• Lewandowski nie wytrzymał, Szczęsny zdumiony. Skarcił swojego kolegę

    Lewandowski nie wytrzymał, Szczęsny zdumiony. Skarcił swojego kolegę

    Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny mieli co świętować. Razem z FC Barceloną zapewnili sobie mistrzostwo po wygranym El Clasico, a później stali się jednymi z naczelnych postaci na paradzie, która przeszła (i przejechała) ulicami miasta. W pewnym momencie Lewandowski dorwał się do mikrofonu i zabawiał swoich kolegów przede wszystkim po polsku. Nagle padły słowa, które zbulwersowały Szczęsnego. Od razu skarcił kolegę.
    Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny z trzecim mężczyzną na dachu pojazdu, z szalikami FC Barcelony podczas świętowania.

    Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny świętują mistrzostwo w BarcelonieJOAN MONFORTEast News

    Wielu komentatorów było zachwyconych tym, jak podczas świętowania zachowywał się Lewandowski. Stwierdzili, że luz, który zobaczyli, okazał się bezcenny dla jego wizerunku. Czasem mógł jednak przekroczyć pewne granice.

    Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny królami świętowania

    FC Barcelona mogła cieszyć się z kolejnego mistrzostwa kraju. Wygrana w El Clasico sprawiła, że “Blaugrana” jest spokojna o swoją pozycję w tabeli i choć w tym roku nie udało jej się przejść daleko w Lidze Mistrzów, to ciężka praca i tak się opłaciła – trofeum ponownie trafiło do Katalonii.

    Zorganizowano wielkie świętowanie na ulicach miasta, w którym wzięli udział wszyscy piłkarze FC Barcelony, w tym Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny. Panowie prezentowali typowo świąteczny nastrój. Szybko stali się gwiazdami całej parady, a ich wypowiedzi po polsku podbiły internet.

    Robert Lewandowski się nie popisał. Szczęsny go skarcił

    W pewnym momencie Lewandowski złapał za mikrofon i nie miał zamiaru już go puszczać. Razem ze Szczęsnym rozmawiali o wielu kwestiach i część z nich nagrała się i trafiła do sieci.

    “Tak wracając, trochę ci przerwę. Łatwo jest tak pie****ić głupoty, co?” – zapytał Lewandowski swojego kolegi. Wzburzony Szczęsny od razu zwrócił mu uwagę: “Nie przeklinaj!”. Lewandowski stwierdził, że to trafi do Internetu i na Youtube, więc może.

    “To jest na żywo! Bądź przykładem dla młodych ludzi, człowieku” – stwierdził jasno zachrypnięty Szczęsny. Widać, że od początku do końca obaj panowie wyśmienicie się bawili. Nagranie zaś stało się hitem w sieci i zostało nawet przetłumaczone.
    Dwóch mężczyzn w sportowych ubraniach siedzi na dachu pojazdu, robiąc sobie zdjęcia smartfonami, jeden z nich pokazuje gest uniesionego kciuka.

    Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny podczas mistrzowskiej fety BarcelonyJoan Monfort/Associated Press/East NewsEast News
    Piłkarz w trykocie FC Barcelony trzyma puchar ozdobiony klubowymi szarfami, obok trener ubrany na czarno przemawia do mikrofonu.

    FC Barcelona. Na zdjęciu Robert Lewandowski i Hansi FlickGongora / NurPhoto / NurPhoto via AFP AFP

    Wielkie święto Aluron CMC Warta Zawiercie. Bartłomiej Bołądź gościem Polsat SiatCast. WIDEOPolsat SportPolsat Sport

  • Świątek znów w akcji. Godzina gry w Rzymie u progu ćwierćfinału z Pegulą

    Świątek znów w akcji. Godzina gry w Rzymie u progu ćwierćfinału z Pegulą

    Poniedziałkowy wieczór na Foro Italico należał do Igi Świątek. W sesji wieczornej na BNP Paribas Arena nasza reprezentantka rozgromiła Naomi Osakę, zwyciężając 6:2, 6:1. Dzięki temu zameldowała się w ćwierćfinale WTA 1000 w Rzymie. Już przed początkiem starcia Polki z Japonką było jasne, że potencjalną rywalkę w kolejnej fazie jest Jessica Pegula. Na dobę przed potyczką z Amerykanką, Raszynianka znów pojawiła się na korcie. Oto co wydarzyło się w stolicy Włoch.
    Iga Świątek awansowała do ćwierćfinału WTA 1000 w Rzymie, pokonując w znakomitym stylu Naomi Osakę

    Iga Świątek awansowała do ćwierćfinału WTA 1000 w Rzymie, pokonując w znakomitym stylu Naomi OsakęDomenico Cippitelli / NurPhoto / NurPhoto via AFP AFP

    Mecz z Naomi Osaką, jak przyznała sama Iga Świątek w strefie wywiadów po spotkaniu z Elisabettą Cocciaretto, miał być dla Polki pewnym wyznacznikiem, w jakiej znajduje się formie przed rozpoczynającym się za niecałe dwa tygodnie wielkoszlemowym Roland Garros. Dodatkową wątpliwość budził fakt, jak Raszynianka poradzi sobie na arenie, na której jeszcze w tym roku nie grała. Potyczkę z Japonką ulokowano bowiem na obiekcie BNP Paribas Arena – drugim co do wielkości stadionie i przy okazji najbardziej oddalonym od głównego Campo Centrale.

    Kort został wyłożony na środku przepięknie położonego i otoczonego rzeźbami treningowego stadionu lekkoatletycznego, nieopodal Stadio Olimpico. To tymczasowa zabudowa, w związku z czym obiekt funkcjonuje inaczej niż w przypadku np. największej areny. Przebywając na trybunach można było dostrzec w poprzednich dniach, że niektóre zawodniczki nie były zadowolone z jakości nawierzchni przy pojedynczych zagraniach.

    Iga doskonale wkomponowała się jednak w warunki panujące na BNP Paribas Arena. Od pierwszego gema próbowała grać na własnych zasadach, odpowiednio dostosowując tempo wymian. Wyczekiwała na idealny moment do ataku, a gdy potrafi się skalibrować w tej kwestii – jest niezwykle groźna dla wszystkich tenisistek. Doświadczyła tego wczoraj Naomi.

    Na początku drugiego seta Japonka skierowała kilka słów w kierunku Tomasza Wiktorowskiego, jakby chciała przekazać, że czuje się bezradna i nie wie za bardzo, co ma grać, by się przeciwstawić Świątek. Nasza reprezentantka rozegrała wczoraj jeden z najlepszych meczów w tym sezonie. Ostatecznie pokonała Osakę 6:2, 6:1 i zameldowała się w ćwierćfinale WTA 1000 w Rzymie. Po meczu była bardzo zadowolona ze swojej postawy. Podczas konferencji prasowej promieniowała szerokim uśmiechem.

    Teraz czeka ją batalia z Jessicą Pegulą. Amerykanka wygrała dwie poprzednie potyczki z Raszynianką, ale odbywały się one na innych nawierzchniach. Faworytką batalii o najlepszą “4” wydaje się nasza tenisistka, zwłaszcza po tak dobrym występie przeciwko Japonce. Zobaczymy, jak Iga poradzi sobie w meczu o pierwszy indywidualny półfinał w sezonie 2026.

    Iga Świątek pojawiła się we wtorek na korcie w Rzymie

    Dziś o godz. 13:00, u progu rywalizacji z Pegulą, miała zaplanowany 60-minutowy trening na korcie numer 1. Ostatecznie Świątek pojawiła się na arenie z lekkim opóźnieniem. Zanim dotarła na obiekt wraz z Darią Abramowicz i Maciejem Ryszczukiem, jako pierwsi wkroczyli Francisco Roig oraz Tomasz Moczek. To już stały element, do którego przywykliśmy w ostatnich dniach, że hiszpański szkoleniowiec przybywa nieco wcześniej ze względu na poruszanie się o kulach. Chce być punktualnie na korcie, by śledzić trening Raszynianki od samego początku.

    Gdy na arenę dotarła Iga, rozległy się gromkie brawa. Na trybunach kortu numer 1 zasiadło sporo kibiców. Można się nawet zastanawiać czy nie było ich więcej niż podczas wczorajszego spotkania z Naomi. Świątek trenowała razem ze swoim sparingpartnerem. Pierwsza wymiana rozpoczęła się o godz. 13:10. Najpierw było odbijanie na wysokości linii kara serwisowego, potem przejście do uderzeń z głębi kortu.

    Najwięcej czasu podczas zajęć poświęcono na trening krótkich akcji. Przez długi czas Iga serwowała, Tomasz returnował i później ew. toczyła się szybka wymiana, czasami tylko w postaci jednego dodatkowego uderzenia. Zdarzało się, że Świątek sugerowała Moczkowi, jaki typ akcji chce w danym momencie rozegrać. Swoje spostrzeżenia w kierunku Raszynianki przekazywał także Francisco Roig. Aktywna podczas zajęć była Daria Abramowicz, która podawała piłki Świątek oraz Moczkowi. Czasami pomagał Maciej Ryszczuk.

    Trening dobiegł końca punktualnie o godz. 14:00. Później na obiekt wkroczyły deblistki – Quinn Gleason i Ulrikke Eikeri. Gdy Polka zeszła w kierunku ławeczki, usiadła obok swojego hiszpańskiego szkoleniowca i oboje przeprowadzili jeszcze rozmowę po zajęciach. Później część teamu zaczęła opuszczać arenę. Najpierw wyszli Maciej Ryszczuk i Tomasz Moczek. Chwilę za nimi ruszył Francisco Roig, potem także Daria Abramowicz. Iga została jeszcze przez kilka minut. Poświęciła ten czas dla kibiców, którzy ustawili się licznie wzdłuż trybuny przy korcie numer 1. Raszynianka rozdała sporo autografów i zrobiła sobie kilkanaście zdjęć z fanami.

    Mecz Świątek – Pegula już jutro. Główne zmagania w Rzymie potrwają do 17 maja. Najważniejsze informacje dotyczące turniejów WTA i ATP można śledzić za pomocą tenisowej zakładki na stronie Interii.

    Z Rzymu, Mateusz Stańczyk
    Uśmiechnięta tenisistka w czapce i sportowej koszulce zaciska pięść w geście triumfu po udanym punkcie.

    Iga ŚwiątekTIZIANA FABI AFP
    Tenisistka w niebieskiej sukience odbija piłkę rakietą podczas meczu na ceglastym korcie.

    Jessica Pegula, Rzym 2026FILIPPO MONTEFORTEAFP
    Tenisistka w pomarańczowym stroju odbija piłkę rakietą podczas meczu na korcie tenisowym.

    Naomi OsakaFILIPPO MONTEFORTEAFP

    Casper Ruud – Lorenzo Musetti. Skrót meczu.

  • Odliczanie do meczu ze Świątek, a tu wieści z Rzymu. Pegula z awansem

    Odliczanie do meczu ze Świątek, a tu wieści z Rzymu. Pegula z awansem

    W poniedziałek wieczorem stało się jasne, że Iga Świątek po raz drugi w karierze zagra na mączce z Jessicą Pegulą. Amerykanka w Rzymie spisuje się świetnie, ale i 24-latka z Raszyna w starciu z Naomi Osaką pokazała dyspozycję, którą pamiętamy z jej najlepszego okresu w karierze. To spotkanie odbędzie się w czwartek, lada chwila zostanie ogłoszona jego godzina. Polka w środę trenowała na Foro Italico, Pegula zaś… grała poważnie na punkty. I znów cieszyła się z awansu.

    Jessica Pegula, Rzym 2026Robert PrangeGetty Images

    W singlowej rywalizacji na Foro Italico na etapie ćwierćfinałów znalazło się aż sześć zawodniczek rozstawionych w czołowej dziesiątce. Jedną z n ich jest Jessica Pegula, która w zmaganiach singlowych rozegrała sześć setów, łącznie zaś na korcie spędziła niecałe cztery godziny. Wszystkie trzy potyczki wygrała dość pewnie, jedynie Anastazja Potapowa napsuła jej trochę krwi w pierwszym secie 1/8 finału. Później reprezentantka Austrii miała jednak problemy zdrowotne, gładko poległa w drugiej partii.

    Pegula awansowała więc do ćwierćfinału, w nim w czwartek zmierzy się z Igą Świątek. Panie grały dotąd 11 razy, ale tylko raz na mączce. I wtedy, w Paryżu, lepsza była Polka. To Iga będzie faworytkę, niemniej trzeba docenić to, co doświadczona już Amerykanka wyczynia na mączce. To nie była jej ulubiona nawierzchnia, tymczasem kilka tygodni temu obroniła tytuł w Charleston. A w Rzymie nadal pokazuje świetną, płaską grę.

    Ich mecz odbędzie się w czwartek, Świątek trenowała dziś przez ponad godzinę na Foro Italico, szykowała się do tej potyczki. Pegula z kolei… postawiła na rywalizację. I zachowała szansę na podwójny tytuł w Rzymie.

    WTA 1000 w Rzymie. Jessica Pegula znów na korcie. Stawką kolejny ćwierćfinał Internazionali d’Italia

    Amerykanka, co nie jest tajemnicą, lubi grać w debla i świetnie się czuje w tej specjalizacji. Ogranicza jednak turnieje, by mieć siły na grę pojedynczą. Mówimy przecież o byłej światowej “jedynce” w deblu, taki status miała też swego czasu Storm Hunter. Obie połączyły teraz siły w Rzymie, grały też wspólnie w Miami, ten dotarły do 1/4 finału.
    Tenisistka w pomarańczowym topie i białej czapce z daszkiem trzyma rakietę w ręku i ma niezadowolony wyraz twarzy, co może sugerować rozczarowanie wynikiem rozegranego punktu podczas meczu.

    Jessica PegulaRYAN LIMAFP

    Dziś ten ćwierćfinał był stawką rywalizacji w meczu Pegula/Hunter – Laura Siegemund/Wiera Zwonariowa na pięknym korcie Pietrangeli. Ten mecz zaczął się w kuriozalny sposób jak na standardy w grze podwójnej. Sześć pierwszych gemów oznaczało sześć triumfów returnujących. Dopiero Siegemund zdołała przerwać tę niemoc serwisową, ale po następnym gemie Australijki było 4:4.

    Kluczowy dla losów partii okazał się gem numer 11. Przełamanie przy podaniu Siegemund oznaczało wielką szansę dla Peguli i jej koleżanki. I za moment 7:5 stało się faktem: Niemka i Rosjanka grały przez Hunter, ale w końcu przy siatce wkroczyła do akcji Pegula. Po zagraniu Zwonariowej Amerykanka się odsunęła, piłka poleciała w aut.

    W drugim secie już takiej zaciętej rywalizacji nie było. W drugim gemie przełamany został serwis Siegemund, mimo rozpaczliwej pogoni ze stanu 0-40. Niemce i Rosjance udało się wygrać trzy akcje, ale tej czwartej – już nie. Po drugiej stronie za chwilę piłkę do gry wprowadzała Hunter, Australijka też nie jest w tej specjalności ekspertką. Wystarczyły jednak prędkości rzędu 150-155 km/godz, z dobrymi rotacjami. Pegula “szalała” pod siatką, po gemie wygranym do zera jej duet prowadził już 3:1. Pierwsze piłki meczowe, dwie, były przy stanie 7:5, 5:3. Wtedy świetnie zagrała Siegemund.
    Storm Hunter

    Storm HunterWilliam WestAFP

    A kolejne dwie w następnym gemie, wtedy podawała Pegula. Ostatnią akcję kibice będą pamiętać długo – to była magiczna wymiana tuż przy siatce, składająca się z kilkunastu uderzeń. Aż w końcu Siegemund trafiła w siatkę.

    Skończyło się więc na 7:5, 6:4 dla Peguli i Hunter.

    A to oznacza, że Amerykankę prawdopodobnie będą czekały w środę dwa spotkania: najpierw singlowe ze Świątek, później deblowe o półfinał z duetem Tereza Valentova/Linda Noskova.
    Tenisistka w niebieskiej sukience odbija piłkę rakietą podczas meczu na ceglastym korcie.

    Jessica Pegula, Rzym 2026FILIPPO MONTEFORTEAFP
    Tenisistka w jasnym stroju sportowym w dynamicznej pozie na korcie, z zaciśniętą pięścią i wyrażającą emocje twarzą, trzymająca rakietę tenisową.

    Laura SiegemundElsaAFP

    “Przegrany sezonu”. Marek Magiera i Jakub Bednaruk podsumowali rywalizację w PlusLidze.

  • Przestała być świętym Mikołajem”. Tak hiszpański plan działa na Igę Świątek

    Przestała być świętym Mikołajem”. Tak hiszpański plan działa na Igę Świątek

    Po efektownym zwycięstwie nad Naomi Osaką coraz więcej wskazuje na to, że Iga Świątek zaczyna wracać do swojego najlepszego tenisa. — Najważniejsze jest to, że przestała rozdawać prezenty rywalkom. Ta maszyna powoli znowu zaczyna działać tak, jak dawniej — mówi w rozmowie z Interią Lech Sidor, autor kanału Trzeci Serwis na YouTube. Jego zdaniem w grze Polki widać wyraźne efekty współpracy z nowym sztabem szkoleniowym, a przemiana, jaka dokonała się podczas turnieju w Rzymie, może okazać się kluczowa przed nadchodzącym Roland Garros.

    Dziennikarz Interii Dariusz Ostafiński przypomniał słowa Zbigniew Boniek, który stwierdził, że po dwóch pierwszych piłkach meczu Świątek z Naomi Osaka wiedział już, jak zakończy się spotkanie. Lech Sidor podszedł jednak do tego ostrożniej.

    — Z Osaką zawsze trzeba uważać, bo to zawodniczka, która potrafi nagle odwrócić losy meczu. Wystarczy przypomnieć ich pamiętne starcie na Roland Garros, gdzie pierwszy set też wyglądał jednostronnie, a później wszystko się skomplikowało — zauważył.

    Przed spotkaniem wielu kibiców spodziewało się znacznie bardziej wyrównanej walki. Dodatkowe emocje wzbudziły obrazki z meczu Japonki z Dianą Sznajder, podczas którego kamery uchwyciły uśmiech trenera Tomasz Wiktorowski. Dla wielu był to sygnał, że Osaka jest świetnie przygotowana do pojedynku ze Świątek.

    — Patrząc na to, jak Osaka rozbiła Sznajder, można było oczekiwać naprawdę ciężkiego meczu. Tymczasem skończyło się wynikiem 6:2, 6:1 — podkreślił Sidor.

    Ekspert uważa, że Japonka nie była w stanie zaprezentować poziomu, jaki pokazała kiedyś w Paryżu, przede wszystkim dlatego, że wciąż nie czuje się komfortowo na kortach ziemnych.

    — Żeby grać tak jak wtedy, trzeba regularnie występować na mączce. W Rzymie dodatkowo każdy kort zachowuje się inaczej. Zawodnik musi się do tego przyzwyczaić, a Osaka nie była odpowiednio „nagrana”. Widać było problemy z poruszaniem się i brak konkretnego pomysłu taktycznego — wyjaśnił.

    Choć wielu spodziewało się, że współpraca Osaki z Wiktorowskim pomoże jej skutecznie rozpracować Świątek, według Sidora problem leżał gdzie indziej.

    — Przez ostatni rok wystarczyło utrzymać kilka piłek w korcie, bo Iga sama popełniała mnóstwo błędów. Teraz jednak to zaczyna się zmieniać — zaznaczył.

    Zdaniem autora kanału Trzeci Serwis ogromny wpływ na poprawę gry Polki ma nowy trener Francisco Roig oraz hiszpańska szkoła tenisa inspirowana metodami Rafael Nadal.

    — Iga zaczęła rozumieć, że nie musi na siłę szukać asów serwisowych i ryzykować przy każdym uderzeniu. Kluczowy jest jej solidny, głęboki serwis oraz cierpliwe budowanie punktów. Zmuszanie rywalki do biegania i ciężkiej pracy zawsze było jej największą siłą — tłumaczył.

    Sidor zauważył, że pierwsze oznaki tej zmiany można było dostrzec już podczas meczu z Caty McNally. Wtedy Świątek momentami jeszcze wracała do dawnych błędów, ale ostatecznie wygrała dzięki większej cierpliwości i dyscyplinie taktycznej.

    — Najważniejsze, że przestała być „świętym Mikołajem” rozdającym punkty rywalkom. Coraz częściej widać tę dawną Igę, choć nadal zachowałbym ostrożność z wielkim optymizmem. Jeden trudny moment może sprawić, że wrócą stare nawyki — przyznał.

    Kolejnym sprawdzianem dla Polki będzie ćwierćfinał z Jessica Pegula. Sidor uważa jednak, że styl Amerykanki może odpowiadać Świątek.

    — Pegula nie przepada za wysokim topspinem. Gra płasko i szybko, dlatego zawodniczki narzucające głęboką, ciężką grę sprawiają jej problemy. Jeśli Iga utrzyma obecny kierunek i nie zacznie znowu przesadnie ryzykować, powinna mieć przewagę — ocenił.

    Ekspert podkreślił również, że automatyzm i powtarzalność w grze Świątek wcale nie są wadą.

    — Nie ma nic złego w tym, że tenisistka gra jak maszyna. Niektóre zawodniczki po prostu stopniowo wykańczają rywalki fizycznie i mentalnie. Iga właśnie w tym była najlepsza — powiedział.

    Według Sidora obecna przemiana to powrót do sprawdzonych schematów, które wcześniej przyniosły Polce największe sukcesy.

    — Hiszpanie pomagają jej przypomnieć sobie, jak budować akcje: prawa strona, lewa strona, cierpliwość, a dopiero potem kończące uderzenie. Czasem trzeba po prostu przebić piłkę i zmusić przeciwniczkę do błędu. Jeśli proporcja winnerów do błędów wróci do właściwego poziomu, rywalki znowu zaczną się jej bać — przekonywał.

    Sidor nie szczędził też krytyki poprzedniemu trenerowi Polki, Wim Fissette.

    — Już dawno uważałem, że ten duet nie zadziała. Fissette chciał narzucić Idze bardziej agresywny, szybki tenis, ale to nigdy nie było zgodne z jej naturalnym stylem. Między nimi nie było odpowiedniej chemii — stwierdził.

    Na koniec ekspert zaznaczył, że najważniejsze są teraz kolejne mecze i budowanie stabilności.

    — Dopiero seria spotkań daje trenerom prawdziwy materiał do analizy. Jeśli Świątek dojdzie w Rzymie co najmniej do półfinału, będzie mogła pojechać na Roland Garros z odpowiednio naładowanymi akumulatorami i coraz większą pewnością siebie — podsumował.

  • “Przestała być świętym Mikołajem”. Tak hiszpański plan działa na Igę Świątek

    “Przestała być świętym Mikołajem”. Tak hiszpański plan działa na Igę Świątek

    – Najważniejsze jest to, że Iga Świątek przestała strzelać, że przestała być świętym Mikołajem rozdającym prezenty. Ta maszyna powoli zaczyna się odkręcać, już momentami widać tę starą, dobrą Igę – mówi w rozmowie z nami Lech Sidor, autor kanału Trzeci Serwis na YT. – Teraz Pegula i jej trenerzy zastanawiają się, gdzie jest ta Iga, co robi 40 błędów – dodaje, a cała jego analiza pokazuje, jak ogromną przemianę przeszła Polka w turnieju w Rzymie. Po rozbiciu Naomi Osaki zagra w ćwierćfinale z Jessicą Pegulą.

    Dariusz Ostafiński, Interia: Zbigniew Boniek w Prawdzie Futbolu powiedział, że zobaczył dwie pierwsze piłki w meczu Igi Świątek z Naomi Osaką i już wiedział, jak to się skończy.

    Lech Sidor, autor kanału Trzeci Serwis na YouTube: Jak się gra z Osaką, to trzeba uważać do końca, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Pierwszy set pamiętnego meczu na Roland Garrosie też był w jedną stronę, ale pamiętamy, co działo się potem.

    I mając w głowie tamto wspomnienie, byliśmy pełni obaw.

    – A jeszcze te obawy potęgowały obrazki z meczu Osaki ze Sznajder, gdzie kamery pokazały, że Wiktorowski się uśmiechnął. Bo, jak to zrobił, to znaczy, że jest dobrze. Zresztą Osaka mocno zbiła Sznajder i patrząc na to, nastawialiśmy się na walkę. Na to nastawiała się też Iga, a wyszło 6:2, 6:1.

    Zmylił nas uśmiech trenera Wiktorowskiego
    Dlaczego Osaka nie była tamtą Osaką z pamiętnego meczu na Roland Garros?

    – Żeby była tamtą Osaką, to musiałaby grac więcej na ziemi. A jeszcze na Foro Italico jest tak, że każdy kort się różni. Jak w Paryżu, gdzie na głównym gra się inaczej niż na bocznych. Nawet wiatr inaczej tam wieje. Zmierzam jednak do tego, że zawodnik może się do tego przyzwyczaić, jak jest nagrany. A jak nie jest, tak jak Osaka, to potem ma problem, żeby coś z tego uszyć. Jak miałbym mocniej przeanalizować ten mecz Igi z Osaką, to dodałbym, że nie podobało mi się bieganie Osaki. Nie miała też pomysłu na granie. Kombinowała czy grać blisko linii, czy odejść.

    Czyli przygotowanie taktyczne było słabe.

    – Patrząc na to, że Osaka pracuje z Wiktorowskim, należałoby sądzić, że Świątek zostanie rozpracowana. Problem Osaki polegał jednak pewnie na tym, że przez ostatnie dwanaście miesięcy wystarczyło przebić cztery piłki w meczu z Igą, bo Światek sama robiła resztę. To się jednak zmieniło.

    Hiszpański plan działa. “Nadal dołożył trzy grosze”
    Ludzie już piszą, że wróciła stara, dobra Iga.

    – Tak daleko to bym jeszcze nie szedł, ale powiedziałbym, że Iga pewne rzeczy zrozumiała. Choćby to, że nie ma sensu majstrować przy serwisie, że nie ma sensu szukanie na siłę jakiejś nowej techniki prowadzenia rakiety, żeby szukać asów. Iga, tak sądzę, już wie, że jak jest rozluźniona, to prędzej czy później strzeli asa, ale kluczem do wygranej jest ten jej roboczy serwis, głęboki, wysoki. Bo można zamknąć oczy i strzelać, ale to ruska ruletka. Pewniejsze jest wybieganie i wyrzeźbienie każdego punktu. Wtedy zmusza się rywalkę do ciężkiej pracy. Przeciwniczka musi się mocno nabiegać i naprzebijać, żeby coś ugrać.

    Powrót do takiego grania, to jest robota nowego trenera Francisco Roiga.

    – To jest ten hiszpański plan taktyczny Roiga i Nadala, bo on swoje trzy grosze też dołożył. Tę zmianę było widać już w meczu z McNally. Tam jeszcze Igę raz, czy dwa poniosło, zapomniała na moment o takim graniu, ale uratowała ten mecz przebłyskiem geniuszu w trzecim secie. Najważniejsze jest jednak to, że Iga przestała strzelać, że przestała być świętym Mikołajem rozdającym prezenty. Ta maszyna powoli zaczyna się odkręcać, już momentami widać tę starą, dobrą Igę, ale daleki jestem od hurraoptymizmu. Za dużo widziałem. Może się zdarzyć, że ktoś rzuci rękawicę, a Iga w panice zapomni o nowych ustaleniach i wrócą stare demony.

    W meczu z Pegulą stawia na Igę Świątek
    Czyli z ocenami wstrzymujemy się do meczu z Pegulą i ewentualnie w półfinale z Rybakiną?

    – Tak. I to pomimo tego, że Pegula zawsze miała z Igą pod górkę, bo nie lubi jej wysokiego top-spina. Pegula gra płasko, w pierwszym tempie i ma kłopot z tymi rywalkami, które grają głęboko, a piłka po ich uderzeniach skacze wysoko. Dlatego stawiałbym na Igę. Tylko ona musi trzymać fason, iść dalej tą ścieżką i nie słuchać, jak ktoś mówi, że jej styl jest bezbarwny, że gra, jak robot, jak maszyna. Nie ma niczego złego w bazowaniu na automatyzmie. Niektóre zawodniczki tak mają, że włączają stoper, a po 20-30 minutach, kiedy rywalka oddycha już rękawami, kończą mecz.

    Ten proces, który oglądamy, to jest powrót do ustawień fabrycznych, które kiedyś już przyniosły sukcesy.

    – Hiszpanie sprawili, że Iga zaczyna sobie przypominać najlepsze lata i to, jak konstruowała punkty. Jest prawa, lewa, a jak przeciwniczka jest już w pelargoniach, to wtedy bije spokojnie w środek. Czasem trzeba cierpliwie budować wynik. Czasem, jak się nie wie, co zrobić, to można przebić piłkę. Miałem takiego trenera, który mówił: przebij, niech się rywal wykaże. Iga musi tak samo. Wiadomo, że błędy też w tej grze się przydarzą, ale jak to będzie w proporcjach 1 do 5, to inne dziewczyny znów będą się jej bały. Będą wiedziały, że aby z nią wygrać, to będą musiały podjąć olbrzymi wysiłek fizyczny.

    Fissette nie był w stanie dotrzeć do Świątek
    Za kadencji Wima Fissette ten strach rywalek gdzieś uleciał.

    – Już dawno mówiłem, że on się nie sprawdzi. Fissette, choć nie jest złym trenerem, to nie był w stanie dotrzeć do Igi. Świątek nie raz okazywała swoim zachowaniem, że tam nie ma chemii. Fissette chciał wprowadzić coś swojego, odcisnąć swoje piętno, ale to granie à la Fissette, na strzał, na szybko nie było w charakterze Świątek. McNally liczyła na takie prezenty, ale w kluczowym momencie Świątek nie dała jej nic za darmo i wygrała.

    – Powiedziałem, że stawiam na Igę, ale Pegula będzie groźna, bo jest sprytna. Ma takie mecze, że potrafi się obrazić i dojść do wniosku, że nic z tego nie będzie. Głównie jednak walczy i szuka. Ma też kumatych trenerów, z którymi lubi rozmawiać. Na pewno już analizowali ten mecz Igi z Osaką i zastanawiają się, gdzie jest ta Świątek, co robi 40 błedów. Pegula zrobi wszystko, żeby wybić Igę z rytmu, żeby nie mogła grać tej swojej stabilnej, ciężkiej gry. Pójście na grę à la Świątek, zwłaszcza na dłuższym dystansie czasowym, mógłby jej tylko jakiś szarlatan doradzić.

    Najważniejsze jest jednak to, że już chyba nie musimy się martwić o to, czy ta nowa trenerska miotła działa, bo w końcu widać, że tak jest.

    – Pojawiły się mecze. Nie jeden, dwa, ale jakaś seria. Na podstawie dwóch rund ciężko dokonać jakieś analizy i ustawić kolejny trening pod braki. Jak nie ma materiału, bo jeden mecz przepchnięty, a w drugim klęska, to człowiek zaczyna wymyślać koła kwadratowe, ale nic z tego nie wynika. Teraz będziemy mieli minimum cztery mecze, a to już prawie maraton. Byłoby dobrze, jakby Świątek w Rzymie doszła co najmniej do półfinału, bo wtedy będzie miała odpowiednio naładowane akumulatory na Roland Garros.

  • Zaskakujące spekulacje ws. transferu Lewandowskiego, inny Polak reaguje. Krótki komunikat

    Zaskakujące spekulacje ws. transferu Lewandowskiego, inny Polak reaguje. Krótki komunikat

    Robert Lewandowski wciąż nie zakomunikował swojej decyzji odnośnie przyszłości, nie wiadomo więc, czy zostanie w FC Barcelona, czy może zdecyduje się na transfer. W ostatnim czasie spekulacje na temat Polaka przybierają na sile, zdaniem portugalskich mediów kapitan naszej kadry narodowej mógłby zagrać dla jednej z tamtejszych czołowych drużyn. Na te doniesienia zareagował już były piłkarz FC Porto Grzegorz Mielcarski, który krótko i dosadnie ocenił szanse na powodzenie takiego transferu.

    Robert Lewandowski razem z kolegami przypieczętował już obronę tytułu mistrzów Hiszpanii, piłkarze FC Barcelona w poniedziałkowe popołudnie hucznie świętowali wywalczenie trofeum, dumnie paradując po ulicach stolicy Katalonii. Obrazki ukazujące świetnie bawiących się Lewandowskiego i Wojciecha Szczęsnego momentalnie obiegły media społecznościowe, ale przy okazji wywołują dyskusję – czy to ostatnia parada mistrzowska “Lewego” w Barcelonie?

    Przyszłość Lewandowskiego, któremu wraz z końcem czerwca wygasa kontrakt z klubem z Camp Nou, stoi pod dużym znakiem zapytania. 37-latek ma być kuszony ofertami ze Stanów Zjednoczonych i Arabii Saudyjskiej, łączono go też z Juventusem. Coraz mniej realny staje się scenariusz, zgodnie z którym Polak pozostałby w Barcelonie, ponieważ musiałby się pogodzić z rolą rezerwowego, na co “Prawdzie Futbolu” zwrócił ostatnio uwagę Zbigniew Boniek.

    “W Barcelonie według mnie nie zostanie. Jeśli zostanie, to po to, żeby rok siedzieć na ławce. Nie wiem, czy będzie mu się to podobało. Wydaje mi się, że ambicje Roberta są inne” – stwierdził.

    Robert Lewandowski w FC Porto? Grzegorz Mielcarski dosadnie ws. plotek
    Dość nieoczekiwanie Lewandowski zaczął być łączony także z portugalskimi klubami. Tamtejsze media donoszą, że włodarze FC Porto zaczęli interesować się Polakiem, który po ewentualnym dołączeniu do ekipy “Smoków” mógłby dzielić szatnię z trzema rodakami: Janem Bednarkiem, Jakubem Kiwiorem i Oskarem Pietuszewskim. Na te spekulacje w rozmowie z TVP Sport krótko i dosadnie zareagował Grzegorz Mielcarski – były napastnik FC Porto, a obecnie komentator.

    Wydaje mi się, że nie jest to realny temat. Z całym szacunkiem i moją miłością do Porto myślę, że jest kilka silniejszych klubów z mocniejszych lig w Europie, które chciałyby Roberta. Abstrahując od wielkości Porto, ale to nie ten kierunek
    ocenił.
    Mielcarski zauważył, że tak ambitnego zawodnika jak Lewandowski nie interesowałaby rywalizacja ligowa z drużynami pokroju Sporting czy Bonfica. Poza tym, jego zdaniem “Lewy” nie chciałby dołączyć do drużyny, w której byłby kolejnym, czwartym już Polakiem.

    “Nawet jeżeli ciekawe portugalskie źródło poinformowało o takim kierunku, to ja dałbym może 10 procent szans na powodzenie” – skwitował.

  • Sensacyjna pogromczyni Sabalenki znów to zrobiła!

    Sensacyjna pogromczyni Sabalenki znów to zrobiła!

    Sorana Cirstea kontynuuje swój piękny sen podczas turnieju WTA 1000 w Rzymie. Rumunka została pierwszą półfinalistką tej imprezy po pokonaniu w dwóch zupełnie różnych setach Jeleny Ostapenko. Tie-break drugiej partii był jej popisem.

    Pierwszy ćwierćfinał turnieju WTA 1000 w Rzymie zapowiadał się bardzo interesująco. Przed startem zmagań można było się spodziewać, że znajdzie się w nim Aryna Sabalenka. Liderka światowego rankingu w trzeciej rundzie musiała jednak uznać wyższość Sorany Cirstei, ponosząc jedną z najwiekszych porażek w ostatnim czasie.

    Rumunka, która rozgrywa ostatni sezon w karierze, po pokonaniu turniejowej “jedynki” poszła za ciosem i zameldowała się w ćwierćfinale. Tam trafiła na Jelena Ostapenko, która na poprzednich etapach rywalizacji w stolicy Włoch dwukrotnie odrabiała stratę po przegranym secie. Choć Łotyszka nie prezentowała ostatnio najwyższej formy, zawsze jest groźną przeciwniczką.

    Potwierdziła to w pierwszym gemie, w którym mogła zanotować przełamanie. Cirstea skutecznie się jednak wybroniła, co dodało jej skrzydeł. Najlepiej świadczy o tym fakt, że po utrzymaniu podania “na czysto” to ona cieszyła się z wypracowania przewagi, która pozwoliła jej odskoczyć na 3:1.

    Rumunka grała bardzo pewnie i skutecznie. W przeciwieństwie do Ostapenko, która nie potrafiła znaleźć rytmu i popełniała sporo błędów. To sprawiło, że Cirstea zdominowała tę rywalizację, dołożyła drugie przełamanie i po zaledwie 26 minutach gry cieszyła się ze zwycięstwa 6:1.

    Gra wyrównała się od początku drugiej partii. Obie zawodniczki pewnie utrzymywały podania i nie pozwalały rywalkom na zbyt wiele. Pierwszy break point pojawił się w piątym gemie, w którym przewagę mogła wypracować Rumunka. Ostapenko zdołała się jednak wybronić.

    Po chwili to Łotyszka przypuściła atak na serwis przeciwniczki, który okazał się skuteczny. Był to początek serii przełamań, która trwała cztery gemy. Przerwała ją Cirstea, która obroniła piłkę setową i po utrzymaniu podania doprowadziła do stanu 5:5. W późniejszych gemach górą również były serwujące, co sprawiło, że o losach tej odsłony zadecydował tie-break.

    W nim Cirstea okazała się bezkonkurencyjna. Szybko przejęła kontrolę i rozbiła Ostapenko, triumfując 7-0. Rumunka zameldowała się tym samym w półfinale zmagań w Rzymie, osiągając ten etap turnieju rangi WTA 1000 po raz czwarty w karierze. 36-latka o premierowy finał powalczy z Coco Gauff lub Mirrą Andriejewą.

  • Nie milkną echa meczu Świątek z Osaką. Nagły werdykt Hiszpanów. W tle Roig

    Nie milkną echa meczu Świątek z Osaką. Nagły werdykt Hiszpanów. W tle Roig

    Iga Świątek w kapitalnym stylu zameldowała się w ćwierćfinale WTA 1000 Rzym. W czwartej rundzie Polka rozbiła Naomi Osakę 6:2, 6:1, dzięki czemu teraz zagra z Jessiką Pegulą. O starciu naszej reprezentantki z Japonką rozpisywały się m.in. hiszpańskie media. “Niełatwo jest tak dobrze zgrać się z nowym trenerem” – pisze jeden z portali.

    Przed rozpoczęciem pojedynku Igi Świątek z Naomi Osaką w Rzymie wielu ekspertów i kibiców spodziewało się zaciętego i wyrównanego spotkania. Zwłaszcza biorąc pod uwagę dosyć nieregularną formę 24-latki w ostatnim czasie. Jednocześnie nie można zapominać, że Osaka to czterokrotna mistrzyni Wielkich Szlemów.

    Tymczasem Świątek w poniedziałkowy wieczór “wróciła do ustawień fabrycznych”. Nasza tenisistka zmiażdżyła podopieczną Tomasza Wiktorowskiego swoją dynamiką i szybkością na korcie. Efektem świetnej formy było zwycięstwo 6:2, 6:1 w ekspresowym tempie. Tylko w początkowych fazach meczu Japonka była w stanie realnie postraszyć młodszą rywalkę.

    Hiszpanie zobaczyli mecz Świątek w Rzymie. Nie bali się tego napisać. Oto werdykt
    Dyspozycja Igi Świątek w starciu 1/8 finału Internazionali d’Italia przypadła do gustu ekspertom puntodebreak.com. “Iga Świątek całkowicie połączyła się z Francisco Roigiem” – piszą tamtejsi fachowcy, zwracając również uwagę na swojego rodaka, który od kwietnia jest szkoleniowcem polskiej tenisistki.

    “Niełatwo jest tak dobrze zgrać się z nowym trenerem, ale w tym przypadku możemy powiedzieć, że wszystko poszło idealnie od samego początku” – dodano. Współpracę z 58-latkiem Świątek rozpoczęła od treningów w akademii Rafaela Nadala na Majorce, gdzie zarówno Roig, jak i sam legendarny Hiszpan szlifowali jej poszczególne zagrania.

    Wszystko wskazuje na to, że obecnie mistrzyni Wimbledonu powoli wraca do starych, dobrych nawyków, które wykrzesała z siebie w czasie – krótkiej jeszcze – kadencji nowego trenera.

    – Szczerze mówiąc, od początku czułam, że rozumiem Francisa. Myślę, że to też zależy od konkretnej relacji z trenerem. Ale myślę, że każdy zawodnik chce mieć trenera z dobrym okiem, jasnym planem działania i sposobem na osiągnięcie celu. Francis ma naprawdę dobry pomysł, jeśli chodzi o dostosowywanie treningu do aktualnych potrzeb zawodniczki. Jest też świadomy wszystkich czynników, które wpływają na grę. Powiedziałabym, że wszystko się ze sobą łączy, zarówno pod względem fizycznym, psychicznym, jak i technicznym podczas treningów. Wiesz, że on zdaje sobie z tego sprawę. To miłe – tłumaczyła po meczu z Osaką.

    “To zdecydowane zwycięstwo Polki, która stopniowo zaczyna przypominać swoją dawną dominację na kortach ziemnych” – dodają dziennikarze puntodebreak.com, podkreślając dyspozycję Igi Świątek na jej ukochanej mączce. W ćwierćfinale WTA 1000 Rzym 24-latka zagra z Jessiką Pegulą.

  • Triumf nad Sabalenką, jest dalszy ciąg tej historii. Dwa sety z Ostapenko

    Triumf nad Sabalenką, jest dalszy ciąg tej historii. Dwa sety z Ostapenko

    Na środę i czwartek organizatorzy Internazionali d’Italia zaplanowali ćwierćfinałową rywalizację w turnieju WTA. Jako pierwsze na Campo Centrale pojawiły się Jelena Ostapenko i Sorana Cirstea – jedyne dwie w tym gronie spoza najlepszej dziesiątki rankingu. Rumunka ma po tym sezonie zakończyć karierę, dziś stanęła przed szansą awansu na 21. miejsce w rankingu, wyrównanie swojej najlepszej pozycji z… sierpnia 2013 roku. Tyle że po drugiej siatce pojawiła się “odrodzona” Jelena Ostapenko. Półfinalistkę poznaliśmy po dwóch setach.

    Rumunka po tym sezonie zakończy karierę, tak zapowiedziała już kilka miesięcy temu. A gra teraz najlepiej od wielu lat, w rankingu jest 26., ale w razie awansu do półfinału miała zapewnioną 21. lokatę. Nigdy nie była wyżej, a na tej pozycji znalazła się w sierpniu 2013 roku, po finale w Toronto, gdy uległa Serenie Williams. To było jedno z sześciu jej spotkań w karuierze przewodzącą w danej chwili w światowym rankingu, ugrała dwa gemy. W pięciu innych, w tym trzech z Igą Świątek, ugrała raptem 17 gemów.

    Dwa tygodnie temu w Madrycie w ćwierćfinałowych bataliach na Caja Magica wystąpiła zaledwie jedna zawodniczka z ośmiu najwyżej rozstawionych. Była to Aryna Sabalenka, która zresztą na etapie 1/4 finału sensacyjnie przegrała z Hailey Baptiste.

    W Rzymie wszystko wróciło do normy – w 1/4 finału znalazło się sześć z ośmiu topowych tenisistek, uprzywilejowanych w losowaniu. Zabrakło jedynie… Sabalenki oraz Amandy Anisimovej, które wycofała się z turnieju tuż przed pierwszym spotkaniem. Trzy pary ćwierćfinałowe tworzyły gwiazdy, bo taki status mają: Gauff, Andriejewa, Rybakina, Switolina, Świątek i Pegula. A tę czwartą – Sorana Cirstea i Jelena Ostapenko.

    A w Rzymie dokonała rzeczy historycznej, przynajmniej dla siebie. Cztery dni temu ograła na Campo Centrale Arynę Sabalenkę, w siódmym swoim podejściu do światowej “1”. To po tamtym spotkaniu została na korcie zapytana, co musi się stać, aby zmieniła decyzję o odłożeniu rakiety na półkę. Przyznała, że jeśli wygra turniej na Foro Italico, to… się zastanowi.

    Dziś jej piękna przygoda miała zostać wystawiona na ciężką próbę. Jelena Ostapenko, po kolejnej serii niezbyt udanych turniejów, znów prezentowała się w Rzymie dobrze.

    WTA 1000 w Rzymie. Walka o półfinał na Campo Centrale. Sorana Cirstea kontra Jelena Ostapenko
    Sytuacje, w których Ostapenko wygrywa cztery mecze w jednym turnieju, można ograniczyć do jednego czy dwóch występów w sezonie. W tym roku miało to miejsce w Dosze, dotarła tam do półfinału, później znów zgasła. W Rzymie miewała już dobre występy, trzy lata temu gościła w półfinale, tam zatrzymała ją Jelena Rybakina. Tę edycję zaczęła od starcia na Campo Centrale z Lucrezią Stefanini, ale trzy kolejne spotkania rozegrała na pięknym Pietrangeli, gdzie specyfika gry jest zupełnie inna. I inny kontakt z publicznością, z którą Łotyszka potrafi często współpracować. Niewiele jest zresztą w tourze zawodniczek, które tak chętnie rozdają autografy po spotkaniach.

    Tyle że powrót na największy stadion nie wyszedł jej dobrze. Po 16 minutach Ostapenko przegrywała już 1:4, sprawiała wrażenie nieobecnej myślami na korcie. To była ta gorsza strona Łotyszki – z wielu turniejów w ostatnich miesiącach. Za moment Rumunka w swoim gemie serwisowym przegrywała już 0-40, groziło jej kolejne przełamanie. Wygrała dwie akcje, ale przy trzeciej Cirstea zagrała returnem na ciało Łotyszki, a ta wyrzuciła forhend w aut.

    Ten set był popisem 36-latki, po 26 minutach Sorana miała już w dorobku triumf w secie (6:1). Ona popełniła cztery niewymuszone błędy, Jelena – aż 16.

    Na Foro Italico Łotyszka przegrywała już pierwsze sety w starciach z Eleną-Gabrielą Ruse czy Qinwen Zheng, ale wygrywała całe spotkania. Potrafi się zmobilizować w decydujących momentach.

    W drugiej partii szukała tego właściwego rytmu, a gdy już się wydawało, że go znalazła, po przełamaniu Cirstei na 4:2, za chwilę się pogubiła. Pierwszy break point dla Rumunki Jelena mogła spokojnie obronić, była przy siatce. A jej slajs trafił dokładnie w tę właśnie siatkę.

    Niemniej było widać obniżenie jakości gry po stronie Rumunki, zwłaszcza przy serwisie. Nie dawał jej już takiej przewagi jak w pierwszej partii.

  • Wina spada na Sabalenkę. “To absurd”. Iga Świątek może odzyskać tytuł

    Wina spada na Sabalenkę. “To absurd”. Iga Świątek może odzyskać tytuł

    Turniej WTA 1000 w Rzymie wkracza w decydującą fazę. Ale wzrok części ekspertów ucieka już powoli w stronę Rolanda Garrosa, zwłaszcza w kontekście Aryny Sabalenki, która sensacyjnie wypadła z drabinki w Italii już na poziomie III rundy. Głos w sprawie Białorusinki zabrał legendarny Andy Roddick, odnosząc się do zmartwień, które rozgorzały wokół liderki rankingu WTA. Jego zdaniem winę w tym aspekcie ponosi de facto… sama zainteresowana. Zaznaczył przy tym, że sytuacja Aryny Sabalenki otwiera szansę przed resztą stawki, także Igą Świątek, która chce odzyskać tytuł w Paryżu.
    Aryna Sabalenka jeszcze nigdy w swojej karierze nie wygrała turnieju w Rzymie. I tym razem nie było jej to dane. Z “Wiecznym Miastem” pożegnała się już w 1/16 finału, a jej pogromczynią okazała się rumuńska tenisistka Sorana Cirstea. 27. zawodniczka rankingu WTA pokonała jego liderkę po trzysetowym boju, w trakcie którego Białorusinka prosiła o przerwę medyczną.

    To drugi z rzędu nieudany “tysięcznik” dla Aryny Sabalenki, która wcześniej niespodziewaną porażką z Hailey Baptiste w ćwierćfinale zakończyła swój udział w imprezie w Madrycie.

    Ten przykry dla niej dublet sprawił, że w mediach rozgorzała dyskusja dotycząca formy pierwszej rakiety świata przed startującym 24 maja Rolandem Garrosem. Teraz dołączył do niej także Andy Roddick.

    Sensacja z Sabalenką. Roddick reaguje ws. Białorusinki oraz Igi Świątek
    Słynny amerykański tenisista utrzymuje, że winna wszelkich niepokojów wokół swojej osoby winna jest sama Aryna Sabalenka, która przyzwyczaiła nas w ostatnim czasie do niebotycznego poziomu swojej gry.

    – Jest teraz zestawiana sama ze sobą. Doszła do takiego poziomu regularności. To absurd. Więc gdy nagle ma dwa złe turnieje, mówimy: “Hej, to dziwne. To coś innego. To nie to, do czego nas przyzwyczaiła”. To nie znaczy, że mamy przejść w tryb pełnego kryzysu, martwiąc się o Sabalenkę. Zapewniam was, że o wiele zawodniczek martwię się bardziej, niż o nią – powiedział były lider rankingu ATP.

    43-latek uważa jednak jednocześnie, że w tym roku drzwi do wielkoszlemowego tytułu w sercu Francji mogą stać szeroko otwarte przed sporą liczbą zawodniczek. Największą od 2020 roku, gdy byliśmy świadkami pierwszego aktu dominacji Igi Świątek na paryskiej mączce.

    To nie znaczy, że Sabalenka nie może wygrać Rolanda Garrosa i nie należy do faworytek. Ciągle uważam, że jest zdecydowanym numer jeden przed turniejem. Ale to sprawia, że Iga Świątek może mówić sobie: “Okej, jeśli tylko będę w stanie odnaleźć część swojej formy, jeśli tylko odzyskam cokolwiek, jestem w stanie to zrobić. Aryna nie gra swojego najlepszego tenisa”
    stwierdził Andy Roddick
    I dodał: – Tu mniej chodzi o to, czy martwimy się o Sabalenkę jako tenisistkę. Bardziej chodzi o to, że reszta stawki myśli sobie, że skoro nie jest tak dobra i perfekcyjna jak zazwyczaj, może otwiera to szerzej drzwi dla części z nas, dla 10 czy 15 procent. Moim zdaniem tak jest.

    Były reprezentant Stanów Zjednoczonych wyraził także wiarę w to, że Igę Świątek stać na odzyskanie tytułu Rolanda Garosa.

    – Iga może tam wrócić. Stara się odnaleźć coś w swojej grze. Pamiętacie, gdy ostatnio chciała coś odnaleźć, jadąc na ubiegłoroczny Wimbledon? Ona może wszystko odwrócić. Wiem, że nie jest nawet blisko tego, by grać tak powtarzalnie, jak miało to miejsce w przeszłości. Ale to w niej jest – zagwarantował słynny zawodnik.