Hansi Flick, obecny trener FC Barcelony, wielokrotnie wypowiadał się na temat Roberta Lewandowskiego, podkreślając jego wyjątkowe umiejętności i wkład w grę zespołu. Po jednym z meczów Ligi Mistrzów, w którym Lewandowski zdobył dwa gole przeciwko Young Boys Berno, Flick zwrócił uwagę na jego zaangażowanie w pressing oraz współpracę z innymi zawodnikami. Stwierdził, że takie działania motywują resztę drużyny do kolektywnego wysiłku.
W innym wywiadzie Flick podkreślił, że choć bramki Lewandowskiego są ważne, to jeszcze istotniejsza jest jego współpraca z resztą zespołu. Zaznaczył, że Polak doskonale dogaduje się z kolegami z drużyny, co przekłada się na lepszą grę całego zespołu.
Flick nie szczędził również komplementów pod adresem Lewandowskiego, nazywając go “nie do zatrzymania w polu karnym” oraz podkreślając, że “bramki ma we krwi”. Wyraził także radość z ponownej współpracy z polskim napastnikiem, z którym wcześniej odnosił sukcesy w Bayernie Monachium.
W swojej biografii Flick wspomina rozmowę z Lewandowskim na temat rekordu Gerda Müllera. Wyraził wówczas przekonanie, że to właśnie Robert pobije ten rekord, co ostatecznie stało się faktem, gdy Polak zdobył 41 bramek w jednym sezonie Bundesligi.
Słowa Flicka świadczą o ogromnym szacunku i uznaniu dla talentu oraz profesjonalizmu Lewandowskiego, który nieustannie udowadnia swoją wartość na boisku.
Po ostatnim meczu FC Barcelony pojawiły się doniesienia dotyczące przyszłości Roberta Lewandowskiego w klubie. Według informacji przekazanych przez “Sport.pl”, władze Barcelony planują przedłużenie kontraktu z polskim napastnikiem. Choć oficjalne ogłoszenie jeszcze nie nastąpiło, wieści te dotarły już do szatni drużyny, gdzie spotkały się z pozytywnym odbiorem.
Lewandowski, od momentu dołączenia do Barcelony, stał się kluczowym zawodnikiem zespołu, regularnie przyczyniając się do sukcesów drużyny swoimi bramkami i asystami. Jego doświadczenie i profesjonalizm są wysoko cenione zarówno przez sztab szkoleniowy, jak i kolegów z drużyny.
Przedłużenie kontraktu z Lewandowskim byłoby jasnym sygnałem, że klub wiąże z nim dalsze plany i liczy na jego wkład w przyszłe sukcesy. Kibice z niecierpliwością czekają na oficjalne potwierdzenie tych informacji, mając nadzieję na dalsze udane występy polskiego napastnika w barwach Blaugrany.
Wojciech Szczęsny, polski bramkarz FC Barcelony, ponownie znalazł się w centrum uwagi po opublikowaniu nagrania z klubowego treningu. Na filmie, udostępnionym na oficjalnym profilu FC Barcelony, widać, jak Szczęsny z imponującą sprawnością broni kolejne strzały, nie pozwalając, by żadna piłka wpadła do siatki. Nagranie opatrzono podpisem “Tek— savvvy”, co podkreśla techniczne umiejętności bramkarza.
Kibice szybko wyrazili swoje uznanie w komentarzach pod postem. Pojawiły się opinie takie jak: “Jest gotowy”, “Widziałem wystarczająco, wystawcie go”, czy “Świetne nagranie”. Entuzjazm fanów świadczy o ich zaufaniu do umiejętności polskiego golkipera i chęci zobaczenia go w akcji podczas nadchodzących meczów.
Przypomnijmy, że Szczęsny dołączył do FC Barcelony w obliczu kryzysu bramkarskiego, spowodowanego długotrwałą kontuzją pierwszego bramkarza, Marc-André ter Stegena. Jego transfer był niespodziewany, zwłaszcza że wcześniej ogłosił zakończenie kariery. Jednak sytuacja w klubie oraz potrzeba doświadczenia między słupkami skłoniły go do powrotu na boisko.
Od momentu dołączenia do zespołu, Szczęsny miał okazję wystąpić w kilku kluczowych spotkaniach, w tym w Superpucharze Hiszpanii. Jego występy były różnie oceniane, ale nie ulega wątpliwości, że wniósł do drużyny cenne doświadczenie i pewność siebie. Trener Hansi Flick wyraził zaufanie do polskiego bramkarza, dając mu szansę na regularne występy.
Obecnie, po opublikowaniu wspomnianego nagrania, oczekiwania wobec Szczęsnego są jeszcze większe. Kibice liczą na jego solidne występy i wierzą, że pomoże drużynie w osiąganiu kolejnych sukcesów w nadchodzących meczach.
Radosław Kałużny w reprezentacji Polski zdobył 11 goli, a w spotkaniu z Białorusią popisał się nawet hat-trickiem. Defensywny pomocnik powtarzał, że jest “kiepskim piłkarzem, który ma dużo szczęścia”. Jego piłkarska kariera przeczy jednak tym słowom. Był jednym z filarów Wisły Kraków, dobra gra w Energie Cottbus zaowocowała transferem do Bayeru Leverkusen i lukratywnym kontraktem, a z kadrą wystąpił na mundialu. Sukcesy na boisku czas nie przekładały się jednak na udane życie prywatne.
Kiedy w 2013 r. serwis Weszło opublikował zdjęcie Radosława Kałużnego, rozpętała się burza. Okazało się, że niedawny gwiazdor piłkarskich boisk pracuje na magazynie w Wielkiej Brytanii. Cała piłkarska Polska była w szoku. Zaledwie kilka lat wcześniej zakończył karierę, o której mogłoby pomarzyć wówczas wielu polskich piłkarzy. Kibice zastanawiali się, co poszło nie tak.
Zdjęcie Kałużnego z pracy w magazynie DHL obiegło Polskę. “Poszedłem w swoją stronę”
Kałużny w przeszłości unikał rozmów z dziennikarzami. Nie przepadał też za środowiskiem polskiej piłki. Po publikacji materiału dotyczącego jego pracy w magazynie DHL nie krył rozczarowania. W rozmowie z dziennikiem “Fakt” uchylił jednak rąbka tajemnicy.
Miałem dość tego środowiska, które jest strasznie nieprzyjazne. Poszedłem w swoją stronę i to moja sprawa czy piłem, paliłem czy miałem kochanki. Nikogo nie powinno interesować, co w tym czasie robiłem, ale w polskiej piłce wszyscy interesują się tym najbardziej. Ktoś raz kopnie równo piłkę i już zagląda mu się do talerza i portfela. To jest zepsute środowisko, chora atmosfera. Nie jestem człowiekiem, który będzie w tym uczestniczył – powiedział w rozmowie z 2013 r.
Czytaj też: Wstrząsające wyznanie rywalki Justyny Kowalczyk. “Moje życie było piekłem”
Trzy lata wcześniej rozegrał ostatnie mecze w profesjonalnym futbolu. W czasie swojej kariery był uznany za jednego z najlepszych defensywnych pomocników w Polsce. Obdarzony bardzo dobrymi warunkami fizycznymi (1,92 m wzrostu) zawodnik pierwsze kroki w seniorskiej piłce stawiał w Zagłębiu. W ekipie z Lubina w ciągu siedmiu lat rozegrał 176 meczów i zdobył 24 gole. W 1998 r. za 800 tys. marek trafił do kompletującej kosmiczny skład, jak na polskie warunki, Wisły Kraków.
Kałużny z miejsca wskoczył do drużyny prowadzonej przez Wojciecha Łazarka, a później występował pod wodzą Franciszka Smudy. Doznał kontuzji kolana, ale po półrocznej przerwie wrócił na boisko. Jego gwiazda zaczęła błyszczeć jeszcze mocniej. 30 kwietnia 1999 r. Wisła grała przy Łazienkowskiej w Warszawie z Legią. Kałużny został bohaterem spotkania. Mający pseudonim “Tata” zawodnik zdobył dwa gole, a “Biała Gwiazda” wygrała 2:1 i po 21 latach zapewniła sobie mistrzostwo Polski.
W czasie pamiętnego dwumeczu Wisły z Realem Saragossa w Pucharze UEFA to właśnie Kałużny zdobył pięknego gola w pierwszym spotkaniu na La Romareda. Drużyna Oresta Lenczyka przegrała w Hiszpanii 1:4, ale w rewanżu odrobiła straty i ostatecznie wygrała po rzutach karnych. Urodzony 2 lutego 1974 r. piłkarz błyszczał też w reprezentacji Polski. W 2000 r. w ramach el. MŚ 2002 zdobył hat-tricka w meczu z Białorusią. W kadrze rozegrał 41 meczów i zdobył łącznie 11 goli.
Po udanej przygodzie z Wisłą trafił do Niemiec. Udane występy w Energie Cottbus dały mu przepustkę do transferu do Bayeru Leverkusen, w którym występował od 2003 do 2005 r. Później grał jeszcze w Rot-Weiss Essen, LR Ahlen, AEL Limasson, Jagiellonii Białystok (2007-2008), a w 2010 r. rozegrał kilka meczów w Chrobrym Głogów.
Ależ popis Lewandowskiego w barwach Barcelony. Dał powód do radości kibicom [WIDEO]
Kolejny znakomity występ w barwach FC Barcelona zaliczył kapitan reprezentacji Polski, Robert Lewandowski. W meczu La Liga przeciwko Deportivo Alaves znalazł się w wyjściowym składzie i udowodnił kibicom, że Hansi Flick postawił na niego wcale nie bez powodu. Polski snajper w 61. otworzył wynik spotkania, zapewniając jednobramkową przewagę dla “Dumy Katalonii”.
Robert Lewandowski latem 2022 roku po wielu latach gry w Bundeslidze opuścił Niemcy i przeniósł się do Hiszpanii, gdzie zasilił szeregi klubu FC Barcelona. Choć eksperci obawiali się, że Polak będzie potrzebował czasu, aby zaaklimatyzować się w nowym zespole, ten niespodziewanie szybko odnalazł się w Katalonii i zaczął zdobywać pierwsze bramki w barwach “Blaugrany”. Lata mijają, a polski snajper wciąż zachwyca na hiszpańskich boiskach, osiągając kolejne sukcesy ze swoim zespołem.
Fenomenalny dzień Roberta Lewandowskiego. Gol Polaka przełamał niemoc Barcelony
Kapitan piłkarskiej reprezentacji Polski w niedziele 2 lutego znalazł się w wyjściowym składzie ekipy Hansiego Flicka na mecz przeciwko Deportivo Alaves w hiszpańskiej ekstraklasie. Bramki Katalończyków po raz kolejny bronił Wojciech Szczęsny. Pierwszy z panów po raz kolejny dał powód do radości kibicom “Blaugrany” – w 61. minucie otworzył bowiem wynik spotkania i po imponującej asyście Lamine Yamala przechytrzył broniącego bramki rywali Jesusa Owono, zapewniając swojej drużynie prowadzenie.
Bramka Lewandowskiego pozwoliła nieco odetchnąć fanom Barcelony. W pierwszym kwadransie meczu doszło bowiem do fatalnie wyglądającego incydentu z udziałem Gaviego i Tomas Conechnego. Panowie zderzyli się głowami i konieczna była natychmiastowa interwencja medyków. Ostatecznie piłkarze musieli opuścić boisko, a miejsce Gaviego z szeregach Blaugrany zajął Fermin Lopez. Obowiązki Conechnego przejął natomiast Carlos Martin.
Ostatecznie gol naszego napastnika wystarczył, aby Barcelona dopisała na swoje konto kolejne trzy punkty w tabeli La Liga. “Blaugrana” pokonała Deportivo Alaves 1:0.
Robert Lewandowski bohaterem Barcelony! Arcyważny gol
Barcelona przez godzinę męczyła się z Deportivo Alaves, ale wtedy do akcji wkroczył Robert Lewandowski, który zapewnił zwycięstwo 1:0 swojej drużynie. Ta zmniejszyła stratę w tabeli do Realu Madryt, a Polak powiększył przewagę nad Kylianem Mbappe w klasyfikacji strzelców.
FC Barcelona pokonała Deportivo Alaves 1:0 w meczu 22. kolejki. Zwycięską bramkę zdobył Robert Lewandowski
Barcelona nie grała dobrze, jak to się jej często zdarza w starciach z zespołami, z dołu tabeli, ale w końcu uratował ją Lewandowski
Alaves to ulubiony rywal Polaka. Strzelił temu zespołowi już siódmego gola w czwartym meczu
Robert Lewandowski znów wystąpił w głównej roli. Barcelona nie grała dobrze, przez godzinę męczyła się z Deportivo Alaves, ale ostatecznie to właśnie Polak ją uratował i zapewnił wygraną 1:0.
Barcelona wykorzystała więc sobotnią sensacyjną porażkę Realu ze swoim lokalnym rywalem Espanyolem. Dzięki temu traci już tylko cztery punkty do mistrza Hiszpanii, o trzy “oczka” wyprzedza ją jeszcze drugi zespół z Madrytu Atletico. Real ma 49 punktów, Atletico 48, a Barcelona 45. W następnej kolejce obie ekipy ze stolicy Hiszpanii zmierzą się w bezpośrednim starciu, ktoś musi zgubić punkty (a może oba zespoły), więc sytuacja Barcelony może jeszcze się poprawić, o ile oczywiście pokona Sevillę na wyjeździe.
Robert Lewandowski pogrążył ulubionego rywala
Deportivo Alaves to ulubiony rywal
Lewandowskiego. W czterech meczach strzelił aż siedem goli. Z żadną drużyną, z którą zagrał co najmniej czterokrotnie, nie ma takiej średniej goli na mecz. To też jedyny zespół, w starciu z którym w tym sezonie popisał się hat-trickiem. Teraz zdobył tylko jedną bramkę, ale to wystarczyło, aby powiększyć przewagę nad Kylianem Mbappe w klasyfikacji strzelców. Ma na koncie 18 goli, a jego słynny rywal 15.
Zwycięstwo nie przyszło jednak łatwo, choć grała w najmocniejszym możliwym obecnie składzie. W porównaniu do meczu z Atalantą (2:2) w Lidze Mistrzów trener Hansi Flick dokonał dwóch zmian. Pau Cubarsi zastąpił na środku obrony Erica Garcię, a w drugiej linii Marc Casado Frenkie de Jonga.
W siódmej minucie Gavi obejrzał żółtą kartkę za faul na Nahuelu Tanaglii, chwilę później zderzył się głowami z Tomasem Conechnym. Sytuacja wyglądała bardzo groźnie, obaj piłkarze potrzebowali pomocy medycznej.
Gavi po kilku minutach chciał grać, ale po konsultacji ze sztabem medycznym Flick dokonał zmiany i na boisku pojawił się Fermin Lopez. Conechny był w gorszym stanie i boisko opuścił na specjalnym wózku.
Po półgodzinie gry Lewandowski obrócił się w polu karnym i przymierzył obok słupka. Była to jedna z nielicznych okazji Barcy przed przerwą.
Barcelona w pierwszej połowie mocno rozczarowała. Grała bardzo ospale, jakby świecące słońce ją rozleniwiało. Co prawda do przerwy zdecydowanie przeważała, ale kompletnie nic z tego nie wynikało. Co z tego, że miała piłkę przez 73 procent czasu gry, skoro oddała zaledwie trzy strzały, w tym jeden celny.
Alaves nawet nie podjęło próby strzału, choć niespodziewanie miało więcej rzutów rożnych od Barcelony (2:1) i jego wskaźnik goli oczekiwanych xG wynosił dokładnie 0,00. Barcelony raptem 0,28. Wojciech Szczęsny w bramce Barcelony nie miał prawie nic do roboty, najwyżej mógł trenować wyjścia z bramki na przedpole, z czym ma przy ustawionej bardzo daleko od bramki linii obrony problem.
Robert Lewandowski bohaterem meczu
W przerwie Flick dokonał dwóch zmian. Eric Garcia i De Jong zastąpili Araujo i Casado. Barcelona mocniej naciskała na rywala. W 57. minucie Yamal dograł do Lewandowskiego, ten groźnie strzelił głową, ale jednak niecelnie. Po godzinie gry znów 17-latek szarpnął i mocno uderzył z dystansu i ostrego kąta, ale Jesus Owono obronił, wybijając piłkę na rzut rożny. Po kornerze Yamal ponownie strzelał, piłka odbiła się od Tanaglii, spadła pod nogi Lewandowskiego, a ten z bliska trafił do siatki.
Sześć minut później Flick zdjął z boiska Raphinhę, ten się zdenerwował, zaczął machać rękoma i obejrzał żółtą kartkę.
Lewandowski w doliczonym czasie gry zszedł z boiska, owacyjnie żegnany przez fanów. Więcej bramek nie było, Barcelona znów miała problemy z zespołem broniącym się przedspadkiem, ale tym razem jednak wygrała.
Maciej Kot z miejscem na podium i pobitym rekordem. Potrzebował pomocy dwóch rywali
Podczas gdy oczy wielu sympatyków skoków narciarskich skierowane są na Willingen, gdzie odbywają się zawody w ramach Pucharu Świata, sporo dzieje się również na zapleczu wspomnianego cyklu, czyli w Pucharze Kontynentalnym. Najważniejszą informacją soboty dla polskich fanów był fakt, że Maciej Kot wywalczył sobie trzecie miejsce w Lillehammer – teraz do tego okazuje się, że pobił pewien ciekawy rekord, choć musieli wspomóc go w tym dwaj rywale wraz z którymi objął lokaty na podium.
Zmagania w ramach Pucharu Świata przeniosły się do niemieckiego Willingen, gdzie niestety jak dotychczas reprezentacja Polski nie miała wielu powodów do radości – w piątkowych zawodach duetów “Biało-Czerwoni” zakończyli rywalizację na pierwszej serii (konkretnie dziewiątym miejscu), w sobotę w konkursie indywidualnym najlepszy z Polaków – Dawid Kubacki – był zaledwie 14.
Zdecydowanie lepsze wieści nadeszły z Pucharu Kontynentalnego, który z Sapporo przeniósł się niedawno do norweskiego Lillehammer. Tam, na skoczni K-123 (HS 140), trzecie miejsce wywalczył Maciej Kot, autor skoków o długości 134,5 oraz 132,5 m. To jednak nie wszystko.
Puchar Kontynentalny. Maciej Kot osiągnął rekord wraz z… Fettnerem i Johanssonem
Jak się bowiem okazuje – na co zwrócił uwagę dziennikarz portalu Skijumping.pl Adam Bucholz – Kot miał przy tym swój udział w biciu pewnego rekordu. Wraz z Manuelem Fettnerem i Robertem Johanssonem skompletował on bowiem najstarsze podium w dziejach PK.
Trzej zawodnicy w dniu trwania konkursu liczyli łącznie 108 lat i 52 dni i pobili wcześniejszy najlepszy rezultat niemalże o 10 lat – poprzedni rekord padł w grudniu w Engelbergu, kiedy to tuż za zwycięskim Fettnerem miejsca zajęli Clemens Aigner i Felix Hoffmann. Oczywiście to wspominany już dwukrotnie Austriak jest tu swoistą lokomotywą napędową śrubowania całego wyniku – w czerwcu skończy on 40 lat i wygląda na to, że w Pucharze Kontynentalnym nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Puchar Kontynentalny. Maciej Kot goni ścisłą czołówkę “generalki”
Kolejne zmagania w cyklu zostały zaplanowane na niedzielę 2 lutego na godz. 13.30. Obecnym liderem klasyfikacji generalnej pozostaje Robin Pedersen (657 pkt). Najlepszy z “Biało-Czerwonych” Kot jest siódmy i ma na koncie 320 pkt.
Po Lillehammer skoczkowie przeniosą się do słoweńskiego Kranju, następnie do amerykańskiego Iron Mountain oraz fińskiego Lahti. Cała rywalizacja zostanie domknięta w dniach 22-23 marca na WielkiejKrokwi w Zakopanem.
Tak polski skoczek bił rekord skoczni w Willingen. Kibice łapali się za głowy
Trudno było o lepszy skok na największej dużej skoczni w Pucharze Świata niż ten, który oddał w 2021 roku Klemens Murańka. Polak zapisał się w historii, lądując na 153. metrze podczas kwalifikacji do konkursu indywidualnego na Mühlenkopfschanze.
Nie będzie przesadą, jeśli stwierdzimy, że Klemens Murańka to niespełniony talent polskich skoków narciarskich. Ba, ta łatka została przy nim do dziś. Nie oznacza to jednak, że “Klimek” nie miał swoich świetnych momentów w zawodach Pucharu Świata. Ten najlepszy wydarzył się w 2021 roku na Mühlenkopfschanze (HS 147).
Willingen automatycznie przywodzi na myśl polskim kibicom legendarny skok Adama Małysza z 2001 roku na odległość 151,5 metra, jeszcze przed przebudową obiektu. 20 lat później jeszcze dalej poszybował Murańka, lądując w piątkowych kwalifikacjach na 153 metrze, ustanawiając przy tym nowy rekord największej dużej skoczni w kalendarzu PŚ.
Co tu dużo mówić – było to olbrzymie zaskoczenie nie tylko dla kibiców, ale i dla samego Murańki. Wszakże “Klimek” do faworytów rywalizacji na niemieckim obiekcie zdecydowanie nie należał, a sukcesem byłoby zajęcie miejsca w drugiej dziesiątce.
Po samym wyjściu z progu czułem, że to będzie dobry skok, ale nie liczyłem na to, że aż tak daleki. Dostałem fajną poduszkę pod narty. Sam nawet nie jestem sobie w stanie przypomnieć jak to było” – mówił po swojej fenomenalnej próbie w rozmowie z Eurosportem.
I choć na Mühlenkopfschanze zdarzały się dalsze skoki (161,5 metra skoczył Timi Zajc, jednak nie ustał próby, a lot Zigi Jelara na 154,5 metra nie odbył się w oficjalnych zawodach), rekord Murańki przetrwał do dziś – w 2024 roku wyrównał go Johann Andre Forfang.
Rekord skoczni to jednak nie jedyne osiągnięcie “Klimka” z tamtego weekendu, który był dla niego najlepszym w karierze. W niedzielnym konkursie indywidualnym panowały bardzo złe warunki atmosferyczne i szybko stało się jasne, że rozegrana zostanie tylko jedna seria, w której Murańce udało się skoczyć 134,5 metra.
“Klimek” długo prowadził i do samego końca liczył się w walce o podium. Ostatecznie zajął 4. miejsce, co było jego najlepszym wynikiem w karierze. Jednak wówczas wszyscy żyli nadzieją na choćby 3. lokatę, a sam zainteresowany miał już szykować się do dekoracji.
– Miałem sygnały, że mam się zbierać na dół, że uda się na podium stanąć, a tu jednak mało brakło – zdradził Murańka po konkursie.
Dziś 30-latek już nie skacze. Były reprezentant Polski ma żonę i dwójkę dzieci, a przy okazji ma się świetnie jeśli chodzi o względy finansowe – jak sam wspominał, popularność, którą zyskał w młodym wieku, pozwoliła mu się “ustawić”.
Miałem wielu sponsorów, dobre pieniądze, a w wieku 16 lat miałem wybudowany dom. Jako 19-latek miałem wykończony trochę mniejszy dom. W wieku 20 lat zamknąłem się z dwoma wybudowanymi domami i tylko pod kątem finansowym mogę powiedzieć, że skorzystałem z tej otoczki – mówił w rozmowie z portalem skijumping.pl
W niedzielę 2 lutego na Mühlenkopfschanze zostaną rozegrane kwalifikacje i drugi konkurs indywidualny. Sobotnia rywalizacja padła łupem Daniela Tschofeniga i to właśnie lidera PŚ należy rozpatrywać jako głównego faworyta. Polscy kibice liczyć będą przede wszystkim na lepszy występ Pawła Wąska, który w sobotę zajął 19. miejsce.
Relację tekstową LIVE z kwalifikacji i konkursu przeprowadzi portal WP SportoweFakty. Sesja kwalifikacyjna rozpocznie się o 14:30, zaś pierwszą serię konkursową zaplanowano na 16:10.
A jednak Iga Świątek. Polka wyróżniona, ale co z Sabalenką? Jednoznaczna wiadomość
Niewiele zabrakło, żeby Iga Świątek awansowała do finału Australian Open. O włos lepsza okazała się jednak późniejsza triumfatorka – Madison Keys. Turniej Polka może zaliczyć mimo wszystko do bardzo udanych. Niedługo po zakończeniu rywalizacji dla raszynianki nadeszła wyjątkowa wiadomość. Została wyróżniona i znalazła się w prestiżowym gronie obok największych gwiazd. Nie zabrakło w nim również Aryny Sabalenki
Wpadka antydopingowa i przymusowa przerwa Igi Świątek sprawiły, że pod koniec ubiegłego sezonu kibice zaczęli się mocno martwić o jej formę. Nałożyła się na to jeszcze zmiana na stanowisku szkoleniowca, którym został Wim Fissette. Na całe szczęście raszynianka szybko wróciła na poziom, do którego przyzwyczaiła kibiców, czego najlepszym dowodem było Australian Open.
Iga Świątek zaimponowała na Australian Open. Z Melbourne wracała “z tarczą”
W Melbourne dotarła do półfinału, w którym już “na widelcu” miała świetnie dysponowaną Madison Keys. Amerykanka doprowadziła do super tie-breaka, w którym w samej końcówce odwróciła szalę zwycięstwa na swoją stronę. Wyniszczający bój trwał ponad dwie i pół godziny, ale to starsza z tenisistek wyszła z niego górą. A w finale sprawiła kolejną niespodziankę, wygrywając 2-1 z Aryną Sabalenką i odbierając jej tytuł.
Patrząc po wynikach Świątek na wcześniejszych etapach, gdzie z Rebeccą Sramkovą, Emmą Raducanu i Evą Lys “wypiekała” po bajglu, śmiało można było powiedzieć, że żadna z rywalek nie chciała na nią trafić w kolejnej rundzie. Nic więc dziwnego, że niedługo po zakończeniu zmagań na Antypodach została wyróżniona.
Świątek wyróżniona przez rywalkę. Piękne słowa o Polce
W weekend w podcaście “Nothing Major” gościła Ons Jabeur. Tunezyjka została poproszona o wskazanie przeciwniczki, przeciwko której najciężej jej się gra. Jej pierwszy wybór padł na Arynę Sabalenkę. Wiele do powiedzenia miała jednak również o Idze Świątek.
– Nienawidziłam grać przeciwko Arynie z uwagi na sposób, w jaki uderza piłkę. Zwyczajnie nie mogłam jej dostrzec, bo leciała tak szybko i z tego powodu się frustrowałam. Myślę, że prędkość góruje nad ułożeniem ręki i jakością uderzenia, bo ja zwyczajnie tej piłki nie mogłam znaleźć. Tak więc nie lubię grać przeciwko Sabalence – zdradziła.
Jest wiele zawodniczek, które budzą postrach. Myślę, że Iga Świątek jest niezwykle solidną zawodniczką. Nie oddaje ci żadnych punktów za darmo, przez co gra się przeciwko niej wyjątkowo trudno
~ dodała Jabeur
W dalszej części rozmowy doświadczona tenisistka wyróżniła również Coco Gauff jako jedną z najlepszych zawodniczek w tourze. Jabeur poległa w 3. rundzie rozgrywek w Melbourne po starciu z Emmą Navarro.
Transfer wszechczasów? Doncić ma nowy klub – i to jaki!
Szok w świecie koszykówki! Luka Doncić, jeden z najlepszych koszykarzy młodego pokolenia, zmienia barwy klubowe. Został wymieniony do Los Angeles Lakers i zagra razem z LeBronem Jamesem.
Szok w lidze NBA. “Tak, to prawdziwe informacje” – napisał dziennikarz ESPN, Shams Charania, odpowiadając na pytania kibiców, którzy nie mogli uwierzyć w to, co właśnie przekazał.
Charania ustalił, że kluby Los Angeles Lakers i Dallas Mavericks doszły do porozumienia ws. niespodziewanej i wielkiej wymiany. Barwy klubowe zmienia Luka Doncić, jeden z najlepszych koszykarzy młodego pokolenia.
Słoweniec zagra w Lakers razem z czterokrotnym mistrzem NBA, LeBronem Jamesem.
Drużynę z Kalifornii na mocy tej wymiany wzmocnią ponadto Maxi Kleber i Markieff Morris.
Mavericks mają nową wielką gwiazdę. Ich zawodnikiem zostaje 31-letni Anthony Davis, czołowy podkoszowy ligi. Ponadto otrzymają od Lakers utalentowanego Maxa Christiego i pierwszorundowy wybór w drafcie w 2019 roku.
W wymianę zaangażowany był też trzeci klub, Utah Jazz. Drużyna z Salt Lake City pozyskała Jalena Hooda-Schifino i dwa drugorundowe picki.