• Ależ sensacja na kortach US Open! “Nie takiego wyniku chciałam”

    Ależ sensacja na kortach US Open! “Nie takiego wyniku chciałam”

    Weronika Kudermietowa nie zaliczy US Open 2025 do udanych. Rosjanka odpadła już w pierwszej rundzie po niespodziewanej porażce z 149. rakietą świata, Janice Tjen. Jak sama skomentowała ten wynik? Bardzo krótko i wymownie.

    Tegoroczny turniej w Nowym Jorku przynosi coraz więcej sensacji w rywalizacji kobiet. Madison Keys (6. WTA), triumfatorka Australian Open, musiała uznać wyższość Renaty Zarazúy (82. WTA), przegrywając po ponad trzygodzinnym boju 7:6(10), 6:7(3), 5:7. Z kolei rozstawiona z numerem 15 Elina Switolina uległa 2:6, 4:6 Węgierce Annie Bondar (97. WTA).

    Do sporej niespodzianki doszło także w starciu Kudermietowej (25. WTA) z Tjen. Mecz trwał 133 minuty i obfitował w zwroty akcji, ale to debiutująca w wielkoszlemowej imprezie Indonezyjka zwyciężyła 6:4, 4:6, 6:4. Co ciekawe, do turnieju głównego musiała przebijać się przez kwalifikacje, a w ich półfinale wyeliminowała Maję Chwalińską (177. WTA). To bez wątpienia występ, który zapisze się w jej karierze na długo.

    A co po meczu powiedziała sama Kudermietowa? Jej wpis w mediach społecznościowych był krótki i emocjonalny:
    — Nie takiego wyniku chciałam. Dałam z siebie wszystko, ale dziś się nie udało. Przynajmniej zdobyłam serca najlepszych kibiców. Dziękuję za niesamowite wsparcie! — napisała Rosjanka, cytowana przez championat.com.

    W drugiej rundzie rywalką Janice Tjen będzie Emma Raducanu (36. WTA). Będzie to pierwsze spotkanie obu tenisistek. Czy Brytyjka zdoła powtórzyć swoją sensacyjną drogę sprzed czterech lat, kiedy sięgnęła po tytuł w Nowym Jorku? Choć wydaje się to mało realne, tenis nieraz widział już jeszcze bardziej nieprawdopodobne historie.

  • Godziny do meczu Świątek, a tu takie wieści. Zawrzało. “Co oni wyprawiają?”

    Godziny do meczu Świątek, a tu takie wieści. Zawrzało. “Co oni wyprawiają?”

    Już we wtorek o godzinie 17:30 Iga Świątek zainauguruje swój udział w tegorocznym US Open. Na otwarcie turnieju zmierzy się z Kolumbijką Emilianą Arango. Pogoda sprzyja organizatorom i wszystko wskazuje na to, że spotkanie rozpocznie się zgodnie z planem. Pojawiły się jednak wątpliwości, czy polscy kibice będą mogli obejrzeć transmisję bez przeszkód. W sieci zawrzało, a fani nie kryją swojego oburzenia.

    Podczas sobotniej konferencji prasowej Świątek podkreślała, że w kobiecym tenisie nie ma sensu mówić o jednej faworytce. – To nie jest tak, że panuje tu zupełna nieprzewidywalność, bo mamy zawodniczki, które regularnie utrzymują się w czołówce i pokazują wysoki poziom przez cały sezon. Ale jednocześnie wiele tenisistek prezentuje świetną formę i każda z nich może wygrać turniej – mówiła Polka. Mimo takiego podejścia to właśnie ona znajduje się w ścisłym gronie kandydatek do końcowego triumfu. W 2022 roku zdobyła już tytuł w Nowym Jorku i teraz spróbuje powtórzyć ten sukces. Jej pierwszy krok w kierunku siódmego wielkoszlemowego zwycięstwa przypadnie na wtorkowe popołudnie. Problem wcale nie dotyczy jednak samej zawodniczki, lecz widzów w Polsce.

    Kibice wściekli: „Eurosport zwariował?”

    Mecz pierwszej rundy między Świątek a Arango wyznaczono na 17:30 czasu polskiego. W telewizji pokaże go Eurosport 1, ale dopiero po zakończeniu etapu kolarskiej Vuelty a Espana. Na profilu „Z kortu – informacje tenisowe” zwrócono uwagę, że może dojść do kolizji transmisji. Dziennikarz Michał Chojecki ostrzegał na X: – Prognozowany finisz etapu to 17:20–17:25. Jeśli jednak kolarze będą jechali dłużej, w Polsce grozi nam prawdziwa „burza”.

    Ten scenariusz wywołał falę ostrych komentarzy fanów tenisa. „Już od rana podnieśli mi ciśnienie… Lepiej, żeby kolarze szybko dojechali do mety”, „Chyba stanę na czele zamieszek, jeśli znowu będą opóźnienia. Potrzebne jest inne rozwiązanie”, „Czy Eurosport upadł na głowę? Jeśli nie pokażą meczu Igi od początku, kibice im tego nie darują. Nie interesują nas ich wymówki” – pisali sfrustrowani internauci.

    Świątek zaczyna walkę o siódmy wielkoszlemowy tytuł

    Pozostaje liczyć, że wyścig zakończy się zgodnie z planem i transmisja meczu Polki wystartuje punktualnie. Spotkanie będzie można śledzić także w relacji tekstowej na stronie głównej Sport.pl oraz w aplikacji Sport.pl LIVE. Będzie to pierwsze w historii seniorskie starcie Świątek z Arango, a zdecydowaną faworytką – co do tego nikt nie ma wątpliwości – jest wiceliderka światowego rankingu.

  • ‎Przełom w relacji Świątek z Fissettem. To był najważniejszy moment. “Na sto procent”

    ‎Przełom w relacji Świątek z Fissettem. To był najważniejszy moment. “Na sto procent”

    Iga Świątek na progu wielkiego wyzwania. Ekspert ujawnia, co zmieniło jej karierę

    Już za chwilę nowojorskie korty staną się areną, na której Iga Świątek spróbuje dopisać kolejny rozdział do swojej niezwykłej historii. Polka rozpoczyna siódmy w karierze występ w głównej drabince US Open i choć wiele razy udowadniała, że potrafi radzić sobie z presją, tym razem stawka jest wyjątkowa. W grze jest nie tylko drugi tytuł w Nowym Jorku, ale także siódmy triumf wielkoszlemowy w ogóle oraz siódmy sukces zdobyty na amerykańskiej ziemi. To symboliczna liczba, która może zamknąć pewien etap jej kariery i otworzyć zupełnie nowy.

    Choć Świątek przystępuje do turnieju w roli faworytki, jej droga do tego miejsca nie była wcale usłana różami. W pierwszych miesiącach sezonu widać było, że forma liderki polskiego tenisa nieco odbiega od standardów, do jakich przyzwyczaiła świat. Ćwierćfinały, półfinały – dla wielu zawodniczek to byłoby spełnienie marzeń, dla Igi jednak oznaczało to niedosyt i poszukiwanie brakującego elementu, który pozwoliłby wrócić na absolutny szczyt.

    Kiedy przyszły wątpliwości

    Nie był to jednak kryzys w klasycznym tego słowa znaczeniu. Świątek nadal pozostawała w ścisłej czołówce, ale czegoś brakowało – tego ostatniego kroku, który pozwalałby zameldować się w finałach i podnosić trofea. Nawet na ukochanej paryskiej mączce nie udało się sięgnąć po kolejny triumf. Trudno było oczekiwać, że przełom nastąpi na trawie, nawierzchni, na której Iga wcześniej wielokrotnie się męczyła.

    A jednak – stało się coś, co zdaniem wielu zmieniło bieg jej kariery. Kluczem okazał się trener Wim Fissette. To właśnie Belg, człowiek, który wcześniej prowadził m.in. Angelique Kerber, pomógł Idze uwierzyć, że na trawie można nie tylko przetrwać, ale i zwyciężać. Efekt? Sensacyjne zwycięstwo w Wimbledonie – w sezonie, który jeszcze kilka tygodni wcześniej wydawał się najtrudniejszy od lat.

    Ostrowski: “Iga wpuściła trenera”

    Paweł Ostrowski, były trener Kerber, w rozmowie z Interią Sport podkreśla, że fundamentem tego sukcesu była budowa chemii między zawodniczką a szkoleniowcem.

    – Iga przez lata pracowała tylko z Polakami. To daje naturalną łatwość komunikacji. Tutaj pojawił się ktoś z innego kraju, z innym językiem, z innymi niuansami w sposobie przekazywania informacji. Tego nie da się przeskoczyć od razu – mówi. – Ale widać, że w pewnym momencie Iga dopuściła Fissette’a bliżej siebie. Zaufała jego wizji i zaczęła realizować jego koncepcję. Od tego momentu mogliśmy oczekiwać tylko lepszych wyników.

    To właśnie „wpuszczenie” trenera – jak określa Ostrowski – było punktem zwrotnym.

    Trudne chwile i kryzysy

    Nie można zapomnieć, że droga do tego etapu nie była wolna od napięć. Świat tenisowy żył przez chwilę nieprzyjemnymi obrazkami: brakiem przybicia piątki z trenerem po jednej z porażek czy emocjonalnym zachowaniem wobec chłopca do podawania piłek. Wzbudziło to dyskusje o psychice Polki i o tym, czy wytrzymuje presję bycia numerem jeden.

    – To normalne – uspokaja Ostrowski. – W każdej relacji, także zawodowej, zdarzają się momenty kryzysowe. Do tego mamy Darię Abramowicz, psycholog, która od lat wspiera Igę. Teraz w drużynie pojawiła się nowa osoba, więc musiał minąć czas, zanim wszyscy zaczęli działać w jednym rytmie.

    Efekt zaufania

    Ten proces dojrzewania relacji zaowocował właśnie na kortach Wimbledonu. Zdaniem Ostrowskiego, to właśnie tam Iga po raz pierwszy zaufała trenerowi w stu procentach.

    – Ona była agresywna, ale bardziej cierpliwa. Zaczęła lepiej rozkładać siły, poruszać się po korcie z jeszcze większą lekkością. Pojawiły się też częstsze wizyty przy siatce – zauważa. – Nawet jeśli nie była tam cały czas, sama świadomość rywalek, że Iga może to zrobić, zmieniała dynamikę gry.

    Dowodem na postęp był też występ w turnieju par mieszanych u boku Caspera Ruuda tuż przed US Open. Choć duet przegrał w finale, Świątek pokazała, że praca przy siatce i gra ofensywna stają się jej atutami, a nie słabością.

    Nowy Jork czeka

    Tymczasem US Open zbliża się wielkimi krokami. Pierwszą rywalką Polki będzie Kolumbijka Emiliana Arango. W tej samej połówce drabinki znalazła się Coco Gauff – trzecia rakieta świata, która dla wielu kibiców jest naturalną kandydatką do ewentualnego półfinału z Igą.

    Największa rywalka Świątek, Aryna Sabalenka, tym razem przyjeżdża do Nowego Jorku z problemami zdrowotnymi i formą daleką od ideału. To jednak wcale nie oznacza, że można ją skreślać. – W tenisie zwroty akcji są zawsze możliwe. Ale jeśli Iga zagra na swoim najwyższym poziomie, rywalka po drugiej stronie kortu nie będzie miała znaczenia – podsumowuje Ostrowski.

    Iga Świątek znów stoi więc przed wielkim wyzwaniem. Ma za sobą trudne momenty, przełomowe decyzje i proces budowania relacji, który – jak podkreślają eksperci – odmienił jej tenis. Teraz najważniejsze pytanie brzmi: czy w Nowym Jorku siódemka rzeczywiście okaże się jej szczęśliwą liczbą?

  • Śmiała decyzja Karola Nawrockiego w sprawie rosyjskiego łyżwiarza – punkt zwrotny dla polskiego sportu

    Śmiała decyzja Karola Nawrockiego w sprawie rosyjskiego łyżwiarza – punkt zwrotny dla polskiego sportu

    Śmiała decyzja Karola Nawrockiego w sprawie rosyjskiego łyżwiarza – punkt zwrotny dla polskiego sportu

    ‎Przez wiele miesięcy historia Władimira Semirunniego cicho rozwijała się w tle polskiego sportu. Młody talent łyżwiarski, który uciekł z Rosji w poszukiwaniu przyszłości wolnej od politycznych ograniczeń, obrał sobie za cel Polskę – kraj, który dał mu nadzieję, wsparcie i szansę na podtrzymanie olimpijskiego marzenia. A jednak, mimo imponujących wyników na lodzie, na jego drodze stała jedna przeszkoda: obywatelstwo.

    ‎Teraz ten rozdział znalazł dramatyczny finał.

    ‎Łyżwiarz, który zostawił wszystko za sobą

    ‎Droga Semirunniego była wszystkim, tylko nie zwyczajna. Zaledwie 22-letni zawodnik opuścił Rosję, by kontynuować karierę sportową w Polsce. Jego talent szybko dał o sobie znać – na mistrzostwach świata zdobył już srebro i brąz, startując w barwach naszego kraju. Jednak same medale nie otwierały drzwi do igrzysk olimpijskich. Bez obywatelstwa jego marzenie o reprezentowaniu Polski na największej scenie sportowej świata pozostawało zawieszone.

    ‎W kwietniu mówił otwarcie o poświęceniu. „Na dodatkowe przyjemności przyjdzie czas później. Na razie wszystko idzie w sport” – przyznał w wywiadzie. Choć od przyjazdu do Polski widział swoją mamę tylko raz, jego rodzina konsekwentnie wspierała rozwój sportowy 22-latka, wysyłając nawet niezbędne dokumenty do uzupełnienia wniosku o obywatelstwo.

    ‎Polityczne przeszkody i rosnąca nadzieja

    ‎Początkowo padały zapewnienia z najwyższych szczebli władzy. Jeszcze za prezydentury Andrzeja Dudy Ministerstwo Sportu zajęło się sprawą Semirunniego, obiecując, że zostanie ona potraktowana priorytetowo i ponad politycznymi podziałami. Młody łyżwiarz zachowywał wiarę, że Polska stanie się nie tylko jego sportowym, ale i prawnym domem.

    ‎Potem zapadła cisza. Mijały miesiące, zmienił się prezydent, a niepewność rosła. Czy nowa głowa państwa, Karol Nawrocki, dotrzyma słowa? Czy może olimpijskie ambicje Semirunniego rozpadną się pod ciężarem biurokracji?

    ‎Nawrocki przerywa ciszę

    ‎Ta niepewność zakończyła się rankiem 26 sierpnia. Podczas oficjalnej ceremonii prezydent Karol Nawrocki podjął decyzję, która może odmienić przyszłość polskiego łyżwiarstwa szybkiego. Jak podała Interia, prezydent „postawił kropkę nad i” w tej sprawie – nadając Władimirowi Semirunniemu polskie obywatelstwo.

    ‎Ten jeden podpis ma ogromne znaczenie. Daje Semirunniemu nie tylko prawo do życia jako pełnoprawny obywatel Polski, ale także otwiera mu drogę do startu w biało-czerwonych barwach podczas zbliżających się igrzysk olimpijskich.

    ‎Olimpijskie marzenie na wyciągnięcie ręki

    ‎Moment decyzji nie mógł być bardziej znaczący. Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2026, które odbędą się w dniach 6–22 lutego w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo, zbliżają się wielkimi krokami. Będą to już trzecie igrzyska w historii Włoch – po Cortinie w 1956 roku i Turynie w 2006 roku. Dla Semirunniego mogą one być pierwszym rozdziałem olimpijskiej kariery, a dla Polski – początkiem nowej ery z gwiazdą, która jest w stanie rywalizować z najlepszymi na świecie.

    ‎Więcej niż tylko formalność

    ‎Choć dokumenty obywatelskie mogą wydawać się jedynie papierologią, w przypadku Semirunniego oznaczają coś o wiele głębszego. Jego droga to historia poświęcenia, wytrwałości i wiary, że sport przekracza granice. Dla Polski przyznanie mu obywatelstwa to nie tylko akt polityczny, ale też jasny sygnał: talent i determinacja będą dostrzegane, niezależnie od miejsca pochodzenia.

    ‎Gdy rozpoczyna się odliczanie do igrzysk 2026, oczy całego świata zwrócone będą na młodego łyżwiarza, który zamienił niepewność na nadzieję i odnalazł swój drugi dom na polskim lodzie.

     

  • ‎‎Wielki bój i gorzka porażka, aż 89 błędów. Amerykańska mistrzyni “sparaliżowana” nerwami

    ‎‎Wielki bój i gorzka porażka, aż 89 błędów. Amerykańska mistrzyni “sparaliżowana” nerwami

    ‎‎Wielki bój i gorzka porażka, aż 89 błędów. Amerykańska mistrzyni “sparaliżowana” nerwami

     

    ‎Madison Keys znalazła się pod naprawdę dużą presją przed startem w ramach US Open przed własną publicznością – oczekiwania względem niej, po wygranym na początku roku Australian Open, były wśród amerykańskich fanów bez dwóch zdań wysokie. To wszystko niejako przytłoczyło 30-latkę, która zaliczyła niezwykle zacięty bój z Renatą Zarazuą, ale ostatecznie uległa rywalce, odpadła z US Open już w pierwszej rundzie i… zaliczyła po drodze aż 89 niewymuszonych błędów.

    ‎Sezon 2025 bez dwóch zdań okazał się wyjątkowy dla reprezentantki Stanów Zjednoczonych Madison Keys, która w styczniu sięgnęła po swój pierwszy w karierze tytuł wielkoszlemowy, wygrywając na Australian Open.

    ‎W kolejnych odsłonach WS, czyli na Rolandzie Garrosie oraz na Wimbledonie, 30-latka nie zbliżyła się do podobnego wyniku, ale najbardziej bez dwóch zdań chciała ona i tak zabłysnąć przed własną publicznością na US Open. Jej przygoda z nowojorskimi zmaganiami okazała się jednak krótka i pod pewnymi względami wręcz dramatyczna.

    ‎Trzy sety i koniec gry na US Open. Keys odpadła z turnieju w sensacyjnych okolicznościach

    ‎Keys w pierwszej rundzie trafiła na przedstawicielkę Meksyku Renatę Zarazuę – i bez dwóch zdań była faworytką pojedynku z nierozstawioną oponentką, którą szósta w rankingu WTA Amerykanka wyprzedzała o 76 pozycji w globalnej klasyfikacji.

    ‎Mecz ten przerodził się w naprawdę zacięty, trzysetowy i trwający nieco ponad trzy godziny bój, w którym Zarazua ostatecznie zatriumfowała 6:7 (10-12), 7:6 (7-3), 7:5. Madison Keys, finalistka US Open z 2017 roku, musiała przełknąć gorycz porażki, a wyjątkowo charakterystyczna w jej grze okazała się tym razem… liczba niewymuszonych błędów, których uzbierała aż 89. Dla kontrastu winnerów zaliczyła dokładnie 44.

    ‎Keys zjadły nerwy. Presja na tegorocznym US Open była dla niej przytłaczająca

    ‎Po spotkaniu, w trakcie konferencji prasowej, sportsmenka ze Stanów Zjednoczonych przyznała, że napięcie związane z grą okazało się dla niej tym razem przytłaczające. “Po raz pierwszy od jakiegoś czasu nerwy wzięły górę. To stało się trochę paraliżujące. Czułam, że jestem po prostu powolna. Nie dostrzegałam wielu rzeczy w taki sposób, jaki chciałam, co, jak sądzę, skutkowało wieloma złymi decyzjami i powolną pracą nóg” – mówiła, a jej słowa zacytował m.in. oficjalny serwis WTA.

    ‎Keys została też zagadnięta o presję związaną z faktem, że po raz pierwszy pojawiła się na nowojorskim turnieju jako mistrzyni innych rozgrywek wielkoszlemowych. “Ona prawdopodobnie narastała, zazwyczaj trochę narasta. Zawsze czuje się tremę przed pierwszą rundą, a im bliżej dnia meczowego, tym bardziej się denerwujesz” – stwierdziła. Jak wskazała zawodniczka, tym razem cała ta otoczka jednak wyjątkowo jej doskwierała.

    ‎Po prostu czułam, że zwycięstwo jest dla mnie zbyt ważne i nie byłam w stanie się od tego odciąć. A potem, gdy zaczyna się grać źle, wszystko nabiera tempa

    ‎skwitowała.

    ‎Sensacyjna zwyciężczyni, Renata Zarazua, w kolejnej rundzie skrzyżuje rakietę z Francuzką Diane Parry. Tymczasem już we wtorek 26 sierpnia swoje zmagania na US Open zainauguruje Iga Świątek, mierząc się z Emilianą Arango.

  • Magda Linette grzmi ws. Igi Świątek. “Niski poziom”

    Magda Linette grzmi ws. Igi Świątek. “Niski poziom”

    Magda Linette w swoim najnowszym wywiadzie odniosła się do sposobu, w jaki polskie media przedstawiają postać Igi Świątek. Zdaniem poznanianki dziennikarze nie potrafią w odpowiedzialny sposób budować narracji wokół sukcesów najlepszej polskiej tenisistki i często sprowadzają jej fenomen do prostych haseł, zamiast realnie przybliżać kibicom specyfikę dyscypliny.

    Linette krytycznie o mediach i narracji wokół Świątek

    W rozmowie opublikowanej na kanale YouTube polskiego wydania magazynu „Elle” Linette została zapytana m.in. o Świątek i jej rolę w rozwoju polskiego sportu. Tenisistka przyznała, że w pierwszej części sezonu, mimo bardzo solidnych wyników Polki – niemal w każdym turnieju kończyła występy co najmniej w ćwierćfinale – narracja w mediach była często negatywna. Krytykowano nie tylko przegrane mecze, ale również styl gry.

    Linette podkreśliła, że część dziennikarzy wyraźnie przesadziła, a ich narracja świadczy jedynie o słabym poziomie polskiego dziennikarstwa sportowego. Według niej media nie spełniają roli edukacyjnej wobec kibiców, nie tłumaczą niuansów tenisowych, a jedynie „podpinają się” pod głośne sukcesy Świątek.

    – Myślę, że poziom naszego dziennikarstwa sportowego jest bardzo niski. Nie buduje świadomości, nie uczy kibiców rozumienia tego sportu. Dziennikarze prymitywnie konstruują narrację wokół Igi. Wymyślili sobie, że skoro jest numerem jeden, to wszystko jest cudowne. A powinni tłumaczyć, dlaczego tak jest, co dokładnie ona osiągnęła, co w tym jest niezwykłego – zaznaczyła Linette.

    „Iga robi rzeczy nadludzkie”

    Poznanianka nie kryje ogromnego uznania dla Świątek. Jak zauważyła, jej dokonania na korcie w ostatnich latach należą do absolutnie wyjątkowych w historii kobiecego, a nawet męskiego tenisa.

    – Ona przez ostatnie dwa lata robiła rzeczy nadludzkie. Niewiele zawodniczek i zawodników w historii było w stanie osiągnąć podobny poziom. Tymczasem mam wrażenie, że dziennikarze zachwycali się nią w powierzchowny sposób, bez próby pokazania szerszego kontekstu czy edukowania kibiców – dodała.

    Sama Linette szybko pożegnała się z US Open

    Magda Linette, która w wywiadzie broniła Świątek i krytykowała media, sama zakończyła tegoroczny US Open już w pierwszej rundzie. W niedzielę przegrała z Amerykanką McCartney Kessler 5:7, 5:7.

  • ‎‎Iga Świątek traci wielką rywalkę! Sensacyjne rozstrzygnięcie w US Open

    ‎‎Iga Świątek traci wielką rywalkę! Sensacyjne rozstrzygnięcie w US Open

    ‎‎Iga Świątek traci wielką rywalkę! Sensacyjne rozstrzygnięcie w US Open

    ‎Nikt się nie spodziewał czegoś takiego już w pierwszej rundzie US Open! Bo trudno było przewidzieć, że jedna z najlepszych tenisistek świata, Elina Switolina, zostanie wyrzucona z turnieju tak szybko. I to przez kogo! 15. rakieta świata nie ugrała choćby seta z zawodniczką zamykającą pierwszą setkę rankingu. A ta porażka ma ogromne konsekwencje dla… Igi Świątek. Oto dlaczego.

    ‎Trwa US Open. Za nami już drugi dzień rywalizacji w pierwszej rundzie. W nocy z poniedziałku na wtorek swoje spotkanie rozgrywała m.in. Magdalena Fręch. Polka pokonała 6:2, 6:2 Australijkę Talię Gibson. Oprócz polskiej tenisistki na korcie zobaczyliśmy także gwiazdy takie jak Mirra Andriejewa, Elina Switolina czy Venus Williams.

    ‎Minionej nocy nie zabrakło niespodzianek. Z turniejem już na starcie pożegnała się Switolina, która w rankingu WTA zajmuje 15. miejsce. Ukrainka mierzyła się z Anną Bodnar. Węgierka w zestawieniu najlepszych tenisistek jest dopiero 97., a nocne spotkanie wyglądało tak jakby, to ona była w czołówce rankingu.

    ‎Switolina w zasadzie od samego początku miała problemy w gemach przy własnym serwisie. Bodnar miała aż 10 break pointów. W pierwszym i drugim secie wykorzystała po dwa z nich. To wystarczyło, żeby sprawić ogromną sensację i wygrać 6:2, 6:4.

    ‎Porażka Ukrainki to świetne wieści dla Igi Świątek. Polka jeszcze nie pojawiła się na korcie, a już straciła jedną z najgroźniejszych rywalek po swojej stronie drabinki. Switolina mogła zmierzyć się z wiceliderką rankingu WTA w ćwierćfinale.

    ‎Venus Williams wciąż zadziwia świat

    ‎Williams w tym roku zadziwiła świat swoim powrotem do tenisa, a teraz stoczyła równym bój z Karoliną Muchovą. Amerykanka co prawda gładko przegrała pierwszą partię 3:6, lecz potem dokonała czegoś, czego nikt się nie spodziewał. Wygrała seta 6:2 i podobnie jak Czeszka, była o krok od drugiej rundy.

    ‎Muchova jednak w decydującym secie pokazała klasę i wygrała całe spotkanie 6:3, 2:6, 6:1. Williams mimo porażki i tak przeszła do historii. Mając 45 lat i 68 dni stała się trzecią najstarszą zawodniczką, która rozegrała trzysetówkę w turnieju wielkoszlemowym w kobiecym singlu. Starsze był jedynie Martina Navratilova i Renee Richards.

    ‎Pokaz siły rosyjskiej gwiazdy

    ‎Mirra Andriejewa świetnie rozpoczęła US Open. Młoda rosyjska gwiazda nie dała większych szans Alycii Parks. 18-latka oddała rywalce tylko gema, wygrała 6:0, 6:1 i pewnie awansowała do kolejnej rundy, pokazując przy okazji wielką formę.

  • Kolejna sensacja na US Open! Elina Switolina żegna się z turniejem

    Kolejna sensacja na US Open! Elina Switolina żegna się z turniejem

    Kolejna sensacja na US Open! Elina Switolina żegna się z turniejem

    US Open dopiero się rozpoczął, a już przynosi kibicom ogromne emocje i niespodzianki. Po tym, jak w pierwszej rundzie odpadła Madison Keys – mistrzyni tegorocznego Australian Open i szósta rakieta świata – teraz do grona przegranych faworytek dołączyła Elina Switolina. Ukrainka, notowana na 15. miejscu w rankingu WTA, była wskazywana jako pewna kandydatka do awansu, a jednak musiała uznać wyższość Anny Bondar, sklasyfikowanej dopiero na 97. pozycji.

    Trzeci mecz i wreszcie przełamanie

    Spotkanie Switoliny i Bondar miało dodatkowy kontekst. Obie zawodniczki mierzyły się ze sobą już dwukrotnie w tym roku podczas wielkoszlemowych zmagań. Na Roland Garros górą była Ukrainka, zwyciężając 7:6(4), 7:5, a kilka tygodni później na Wimbledonie ograła Węgierkę 6:3, 6:1. Wydawało się więc, że i tym razem Switolina poradzi sobie bez większych kłopotów. Jednak Bondar doskonale wykorzystała powiedzenie „do trzech razy sztuka” i w Nowym Jorku zaskoczyła swoją rywalkę od samego początku.

    Dominacja Węgierki w pierwszym secie

    Pierwsza partia rozpoczęła się od mocnego ataku Switoliny, która wywalczyła aż pięć break pointów przy stanie 2:1. Żadnego jednak nie wykorzystała. Bondar obroniła się w imponującym stylu, po czym złapała wiatr w żagle i wygrała pięć gemów z rzędu. Grała niezwykle walecznie, biegała za każdą piłką i praktycznie nie popełniała prostych błędów. Po 48 minutach set zakończył się wynikiem 6:2 dla niżej notowanej zawodniczki.

    Switolina próbowała odwrócić losy meczu

    W drugim secie Bondar szybko objęła prowadzenie 5:1 i była o krok od sensacyjnego zwycięstwa. W tym momencie Switolina, półfinalistka US Open z 2019 roku, poderwała się jeszcze do walki i wygrała trzy kolejne gemy, doprowadzając do stanu 4:5. Serwując na mecz, Węgierka musiała poradzić sobie z ogromną presją, ale wytrzymała próbę nerwów. Zdobyła piłkę meczową i od razu ją wykorzystała, pieczętując największy sukces w swojej karierze.

    Sensacja, która zmienia układ drabinki

    Ostatecznie Anna Bondar pokonała Elinę Switolinę 6:2, 6:4 po zaledwie 101 minutach rywalizacji. To ogromna niespodzianka nie tylko dla kibiców, ale także dla całej drabinki turnieju. Ukrainka była bowiem potencjalną rywalką Igi Świątek w ćwierćfinale. Jej porażka otwiera więc nieco łatwiejszą drogę dla Polki, która zyskała dodatkową szansę na awans do najlepszej czwórki turnieju.

    Węgierka w drugiej rundzie zmierzy się teraz z Greczynką Marią Sakkari (64. WTA). To spotkanie zapowiada się niezwykle ciekawie, bo Bondar udowodniła już, że potrafi wyeliminować faworytkę i nie zamierza zatrzymywać się na jednej niespodziance.

    Anna Bondar – Elina Switolina 6:2, 6:4

  • ‎Ależ sensacja w US Open! Gwiazda pokonana, była na drodze Świątek

    ‎Ależ sensacja w US Open! Gwiazda pokonana, była na drodze Świątek

    ‎Ależ sensacja w US Open! Gwiazda pokonana, była na drodze Świątek

    ‎Kolejna sensacja w US Open stała się faktem! Chociaż na nowojorskich kortach rozgrywane są ciągle mecze pierwszej rundy, to poza turniejem znalazła się Elina Switolina. Ukrainka była murowaną faworytką, a okazała się bezradna w starciu z 97. rakietą świata. To ważne wieści dla Igi Świątek.

    ‎W rywalizacji pań w US Open już w pierwszej rundzie byliśmy świadkami gigantycznej sensacji, gdy mistrzyni Australian Open Madison Keys (6. WTA) po ponad trzech godzinach walki przegrała 7:6(10), 6:7(3), 5:7 z Meksykanką Renatą Zarazuą (82. WTA).

    ‎Elina Switolina poza US Open! Do trzech razy sztuka

    ‎Do kolejnej sensacji doszło w nocy z poniedziałku na wtorek polskiego czasu w meczu Eliny Switoliny (15. WTA) z Anną Bondar (97. WTA). Ciekawostka dotycząca tej rywalizacji jest taka, że obie panie grały ze sobą w tym roku już dwukrotnie w poprzednich turniejach wielkoszlemowych na początkowych etapach. W drugiej rundzie Roland Garros Switolina wygrała 7:6(4), 7:5, a w pierwszej Wimbledonu 6:3, 6:1. Ukrainka była więc zdecydowaną faworytką meczu z Bondar na nowojorskich kortach.

    ‎Węgierka jednak uznała, że do trzech razy sztuka i widocznie nie wracała pamięcią do poprzednich meczów ze Switoliną. W pierwszym secie obroniła pięć break pointów przy wyniku 1:2 i wygrała w sumie pięć gemów z rzędu! Bondar grała z dużym poświęceniem, biegała po całym korcie i po jej stronie nie było łatwo oddanych piłek. Efekt? Set wygrany 6:2 w 48 minut.

    ‎Drugi sezon 97. rakieta świata rozpoczęła od przełamania i po chwili prowadziła już 5:1! Tylko katastrofa mogła jej odebrać wygraną. Wtedy jednak przebudziła się półfinalistka US Open z 2019 roku. Switolina wygrała trzy kolejne gemy z rzędu i postawiła rywalkę pod ścianą. Bondar serwowała na mecz, ale na pewno czuła wtedy presję, żeby nie wypuścić wygranej. I poradziła sobie z tym wyśmienicie, doprowadzając do pierwszej piłki meczowej, którą od razu wykorzystała! Sensacja stała się faktem i to Węgierka, a nie Ukrainka awansowała po 101 minutach gry do drugiej rundy US Open, w której zmierzy się z Marią Sakkari (64. WTA).

    ‎To też o tyle ważne, że Ukrainka była w drabince Igi Świątek (2. WTA), z którą mogła zmierzyć się w potencjalnym ćwierćfinale.

    ‎Anna Bondar – Elina Switolina 6:2, 6:4

  • Sabalenka zalała się łzami, świat to widział. Krok od spełnienia obietnicy złożonej zmarłemu ojcu ‎

    Sabalenka zalała się łzami, świat to widział. Krok od spełnienia obietnicy złożonej zmarłemu ojcu ‎

    Mistrzyni, której droga była czymś więcej niż tylko tenisem

    Aryna Sabalenka od dawna znajduje się w ścisłej czołówce światowego tenisa. Znana ze swojej potężnej siły, ognistego temperamentu i niesamowitej intensywności, Białorusinka konsekwentnie przesuwa granice w swojej dyscyplinie. Jednak za trofeami i piorunującymi serwisami kryje się niezwykle osobista historia, która ukształtowała każdy krok jej kariery.

     

    Jej droga napędzana była nie tylko ambicją, ale też emocjonalną obietnicą złożoną jej zmarłemu w 2019 roku ojcu, Siergiejowi. Przez lata to przyrzeczenie było ciężarem, który momentami niemal ją złamał. Ostatecznie jednak to ono stało się siłą napędową przemiany Sabalenki – z niekonsekwentnego talentu w wielokrotną mistrzynię turniejów Wielkiego Szlema.

    Surowy talent, któremu brakowało stabilności

    Na początku kariery Sabalenka uchodziła za jedną z najgroźniejszych zawodniczek w tourze. Nikt nie wątpił w jej potencjał – jej potężne uderzenia i bezlitosna agresja wystarczały, by zdominować niemal każdą rywalkę. Ale jedno pytanie wciąż powracało: czy potrafi udowodnić swoją wartość w najważniejszych momentach?

    Raz za razem jej marzenia kończyły się frustracją. Docierała do półfinałów największych turniejów, lecz brakowało jej spokoju i konsekwencji w chwilach decydujących. To brakujące „ostatnie ogniwo” ciążyło na jej reputacji. Krytycy zastanawiali się, czy kiedykolwiek zdoła przełamać własne bariery mentalne.

    Punkt zwrotny w Australii

    Przełom nastąpił w 2023 roku. Sabalenka przyjechała na Australian Open w życiowej formie – spokojna, pewna siebie, gotowa. Mecz po meczu dominowała rywalki, dochodząc do finału bez straty seta.

    W półfinale pokonała Magdę Linette, co z polskiej perspektywy było szczególnie znaczące, bo jej triumfy zaczęły zagrażać dominacji Igi Świątek. Finał w Melbourne stał się jednak prawdziwą próbą. Naprzeciwko niej stanęła Jelena Rybakina, mistrzyni Wielkiego Szlema. Sabalenka przegrała pierwszego seta i wielu obawiało się, że stara historia znów się powtórzy.

    Tym razem jednak zachowała zimną krew. W emocjonującym i zaciętym boju odwróciła losy meczu i sięgnęła po pierwszy w karierze tytuł Wielkiego Szlema. Była to chwila triumfu, ale też ogromnej ulgi – obietnica dana ojcu była już w połowie spełniona.

    Łzy, które poruszyły świat

    Kilka miesięcy później Sabalenka dotarła do finału US Open. Faworytką starcia z nastoletnią Amerykanką Coco Gauff była właśnie ona. Gdy wygrała pierwszego seta, wydawało się, że spełnienie marzeń jest na wyciągnięcie ręki.

    Ale mecz wymknął się spod kontroli. Gauff, wspierana przez głośną nowojorską publiczność, odwróciła losy spotkania i sięgnęła po swoje pierwsze wielkoszlemowe trofeum. Kiedy Sabalenka przegrała ostatnią piłkę, runęła na kort i zalała się łzami.

    To nie była zwykła porażka. To był bolesny cios w wyścigu z czasem – walce o to, by przed 25. urodzinami dotrzymać świętej obietnicy. Cały świat zobaczył jej bezbronność. Łzy pokazały ciężar, jaki niosła na barkach, i sprawiły, że kibice na całym świecie poczuli jej ból.

    Obietnica, której nie mogła złamać

    Ojciec Sabalenki, Siergiej, zmarł na zapalenie opon mózgowych w 2019 roku, gdy Aryna dopiero torowała sobie drogę w światowej czołówce. Wówczas jej największym osiągnięciem była czwarta runda US Open, a w rankingu zajmowała dziewiątą pozycję. Mimo to w obliczu tragedii zdecydowała się na niezwykle odważny krok – obiecała ojcu, że przed ukończeniem 25. roku życia zdobędzie dwa tytuły Wielkiego Szlema.

    Było to zobowiązanie niemal szalone, graniczące z niemożliwym. Niewielu zawodników mogło dać taką gwarancję. Ale obietnica mówiła wiele – o jej wierze w siebie i desperackim pragnieniu, by uczcić pamięć ojca.

    Melbourne 2024: Chwila prawdy

    Czas uciekał. Zbliżały się jej 25. urodziny, a Sabalenka miała już coraz mniej okazji, by spełnić przyrzeczenie. Do Australian Open w 2024 roku przyjechała z ogromną presją, świadoma, że margines błędu jest minimalny.

    Tym razem jednak nie było chwili zawahania. Bez problemów przeszła przez kolejne rundy i znów dotarła do finału bez straty seta. Jej rywalką była Chinka Qinwen Zheng – obiecująca młoda gwiazda. Ale Sabalenka była nie do zatrzymania.

    Dzięki sile i precyzji zamknęła finał w dwóch jednostronnych setach. Żadnych załamań, żadnych demonów z przeszłości – tylko pewność i kontrola. Obietnica została wypełniona. Dosłownie w ostatnim możliwym momencie udało jej się dotrzymać słowa.

    Duch ojca wciąż ją prowadzi

    Po zwycięstwie w Melbourne Sabalenka nie kryła emocji:

    „Oczywiście mój ojciec jest dla mnie największą motywacją. Był dla mnie wszystkim. Ale teraz mam też mamę i moją siostrę, które są przy mnie, i czuję, że muszę o nich myśleć. Wciąż jednak mam poczucie, że on zawsze jest ze mną.”

    Jej słowa były nie tylko świadectwem spełnienia, ale też przełomu. Niosła ze sobą marzenie ojca przez lata presji, łez i bolesnych porażek. Teraz, gdy obietnica została dotrzymana, mogła grać nie tylko dla niego, ale i dla samej siebie, swojej rodziny i przyszłości.

    Kariera napisana na nowo

    Od tamtego czasu Sabalenka dorzuciła do kolekcji kolejne trofea, w tym tytuł US Open. Jeszcze niedawno uważana za zbyt niestabilną, by wygrywać największe turnieje, dziś jest jedną z najbardziej szanowanych i groźnych zawodniczek w tourze.

    Jej historia to opowieść o odporności, o zamianie bólu w siłę, o miłości córki, która stała się fundamentem jej kariery. Łzy, triumfy, porażki – wszystko to ukształtowało Sabalenkę w mistrzynię i ikonę wytrwałości.

    Dla Aryny Sabalenki ta podróż zawsze będzie czymś większym niż tenis. To historia o dotrzymanej obietnicy, uhonorowanym dziedzictwie i ojcu, który na zawsze pozostanie u jej boku.