• Oto co Świątek powiedziała po finale US Open. Wielka klasa

    Oto co Świątek powiedziała po finale US Open. Wielka klasa

    Po pierwsze, gratulacje dla Sary i Andrei. To zwycięstwo było w pełni zasłużone – powiedziała Iga Świątek po przegranym finale miksta na US Open. W swojej wypowiedzi Polka sporo miejsca poświęciła także partnerowi z kortu, Casperowi Ruudowi. – Zawsze miałam do ciebie ogromny szacunek – podkreśliła.

    Finał zakończony triumfem Włochów

    Świątek i Ruud dotarli do finału gry mieszanej, gdzie po niezwykle wyrównanym i emocjonującym meczu musieli uznać wyższość włoskiego duetu – Sary Errani i Andrei Vavassoriego. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:6, 7:5, 6-10. Dla włoskiej pary był to drugi z rzędu triumf w nowojorskim turnieju. Świątek jednak zapowiedziała, że będzie walczyć o to, by zrekompensować sobie porażkę w mikście sukcesem w singlu.

    Słowa Igi Świątek po meczu

    Podczas ceremonii wręczenia nagród jako pierwsza głos zabrała Polka. – Przede wszystkim gratulacje dla Sary i Andrei. To w pełni zasłużona wygrana. Pokazaliście, że deblowi specjaliści są taktycznie sprytniejsi niż singliści. Walczyliśmy do samego końca, starając się, by spotkanie było jak najbardziej wyrównane. To była przyjemność dzielić z wami kort – powiedziała Świątek.

    Następnie zwróciła się bezpośrednio do swojego partnera. – Zazwyczaj skupiamy się na singlu, ale tym razem mogliśmy spróbować gry mieszanej i naprawdę mi się to spodobało. Dziękuję, Casper, że napisałeś do mnie. Chyba już wiemy, kto zaczął tę całą historię – żartowała, nawiązując do ich wcześniejszej wymiany zdań po awansie do półfinału. – Zawsze darzyłam cię ogromnym szacunkiem, wiesz o tym. Wspólna gra była niesamowitym doświadczeniem. Myślę, że stworzyliśmy bardzo dobry duet, mimo że nie mieliśmy żadnego przygotowania. Ja długo rywalizowałam w Cincinnati, a on odpowiadał za całą taktykę, przedstawiając mi ją dziesięć minut przed każdym meczem. To było świetne. Mogliśmy grać swobodnie i cieszyć się atmosferą. Dziękuję też kibicom – jesteście tu po to, by dobrze się bawić, a my daliśmy z siebie wszystko. Dzięki, że zostaliście do końca – zakończyła.

    Głos Caspera Ruuda

    Norweg także podziękował i pogratulował rywalom. – Iga, dziękuję za wspólną grę i również twojemu sztabowi, że się na to zgodzili. Wiem, że miałaś bardzo intensywny dzień. Mam nadzieję, że uda ci się trochę odpocząć przed singlowymi zmaganiami. To była dla nas świetna zabawa i mam nadzieję, że dla kibiców także – powiedział Ruud.

    Czas na singiel

    Po zakończeniu przygody w mikście Świątek ma kilka dni na regenerację przed turniejem singlowym US Open, który potrwa od 25 sierpnia do 7 września. Polka rozpocznie rywalizację od pierwszej rundy i na pewno będzie chciała powtórzyć swój sukces sprzed dwóch lat, kiedy to sięgnęła po tytuł w Nowym Jorku.

  • Świątek już po finale US Open. Powrót ze stanu 3:5. Super tie-break decydował o tytule

    Świątek już po finale US Open. Powrót ze stanu 3:5. Super tie-break decydował o tytule

    Świątek już po finale US Open. Powrót ze stanu 3:5. Super tie-break decydował o tytule

    Już pierwsze rozgrywki podczas tegorocznego US Open przyniosły nam polski akcent w finale. Zadbała o to Iga Świątek, grająca w duecie z Casperem Ruuda. Nasza reprezentantka oraz Norweg stanęli przed szansą na wywalczenie wielkoszlemowego tytułu w mikście. Ich przeciwnikami w decydującym starciu okazali się obrońcy tytułu – Sara Errani oraz Andrea Vavassori. Świątek i Ruud zrobili niesamowity powrót w drugim secie, ale w super tie-breaku lepsi okazali się Włosi. Zawodnicy z Italii triumfowali 6:3, 5:7, 10-6.

     

    Tegoroczne zmagania w mikście na US Open wyglądały inaczej niż zwykle. Turniej rozegrano na specjalnych zasadach, przystąpiło do niego tylko 16 teamów. W górnej części drabinki najlepsi okazali się Iga Świątek i Casper Ruud. Duet z naszą reprezentantką wystartował od dwóch zwycięstw rezultatem 4:1, 4:2. W pierwszej rundzie pokonali parę Madison Keys/Frances Tiafoe, a potem uporali się z Caty McNally oraz Lorenzo Musettim. W półfinale Polka i Norweg zmierzyli się z zawodnikami rozstawionymi z “1” – Jessicą Pegulą i Jackiem Draperem. Przeciwnicy mieli przewagę przełamania w drugim secie, a potem prowadzili 8-4 w super tie-breaku. Mimo to Świątek i Ruud zanotowali niesamowity powrót, wygrywając ostatecznie 3:5, 5:3, 10-8.

     

    Tuż po godz. 4:00 czasu polskiego doszło do finałowej potyczki. Przeciwnikami Igi oraz Caspera okazali się obrońcy tytułu – Sara Errani i Andrea Vavassori. Polsko-norweski team czekało zatem starcie z mistrzami w swoim fachu, specjalistami od gry podwójnej. Włoski duet pokonał w półfinale parę Danielle Collins/Christian Harrison 4:2, 4:2. Zapowiadało się na ogromne wyzwanie dla Świątek i Ruuda, bowiem musieli postawić się niezwykle zmotywowanym przeciwnikom. Tenisiści z Italii chcieli obronić honor deblistów, którzy zostali pominięci w nowej formule miksta na US Open. Ważną zmianą w kontekście finału było to, że wróciła klasyczna zasada “do 6 wygranych gemów w secie”.

     

    US Open: Iga Świątek i Casper Ruud kontra Sara Errani i Andrea Vavassori w finale miksta

     

    Mecz rozpoczął się od serwisu Vavassoriego. Duet z naszą reprezentantką polował na przełamanie, było 15-30. Mimo to w kluczowym momencie Andrea świetnie serwował i ostatecznie Włosi wystartowali od prowadzenia. Po zmianie stron niespodziewane problemy miał Ruud. Chociaż Norweg wygrał pierwszy punkt, to później popełniał błędy. Zrobiło się 15-40, a to oznaczało trzy break pointy z rzędu dla przeciwników. Premierową okazję udało się uratować, ale przy drugiej zawodnik ze Skandynawii puścił piłkę, która ostatecznie trafiła w kort. Doszło do przełamania na korzyść tenisistów z Italii.

     

    Po chwili serwowała Errani. Mimo to Sara poradziła sobie z utrzymaniem podania bez większych problemów, do 30. Przy ostatniej akcji doszło do niebezpiecznej sytuacji, bowiem uślizg złapał Casper. Na szczęście Norwegowi nic się nie stało. Obrońcy tytułu wyszli na trzy “oczka” przewagi. Włosi kontynuowali wywieranie presji poprzez ogromną aktywność na korcie, w związku z czym kłopoty pojawiły się także przy serwisie Świątek. Polce znów brakowało trochę pierwszego podania w początkowej fazie gema, ale na szczęście udało się wyjść z opresji. Ze stanu 15-30 po wygranie rozdania.

     

    W następnych gemach panowie pewnie utrzymali swoje serwisy i przeszliśmy do kluczowego momentu, czyli podań tenisistek. Jako pierwszą w akcji zobaczyliśmy Sarę. Duet naszej reprezentantki doskonale zdawał sobie sprawę, że to może być ostatni moment na odrobienie strat w premierowej odsłonie. Przy stanie 15-30 z perspektywy Włochów, zagotował się Ruud. Popełnił błąd z bardzo dobrej sytuacji i zamiast trzech break pointów, doszło do wyrównania w gemie. Później sprawę w swoje ręce wzięła Iga. Polka popisała się kapitalnym returnem, a w kolejnej akcji skutecznym wolejem przy siatce i doszło do powrotnego przełamania.

     

    Po zmianie stron serwowała Świątek. Wydawało się, że raszynianka jest na dobrej drodze do wyrównania na 4:4. Prowadziła 40-15 przy własnym podaniu, ale wtedy 24-latka wplątała się w spiralę błędów. Podwójny błąd serwisowy sprawił, że pojawił się decydujący punkt. A przy nim Iga niestety nie trafiła w kort i Włosi znaleźli się w komfortowej sytuacji. Przy stanie 5:3 Andrea mógł zamykać premierową odsłonę. Tenisista z Italii doskonale wykorzystał swoje podanie i rezultatem 6:3 zagwarantował swojemu duetu zwycięstwo w pierwszej partii.

    Drugą część pojedynku otwierał Ruud. Tym razem Norweg dobrze wszedł w seta, utrzymał podanie do zera. Potem serwował Vavassori. Przez moment zrobiło się ciekawie, gdy na tablicy wyników zagościł rezultat 30-30. Kluczowe dwa punkty powędrowały jednak do włoskiego duetu. Presja przeszła na zawodniczki. Dobrze ze swoim wyzwaniem przy podaniu poradziła sobie Świątek i ponownie wysforowała swój team na prowadzenie. Tuż przed czwartym gemiem Andrea poprosił o wizytę fizjo na korcie ze względu na problemy z lewym udem. Wszystko odbyło się jednak w ramach regulaminowej przerwy. Rozdanie przy serwisie Errani rozpoczęło się świetnie dla Polki oraz Norwega, wygrali pierwsze dwie akcje. Później nie wykorzystali jednak kilku dogodnych szans, by pójść po przełamanie. Od stanu 0-30 punkty wędrowały na konto Włochów, przez co zrobiło się 2:2.

     

    Po tym, jak podanie pewnie utrzymał Ruud, nastąpiła kolejna przerwa dla Andrei. Tym razem sędzia ogłosił już przerwę medyczną, która potrwała przez trzy minuty. Po powrocie do gry serwował Włoch. On także nie miał większych kłopotów w trakcie swojego gema i w związku z tym znów przeszliśmy do podań pań. Rozdanie przy serwisie Świątek od początku nie układało się najlepiej. W pewnym momencie doszło też do nieporozumienia, Casper niepotrzebnie zabrał piłkę, którą powinna zagrywać Iga. Zrobiło się 15-40, a to oznaczało trzy break pointy z rzędu dla przeciwników. Przy drugim z nich czujność przy siatce zachowała Errani.

     

    Po przerwie serwowała Sara. Polka i Norweg mieli świadomość, że to może być ostatni moment na zniwelowanie strat. I znów dobrze zaczęli rozdanie przy podaniu Włoszki, wygrali pierwsze dwie akcje. Później jednak stało się to, co kilkanaście minut wcześniej. Tenisistka z Italii wyszła ze stanu 0-30 i dorzuciła piąte “oczko” na swoje konto. Mimo arcytrudnej sytuacji, Świątek i Ruud dokonali czegoś, co wydawało się nieosiągalne w tym meczu – przełamali podanie Vavassoriego, gdy ten serwował po tytuł. A stało się to m.in. dzięki takiemu zagraniu Norwega.

     

    Przy stanie 5:5 podawała Iga. Szybko zrobiło się 40-0, ale potem nastały nerwy. Polka popełniła dwa podwójne błędy serwisowe z rzędu i później podawała na Włocha. Andrea nie zdołał jednak zareturnować i duet naszej reprezentantki miał zagwarantowanego co najmniej tie-breaka. Do niego jednak nie doszło. Świątek i Ruud wyszli ze stanu 3:5 na 7:5. W związku z tym zobaczyliśmy od razu super tie-breaka.

    https://x.com/usopen/status/1958369107474080206

    Decydująca rozgrywka rozpoczęła się fatalnie z perspektywy Igi i Caspera, szybko zrobiło się 4-0 dla tenisistów z Italii. Później Polka oraz Norweg byli bliscy wyrównania na 5-5, ale przegrali jednak zaciętą akcję. Potem sytuacja układała się już po myśli obrońców tytułu. Tym razem Świątek i Ruud nie zdołali już dokonać takiego powrotu, jak w półfinale. Druga piłka mistrzowska przyniosła tytuł dla duetu Errani/Vavassori. Ostatecznie zawodnicy z Półwyspu Apenińskiego triumfowali 6:3, 5:7, 10-6.

    Dokładny zapis relacji z meczu Iga Świątek/Casper Ruud – Sara Errani/Andrea Vavassori jest dostępny TUTAJ. Więcej informacji na temat US Open można znaleźć w specjalnej zakładce na stronie Interii.

     

  • Niesamowity finał US Open Świątek! Decydował super tie-break

    Niesamowity finał US Open Świątek! Decydował super tie-break

    Niesamowity finał US Open Świątek! Decydował super tie-break

    Tym razem sensacji nie było. Iga Świątek i Casper Ruud mimo rozpoczęcia finału miksta US Open od stanu 0:3 znów walczyli do końca i wyszli z opresji, gdy w 2. secie byli o dwie piłki od porażki. W meczu z broniącymi tytułu Sarą Errani i Andreą Vavassorim za dużo jednak mieli kosztownych błędów. Przegrali z włoskimi tenisistami we wzbudzającej kontrowersje formule tegorocznych zmagań w tej konkurencji 3:6, 7:5, 6-10.

     

    Nieco ponad miesiąc temu Iga Świątek niespodziewanie wygrała Wimbledon, zdobywając szósty w karierze tytuł wielkoszlemowy. W środę stanęła przed szansą na dołożenie kolejnego, ale pierwszego w innej konkurencji niż singiel. Dotychczasowej świetnej skuteczności w spotkaniach o taką stawkę (6/6 w singlu i 0/1 w deblu) nie udało jej się utrzymać, ale i tak ogółem ma duże powody do zadowolenia, patrząc na ostatnie szalone tygodnie.

     

    To była porcja fenomenalnego tenisa. Proszę, zostaw go trochę na miksta – apelował żartobliwie do Polki Casper Ruud, gratulując jej w mediach społecznościowym w połowie lipca triumfu w Wimbledonie.

     

    A ta się wtedy nie zatrzymała, bo w ostatni poniedziałek dorzuciła zwycięstwo w Cincinnati, by już kilkanaście godzin później przystąpić do rywalizacji mikstów w Nowym Jorku. I w niej z pomocą Norwega w dwa dni zapewniła sobie skompletowanie występów w finale wielkoszlemowym we wszystkich trzech konkurencjach (do finału debla dotarła w Roland Garros 2021).

     

    A jeszcze dwie godziny temu wydawało się, że mecz o tytuł w grze mieszanej obejrzy jedynie w roli widza. Bo ona i Ruud w półfinale z najwyżej rozstawionymi Amerykanką Jessicą Pegulą i Brytyjczykiem Jackiem Draperem wygrali 3:5, 5:3, 10-8, choć byli wcześniej dwa gemy od porażki w dwóch setach, a w super tie-breaku przegrywali już 4-8.

     

    W bardzo trudnym położeniu byli też na początku pierwszego seta finału, który zaczęli od stanu 0:3. Już w pierwszej akcji Polka i Norweg wstrzymali oddech, ale okazało się, że nieco zwariowane zagranie Ruuda trafiło w linię. Kilka minut później jednak trzykrotny finalista wielkoszlemowy w singlu zakrywał twarz po błędzie – przepuścił wtedy dobrą piłkę zagraną przez Vavassoriego. Potem nieraz dwoił się i troił, jakby chciał się zrehabilitować, ale nie przynosiło to zawsze dobrych efektów.

     

    Musi bardziej zaufać Idze – oceniał komentator Eurosportu Lech Sidor.

     

    Świątek i jej partner uśmiechnęli się szeroko po efektownej akcji, którą zaliczyli zbiorowo w piątym gemie, potem jeszcze kilka razy pokazali, że ich wielkim atutem są potężne forhendy. Ale im bliżej końca tej partii było, tym częściej oboje się zbytnio śpieszyli i popełniali błędy. Polka w ósmym gemie najpierw zaliczyła trzy zepsute serwisy z rzędu, a potem jeszcze zepsuła piłkę w wymianie, a po niej zła na siebie coś krzyknęła i odwróciła się.

     

    Errani i Vavassori to jedyni specjaliści od gry podwójnej w tegorocznym mikście w US Open, co jest efektem zmienionej formuły wprowadzonej przez organizatorów. Ta, faworyzująca singlistów, na których udziale gospodarzom bardzo zależało, wywołała oburzenie deblistów.

     

    – Gramy dla wszystkich deblistów, którzy nie mogli tu rywalizować. Próbujemy dawać z siebie wszystko – deklarował włoski duet już po pierwszym meczu zmodyfikowanych zmagań mikstów w Nowym Jorku.

     

    Poza ubiegłorocznym US Open razem wygrali też w tym roku Roland Garros. A 38-letnia Errani do tego ma na koncie sześć tytułów wielkoszlemowych w deblu. I ta różnica doświadczenia w grze podwójnej była bardzo widoczna w środowym finale.

     

    W drugim secie Świątek i Ruud początkowo utrzymali się w walce “gem za gem” do stanu 3:3. Mający problemy z lewą nogą Vavassori poprosił nieco wcześniej o przerwę medyczną, a po powrocie on i jego partnerka dominowali już tylko chwilę. Włoch miał coraz większe problemy fizyczne, a popełniający wcześniej znów sporo błędów Polka i Norweg uspokoili swoje poczynania, doprowadzając do super tie-breaka. W nim zaliczyli deja vu, bo jak w półfinale przegrywali 0-3 i 4-8, ale drugi raz z tych opresji nie wyszli. Faworyci wykorzystali drugą piłkę meczową.

     

    Tym samym jedynym Polakiem, który ma na koncie tytuły wielkoszlemowe w mikście, pozostaje Jan Zieliński. Ten w parze z Tajwanką Su-wei Hsieh w poprzednim sezonie wygrał Australian Open i Wimbledon. A Świątek powalczy, by powetować sobie ten przegrany finał nowojorskim triumfem w singlu.

     

  • Świątek i Ruud grali do końca! Niesamowity mecz w półfinale US Open

    Świątek i Ruud grali do końca! Niesamowity mecz w półfinale US Open

    Ależ to były przeżycia! Iga Świątek i Casper Ruud w półfinale miksta US Open przeżyli prawdziwą huśtawkę nastrojów. Polsko-norweski duet był o krok od porażki – najpierw dwa gemy dzieliły ich od przegranej w dwóch setach, a potem zaledwie dwa punkty od odpadnięcia w trzech partiach. Jednak pokazali ogromny charakter i wolę walki, zwyciężając Jessicę Pegulę oraz Jacka Drapera 3:5, 5:3, 10-8.

    Dla obojga tenisistów US Open ma wyjątkowe znaczenie – to właśnie tutaj osiągnęli swoje najlepsze rezultaty w singlu. W 2022 roku Świątek sięgnęła po triumf w turnieju, a Ruud dotarł aż do finału. Teraz wspólnie zagrają w decydującym starciu o tytuł w mikście.

    Zmęczenie Polki i wsparcie Ruuda

    Świątek do gry mieszanej przystąpiła niemal bez chwili wytchnienia. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej cieszyła się z wygranej w Cincinnati, a już następnego dnia przeniosła się do Nowego Jorku, gdzie w parze z Ruudem rozegrała dwa mecze jednego popołudnia. Nic dziwnego, że Norweg w początkowych spotkaniach starał się brać na siebie jak najwięcej obowiązków. Z czasem jednak liderka rankingu coraz mocniej dochodziła do głosu. W półfinale jednak oboje mieli trudne momenty i potrzebowali cierpliwości, by złapać właściwy rytm.

    Wcześniej ich droga do półfinału wyglądała bardzo pewnie. Pokonali kolejno Madison Keys i Francesa Tiafoe 4:1, 4:2, a następnie Caty McNally i Lorenzo Musettiego w identycznym stosunku. Jednak Pegula i Draper, najwyżej rozstawiona para w turnieju (rozstawienie ustalano na podstawie rankingów singlowych), od początku postawili znacznie twardsze warunki.

    Pegula błyszczała, Draper imponował serwisem

    Pegula, znana z sukcesów w deblu i mikście, imponowała stabilnością i doświadczeniem, co komentatorzy Eurosportu podkreślali określeniami „skała” czy „można się jej przestraszyć”. Draper z kolei nadrabiał brak ogrania mocnym serwisem, przez długi czas utrzymując wysoki poziom. Świątek i Ruud mieli natomiast sporo problemów przy własnym podaniu, co dało się zauważyć zwłaszcza w pierwszej partii.

    Choć udało im się odrobić pierwsze przełamanie, przy stanie 3:3 ponownie stracili podanie. W końcówce Ruud nie wytrzymał napięcia i zagrał w siatkę, co przesądziło o losach seta.

    Powroty, które przesądziły o finale

    W drugim secie historia niemal się powtórzyła – strata serwisu na początku meczu mogła ich pogrążyć, ale znów pokazali charakter i szybko odrobili straty. Z czasem przejęli inicjatywę, a mimo że nie wykorzystali trzech piłek setowych przy 3:2, w końcu zamknęli partię w ósmym gemie.

    Najwięcej emocji przyniósł jednak super tie-break. Świątek i Ruud przegrywali już 0:3, potem 4:8, a dodatkowo Polka popełniała podwójne błędy serwisowe. Mimo to oboje pokazali niesamowitą wolę walki, zdobyli sześć punktów z rzędu i ostatecznie to Świątek przypieczętowała awans decydującym uderzeniem.

    Doświadczenie Świątek w grze podwójnej

    Choć Polka rzadko występuje w deblu, ma już za sobą finał Roland Garros w tej konkurencji (z Bethanie Mattek-Sands w 2019 roku). Kilkakrotnie próbowała też swoich sił w mikście – m.in. w Australian Open z Łukaszem Kubotem, a także podczas igrzysk w Tokio. Ostatnio grała w tej formule w United Cup, gdzie miała okazję mierzyć się… właśnie z Ruudem, z którym teraz tworzy skuteczny duet.

    Rywali w finale wyłoni mecz broniących tytułu Włochów, Sary Errani i Andrei Vavassoriego, z Amerykanami Danielle Collins i Christianem Harrisonem. Spotkanie o mistrzostwo odbędzie się tuż po zakończeniu tego półfinału.

  • Co za sukces Polki. Wygrała Diamentową Ligę pierwszy raz w karierze!

    Co za sukces Polki. Wygrała Diamentową Ligę pierwszy raz w karierze!

    Zawody Diamentowej Ligi w Lozannie zapisały się w historii jako jedne z najbardziej nietypowych w ostatnich latach. Wszystko za sprawą potężnej ulewy, która spadła na Stade Olympique de la Pontaise i całkowicie odmieniła przebieg rywalizacji. Deszcz zalał bieżnię i rozbieg, a organizatorzy przez długi czas walczyli o to, by zawody w ogóle mogły się odbyć. Walka z wodą na stadionie przypominała wręcz syzyfową pracę – gdy tylko udało się osuszyć fragment nawierzchni, kolejne opady ponownie zalewały płytę obiektu. Komentatorzy i kibice zastanawiali się, czy program uda się dokończyć, a zawodnicy musieli zmierzyć się z ekstremalnie trudnymi warunkami.

    Ostatecznie wszystkie konkurencje udało się rozegrać, ale rezultaty wielu z nich były dalekie od najlepszych osiągnięć sezonu. Szczególnie dużo emocji wzbudził konkurs skoku wzwyż kobiet, w którym doszło do niespotykanego rozstrzygnięcia. Na najwyższym stopniu podium znalazły się aż trzy zawodniczki – Polka Maria Żodzik, Niemka Christina Honsel oraz Australijka Nicola Olyslagers. Wszystkie trzy skoczyły 1,91 m bez żadnego strącenia, jednak przy kolejnej próbie – 1,94 m – żadnej nie udało się zaliczyć.

    W normalnych warunkach sędziowie zaproponowaliby dogrywkę, aby wyłonić jedną zwyciężczynię. Tym razem jednak żadna z zawodniczek nie zdecydowała się na dodatkowe podejścia, ponieważ śliska nawierzchnia stwarzała realne zagrożenie kontuzją. Zawody zakończyły się więc w wyjątkowy sposób – trzy triumfatorki stanęły obok siebie na najwyższym stopniu podium. Dla Marii Żodzik był to moment szczególny, bo po raz pierwszy w karierze zwyciężyła w prestiżowych zawodach Diamentowej Ligi.

    Warto podkreślić, że cykl Diamentowej Ligi uznawany jest za lekkoatletyczny odpowiednik piłkarskiej Ligi Mistrzów. Rywalizują w nim największe gwiazdy sportu, a same starty stanowią ogromne wyróżnienie. Triumf w tych zawodach to wydarzenie, o którym marzy niemal każdy lekkoatleta. Od 2022 roku do kalendarza cyklu należy również Memoriał Kamili Skolimowskiej rozgrywany w Chorzowie, co jeszcze mocniej podkreśla prestiż całej serii.

    Zwycięstwo Żodzik w Lozannie ma też historyczne znaczenie. Jak poinformował profil Athletics News, Polka została siedemnastym reprezentantem polskiej lekkoatletyki, który odniósł triumf w zawodach Diamentowej Ligi. To osiągnięcie, które stawia ją w gronie najlepszych i otwiera nowy rozdział w jej karierze.

    Chociaż ulewa sprawiła, że rywalizacja w Lozannie była daleka od ideału, to właśnie ten niezwykły konkurs skoku wzwyż zapamiętamy na długo. Deszcz, dramatyczne warunki, a na końcu trzy uśmiechnięte zawodniczki dzielące zwycięstwo – tak narodziła się jedna z najpiękniejszych historii tegorocznej Diamentowej Ligi, z Polką Marią Żodzik w roli głównej.

  • Oto co zrobiła rywalka po triumfie Świątek. Od razu na nią ruszyli

    Oto co zrobiła rywalka po triumfie Świątek. Od razu na nią ruszyli

    Różnice w wynagrodzeniach pomiędzy tenisistami a tenisistkami to temat, który powraca regularnie i niezmiennie budzi wiele emocji w środowisku sportowym. Sprawa odżyła ze zdwojoną siłą po triumfie Igi Świątek w turnieju Cincinnati Open. Choć Polka sięgnęła po trofeum w znakomitym stylu, szybko okazało się, że jej nagroda finansowa będzie znacznie niższa niż ta, którą otrzymał zwycięzca męskiej edycji imprezy, Carlos Alcaraz. Ta dysproporcja stała się początkiem burzliwej debaty, do której nieoczekiwanie dołączyła niemiecka tenisistka Eva Lys. Jej reakcja podzieliła kibiców – jedni pochwalili ją za odwagę, inni skrytykowali za wywołanie dodatkowego zamieszania.

    Tenis i kwestia równości płac

    Od wielu lat tenis uchodzi za jedną z nielicznych dyscyplin sportowych, w których udało się wypracować względnie sprawiedliwe zasady finansowe. Najlepszym przykładem są turnieje wielkoszlemowe – tam już od kilkunastu lat obowiązuje zasada równego podziału nagród: kobiety i mężczyźni otrzymują identyczne premie za takie same wyniki sportowe. Dzięki temu tenis bywa przedstawiany jako modelowy przykład równości płci w sporcie zawodowym.

    Nie wszystkie turnieje jednak stosują podobne rozwiązania. Cincinnati Open wciąż dzieli pulę nagród nierówno, znacznie bardziej premiując tenisistów. W praktyce oznacza to, że za zwycięstwo w turnieju Iga Świątek otrzymała 752 275 dolarów, podczas gdy Carlos Alcaraz wzbogacił się aż o 1 124 380 dolarów. Różnica przekraczająca 370 tys. dolarów nie mogła przejść bez echa, zwłaszcza że oboje rywalizowali w tym samym miejscu, przez ten sam czas i w identycznym formacie meczowym – do dwóch wygranych setów.

    Włoski dziennikarz dolewa oliwy do ognia

    Dyskusja nabrała tempa we wtorek, gdy włoski dziennikarz tenisowy Luigi Gatto w ostrych słowach skomentował sytuację. Na portalu „X” zestawił nagrody Świątek i Alcaraza, podkreślając, że oboje „grali na tych samych obiektach przez dwanaście dni, w tym samym systemie, a mimo to nie zarobią tyle samo”. Jego wpis wywołał falę komentarzy i ożywioną dyskusję w mediach społecznościowych.

    Na te słowa zwróciła uwagę także Eva Lys, obecnie 60. zawodniczka rankingu WTA. Niemka udostępniła wpis Gatto na Instagramie, czym błyskawicznie włączyła się do gorącej debaty.

    Burzliwa reakcja kibiców i odpowiedź Lys

    Jak się szybko okazało, Lys nie spodziewała się tak gwałtownego odzewu. Jej aktywność spotkała się z lawiną komentarzy, w większości krytycznych, głównie ze strony męskich kibiców. Sama zawodniczka postanowiła skomentować całą sytuację, publikując kolejne zdjęcie na Instagramie, na którym miała skonsternowaną minę. Podpisała je wymownie: „To takie zabawne (i przejmujące), jak wielu mężczyzn wkurzyło się przez moje ostatnie story”.

    Wpis ten tylko dolał oliwy do ognia i sprawił, że niemiecka tenisistka znalazła się w centrum internetow (more…)

  • Oto pełne tłumaczenie artykułu na język polski:„Fałszywy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej?

    Oto pełne tłumaczenie artykułu na język polski:„Fałszywy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej?

    Oto pełne tłumaczenie artykułu na język polski:„Fałszywy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej?

    Dlaczego historia tenisa może nie być taka, jak się wydaje

    Turniej miksta na tegorocznym US Open miał być świeżym powiewem — nowym sposobem na pokazanie piękna tenisa. Zamiast aplauzu organizatorzy znaleźli się jednak w samym środku burzy. Coraz głośniej szeptano: „To nie jest prawdziwy Wielki Szlem. To jest zniekształcenie.”

    A kiedy te słowa zaczęły krążyć po szatniach i salach prasowych, pojawiła się niepokojąca myśl: jeśli obecne wydarzenie nazywane jest „fałszywym”, to może połowa historii tenisa również powinna zostać opatrzona takim samym piętnem. Czy możliwe, że sport, który wydawał nam się uporządkowany, został zbudowany na kruchych fundamentach, pełnych zapomnianych zasad, wykluczeń i zmienianych rozdziałów?

    Nowa formuła, która podzieliła świat tenisa

    Po raz pierwszy turniej miksta US Open rozgrywano według zupełnie innych zasad. Do gry zaproszono tylko 16 par — wszystkie wybrane na podstawie rankingów singlowych, a nie specjalizacji deblowej. Mecze odbywały się jeszcze przed startem głównych turniejów singla i debla. A co najważniejsze: pula nagród wzrosła z 200 tysięcy dolarów do zawrotnego miliona.

    Efekt? Trybuny wypełniły się kibicami, jakich mikst nie widział od dekad. Największe gwiazdy na korcie sprawiły, że turniej dodatkowy nagle stał się wydarzeniem pierwszoplanowym.

    Ale eksperyment miał swoją cenę. Tradycyjni gracze miksta, którzy poświęcili kariery na opanowanie specyfiki tej konkurencji, zostali odsunięci na bok — patrząc, jak „przybysze” przejmują scenę, która kiedyś należała do nich.

    Polski deblista Jan Zieliński, dwukrotny mistrz wielkoszlemowy w mikście, nie krył frustracji.

    > „Nie nazywajmy tego Wielkim Szlemem” — ostrzegał. — „To łamie tradycję, historię i prestiż tego wydarzenia. Wygranie miksta wielkoszlemowego oznaczało tydzień czy półtora tygodnia walki. Teraz tytuł można zdobyć w dwa dni, grając do czterech gemów. To traci znaczenie. To traci wagę.”

    Podobne głosy pojawiały się z wielu stron. Dla nich to nie była innowacja — to była imitacja.

    Ale czy historia tenisa była kiedykolwiek „czysta”?

    Złość specjalistów od miksta można zrozumieć. A jednak, kiedy cofniemy się do korzeni tenisa, ujawnia się niewygodna prawda: ten sport zawsze był kształtowany przez zmieniające się przepisy, wykluczenia i arbitralne podziały.

    Weźmy Suzanne Lenglen — francuską ikonę, która w latach 20. XX wieku zdefiniowała tenis kobiet. W 1926 roku była na szczycie: sześć tytułów Wimbledonu, dwa złote medale olimpijskie i aura niepokonanej. Wtedy przyjęła kontrakt od amerykańskiego promotora Charlesa C. Pyle’a. Cztery miesiące, tournée po Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Kubie oraz 100 tysięcy dolarów zarobku — więcej niż wówczas roczna pensja baseballowej legendy Babe’a Rutha.

    To było rewolucyjne. Ale oznaczało też, że Lenglen natychmiast została wykluczona z Wielkich Szlemów, które w tamtych czasach były otwarte tylko dla amatorów. Nawet trenerzy, którzy pobierali opłaty za lekcje, byli eliminowani. Najlepsi gracze świata często nie mogli wystąpić w turniejach, które oficjalnie koronowały „najlepszych graczy świata”.

    Jeśli to nie jest zniekształcenie historii, to co nim jest?

    Cień „profesjonalnego tenisa”

    Lenglen nie była wyjątkiem. Vincent Richards, amerykański mistrz olimpijski, również zaszokował fanów, przechodząc na zawodowstwo. Niedługo potem pojawiły się nowe turnieje: US Pro, French Pro, Wembley Pro. Razem tworzyły tzw. zawodowy Wielki Szlem.

    Do tej alternatywnej sceny dołączyły takie nazwiska jak Bill Tilden, dawny idol Wimbledonu i US Open. W Niemczech dominował Hans Nüsslein — wykluczony z tenisa amatorskiego tylko dlatego, że jako nastolatek dawał lekcje tenisa. W rzeczywistości najlepsze mecze świata odbywały się poza oficjalnymi księgami wyników.

    Z biegiem lat dołączyli kolejni.

    Ellsworth Vines, zwycięzca Wimbledonu i US Open, został zawodowcem w wieku 22 lat.

    Don Budge, pierwszy tenisista w historii, który w 1938 roku skompletował Wielkiego Szlema, od razu przeniósł się na tour zawodowy.

    Fred Perry, złoty chłopak Wielkiej Brytanii, przeszedł na zawodowstwo po ośmiu tytułach wielkoszlemowych.

    Pancho Gonzalez, dominujący w Nowym Jorku, zniknął z kortów Wielkich Szlemów na prawie dwie dekady.

    W latach 50. podział na „amatorów” i „zawodowców” stworzył dwa zupełnie różne światy. Oficjalne kroniki pokazują tylko jedną stronę historii.

    Legendy w cieniu

    Historia Kena Rosewalla najlepiej to obrazuje. Oficjalnie wygrał osiem tytułów Wielkiego Szlema. Ale jeśli doliczyć jego triumfy zawodowe, liczba rośnie do 23. Jeszcze w wieku 40 lat grał w finałach.

    Jeszcze bardziej niezwykła jest opowieść Roda Lavera. W 1962 roku skompletował kalendarzowego Wielkiego Szlema. Potem przez pięć lat nie mógł grać w turniejach — pięć lat, w których mógłby zdobyć dziesięć kolejnych tytułów. Gdy wrócił w erze Open, w 1969 roku znów wygrał wszystkie cztery. Do dziś jest jedynym, który dokonał tego dwukrotnie.

    A jednak przez przestarzałe przepisy duża część ich dominacji pozostaje niewidoczna w „oficjalnej” historii.

    Wyobraźmy sobie, że Novak Djoković, Roger Federer czy Rafael Nadal zostali usunięci z Wimbledonu i Roland Garros w szczycie kariery. To właśnie spotkało tenis przez całe dekady.

    Więc co naprawdę jest „prawdziwe”?

    Dlatego obecna debata o mikście US Open sięga tak głęboko. Dla purystów nowa formuła to zdrada. Dla innych — to po prostu kolejny rozdział w historii sportu, który zawsze zmieniał własne zasady.

    Gdyby Suzanne Lenglen, Bill Tilden, Ken Rosewall i Rod Laver mogli dziś oglądać oburzenie wokół „fałszywego” miksta, zapewne uśmiechnęliby się ironicznie. Ich także oskarżano o „niszczenie tradycji”. Im również mówiono, że ich triumfy się nie liczą.

    A jednak historia ich zapamiętała.

    Może więc prawdziwe pytanie nie brzmi: czy mikst US Open należy traktować jako „prawdziwy” Wielki Szlem? Może pytanie brzmi inaczej: w sporcie, w którym połowa legend została kiedyś wymazana z ksiąg, czy tenis w ogóle kiedykolwiek miał naprawdę „czystą” historię?

  • Nieprawdziwy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej. Historia tenisa zafałszowana

    Nieprawdziwy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej. Historia tenisa zafałszowana

    „Nieprawdziwy” Wielki Szlem? Historia pokazuje coś innego

    Jeszcze przed rozpoczęciem tegorocznych zmagań miksta na US Open pojawiła się fala krytyki pod adresem organizatorów. Wszystko za sprawą nowej formuły, która diametralnie różni się od dotychczasowych zasad. Pojawiły się nawet głosy, że mamy do czynienia z „fałszywym Wielkim Szlemem”. Gdyby jednak konsekwentnie stosować taką logikę, należałoby podważyć ogromną część dotychczasowej historii tenisa, a wielu wielkich mistrzów należałoby oznaczyć gwiazdką z adnotacją: „nieprawdziwy triumfator”.

    Mikst w nowym wydaniu

    Turniej mieszany w Nowym Jorku zyskał w tym roku zupełnie nowe oblicze. Do rywalizacji zaproszono jedynie 16 par, a mecze odbywają się jeszcze przed rozpoczęciem głównej rywalizacji singlowej kobiet i mężczyzn. Wcześniej miksty były rozgrywane równolegle z turniejami singlowymi i deblowymi, przez co pozostawały w cieniu i rzadko przyciągały najlepszych graczy.

    Organizatorzy chcieli to zmienić. Podnieśli pulę nagród z 200 tys. dolarów do miliona i zaprosili do udziału czołówkę światowego tenisa, wybierając uczestników na podstawie rankingów singlowych. Efekt? Tłumy kibiców na trybunach – czego mikst dawno nie widział.

    „To już nie Wielki Szlem”

    Nie wszystkim jednak spodobały się te zmiany. Najbardziej rozczarowani byli ci zawodnicy i zawodniczki, którzy od lat specjalizują się w grze mieszanej. – Nie nazywajmy tego Wielkim Szlemem. To odejście od tradycji i historii. Do tej pory zwycięstwo w mikście wymagało rywalizacji przez tydzień czy półtora, a teraz wystarczy dwa dni i mecze do czterech gemów. To obniża rangę całego wydarzenia – mówił Jan Zieliński, dwukrotny triumfator wielkoszlemowych mikstów, w rozmowie ze Sport.pl.

    Podobne opinie pojawiły się także wśród innych graczy i kibiców.

    Spór o „prawdziwych mistrzów”

    Zastrzeżenia specjalistów od miksta są zrozumiałe, ale patrząc w przeszłość można by dojść do wniosku, że cała historia tenisa jest w pewnym sensie „sfałszowana”. W przeszłości wielu najwybitniejszych tenisistów nie mogło startować w turniejach wielkoszlemowych z powodu przepisów dzielących sportowców na amatorów i zawodowców.

    Mało kto dziś pamięta, że na początku XX wieku w kalendarzu znajdowało się nie cztery, ale aż siedem turniejów wielkoszlemowych. Wielu mistrzów, których dziś wspominamy, nigdy nie miało szans walczyć w całym cyklu.

    Lenglen, Richards i narodziny „zawodowego” Szlema

    Przykład? Suzanne Lenglen – sześciokrotna triumfatorka Wimbledonu i złota medalistka olimpijska – już w 1926 roku przeszła na zawodowstwo, podpisując kontrakt na lukratywne tournée po Stanach Zjednoczonych. Zyskała majątek, ale straciła możliwość dalszych występów w turniejach amatorskich, które do dziś uznaje się za „wielkoszlemowe”.

    Podobny los spotkał Vincenta Richardsa, złotego medalistę olimpijskiego i pięciokrotnego zwycięzcę Pucharu Davisa. W 1927 roku triumfował on w pierwszych mistrzostwach USA zawodowców. Kilka lat później powstały też odpowiedniki Roland Garros i Wimbledonu dla profesjonalistów, które zaczęto nazywać „zawodowym Wielkim Szlemem”.

    W tym gronie znaleźli się także Bill Tilden, Ellsworth Vines, Don Budge czy Fred Perry – wszyscy oni już w młodym wieku porzucali tenis amatorski, by kontynuować kariery w gronie profesjonalistów.

    Gwiazdy wykluczone z historii

    Lista takich przykładów jest długa. Bobby Riggs, Pancho Gonzalez, Ken Rosewall czy Rod Laver – wszyscy oni przez lata nie mogli rywalizować w „prawdziwych” Szlemach. Niektórzy, jak Laver, zdążyli nawet dwukrotnie skompletować wszystkie cztery tytuły – pierwszy raz jako amator, drugi raz już w erze Open, gdy zniesiono sztuczny podział.

    Ken Rosewall wygrał łącznie 23 wielkoszlemowe turnieje, ale aż 15 z nich w gronie zawodowców – dlatego dziś w oficjalnych statystykach mówi się tylko o ośmiu.

    Gdyby dziś zabrakło Djokovicia czy Federera…

    Historia pokazuje, że przez dziesięciolecia ogromna liczba tytułów i wielkich osiągnięć została w praktyce „wymazana”, bo rozgrywały się poza oficjalnym kalendarzem. A przecież ci zawodnicy byli odpowiednikami dzisiejszych Novaka Djokovicia, Rogera Federera czy Rafaela Nadala.

    Czy bylibyśmy w stanie wyobrazić sobie historię tenisa ostatnich 25 lat bez któregoś z nich? Tak właśnie wyglądała rzeczywistość w pierwszej połowie XX wieku. Dlatego podważanie wartości obecnego miksta jako „nieprawdziwego Szlema” wydaje się być zbyt dużym uproszczeniem.

  • Nie do wiary, co zrobiła Iga Świątek. Dokonała niemal niemożliwego

    Nie do wiary, co zrobiła Iga Świątek. Dokonała niemal niemożliwego

    Nie do wiary, co zrobiła Iga Świątek. Dokonała niemal niemożliwego

    Jedni widzą w tym cuda, inni mówią o drodze pod prąd. Iga Świątek sama zapewnia, że nie wie, czemu po dłuższym kryzysie triumfowała właśnie w Wimbledonie i w Cincinnati, które powszechnie zaliczano do najbardziej niewygodnych dla niej turniejów. Ale jest kilka elementów, które przyczyniły się do tego, że polska tenisistka zadziwiła ostatnio wszystkich.

    Wypuszczenie z ręki rakiety, pełne niedowierzania spojrzenie w stronę członków sztabu szkoleniowego, a nawet łapanie się za głowę. Dopiero potem była radość. Pierwsza reakcja Igi Świątek po ostatniej piłce tegorocznego finału Wimbledonu i turnieju w Cincinnati nie pozostawiała wątpliwości – te sukcesy były dla niej szokiem. I nie tylko dla niej. Brano pod uwagę, że kiedyś może zwyciężyć w tych imprezach, bo przecież ma ogromny potencjał, ale teraz raczej prędzej szykowano się na męczarnie. Dzięki m.in. pomocy sztabu i organizatorów tych turniejów było jednak inaczej.

    Świątek idzie pod prąd. “Przekonanie” zamiast “zmuszania”

    – Nie wiem, czemu wygrałam turnieje, które były ostatnimi, w których bym się tego spodziewała. Dziękuję więc (mojemu teamowi – red.) za zmuszanie mnie do tego, bym stawała się lepszą tenisistką i uczyła się, jak grać na tych wszystkich szybszych nawierzchniach – stwierdziła z uśmiechem Świątek tuż po triumfie w Cincinnati, który dało jej zwycięstwo nad Włoszką Jasmine Paolini 7:5, 6:4.

    Nieco ponad miesiąc wcześniej przemawiała po wygraniu Wimbledonu, rozbijając w meczu o tytuł Amerykankę Amandę Anisimovą 6:0, 6:0. Ogółem w czterech ostatnich startach aż w trzech dotarła do finału. Nie byłoby to takie zaskakujące, gdyby właśnie nie fakt, że dokonała tego dwukrotnie na trawie i raz na jednym z szybszych “betonów” w tourze. Mając za sobą 13 miesięcy bez występu w meczu o taką stawkę. Mało tego, po okresie rozczarowujących startów. Nawet na ukochanych kortach ziemnych.

    Przypomnijmy krótko, choć wszyscy fani Świątek dobrze to wiedzą – 24-latka najlepiej czuje się na wolnej nawierzchni. Kiedy ma czas odpowiednio ustawić się do piłki w akcjach ofensywnych i skuteczniej popracować w defensywie, w czym jest świetna. Ogółem – im wolniej, tym lepiej dla niej. Choć potrafiła też wygrywać imprezy na twardej nawierzchni. Ale znacznie częściej dokonywała tego w wiosennych turniejach w Katarze czy USA niż tych letnich po powrocie do Ameryki Północnej. Dlatego też jej triumf w US Open 2022 odbierano jako bardzo dużą niespodziankę. Ale ona i tak traci moc w porównaniu z tą, którą był lipcowy sukces wielkoszlemowy w Londynie.

     

    – Najpierw było rozczarowanie pierwszą połową sezonu, zwłaszcza ziemią. Ale od czasu Wimbledonu to już idziemy pod prąd. Totalnie pod prąd – podsumował po finale w Cincinnati na antenie Canal+ Dawid Celt, kapitan reprezentacji Polski w Pucharze Billie Jean King.

     

    Słynny amerykański dziennikarz zajmujący się tenisem Ben Rothenberg napisał wręcz o cudach dokonywanych tego lata przez Świątek. Dlaczego więc wyczekiwany od dawna przełom Polki nastąpił w warunkach, które dotychczas były dla niej najmniej komfortowe?

     

    Po pierwsze, tam, gdzie zawsze jej najlepiej szło, najmocniej oczekiwano od niej tego powrotu na drogę triumfów. Presja była po prostu większa. W żartobliwym stwierdzeniu z poniedziałkowej przemowy po wygranej w Cincinnati też jest sporo prawdy, choć oczywiście “zmuszanie” trzeba zastąpić raczej “przekonaniem” – do niewielkich zmian w grze, które zwiększyły jej skuteczność na szybszych kortach.

     

    Wyczekiwane “kliknięcie” w zaskakującym momencie. Trener byłej nr 1 o Świątek: mistrzostwo świata

     

    Nie bez znaczenia jest też fakt, że był to moment, w którym pracowała już ponad pół roku z Belgiem Wimem Fissettem. W środowisku tenisowym nieraz można usłyszeć, że na pierwsze efekty współpracy z nowym trenerem trzeba poczekać właśnie co najmniej sześć miesięcy. Teraz Świątek sama przyznała, że wykonała w Ohio dużą pracę mentalną, wskazując tu też na zasługi należącej do jej sztabu od wielu lat psycholożki sportowej Darii Abramowicz.

     

    – Byłam bardziej opanowana niż wcześniej w Montrealu. Uważam, że np. dobrze serwowałam też wcześniej w Australii, choć może nie realizowałam wtedy wszystkich założeń. Podczas Wimbledonu, czy ogółem na trawie, rzeczywiście “kliknęło” i teraz staram się to po prostu kontynuować. Jestem bardzo zadowolona z efektów – opowiadała Polka w poniedziałkowym wywiadzie dla telewizji Tennis Channel.

     

    Do znudzenia też wszyscy powtarzają – i w pełni zasadnie – o zasługach Macieja Ryszczuka. Dzięki niemu Świątek od lat góruje nad przeciwniczkami przygotowaniem fizycznym i nieraz wygrywa na korcie walkę na wyniszczenie. Z pewnością miało to duże znaczenie teraz w Cincinnati, gdzie panował olbrzymi upał i we znaki dawała się duża wilgotność.

    Świątek miała też przy tym dodatkowo trochę szczęścia, bo w trzeciej rundzie w ogóle nie musiała wychodzić na kort za sprawą walkowera kontuzjowanej Ukrainki Marty Kostiuk. Bardziej wymagające rywalki miała zaś dopiero od półfinału. W drodze po triumf w Wimbledonie z kolei nie mierzyła się z żadną rywalką z Top10. I nie chodzi o to, by deprecjonować z tego powodu te sukcesy. Przywołać warto tu choćby słowa trenera Pawła Ostrowskiego po londyńskim zwycięstwie.

    – Nie da się ukryć, że rozwój wypadków w drabince sprzyjał. Natomiast sztuką jest, szczególnie w żeńskim tenisie, taką szansę wykorzystać. Dla mnie to absolutne mistrzostwo świata, bo znam bardzo dużo przykładów, kiedy turniej układał się pod daną zawodniczkę, ale ta nie była w stanie udźwignąć tego mentalnie. Proszę mi wierzyć, nieliczne tenisistki to potrafią. Zwłaszcza kiedy mowa o turnieju, którego nigdy wcześniej się nie wygrało – zaznaczył w rozmowie ze Sport.pl były trener Angelique Kerber.

    “Absurd” i “żart”, czyli próby przyciągania kibiców do tenisa. Świątek wprost o zmianach dot. szybkich kortów

    Dochodzi jeszcze jeden aspekt, który sprzyja Świątek. Zauważalna jest tendencja do spowalniania szybszych kortów, by zapewnić więcej dłuższych wymian, co ma z kolei przyciągać więcej kibiców. Na Wimbledonie wprowadzono nowy rodzaj stosowanej mieszanki trawy w 2001 roku i systematycznie od tego czasu tenisiści zwracają uwagę na zmianę nawierzchni, która uchodziła wcześniej zawsze za najszybszą. Do tego zawodnicy wskazują, że dodatkowy efekt spowalniający daje stosowanie większych niż wcześniej piłek, a także wysuszający trawę upał, który dawał się we znaki choćby ostatnio.

    – Piłki są najgorsze z możliwych, a ta trawa to żart. To nawet nie jest już trawa. Ten kort jest wolniejszy niż te ziemne – denerwował się rozstawiony z numerem 27. Kanadyjczyk Denis Shapovalov, który odpadł już w pierwszej rundzie tegorocznej edycji londyńskiego turnieju.

    Były brytyjski deblista Dominic Inglot z kolei w rozmowie z dziennikarzem BBC przyznał, że zmiana trawiastej nawierzchni wymusiła też zmianę stylu gry na niej.

    – Pomysł, który stał za tym, był taki, by Wimbledon konkurował pod względem długich i zaciętych wymian z tymi, które oglądało się podczas Australian Open, US Open i Roland Garros. Kiedyś było absurdem, by stosować na trawie kick serwis (Świątek często po niego sięga – red.), bo piłka po nim nie zachowywała się tak samo jak na ziemi czy hardzie. Tak więc 10 lat temu to było nie do pomyślenia, a teraz działa – analizował.

    Świątek również potwierdziła w lipcu dziennikarzom, że korty w Londynie stały się wolniejsze, a piłka inaczej się odbija podczas upału. Nie kryła też teraz, że nawierzchnia w Cincinnati wcześniej była dla niej zbyt szybka.

    – To było wariactwo. Teraz to coś, na czym można grać w tenisa. Jest nieco wolniej, co ma większy sens. Ale to nie jest tylko kwestia tego. Mam wrażenie, że tym razem poprawiam się po prostu z meczu na mecz. W przeszłości od początku było mi tu ciężko, a teraz czułam się trochę inaczej – stwierdziła jeszcze w trakcie turnieju Polka.

    Być może trzeba z pewną dozą dystansu podchodzić do opinii rozgoryczonego przegraną Shapovalova, ale z tezą, że korty w Londynie i Ohio są wolniejsze niż kiedyś, zgadzają się raczej wszyscy tenisiści. Trudno jednak sobie wyobrazić, by rzeczywiście stały się drugą “mączką”. I dlatego też Celt wskazał również na znaczenie wielkiego potencjału Świątek w jej ostatnich sukcesach.

    – Powtarzane było, że Iga nie lubi tych kortów w Cincinnati. Ale jest tenisistką unikatową. To dziewczyna stworzona do wygrywania największych rzeczy w tenisowym świecie. Rozwija się cały czas w błyskawicznym tempie, adaptuje się do nowych warunków i okoliczności. Jestem pewny, że będzie niedługo odnosić kolejne sukcesy. Pokazała w tym roku, że jest w stanie wygrywać też na kortach, na których do tej pory miała sporo problemów – zaznaczył.

    W Cincinnati nigdy wcześniej nie była w finale, a w Wimbledonie najdalej zaszła do ćwierćfinału. I to tylko raz.

    W dwóch minionych sezonach tenisistka, która wygrywała turniej w Cincinnati, triumfowała zaraz potem także w US Open. Czy Świątek podtrzyma tę passę? Przekonamy się we wrześniu. Na razie pokazała, że potrafi zaskoczyć wszystkich, łącznie z samą sobą.

  • Nagranie zza kulis to hit! Pokazali, co zrobili Świątek i Ruud

    Nagranie zza kulis to hit! Pokazali, co zrobili Świątek i Ruud

    Nagranie zza kulis to hit! Pokazali, co zrobili Świątek i Ruud

    Iga Świątek jest na fali, co potwierdza swoimi kolejnymi występami. Polka kilkanaście godzin po tym, jak wygrała finał Cincinnati Open, w parze z Casperem Ruudem wygrała dwa mecze US Open. Głośno o dokonaniach raszynianki i jej partnera, a w sieci pojawiło się nagranie pokazujące, co zrobili za kulisami. To hit!

     

    Iga Świątek i Casper Ruud na fali

     

    Iga Świątek i Casper Ruud bardzo dobrze rozpoczęli zmagania w tegorocznym US Open. Polka i Norweg w pierwszym spotkaniu nie dali szans Madison Keys i Francesowi Tiafoe, rozbijając reprezentantów USA 4:1, 4:2. Kilkadziesiąt minut później świętowali natomiast kolejną wygraną. Tym razem pokonując Caty McNally grającą z Lorenzo Musettim. Chwilę po swoich starciach rozmawiali z kolei z mediami, a na profilu Eurosportu pojawiło się zabawne nagranie.

     

    Pokazali, co Świątek i Ruud zrobili za kulisami

     

    Świątek i Ruud w pewnym momencie pokazali słynny gest wiceliderki rankingu WTA, dodając do niego słowo, z którego powtarzania jest ona bardzo dobrze znana. “Jazda” — krzyknęli oboje w tym samym momencie.

     

    “Casper Ruud, jak widać, odczuwa już efekty przebywania z Igą Świątek” — napisano na profili Eurosportu na platformie X.

     

    Kiedy kolejny mecz Świątek i Ruuda na US Open?

    https://x.com/Eurosport_PL/status/1957902851570565542

    Od triumfu w całych zawodach Polkę i Norwega dzielą już tylko dwa mecze. Łatwo jednak nie będzie, bo teraz na ich drodze staną Jessica Pegula i Jack Draper. Półfinały tegorocznego turnieju rozegrane zostaną ze środy na czwartek, krótko po północy naszego czasu. Zwycięzca tego starcia w finale zagra z lepszym z meczu: Danielle Collins/Christian Harrison — Sara Errani/Andrea Vavassori.