• Sprawiła sensację i pokonała Świątek. Mówi, co poczuła. “Cel”

    Sprawiła sensację i pokonała Świątek. Mówi, co poczuła. “Cel”

    Clara Tauson przeżywa najlepszy okres w swojej dotychczasowej karierze. Duńska tenisistka zajmuje obecnie 12. miejsce w rankingu WTA i w minionych miesiącach udowodniła, że potrafi rywalizować jak równy z równym z największymi gwiazdami kobiecego tenisa. W tym sezonie odniosła dwa wyjątkowo głośne zwycięstwa – pokonała Igę Świątek w Montrealu 7:6, 6:3 oraz Arynę Sabalenkę w Dubaju 6:3, 6:2.

    – Zawsze wierzyłam, że mogę wygrywać z najlepszymi zawodniczkami – podkreśla Dunka, która otwarcie zapowiada walkę o miejsce w absolutnej światowej czołówce.

    Polski dziennikarz Łukasz Jachimiak na łamach Sport.pl wysoko ocenił występ Tauson przeciwko Świątek: – W pierwszym secie znakomicie wykorzystała momenty słabości serwisowych faworytki. Po przerwie widać było, że Iga ma gorszy fragment gry, a Dunka była jeszcze pewniejsza, konsekwentna i niemal bezbłędna – pisał.

    Triumfy nad Świątek i Sabalenką mocno podbudowały pewność siebie duńskiej zawodniczki. – To daje ogromną wiarę. Widzisz, że jesteś w stanie nie tylko stawić czoła takim tenisistkom, ale także je pokonać. Już wcześniej miałam mecze, w których przegrywałam w trzecim secie 4:6, co pokazywało, że jestem blisko. Teraz wiem, że zwycięstwa są w moim zasięgu – przyznała w rozmowie z portalem tennis365.com.

    Tauson stawia sobie jasne cele na przyszłość. – Mam nadzieję, że w następnym sezonie pójdzie mi równie dobrze, a może nawet lepiej. Moim marzeniem jest awans do TOP 10 rankingu, ale samo utrzymanie się w tych rejonach już byłoby czymś wspaniałym – podkreśliła.

    Aktualnie Duńka przygotowuje się do startu w turnieju WTA w Wuhan. W pierwszej rundzie zmierzy się z Olgą Danilović, a w przypadku zwycięstwa w kolejnej rundzie może czekać na nią Magda Linette. W tej samej części drabinki znajduje się także Iga Świątek, a ewentualny ćwierćfinał między Dunka a Polką zapowiadałby się niezwykle interesująco.

  • Poznaliśmy pierwszą rywalkę Świątek w Wuhan. 97 minut

    Poznaliśmy pierwszą rywalkę Świątek w Wuhan. 97 minut

    Iga Świątek rozpocznie rywalizację w turnieju WTA 1000 w Wuhan od drugiej rundy. Polka, rozstawiona w imprezie, czekała na zwyciężczynię spotkania pomiędzy Kolumbijką Camilą Osorio a Czeszką Marie Bouzkovą. Ostatecznie nie dojdzie do rewanżu Osorio na liderce polskiego tenisa – Kolumbijka, która otrzymała „dziką kartę”, nie zdołała pokonać rywalki.

    Dla Świątek będzie to kolejny turniej po występie w Pekinie, gdzie zakończyła udział na czwartej rundzie, przegrywając w trzech setach z Amerykanką Emmą Navarro (4:6, 6:4, 0:6). Dzięki temu występowi Polka zmniejszyła stratę w rankingu WTA do prowadzącej Aryny Sabalenki do 2457 punktów. Teraz przeniosła się do Wuhan, gdzie znów zaczyna od drugiej rundy.

    Rywalizacja Osorio z Bouzkovą nie przyniosła większych emocji. Kolumbijka, która jeszcze w Pekinie musiała skreczować mecz ze Świątek na początku drugiego seta, wciąż daleka jest od najwyższej formy. Bouzkova świetnie rozpoczęła spotkanie, szybko wypracowując przewagę. Choć Osorio zdołała odrobić część strat i obroniła cztery piłki setowe, to Czeszka i tak zamknęła partię wynikiem 6:3.

    W drugim secie Kolumbijka rozpoczęła od przełamania, ale nie utrzymała dobrej gry. Bouzkova odrobiła straty i zyskała inicjatywę. Choć Osorio jeszcze raz wróciła do meczu, ostatecznie to Czeszka wykorzystała piłkę meczową w dziesiątym gemie, zwyciężając 6:3, 6:4. Całe spotkanie trwało 97 minut.

    Teraz to właśnie Bouzkova stanie na drodze Igi Świątek. Będzie to ich drugi bezpośredni pojedynek. Wcześniej spotkały się w trzeciej rundzie Roland Garros 2023, gdzie Polka wygrała 6:4, 6:2. Nadchodzący mecz w Wuhan będzie ich pierwszym starciem na twardej nawierzchni.

  • Żegnają polskiego siatkarza, zaczyna nowy etap. Odważny ruch gwiazdy kadry Grbicia

    Żegnają polskiego siatkarza, zaczyna nowy etap. Odważny ruch gwiazdy kadry Grbicia

    Po zakończeniu minionego sezonu PlusLigi kilku czołowych zawodników zdecydowało się na nowe wyzwania poza granicami Polski. Wśród nich znalazł się siatkarz doskonale znany kibicom reprezentacji prowadzonej przez Nikolę Grbicia – jeszcze niedawno oglądany na mistrzostwach świata. Teraz rozpoczyna on nowy rozdział w karierze, a w podróż do Japonii pożegnał go kolega z kadry w towarzystwie swojej partnerki. Padły też ciepłe słowa i życzenia powrotu z medalem.

    Gwiazdy PlusLigi ruszają w świat

    Kibice muszą pogodzić się z tym, że w nadchodzącym sezonie zabraknie na polskich parkietach kilku ważnych postaci. Z Jastrzębskim Węglem rozstał się Tomasz Fornal, który przenosi się do tureckiego Ziraatu Ankara. Z kolei Bartosz Kurek po krótkiej przerwie powraca do Japonii, gdzie będzie grał w Tokyo Great Bears.

    Ich śladem poszedł także Norbert Huber. Środkowy, który wraz z Kurkiem i Fornalem zdobył w Manili brąz mistrzostw świata, zdecydował się na pierwszy zagraniczny kontrakt w karierze. Dołączy do Wolf Dogs Nagoya – zespołu, w którym w przeszłości występował również Kurek.

    Huber: czas na nowe wyzwania

    Na pewno są prostsze kierunki niż Japonia, ale gdy tylko pojawiła się ta propozycja, wiedziałem, że jestem gotowy. Podjąłem decyzję w ciągu pięciu dni – zdradził Huber w rozmowie z TVP Sport.

    Zawodnik podkreślił, że traktuje wyjazd jako ważny krok w rozwoju: – To nowe rozdanie w moim życiu i spore wyzwanie. Wyjazd daleko poza strefę komfortu. Czułem, że nie chcę stać w miejscu. Wierzę, że w ciągu dwóch najbliższych lat w Japonii mogę stać się znacznie lepszym siatkarzem i człowiekiem niż w Polsce.

    Pożegnanie z przyjacielem

    Po powrocie kadry z Filipin i krótkim odpoczynku, zawodnicy zaczęli przygotowania do gry w klubach. Dla Hubera oznaczało to wyjazd z kraju. Przed wylotem spotkał się z nim Bartosz Bednorz, który tym razem nie znalazł się w składzie na mistrzostwa świata, ale grał w Lidze Narodów. Wspólnie z partnerką, modelką Aleksandrą Bator, spędzili z Huberem wieczór przy kolacji.

    Zdjęcia ze spotkania obaj siatkarze zamieścili w mediach społecznościowych. – Ostatnia randka – żartował Huber, pokazując fotografię z kolegą. Bednorz odpowiedział mu w równie serdecznym tonie: – Bracie, podbijaj nową ligę i wracaj cały, zdrowy i ze złotym medalem na szyi.

    Bednorz pozostaje w PlusLidze – po odejściu z Asseco Resovii Rzeszów wybrał ofertę PGE Projektu Warszawa.

  • Sinner nie wytrzymał po 161 minutach. Sceny grozy w Szanghaju

    Sinner nie wytrzymał po 161 minutach. Sceny grozy w Szanghaju

    Dwie godziny i 41 minut – tyle trwało starcie Jannika Sinnera z Tallonem Griekspoorem w Szanghaju. Mecz mógłby potrwać jeszcze dłużej i dostarczyć kibicom emocji na najwyższym poziomie, gdyby nie kłopoty zdrowotne Włocha. Te w trzecim secie stały się tak poważne, że Sinner nie był w stanie samodzielnie opuścić kortu. Sceny, jakie rozegrały się w Chinach, były wręcz dramatyczne. Ostatecznie przy stanie 7:6(3), 5:7, 2:3 musiał poddać spotkanie.

    Sezon pełen sukcesów i dramatyczny przystanek w Szanghaju

    Sinner rozgrywa fenomenalny sezon – ma już na koncie trzy tytuły, w tym aż dwa wielkoszlemowe (Australian Open i Wimbledon). Cztery razy dochodził także do finałów. W Szanghaju bronił kompletu punktów zdobytych przed rokiem, kiedy w decydującym meczu pokonał samego Novaka Djokovicia. Tym razem jego marzenia o powtórzeniu sukcesu przerwała kontuzja.

    Walka od pierwszych piłek

    Włoch i Holender od początku toczyli wyrównaną batalię. Griekspoor imponował potężnym serwisem i nie pozwolił rywalowi na ani jedno przełamanie w pierwszym secie. O wszystkim przesądził tie-break, w którym skuteczniejszy był obrońca tytułu (7:3). Druga partia miała równie zacięty przebieg, ale tym razem górą był Holender. Przełamał Sinnera w 11. gemie i doprowadził do remisu w setach (7:5). Wtedy też rozpoczęły się problemy Włocha.

    Kontuzja uniemożliwiła dalszą grę

    Sinner zaczął odczuwać ból w prawym udzie. Z każdym gemem utykał coraz bardziej, a na jego twarzy malowało się cierpienie. Pojawiły się skurcze, które próbował rozmasowywać, lecz bez rezultatu. Choć walczył z całych sił i zdołał jeszcze utrzymać wysoki poziom gry przez pięć gemów trzeciego seta, w końcu został przełamany. Po konsultacji z fizjoterapeutą próbował wrócić do rywalizacji, jednak ból był zbyt silny. Nie był nawet w stanie samodzielnie dojść do ławki – musiał mu pomagać personel medyczny.

    Organizatorzy turnieju w mediach społecznościowych nie kryli poruszenia: „Nikt nie chciał oglądać tego w Szanghaju. Druga rakieta świata rezygnuje z gry z powodu kontuzji, a Griekspoor awansuje do 1/8 finału. Życzymy Jannikowi szybkiego powrotu do zdrowia”.

    Rywal z klasą

    Holender również odniósł się do sytuacji: – To zdecydowanie nie jest sposób, w jaki chcesz wygrać – podkreślił.

    To już kolejny w tym roku uraz Sinnera. Wcześniej zmagał się z problemami z łokciem, a choroba wykluczyła go z finału turnieju w Cincinnati. Na razie nie wiadomo, jak poważna jest obecna kontuzja i kiedy Włoch będzie mógł wrócić na kort. Kibice pozostają jednak w nadziei, że przerwa nie potrwa długo.

    https://x.com/z_kortu/status/1974873788220371288?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1974873788220371288%7Ctwgr%5E3c4f2c88e711613cb0653d25ec88696fce61fbaa%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732302191sinner-nie-wytrzymal-po-161-minutach-sceny-grozy-w-szanghaju.html

  • 4:6 w meczu Djokovicia. Koniec gry po 163 minutach

    4:6 w meczu Djokovicia. Koniec gry po 163 minutach

    Rzadko zdarza się, by Novak Djoković przegrywał mecze z tenisistami spoza pierwszej setki rankingu ATP. W tym sezonie udało się to jedynie Amerykaninowi Reilly’emu Opelce. Przez moment wydawało się jednak, że do tego grona może dołączyć także Niemiec Yannick Hanfmann. Zawodnik z Heidelbergu wygrał bowiem pierwszego seta 6:4 i poważnie zagroził faworytowi. Djoković po raz kolejny udowodnił jednak, dlaczego wielu uważa go za najlepszego tenisistę w historii.

    Obecny rok nie jest dla Serba tak spektakularny jak poprzednie sezony. Djoković sięgnął po tytuł w turnieju ATP 250 w Genewie, gdzie w finale po trzech zaciętych setach pokonał Huberta Hurkacza 5:7, 7:6(2), 7:6(2). W Miami dotarł do finału, lecz tam musiał uznać wyższość Jakuba Mensika, który wygrał po dwóch tie-breakach. Oprócz tego Serb melduje się regularnie w półfinałach turniejów wielkoszlemowych, ale brakuje mu spektakularnych zwycięstw. Spotkanie drugiej rundy ATP 1000 w Szanghaju z Hanfmannem mogło okazać się jedną z największych sensacji roku.

    Hanfmann, obecnie 150. rakieta świata, jeszcze dwa lata temu zajmował miejsce w czołowej pięćdziesiątce. W starciu z Djokoviciem pokazał odważny tenis. W pierwszym secie wykorzystał jedynego break pointa, którego sobie wypracował – w trzecim gemie po długiej wymianie punktów przełamał podanie Serba i utrzymał przewagę do końca, wygrywając 6:4. Był o krok od wielkiego sukcesu, bo tak nisko notowani rywale niezwykle rzadko potrafią ograć Djokovicia. Ostatni taki przypadek miał miejsce w styczniu w Brisbane, gdzie Serb niespodziewanie uległ Reilly’emu Opelce (6:7, 3:6), zajmującemu wówczas 293. miejsce w rankingu. Jeszcze większą sensacją była porażka z Filipem Krajinoviciem w Belgradzie w 2010 roku – wówczas Krajinović plasował się dopiero na 319. pozycji.

    W drugim secie długo nie było przełamań. Przełom nastąpił dopiero w dwunastym gemie – Hanfmann serwował przy stanie 5:6, a Djoković wywalczył dwie piłki setowe. Już pierwszą z nich zamienił na punkt i wyrównał stan meczu.

    Decydująca partia rozpoczęła się od wyrównanej gry. Hanfmann miał szansę, by wywrzeć presję, lecz nie wykorzystał okazji przy serwisie rywala. Djoković natomiast dopadł Niemca w czwartym gemie, przełamując go i wychodząc na prowadzenie 3:1. Od tego momentu kontrolował przebieg meczu i ostatecznie zwyciężył 4:6, 7:5, 6:3 po 163 minutach zaciętej walki.

    W trzeciej rundzie turnieju w Szanghaju Djoković zmierzy się z Hiszpanem Jaume Munarem, który wcześniej pokonał Japończyka Yoshihito Nishiokę 6:4, 5:7, 6:1.

    https://x.com/josemorgado/status/1974808075690291305?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1974808075690291305%7Ctwgr%5Ea7105bae24d8e344630537831d265ec0da55a73d%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F764987323018494-6-w-meczu-djokovicia-koniec-gry-po-163-minutach.html

  • 6:0 w 23 minuty, a potem taki zwrot! Oto triumfatorka turnieju w Pekinie

    6:0 w 23 minuty, a potem taki zwrot! Oto triumfatorka turnieju w Pekinie

    Amanda Anisimova sięgnęła po triumf w turnieju WTA 1000 w Pekinie, choć finał z Lindą Noskovą miał nieoczekiwany przebieg. Amerykanka rozpoczęła spotkanie w oszałamiającym tempie, wygrywając pierwszego seta w zaledwie 23 minuty wynikiem 6:0. Wydawało się, że mecz zakończy się błyskawicznym nokautem, jednak Czeszka w drugiej odsłonie znacznie podniosła poziom gry i doprowadziła do ogromnych emocji. Ostatecznie Anisimova zwyciężyła 6:0, 2:6, 6:2.

    Jeszcze dzień wcześniej 4. rakieta świata zdominowała półfinałowe starcie ze swoją rodaczką Coco Gauff (3. WTA), oddając jej zaledwie trzy gemy i wygrywając w godzinę 6:1, 6:2. To sprawiło, że do finału przystępowała w roli faworytki. Jej rywalka, 27. w rankingu Linda Noskova, miała za sobą pełen zwrotów akcji bój z Jessicą Pegulą (7. WTA), wygrany 6:3, 1:6, 7:6(6).

    Finał rozpoczął się jednostronnie. Anisimova od pierwszych piłek narzuciła tempo, nie dawała przeciwniczce chwili oddechu i w ekspresowym stylu wygrała seta 6:0. – To wygląda na powtórkę tego, co Coco Gauff przeżyła wczoraj. Amerykanka gra szybciej, dominuje, a Noskova nie potrafi się odnaleźć na końcowej linii – komentowali eksperci Canal+Sport. Porównali też sytuację Czeszki do tegorocznego finału Wimbledonu, gdy Anisimova sama przegrała z Igą Świątek 0:6, 0:6.

    Statystyki mówiły same za siebie – Anisimova wygrała aż 91% punktów po pierwszym podaniu (przy 41% rywalki), miała przewagę w winnerach (11–5) i popełniła mniej niewymuszonych błędów (4–8). Łącznie straciła zaledwie 12 z 39 punktów.

    Drugi set przyniósł jednak całkowity zwrot. Już na otwarcie Noskova zdobyła swój pierwszy gem, przełamując Amerykankę, i to odmieniło obraz meczu. Grała odważniej, zmuszała rywalkę do błędów, a sama prezentowała coraz większą pewność siebie. Anisimova w tej partii popełniła aż 17 niewymuszonych błędów wobec zaledwie 7 Czeszki. Kluczowy okazał się szósty gem – Noskova obroniła dwa break pointy i zamiast remisu 3:3 prowadziła 4:2. Po kolejnym przełamaniu było już 5:2, a chwilę później set zakończył się wynikiem 6:2 dla Czeszki.

    Decydująca odsłona była wyrównanym pojedynkiem na ciosy. Żadna z zawodniczek nie zamierzała odpuszczać. Przełom nastąpił w szóstym gemie – przy stanie 3:2 dla Anisimovej Noskova popełniła dwa błędy, a Amerykanka wykorzystała break point. Chwilę później, broniąc się asem przy własnym podaniu, utrzymała przewagę i odskoczyła na 5:2. Mecz zakończyła po godzinie i 47 minutach pięknym uderzeniem z bekhendu wzdłuż linii.

    Finał WTA 1000 w Pekinie:
    Amanda Anisimova (USA, 4. WTA) – Linda Noskova (Czechy, 27. WTA) 6:0, 2:6, 6:2.

  • Jasmine Paolini triumfatorką WTA 1000 w Pekinie. Pasjonujący finał, tytuł obroniony

    Jasmine Paolini triumfatorką WTA 1000 w Pekinie. Pasjonujący finał, tytuł obroniony

    Niedziela była kulminacyjnym dniem turnieju WTA 1000 w Pekinie. Zanim doszło do wielkiego finału gry pojedynczej, kibice mogli obejrzeć decydujące starcie w deblu. Na korcie ponownie pojawiła się Jasmine Paolini. Choć Włoszka o polskich korzeniach zakończyła rywalizację singlową na etapie ćwierćfinału po pasjonującym meczu z Amandą Anisimovą, to mimo wszystko wyjedzie ze stolicy Chin z cennym trofeum. W finałowym spotkaniu gry podwójnej nie brakowało zwrotów akcji.

    Paolini i Errani znów na szczycie

    Paolini przyleciała do Pekinu świeżo po kolejnym sukcesie z reprezentacją Włoch – zdobyciu drużynowego mistrzostwa świata w Billie Jean King Cup. W Chinach potwierdziła wysoką formę, walcząc w ćwierćfinale singla z Amandą Anisimovą jak równy z równą. W decydującym secie miała aż sześć okazji na przełamanie, lecz żadnej nie wykorzystała, a Amerykanka finalnie awansowała dalej. Paolini pozostała więc walka w deblu, gdzie wspólnie z Sarą Errani broniła tytułu.

    Rozstawione z numerem „2” Włoszki pewnie przeszły kolejne rundy, a w półfinale rozgromiły duet Su-Wei Hsieh/Jelena Ostapenko, wygrywając 6:4, 6:0. W finale czekały na nie mniej utytułowane rywalki – Miyu Kato i Fanny Stollar. Teoretycznie to mistrzynie olimpijskie były zdecydowanymi faworytkami, ale na korcie długo musiały gonić wynik.

    Finał pełen emocji

    Spotkanie zaczęło się od serwisu Paolini i Errani, które już w pierwszym gemie musiały walczyć o utrzymanie podania, mimo prowadzenia 40-0. Później gra toczyła się zgodnie z regułą własnego serwisu aż do ósmego gema, gdy Włoszki wypracowały sobie trzy szanse na przełamanie. Nie wykorzystały ich jednak, podobnie jak dwóch setboli w dziesiątym gemie. O losach partii przesądził tie-break, w którym górą były Kato i Stollar, wygrywając 7:6(1).

    Druga odsłona rozpoczęła się od mocnego uderzenia Paolini i Errani, które natychmiast przełamały rywalki. Od tego momentu kontrolowały sytuację, a decydujący cios zadały w dziewiątym gemie, zamykając seta wynikiem 6:3.

    Super tie-break na doświadczenie

    O losach tytułu zdecydował super tie-break. Tutaj doświadczenie Włoszek było aż nadto widoczne – rozpoczęły od prowadzenia 4-0, a od stanu 6-2 nie oddały już żadnego punktu. Zakończyły mecz serią zwycięskich wymian, triumfując 6:7(1), 6:3, 10-2.

    Tym samym Jasmine Paolini i Sara Errani po raz kolejny udowodniły, że w deblu należą do absolutnej światowej czołówki. Obroniły tytuł w Pekinie i ponownie sięgnęły po trofeum w prestiżowym turnieju WTA 1000.

  • Lewandowski z golem już w 7. minucie. Barcelona zdeklasowała. To był wieczór Szczęsnego

    Lewandowski z golem już w 7. minucie. Barcelona zdeklasowała. To był wieczór Szczęsnego

    Kiedy FC Barcelona spotyka się z Sevillą FC, zawsze budzi to ogromne emocje i przyciąga uwagę kibiców. Jednak odkąd na ławce trenerskiej „Dumy Katalonii” zasiada Hansi Flick, andaluzyjski zespół wciąż nie potrafi znaleźć sposobu, by poważniej zagrozić rywalowi. Najlepszym tego przykładem był ostatni mecz w Sewilli, zakończony zwycięstwem Barcelony 4:1. Wynik otworzył Robert Lewandowski, a Wojciech Szczęsny popisał się kilkoma kapitalnymi interwencjami.

    Zimą 2025 roku Blaugrana znajdowała się w znakomitej formie. Tuż przed 23. kolejką La Liga Flick i jego piłkarze rozgromili w ćwierćfinale Pucharu Króla Valencię aż 5:0. Kilka dni później czekało ich znacznie trudniejsze wyzwanie – wyjazd na Estadio Ramón Sánchez Pizjuán, gdzie Sevilla liczyła, że uda jej się zatrzymać rozpędzoną drużynę Roberta Lewandowskiego. Spotkanie rozegrano 9 lutego 2025 roku.

    Mecz rozpoczął się błyskawicznie. Już w 7. minucie Lewandowski, przeżywający fantastyczny sezon, wykorzystał dośrodkowanie Inigo Martineza. Polak dopadł do piłki głową, zmieniając tor jej lotu na tyle sprytnie, że bramkarz Sevilli był bezradny. Radość Barcelony nie trwała jednak długo – minutę później Ronald Araujo popełnił błąd przy wyjściu do spalonego, co skrzętnie wykorzystał Ruben Vargas. Szczęsny nie miał w tej sytuacji żadnych szans.

    Na tym jednak kończyły się dobre chwile dla gospodarzy. Od tego momentu rozpoczął się koncert Szczęsnego. W 16. minucie polski golkiper odważnie rzucił się pod nogi rywala, ratując zespół przed stratą gola. Jeszcze bardziej efektowną interwencję zaprezentował tuż przed przerwą – gdy Dodi Lukebakio spróbował efektownej przewrotki, bramkarz Barcelony zareagował błyskawicznie i odbił piłkę na rzut rożny.

    Po zmianie stron przewaga Barcelony zaczęła rosnąć. Najpierw w 48. minucie Fermin Lopez trafił głową, a kilka minut później Raphinha zaskoczył golkipera gospodarzy mocnym uderzeniem z dystansu, i to słabszą nogą. Lopez nie dokończył jednak meczu – za brutalny faul obejrzał czerwoną kartkę. Sevilla grała z przewagą jednego zawodnika, lecz nie potrafiła tego wykorzystać. Na dodatek w końcówce gości dobił Eric Garcia, który także zdobył gola po uderzeniu głową.

    Rezultat 4:1 miał ogromne znaczenie w dalszej części sezonu – to zwycięstwo okazało się jednym z kluczowych kroków Barcelony w drodze do mistrzostwa Hiszpanii, które ostatecznie wywalczyła z przewagą zaledwie czterech punktów nad Realem Madryt.

    Teraz, w niedzielę 5 października, podopieczni Hansiego Flicka ponownie zmierzą się na gorącym terenie w Sewilli i zrobią wszystko, by raz jeszcze wywieźć z Estadio Ramón Sánchez Pizjuán komplet punktów.

  • Było 6:1, 3:0 i 40:15. Stało się to. Mistrzyni US Open nie mogła uwierzyć

    Było 6:1, 3:0 i 40:15. Stało się to. Mistrzyni US Open nie mogła uwierzyć

    Nie tylko Emma Raducanu wciąż czeka na pierwszy triumf turniejowy od pamiętnego zwycięstwa w US Open. W identycznej sytuacji znalazła się Bianca Andreescu, której kariera od kilku lat utknęła w martwym punkcie. Najnowszy przykład przyniosły kwalifikacje do turnieju w Wuhan, gdzie Kanadyjka kompletnie zawiodła.

    Od wielkiego triumfu do serii niepowodzeń

    7 września 2019 roku Bianca Andreescu (obecnie 181. WTA) zapisała się w historii tenisa, sensacyjnie wygrywając US Open. W finale pokonała wówczas legendarną Serenę Williams 6:3, 7:5, sięgając po pierwszy i jak dotąd jedyny tytuł wielkoszlemowy w swojej karierze. Od tamtej pory minęło już ponad sześć lat, a Kanadyjka nie zdołała wznieść żadnego innego trofeum. Co więcej, przegrała trzy finały – w Miami (2021), Bad Homburgu (2022) oraz w ’s-Hertogenbosch (2024). Na jej rozwój ogromny wpływ miały także częste urazy, które wyraźnie hamowały kolejne sezony.

    Andreescu: „To cios dla mojego ego”

    25-letnia dziś zawodniczka, by zagrać w Wuhan, musiała przebijać się przez kwalifikacje. Po pierwszym zwycięstwie 6:4, 6:2 nad Czeszką Terezą Valentovą (75. WTA) mówiła:
    – To z pewnością cios dla mojego ego, ale muszę o tym zapomnieć. Wiele się zmieniło od czasu mojego triumfu w US Open. Jestem inną osobą niż w 2019 roku. Gram w kwalifikacjach, ale wierzę w swoje możliwości. Najtrudniejsze jest znalezienie równowagi między cierpliwością a ambicją powrotu na szczyt. Pewnie mogłam lepiej wykorzystać doświadczenie po zwycięstwie w Nowym Jorku, może wtedy moja droga wyglądałaby inaczej. Ale wierzę, że błędy uczą i dzięki nim stajesz się silniejszy – tłumaczyła Kanadyjka.

    Katastrofa w decydującym meczu

    Słowa o cierpliwości szybko zostały wystawione na próbę. W finałowej rundzie kwalifikacji Andreescu zmierzyła się z 23-letnią Rosjanką Anastasiją Zacharową (87. WTA). Spotkanie zaczęło się dla niej idealnie – prowadziła 6:1, 3:0 i 40:15 przy własnym serwisie. Wydawało się, że awans do głównej drabinki jest tylko formalnością. Wtedy jednak Kanadyjka całkowicie się pogubiła. Straciła podanie, rywalka odrobiła straty, a ostatecznie wyrównała na 3:3. Choć Andreescu jeszcze raz wyszła na prowadzenie 5:3, to i tak nie potrafiła zamknąć seta. Tie-break padł łupem Zacharowej 8:6. W decydującej partii to Rosjanka dominowała, dwukrotnie przełamała Kanadyjkę i po blisko trzech godzinach gry triumfowała 1:6, 7:6(6), 6:3.

    Sezon na minusie

    Dla Andreescu była to kolejna bolesna porażka w trudnym sezonie. Jej bilans w 2025 roku jest ujemny – wygrała tylko 10 meczów, przegrywając 11.

    Finał kwalifikacji w Wuhan:
    Bianca Andreescu – Anastasija Zacharowa 6:1, 6:7(6), 3:6

  • Zrobił to! Co za debiut Polaka w UFC! Zbił byłego mistrza

    Zrobił to! Co za debiut Polaka w UFC! Zbił byłego mistrza

    Jakub Wikłacz (17-3-2) zanotował kapitalny debiut w UFC, pokonując byłego mistrza Bellatora Patchy’ego Mixa (20-3). Starcie było niezwykle zacięte i wyrównane, a ostatecznie sędziowie niejednogłośnie wskazali Polaka jako zwycięzcę. Werdykt wzbudził ogromne emocje, podzielił kibiców i rozwścieczył jedną z legend UFC. Tego samego wieczoru kibice zobaczyli także błyskawiczny powrót na tron Alexa Pereiry (13-3), który odzyskał pas wagi półciężkiej po zaledwie 80 sekundach walki!

    Mocne wejście Wikłacza do UFC

    Wybór rywala na pierwszy pojedynek wiele mówi o tym, jakie nadzieje wiąże z zawodnikiem największa organizacja MMA na świecie. W przypadku Jakuba Wikłacza UFC od razu postawiło na bardzo trudne wyzwanie – na gali UFC 320 zestawiono go z Patchym Mixem. Amerykanin to były mistrz Bellatora, przez lata uznawanego za drugą siłę światowego MMA. Choć w swoim debiucie w UFC Mix przegrał wyraźnie z Mario Bautistą, było jasne, że będzie chciał udowodnić, iż tamten występ był jedynie wypadkiem przy pracy.

    Trzy rundy ciężkiej bitwy

    Od pierwszych minut walka była niezwykle intensywna. Wikłacz świetnie pracował kopnięciami na korpus i łokciami, a jeden z jego ciosów zostawił Mixowi widoczne obrażenie pod okiem. Amerykanin potrafił obalić Polaka, ale Wikłacz był aktywniejszy w parterze – przetoczył rywala i samemu z góry zadawał dużo skutecznych ciosów.

    W drugiej rundzie obaj szukali okazji do poddań, m.in. duszenia gilotynowego, jednak bez powodzenia. Polak zaimponował refleksem – kiedy został sprowadzony, natychmiast wstał i wrócił do stójki, gdzie wyglądał solidniej od rywala. Trzecia odsłona należała jednak do Mixa, który tym razem dłużej kontrolował Wikłacza w parterze. Polak próbował odpowiadać z dołu, lecz zmęczenie dawało już o sobie znać.

    Kontrowersyjny werdykt

    Po trzech rundach wynik był sprawą otwartą. Pierwszą wyraźnie wygrał Wikłacz, trzecią Mix, a decydująca mogła być runda druga. Ostatecznie dwóch sędziów punktowało na korzyść Polaka i to on mógł cieszyć się z pierwszego, niezwykle cennego triumfu w UFC.

    Werdykt wywołał falę dyskusji. Daniel Cormier, były mistrz UFC w wadze półciężkiej i ciężkiej, otwarcie stwierdził w mediach społecznościowych, że „Patchy Mix wygrał tę walkę”, a decyzję sędziów nazwał błędem. Część fanów zgadzała się z jego opinią, jednak wielu podkreślało, że Wikłacz był aktywniejszy, zwłaszcza w parterze, gdzie Amerykanin głównie trzymał, a nie zadawał obrażenia. Głos zabrał także Derek Brunson, były zawodnik UFC, który przyznał, że w obecnym systemie punktacji walka mogła pójść w dwie strony.

    Pereira znów mistrzem!

    W walce wieczoru kontrowersji już nie było. Alex Pereira stanął do pojedynku o odzyskanie pasa wagi półciężkiej z Magomedem Ankalajewem (21-2-1). Brazylijczyk od samego początku ruszył ostro do ataku – niskie kopnięcia i potężne sierpy odbierały Rosjaninowi kontrolę nad pojedynkiem. Po mocnym prawym Ankalajew był wyraźnie naruszony i spróbował obalenia, ale Pereira skutecznie się obronił.

    W parterze „Poatan” zasypał rywala gradem ciosów i brutalnych łokci. Sędzia nie miał wyboru i przerwał starcie, widząc, że Rosjanin nie jest już w stanie się bronić. Cała akcja trwała zaledwie 80 sekund – Pereira w spektakularnym stylu odzyskał mistrzowski pas!

    https://x.com/SportsCenter/status/1974701100381986941?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1974701100381986941%7Ctwgr%5Ec6004d65df0000a4b70e33772960834511e5c4be%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Finne%2F710200532301520zrobil-to-co-za-debiut-polaka-w-ufc-zbil-bylego-mistrza.html