• Wrze po tym, co Ostapenko zrobiła na US Open. Osaka nie wytrzymała

    Wrze po tym, co Ostapenko zrobiła na US Open. Osaka nie wytrzymała

    Skandal po meczu Ostapenko – Townsend. Osaka nie gryzła się w język

    Atmosfera po meczu II rundy US Open pomiędzy Jeleną Ostapenko a Taylor Townsend daleka była od sportowej. Łotyszka przegrała 5:7, 1:6, ale to nie sam wynik, a jej zachowanie po zakończonym spotkaniu wywołało ogromną burzę.

    Według relacji „The Athletic”, pod siatką Ostapenko miała pretensje do Amerykanki, że ta nie przeprosiła za piłkę, która po taśmie spadła po stronie rywalki. Townsend odpowiedziała, że nie ma za co przepraszać, co tylko zaogniło dyskusję. „Pod koniec Ostapenko powtarzała kilkakrotnie, że nie mam wykształcenia, aż w końcu odpowiedziałam jej, że może kiedyś nauczy się lepiej znosić porażki” – opowiadała później Amerykanka.

    Townsend zdradziła także, że usłyszała znacznie ostrzejsze słowa. „Powiedziała mi, że nie mam klasy, ani wykształcenia i że zobaczę, co się stanie, kiedy wyjedziemy poza USA” – cytuje zawodniczkę „The Athletic”.

    Sytuacja szybko przerodziła się w skandal, bo Ostapenko zaczęto oskarżać o rasizm. Łotyszka, chcąc się bronić, przedstawiła własną wersję wydarzeń i udostępniła w mediach społecznościowych wpis, w którym jeden z kibiców bronił jej stanowiska. Jako przykład podał m.in. Igę Świątek czy Arynę Sabalenkę, które w takich sytuacjach automatycznie przepraszają rywalki. „Brak przeprosin odbierany jest jako brak szacunku, a reakcja Ostapenko była naturalna” – pisał.

    Do całej sytuacji odniosła się również Naomi Osaka, która po łatwym zwycięstwie z Hailey Baptiste (6:3, 6:1) nie kryła oburzenia. – To jedna z najgorszych rzeczy, jakie można powiedzieć czarnoskóremu tenisiście. Ten sport wciąż zdominowany jest przez białych. To był najgorszy moment i najgorsza osoba, do której można było to skierować. Nie wiem, czy Ostapenko zdaje sobie sprawę z historii podobnych sytuacji w Ameryce – podkreśliła Japonka.

    Dla Ostapenko oznacza to koniec rywalizacji w singlu nowojorskiego turnieju, ale pozostała jej jeszcze gra deblowa w duecie z Barborą Krejcikovą. Świątek, która po wygranych z Arango i Lamens awansowała do III rundy, zmierzy się z Anną Kalinską. Osaka natomiast spotka się z Darią Kasatkiną.

  • ‎Sabalenka szykowała się na mecz z Fernandez, a tu taka nowina z USA. Kanadyjka z awansem

    ‎Sabalenka szykowała się na mecz z Fernandez, a tu taka nowina z USA. Kanadyjka z awansem

    ‎Sabalenka szykowała się na mecz z Fernandez, a tu taka nowina z USA. Kanadyjka z awansem

    ‎Aryna Sabalenka kontra Leylah Fernandez, czyli rewanżowe starcie za zwycięski półfinał Kanadyjki na US Open 2021. Takie zestawienie wykreowała nam drabinka na etapie trzeciej rundy singla kobiet podczas tegorocznych zmagań w Nowym Jorku. W czwartek Białorusinka miała dzień wolny, mogła spokojnie przygotowywać się do pojedynku. Inaczej było w przypadku zawodniczki z Ameryki Północnej. Ta pojawiła się na korcie, w dodatku u boku Venus Williams. I razem wyeliminowały turniejowe “6” w grze podwójnej.

    ‎

    ‎Po losowanie singlowej drabinki tegorocznego US Open stało się jasne, że w trzeciej rundzie może dojść do rewanżowego starcia pomiędzy Aryną Sabalenką i Leylah Fernandez za półfinał nowojorskiego Szlema sprzed czterech lat. W 2021 roku lepsza okazała się Kanadyjka, wygrywając 7:6(3), 4:6, 6:4. Najpierw panie musiały jednak przebrnąć przez początkowe fazy turnieju w tym sezonie. Rozstawione tenisistki wywiązały się ze swoich zadań, dzięki czemu po blisko 48 miesiącach ponownie obejrzymy bezpośredni pojedynek tych zawodniczek.

    ‎

    ‎W czwartek Białorusinka spokojnie szykowała się do rywalizacji z tenisistką z Ameryki Północnej, którą wyznaczono na noc z piątku na sobotę o godz. 1:00 czasu polskiego na Louis Armstrong Stadium. Liderka rankingu WTA odbyła normalny trening w dniu wolnym. Inaczej wyglądała sprawa w przypadku 22-latki. Ta musiała wyjść na kort, by walczyć o awans do drugiej rundy w deblu. I to z kim w duecie! Razem z Venus Williams otrzymały dziką kartę od organizatorów US Open. Już na “dzień dobry” czekało je spore wyzwanie, bowiem trafiły na rozstawioną z “6” parę Ludmyła Kiczenok/Ellen Perez. I sprawiły niespodziankę, eliminując jedne z wyżej notowanych tenisistek.

    ‎

    ‎US Open: Leylah Fernandez i Venus Williams kontra Ludmyła Kiczenok i Ellen Perez w pierwszej rundzie debla

    ‎

    ‎Mecz rozpoczął się od przełamania na korzyść duetu Fernandez/Williams. Po zmianie stron zobaczyliśmy natychmiastową odpowiedź przeciwniczek. W pewnym momencie Kiczenok oraz Perez miały trzy break pointy z rzędu na 3:1. Wtedy nie udało się wykorzystać żadnego z nich, ale w siódmym gemie już pierwsza z dwóch okazji została zamieniona na breaka. Potem rozstawione z “6” tenisistki potwierdziły to własnym podaniem i zrobiło się już 5:2. Wtedy Kanadyjka oraz Amerykanka wzięły się za odrabianie strat. W trakcie jedenastego rozdania miały nawet szansę na 6:5, wówczas serwowałyby po zwycięstwo w partii. Ostatecznie doszło to tie-breaka, który i tak potoczył się po ich myśli. Od stanu 4-4 zgarnęły wszystkie punkty i triumfowały w premierowej odsłonie 7:6(4).

    ‎

    ‎Leylah oraz Venus poszły za ciosem i już na starcie drugiej części pojedynku zbudowały sobie pokaźną przewagę. Najpierw utrzymały swoje podanie po gemie na przewagi, potem przełamały do zera. Następnie obroniły dwa break pointy i wyszły na 3:0. Po zmianie stron prowadziły 30-0, ale rywalki doczekały się premierowego “oczka” na swoim koncie. Kolejne rozdania toczyły się już z wyraźną przewagą serwujących. Taka sekwencja idealnie pasowała Fernandez i Williams. Kanadyjsko-amerykański team zakończył spotkanie zwycięstwem 7:6(4), 6:3. W drugiej rundzie deblowego US Open zmierzą się z parą Ulrikke Eikeri/Eri Hozumi.

    ‎

  • Lawina komentarzy po tym, co zrobiła Świątek. “Będzie test”

    Lawina komentarzy po tym, co zrobiła Świątek. “Będzie test”

    Świątek przeszła trudny test w Nowym Jorku. Eksperci: „Te ciężary mogą dać jej siłę”

    Nikt nie zakładał, że już w drugiej rundzie US Open Iga Świątek będzie musiała stawić czoła poważnym problemom. A jednak – pojedynek z Suzan Lamens wcale nie był dla niej spacerkiem. Polka musiała mocno się napocić, by w czwartek zapewnić sobie miejsce w trzeciej rundzie. Eksperci zgodnie przyznają: takie zwycięstwa, choć okupione nerwami, mogą okazać się bezcenne w drodze po końcowy sukces.

    Świątek przyjechała do Nowego Jorku w znakomitych nastrojach. W połowie sierpnia triumfowała w turnieju WTA 1000 w Cincinnati, a niedługo później świetnie wypadła w mikście na US Open – wspólnie z Casperem Ruudem dotarła aż do finału. Równie obiecująco zaczęła rywalizację w singlu. Na otwarcie pewnie pokonała Kolumbijkę Emilianę Arango (6:1, 6:2).

    Mecz, który wymagał charakteru

    Spotkanie z Lamens początkowo układało się zgodnie z przewidywaniami. Pierwszy set padł łupem Świątek w zaledwie pół godziny (6:1). Wydawało się, że druga odsłona będzie formalnością. Tymczasem Holenderka odnalazła rytm i wykorzystała słabszy fragment gry Polki, doprowadzając do remisu. Liderka rankingu WTA musiała wówczas pokazać hart ducha i konsekwencję – dopiero w decydującym secie przypieczętowała zwycięstwo i awans.

    Komentarze ekspertów: „Takie mecze budują”

    – Zgadzam się z tym, co po meczu podkreślił Lech Sidor: te ciężary, które dziś dźwigała Iga Świątek, mogą dać jej siłę na kolejne rundy – napisał Łukasz Jachimiak ze Sport.pl.

    Podobnego zdania był Szymon Przybysz. – Nie było łatwo, chwilami było wręcz bardzo ciężko. Ale liczy się to, kto wygrał ostatnią piłkę. Były problemy w drugiej rundzie Wimbledonu z Caty McNally, teraz kłopoty z Suzan Lamens. Oby zakończenie turnieju również okazało się szczęśliwe – zaznaczył ekspert.

    Hubert Błaszczyk zwrócił uwagę na presję towarzyszącą Polce. – To był pojedynek nie tylko z Lamens, ale i z samą sobą. Oczekiwania, presja, nerwy – z tym musiała się mierzyć. W drugim secie nie wyglądało to dobrze. Prawdziwy test nadejdzie jednak w starciu z Anną Kalinską – podkreślił dziennikarz.

    Nieco krócej skomentował wydarzenia Rafał Smoliński. – Na szczęście Lamens to nie Pegula – napisał publicysta WP SportoweFakty.

    Z kolei Adam Romer uznał, że Polka wykonała zadanie. – Mieliśmy trochę emocji, trochę ciekawych wymian, świetną postawę Suzan Lamens, ale koniec końców wszystko skończyło się tak, jak powinno. Świątek w trzeciej rundzie US Open – podsumował redaktor naczelny „Tenisklubu”.

    Co dalej?

    W trzeciej rundzie liderka światowego rankingu zmierzy się z Rosjanką Anną Kalinską. To będzie kolejny test – nie tylko tenisowych umiejętności, ale i odporności psychicznej.

  • To, co zrobiła Świątek, jest ważniejsze, niż się wydaje. Wymowne słowa

    To, co zrobiła Świątek, jest ważniejsze, niż się wydaje. Wymowne słowa

    Iga Świątek zameldowała się już w trzeciej rundzie US Open! Polka po trudnym i pełnym zwrotów akcji meczu pokonała Holenderkę Suzan Lamens 6:1, 4:6, 6:4. Jej zwycięstwo wspierały nie tylko umiejętności, ale także wymowne podpowiedzi sztabu z trybun. Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać zwykłym awansem, w rzeczywistości to triumf o znacznie większym znaczeniu – być może zapowiedź naprawdę wielkich rzeczy w Nowym Jorku.

    Pewna dominacja na otwarcie

    Świątek (2. WTA) rozpoczęła tegoroczną edycję US Open od spotkań z rywalkami, których wcześniej nie miała okazji poznać na korcie. W pierwszej rundzie gładko uporała się z Kolumbijką Emilianą Arango (84. WTA), wygrywając 6:1, 6:2. W czwartek jej przeciwniczką była Suzan Lamens (66. WTA) z Holandii.

    Pierwszy set był prawdziwym pokazem siły w wykonaniu naszej tenisistki. Trwał zaledwie pół godziny i zakończył się rezultatem 6:1. Komentatorzy nie kryli, że Polka czuła się na korcie bardzo swobodnie. „Iga bawi się w tym gemie, to wygląda jak treningowe granie” – oceniali, gdy przy wyniku 4:1 Lamens była bezradna wobec precyzyjnych uderzeń faworytki. Holenderka nie była w stanie zakończyć akcji, jej serwis nie przekraczał często nawet 100 km/h, a kolejne błędy sprawiały, że musiała liczyć wyłącznie na pomyłki Świątek.

    Nic więc dziwnego, że gdy kamera pokazała sztab naszej zawodniczki, na ich twarzach malowała się spokojna satysfakcja. Pierwszy set przypominał przebieg spotkania z Arango – pełna kontrola i okazje do przetestowania nowych rozwiązań, m.in. gry przy siatce. Jak podkreślał ekspert Eurosportu Lech Sidor: „To idealny poligon doświadczalny. Jeśli nie próbować tutaj, to gdzie?”.

    Kryzys i pierwsze ostrzeżenie

    Druga partia przyniosła jednak zwrot akcji. Świątek zaczęła grać mniej precyzyjnie, a Lamens wykorzystała moment słabości. W drugim gemie Polka musiała bronić się przed przełamaniem, chwilę później straciła serwis do zera. Z trybun padły wówczas pierwsze wskazówki od Darii Abramowicz: „Dawaj, bez rozpamiętywania błędów, tylko następna piłka!”.

    Holenderka poczuła, że może nawiązać walkę. Grała coraz odważniej, szukała uderzeń kończących i kilkukrotnie skutecznie minęła Świątek przy siatce. Polka z kolei nie potrafiła ustabilizować gry – raz prowadziła 4:3 i serwowała, by zaraz stracić kolejne gemy i cały set 4:6. Komentator Marek Furjan podsumował: „Mamy sensację”. Po jednostronnym otwarciu meczu nikt nie spodziewał się, że o wszystkim rozstrzygnie trzecia odsłona.

    Walka nerwów i wsparcie z trybun

    Decydujący set był pełen napięcia. Świątek szybko odskoczyła na 4:1, lecz przewaga błyskawicznie stopniała do 4:3. W tym momencie bardzo aktywny stał się jej sztab. Trener Wim Fissette i pozostali współpracownicy głośno dawali znać, jak reagować. „Najpierw musisz otworzyć kort!” – krzyknął fizjoterapeuta Maciej Ryszczuk. To wsparcie, w połączeniu z doświadczeniem Polki, okazało się kluczowe. Ostatecznie to ona rozstrzygnęła pojedynek na swoją korzyść i zamknęła mecz wynikiem 6:4 w trzecim secie.

    To zwycięstwo może okazać się ważniejsze, niż się wydaje. Świątek wielokrotnie w drodze po największe triumfy musiała na wczesnym etapie turnieju stawić czoła trudnościom. Wystarczy przypomnieć Wimbledon sprzed kilku tygodni, gdzie dopiero po trzech setach wyeliminowała Caty McNally. Rok temu na Roland Garros w podobnych okolicznościach wygrała z Naomi Osaką, a w sezonie 2022 z Qinwen Zheng w Paryżu i Jule Niemeier w Nowym Jorku toczyła trójsetowe boje, które były preludium do wielkoszlemowych sukcesów.

    Rekordowa regularność i kolejna przeszkoda

    Statystycy wyliczyli przy okazji, że Świątek jest jedyną tenisistką, która w tej dekadzie zawsze dochodziła co najmniej do trzeciej rundy turniejów Wielkiego Szlema w singlu. To imponujący dowód regularności i stabilności na najwyższym poziomie.

    W Nowym Jorku jej kolejną rywalką będzie Anna Kalińska (29. WTA). Rosjanka w drugiej rundzie ograła Julię Putincewą 6:1, 7:5. Obie zawodniczki spotkały się niedawno w Cincinnati – wtedy lepsza była Świątek, która wygrała 6:3, 6:4 i wyrównała bilans pojedynków na 1:1. W sobotnim starciu Polka będzie musiała zagrać zdecydowanie równiej niż w spotkaniu z Lamens. Szczególnie istotne może być poprawienie serwisu.

    Nie ma jednak tenisisty, który przeszedłby turniej wielkoszlemowy bez chwil słabości. Kluczowe jest to, że nawet w trudniejszych momentach Świątek potrafi znaleźć sposób na zwycięstwo. To właśnie takie mecze często budują fundamenty wielkich sukcesów.

  • ‎To, co zrobiła Świątek, jest ważniejsze, niż się wydaje. Wymowne słowa

    ‎To, co zrobiła Świątek, jest ważniejsze, niż się wydaje. Wymowne słowa

    ‎To, co zrobiła Świątek, jest ważniejsze, niż się wydaje. Wymowne słowa

    ‎Iga Świątek jest już w trzeciej rundzie US Open! Polka pokonała Holenderkę Suzan Lamens 6:1, 4:6, 6:4. Wspierali ją wymownymi komunikatami współpracownicy z trybun. To zwycięstwo jest cenniejsze, niż się wydaje, a historia występów Świątek pokazuje, że może być zapowiedzią wielkiego sukcesu.

    ‎

    ‎Iga Świątek (2. WTA) rozpoczęła tegoroczny turniej US Open od spotkań z zawodniczkami, z którymi dotąd nie miała okazji się mierzyć. Najpierw w pierwszej rundzie pokonała Emilianę Arango (84.) z Kolumbii 6:1, 6:2. W czwartek w kolejnym spotkaniu zmierzyła się z Holenderką Suzan Lamens (66.)

    ‎

    ‎Rywalka bez szans w pierwszym secie

    ‎

    ‎Pierwszy set czwartkowego pojedynku skończył się po zaledwie 30 minutach wynikiem 6:1. Holenderka próbowała się przeciwstawić, ale nie miała jak. Przy wyniku 4:1 komentatorzy zauważyli: “Iga bawi się w tym gemie, czuje przewagę, widzi, że z tego serwisu nie będzie żadnego zagrożenia”, “treningowe granie”.

    ‎

    ‎Lamens prawie nie istniała na tle dobrze dysponowanej Świątek. Holenderka nie potrafiła skończyć akcji, jej uderzenia nie generowały takich prędkości jak rywalki. Zwłaszcza podanie pozostawało zbyt wolne, czasem blisko okolic 100 km/h. W ten sposób 66. tenisistka świata nie mogła zagrozić wiceliderce rankingu i musiała liczyć przede wszystkim na błędy faworytki, których w pierwszej partii nie było zbyt wiele.

    ‎

    ‎Nic dziwnego, że po zakończeniu seta, gdy operator pokazał team Igi Świątek na trybunach, w ich reakcjach widać było zarazem radość i spokój. Ten set, podobnie jak pojedynek z Arango był pod kontrolą ich podopiecznej. Dominacja Polki sprawiła, że tak jak w meczu z Kolumbijką miała okazję kilka razy pójść do siatki, poćwiczyć grę wolejem. – To dobry poligon doświadczalny. Gdzie próbować jak nie tutaj w takich spotkaniach – przyznał komentujący w Eurosporcie Lech Sidor.

    ‎

    ‎Komentator: Mamy sensację

    ‎

    ‎Od drugiej partii wszystko się zmieniło. Nasza zawodnika częściej się myliła, jak przyznali od razu komentatorzy: “Cały czas trzeba być skoncentrowanym, a to nie jest prosta sprawa, gdy 20-30 proc. twojego nakładu sił wystarcza na zamknięcie partii”. Już w drugim gemie Iga Świątek musiała bronić się przed przełamaniem. Wtedy jeszcze się wybroniła, ale kilka minut później została przełamana do zera. Wtedy to usłyszeliśmy wymowny komentarz z trybun od Darii Abramowicz do Igi Świątek: “Dawaj bez skupiania się na błędach, tylko następna, dawaj!”. To była pierwsza tego typu podpowiedź od teamu naszej tenisistki w tym spotkaniu, ale nie ostatnia.

    ‎

    ‎Słabszy fragment ze strony faworytki sprawił, że Holenderka wyszła na 3:2. Lamens uwierzyła, że nie wszystko stracone, grała coraz odważniej, atakowała, mijała Polkę przy siatce, znacznie podniosła swój poziom. Z kolei gra Świątek falowała, co najlepiej pokazuje przebieg wynikowy drugiej partii: przegrywała 2:3, wyszła na 4:3 i serwis, przegrywała 4:5. Brakowało stabilizacji, jaką mogliśmy oglądać przez pierwsze pół godziny rywalizacji. Skończyło się 4:6, a komentujący Marek Furjan podsumował: “Mamy sensację”. Nikt po pierwszej partii nie spodziewał się, że o wszystkim zadecyduje trzeci set.

    ‎

    ‎Trudniejszy mecz w turnieju wielkoszlemowym zapowiedzią zwycięstwa?

    ‎

    ‎Trzeci set, w którym cały czas było nerwowo. Iga Świątek prowadziła 4:1, a po chwili było już tylko 4:3. Kolejne wskazówki przekazywał jej trener Wim Fissette, najgłośniej słychać było trenera przygotowania fizycznego oraz fizjoterapeutę Macieja Ryszczuka, gdy krzyknął: “Najpierw musisz otworzyć kort”. Współpracownicy tenisistki robili, co mogli, by wesprzeć ją w trudnym momencie. Tego dnia druga rakieta świata rywalizowała nie tylko z rywalką, ale i z własnymi słabościami. Dlatego to zwycięstwo jest cenniejsze, niż się wydaje.

    ‎

    ‎Co warto zauważyć, w większości zwycięskich dla Świątek turniejów wielkoszlemowych musiała rozegrać chociaż jeden mecz na wstępnym etapie rywalizacji, w którym natrafiła na spore problemy. Tak było na niedawnym Wimbledonie, gdy w drugiej rundzie dopiero w trzech setach ograła Caty McNally. Tak było w zeszłorocznym Roland Garros, gdy także w 1/32 pokonała Naomi Osakę 2:1. Również w pamiętnym sezonie 2022, gdy Polka wygrała dwa turnieje Wielkiego Szlema, w Paryżu w czwartej rundzie stoczyła zacięty bój z Qinwen Zheng na dystansie trzech setów, a w Nowym Jorku także na pełnym dystansie z Jule Niemeier. Mecze z Chinką i Niemką rozgrywane były na etapie czwartej rundy.

    ‎

    ‎Przy okazji trzeba również odnotować, że, jak wyliczyli statystycy, Iga Świątek jest jedyną tenisistką, która doszła co najmniej do trzeciej rundy w każdym turnieju Wielkiego Szlema w singlu w tej dekadzie. To wyczyn niesamowity, pokazujący jak regularna pozostaje nasza zawodniczka.

    ‎

    ‎W kolejnym meczu w Nowym Jorku jej rywalką będzie Rosjanka Anna Kalińska (29. WTA), która pokonała reprezentantkę Kazachstanu Julię Putincewą (55.) 6:1, 7:5. Z Kalińską Świątek miała okazję niedawno mierzyć się w ćwierćfinale w Cincinnati, wygrywając 6:3, 6:4. Wtedy to wyrównała ich bezpośredni bilans, bo rok wcześniej w Dubaju przegrała w półfinale 4:6, 4:6. W sobotnim meczu z Rosjanką nasza tenisistka potrzebuje wejść na poziom zbliżony do pierwszego seta z Suzan Lamens, przydatny będzie m.in. lepszy serwis. Jest to jak najbardziej możliwe, bo spotkanie spotkaniu nierówne, a nie ma tenisisty, który w turnieju Wielkiego Szlema nie przeżywa trudniejszych chwil. Relacje z US Open w Sport.pl, transmisje w Eurosporcie i na platformie HBO Max.

    ‎

  • Niesamowite show Ewy Pajor. Gol za golem, rywalki bezradne – to był prawdziwy nokaut!

    Niesamowite show Ewy Pajor. Gol za golem, rywalki bezradne – to był prawdziwy nokaut!

    Niesamowite show Ewy Pajor. Gol za golem, rywalki bezradne – to był prawdziwy nokaut!

    Kibice przecierali oczy ze zdumienia. Na murawie wydarzyło się coś, co trudno będzie zapomnieć. Ewa Pajor, jedna z największych gwiazd polskiego futbolu, pokazała pełnię swoich możliwości i udowodniła, dlaczego od lat mówi się o niej w kategoriach napastniczki światowej klasy. Jej popis był tak efektowny, że trudno znaleźć odpowiednie słowa, by oddać skalę tego, co się stało.

    Pierwszy sygnał – rywalki poczuły, że to nie będzie zwykły mecz

    Od samego początku widać było, że Pajor ma w sobie wyjątkową energię. Pierwsze minuty to ciągłe nękanie obrony przeciwniczek, agresywne wejścia w pole karne i groźne strzały. Gdy padła pierwsza bramka, trybuny eksplodowały. Ale to był dopiero początek.

    Lawina, której nic nie mogło zatrzymać

    Każdy kolejny atak wyglądał tak, jakby napastniczka reprezentacji Polski grała na zupełnie innym poziomie niż reszta zawodniczek na boisku. Gol za golem, precyzja godna chirurgicznego cięcia i pewność, jakiej dawno nie widzieliśmy. Rywalki były całkowicie bezradne – ich obrona pękała przy każdym wejściu Pajor, a bramkarka mogła tylko bezradnie rozkładać ręce.

    https://youtu.be/k4jzfQp6-QI?si=1fZzL312lM4Ccgao

     

    Nokaut, który przeszedł do historii

    To, co zaprezentowała Pajor, trudno nazwać inaczej niż nokautem. Rywalki jeszcze próbowały walczyć, ale różnica klas była aż nadto widoczna. Jej skuteczność sprawiła, że wynik przestał być kwestią przypadku, a stał się pokazem dominacji jednej zawodniczki nad całą drużyną przeciwną.

    Reakcja kibiców i ekspertów – zachwyt i niedowierzanie

    Po ostatnim gwizdku w sieci natychmiast pojawiła się lawina komentarzy. Kibice pisali o „meczu życia”, o „nieprawdopodobnej formie” i o tym, że takie występy na długo zostają w pamięci. Eksperci podkreślali, że niewiele napastniczek na świecie potrafi w pojedynkę odmienić losy meczu w taki sposób.

    Symbol ambicji i pasji

    Występ Ewy Pajor to nie tylko gole. To również symbol determinacji, charakteru i pasji, które od lat wyróżniają ją na tle innych. Każdy, kto oglądał to spotkanie, mógł poczuć, że właśnie ogląda piłkarkę, która nie tylko zdobywa bramki, ale również inspiruje całe pokolenia.

  • ‎‎Pokazali Gauff, drżały ręce, płakała. Finał o starcie z Polką nastąpił po 99 minutach

    ‎‎Pokazali Gauff, drżały ręce, płakała. Finał o starcie z Polką nastąpił po 99 minutach

    ‎‎Pokazali Gauff, drżały ręce, płakała. Finał o starcie z Polką nastąpił po 99 minutach

    ‎Gdy Coco Gauff została przełamana na 5:6 w pierwszym secie, usiadła na ławce, znalazła się w zbliżeniu. Drżały jej ręce, płakała, zakrywała twarz ręcznikiem. Grała koszmarnie, a po chwili na kort wbiegła fizjoterapeutka. Ale nie do niej, a do Donny Vekić, jej rywalki. Obie grały koszmarnie, w pierwszym secie popełniły razem aż… 16 (sic!) podwójnych błędów serwisowych. Całe spotkanie trwało 99 minut. I wyłoniło rywalkę w trzeciej rundzie dla Magdaleny Fręch.

    ‎

    ‎Gdy Coco Gauff zaczynała na Arthur Ashe Stadium swój wieczorny, czasu lokalnego, mecz z Donną Vekić, była jedną z sześciu Amerykanek, które pozostały w grze o tytuł. I to mimo, że kończyła się dopiero druga runda tego turnieju.

    ‎

    ‎Nie da się jednak ukryć, że te realne nadzieje na tytuł, pod odpadnięciu Madison Keys, są związane właśnie z Coco Gauff lub Jessicą Pegulą. Ta pierwsza wygrała w Nowym Jorku dwa lata temu, ale teraz nie przywiozła do tego miasta najwyższej formy. Takiej jaką miała trzy miesiące temu w Paryżu.

    ‎

    ‎I doskonale pokazał to mecz z Vekić, w drugiej rundzie. Kuriozalny, przez blisko półtora seta rozgrywany na poziomie pierwszych rund w turniejach rangi WTA 250. A przecież mieliśmy pojedynek światowej trójki z zawodniczką, która rok temu zdobywała olimpijskie srebro i była blisko czołówki.

    ‎

    ‎US Open. Wielkie oczekiwanie na Arthur Ashe Stadium. Presja rosła, Coco Gauff grała z Donną Vekić

    ‎

    ‎Dlaczego to spotkanie można nazwać “kuriozalnym”. Z uwagi na liczbę błędów zawodniczek i cierpienie, jakie sobie tymi błędami zadawały. Widać to było zwłaszcza po Chorwatce, która dobrze ten mecz zaczęła, szybko odskoczyła na 2:0. A już za chwilę przegrywała 2:4.

    ‎

    ‎Obie miały też ogromne problemy z serwisem, który zazwyczaj bywał ich atutem, zwłaszcza Amerykanki. Gauff zaczęła od podania, pierwszego!, na 122 km/godz, punkt przegrała. Zaraz było 155 km/godz, tu okazała się lepsza. A później znów źle, gema zakończyła zaś podwójnym błędem.

    ‎

    ‎Vekić prowadziła więc 2:0, by w kolejnym swoim gemie podarować faworytce trzy punkty po podwójnych błędach. A w efekcie i całego gema. O ile Amerykanka cierpiała głównie z powodu serwisu, to jej rywalka popełniała dodatkowe błędy w trakcie akcji, brakowało jej precyzji. I wkrótce przegrywała 2:4.

    ‎

    ‎I wtedy znów doszło do zaskakującego zwrotu akcji. Lepszy moment trafiła akurat Donna, wygrała trzy gemy z rzędu. Przy stanie 5:4 i 6:5 dwukrotnie serwowała po wygranie seta. Tyle że na tym etapie meczu przewagę miały te, które… returnowały.

    ‎

    ‎Gdy Chorwatka wygrała gema na 6:5, obie usiadły na ławce. To wtedy kamery znów najechały na Gauff – drżały jej ręce, w których trzymała ręcznik, a nim zakrywała i wycierała twarz z łez. Jak wcześniej przy stanie 4:4. Gdyby trzymała kubek wypełniony wodą, ta woda by się z niego wylewała.

    ‎

    ‎I wtedy na kort wbiegła fizjoterapeutka, wydawało się, że skieruje się do Amerykanki. A tymczasem o pomoc poprosiła Chorwatka, potrzebna była oficjalna przerwa medyczna. Miała problem z prawym barkiem, być może to ona uniemożliwiał lepsze serwowanie. Niemniej wróciła do gry, dokończyła to spotkanie.

    ‎

    ‎Gauff wygrała dwunastego gema, a później też i tie-breaka. Wykorzystała drugą piłkę setową, przy stanie 6-5. Obie starały się grać bezpiecznie przez środek, aż w końcu Chorwatka zepsuła swój forhend. Choć nawet nie zmieniła kierunku.

    ‎https://x.com/TheTennisLetter/status/1961217414034506047

    ‎Statystyki były koszmarne: Vekić popełniła dziewięć podwójnych błędów, Gauff – siedem. Miała dwa asy, ale one za wiele nie znaczyły.

    ‎

    ‎Został więc drugi set, on potoczył się trochę inaczej. Coco przełamała rywalkę w trzecim gemie, za chwilę Vekić mogła odpowiedzieć tym samym. Jej to się nie udało i Amerykanka pomknęła już ku trzeciej rundzie. Wciąż popełniając błędy, ale było ich mniej. No i bezpieczniej serwowała, choć pierwszą piłkę meczową zmarnowała po podwójnym błędzie.

    ‎

    ‎Wygrała jednak drugą, awansowała do trzeciej rundy po sukcesie 7:6 (5), 6:2.

    ‎

    ‎A w niej zmierzy się już z zawodniczką rozstawioną. W sobotę zapewne na którymś z głównych kortów stanie do rywalizacji z naszą Magdaleną Fręch.

    ‎

  • ‎Losowanie marzeń dla Barcelony! Z nimi zagrają w Lidze Mistrzów

    ‎Losowanie marzeń dla Barcelony! Z nimi zagrają w Lidze Mistrzów

    ‎Losowanie marzeń dla Barcelony! Z nimi zagrają w Lidze Mistrzów

    ‎Wszystko jasne! W Monako wylosowano mecze tegorocznej Ligi Mistrzów. Już w fazie ligowej będą oczywiście wielkie hity. Real Madryt będzie musiał polecieć pod chińską granicę, a Barcelona na papierze trafiła na stosunkowo łatwych rywali. Duma Katalonii zagra niedaleko Polski.

    ‎

    ‎Sezon 2024/25 był przełomowy, jeśli chodzi o format Ligi Mistrzów, ale też pozostałych rozgrywek pod egidą Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA): Ligi Europy i Ligi Konferencji. We wszystkich zwiększono liczbę uczestników do 36 i zrezygnowano z fazy grupowej, którą zastąpiono systemem ligowym.

    ‎

    ‎Nowy format to również nowy sposób losowania meczów, w którym do każdej z drużyn trzeba podchodzić indywidualnie. Przed startem ceremonii w Monako znane były oczywiście koszyki.

    ‎

    ‎1. koszyk: PSG, Real Madryt, Manchester City, Bayern Monachium, Liverpool, Inter Mediolan, Chelsea, Borussia Dortmund, Barcelona

    ‎

    ‎2. koszyk: Arsenal, Bayer Leverkusen, Atletico Madryt, Benfica, Atalanta, Villarreal, Juventus, Eintracht Frankfurt, Club Brugge

    ‎

    ‎3. koszyk: Tottenham, PSV, Ajax, Napoli, Sporting, Olympiakos, Slavia Praga, Bodo/Glimt, Olympique Marsylia

    ‎

    ‎4. koszyk: Monaco, Galatasaray, Union SG, Karabach, Athletic Bilbao, Newcastle United, Kopenhaga, Pafos, Kajrat Ałmaty

    ‎

    ‎Każda z drużyn rozegra osiem meczów — po cztery na wyjeździe i w domu. Losowanie odbywa się w formie hybrydowej — z użyciem kulek oraz komputerowego systemu. Mistrzami ceremonii byli Zlatan Ibrahimović oraz Kaka.

    ‎

    ‎Oprócz oczywistych faworytów, drużyny starały się również uniknąć Kajratu Ałmaty, znajdującego się na dalekim wschodzie przy granicy z Chinami. Zmuszony pokonać blisko 7 tys. km będzie między innymi Real Madryt. Do Kazachstanu polecą jeszcze Club Brugge, Olympiacos oraz Pafos.

    ‎

    ‎Polskich kibiców z pewnością ciekawiła Barcelona. Duma Katalonii miała szczęście w losowaniu i zmierzy się z PSG, Chelsea, Eintrachtem Frankfurt, Club Brugge, Olympiacosem, Slavią Praga, Kopenhagą oraz Newcastle. W sobotę poznamy terminarze spotkań.

    ‎

    ‎Wylosowano wszystkie mecze Ligi Mistrzów! Sprawdź

    ‎

    ‎https://x.com/ChampionsLeague/status/1961113519937540446

    ‎

    ‎https://x.com/ChampionsLeague/status/1961114670745461154

    ‎

    ‎https://x.com/ChampionsLeague/status/1961116322726822328

    https://x.com/ChampionsLeague/status/1961117796554740167

    ‎Zespoły, które kończą fazę ligową na pozycjach 1-8, kwalifikują się do 1/8 finału, natomiast ekipy z miejsc 9-24 toczą walkę o awans do tej rundy w barażach. Te, które zakończą tę część sezonu na miejscach 25-36, zostają wyeliminowane z europejskich pucharów.

    ‎

  • ‎Niewiarygodne, co zrobił Majchrzak w US Open! O tym będzie mówił cały świat

    ‎Niewiarygodne, co zrobił Majchrzak w US Open! O tym będzie mówił cały świat

    ‎Niewiarygodne, co zrobił Majchrzak w US Open! O tym będzie mówił cały świat

    ‎Kamil Majchrzak wygrał z Karenem Chaczanowem 2:6, 6:7, 6:4, 7:5, 7:6(10-5) w drugiej rundzie US Open!!! Polak dokonał niebywałej rzeczy, wychodząc ze stanu 0:2 w setach. Pierwszy raz w karierze pokonał rywala z TOP 10 rankingu. CO ZA MECZ! Pojedynek trwał ponad cztery i pół godziny.

    ‎

    ‎Los sprawił, że Kamil Majchrzak i Karen Chaczanow drugi turniej wielkoszlemowy z rzędu mieli okazję rywalizować ze sobą. Na początku lipca w ramach czwartej rundy Wimbledonu Polak przegrał z Rosjaninem 4:6, 2:6, 3:6. – Koniec pięknego snu i bardzo dobrego występu Majchrzaka w Londynie. W każdym z trzech setów Polak fatalnie rozgrywał trzeciego gema przy swoim serwisie – opisywaliśmy.

    ‎

    ‎Początek jak w Wimbledonie

    ‎

    ‎Czwartkowe spotkanie z Karenem Chaczanowem w Nowym Jorku Kamil Majchrzak zaczął źle. Już w pierwszym gemie został przełamany, Rosjanin grał bardzo dokładnie, był zdecydowany w atakach. Polak wydawał się być z kolei nieco zagubiony, w dalszej części seta raz jeszcze stracił serwis i przegrał otwierającą partię 2:6. Mogliśmy się obawiać, czy nie będzie powtórki z Wimbledonu.

    ‎

    ‎Co jednak ważne – Majchrzak nie załamał się. Wyrzucił z głowy nieudany początek i po chwili został nagrodzony prowadzeniem. Najpierw w drugiej partii nie dał się przełamać, potem sam przełamał rywala i było już 3:0 dla niego. – Znakomity punkt Kamila, naciskał Rosjanina od początku, robi się dobrze – analizowali komentatorzy Eurosportu piłkę, która dała Polakowi prowadzenie 2:0. Kilka mocnych ciosów z forhendu z obu stron i w końcu faworyt wyrzucił bekhend. Z kolei w trzecim gemie nasz zawodnik popisał się skrótem, potem akcją przy siatce i mógł poczuć się pewniej na korcie.

    ‎

    ‎Majchrzak o punkt od wygrania seta

    ‎

    ‎Polak prowadził 4:2, gdy serwował by podwyższyć, ale wtedy stracił podanie. Kilka złych decyzji, dobre ataki Chaczanowa i strata odrobiona. – Szkoda, że Kamil “wpuścił” rywala do gry – podkreślił komentator Dawid Olejniczak. Nasz zawodnik wyglądał na wściekłego, miał pewnie świadomość, jak ważny był to gem i jak szkoda utraconej przewagi. Po chwili jednak znów miał wielką szansę, bo przy stanie 5:4 w gemie serwisowym rywala doczekał się piłki setowej. Majchrzak grał ambitnie, biegał jak szalony, dobrze operował forhendem. Niestety w końcówce Rosjanin pokazał, dlaczego jest tenisistą z top 10 rankingu ATP. Najpierw obronił się na 5:5, a potem zamknął seta w tie-breaku 7:4. W “dogrywce” Chaczanow przyśpieszył, a jednocześnie unikał błędów. Grał wtedy po profesorsku.

    ‎

    ‎Zwrot dla Polaka

    ‎

    ‎Trzeci set zaczął się tak, jak drugi – od przełamania na korzyść naszego tenisisty. Polak prowadził 3:1, 4:2, a nasi kibice coraz głośniej go dopingowali z nowojorskich trybun. Ósmy gem był iście szalony! Majchrzak zaczął od słabego dropszotu, ale rywal pomylił się w odegraniu. W odpowiedzi Chaczanow kapitalnie przelobował naszego tenisistę. Po chwili zobaczyliśmy najpiękniejszą akcję spotkania. – Co za wymiana! Myślałem, że to już koniec – przyznał komentujący Tomasz Smokowski. Rosjanin smeczował, bo miał piłkę w górze, ale Majchrzak wybronił się i zdobył efektowny punkt. Po chwili posłał asa i wygrał trudnego gema, wychodząc na 5:3.

    ‎

    ‎Końcówka była niezwykle emocjonująca. Przy serwisie Rosjanina Polak doczekał się dwóch piłek setowych, ale ich nie wykorzystał, bo nie miał jak – Chaczanow nagle zaczął serwować jak w transie. Zrobiło się 5:4, a przy swoim podaniu Majchrzak domknął seta. Rywal znów pokpił sprawę, bo ponownie korzystał ze smecza, a punkt powędrował na konto naszego tenisisty. Ten na koniec zaskoczył serwisem do środka i odrobił część strat w całym spotkaniu.

    ‎

    ‎Wspaniały Majchrzak!

    ‎

    ‎W czwartej partii panowie łatwo utrzymywali swoje podania do stanu 3:3. W siódmym gemie przy serwisie Rosjanina zrobiło się 40:40, ale faworytowi pomógł wtedy serwis. Po chwili to Chaczanow miał szansę na przełamanie Majchrzaka, ale Polak się wybronił. Było trudniej, jego gem serwisowy liczył aż 14 punktów, ale doprowadził do remisu 4:4. W kluczowym momencie zaimponował akcją przy siatce – to nowy element w jego grze, którego jeszcze przed okresem zawieszenia tak często nie oglądaliśmy. Końcówka seta należała do naszego tenisisty, który odebrał serwis rywalowi i skończył wszystko asem! – Rosjanin tego nie wytrzymał – podsumowali komentatorzy.

    ‎

    ‎O losach meczu zadecydował piąty set, a w nim Kamil Majchrzak dał się przełamać w czwartym gemie. Walczył ambitnie, ratował się serwisem, obronił aż pięć break pointów, ale szóstego nie dał rady. Zbyt dobrze w tamtej akcji zagrał Karen Chaczanow – przeciw nogom rywala. Po chwili przy serwisie Rosjanina było 15:30, ale wówczas Polak wyrzucił piłkę na aut, gdy miał okazję na minięcie. Zdenerwował się, rzucił rakietę o ziemię i przegrywał już 1:4.

    ‎

    ‎Majchrzak przegrywał już 2:5, ale nie poddał się. W ósmym gemie obronił trzy piłki meczowe, następnie po kapitalnym returnie w ostatniej chwili odebrał podanie przeciwnikowi i doprowadził do 5:5. A po chwili było 6:6, bo Polak wygrał gema serwisowego trwającego aż dziewięć minut! Po drodze obronił kolejne dwie piłki meczowe, popisał się najlepszym wolejem w całym meczu. – Niebywałe! W takim momencie! – Zachwycali się komentatorzy.

    ‎

    ‎Przy takim wyniku sędzia zarządził super tie-break do 10 punktów. Polak szybko odskoczył na 4:1, Rosjanin denerwował się – wystrzelił piłkę przed siebie, za co otrzymał od sędziego ostrzeżenie. Nasz zawodnik cały czas był z przodu, zaserwował kolejnego asa i wygrał to spotkanie w pięciu setach! CO ZA HORROR! Polak przegrywał już 0:2 w setach. Nie tylko zrewanżował się rywalowi za przegraną w Wimbledonie, ale zapisał się także do historii polskiego tenisa! Pojedynek trwał dokładnie cztery godziny i 35 minut.

    ‎

  • Po tym pytaniu Świątek zakryła twarz z zażenowaniem. “Przepraszam?”

    Po tym pytaniu Świątek zakryła twarz z zażenowaniem. “Przepraszam?”

    Iga Świątek w czwartek pokonała Suzan Lamens i awansowała do trzeciej rundy US Open. Po meczu wzięła udział w konferencji prasowej, która niespodziewanie zakończyła się małą burzą. Powód? Pytanie jednego z polskich dziennikarzy wywołało u liderki naszej reprezentacji spore zaskoczenie i irytację.

    Świątek z problemami, ale wciąż w grze

    Turniej w Nowym Jorku Świątek rozpoczęła od gładkiego zwycięstwa nad Emilianą Arango. Wydawało się, że podobny scenariusz powtórzy się w kolejnym spotkaniu. Suzan Lamens była skazywana na porażkę, a jednak potrafiła wykorzystać słabsze momenty Polki i sensacyjnie wyrwała jej drugiego seta. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:1, 4:6, 7:5 dla Świątek, która – mimo wahań formy – zameldowała się w trzeciej rundzie.

    Kontrowersja na konferencji

    Tuż po spotkaniu Polka przyznała, że nie był to jej najlepszy występ, ale najważniejszy okazał się sam awans. Chwilę później czekały ją jednak obowiązki medialne. Podczas konferencji prasowej jeden z polskich dziennikarzy zadał jej pytanie, które zupełnie ją zbiło z tropu: zapytał, czy rozważała zmianę fryzury i wplecenie sobie koralików we włosy.

    Reakcja Świątek była błyskawiczna i pełna zdziwienia. – Co to jest za pytanie, przepraszam? Czy myślałam o tym, żeby sobie wpleść koraliki we włosy? Nie. O co chodzi? Co to jest za pytanie? – odpowiedziała wyraźnie poirytowana.

    Skąd to pytanie?

    Najprawdopodobniej była to próba nawiązania do Naomi Osaki, która w pierwszej rundzie US Open pojawiła się na korcie z czerwonymi ozdobami we włosach. Sama Świątek uznała jednak, że to zupełnie niepoważny temat w kontekście jej gry i sportowych wyzwań.

    Kolejne wyzwanie

    W trzeciej rundzie US Open Iga Świątek zmierzy się z Anną Kalinskają. Polka będzie faworytką tego starcia, choć dotychczasowe mecze pokazały, że w Nowym Jorku niczego nie można brać za pewnik.