• Świątek i Ruud grali do końca! Niesamowity mecz w półfinale US Open

    Świątek i Ruud grali do końca! Niesamowity mecz w półfinale US Open

    Ależ to były przeżycia! Iga Świątek i Casper Ruud w półfinale miksta US Open przeżyli prawdziwą huśtawkę nastrojów. Polsko-norweski duet był o krok od porażki – najpierw dwa gemy dzieliły ich od przegranej w dwóch setach, a potem zaledwie dwa punkty od odpadnięcia w trzech partiach. Jednak pokazali ogromny charakter i wolę walki, zwyciężając Jessicę Pegulę oraz Jacka Drapera 3:5, 5:3, 10-8.

    Dla obojga tenisistów US Open ma wyjątkowe znaczenie – to właśnie tutaj osiągnęli swoje najlepsze rezultaty w singlu. W 2022 roku Świątek sięgnęła po triumf w turnieju, a Ruud dotarł aż do finału. Teraz wspólnie zagrają w decydującym starciu o tytuł w mikście.

    Zmęczenie Polki i wsparcie Ruuda

    Świątek do gry mieszanej przystąpiła niemal bez chwili wytchnienia. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej cieszyła się z wygranej w Cincinnati, a już następnego dnia przeniosła się do Nowego Jorku, gdzie w parze z Ruudem rozegrała dwa mecze jednego popołudnia. Nic dziwnego, że Norweg w początkowych spotkaniach starał się brać na siebie jak najwięcej obowiązków. Z czasem jednak liderka rankingu coraz mocniej dochodziła do głosu. W półfinale jednak oboje mieli trudne momenty i potrzebowali cierpliwości, by złapać właściwy rytm.

    Wcześniej ich droga do półfinału wyglądała bardzo pewnie. Pokonali kolejno Madison Keys i Francesa Tiafoe 4:1, 4:2, a następnie Caty McNally i Lorenzo Musettiego w identycznym stosunku. Jednak Pegula i Draper, najwyżej rozstawiona para w turnieju (rozstawienie ustalano na podstawie rankingów singlowych), od początku postawili znacznie twardsze warunki.

    Pegula błyszczała, Draper imponował serwisem

    Pegula, znana z sukcesów w deblu i mikście, imponowała stabilnością i doświadczeniem, co komentatorzy Eurosportu podkreślali określeniami „skała” czy „można się jej przestraszyć”. Draper z kolei nadrabiał brak ogrania mocnym serwisem, przez długi czas utrzymując wysoki poziom. Świątek i Ruud mieli natomiast sporo problemów przy własnym podaniu, co dało się zauważyć zwłaszcza w pierwszej partii.

    Choć udało im się odrobić pierwsze przełamanie, przy stanie 3:3 ponownie stracili podanie. W końcówce Ruud nie wytrzymał napięcia i zagrał w siatkę, co przesądziło o losach seta.

    Powroty, które przesądziły o finale

    W drugim secie historia niemal się powtórzyła – strata serwisu na początku meczu mogła ich pogrążyć, ale znów pokazali charakter i szybko odrobili straty. Z czasem przejęli inicjatywę, a mimo że nie wykorzystali trzech piłek setowych przy 3:2, w końcu zamknęli partię w ósmym gemie.

    Najwięcej emocji przyniósł jednak super tie-break. Świątek i Ruud przegrywali już 0:3, potem 4:8, a dodatkowo Polka popełniała podwójne błędy serwisowe. Mimo to oboje pokazali niesamowitą wolę walki, zdobyli sześć punktów z rzędu i ostatecznie to Świątek przypieczętowała awans decydującym uderzeniem.

    Doświadczenie Świątek w grze podwójnej

    Choć Polka rzadko występuje w deblu, ma już za sobą finał Roland Garros w tej konkurencji (z Bethanie Mattek-Sands w 2019 roku). Kilkakrotnie próbowała też swoich sił w mikście – m.in. w Australian Open z Łukaszem Kubotem, a także podczas igrzysk w Tokio. Ostatnio grała w tej formule w United Cup, gdzie miała okazję mierzyć się… właśnie z Ruudem, z którym teraz tworzy skuteczny duet.

    Rywali w finale wyłoni mecz broniących tytułu Włochów, Sary Errani i Andrei Vavassoriego, z Amerykanami Danielle Collins i Christianem Harrisonem. Spotkanie o mistrzostwo odbędzie się tuż po zakończeniu tego półfinału.

  • Co za sukces Polki. Wygrała Diamentową Ligę pierwszy raz w karierze!

    Co za sukces Polki. Wygrała Diamentową Ligę pierwszy raz w karierze!

    Zawody Diamentowej Ligi w Lozannie zapisały się w historii jako jedne z najbardziej nietypowych w ostatnich latach. Wszystko za sprawą potężnej ulewy, która spadła na Stade Olympique de la Pontaise i całkowicie odmieniła przebieg rywalizacji. Deszcz zalał bieżnię i rozbieg, a organizatorzy przez długi czas walczyli o to, by zawody w ogóle mogły się odbyć. Walka z wodą na stadionie przypominała wręcz syzyfową pracę – gdy tylko udało się osuszyć fragment nawierzchni, kolejne opady ponownie zalewały płytę obiektu. Komentatorzy i kibice zastanawiali się, czy program uda się dokończyć, a zawodnicy musieli zmierzyć się z ekstremalnie trudnymi warunkami.

    Ostatecznie wszystkie konkurencje udało się rozegrać, ale rezultaty wielu z nich były dalekie od najlepszych osiągnięć sezonu. Szczególnie dużo emocji wzbudził konkurs skoku wzwyż kobiet, w którym doszło do niespotykanego rozstrzygnięcia. Na najwyższym stopniu podium znalazły się aż trzy zawodniczki – Polka Maria Żodzik, Niemka Christina Honsel oraz Australijka Nicola Olyslagers. Wszystkie trzy skoczyły 1,91 m bez żadnego strącenia, jednak przy kolejnej próbie – 1,94 m – żadnej nie udało się zaliczyć.

    W normalnych warunkach sędziowie zaproponowaliby dogrywkę, aby wyłonić jedną zwyciężczynię. Tym razem jednak żadna z zawodniczek nie zdecydowała się na dodatkowe podejścia, ponieważ śliska nawierzchnia stwarzała realne zagrożenie kontuzją. Zawody zakończyły się więc w wyjątkowy sposób – trzy triumfatorki stanęły obok siebie na najwyższym stopniu podium. Dla Marii Żodzik był to moment szczególny, bo po raz pierwszy w karierze zwyciężyła w prestiżowych zawodach Diamentowej Ligi.

    Warto podkreślić, że cykl Diamentowej Ligi uznawany jest za lekkoatletyczny odpowiednik piłkarskiej Ligi Mistrzów. Rywalizują w nim największe gwiazdy sportu, a same starty stanowią ogromne wyróżnienie. Triumf w tych zawodach to wydarzenie, o którym marzy niemal każdy lekkoatleta. Od 2022 roku do kalendarza cyklu należy również Memoriał Kamili Skolimowskiej rozgrywany w Chorzowie, co jeszcze mocniej podkreśla prestiż całej serii.

    Zwycięstwo Żodzik w Lozannie ma też historyczne znaczenie. Jak poinformował profil Athletics News, Polka została siedemnastym reprezentantem polskiej lekkoatletyki, który odniósł triumf w zawodach Diamentowej Ligi. To osiągnięcie, które stawia ją w gronie najlepszych i otwiera nowy rozdział w jej karierze.

    Chociaż ulewa sprawiła, że rywalizacja w Lozannie była daleka od ideału, to właśnie ten niezwykły konkurs skoku wzwyż zapamiętamy na długo. Deszcz, dramatyczne warunki, a na końcu trzy uśmiechnięte zawodniczki dzielące zwycięstwo – tak narodziła się jedna z najpiękniejszych historii tegorocznej Diamentowej Ligi, z Polką Marią Żodzik w roli głównej.

  • Oto co zrobiła rywalka po triumfie Świątek. Od razu na nią ruszyli

    Oto co zrobiła rywalka po triumfie Świątek. Od razu na nią ruszyli

    Różnice w wynagrodzeniach pomiędzy tenisistami a tenisistkami to temat, który powraca regularnie i niezmiennie budzi wiele emocji w środowisku sportowym. Sprawa odżyła ze zdwojoną siłą po triumfie Igi Świątek w turnieju Cincinnati Open. Choć Polka sięgnęła po trofeum w znakomitym stylu, szybko okazało się, że jej nagroda finansowa będzie znacznie niższa niż ta, którą otrzymał zwycięzca męskiej edycji imprezy, Carlos Alcaraz. Ta dysproporcja stała się początkiem burzliwej debaty, do której nieoczekiwanie dołączyła niemiecka tenisistka Eva Lys. Jej reakcja podzieliła kibiców – jedni pochwalili ją za odwagę, inni skrytykowali za wywołanie dodatkowego zamieszania.

    Tenis i kwestia równości płac

    Od wielu lat tenis uchodzi za jedną z nielicznych dyscyplin sportowych, w których udało się wypracować względnie sprawiedliwe zasady finansowe. Najlepszym przykładem są turnieje wielkoszlemowe – tam już od kilkunastu lat obowiązuje zasada równego podziału nagród: kobiety i mężczyźni otrzymują identyczne premie za takie same wyniki sportowe. Dzięki temu tenis bywa przedstawiany jako modelowy przykład równości płci w sporcie zawodowym.

    Nie wszystkie turnieje jednak stosują podobne rozwiązania. Cincinnati Open wciąż dzieli pulę nagród nierówno, znacznie bardziej premiując tenisistów. W praktyce oznacza to, że za zwycięstwo w turnieju Iga Świątek otrzymała 752 275 dolarów, podczas gdy Carlos Alcaraz wzbogacił się aż o 1 124 380 dolarów. Różnica przekraczająca 370 tys. dolarów nie mogła przejść bez echa, zwłaszcza że oboje rywalizowali w tym samym miejscu, przez ten sam czas i w identycznym formacie meczowym – do dwóch wygranych setów.

    Włoski dziennikarz dolewa oliwy do ognia

    Dyskusja nabrała tempa we wtorek, gdy włoski dziennikarz tenisowy Luigi Gatto w ostrych słowach skomentował sytuację. Na portalu „X” zestawił nagrody Świątek i Alcaraza, podkreślając, że oboje „grali na tych samych obiektach przez dwanaście dni, w tym samym systemie, a mimo to nie zarobią tyle samo”. Jego wpis wywołał falę komentarzy i ożywioną dyskusję w mediach społecznościowych.

    Na te słowa zwróciła uwagę także Eva Lys, obecnie 60. zawodniczka rankingu WTA. Niemka udostępniła wpis Gatto na Instagramie, czym błyskawicznie włączyła się do gorącej debaty.

    Burzliwa reakcja kibiców i odpowiedź Lys

    Jak się szybko okazało, Lys nie spodziewała się tak gwałtownego odzewu. Jej aktywność spotkała się z lawiną komentarzy, w większości krytycznych, głównie ze strony męskich kibiców. Sama zawodniczka postanowiła skomentować całą sytuację, publikując kolejne zdjęcie na Instagramie, na którym miała skonsternowaną minę. Podpisała je wymownie: „To takie zabawne (i przejmujące), jak wielu mężczyzn wkurzyło się przez moje ostatnie story”.

    Wpis ten tylko dolał oliwy do ognia i sprawił, że niemiecka tenisistka znalazła się w centrum internetow (more…)

  • Oto pełne tłumaczenie artykułu na język polski:„Fałszywy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej?

    Oto pełne tłumaczenie artykułu na język polski:„Fałszywy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej?

    Oto pełne tłumaczenie artykułu na język polski:„Fałszywy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej?

    Dlaczego historia tenisa może nie być taka, jak się wydaje

    Turniej miksta na tegorocznym US Open miał być świeżym powiewem — nowym sposobem na pokazanie piękna tenisa. Zamiast aplauzu organizatorzy znaleźli się jednak w samym środku burzy. Coraz głośniej szeptano: „To nie jest prawdziwy Wielki Szlem. To jest zniekształcenie.”

    A kiedy te słowa zaczęły krążyć po szatniach i salach prasowych, pojawiła się niepokojąca myśl: jeśli obecne wydarzenie nazywane jest „fałszywym”, to może połowa historii tenisa również powinna zostać opatrzona takim samym piętnem. Czy możliwe, że sport, który wydawał nam się uporządkowany, został zbudowany na kruchych fundamentach, pełnych zapomnianych zasad, wykluczeń i zmienianych rozdziałów?

    Nowa formuła, która podzieliła świat tenisa

    Po raz pierwszy turniej miksta US Open rozgrywano według zupełnie innych zasad. Do gry zaproszono tylko 16 par — wszystkie wybrane na podstawie rankingów singlowych, a nie specjalizacji deblowej. Mecze odbywały się jeszcze przed startem głównych turniejów singla i debla. A co najważniejsze: pula nagród wzrosła z 200 tysięcy dolarów do zawrotnego miliona.

    Efekt? Trybuny wypełniły się kibicami, jakich mikst nie widział od dekad. Największe gwiazdy na korcie sprawiły, że turniej dodatkowy nagle stał się wydarzeniem pierwszoplanowym.

    Ale eksperyment miał swoją cenę. Tradycyjni gracze miksta, którzy poświęcili kariery na opanowanie specyfiki tej konkurencji, zostali odsunięci na bok — patrząc, jak „przybysze” przejmują scenę, która kiedyś należała do nich.

    Polski deblista Jan Zieliński, dwukrotny mistrz wielkoszlemowy w mikście, nie krył frustracji.

    > „Nie nazywajmy tego Wielkim Szlemem” — ostrzegał. — „To łamie tradycję, historię i prestiż tego wydarzenia. Wygranie miksta wielkoszlemowego oznaczało tydzień czy półtora tygodnia walki. Teraz tytuł można zdobyć w dwa dni, grając do czterech gemów. To traci znaczenie. To traci wagę.”

    Podobne głosy pojawiały się z wielu stron. Dla nich to nie była innowacja — to była imitacja.

    Ale czy historia tenisa była kiedykolwiek „czysta”?

    Złość specjalistów od miksta można zrozumieć. A jednak, kiedy cofniemy się do korzeni tenisa, ujawnia się niewygodna prawda: ten sport zawsze był kształtowany przez zmieniające się przepisy, wykluczenia i arbitralne podziały.

    Weźmy Suzanne Lenglen — francuską ikonę, która w latach 20. XX wieku zdefiniowała tenis kobiet. W 1926 roku była na szczycie: sześć tytułów Wimbledonu, dwa złote medale olimpijskie i aura niepokonanej. Wtedy przyjęła kontrakt od amerykańskiego promotora Charlesa C. Pyle’a. Cztery miesiące, tournée po Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Kubie oraz 100 tysięcy dolarów zarobku — więcej niż wówczas roczna pensja baseballowej legendy Babe’a Rutha.

    To było rewolucyjne. Ale oznaczało też, że Lenglen natychmiast została wykluczona z Wielkich Szlemów, które w tamtych czasach były otwarte tylko dla amatorów. Nawet trenerzy, którzy pobierali opłaty za lekcje, byli eliminowani. Najlepsi gracze świata często nie mogli wystąpić w turniejach, które oficjalnie koronowały „najlepszych graczy świata”.

    Jeśli to nie jest zniekształcenie historii, to co nim jest?

    Cień „profesjonalnego tenisa”

    Lenglen nie była wyjątkiem. Vincent Richards, amerykański mistrz olimpijski, również zaszokował fanów, przechodząc na zawodowstwo. Niedługo potem pojawiły się nowe turnieje: US Pro, French Pro, Wembley Pro. Razem tworzyły tzw. zawodowy Wielki Szlem.

    Do tej alternatywnej sceny dołączyły takie nazwiska jak Bill Tilden, dawny idol Wimbledonu i US Open. W Niemczech dominował Hans Nüsslein — wykluczony z tenisa amatorskiego tylko dlatego, że jako nastolatek dawał lekcje tenisa. W rzeczywistości najlepsze mecze świata odbywały się poza oficjalnymi księgami wyników.

    Z biegiem lat dołączyli kolejni.

    Ellsworth Vines, zwycięzca Wimbledonu i US Open, został zawodowcem w wieku 22 lat.

    Don Budge, pierwszy tenisista w historii, który w 1938 roku skompletował Wielkiego Szlema, od razu przeniósł się na tour zawodowy.

    Fred Perry, złoty chłopak Wielkiej Brytanii, przeszedł na zawodowstwo po ośmiu tytułach wielkoszlemowych.

    Pancho Gonzalez, dominujący w Nowym Jorku, zniknął z kortów Wielkich Szlemów na prawie dwie dekady.

    W latach 50. podział na „amatorów” i „zawodowców” stworzył dwa zupełnie różne światy. Oficjalne kroniki pokazują tylko jedną stronę historii.

    Legendy w cieniu

    Historia Kena Rosewalla najlepiej to obrazuje. Oficjalnie wygrał osiem tytułów Wielkiego Szlema. Ale jeśli doliczyć jego triumfy zawodowe, liczba rośnie do 23. Jeszcze w wieku 40 lat grał w finałach.

    Jeszcze bardziej niezwykła jest opowieść Roda Lavera. W 1962 roku skompletował kalendarzowego Wielkiego Szlema. Potem przez pięć lat nie mógł grać w turniejach — pięć lat, w których mógłby zdobyć dziesięć kolejnych tytułów. Gdy wrócił w erze Open, w 1969 roku znów wygrał wszystkie cztery. Do dziś jest jedynym, który dokonał tego dwukrotnie.

    A jednak przez przestarzałe przepisy duża część ich dominacji pozostaje niewidoczna w „oficjalnej” historii.

    Wyobraźmy sobie, że Novak Djoković, Roger Federer czy Rafael Nadal zostali usunięci z Wimbledonu i Roland Garros w szczycie kariery. To właśnie spotkało tenis przez całe dekady.

    Więc co naprawdę jest „prawdziwe”?

    Dlatego obecna debata o mikście US Open sięga tak głęboko. Dla purystów nowa formuła to zdrada. Dla innych — to po prostu kolejny rozdział w historii sportu, który zawsze zmieniał własne zasady.

    Gdyby Suzanne Lenglen, Bill Tilden, Ken Rosewall i Rod Laver mogli dziś oglądać oburzenie wokół „fałszywego” miksta, zapewne uśmiechnęliby się ironicznie. Ich także oskarżano o „niszczenie tradycji”. Im również mówiono, że ich triumfy się nie liczą.

    A jednak historia ich zapamiętała.

    Może więc prawdziwe pytanie nie brzmi: czy mikst US Open należy traktować jako „prawdziwy” Wielki Szlem? Może pytanie brzmi inaczej: w sporcie, w którym połowa legend została kiedyś wymazana z ksiąg, czy tenis w ogóle kiedykolwiek miał naprawdę „czystą” historię?

  • Nieprawdziwy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej. Historia tenisa zafałszowana

    Nieprawdziwy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej. Historia tenisa zafałszowana

    „Nieprawdziwy” Wielki Szlem? Historia pokazuje coś innego

    Jeszcze przed rozpoczęciem tegorocznych zmagań miksta na US Open pojawiła się fala krytyki pod adresem organizatorów. Wszystko za sprawą nowej formuły, która diametralnie różni się od dotychczasowych zasad. Pojawiły się nawet głosy, że mamy do czynienia z „fałszywym Wielkim Szlemem”. Gdyby jednak konsekwentnie stosować taką logikę, należałoby podważyć ogromną część dotychczasowej historii tenisa, a wielu wielkich mistrzów należałoby oznaczyć gwiazdką z adnotacją: „nieprawdziwy triumfator”.

    Mikst w nowym wydaniu

    Turniej mieszany w Nowym Jorku zyskał w tym roku zupełnie nowe oblicze. Do rywalizacji zaproszono jedynie 16 par, a mecze odbywają się jeszcze przed rozpoczęciem głównej rywalizacji singlowej kobiet i mężczyzn. Wcześniej miksty były rozgrywane równolegle z turniejami singlowymi i deblowymi, przez co pozostawały w cieniu i rzadko przyciągały najlepszych graczy.

    Organizatorzy chcieli to zmienić. Podnieśli pulę nagród z 200 tys. dolarów do miliona i zaprosili do udziału czołówkę światowego tenisa, wybierając uczestników na podstawie rankingów singlowych. Efekt? Tłumy kibiców na trybunach – czego mikst dawno nie widział.

    „To już nie Wielki Szlem”

    Nie wszystkim jednak spodobały się te zmiany. Najbardziej rozczarowani byli ci zawodnicy i zawodniczki, którzy od lat specjalizują się w grze mieszanej. – Nie nazywajmy tego Wielkim Szlemem. To odejście od tradycji i historii. Do tej pory zwycięstwo w mikście wymagało rywalizacji przez tydzień czy półtora, a teraz wystarczy dwa dni i mecze do czterech gemów. To obniża rangę całego wydarzenia – mówił Jan Zieliński, dwukrotny triumfator wielkoszlemowych mikstów, w rozmowie ze Sport.pl.

    Podobne opinie pojawiły się także wśród innych graczy i kibiców.

    Spór o „prawdziwych mistrzów”

    Zastrzeżenia specjalistów od miksta są zrozumiałe, ale patrząc w przeszłość można by dojść do wniosku, że cała historia tenisa jest w pewnym sensie „sfałszowana”. W przeszłości wielu najwybitniejszych tenisistów nie mogło startować w turniejach wielkoszlemowych z powodu przepisów dzielących sportowców na amatorów i zawodowców.

    Mało kto dziś pamięta, że na początku XX wieku w kalendarzu znajdowało się nie cztery, ale aż siedem turniejów wielkoszlemowych. Wielu mistrzów, których dziś wspominamy, nigdy nie miało szans walczyć w całym cyklu.

    Lenglen, Richards i narodziny „zawodowego” Szlema

    Przykład? Suzanne Lenglen – sześciokrotna triumfatorka Wimbledonu i złota medalistka olimpijska – już w 1926 roku przeszła na zawodowstwo, podpisując kontrakt na lukratywne tournée po Stanach Zjednoczonych. Zyskała majątek, ale straciła możliwość dalszych występów w turniejach amatorskich, które do dziś uznaje się za „wielkoszlemowe”.

    Podobny los spotkał Vincenta Richardsa, złotego medalistę olimpijskiego i pięciokrotnego zwycięzcę Pucharu Davisa. W 1927 roku triumfował on w pierwszych mistrzostwach USA zawodowców. Kilka lat później powstały też odpowiedniki Roland Garros i Wimbledonu dla profesjonalistów, które zaczęto nazywać „zawodowym Wielkim Szlemem”.

    W tym gronie znaleźli się także Bill Tilden, Ellsworth Vines, Don Budge czy Fred Perry – wszyscy oni już w młodym wieku porzucali tenis amatorski, by kontynuować kariery w gronie profesjonalistów.

    Gwiazdy wykluczone z historii

    Lista takich przykładów jest długa. Bobby Riggs, Pancho Gonzalez, Ken Rosewall czy Rod Laver – wszyscy oni przez lata nie mogli rywalizować w „prawdziwych” Szlemach. Niektórzy, jak Laver, zdążyli nawet dwukrotnie skompletować wszystkie cztery tytuły – pierwszy raz jako amator, drugi raz już w erze Open, gdy zniesiono sztuczny podział.

    Ken Rosewall wygrał łącznie 23 wielkoszlemowe turnieje, ale aż 15 z nich w gronie zawodowców – dlatego dziś w oficjalnych statystykach mówi się tylko o ośmiu.

    Gdyby dziś zabrakło Djokovicia czy Federera…

    Historia pokazuje, że przez dziesięciolecia ogromna liczba tytułów i wielkich osiągnięć została w praktyce „wymazana”, bo rozgrywały się poza oficjalnym kalendarzem. A przecież ci zawodnicy byli odpowiednikami dzisiejszych Novaka Djokovicia, Rogera Federera czy Rafaela Nadala.

    Czy bylibyśmy w stanie wyobrazić sobie historię tenisa ostatnich 25 lat bez któregoś z nich? Tak właśnie wyglądała rzeczywistość w pierwszej połowie XX wieku. Dlatego podważanie wartości obecnego miksta jako „nieprawdziwego Szlema” wydaje się być zbyt dużym uproszczeniem.

  • Nie do wiary, co zrobiła Iga Świątek. Dokonała niemal niemożliwego

    Nie do wiary, co zrobiła Iga Świątek. Dokonała niemal niemożliwego

    Nie do wiary, co zrobiła Iga Świątek. Dokonała niemal niemożliwego

    Jedni widzą w tym cuda, inni mówią o drodze pod prąd. Iga Świątek sama zapewnia, że nie wie, czemu po dłuższym kryzysie triumfowała właśnie w Wimbledonie i w Cincinnati, które powszechnie zaliczano do najbardziej niewygodnych dla niej turniejów. Ale jest kilka elementów, które przyczyniły się do tego, że polska tenisistka zadziwiła ostatnio wszystkich.

    Wypuszczenie z ręki rakiety, pełne niedowierzania spojrzenie w stronę członków sztabu szkoleniowego, a nawet łapanie się za głowę. Dopiero potem była radość. Pierwsza reakcja Igi Świątek po ostatniej piłce tegorocznego finału Wimbledonu i turnieju w Cincinnati nie pozostawiała wątpliwości – te sukcesy były dla niej szokiem. I nie tylko dla niej. Brano pod uwagę, że kiedyś może zwyciężyć w tych imprezach, bo przecież ma ogromny potencjał, ale teraz raczej prędzej szykowano się na męczarnie. Dzięki m.in. pomocy sztabu i organizatorów tych turniejów było jednak inaczej.

    Świątek idzie pod prąd. “Przekonanie” zamiast “zmuszania”

    – Nie wiem, czemu wygrałam turnieje, które były ostatnimi, w których bym się tego spodziewała. Dziękuję więc (mojemu teamowi – red.) za zmuszanie mnie do tego, bym stawała się lepszą tenisistką i uczyła się, jak grać na tych wszystkich szybszych nawierzchniach – stwierdziła z uśmiechem Świątek tuż po triumfie w Cincinnati, który dało jej zwycięstwo nad Włoszką Jasmine Paolini 7:5, 6:4.

    Nieco ponad miesiąc wcześniej przemawiała po wygraniu Wimbledonu, rozbijając w meczu o tytuł Amerykankę Amandę Anisimovą 6:0, 6:0. Ogółem w czterech ostatnich startach aż w trzech dotarła do finału. Nie byłoby to takie zaskakujące, gdyby właśnie nie fakt, że dokonała tego dwukrotnie na trawie i raz na jednym z szybszych “betonów” w tourze. Mając za sobą 13 miesięcy bez występu w meczu o taką stawkę. Mało tego, po okresie rozczarowujących startów. Nawet na ukochanych kortach ziemnych.

    Przypomnijmy krótko, choć wszyscy fani Świątek dobrze to wiedzą – 24-latka najlepiej czuje się na wolnej nawierzchni. Kiedy ma czas odpowiednio ustawić się do piłki w akcjach ofensywnych i skuteczniej popracować w defensywie, w czym jest świetna. Ogółem – im wolniej, tym lepiej dla niej. Choć potrafiła też wygrywać imprezy na twardej nawierzchni. Ale znacznie częściej dokonywała tego w wiosennych turniejach w Katarze czy USA niż tych letnich po powrocie do Ameryki Północnej. Dlatego też jej triumf w US Open 2022 odbierano jako bardzo dużą niespodziankę. Ale ona i tak traci moc w porównaniu z tą, którą był lipcowy sukces wielkoszlemowy w Londynie.

     

    – Najpierw było rozczarowanie pierwszą połową sezonu, zwłaszcza ziemią. Ale od czasu Wimbledonu to już idziemy pod prąd. Totalnie pod prąd – podsumował po finale w Cincinnati na antenie Canal+ Dawid Celt, kapitan reprezentacji Polski w Pucharze Billie Jean King.

     

    Słynny amerykański dziennikarz zajmujący się tenisem Ben Rothenberg napisał wręcz o cudach dokonywanych tego lata przez Świątek. Dlaczego więc wyczekiwany od dawna przełom Polki nastąpił w warunkach, które dotychczas były dla niej najmniej komfortowe?

     

    Po pierwsze, tam, gdzie zawsze jej najlepiej szło, najmocniej oczekiwano od niej tego powrotu na drogę triumfów. Presja była po prostu większa. W żartobliwym stwierdzeniu z poniedziałkowej przemowy po wygranej w Cincinnati też jest sporo prawdy, choć oczywiście “zmuszanie” trzeba zastąpić raczej “przekonaniem” – do niewielkich zmian w grze, które zwiększyły jej skuteczność na szybszych kortach.

     

    Wyczekiwane “kliknięcie” w zaskakującym momencie. Trener byłej nr 1 o Świątek: mistrzostwo świata

     

    Nie bez znaczenia jest też fakt, że był to moment, w którym pracowała już ponad pół roku z Belgiem Wimem Fissettem. W środowisku tenisowym nieraz można usłyszeć, że na pierwsze efekty współpracy z nowym trenerem trzeba poczekać właśnie co najmniej sześć miesięcy. Teraz Świątek sama przyznała, że wykonała w Ohio dużą pracę mentalną, wskazując tu też na zasługi należącej do jej sztabu od wielu lat psycholożki sportowej Darii Abramowicz.

     

    – Byłam bardziej opanowana niż wcześniej w Montrealu. Uważam, że np. dobrze serwowałam też wcześniej w Australii, choć może nie realizowałam wtedy wszystkich założeń. Podczas Wimbledonu, czy ogółem na trawie, rzeczywiście “kliknęło” i teraz staram się to po prostu kontynuować. Jestem bardzo zadowolona z efektów – opowiadała Polka w poniedziałkowym wywiadzie dla telewizji Tennis Channel.

     

    Do znudzenia też wszyscy powtarzają – i w pełni zasadnie – o zasługach Macieja Ryszczuka. Dzięki niemu Świątek od lat góruje nad przeciwniczkami przygotowaniem fizycznym i nieraz wygrywa na korcie walkę na wyniszczenie. Z pewnością miało to duże znaczenie teraz w Cincinnati, gdzie panował olbrzymi upał i we znaki dawała się duża wilgotność.

    Świątek miała też przy tym dodatkowo trochę szczęścia, bo w trzeciej rundzie w ogóle nie musiała wychodzić na kort za sprawą walkowera kontuzjowanej Ukrainki Marty Kostiuk. Bardziej wymagające rywalki miała zaś dopiero od półfinału. W drodze po triumf w Wimbledonie z kolei nie mierzyła się z żadną rywalką z Top10. I nie chodzi o to, by deprecjonować z tego powodu te sukcesy. Przywołać warto tu choćby słowa trenera Pawła Ostrowskiego po londyńskim zwycięstwie.

    – Nie da się ukryć, że rozwój wypadków w drabince sprzyjał. Natomiast sztuką jest, szczególnie w żeńskim tenisie, taką szansę wykorzystać. Dla mnie to absolutne mistrzostwo świata, bo znam bardzo dużo przykładów, kiedy turniej układał się pod daną zawodniczkę, ale ta nie była w stanie udźwignąć tego mentalnie. Proszę mi wierzyć, nieliczne tenisistki to potrafią. Zwłaszcza kiedy mowa o turnieju, którego nigdy wcześniej się nie wygrało – zaznaczył w rozmowie ze Sport.pl były trener Angelique Kerber.

    “Absurd” i “żart”, czyli próby przyciągania kibiców do tenisa. Świątek wprost o zmianach dot. szybkich kortów

    Dochodzi jeszcze jeden aspekt, który sprzyja Świątek. Zauważalna jest tendencja do spowalniania szybszych kortów, by zapewnić więcej dłuższych wymian, co ma z kolei przyciągać więcej kibiców. Na Wimbledonie wprowadzono nowy rodzaj stosowanej mieszanki trawy w 2001 roku i systematycznie od tego czasu tenisiści zwracają uwagę na zmianę nawierzchni, która uchodziła wcześniej zawsze za najszybszą. Do tego zawodnicy wskazują, że dodatkowy efekt spowalniający daje stosowanie większych niż wcześniej piłek, a także wysuszający trawę upał, który dawał się we znaki choćby ostatnio.

    – Piłki są najgorsze z możliwych, a ta trawa to żart. To nawet nie jest już trawa. Ten kort jest wolniejszy niż te ziemne – denerwował się rozstawiony z numerem 27. Kanadyjczyk Denis Shapovalov, który odpadł już w pierwszej rundzie tegorocznej edycji londyńskiego turnieju.

    Były brytyjski deblista Dominic Inglot z kolei w rozmowie z dziennikarzem BBC przyznał, że zmiana trawiastej nawierzchni wymusiła też zmianę stylu gry na niej.

    – Pomysł, który stał za tym, był taki, by Wimbledon konkurował pod względem długich i zaciętych wymian z tymi, które oglądało się podczas Australian Open, US Open i Roland Garros. Kiedyś było absurdem, by stosować na trawie kick serwis (Świątek często po niego sięga – red.), bo piłka po nim nie zachowywała się tak samo jak na ziemi czy hardzie. Tak więc 10 lat temu to było nie do pomyślenia, a teraz działa – analizował.

    Świątek również potwierdziła w lipcu dziennikarzom, że korty w Londynie stały się wolniejsze, a piłka inaczej się odbija podczas upału. Nie kryła też teraz, że nawierzchnia w Cincinnati wcześniej była dla niej zbyt szybka.

    – To było wariactwo. Teraz to coś, na czym można grać w tenisa. Jest nieco wolniej, co ma większy sens. Ale to nie jest tylko kwestia tego. Mam wrażenie, że tym razem poprawiam się po prostu z meczu na mecz. W przeszłości od początku było mi tu ciężko, a teraz czułam się trochę inaczej – stwierdziła jeszcze w trakcie turnieju Polka.

    Być może trzeba z pewną dozą dystansu podchodzić do opinii rozgoryczonego przegraną Shapovalova, ale z tezą, że korty w Londynie i Ohio są wolniejsze niż kiedyś, zgadzają się raczej wszyscy tenisiści. Trudno jednak sobie wyobrazić, by rzeczywiście stały się drugą “mączką”. I dlatego też Celt wskazał również na znaczenie wielkiego potencjału Świątek w jej ostatnich sukcesach.

    – Powtarzane było, że Iga nie lubi tych kortów w Cincinnati. Ale jest tenisistką unikatową. To dziewczyna stworzona do wygrywania największych rzeczy w tenisowym świecie. Rozwija się cały czas w błyskawicznym tempie, adaptuje się do nowych warunków i okoliczności. Jestem pewny, że będzie niedługo odnosić kolejne sukcesy. Pokazała w tym roku, że jest w stanie wygrywać też na kortach, na których do tej pory miała sporo problemów – zaznaczył.

    W Cincinnati nigdy wcześniej nie była w finale, a w Wimbledonie najdalej zaszła do ćwierćfinału. I to tylko raz.

    W dwóch minionych sezonach tenisistka, która wygrywała turniej w Cincinnati, triumfowała zaraz potem także w US Open. Czy Świątek podtrzyma tę passę? Przekonamy się we wrześniu. Na razie pokazała, że potrafi zaskoczyć wszystkich, łącznie z samą sobą.

  • Nagranie zza kulis to hit! Pokazali, co zrobili Świątek i Ruud

    Nagranie zza kulis to hit! Pokazali, co zrobili Świątek i Ruud

    Nagranie zza kulis to hit! Pokazali, co zrobili Świątek i Ruud

    Iga Świątek jest na fali, co potwierdza swoimi kolejnymi występami. Polka kilkanaście godzin po tym, jak wygrała finał Cincinnati Open, w parze z Casperem Ruudem wygrała dwa mecze US Open. Głośno o dokonaniach raszynianki i jej partnera, a w sieci pojawiło się nagranie pokazujące, co zrobili za kulisami. To hit!

     

    Iga Świątek i Casper Ruud na fali

     

    Iga Świątek i Casper Ruud bardzo dobrze rozpoczęli zmagania w tegorocznym US Open. Polka i Norweg w pierwszym spotkaniu nie dali szans Madison Keys i Francesowi Tiafoe, rozbijając reprezentantów USA 4:1, 4:2. Kilkadziesiąt minut później świętowali natomiast kolejną wygraną. Tym razem pokonując Caty McNally grającą z Lorenzo Musettim. Chwilę po swoich starciach rozmawiali z kolei z mediami, a na profilu Eurosportu pojawiło się zabawne nagranie.

     

    Pokazali, co Świątek i Ruud zrobili za kulisami

     

    Świątek i Ruud w pewnym momencie pokazali słynny gest wiceliderki rankingu WTA, dodając do niego słowo, z którego powtarzania jest ona bardzo dobrze znana. “Jazda” — krzyknęli oboje w tym samym momencie.

     

    “Casper Ruud, jak widać, odczuwa już efekty przebywania z Igą Świątek” — napisano na profili Eurosportu na platformie X.

     

    Kiedy kolejny mecz Świątek i Ruuda na US Open?

    https://x.com/Eurosport_PL/status/1957902851570565542

    Od triumfu w całych zawodach Polkę i Norwega dzielą już tylko dwa mecze. Łatwo jednak nie będzie, bo teraz na ich drodze staną Jessica Pegula i Jack Draper. Półfinały tegorocznego turnieju rozegrane zostaną ze środy na czwartek, krótko po północy naszego czasu. Zwycięzca tego starcia w finale zagra z lepszym z meczu: Danielle Collins/Christian Harrison — Sara Errani/Andrea Vavassori.

     

  • Sukces Świątek w cieniu skandalu — Jak Wielki Szlem zamienił się w burzę kontrowersji

    Sukces Świątek w cieniu skandalu — Jak Wielki Szlem zamienił się w burzę kontrowersji

    Sukces Świątek w cieniu skandalu — Jak Wielki Szlem zamienił się w burzę kontrowersji

    Turniej miksta podczas US Open miał być świętem — lekkim, odświeżającym dodatkiem, który łączy największe gwiazdy kobiecego i męskiego tenisa. Zamiast tego przerodził się w jeden z najbardziej kontrowersyjnych epizodów w najnowszej historii tego sportu. Zawodnicy są sfrustrowani, kibice podzieleni, a wiarygodność organizatorów mocno nadszarpnięta.

     

    W samym centrum tego zamieszania znalazła się Iga Świątek, która razem z Norwegiem Casperem Ruudem dotarła już do półfinału. Dla polskiej tenisistki miała to być prosta historia sukcesu. Jednak jej zwycięstwa rozgrywają się w cieniu chaosu, oskarżeń o stronniczość i gniewu zawodników, którzy czują się ograbieni z prawa do gry na nowojorskich kortach.

     

    Turniej, jakiego jeszcze nie było

     

    Tegoroczny mikst w US Open nie przypomina niczego, co dotąd znano. Cała formuła została wywrócona do góry nogami: mecze skrócono do czterech gemów w secie, rywalizację ściśnięto do zaledwie dwóch dni, a — co najbardziej kontrowersyjne — zmieniono zasady kwalifikacji.

     

    Tradycyjne ścieżki, dzięki którym eksperci od debla mogli zapewnić sobie miejsce w drabince, przestały istnieć. Organizatorzy uznali, że jedyną walutą jest rozpoznawalność.

     

    Osiem par wybrano wyłącznie na podstawie rankingów singlowych, a kolejne osiem musiało liczyć na „dzikie karty”. Efekt? Na kortach pojawiły się takie nazwiska jak Świątek, Ruud, Jessica Pegula czy Jack Draper. Tymczasem światowej klasy deblowi specjaliści — którzy przez lata budowali swoje kariery na pracy zespołowej — zostali odepchnięci na margines.

     

    Do głównej drabinki przebiła się tylko jedna prawdziwa para deblowa: włoski duet Sara Errani i Andrea Vavassori. Resztę stawki zdominowali singliści — wielu z nich po raz pierwszy próbowało swoich sił w mikście.

     

    Zapomniana gwiazda: Katerina Siniakova

     

    Jeśli jedna zawodniczka stała się symbolem niesprawiedliwości nowego systemu, to bez wątpienia jest nią Katerina Siniakova. Czeszka ma na swoim koncie aż 11 wielkoszlemowych triumfów w deblu. Mimo to jej pozycja wiceliderki rankingu deblowego nie miała żadnego znaczenia. Ponieważ w singlu zajmuje dopiero 65. miejsce, musiała ubiegać się o „dziką kartę”.

     

    Początkowo zgłosiła się w parze z Jannikiem Sinnerem — duetem, który od razu mógłby rozpalić emocje kibiców. Los jednak okazał się okrutny. Podczas finału w Cincinnati Sinner doznał kontuzji w starciu z Carlosem Alcarazem i musiał się wycofać. To oznaczało automatyczne wyeliminowanie ich zespołu.

     

    Siniakova, pozbawiona partnera, liczyła, że organizatorzy pomogą jej znaleźć zastępstwo. Nic takiego się jednak nie stało. Jej miejsce zajęli Amerykanie — Danielle Collins i Christian Harrison — którzy, jakimś „przypadkiem”, dotarli już do półfinału.

     

    Sytuację pogorszył fakt, że Siniakova specjalnie wycofała się z turnieju WTA w Cleveland, aby móc zagrać w Nowym Jorku. Teraz pozostały jej tylko treningi, a poświęcenie okazało się daremne.

     

    Statystyki mówią same za siebie: spośród 32 zawodników biorących udział w mikście aż 12 to reprezentanci USA. Turniej, który reklamuje się jako „otwarty”, coraz bardziej wygląda na zamknięty krąg gospodarzy.

     

    Głosy oburzenia

     

    Na organizatorów spadła fala krytyki nie tylko od specjalistów debla, ale również z niespodziewanych stron. Jessica Pegula, Amerykanka, która sama odniosła korzyści z nowego formatu, ostro zaatakowała decyzje władz US Open na konferencji prasowej.

     

    — Po prostu zmieniliście format i nikomu o tym nie powiedzieliście. Czy pytaliście zawodników o zdanie? Czy zastanowiliście się, jak to wpływa na tych, którzy żyją z debla i miksta? Niektórzy stracili szansę gry i szansę na zarobek — grzmiała Pegula.

     

    Jej słowa brzmiały szczególnie mocno, bo sama jest w półfinale. Zamiast milczeć, zdecydowała się jednak wytknąć niesprawiedliwość.

     

    A stawka finansowa jest ogromna: zwycięzcy miksta w Nowym Jorku zgarną aż milion dolarów. Dla zawodników żyjących głównie z gry podwójnej, to kwota oznaczająca nie tylko prestiż, ale i realne utrzymanie.

     

    Złamana tradycja, utracony prestiż

     

    Krytycznie wypowiedział się także Jan Zieliński, czołowy polski deblista. W ubiegłym roku triumfował w mikście na Wimbledonie i Australian Open z Hsieh Su-wei. Teraz nie dostał się nawet do drabinki.

     

    — Mikst w Nowym Jorku ma kilkudziesięcioletnią tradycję. To zawsze była prestiżowa rywalizacja. Wielkie nazwiska wygrywały ten turniej, budując swoje legendy. A teraz? W dwa dni, grając do czterech gemów, ktoś zdobędzie tytuł wielkoszlemowy. To odbiera temu wydarzeniu powagę — powiedział Zieliński.

     

    Jego słowa oddają rosnące przekonanie, że US Open poświęciło autentyczność dla widowiska. Zamiast doceniać kunszt gry podwójnej, organizatorzy postawilina marketing i nazwiska singlowych gwiazd.

     

  • Sukces Świątek w cieniu wielkiej burzy. Tak potraktowano drugą rakietę świata

    Sukces Świątek w cieniu wielkiej burzy. Tak potraktowano drugą rakietę świata

    Iga Świątek zameldowała się już w półfinale miksta podczas US Open, jednak sam turniej wzbudza sporo kontrowersji ze względu na nową formułę. Głos w sprawie zabrała nawet Amerykanka Jessica Pegula, otwarcie krytykując organizatorów. Najgłośniej mówi się jednak o tym, że przez zmienione zasady pominięto m.in. wiceliderkę rankingu deblistek Katerinę Siniakovą.

    Nowa formuła – krótsze mecze i inne zasady

    We wtorek w Nowym Jorku ruszył turniej gry mieszanej. W półfinale Świątek i Ruud zmierzą się z duetem Pegula – Draper, a w drugim meczu o finał zagrają Collins i Harrison przeciwko Errani i Vavassori. W tym roku rozgrywki skrócono do dwóch dni. Spotkania toczą się tylko do czterech gemów, a półfinały i finał zaplanowano na noc ze środy na czwartek.

    Najwięcej kontrowersji budzą jednak kryteria doboru uczestników. Organizatorzy chcieli, by mikst stał się bardziej atrakcyjny dla publiczności, dlatego wprowadzili zasadę, że osiem par dopuszcza się na podstawie łącznych rankingów singlowych, a kolejne osiem otrzymuje „dzikie karty”. Dzięki temu do gry weszły znane nazwiska jak Świątek i Ruud czy Pegula i Draper. Specjaliści od debla musieli liczyć na zaproszenia – i w większości się nie doczekali.

    Efekt? Wśród 16 par tylko jedna to prawdziwi specjaliści od gry podwójnej – Errani i Vavassori, którzy w tym roku wygrali Roland Garros w mikście. Reszta to głównie singliści, choć niektórzy, jak Taylor Townsend czy Mirra Andriejewa, odnoszą także sukcesy w deblu.

    Czeszka bez szans na grę

    Największą poszkodowaną okazała się Katerina Siniakova – jedna z najlepszych deblistek świata, mająca na koncie 11 tytułów wielkoszlemowych. Choć jest wiceliderką rankingu deblowego, to w singlu plasuje się dopiero w szóstej dziesiątce. Początkowo nie znalazła się w drabince, a „dziką kartę” otrzymała dopiero, gdy zgłosiła się do gry z Jannikiem Sinnerem. Pech chciał, że Włoch doznał kontuzji w finale w Cincinnati i musiał wycofać się z turnieju.

    Siniakova liczyła, że organizatorzy pomogą jej znaleźć innego partnera, ale zamiast tego miejsce jej pary zajęli… Amerykanie Collins i Harrison, którzy już awansowali do półfinału. Tymczasem Czeszka zrezygnowała specjalnie z występu w turnieju WTA w Cleveland, by móc zagrać w Nowym Jorku – teraz pozostały jej tylko treningi.

    Co więcej, aż 12 z 32 uczestników miksta to Amerykanie. Na przykład Jasmine Paolini, która wycofała się z gry z Musettim, została zastąpiona przez Caty McNally, a „dzikie karty” otrzymali także m.in. Venus Williams czy Reilly Opelka. Zdaniem wielu balans został zachwiany – w imprezie, która z definicji ma być „otwartymi mistrzostwami USA”, tym razem bardziej przypomina wewnętrzny turniej gospodarzy.

    Głośne głosy krytyki

    Siniakova już wcześniej komentowała nowe zasady. – Jeśli dwójka najlepszych tenisistów świata nie dostaje się do turnieju, to znaczy, że coś jest nie tak – mówiła w rozmowie z czeskim Canal+ Sport. Podkreślała, że wraz z Marcelo Arevalo (byłym liderem rankingu deblowego) nie otrzymali „dzikiej karty”, mimo że Arevalo wciąż jest w ścisłej czołówce.

    Krytycznie wypowiedziała się także Jessica Pegula, która sama korzysta z nowych reguł. – Nie podoba mi się sposób, w jaki to zorganizowano. Zmieniliście format bez konsultacji z zawodnikami. Kibice może będą zadowoleni, ale wielu graczy straciło szansę na występ i zarobek. Dla niektórych to był naprawdę ważny turniej – powiedziała Amerykanka.

    Prestiż pod znakiem zapytania

    Na problem zwrócił uwagę również Jan Zieliński, który przed rokiem triumfował w mikście na Wimbledonie i Australian Open. – Mikst w Nowym Jorku ma długą tradycję, a teraz nagle można zdobyć tytuł w dwa dni i przy meczu do czterech gemów. To odbiera wydarzeniu powagę i prestiż – ocenił.

    Kontrowersje wokół US Open 2025 sprawiły więc, że choć Iga Świątek i Casper Ruud notują świetny występ, to sukces Polki pozostaje w cieniu głośnej dyskusji o zasadach, które mocno uderzyły w deblistów i całkowicie zmieniły oblicze tej rywalizacji.

  • Podróż Świątek na US Open zamienia się w finansowy sukces — a liczby wciąż rosną

    Podróż Świątek na US Open zamienia się w finansowy sukces — a liczby wciąż rosną

    Podróż Świątek na US Open zamienia się w finansowy sukces — a liczby wciąż rosną

    Przygoda Igi Świątek w Nowym Jorku staje się czymś więcej niż tylko popisem jej tenisowej klasy — to również historia zdumiewających zarobków. Zanim Polka rozpoczęła długo wyczekiwaną rywalizację singlową na US Open, zdążyła już zapewnić sobie miejsce w półfinale gry mieszanej. W parze z Norwegiem Casperem Ruudem Świątek z łatwością przechodzi kolejne rundy, zachwycając pewnością i precyzją, a jednocześnie wzbudzając zainteresowanie imponującymi kwotami, które zaczynają spływać na jej konto.

     

    To, co zaczęło się jako swoisty eksperyment w mikście, bardzo szybko przerodziło się w udaną kampanię. Nowo utworzony duet najpierw odprawił wymagający amerykański duet Madison Keys – Frances Tiafoe, wygrywając 4:1, 4:2. Następnie równie pewnie pokonali Caty McNally i Lorenzo Musettiego, ponownie kończąc mecz takim samym wynikiem. Dzięki dwóm przekonującym zwycięstwom Świątek i Ruud zameldowali się w najlepszej czwórce turnieju w Nowym Jorku — a to oznacza także konkretne profity finansowe.

     

    Awans do półfinału gwarantuje im już 200 tys. dolarów, czyli po 100 tys. na zawodnika. Dla Świątek oznacza to natychmiastowy zastrzyk około 364 tys. złotych. Ale to dopiero początek. Jeśli wraz z Ruudem pokona w półfinale duet Jessica Pegula – Jack Draper, kwota ta podwoi się do 400 tys. dolarów.

     

    A potem nadejdzie prawdziwa nagroda. Triumf w finale zapewni aż milion dolarów do podziału, co dla Polki oznaczałoby 500 tys. dolarów, czyli blisko 1,8 mln złotych. Taki sukces stałby się kolejnym błyszczącym punktem w złotym okresie jej kariery.

     

    Lato Świątek to pasmo wielkich osiągnięć. Chwilę po zwycięstwie na Wimbledonie, sięgnęła po prestiżowy tytuł WTA 1000 w Cincinnati, nie tracąc ani jednego seta, czym udowodniła, że jej dominacja na światowych kortach rośnie z każdym tygodniem. Kilka godzin później rozpoczęła występ w Nowym Jorku w grze mieszanej i od pierwszego meczu pokazała, że z nowym partnerem tworzą duet, z którym trzeba się liczyć.

     

    Jednak droga do samego końca nie będzie łatwa. Pegula i Draper to niezwykle wymagający rywale, słynący z regularności i agresywnego stylu gry, co czyni ich jednym z faworytów całego turnieju. A nawet jeśli Świątek i Ruud zdołają ich wyeliminować, finał zapowiada się jako prawdziwy test nerwów — z potencjalnym starciem przeciwko amerykańskiemu duetowi Danielle Collins – Christian Harrison lub doświadczonej włoskiej parze Sara Errani – Andrea Vavassori.

     

    Na razie kibice czekają na nocne widowisko. Półfinał Świątek i Ruuda z Pegulą oraz Draperem zaplanowano na godzinę 1:00 czasu polskiego, a tysiące fanów zasiądzie do śledzenia relacji na żywo, czekając na kolejną ekscytującą odsłonę nowojorskiej historii Polki. Jeśli awansuje, finał odbędzie się niemal natychmiast po półfinale — co może zamienić jedną noc w mieście, które nigdy nie zasypia, w najważniejszą noc w jej karierze mikstowej.

     

    Świątek już wielokrotnie udowodniła, że potrafi wytrzymać presję największych scen. Pytanie brzmi: czy zdoła pójść jeszcze dalej, sięgnąć po ostateczną nagrodę i dopisać kolejną imponującą kwotę do swojej rosnącej fortuny?