• Nagle obniżyli rozbieg przed skokiem Wąska. Ależ odpowiedź Polaka, jest co świętować

    Nagle obniżyli rozbieg przed skokiem Wąska. Ależ odpowiedź Polaka, jest co świętować

    Nagle obniżyli rozbieg przed skokiem Wąska. Ależ odpowiedź Polaka, jest co świętować

    Piątek był udanym dniem dla Polaków na Wielkiej Krokwi. “Biało-Czerwoni” co prawda nie zachwycili w kwalifikacjach, ale wykonali zadanie i w pełnym, pięcioosobowym składzie zakwalifikowali się do niedzielnego konkursu indywidualnego. Po raz kolejny zaimponował Paweł Wąsek (7. miejsce), który udowodnił, że w sezonie 2024/25 należy do światowej czołówki. Na jego próbę nie wpłynęło nawet obniżenie rozbiegu tuż przed skokiem. W piątkowych zmaganiach triumfował Daniel Tschofenig.

    W oficjalnych treningach polscy skoczkowie dali kibicom w biało-czerwonych barwach liczne powody do radości. O ile pierwsze ich skoki były dalekie od idealnych, o tyle po przerwie każdy podopieczny Thomasa Thurnbichlera stanął na wysokości zadania. Najbardziej zaimponował nie kto inny, jak Paweł Wąsek, który osiąga życiowe wyniki i nie zamierza się zatrzymywać. Tuż przed kwalifikacjami przekroczył on prawie magiczną granicę 140 metrów, dzięki czemu uplasował się w czołowej dziesiątce.

    Wielka Krokiew cieszynianinowi funduje ostatnio kapitalne wspomnienia. Tydzień temu triumfator Letniego Grand Prix 2024 cieszył się w Zakopanem z tytułu zimowego mistrza kraju. “Musiałem się jeszcze wczuć w tę skocznię. Początki zatem nie były łatwe, ale na konkurs – po raz kolejny – wzniosłem się na ten mój fajny poziom. Miałem trochę szczęścia do warunków, ale wykorzystałem je i miałem wiele frajdy ze skoków. To mnie cieszy. Zwłaszcza ten pierwszy skok w konkursie, bo kolejny raz przeskoczyłem skocznię” – mówił szczęśliwy sportowiec tuż po dekoracji w rozmowie z Tomaszem Kalembą.

    Paweł Wąsek najlepszym Polakiem w kwalifikacjach. Thurnbichler ma co świętować

    Złoty medalista z zeszłego tygodnia na belce pojawił się jako piąty spośród “Biało-Czerwonych”. Wcześniej o wrzawę na trybunach zadbali koledzy 25-latka. Dobrą dyspozycję z drugiego treningu potwierdził Kamil Stoch (125,5 m). W pewnym stylu do niedzielnych zmagań awansowali również Dawid Kubacki (126,5 m), Jakub Wolny (123 m) oraz Aleksander Zniszczoł (125 m). Zgodnie z oczekiwaniami ekspertów, przyćmił ich jednak Paweł Wąsek (136,5 m). Zwycięzcę ostatniej edycji Letniej Grand Prix nie zdekoncentrowało nawet obniżenie rozbiegu tuż przed jego skokiem.

    Kwalifikacje padły łupem Daniela Tschofeniga (136,5 m). Tuż za triumfatorem niedawnego Turnieju Czterech Skoczni uplasowali się Johann Andre Forfang (140 m) oraz Anze Lanisek (138 m).

    Czołówka kwalifikacji do konkursu w Zakopanem i miejsca Polaków:

    1. Daniel Tschofenig (Austria) – 153,5 punktu

    2. Johann Andre Forfang (Norwegia) – 151,7

    3.Anze Lanisek (Słowenia) – 150

    4.Gregor Deschwanden (Szwajcaria) – 148,6

    5. Maximilian Ortner (Austria) – 147,5…

    7. Paweł Wąsek (Polska) – 144,4…

    23. Dawid Kubacki (Polska) – 125,82

    4. Aleksander Zniszczoł (Polska) – 125,4…

    26. Kamil Stoch (Polska) – 124,6…

    31. Jakub Wolny (Polska) – 120,1

  • Collins uderzyła w Świątek, do akcji wkroczyła Coco Gauff. Wypaliła bez wahania

    Collins uderzyła w Świątek, do akcji wkroczyła Coco Gauff. Wypaliła bez wahania

    Collins uderzyła w Świątek, do akcji wkroczyła Coco Gauff. Wypaliła bez wahania

    Mijają dni, a w kontekście Australian Open najgłośniej w mediach wciąż jest o Danielle Collins. Amerykanka na dobre zyskała już łątkę skandalistki, a jej “popisy” po zwycięstwie nad Destanee Aivą wywołały potężną polemikę w mediach. Wciąż wrze na linii Collins – Świątek, a głos w sprawie Amerykanki postanowiła zabrać jej rodaczka, Coco Gauff. 3. rakieta świata bez wahania wypaliła, jaką osobą w jej opinii jest 31-latka.

     

    Temat relacji Igi Świątek z Danielle Collins wciąż jest niezwykle gorący. Amerykanka podgrzała jeszcze atmosferę w Melbourne, prezentując serię ironicznych, a w oczach części odbiorców wulgarnych wręcz gestów. Po wymęczonym zwycięstwie w 2. rundzie Australian Open nad Destanee Aiavą 31-latka została wygwizdania przez kibiców. Odpowiedziała im w swoim stylu.

     

    Danielle Collins zraziła do siebie kibiców. Amerykanka wygwizdana w Melbourne

     

    Collins przykładała ironicznie dłoń do ucha, “rozdawała buziaki” i fałszywe uśmiechy i wszystko wskazuje na to, że doszło jej jeszcze przeciwników od czasu niezrozumiałego wybuchu w trakcie igrzysk olimpijskich. Chociaż Iga Świątek unika wypowiadania się o Amerykance, ta na każdym możliwym kroku wbija w nią szpilki i zaczepia w mediach.

     

    Podczas United Cup celowo odwróciła wzrok podając rękę Polce, a później zmieniła zdjęcie profilowe w mediach społecznościowych na kadr z tego zdarzenia. Jej późniejsze wpisy również nosiły znamiona braku szacunku w stosunku do raszynianki, co nie uszło uwadze odbiorców.

     

    Gauff wyjawiła całą prawdę o Collins. Zaskakujące słowa rywalki Świątek

     

    Fala negatywnych komentarzy, jaka zalała media społecznościowe po ostatnim meczu Collins, była wręcz przytłaczająca. O relacje i zachowanie 31-latki w szatni w trakcie United Cup podczas konferencji prasowej zapytana została jej rodaczka – Coco Gauff. Z perspektywy “przeciwników” największej obecnie skandalistki w tourze odpowiedź była mocno zaskakująca.

     

    Bycie razem z Danielle w jednym zespole to wielka frajda. Ona wprowadza świetną energię. Przez pierwsze dni była chora, ale jak tylko jej się polepszyło, wprowadzała wspaniałą atmosferę z ławki. Jest niezwykle zabawna i powiedziałabym, że teraz zdecydowanie bardziej zrelaksowana. Wcześniej nie znałam jej aż tak dobrze, jak teraz

     

     

    ~ zdradziła Coco Gauff

     

    – Wcześniej postrzegałam ją za osobę, która nie lubi zbyt wiele rozmawiać. Kiedy jednak ją poznałam, zrozumiałam, że jest zupełnie na odwrót. Jest ogólnie miłą osobą, a ja powtarzam, że Danielle zawsze będzie Danielle. Rozumiem to jako to, że jest autentyczna. Nikt nie może na nią wpłynąć, ona też nie dba o opinię innych. To świetnie, kiedy zdajesz sobie sprawę, kim jesteś – dodała 20-latka.

     

    Wyznanie Gauff mogło wywołać konsternację u wielu kibiców. Wydaje się, że obecnie Danielle Collins ma opinię tenisistki butnej i niespecjalnie miłej. Jej zachowanie wielokrotnie nosiło znamiona braku szacunku, zarówno wobec fanów, jak i Igi Świątek. 

     

  • Polka mówi głośno. “Zostałam skrzywdzona podczas igrzysk”

    Polka mówi głośno. “Zostałam skrzywdzona podczas igrzysk”

    Polka mówi głośno. “Zostałam skrzywdzona podczas igrzysk

     

    Brązowa medalistka olimpijska po wielkim sukcesie w Paryżu zrobiła sobie dłuższą przerwę i wciąż nie wiadomo, kiedy wróci do rywalizacji. – Nigdy w życiu o tym nie marzyłam – opowiada Aleksandra Jarecka.

     

    Mateusz Puka, WP SpotoweFakty: Od brązowego medalu drużyny szpadzistek podczas igrzysk w Paryżu minie niedługo pół roku. Zdążyła już pani nacieszyć się sukcesem i wrócić do normalnego treningu?

     

    Aleksandra Jarecka, brązowa medalistka olimpijska z Paryża w szpadzie: Wróciłam do treningów, ale wciąż nie mam sprecyzowanych planów na najbliższy sezon. Już wiem, że ten rok będzie dla mnie nieco luźniejszy. Nie potrafię powiedzieć, kiedy wystartuję w zawodach. Na razie niespecjalnie mnie do tego ciągnie. Wrócę dopiero, gdy będę czuła się w równie dobrej formie, co przed igrzyskami.

     

    To tylko przerwa, czy jednak sygnał, że jako 30-latka zamierza pani już nieco mniej czasu poświęcać na sport?

     

    Jeśli wszystko dopisze, a ja będę miała motywację, to będę trenowała do kolejnych igrzysk w Los Angeles w 2026 roku. Nie jest więc tak, że chcę kończyć karierę. Mam ambicję i wiarę, że czeka mnie jeszcze coś fajnego.

     

    Po brązowym medalu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu zyskała pani dużą popularność, wysokie stypendium, a także wsparcie sponsorów. To marzenie każdego sportowca. Czy w końcu zdecyduje się pani w pełni poświęcić swój czas tylko szermierce?

     

    Nie zrobię tego. Nigdy nie brałam pod uwagę, by rzucić pracę w kancelarii. Medal igrzysk nic w tej sprawie nie zmienia.

     

    Dlaczego nie chce być pani “zawodowym” sportowcem? W teorii to idealny układ dla wszystkich stron.

     

    Moje finanse faktycznie poprawiły się znacząco, ale trzeba pamiętać, że stypendium jest jedynie na dwa lata. Zresztą ja nigdy w życiu o tym nie marzyłam o tym, by szermierka stanowiła jedyny sens mojego życia. To zawsze był dodatek i pasja. Nigdy do tej pory nie postrzegałam tej dyscypliny jako możliwe źródło utrzymania dla mojej rodziny. Być może teraz faktycznie mogłoby tak się stać, ale ja naprawdę tego nie chcę. Uwielbiam zawód prawnika i nie wyobrażam sobie, bym miała go rzucić.

     

    Jak wyobraża sobie pani dalsze łączenie tak wielu ról? Jest pani przecież nie tylko prawnikiem, ale także mamą 2,5-letniego syna oraz reprezentantką Polski.

     

    Jeszcze przed igrzyskami bez problemu byłam w stanie łączyć pracę zawodową z treningami na najwyższym poziomie. Uważam, że mój system się sprawdza i nie będę musiała wiele zmieniać. Mam wspaniałą rodzinę, która pozwala mi sięgać po marzenia.

     

    Jak wygląda większość pani dni?

     

    Dobra organizacja czasu to podstawa. Zaczynam każdy dzień od pójścia do pracy. Potem mogę spędzić trochę czasu z rodziną. Wieczorem trenuję, czasem jeszcze wcześniej mam siłownię. Na zgrupowania i treningi jeżdżę razem z mężem i synem. Bez względu na to, co się działo, wszystko udało się połączyć. Rodzina nie ma dosyć, więc mam nadzieję, że po igrzyskach ten plan uda się realizować bez zmian. Choć jestem bardzo zajęta, to lubię swoje życie i cieszę się, że właśnie tak to wygląda.

     

    Co zmieniły igrzyska?

     

    Pierwszy raz w karierze zostałam ambasadorką jakiejś firmy. Zaufali mi właściciele spółki Kram. To duże wyróżnienie i wsparcie w dalszej karierze.

     

    Jest pani obecnie na trzecim roku aplikacji prawniczej. Jak to się stało, że zdecydowała się pani na studia prawnicze?

     

    Szermierka była w moim życiu od dawna, ale prywatnie zawsze marzyłam o studiach prawniczych. Nawet trudny pierwszy rok nie zniechęcił mnie do tych studiów. Zresztą mnie bardzo trudno do czegoś zniechęcić.

     

    Jeszcze w trakcie igrzysk wokół Polskiego Związku Szermierczego pojawiło się dużo kontrowersji związanych choćby z pominięciem pani w konkursie indywidualnym. Zdołała pani już wyjaśnić wszystkie wątpliwości z działaczami?

     

    Od sierpnia żaden działacz nie kontaktował się ze mną w sprawie igrzysk. Słyszałam, że mają zamiar wprowadzić zmiany regulaminu i kwalifikować na igrzyska trzech zawodników na podstawie rankingu. Bardzo się cieszę, bo przecież właśnie przez brak takich regulacji nie mogłam wystartować w turnieju indywidualnym igrzysk

     

    Wciąż ma pani żal do zawiązku?

     

    Mam po prostu świadomość, że gdyby nie mój protest i obruszenie w środowisku szermierczym, to moja historia mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej, a ja dziś nie miałabym okazji rozmawiać z panem, a w Paryżu nie walczyłabym o medal. Z tego też powodu uważam, że zawsze warto mówić głośno o problemach.

     

    Choć igrzyska się skończyły, to spór Aleksandry Shelton i Jakuba Zborowskiego z Polskim Związkiem Szermierczym raczej prędko się nie skończy. Co pani o tym sądzi?

     

    Zawodnikom czasem jest trudno coś powiedzieć głośno. Ja wypowiadam się tylko za siebie, bo w innych sprawach nie jestem na bieżąco. Zostałam skrzywdzona podczas igrzysk, bo mimo znakomitej formy i trzeciego miejsca w rankingu przedolimpijskim nie znalazłam się w gronie trzech szpadzistek dopuszczonych do rywalizacji w turnieju indywidualnym. To nie jest pierwszy raz, gdy zawodnicy, którzy w teorii powinni znajdować się na liście zakwalifikowanych, ostatecznie nie startują. Pokrzywdzonych jest więcej.

     

    Nie boli, że wraz z koleżankami zdobyłyście pierwszy medal olimpijski dla polskiej szermierki od 16 lat, a mimo to fani nie docenili was podczas Plebiscytu Przeglądu Sportowego?

     

    To był mój pierwszy Bal Mistrzów Sportu i w ogóle nie czułam żadnego żalu z powodu 12. miejsca w głosowaniu kibiców. Medalistów olimpijskich było dziesięciu, więc od razu było wiadomo, że dla kogoś zabraknie miejsca. Każdy sportowiec, który znalazł się w czołowej dziesiątce, zasłużył na takie wyróżnienie. Nie ma tam żadnych kontrowersji.

     

    Władze związku uważają, że zamieszanie wokół atmosfery w kadrze zabrało radość z waszego medalu i nie pozwoliło w pełni skonsumować sukcesu.

     

    Nie zgadzam się z taką tezą. Ludzie podchodzą do mnie na ulicy i przyznają, że po zdobyciu medalu płakali razem ze mną. Nie dostałam żadnej negatywnej uwagi. Nasz zespół został fantastycznie odebrany przez kibiców, zyskałyśmy wielu kibiców i naprawdę dużą rozpoznawalność. Nie sądzę też, by atmosfera wokół naszego sportu mogła mieć wpływ na niższe miejsce w Plebiscycie Przeglądu Sportowego.

  • Piorunujący początek Jana Zielińskiego! Broni tytułu w AO

    Piorunujący początek Jana Zielińskiego! Broni tytułu w AO

    Piorunujący początek Jana Zielińskiego! Broni tytułu w A

     

    Kolejne zwycięstwo Jana Zielińskiego w Australian Open! Po udanym rozpoczęciu w grze podwójnej Polak zwyciężył również swój pierwszy mecz w grze mieszanej. Wraz z Su Wei Hsieh, z którą w zeszłym sezonie sięgnęli po triumfy w Australian Open i Wimbledonie, ograli parę Emerson Jones i Hayden Jones 6:0, 7:6.

     

    Zieliński ma z Melbourne doskonałe wspomnienia. Polak w 2023 r. zagrał w finale Australian Open w parze z Nugo Nysem, a rok później triumfował w grze mieszanej wraz z Su Wei Hsieh. Z Tajwanką kilka miesięcy później sięgnęli również po triumf w Wimbledonie.

     

    W piątek rano polskiego ubiegłoroczni zwycięzcy rozpoczęli rywalizację w tegorocznym turnieju. W pierwszej rundzie ich rywalami była australijska para Emerson Jones i Hayden Jonesem, która otrzymała od organizatorów “dziką kartę”.

     

    Pokaz siły w pierwszym secie i komplikacje w drugim

     

    Początek meczu był popisowy w wykonaniu Polaka i Tajwanki, którzy nie oddali rywalom ani jednego gema. Australijczycy mieli ogromne problemy z wygrywaniem akcji przy własnym podaniu (33 proc. przy 86 proc. Zielińskiego i Hsieh).

     

    Nieco więcej walki oglądaliśmy po przerwie. Wówczas nieoczekiwanie Zieliński i Hsieh zostali przełamani na 2:3, jednak radość rywali nie trwała zbyt długo. Już w kolejnym gemie straty zostały odrobione, a przy stanie 4:3 Polak i Tajwanka pokusili się o kolejne przełamanie na 5:3.

     

    Wydawało się, że przed nami ostatni gem tego meczu, ale wówczas to Zielińskiemu i Hsieh przydarzył się słabszy moment. Jonesowie obronili dwie piłki meczowe i po grze na przewagi przełamali powrotnie. W końcówce triumfatorzy Australian Open i Wimbledonu w zeszłym sezonie nie dali już najmniejszych szans swoim przeciwnikom, wygrywając dwa kolejne gemy i zamykając seta 7:5.

     

    W kolejnej rundzie zmierzą się z lepszą parą z meczu: Irina Chromaczowa/Jackson Withrow — Daria Saville/Luke Saville.

     

    Zmiany w karierze Zielińskiego

    Przypomnijmy, że Zieliński występuje w Melbourne również w deblu. Po kilku latach wspólnych występów Polak i Hugo Nys zdecydowali o końcu współpracy. Od nowego sezonu 28-letni deblista z Warszawy gra z Sanderem Gille. W pierwszej rundzie Australian Open rozbili Chińczyka Yunchaokete Bu i Hiszpana Roberto Carballes Baenę 6:1, 6:2.

     

    W kolejnej rundzie zmierzą się z parą Gregoire Jacq/Orlando Luz, która pokonała duet Jeevean Nedunchezhiyan/Vijay-Sundar Prashanth 6:2, 6:2. Spotkanie odbędzie się w sobotę nad ranem polskiego czasu (ok. godz. 6.00)

  • Świątek kontra Raducanu. Znamy dokładną godzinę meczu

    Świątek kontra Raducanu. Znamy dokładną godzinę meczu

    Świątek kontra Raducanu. Znamy dokładną godzinę meczu

    Iga Świątek rozegra w sobotę (18 stycznia) swój pojedynek III rundy w ramach wielkoszlemowego Australian Open 2025. Organizatorzy podali już godzinę meczu Polki z Brytyjką Emmą Raducanu.

     

    Jak na razie Iga Świątek radzi sobie w Melbourne bardzo dobrze. W I rundzie Polka pokonała liderkę rankingu deblistek, Czeszkę Katerinę Siniakovą. Potem okazała się wyraźnie lepsza od Słowaczki Rebeki Sramkovej.

     

    Świątek swój pojedynek III rundy rozegra w sobotę (18 stycznia). Jej przeciwniczką będzie Emma Raducanu. W 2021 roku Brytyjka sensacyjnie triumfowała w nowojorskim US Open.

     

    Organizatorzy międzynarodowych mistrzostw Australii podali już szczegółowy plan gier na sobotę. Świątek i Raducanu zmierzą się ze sobą o godz. 1:30 naszego czasu na Rod Laver Arena, czyli najważniejszym obiekcie w Melbourne park

     

    Polka i Brytyjka spotkają się ze sobą po raz czwarty w głównym cyklu. Jak na razie Świątek ma z tą przeciwniczką perfekcyjny bilans 3-0 w kobiecym tourze. Tym razem stawką ich pojedynku będzie awans do 1/8 finału wielkoszlemowego Australian Open 2025.

     

    Transmisję z meczu Świątek – Raducanu przeprowadzi Eurosport 1. Portal WP SportoweFakty zaprasza na relację tekstową na żywo.

  • Trzęsienie ziemi w rankingu WTA na horyzoncie. Dobra sytuacja Igi Świątek

    Trzęsienie ziemi w rankingu WTA na horyzoncie. Dobra sytuacja Igi Świątek

    Trzęsienie ziemi w rankingu WTA na horyzoncie. Dobra sytuacja Igi Świątek

    Już niebawem może dojść do zmiany na pozycji liderki rankingu WTA. Iga Świątek, która zakończyła poprzedni rok na drugim miejscu, wkrótce może wrócić na szczyt kobiecego tenisa. Wszystko zależy jednak od jej wyników w Melbourne, a także od rezultatów Aryny Sabalenki. Co więcej, to pierwsza rakieta świata jest pod ogromną presją, a porażka w dwóch kolejnych spotkaniach zagwarantuje nam trzęsienie ziemi na szczycie rankingu. Przedstawiamy możliwe scenariusze.

     

    W wirtualnym rankingu “na żywo”, obejmującym już stratę przez Arynę Sabalenkę 2000 pkt za ubiegłoroczny sukces w Australian Open, to Iga Świątek jest liderką. Każde kolejne zwycięstwo obu tenisistek sprawia, że sytuacja na szczycie kobiecego tenisa staje się jeszcze bardziej interesująca. Aryna Sabalenka jest teraz pod presją, bo porażka na wczesnym etapie turnieju kończy jej nadzieje

     

    A co musi się stać, by Świątek wróciła za nieco ponad tydzień na pierwsze miejsce? Są dwa warunki, które zależą od poczynań Polki oraz jej największej rywalki. Co ważne, pięciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa ma wszystko w swoich rękach. Jeśli wygra Australian Open, niezależnie od losów Sabalenki na pewno znów będzie pierwsza. Przedstawiamy możliwe scenariusze.

     

    Aryna Sabalenka pod wielką presją

     

    Dotarcie przez Świątek do trzeciej rundy utrudnia zadanie Aryny Sabalenki. Dziś wiemy już, że jeśli pożegna się z turniejem przed półfinałem, na pewno straci pozycję liderki niezależnie od tego, co dalej w turnieju osiągnie Iga Świątek. Polka ma już zagwarantowane co najmniej 8120 pkt przed meczem z Emmą Raducanu. Sabalenka przebije ten dorobek tylko w sytuacji, gdy sama dotrze do półfinału.

     

    Co jednak, gdy Białorusinka faktycznie znajdzie się w najlepszej czwórce turnieju? Wtedy sytuacja również będzie jasna. Wówczas Świątek odzyska prowadzenie w klasyfikacji WTA w momencie, jeśli również znajdzie się w półfinale. Jeśli obie odpadną w półfinale, wówczas to Świątek będzie pierwsza. Jeśli tylko jedna z nich zagra w finale, to właśnie ona będzie liderką. A jeśli obie spotkają się w meczu o tytuł? Wówczas stawką będzie nie tylko trofeum, lecz również miano najlepszej tenisistki świata.

     

    A  zatem sytuacja jest już jasna. Aryna Sabalenka na pewno nie obroni pozycji liderki tylko wtedy, gdy odpadnie przed półfinałem. Jeśli dotrze do ostatniej czwórki turnieju, będzie musiała patrzeć na sytuację Igi Świątek. Gdy Polka odpadnie przed tą fazą, Białorusinka będzie spokojna. Gdy jednak obie pozostaną w grze, zanosi się na arcyciekawy, korespondencyjny bój, który może zakończyć się bezpośrednim starciem w finale

     

  • Szokujący ruch Erlinga Haalanda. Umowa do 2034 r.!

    Szokujący ruch Erlinga Haalanda. Umowa do 2034 r.!

    Szokujący ruch Erlinga Haalanda. Umowa do 2034 r.

    “To jeden z najbardziej lukratywnych kontraktów w historii sportu” – tak pisze angielska prasa po bardzo zaskakującej decyzji Erlinga Haalanda. Norweski napastnik przedłużył umowę z Manchesterem City aż o 9,5 r.! Znanych jest kilka szczegółów tego niezwykłego kontraktu

    W momencie, kiedy Manchester City przeżywa kryzys, wydawać by się mogło, że supersnajper drużyny prędzej będzie myślał o zmianie barw klubowych niż wiązaniu się z City na dłużej. Norweg okazał jednak niezwykłą lojalność – przedłużył umowę o prawie 10 lat. Jeśli ją wypełni, będzie miał 34 lata, więc praktycznie całą pozostałą karierę spędzi na Etihad Stadium.

    “Nikt nie wie, co wydarzy się za 10 lat, ale jedno jest pewne: Manchester City będzie budowany wokół Haalanda. To teraz jego drużyna” – komentuje “The Athletic”, który jako pierwszy poinformował o niecodziennym ruchu City i piłkarza. “To jeden z najbardziej lukratywnych kontraktów w historii sportu” – dodaje serwis, choć nie podaje szczegółów dotyczących zarobków zawodnika.

    Wiadomo za to, że wszystkie klauzule w kontrakcie Haalanda, które obowiązywały w poprzedniej umowie (ważna była do 2027 r.) zostały wycofane. Jest za to nowa klauzula odstępnego za norweską gwiazdę, ale ona wejdzie w życie dopiero od 2029 r

    Kończą się wszelkie spekulacje na temat przyszłości Erlinga Haalanda w Manchesterze City
    Kontrakt Haalanda, do tego podpisany na tak długi czas, sprawia, że kończą się wszelkie spekulacje dot. przyszłości piłkarza, który w przyszłości łączony był m.in. z Realem Madryt. Haaland pokazał, że chce być częścią City, mimo że zespół przeżywa w tym sezonie poważny kryzys – jest dopiero na 6. miejscu w tabeli Premier League ze stratą aż 12 pkt do lidera z Liverpoolu. W Lidze Mistrzów jest jeszcze gorzej – dopiero 22. pozycja i teoretycznie widmo odpadnięcia z rozgrywek już po fazie ligowej.

    Norweg czuje się jednak w City znakomicie: strzelił aż 111 goli w 126 występach.

     

  • “Walczyłyśmy jak na noże”. Polka mówi o meczu z Rosjanką

    “Walczyłyśmy jak na noże”. Polka mówi o meczu z Rosjanką

    “Walczyłyśmy jak na noże”. Polka mówi o meczu z Rosjank

     

    Magdalena Fręch po trzysetowej batalii przegrała z Mirrą Andriejewą w 3. rundzie Australian Open. Polka w trakcie krótkiej rozmowy z Eurosportem wydawała się zadowolona ze swojej gry, doceniła też postawę rywalki.

     

    Magdalena Fręch przystępowała do meczu z Mirra Andriejewą na fali dwóch zwycięstw z rosyjskimi tenisistkami – w pierwszej rundzie ograła Polinę Kudiermietową, a w drugiej Annę Blinkową. Trzecia reprezentantka tego kraju okazała się już jednak za mocna. Rozstawiona z numerem 14. Andriejewa po trwającej godzinę i 57 minut rywalizacji wyeliminowała Polkę, ostatecznie wygrywając 6:2, 1:6, 6:2.

     

    Spotkanie stało pod znakiem długich wymian. Obie tenisistki nie odpuszczały i wielokrotnie pokazywały swoje umiejętności defensywne. Fręch zwróciła na to uwagę w rozmowie z Eurosportem.

     

    – Walczyłyśmy jak na noże. Mirra “wyciągała” takie piłki, że aż byłam w szoku, bo rozganiałam ją z jednego narożnika kortu na drugi, a ona i tak to łapała. Gdy starałam się podchodzić bliżej, to mnie mijała. Myślę, że to był mecz na styku. Brakło wykończenia dwóch, trzech piłek, może gdzieś też trochę farta, żeby trafić w linię, zamiast minimalnie w aut – oceniała Polka.

     

    Fręch przed rokiem zakończyła swój udział w Australian Open na etapie IV rundy, gdzie musiała uznać wyższość Coco Gauff. Tym samym straci nieco punktów rankingowych. Polka mimo tego wydawała się być zadowolona z poziomu, jaki zaprezentowała w Melbourne.

     

    – Myślę, że jest to dobry prognostyk na dalszą część sezonu. Prawie udało mi się obronić punkty za zeszłoroczną Australię, więc nie będę narzekać, bo przyjechałam tu z innym nastawieniem. Mam nadzieję, że wyjadę z podniesioną głową – mówiła.

     

    Dodajmy, że Andriejewą czeka teraz mecz z Aryną Sabalenką, która walczy o swój trzeci z rzędu triumf na kortach Australian Open. Białorusinka w trzeciej rundzie pokonała Dunkę Clarę Tauson 7:6, 6:4

  • Co za rollercoaster! Fręch doprowadziła do frustracji złote dziecko tenisa

    Co za rollercoaster! Fręch doprowadziła do frustracji złote dziecko tenisa

    Co za rollercoaster! Fręch doprowadziła do frustracji złote dziecko tenisa

    Magdalena Fręch znów zapewniła kibicom tenisowy rollercoaster, ale tym razem bez szczęśliwego zakończenia. Potwierdziła raz jeszcze, że walczy do końca i w pewnym momencie meczu trzeciej rundy Australian Open doprowadziła rewelacyjną Mirrę Andriejewą do dużej frustracji. Bardzo wymowny był krzyk 17-letniej Rosjanki, która ostatecznie pokonała Polkę 6:2, 1:6, 6:2.

     

    Mirra Andriejewa najpierw przepraszała Magdalenę Fręch po szczęśliwie zdobytych punktach w pierwszym secie, a potem coraz bardziej się denerwowała własną niemocą. Polka w swoim stylu grała bardzo cierpliwie, ale w pewnym momencie i ona zaczęła się złościć, bo czuła, gdy powoli zaczęłam ulatywać jej szansa na zwycięstwo i występ w wielkim hicie z udziałem Aryny Sabalenki. Drugi powrót z rzędu jej się nie udał i z liderką światowego rankingu zagra utalentowana Rosjanka.

     

    Idealnym scenariuszem dla polskich kibiców byłoby obejrzenie w piątek wczesnym rankiem meczu trzeciej rundy Australian Open między Fręch a Magdą Linette. Ale już po pierwszej fazie turnieju stało się jasne, że do takiego spotkania nie dojdzie (Linette przegrała wtedy z Japonką Moyuką Uchijimą). Zamiast niego dostali mecz 27-letniej Fręch i młodszą o dekadę Andriejewą, który choćby pod względem zwrotów akcji mógł się podobać.

     

    Zarówno Fręch, jak i Andriejewa 12 miesięcy temu dotarły w Melbourne do 1/8 finału, co było ich najlepszym wynikiem w tej imprezie. Teraz stawką ich pierwszego w karierze pojedynku było powtórzenie tamtego osiągnięcia. Niespodzianki nie było – o awans do ósemki zagra Rosjanka.

     

    Dla obu tych zawodniczek poprzedni sezon był najlepszym w karierze, ale ich drogi do tych sukcesów znacząco się różniły. Rosjanka to złote dziecko światowego tenisa. Po raz pierwszy zwróciła na siebie uwagę dwa lata temu, gdy dotarła do 1/8 finału w Madrycie. Wiele zawodniczek i zawodników marzy, by na koniec kariery móc pochwalić się takimi osiągnięciami, jakie ona ma na koncie jako 17-latka. Bo mowa tu o wielkoszlemowym półfinale (Roland Garros 2024), który osiągnęła po odprawieniu samej Aryny Sabalenki, wygranym turnieju WTA i finale takiej imprezy, mianie 15. rakiety globu (jest jedyną nastolatką w Top100) oraz wicemistrzyni olimpijskiej z Paryża w deblu. I to wszystko mimo ograniczonej liczby startów, którą wymuszają na niej przepisy dotyczące zawodniczek poniżej 18. roku życia

     

    Fręch, której na przestrzeni lat nie omijały kłopoty zdrowotne, z kolei dość długo czekała. Do 2023 roku jej najlepszym wynikiem w Wielkim Szlemie było przejście raz drugiej rundy. Przełom nastąpił właśnie rok temu na antypodach. Co prawda w trzech pozostałych turniejach tej rangi przegrała mecze otwarcia, ale w drugiej połowie sezonu notowała świetne wyniki w zawodach WTA. Triumf w Guadalajarze, finał w Pradze i ćwierćfinały w Wuhan oraz Nottingham mocno przyczyniły się do tego, że zanotowała wielki skok w światowym rankingu i wdarła się do Top30.

     

    Końcówka sezonu była pierwszym sygnałem zwiastującym kłopoty Fręch. Przegrała wtedy trzy kolejne mecze i tak samo skończyły się jej dwa pierwsze starty w nowym sezonie. Trudno było wtedy o optymizm przed Australian Open. Tym bardziej, gdy po awansie do drugiej rundy opowiadała, że ostatnia gorsza passa była związana ze złamanym palcem u nogi. A Andriejewa poprzedni sezon zakończyła finałem w Ningbo, a obecny zaczęła od półfinału w Brisbane.

     

    Fręch bardzo efektowny powrót zaliczyła już w drugiej rundzie, gdy jej rywalką była inna Rosjanka. Przegrała pierwszego seta z Anną Blinkową (73.WTA) 0:6, by dwa kolejne wygrać 6:0, 6:2. Andriejewa to wyższa półka, ale z racji młodego wieku jej gra bywa bardzo nierówna. A to bardzo dogodna sytuacja dla zawodniczki tak cierpliwej i walecznej jak 27-latka z Łodzi.

     

    Początek pierwszego seta zupełnie jej uciekł. Przebudziła się dopiero przy wyniku 0:3. Kibice mocno ją dopingowali, ale wyraźnie brakowało jej energii. Andriejewa grała zaś wówczas spokojnie i pewnie kończyła akcje.

     

    Sytuacja znacząco zmieniła się w drugiej odsłonie. Fręch zaczęła grać agresywniej, a Rosjanka zaczęła popełniać więcej błędów. Błędów, po których coraz bardziej się denerwowała. Najpierw uderzyła rakietą o kort, potem zdenerwowana przemawiała do swojego sztabu, a następnie dyskutowała z sędzią. Polka zaś spokojnie robiła swoje i doprowadziła do remisu.

    Jak wiele kosztowało faworytkę to zwycięstwo było słychać w decydującej partii. Po ważnych punktach zginała się w pół, zaciskała pięść i krzyczała. Wyraźnie próbowała sama sobie dodać energii. Przyniosło to efekt. Fręch z kolei zaczęło coraz bardziej brakować paliwa. Teraz to ona denerwowała się własną niemocą. Kolejnego zwrotu akcji już nie było

  • Sceny grozy na korcie. Rywalka Igi Świątek doznała nagłego ataku, mecz przerwany

    Sceny grozy na korcie. Rywalka Igi Świątek doznała nagłego ataku, mecz przerwany

    Sceny grozy na korcie. Rywalka Igi Świątek doznała nagłego ataku, mecz przerwany

    Ons Jabeur jest już w 1/16 finału Australian Open, ale o meczu II rundy będzie chciała jak najszybciej zapomnieć. Ledwie po trzech gemach spotkania z Kolumbijką Camilą Osorio tunezyjska tenisistka doznała ataku astmy. Po chwili musiała natychmiast opuścić kort. Kiedy jej stan nie poprawiał się mimo użycia inhalatora, zrobiło się przez moment dramatycznie. Interweniował lekarz. Sytuację na szczęście udało się opanować.

     

    Ons Jabeur (39. WTA) to była wiceliderka światowego rankingu i trzykrotna finalistka turniejów wielkoszlemowych. O końcowy triumf walczyła dwukrotnie w Wimbledonie (2022, 2023) oraz w US Open (2022). Dotarła tak daleko jako pierwsza tenisistka z Afryki.

     

    W zeszłym sezonie z powodu kłopotów zdrowotnych nie zagrała w igrzyskach olimpijskich, zaliczyła także absencję w Nowym Jorku na Flushing Meadows. Wierzyła, że ten rok będzie należał do niej. Tymczasem już w początkowej fazie trwającego Australian Open doświadczyła bardzo przykrego incydentu.

     

    W meczu II rundy z Kolumbijką Camilą Osorio (59. WTA) rozegrała trzy gemy i… musiała natychmiast opuścić kort. Publiczność z niepokojem obserwowała, jak 30-letnia zawodniczka walczy z atakiem silnego kaszlu i uderza się w pierś. Po chwili sięgnęła po inhalator.

     

    Jabeur korzystała z pomocy lekarza. Po meczu przeprosiła za nagłą niedyspozycję

     

    Zaaplikowany lek nie pomógł, mimo że należy do medykamentów o natychmiastowym działaniu. Na pomoc wezwano lekarza. Dopiero jego interwencja uspokoiła sytuację. Na twarzy Jabeur pojawiły się łzy.

     

    Tunzezyjka wróciła jednak do gry i ostatecznie pokonała przeciwniczkę z Ameryki Południowej 7:5, 6:3.

     

    – Bardzo, bardzo trudno się tutaj oddycha. Kiedy byłam młodsza, zdiagnozowano u mnie astmę – oznajmiła na pomeczowej konferencji prasowej.

     

    – Zrobimy jeszcze kilka testów i zobaczymy, co się dzieje. Musiałam unikać długich wymian. W takim stanie nie jestem najlepszym przeciwnikiem, ale po meczu za to przeprosiłam, ponieważ naprawdę nie chce zachowywać się w ten sposób – dodała zwyciężczyni.

     

    Jabuer to siedmiokrotna rywalka Igi Świątek. Niewykluczone, że naprzeciw siebie staną również w Melbourne. Do tej pory pięciokrotnie górą była Polka, w tym w czterech ostatnich pojedynkach.

     

    Afrykanka czeka na razie na konfrontację w III rundzie. Skala trudności rośnie. Jej najbliższą rywalką będzie Amerykanka Emma Navarro (8. WTA).