poruszyła temat związków i macierzyństwa.

    „Nie szukam miłości na siłę”

    W programie „Taka jak ty” emitowanym w TVP Kobieta Anita przyznała, że nigdy nie była zakochana. – Nie szukam miłości, to samo kiedyś przyjdzie. Nic na siłę. Prawdziwej miłości jeszcze nie doświadczyłam, ale może dlatego, że większą część roku spędzam na zgrupowaniach. To nie jest proste – większość czasu jestem poza domem. Mam wielu przyjaciół, także wśród mężczyzn, ale uczucia wciąż się nie pojawiły – wyznała.

    W innym wywiadzie, tym razem dla „Faktu”, podkreśliła, że brak partnera nie jest dla niej powodem do frustracji. – Nie wszyscy muszą mieć drugą połówkę. Wielu sportowców jest w podobnej sytuacji. Ja nie narzekam. Z wiekiem człowiek zaczyna to inaczej postrzegać. Oczywiście, partner jest ważny, bo daje wsparcie. Ale jeśli nie był sportowcem, to naprawdę trudno zrozumieć częste wyjazdy i intensywne życie w rytmie zawodów. To wymaga ogromnego zaufania – mówiła.

    Macierzyństwo? „Raczej nie dla mnie”

    Choć Włodarczyk nie ukrywa, że dzieci bardzo lubi, nie widzi siebie w roli matki. – Dom pełen dzieci… chyba nie. Kocham dzieci, ale myślę, że to w moim przypadku nie będzie możliwe – przyznała w rozmowie z TVP Kobieta.

    Warto zauważyć, że nie jest w tym odosobniona. Według badań CBOS z 2022 roku aż 68% Polek w wieku 18–45 lat deklaruje, że nie może, nie planuje lub nie chce mieć dzieci. Powody są różne – od niepewnej sytuacji materialnej i obaw związanych z sytuacją geopolityczną, po świadome wybory dotyczące stylu życia i osobistego komfortu.

    Historia Anity Włodarczyk pokazuje, że nie każdy musi podążać utartymi schematami. Dla niej najważniejsze pozostają pasja, sport i poczucie spełnienia w tym, co robi.

  • Jest mi wstyd”. Tak Sułek-Schubert podsumowała swój występ na MŚ w Tokio

    Jest mi wstyd”. Tak Sułek-Schubert podsumowała swój występ na MŚ w Tokio

    Adrianna Sułek-Schubert rozczarowana występem w Tokio. “Uwierzcie mi na słowo”

    Adrianna Sułek-Schubert nie zrealizowała swoich sportowych marzeń podczas mistrzostw świata w Tokio. Polka, na którą kibice liczyli w walce o medal w siedmioboju, ostatecznie zakończyła rywalizację dopiero na 15. miejscu. Dla samej zawodniczki to ogromne rozczarowanie, szczególnie że jeszcze kilka dni wcześniej była przekonana o wysokiej formie i dobrym wyniku.

    – Ciężko mi to wszystko ubrać w słowa, bo pierwszy raz na najważniejszej imprezie nie dowiozłam choćby przyzwoitego rezultatu. Jeszcze dwa dni temu przewidywałam, że zdobędę tu świetne punkty – mówiła wyraźnie przybita w rozmowie z TVP Sport.

    Słaby start i bolesna analiza

    Po pierwszym dniu zawodów Polka zajmowała siódmą lokatę i wciąż miała nadzieję na awans w górę tabeli. – Wierzyłam, że w sobotę będzie lepiej, bo naprawdę jest mi przykro i czuję się rozczarowana – przyznała. Niestety, drugi dzień rywalizacji nie przyniósł poprawy, a końcowy wynik pozostawił niedosyt. Złoty medal zdobyła Amerykanka Anna Hall, srebro trafiło do Kate O’Connor, a brąz podzieliły Taliyah Brooks i Katarina Johnson-Thompson.

    Sułek-Schubert nie gryzła się w język, oceniając swój start. – Jest wiele powodów, dla których czuję wstyd. Sama nie wiem, co się wydarzyło z tą świetną formą, którą przywiozłam do Japonii. Może zawiniła zbyt krótka aklimatyzacja albo przeziębienie. Na pewno nie zawiodła psychika, bo do końca wierzyłam, że mogę jeszcze odmienić los – podkreślała.

    Analizując poszczególne konkurencje, przyznała, że nie wszystko poszło zgodnie z planem. – Na płotkach stres kosztował mnie kilka dziesiątych sekundy. W biegu na 200 metrów mogłam jeszcze tłumaczyć się zmęczeniem po kilku startach w krótkim czasie. Ale w innych konkurencjach naprawdę nie wiem, co się stało. Liczyłam na 6500 punktów, a skończyło się kompletną klapą. Jedynymi pozytywami są kula i oszczep – oceniła.

    Myśli już o kolejnych wyzwaniach

    Mimo bolesnej porażki, Sułek-Schubert nie zamierza się poddawać. – Wiem, jak ciężko pracowałam i wierzę, że ta praca zaprocentuje w przyszłości. Na pewno nie odpuszczę walki o igrzyska w Los Angeles w 2028 roku. Najbliższym celem będą halowe mistrzostwa świata w Toruniu – zaznaczyła.

    Przed polską zawodniczką kolejne miesiące intensywnych przygotowań. Kibice mają nadzieję, że tym razem ciężka praca przełoży się na długo wyczekiwany sukces.

  • Demolka w meczu reprezentacji Polski na MŚ. Pokaz mocy w bitwie o ćwierćfinał

    Demolka w meczu reprezentacji Polski na MŚ. Pokaz mocy w bitwie o ćwierćfinał

    Reprezentacja Polski po znakomitym widowisku pokonała Kanadę 3:1 i tym samym zapewniła sobie miejsce w ćwierćfinale mistrzostw świata na Filipinach. W walce o półfinał rywalem „Biało-Czerwonych” będzie niebezpieczna Turcja, prezentująca w tym turnieju świetną formę. Polacy również z meczu na mecz wyglądają coraz lepiej i wydaje się, że szczyt ich dyspozycji dopiero nadchodzi.

    Turcy czekali na zwycięzcę tego meczu

    Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem wiadomo było, że triumfator starcia Polska – Kanada zmierzy się w ćwierćfinale z reprezentacją Turcji. Podopieczni Slobodana Kovaca dzień wcześniej zaprezentowali efektowną siatkówkę i wyeliminowali Holandię 3:1, potwierdzając, że ich aspiracje w tym turnieju są bardzo poważne.

    Znakomity początek Polaków

    Nikola Grbić postawił na nieco zmodyfikowany skład – Tomasz Fornal usiadł na ławce, a na parkiet od pierwszej piłki wyszli: Marcin Komenda, Bartosz Kurek, Wilfredo Leon, Jakub Kochanowski, Kamil Semeniuk, Norbert Huber oraz libero Jakub Popiwczak.

    Już w pierwszej akcji Popiwczak przyprawił kibiców o dreszcze, gdy po ofiarnej interwencji boleśnie uderzył w bandy i przez moment trzymał się za nadgarstek. Na szczęście mógł kontynuować grę.

    Od samego początku obie ekipy grały na pełnych obrotach. Polacy jednak szybciej złapali swój rytm i po serii skutecznych akcji odskoczyli od rywali (10:6). Komenda dołożył asa, a Leon i Kurek zaczęli siać popłoch w szeregach Kanady. Zespół Daniela Lewisa próbował się bronić, lecz „Biało-Czerwoni” grali konsekwentnie i pewnie wygrali premierową partię 25:18.

    Nerwowa końcówka i wyrównanie Kanady

    Drugi set zaczął się podobnie – Polacy objęli prowadzenie, ale Kanadyjczycy nie zamierzali odpuszczać. Świetne akcje Hoaga i McCarthy’ego utrzymywały wynik w okolicach remisu. Kiedy jednak Kurek popisał się mocnymi zagrywkami, Polacy znów mieli przewagę (13:10).

    Emocje sięgnęły zenitu w samej końcówce. Przy stanie 21:21 na parkiecie pojawił się Fornal, jednak decydujące akcje należały do Kanady. Po bloku na Semeniuku to rywale cieszyli się ze zwycięstwa 25:23 i doprowadzili do wyrównania w meczu.

    Powrót dominacji

    Trzeci set rozpoczął się od serii punktów Polaków i błyskawicznego prowadzenia 5:1. Rywale starali się gonić, ale znakomita gra w ataku Kurka i Leona, a także skuteczne bloki Kochanowskiego i Hubera pozwoliły utrzymywać bezpieczny dystans. Czelendż wygrany przez naszą drużynę dodatkowo podciął skrzydła Kanadyjczykom. Polacy kontrolowali sytuację do końca i zamknęli partię wynikiem 25:20.

    Pewne zakończenie i awans

    W czwartym secie Polacy natychmiast narzucili swój styl gry. Huber świetnie serwował, a kolejne błędy Kanady (łącznie aż 27 w całym meczu) sprawiały, że ich sytuacja stawała się beznadziejna. Leon i Kurek dokładali swoje punkty, a na tablicy wyników różnica systematycznie rosła. Przy stanie 23:14 jasne było, że nic nie odbierze już Polakom awansu.

    Mecz zakończył się efektownym zwycięstwem 25:15, a ostatni punkt Kanadyjczycy oddali po błędzie na siatce.

    Polska triumfuje 3:1 i melduje się w ćwierćfinale mistrzostw świata. Tam czeka już groźna Turcja, ale po takim występie „Biało-Czerwoni” mogą patrzeć w przyszłość z dużym optymizmem.

  • Zaczęło się od 0:2, a potem zwrot! Oto rywalka Świątek w finale w Seulu!

    Zaczęło się od 0:2, a potem zwrot! Oto rywalka Świątek w finale w Seulu!

    Iga Świątek już zna swoją rywalkę w finale turnieju WTA 500 w Seulu. O pierwszy w karierze triumf w imprezie tej rangi powalczy z Jekatieriną Aleksandrową, która w półfinale pokonała Katierinę Siniakovą. Bilans dotychczasowych spotkań obu tenisistek przemawia na korzyść Polki – Świątek wygrała pięć z siedmiu meczów.

    Świątek zagra o tytuł

    W sobotę raszynianka udowodniła, że nawet dwa spotkania rozegrane w ciągu jednego dnia z krótką, zaledwie trzygodzinną przerwą, nie stanowią dla niej przeszkody. Po porannym zwycięstwie nad Barborą Krejcikovą, w półfinale zmierzyła się z 19-letnią Australijką Mayą Joint (46. WTA). Świątek ponownie rozpoczęła mecz od wygranego seta 6:0, a ostatecznie triumfowała 6:0, 6:2. Dzięki temu awansowała do finału turnieju w stolicy Korei Południowej.

    Rywalka wyłoniona w drugim półfinale

    Po swoim meczu Polka mogła spokojnie śledzić rywalizację o drugie miejsce w finale. Naprzeciwko siebie stanęły Jekatierina Aleksandrowa (11. WTA) i Katierina Siniakova (77. WTA). Początek tego starcia obfitował w nerwowość i błędy po stronie Rosjanki, która długo nie potrafiła złapać właściwego rytmu. Choć szybko przełamała serwis przeciwniczki, natychmiast oddała własne podanie.

    Decydujący okazał się dziesiąty gem pierwszego seta. Siniakova przy prowadzeniu 30:15 popełniła dwa proste błędy – najpierw z bekhendu, później źle rozegrała slajsem. Przy piłce setowej popełniła podwójny błąd serwisowy, co pozwoliło Aleksandrowej wygrać partię 6:4 po ponad godzinie gry.

    Choć statystyki wskazywały na przewagę Rosjanki w winnerach (8–6), to obie zawodniczki obficie rozdawały niewymuszone błędy – w sumie aż 41, co najlepiej pokazuje, że mecz nie stał na najwyższym poziomie.

    Aleksandrowa w finale

    Drugi set rozpoczął się lepiej dla Siniakovej, która prowadziła już 2:0 po szybkim przełamaniu. Aleksandrowa jednak błyskawicznie odpowiedziała, wygrywając sześć kolejnych gemów i zamykając mecz wynikiem 6:4, 6:2 po 100 minutach rywalizacji.

    Finałowe starcie

    Świątek i Aleksandrowa zagrają w niedzielę o godzinie 10:00 czasu polskiego. Dotychczas spotykały się siedem razy – Polka triumfowała w pięciu meczach, a dwukrotnie górą była Rosjanka. Ostatnie starcie miało miejsce w 1/8 finału US Open, gdzie Świątek zwyciężyła 6:3, 6:1.

    Półfinał w Seulu: Jekatierina Aleksandrowa – Katierina Siniakova 6:4, 6:2.

  • Co za bieg Bukowieckiej! Uratowała polską sztafetę na MŚ

    Co za bieg Bukowieckiej! Uratowała polską sztafetę na MŚ

    Gdyby nie Natalia Bukowiecka, sytuacja naszej sztafety wyglądałaby naprawdę kiepsko – stwierdził na antenie TVP Przemysław Babiarz. Na szczęście mamy Natalię Bukowiecką i to dzięki niej Polska sztafeta 4×400 m kobiet awansowała do finału mistrzostw świata w Tokio! Nasza liderka popisała się znakomitym biegiem, choć pałeczkę przejmowała dopiero na szóstej pozycji.

    Warto przypomnieć, że w 2021 roku na igrzyskach olimpijskich w Tokio Polki w tej samej konkurencji sięgnęły po srebro. Było to ukoronowanie wieloletnich sukcesów drużyny, która niemal zawsze meldowała się na podium najważniejszych imprez, ale brakowało jej olimpijskiego medalu. Dziś, cztery lata później, na MŚ w Tokio startuje już zupełnie odmieniony skład. Tym razem sam awans do finału jest dużym osiągnięciem.

    Do biegu eliminacyjnego Polska wystawiła następującą kolejność: Anna Gryc rozpoczęła na pierwszej zmianie, następnie pałeczkę przejęła Alicja Wrona-Kutrzepa, potem pobiegła Aleksandra Formella, a na końcu – dobrze znana kibicom – Natalia Bukowiecka. Pierwotnie planowano, że w eliminacjach wystąpi również Justyna Święty-Ersetic, jednak jej problemy zdrowotne sprawiły, że ciężar odpowiedzialności za wynik spoczął głównie na Bukowieckiej.

    Polki od samego początku plasowały się w okolicach szóstego miejsca. Gryc pobiegła bardzo dobrze – nieoficjalne międzyczasy pokazują, że zanotowała rezultat lepszy od swojego rekordu życiowego. Wrona-Kutrzepa i Formella również dały z siebie wszystko, ale dopiero popis Bukowieckiej przesądził o losach rywalizacji. Startując z szóstej pozycji, krok po kroku zaczęła odrabiać straty. Z pełnym spokojem i kontrolą wpadła na metę na trzecim, niezagrożonym miejscu, gwarantującym awans do finału.

    – Gdybyśmy nie mieli Natalii Bukowieckiej, to byłaby bieda – skomentował Babiarz. I trudno się z tym nie zgodzić. Teraz pozostaje nadzieja, że w decydującym biegu do drużyny dołączy jeszcze Justyna Święty-Ersetic. W takim składzie Polki mogłyby podjąć walkę z absolutną światową czołówką.

    Sama Bukowiecka po biegu przed kamerami TVP podkreśliła, że wszystkie koleżanki ze sztafety zaprezentowały się znakomicie, a ona jako liderka od razu zaczęła motywować zespół na finał. Wyraziła również wiarę, że Święty-Ersetic pomimo sobotniej kontuzji znajdzie siły, by wesprzeć drużynę. – Jesteśmy jednymi z najlepszych na świecie i możemy powalczyć z każdym – powiedziała Bukowiecka. Dodała też, że liczy na to, iż w sztafecie 4×400 m uda jej się zrewanżować za dwa czwarte miejsca: w biegu indywidualnym na 400 m oraz w sztafecie mieszanej.

  • Oto pierwsze słowa Świątek po awansie do finału w Seulu

    Oto pierwsze słowa Świątek po awansie do finału w Seulu

    Maya Joint nie miała wiele do powiedzenia w półfinale turnieju WTA w Seulu przeciwko Idze Świątek. Australijka uległa liderce światowego rankingu w ekspresowym tempie 0:6, 2:6, a całe spotkanie trwało niespełna godzinę. Dla Świątek było to już drugie zwycięstwo w sobotę – wcześniej, o poranku, pewnie pokonała Barborę Krejčíkovą 6:0, 6:3. Jak zareagowała po kolejnym triumfie? – Finał będzie najtrudniejszy, to trochę inna presja – przyznała Polka.

    Dwa mecze jednego dnia

    Świątek miała dziś wyjątkowo napięty grafik. O godzinie 5:00 rano czasu polskiego rozegrała ćwierćfinał z Krejčíkovą, który zakończył się szybkim zwycięstwem. Już kilka godzin później – około 10:00 – wyszła na kort ponownie, by zmierzyć się z Joint w półfinale. Powodem tak intensywnego dnia były piątkowe opady deszczu, które wymusiły przesunięcie części meczów.

    Pewny awans Polki do finału

    Mimo obciążającego terminarza w grze Świątek nie było widać zmęczenia. Pierwszy set zamknęła w niecałe 30 minut, zwyciężając 6:0. W drugiej partii Australijka próbowała nawiązać walkę, jednak Polka utrzymała wysoki poziom i wygrała 6:2, meldując się w finale.

    Koncentruję się na sobie, staram się realizować plan gry. Finał będzie najtrudniejszy, to zawsze inny rodzaj presji. Jestem podekscytowana i cieszę się, że rozegrałam tu kilka solidnych spotkań – powiedziała po meczu.

    Podziękowania i perspektywa finału

    Świątek nie zapomniała także o kibicach, dziękując im za wsparcie i zapraszając na niedzielne spotkanie finałowe. Jeśli triumfuje w Seulu, sięgnie po trzeci tytuł w sezonie – wcześniej zwyciężała w Cincinnati oraz na Wimbledonie.

    W decydującym meczu, zaplanowanym na niedzielę 21 września, rywalką Polki będzie lepsza z pary Katerina Siniaková – Jekaterina Aleksandrowa.

  • Dlatego lekarz dopuścił Szeremetę do walki o złoto MŚ. “Oszukałaś system”

    Dlatego lekarz dopuścił Szeremetę do walki o złoto MŚ. “Oszukałaś system”

    Julia Szeremeta wróciła z mistrzostw świata w boksie olimpijskim ze srebrnym medalem, choć marzyła o złocie. Młoda pięściarka była gościem programu „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiedziała o kulisach turnieju, walce z kontuzją i emocjach, jakie towarzyszyły jej w Liverpoolu.

    „Srebro mnie prześladuje”

    W finale Szeremeta musiała uznać wyższość Hinduski Jaismine Lamborii, która zwyciężyła decyzją sędziów 4:1. – Na pewno czuję niedosyt. Ostatnio srebro się mnie trzyma – igrzyska w Paryżu, Puchar Świata w Foz do Iguaçu i teraz mistrzostwa świata. Liczyłam na złoto, ale mam jeszcze wiele przed sobą. Jestem młodą zawodniczką, więc może to będzie dla mnie dodatkowa motywacja, żeby pracować jeszcze ciężej – przyznała 22-letnia bokserka.

    Kontuzja w trakcie turnieju

    Występ Szeremety nabiera dodatkowej wartości, bo przez część zawodów zmagała się z urazem ręki. – Prawda wyjdzie na jaw po rezonansie, który mam w poniedziałek. Już jest lepiej, choć ręka wciąż pobolewa. Teraz mam przerwę w treningach, ale kiedy tylko poznamy diagnozę, wracam do pracy – powiedziała.

    Kontuzja pojawiła się w ćwierćfinale z Kariną Ibragimową z Kazachstanu. – Nie wiem do dziś, jak to się stało. Schodząc do narożnika poczułam, jakby coś rozrywało mi rękę. Spuchła momentalnie. Po walce zdjęłam rękawicę i zobaczyłam ogromnego guza, ręką nie mogłam ruszać. Trafiłam na brytyjski SOR, zrobiono mi zdjęcie i lekarze odradzili dalszą rywalizację. Założyli stabilizator. Z płaczem spojrzałam na trenera i zapytałam: „To ja nie będę walczyć?” – wspominała.

    „Trochę oszukałam system”

    Szeremeta, mimo ostrzeżeń, postanowiła kontynuować turniej. – Miałam dzień przerwy, ręką zajęli się trenerzy i fizjoterapeuta. Przed oficjalnym ważeniem nałożyłam podkład, żeby zakryć siniaki. Można powiedzieć, że trochę oszukałam system. Nie przyjechałam tam po brąz, więc nie zamierzałam się poddawać. W ringu adrenalina robi swoje, do tego były tabletki przeciwbólowe – jakoś dałam radę – zdradziła.

    Niesmak po finale

    Polka mogła czuć się pokrzywdzona po werdykcie. Wielu ekspertów oceniało, że była lepsza w pierwszej i drugiej rundzie, choć sędziowie jednogłośnie zapisali tę drugą na konto rywalki. – Mogłam boksować bardziej ostrożnie, oszczędzając rękę. Ale forma była perfekcyjna, przygotowania poszły świetnie. To były moje pierwsze mistrzostwa świata, dlatego łzy po walce były szczere. Bardzo mi zależało na złocie – zakończyła.

  • Polak prowadził, stadion opuścił na wózku. Nocny dramat w Tokio

    Polak prowadził, stadion opuścił na wózku. Nocny dramat w Tokio

    Maher Ben Hlima, który niedawno otarł się o rekord Polski w chodzie na 10 km, z wielkimi nadziejami stanął na starcie rywalizacji na dwukrotnie dłuższym dystansie podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Tokio. Zaledwie tydzień wcześniej zajął 10. miejsce w wymagającym chodzie na 35 km, a teraz liczył na jeszcze lepszy wynik, który mógłby zagwarantować mu stabilną przyszłość sportową. Początek miał znakomity, ale zakończenie zawodów okazało się dramatyczne.

    Ben Hlima, polski chodziarz tunezyjskiego pochodzenia, dopiero od niedawna reprezentuje biało-czerwone barwy. W krótkim czasie zdążył jednak wystąpić już na igrzyskach olimpijskich w Paryżu, a teraz po raz pierwszy w karierze wziął udział w mistrzostwach świata w lekkoatletyce. W debiucie na dystansie 35 km uplasował się na 10. pozycji i zapowiadał, że na 20 km powalczy o miejsce w czołowej ósemce – gwarantujące mu wsparcie finansowe na kolejne miesiące.

    Mocny start, dramatyczny finisz

    Polak rozpoczął nocny chód w Tokio niezwykle odważnie. Już na pierwszym kilometrze objął prowadzenie, a przez kolejne dwa wciąż utrzymywał się w ścisłej czołówce. Z czasem jednak zaczął tracić kontakt z najlepszymi. Po pięciu kilometrach był już 18., a w dalszej części dystansu rywalizował w okolicach drugiej dziesiątki. W końcówce zdołał przesunąć się o kilka lokat i ostatecznie zakończył zawody na 14. miejscu. Tuż za metą, wycieńczony, upadł i stadion opuszczał na wózku inwalidzkim – były to niezwykle poruszające sceny.

    Kilka minut później trafił do pokoju medycznego, gdzie dochodził do siebie. W rozmowie z dziennikarzami przyznał, że choć liczył na lepszy rezultat, cieszy się, że mimo bólu w nogach udało mu się walczyć do końca. – Od 14. kilometra czułem narastający ból, ale starałem się znaleźć kogoś, z kim mogę iść równo, by dotrwać do mety. Szkoda, że nie udało się przesunąć jeszcze o kilka miejsc, ale potwierdziłem przynależność do światowej czołówki. Trzeba pracować dalej, oby tylko były ku temu warunki – mówił zmęczony Ben Hlima.

    Lekarz reprezentacji, dr Jarosław Krzywański, wyjaśnił, że kryzys zawodnika był wynikiem skrajnego wyczerpania i trudnych warunków pogodowych.

    Złoto dla Brazylii

    Ostatecznie Polak ukończył rywalizację z czasem 1:20.39 – to trzeci najlepszy wynik w jego karierze. Tytuł mistrza świata wywalczył Brazylijczyk Caio Bonfim (1:18.35), który na ostatnich metrach popisał się fantastycznym finiszem i wyprzedził rywali. Srebro zdobył Chińczyk Zhaozhao Wang (1:18.43), a brąz przypadł Hiszpanowi Paulowi McGrathowi (1:18.45).