• Gotowość do obrony zachodniej granicy”. Wystąpienie Nawrockiego w Poznaniu

    Gotowość do obrony zachodniej granicy”. Wystąpienie Nawrockiego w Poznaniu

    Podczas sobotnich uroczystości w Poznaniu, związanych z Narodowym Dniem Zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego, prezydent RP Karol Nawrocki podkreślił, że doświadczenie Wielkopolski powinno stać się inspiracją dla całej Polski. Jak zaznaczył, to właśnie ten region dał przykład, jak można skutecznie walczyć o wolność i zwyciężać. Przez cały dzień stolica Wielkopolski była miejscem obchodów 107. rocznicy wybuchu jednego z nielicznych w pełni zwycięskich polskich zrywów niepodległościowych.

    Centralne uroczystości odbyły się przy pomniku 15. Pułku Ułanów Poznańskich. Wzięli w nich udział przedstawiciele najwyższych władz państwowych, rządu i parlamentu, samorządowcy, reprezentanci wojska, duchowieństwo, a także harcerze. W swoim wystąpieniu prezydent przypomniał, że powstańcy wielkopolscy chwycili za broń w obronie kolebki polskości.

    – Walczyli w imieniu swoich ojców, matek, dziadków i pradziadków, którzy przez dziesiątki lat nie ulegli pruskiemu imperializmowi. Ich celem było jedno: aby Polska pozostała Polską. Nie ma Polski bez Wielkopolski i nie ma Wielkopolski bez Polski – mówił Karol Nawrocki.

    Prezydent zwrócił uwagę, że nie sposób w pełni zrozumieć fenomenu zwycięskiego powstania wielkopolskiego bez znajomości historii tych ziem. Jak podkreślił, Wielkopolska jest w istocie kolebką polskości i źródłem, z którego wyrosła cała Rzeczpospolita. – To tutaj, tysiąc lat temu, król Bolesław Chrobry przyjął koronę – przypomniał.

    Korona, jak zaznaczył prezydent, jest symbolem suwerenności i niepodległości państwa polskiego, a jednocześnie znakiem zwycięskiej Rzeczypospolitej. Odzwierciedla ona także charakter narodowej wspólnoty – otwartej na Zachód, ale jednocześnie gotowej do obrony zachodniej granicy państwa.

    Karol Nawrocki przypomniał również, że po 11 listopada 1918 roku odradzająca się Polska, w granicach proponowanych przez zachodnie mocarstwa, nie miała realnych szans stać się silnym państwem. – Brakowało Górnego Śląska, Pomorza i zasadniczej części Wielkopolski. Była to Polska o połowę mniejsza niż ta, którą znamy dzisiaj, nieprzygotowana do funkcjonowania w otoczeniu agresywnych sąsiadów – mówił.

    Prezydent zaznaczył, że w walkach powstania wielkopolskiego z lat 1918–1919 życie straciło około 2300 osób. – Nie wszystkie nazwiska znamy, ale jako prezydent Rzeczypospolitej chcę wyraźnie powiedzieć: chwała wszystkim powstańcom, którzy oddali swoją krew za to, aby Wielkopolska była Polską – podkreślił.

    Jak dodał, współcześni Polacy mają obowiązek pielęgnować narodową tożsamość i dziedzictwo kulturowe. – Z powstania wielkopolskiego płynie ważna lekcja: Polacy, podobnie jak Wielkopolanie, muszą przez długie lata ciężko pracować. Ten zryw połączył dwie wielkie polskie tradycje – pozytywistyczną, opartą na pracy u podstaw, oraz romantyczną, związaną z gotowością do walki i insurekcji – zaznaczył.

    Prezydent apelował, by w XXI wieku Polacy potrafili łączyć te same cechy. – Musimy być pracowici, gdy warunki na to pozwalają i gdy nasze bezpieczeństwo nie jest zagrożone. Ale musimy też mieć odwagę, gdy przychodzi konflikt lub wojna. Tego uczy nas powstanie wielkopolskie. Oni byli jednocześnie pracowici i odważni – i tego dziś potrzebuje Polska – mówił.

    Gospodarz uroczystości, marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak, podkreślił, że 27 grudnia jest dla regionu najważniejszym dniem w roku. – Powstanie wielkopolskie niezmiennie pozwala nam odczuwać dumę i radość. To fundament naszej wielkopolskiej tożsamości – zaznaczył.

    Jak przypomniał, do zwycięstwa doprowadziło całe społeczeństwo: ludzie różnych zawodów, stanów i poglądów, kobiety, mężczyźni oraz dzieci. – Było to zwycięstwo wyjątkowe, bo tak niewiele powstań w naszej historii zakończyło się pełnym sukcesem. Powstańcy dokładnie wiedzieli, czego chcą, i mieli w sobie – jak dziś mówimy – gen wolności, który posiadają także współcześni Wielkopolanie – mówił Woźniak.

    Marszałek podkreślił również odpowiedzialność obecnych pokoleń wobec przyszłych. – Pamięć o powstaniu jest budulcem naszej tożsamości regionalnej, ale chcemy, by tworzyła ona znacznie szerszą wspólnotę: świadomą, odporną, odpowiedzialną i konsekwentną. Taką, która nie zmarnuje dziedzictwa organiczników, powstańców i wszystkich budowniczych zwycięstwa – dodał.

    Podczas uroczystości odczytano decyzję ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza, zgodnie z którą 2. Skrzydło Lotnictwa Taktycznego otrzymało nazwę wyróżniającą Zwycięskich Powstańców Wielkopolskich.

    Obchody Narodowego Dnia Zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego od lat organizuje Samorząd Województwa Wielkopolskiego we współpracy z Towarzystwem Pamięci Powstania Wielkopolskiego 1918–1919. Po zakończeniu części oficjalnej prezydent wziął udział w Marszu Powstania Wielkopolskiego, przechodząc ulicami Poznania. Następnie na placu Kolegiackim uczestniczył w „Śpiewankach Powstańczych”, czyli koncercie pieśni patriotycznych.

    Powstanie wielkopolskie wybuchło 27 grudnia 1918 roku w Poznaniu i było największym oraz jednym z nielicznych zwycięskich zrywów niepodległościowych na ziemiach polskich pod zaborami. W listopadzie 2021 roku prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę ustanawiającą Narodowy Dzień Zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego, który po raz pierwszy obchodzono w grudniu, w 103. rocznicę wybuchu insurekcji.

  • 5 minut i 41 sekund wystarczyło. Głośno o tym, co zrobił Sochan. “To szalone”

    5 minut i 41 sekund wystarczyło. Głośno o tym, co zrobił Sochan. “To szalone”

    Kolejny mecz, kolejnych kilka minut i kolejny brak punktów – tak można podsumować występ Jeremy’ego Sochana w meczu San Antonio Spurs z Utah Jazz. Drużyna z Teksasu przegrała, a uwaga kibiców skupiła się m.in. na złym wpływie reprezentanta Polski, chociaż ten przebywał na parkiecie mniej, niż sześć minut!

    Powiedzieć, że Jeremy Sochan rozgrywa bardzo słaby sezon w NBA, to nie powiedzieć nic. Z jednej strony zmagał się z kontuzją nadgarstka, ale z drugiej, nawet jeśli gra, to nie zdobywa tym zaufania trenera San Antonio Spurs Mitcha Johnsona. Podobnie było minionej nocy, gdy Spurs zmierzyli się z Utah Jazz i przegrali 114:127.

    Zobacz wideo Gortat imprezował z mężem Kim Kardashian. “Była opcja na pidżama party w rezydencji Playboya”
    Jeremy Sochan rozegrał niespełna sześć minut w meczu przeciwko Utah Jazz

    5 minut i 41 sekund – tyle czasu na parkiecie przebywał minionej nocy Jeremy Sochan. To trzeci najgorszy wynik spośród wszystkich zawodników, którzy wystąpili w tym meczu. W tym czasie reprezentant Polski zanotował asystę, zaliczył dwie straty, a jego zespół zanotował bilans punktowy -7. Na punkty w NBA Sochan czeka niezmiennie od meczu z New Orleans Pelicans, który został rozegrany 9 grudnia.

    Zobacz również: Polskie skoki czekały na to 1105 dni. “Jest jednym z lepszych na świecie”

    Chociaż Sochan spędził na parkiecie mniej, niż sześć minut, to tyle wystarczyło, żeby trafić pod krytyczne oko fanów zespołu z Teksasu. “To szalone, jak bardzo negatywnie wpływa [na grę – przyp. red.] Jeremy Sochan… Dosłownie tracisz grunt pod nogami z każdą minutą, którą on tam [na parkiecie – przyp. red.] spędza”, “Mitch Johnson spisywał się w tym roku naprawdę dobrze, ale fatalny skład z Sochanem i Watersem całkowicie zniszczył naszą dynamikę i sprawił, że przegraliśmy mecz”, “Sochan wszedł do gry i dosłownie zniszczył cały impet, bracie LMFAO”, “Nie będę kłamał, eksperymentalny skład Mitcha z Lindym i Sochanem był tym, co w pierwszej kolejności wykopało dół. Nie twierdzę, że to konkretnie jego wina, bo wiele rzeczy poszło nie tak, ale na pewno to nie pomogło” – pisali kibice Spurs na portalu X.

    Czy Jeremy Sochan odwróci jeszcze kartę w tym sezonie NBA? Czy może czeka go po prostu weryfikacja i w przyszłości będzie zmuszony grać np. w Europie? Jak mawia klasyk – czas pokaże.

    Jednocześnie, mimo tej porażki, Spurs dalej zajmują drugie miejsce w tabeli Konferencji Zachodniej. Kolejny mecz rozegrają we wtorek 30 grudnia z Cleveland Cavaliers.

  • Mistrzyni olimpijska ma dość. Ujawniła przerażającą prawdę

    Mistrzyni olimpijska ma dość. Ujawniła przerażającą prawdę

    Osiągnęłam punkt krytyczny. I myślę, że nadszedł czas, aby pomyśleć o sobie – przekazała swoim fanom Carolina Marin. Tym samym ogłosiła, że rezygnuje z… mediów społecznościowych. Mistrzyni olimpijska w badmintonie nie radzi sobie z hejtem i narastającą presją ze strony kibiców. Niestety w świecie sportu nie jest to odosobniony przypadek.
    Carolina Marin

    Carolina Marin jako jedna z nielicznych Europejek należy do grona największych gwiazd kobiecego badmintona. Hiszpanka od lat plasuje się w czołówce najważniejszych światowych imprez. Jej największym sukcesem jest złoty medal olimpijski z Rio de Janeiro w singlu. Trzykrotnie zdobywała również tytuł mistrzyni świata. Mimo bogatej kariery i wspaniałych osiągnięć 32-latka przechodzi ostatnio przez trudny okres w swoim życiu.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany
    Mistrzyni ogłosiła wszem i wobec. Koniec z mediami społecznościowymi. “Punkt krytyczny”

    Jak opisała hiszpańska “Marca”, Marin niedawno straciła ojca i musiała mierzyć się z zerwanym więzadłem. Teraz doszedł jej kolejny problem. Chodzi o psychiczne wyczerpanie związane z presją ze strony kibiców. – Zdałam sobie sprawę, zwłaszcza w ostatnim miesiącu, że osiągnęłam punkt krytyczny. I myślę, że nadszedł czas, aby pomyśleć o sobie i naprawdę przemyśleć wiele rzeczy. Dlatego jedną z decyzji, które podejmę, będzie odłączenie się od mediów społecznościowych – powiedziała na nagraniu, jakie zamieściła na Instagramie.

    Marin podkreślała, że był to jej ostatni post w tym roku, a od następnego zamierza całkowicie izolować się od mediów społecznościowych. – Załamałam się. Muszę przyznać, że nie jestem teraz w najlepszej formie. Chcę być szczęśliwa, a żeby tak było, muszę odnaleźć szczęście w wielu innych rzeczach – stwierdziła. Przy okazji podziękowała kibicom za wszelkie okazane wsparcie.
    Sportowcy mają nowy problem. “Poświęcają więcej uwagi telefonom”

    Niestety takich przypadków jest coraz więcej. Zaledwie kilka miesięcy temu na podobny krok zdecydowała się inna hiszpańska mistrzyni – Ana Peleteiro. Trójskoczkini całkowicie usunęła konto w mediach społecznościowych po tym, jak spadła na nią lawina rasistowskich obelg. Z kolei koszykarka Silvia Dominguez skasowała swoje konto na platformie X. – Staje się to toksyczna platforma, na której nie ma żadnego szacunku. Nie utożsamiam się z tym i nie chcę być jej częścią – napisała w ostatnim poście.

    Hiszpańscy dziennikarze nie mają wątpliwości, że zjawisko nie jest przypadkowe. – Media społecznościowe zmieniły relacje między sportowcami a publicznością. Nie ma już dystansu ani szacunku. Kibice piszą bezpośrednio do swoich idoli, a wielu z nich szuka rozgłosu poprzez prowokację – zauważyła “Marca”. Coraz więcej sportowców nie jest w stanie sobie z tym poradzić. – Niektórzy poświęcają więcej uwagi telefonom niż treningom. Kiedy ponoszą porażkę, negatywne komentarze mocno na nich ciążą i widać to gołym okiem. A kiedy wygrywają, euforia również staje się wyczerpująca. Odłączenie się od mediów społecznościowych to nie ucieczka, to narzędzie – powiedział psycholożka Marta Ganchegui w rozmowie z La M Roja.

  • Historyczny sukces Maryny Gąsienicy-Daniel! Polka piąta w zawodach Pucharu Świata w Semmering

    Historyczny sukces Maryny Gąsienicy-Daniel! Polka piąta w zawodach Pucharu Świata w Semmering

    Awans z dwunastej lokaty i fenomenalny drugi przejazd

    Rywalizacja na trudnej technicznie i wyboistej trasie w Semmering od samego początku wymagała od zawodniczek pełnej koncentracji oraz agresywnej jazdy. Maryna Gąsienica-Daniel po pierwszym przejeździe zajmowała dwunastą pozycję, tracąc do liderującej Sary Hector 1,56 sekundy. Choć strata do podium wydawała się znaczna, różnice wewnątrz pierwszej dziesiątki były minimalne – do dziesiątego miejsca Polce brakowało zaledwie 0,11 sekundy. To właśnie ta niewielka różnica oraz doskonałe przygotowanie fizyczne pozwoliły naszej reprezentantce na podjęcie ryzyka w finałowej rundzie, co okazało się kluczem do końcowego sukcesu.

    W drugim przejeździe Gąsienica-Daniel zaprezentowała narciarstwo na najwyższym światowym poziomie, notując trzeci czas netto tej serii. Dzięki bezbłędnemu pokonywaniu bramek i utrzymaniu wysokiej prędkości na nierównym podłożu, Polka zdołała wyprzedzić aż siedem rywalek. Ostatecznie nasza alpejka straciła 1,36 sekundy do triumfatorki zawodów, Julii Scheib, oraz 1,22 sekundy do drugiej Camille Rast. Podium uzupełniła Sara Hector, która nie zdołała utrzymać prowadzenia z pierwszej serii. Tuż przed Polką, na czwartym miejscu, sklasyfikowana została Valerie Grenier.
    Przełamanie długiej passy i wygrana z królową nart

    Sobotni wynik ma dla Maryny Gąsienicy-Daniel wymiar symboliczny i stanowi potwierdzenie jej przynależności do światowej elity. Do tej pory najlepszymi osiągnięciami Polki w Pucharze Świata były cztery lokaty na szóstym miejscu. Co więcej, Gąsienica-Daniel na powrót do czołowej dziesiątki zawodów czekała od marca 2023 roku. Fakt, że udało się to uczynić właśnie teraz, pokonując przy tym o 0,09 sekundy samą Mikaelę Shiffrin, świadczy o powrocie do najwyższej dyspozycji. Shiffrin, uznawana za najwybitniejszą narciarkę w historii, tym razem musiała uznać wyższość Polki, co odbiło się szerokim echem w międzynarodowych mediach sportowych.

    Sama zawodniczka w rozmowie z Eurosportem nie kryła wzruszenia i ogromnej satysfakcji z osiągniętego rezultatu. Przyznała, że odczuwa przede wszystkim ulgę, ponieważ tak wysoka lokata jest dowodem na to, że ciężka praca treningowa przynosi zamierzone efekty. Gąsienica-Daniel podkreśliła, że trasa w Semmering była wyjątkowo wymagająca i nie wybaczała błędów, dlatego strategia zakładająca atak od startu do samej mety była jedynym sposobem na wywalczenie życiowego sukcesu.
    Perspektywy na dalszą część sezonu narciarskiego

    Wynik z Semmering stawia Marynę Gąsienicę-Daniel w bardzo korzystnej sytuacji przed kolejnymi startami w kalendarzu alpejskiego Pucharu Świata. Awans w rankingu gigancistek oraz zdobycie cennych punktów pozwoli Polce na starty z lepszymi numerami w nadchodzących zawodach, co na zniszczonych trasach często ma kluczowe znaczenie. Eksperci podkreślają, że stabilizacja formy w slalomie gigancie może być dla Polki trampoliną do walki o jeszcze wyższe cele, w tym o pierwsze w karierze podium, które po sobotnim występie wydaje się być w zasięgu ręki. Polscy kibice z nadzieją patrzą na kolejne starty, wierząc, że piąte miejsce w Austrii to dopiero początek serii znakomitych występów naszej najlepszej alpejki w bieżącym sezonie.

  • Rosjanie już dopadli pierwszą “uciekinierkę”. Jest oficjalny wyrok sądu

    Rosjanie już dopadli pierwszą “uciekinierkę”. Jest oficjalny wyrok sądu

    Od momentu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, rozpoczętej pod koniec lutego 2022 roku, rosyjscy tenisiści i tenisistki funkcjonują w międzynarodowym tourze pod szeregiem ograniczeń. Nie mogą rywalizować w rozgrywkach drużynowych, występują bez flagi i hymnu, oficjalnie jako zawodnicy „neutralni”. W takiej rzeczywistości coraz więcej z nich zaczęło rozważać zmianę obywatelstwa sportowego. W ostatnich tygodniach zjawisko to szczególnie mocno uderzyło w rosyjską federację tenisową. Teraz jednak Moskwa pokazała, że nie zamierza pozostawać bierna – w sobotę poinformowano o pierwszym wyroku sądowym, który zapadł na jej korzyść. Co istotne, decyzja została podjęta w Rosji.

    Lawina transferów nabrała tempa na przełomie jesieni i zimy. Najpierw Maria Timofiejewa ogłosiła przejście do Uzbekistanu, po niej ten sam kierunek obrała Kamilla Rachimowa. Następnie Anastasija Potapowa zdecydowała się reprezentować Austrię, a Polina Kudiermietowa również wybrała Uzbekistan. Od początku listopada do końca grudnia aż cztery rosyjskie tenisistki poinformowały o zmianie obywatelstwa, choć warto podkreślić, że proces ten rozpoczął się znacznie wcześniej.

    Najgłośniejszym przypadkiem była decyzja Darii Kasatkiny. Tenisistka od dawna nie przylatywała do Rosji, obawiając się represji ze względu na swoją orientację seksualną, a od blisko roku oficjalnie reprezentuje Australię. Wcześniej Aleksandr Szeczenko przeniósł się do Kazachstanu, Ksenia Jefremowa i Warwara Graczowa wybrały Francję, a Elina Awanesian – Armenię. Mowa tu o zawodnikach i zawodniczkach z pierwszej lub drugiej setki rankingu, a także o bardzo obiecujących talentach, jak choćby 16-letnia Jefremowa. Lista takich przypadków jest jednak znacznie dłuższa.

    Przez długi czas rosyjskie władze tenisowe zdawały się akceptować te odejścia, zwłaszcza że nie dotyczyły one największych gwiazd. W Rosji za takie uchodzą m.in. Mirra Andriejewa, Diana Sznajder, Jekatierina Aleksandrowa czy Anna Kalinska. Z czasem jednak kibice zaczęli coraz głośniej komentować skalę „ucieczek”, a działacze – z prezesem federacji Szamilem Tarpiszczewem na czele – próbowali bagatelizować problem.

    Teraz okazało się, że federacja postanowiła sięgnąć także po środki prawne.

    Jak poinformował dziennik „Izwiestija”, Rosyjska Federacja Tenisowa wygrała sprawę przeciwko Elinie Awanesian, która latem ubiegłego roku zdecydowała się reprezentować Armenię. Tenisistka tłumaczyła swoją decyzję słowami: „Jestem podekscytowana tym nowym rozdziałem i możliwością odnoszenia sukcesów dla ojczyzny moich przodków”.

    Federacja skierowała sprawę do Narodowego Centrum Arbitrażu Sportowego, które po kilkumiesięcznej analizie dokumentów wydało wyrok korzystny dla strony rosyjskiej. W oficjalnym komunikacie przekazano, że zawodniczka zostanie zobowiązana do zwrotu federacji określonych kwot.

    „Tenisistka będzie musiała zwrócić FTR wysokość strat ustalonych przez NCSA, odszkodowanie z tytułu dochodów z tenisa przewidzianych w umowie o szkolenie sportowe oraz inne wydatki poniesione przez FTR” – napisano w oświadczeniu rosyjskiej federacji.

    Elina Awanesian w marcu tego roku zajmowała 36. miejsce w rankingu WTA, a na przełomie lutego i marca dotarła do półfinału turnieju WTA 500 w Meridzie. Obecnie spadła na 118. pozycję, a w styczniu nie była nawet rozstawiona w kwalifikacjach Australian Open. Co więcej, pozostaje jedyną reprezentantką Armenii notowaną w czołowej dziewięćsetce światowego rankingu.

    Wyrok ten może być sygnałem ostrzegawczym dla kolejnych rosyjskich tenisistów i tenisistek rozważających zmianę barw narodowych – i zapowiedzią zaostrzenia kursu przez federację z Moskwy.

  • Najlepszy wynik Polki w Pucharze Świata w karierze! Tak tego dokonała

    Najlepszy wynik Polki w Pucharze Świata w karierze! Tak tego dokonała

    Najlepszy wynik Polki w Pucharze Świata w karierze! Tak tego dokonała

    Narciarstwo alpejskieNajlepszy wynik Polki w Pucharze Świata w karierze! Tak tego dokonała
    PAP/depesze
    Maryna Gąsienica-Daniel
    Maryna Gąsienica-Daniel (Foto: JOHANN GRODER / AFP)

    Dzięki znakomitemu drugiemu przejazdowi Maryna Gąsienica-Daniel zajęła piąte miejsce w slalomie gigancie w austriackim Semmering, osiągając swój najlepszy w karierze wynik w alpejskim Pucharze Świata. Zwyciężyła reprezentantka gospodarzy Julia Scheib.

    Więcej informacji znajdziesz w Przeglądzie Sportowym

    Gąsienica-Daniel na półmetku była 12., ale miała trzeci czas drugiego przejazdu, zdominowanego dość niespodziewanie przez Ninę Astner. Austriaczka po pierwszej próbie była 30., ale awansowała na najwyższą w karierze 12. lokatę.

    Dalszy ciąg materiału pod wideo

    Polka po raz pierwszy od prawie trzech lat znalazła się w czołowej dziesiątce elitarnego cyklu. Ostatnio udało jej się to w marcu 2023 r. w Andorze, gdzie była ósma. Rekordowe dotychczas wyniki osiągała w latach 2021-2022, kiedy czterokrotnie zajęła szóstą pozycję

    Scheib uzyskała 0,14 s przewagi nad Szwajcarką Camille Rast oraz 0,40 s nad mistrzynią olimpijską z Pekinu w tej konkurencji Szwedką Sarą Hector, która prowadziła po pierwszym przejeździe. Gąsienica-Daniel straciła do zwyciężczyni 1,36 s.

    Piąte miejsce Maryny Gąsienicy-Daniel w slalomie gigancie w austriackim Semmering to bez wątpienia jedno z najważniejszych wydarzeń tego sezonu dla polskiego narciarstwa alpejskiego. Zawodniczka z Zakopanego udowodniła, że po trudniejszych miesiącach wraca do ścisłej światowej czołówki, osiągając najlepszy wynik w swojej dotychczasowej karierze w zawodach Pucharu Świata.
    Kluczem do sukcesu okazał się znakomity drugi przejazd. Po pierwszej części rywalizacji Gąsienica-Daniel zajmowała dopiero 12. miejsce, co nie zapowiadało aż tak spektakularnego awansu. Jednak w drugiej próbie Polka pojechała niezwykle odważnie, dynamicznie i bez większych błędów, uzyskując trzeci czas przejazdu. Taka jazda pozwoliła jej przesunąć się aż o siedem pozycji w górę klasyfikacji i zakończyć zawody na piątej lokacie.
    Ten wynik ma ogromne znaczenie także w szerszym kontekście kariery zawodniczki. Po raz pierwszy od niemal trzech lat Maryna znalazła się w czołowej dziesiątce Pucharu Świata, nawiązując do swoich najlepszych sezonów z lat 2021–2022. Wówczas czterokrotnie kończyła zawody na szóstym miejscu, co do tej pory pozostawało jej najlepszym osiągnięciem. Piąta lokata w Semmering jest więc symbolicznym przełamaniem i sygnałem, że Polka znów może regularnie walczyć z najlepszymi.
    Zwycięstwo w zawodach odniosła Austriaczka Julia Scheib, wyprzedzając Camille Rast i Sarę Hector, jednak to występ Gąsienicy-Daniel przyciągnął szczególną uwagę polskich kibiców. Jej jazda pokazała ogromną determinację, odporność psychiczną i wysokie umiejętności techniczne. Jeśli forma z Semmering zostanie utrzymana, Maryna może być jedną z niespodzianek kolejnych startów w Pucharze Świata.

  • Tusk po rozmowie z przywódcami. “Takie gwarancje to bezpieczniejsza Polska”

    Tusk po rozmowie z przywódcami. “Takie gwarancje to bezpieczniejsza Polska”

    Premier Donald Tusk przekazał, że podczas sobotniej rozmowy z przywódcami państw UE i NATO panowała jednomyślność co do konieczności zapewnienia Ukrainie konkretnych i pewnych gwarancji bezpieczeństwa. Szef rządu zapowiedział, że ciąg dalszy rozmów nastąpi po niedzielnym spotkaniu Wołodymyra Zełenskiego z Donaldem Trumpem na Florydzie.

    Donald Tusk rozmawiał telefonicznie z przywódcami krajów Europy i NATO o szansach na pokój w UkrainieAnita WalczewskaEast News

    “Wszyscy rozmówcy (dołączyli także Skandynawowie, Kanada, Holandia i NATO) zgodzili się, że kluczowe są gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Konkretne i pewne. Takie gwarancje to także bezpieczniejsza Polska. Jutro po spotkaniu prezydentów USA i Ukrainy wracamy do rozmowy” – napisał we wpisie na X Donald Tusk.

    Premier rozmawiał telefonicznie z przywódcami m.in. Ukrainy, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch oraz Unii Europejskiej, by omówić szanse na zawarcie porozumienia pokojowego kończącego wojnę w Ukrainie.

    Rozmowa poprzedziła wspomniane we wpisie premiera niedzielne spotkanie prezydentów Ukrainy i USA. Odbędzie się ono w Palm Beach na Florydzie o godz. 15 czasu miejscowego (godz. 21 w Polsce).

    Donald Tusk rozmawiał z liderami Europy i NATO. “Kluczowe są gwarancje dla Ukrainy”

    Kwestiami spornymi w ramach toczących się negocjacji pozostają nadal ustalenia dotyczące kontroli nad terytoriami: Rosja domaga się wycofania ukraińskich wojsk z nieokupowanej dotąd części Donbasu (głównie z obwodu donieckiego), podczas gdy Kijów chce zamrożenia linii frontu na obecnych pozycjach. Nadal omawiana jest także sprawa kontroli nad Zaporoską Elektrownią Atomową, okupowaną przez siły rosyjskie.

    Wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow powiedział, że w rozmowach na temat zakończenia wojny udało się osiągnąć “punkt zwrotny”, choć przedstawiona przez Kijów wersja 20-punktowego planu pokojowego różni się od tej, która była omawiana przez delegacje USA i Rosji.

    W sobotę rano doszło do rosyjskiego ataku na stolicę Ukrainy. W komunikatorze Telegram prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że do ataku Rosja użyła blisko 500 dronów i 40 rakiet. “Główny cel to Kijów: energetyka i infrastruktura cywilna. Niestety, są trafienia także w budynki mieszkalne” – poinformował Zełenski.

    “Gość Wydarzeń”. Muniek o alkoholu w święta: Oduczyłem się, na Wigilii zero

  • 27-letnia Polka przeszła do historii. Jest pierwsza na świecie

    27-letnia Polka przeszła do historii. Jest pierwsza na świecie

    Przed mistrzostwami świata mówiłam, że jest możliwe, by walczyć o trzy medale, ale nie wszyscy traktowali mnie poważnie. Ja sobie wtedy pomyślałam, że udowodnię, że jest to możliwe i to zrobiłam. Bardzo się cieszę, bo wiem, że to nie tylko mój prywatny sukces. Zdaję sobie sprawę, że zapisałam się na kartach historii i jest to sukces całego polskiego sportu – mówiła Klaudia Zwolińska zaraz po powrocie do Polski z mistrzostw świata w kajakarstwie slalomowym w australijskim Penrith. Jej wyczyn bez wątpienia należy do grona największych w polskim sporcie w mijającym roku. W plebiscycie “Momenty Roku” możecie głosować na swoich faworytów w sondażu pod tym artykułem.

    Zobacz wideo Potężna spina w redakcji legendarnego tygodnika. “Patrz go k***a, analfabeta p********y!

    Zwolińska do historii swojej dyscypliny przeszła 4 października. W Penrith 27-latka z Nowego Sącza wywalczyła trzy medale: złote w konkurencjach C-1 i K-1 oraz brązowy w kayak crossie. Nikt w historii kajakarstwa nie zdobył wcześniej trzech medali na jednych mistrzostwach świata. Zwolińska stała się też pierwszą Polką i dopiero drugą zawodniczką na świecie, która z jednych mistrzostw przywiozła dwa złota.

    – Nie docierało to do mnie, że mogę być legendą polskiego sportu. Zaczęło to do mnie docierać w momencie, kiedy razem z trenerami zaczęliśmy analizować występy polskich sportowców w letnich dyscyplinach i zaczęliśmy się zastanawiać, kiedy ostatni raz były trzy medale indywidualne z jednych mistrzostw świata. To jest to, o czym marzyłam i do czego dążyłam. Nigdy nie chciałam błyszczeć tylko w swojej konkurencji, ale chciałam robić wielkie rzeczy dla polskiego sportu. Chciałam dokonywać takich rzeczy, żeby one były trudne do pobicia – opowiadała Zwolińska w rozmowie z Interią.
    “Tak mi nie szło, że nie wiedziałam, czy to w ogóle ma sens”

    Do Australii jechała w roli jednej z głównych faworytek do złota w swojej koronnej konkurencji K-1. To w niej Zwolińska zdobyła srebro na igrzyskach olimpijskich w Paryżu, przegrywając jedynie z Jessicą Fox. Szanse Polki na mistrzostwach świata były tym większe, że Australijka z rywalizacji we własnym kraju wypadła z uwagi na kontuzję.

    Ale za Zwolińską stały nie tylko igrzyska w Paryżu. W K-1 Polka zdobywała też brąz mistrzostw świata w 2023 r. w Lee Valley, srebro igrzysk europejskich w Krakowie w tym samym roku i mistrzostwo Europy w Lublanie w 2024 r. Zanim jednak Zwolińska wsiadła w Penrith do kajaka, dzień wcześniej czekała ją rywalizacja w kanadyjce. W niej Polka liczyła na medal, ale ostateczny rezultat przerósł jej najśmielsze oczekiwania.

    Kwalifikacje nie były udane, bo Zwolińska zajęła w nich dopiero 17. miejsce. Jak się jednak okazało, była to tylko próbka możliwości naszej zawodniczki tego dnia. Mimo że w półfinale Polka miała gorszy czas, to tym razem uniknęła kary dwóch sekund i zajęła drugie miejsce, pewnie awansując do finału. A w nim nie dała rywalkom najmniejszych szans.

    Mimo że w pierwszym punkcie pomiaru czasu w finałowym starcie Polka traciła 0,62 s do Rosjanki Alsu Minazowej, to w kolejnej części trasy była perfekcyjna. Już na drugim punkcie pomiaru czasu Zwolińska miała 2,45 s przewagi nad Minazową i tę przewagę systematycznie powiększała. Ostatecznie Polka uzyskała czas 108,49 s, wyprzedzając Rosjankę aż o 4,39 s. – Była nieprawdopodobnie szybka – zachwycał się Zwolińską komentator rywalizacji.

    Polka była pewna srebra, ale o ostatecznej kolejności decydowała próba najlepszej w półfinale Brytyjki Kimberley Woods, czyli brązowej medalistki z igrzysk w Paryżu w konkurencji K-1. I 30-latka tym razem kompletnie nie wytrzymała presji. Woods dwukrotnie dotknęła bramki, za co otrzymała cztery karne sekundy i ostatecznie zajęła dopiero ósme miejsce. To oznaczało złoto w C-1 dla Zwolińskiej!

    – Nie wiem, co mam w ogóle powiedzieć. Złoty medal w kanadyjce, tego akurat się nie spodziewałam. Przyjechałam tutaj walczyć o medale, ale szczerze mówiąc, myślałam o kajaku. Wiedziałam, że robię postępy i coraz mocniej czuję się w C-1, ale brakowało mi powtarzalności. Mało kto w to wierzył, ale ja wiedziałam, że w końcu to wypali. Ale nie spodziewałam się, że w finale mistrzostw świata – mówiła Zwolińska w rozmowie z Polskim Związkiem Kajakowym, zaraz po finałowej rywalizacji.

    – To były dwa udane przejazdy, bo po półfinałach byłam druga. Nie spodziewałam się, że w finale będę w stanie powtórzyć ten wynik, a co dopiero jeszcze urwać z tego kilka sekund. Nie wiem, co się dzieje. Kiedy tu przyjechaliśmy z moim trenerem Rafałem, to tak mi nie szło, że nie wiedziałam, czy start w C-1 w ogóle ma sens. Szok, ale oby tak dalej. Teraz w ogóle pytanie, jak ja jutro mam popłynąć szybciej w K-1. No bo tak by przecież pasowało – dodawała z szerokim uśmiechem.
    Deklasacja w K-1

    Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy Zwolińska udźwignie ciążącą na niej presję, już kolejnego dnia mógł przeprosić polską mistrzynię. W swojej koronnej dyscyplinie 27-latka nie dała szans rywalkom, zaliczając trzy bezbłędne przejazdy. Zwolińska dobrze też rozłożyła siły, bo w kwalifikacjach była 9., a półfinał zakończyła na szóstym miejscu.

    Wszystko, co najlepsze Polka zostawiła na finał. W nim od początku do końca była na prowadzeniu, a ostatecznie uzyskała czas 100,32 s, wyprzedzając Kate Eckhardt z Australii aż o 3,52 s. Mimo że była bezbłędna, a jej czas był fantastyczny, to nasza zawodniczka nie wiedziała jeszcze, czy wystarczy jej to do upragnionego złota. Po niej startowało bowiem jeszcze pięć zawodniczek, które uzyskały lepszy czas w półfinale.

    Żadna z nich nie była jednak w stanie zbliżyć się do Zwolińskiej. Zresztą startujące po niej Evy Leibfarth, Woods, Eva Alina Hocevar, Maialen Chourraut i Camille Prigent popełniły po jednym błędzie i otrzymały po dwie karne sekundy. Żadna z rywalek nie wytrzymała narzuconej przez Zwolińską presji.

    Drugi złoty medal na jednych mistrzostwach świata sprawił, że Polka przeszła do historii. W kobiecym kajakarstwie wcześniej udało się to tylko Fox, która zresztą wręczała Polce złoto w Penrith. – Coś niesamowitego, nie mogę w to uwierzyć. Wczoraj długo myślałam i zastanawiałam się, czy to w ogóle możliwe, by powtórzyć to, co zrobiłam na kanadyjce. Tam wzniosłam się na bardzo równy, wysoki poziom sportowy i zastanawiałam się, czy tego poziomu wystarczy mi, by zaprezentować to samo w kajaku. A w nim ciążyła na mnie wielka presja, którą sama na siebie narzuciłam po igrzyskach, bo chciałam rewanżu tu w Australii – mówiła Zwolińska po finale K-1.

    – W ogóle się nie spodziewałam takiego scenariusza. Już w półfinale czułam się dobrze, ale co mi się leciało w finale… Dobrze odrobiłam lekcję z igrzysk. Doskonale mi się startuje. Dwie konkurencje olimpijskie i dwa złota… Ale jeszcze nie mogę świętować, bo przede mną jeszcze jeden start. Nie mogę obiecać kolejnego medalu, ale muszę się dobrze przygotować. Na razie jestem podwójnie złota i tego się trzymajmy – dodawała.
    “Jak zdobywać medale, to z klasą”

    Kayak cross, czyli ostatnia konkurencja, w której startowała Zwolińska, z różnych względów była dla niej najtrudniejsza. Przede wszystkim chodziło jednak o zmęczenie. Nie tylko to fizyczne, ale też psychiczne. Polka podchodziła do ostatniego startu po dwóch wcześniejszych, w których czuła wielką presję związaną z koniecznością nie tyle co zdobycia medalu, a po prostu zwycięstwa.

    Kayak cross to też najbardziej wymagająca konkurencja pod względem fizycznym. W C-1 i K-1 jednego dnia zawodniczki zaliczały po trzy przejazdy. By zdobyć medal w kayak crossie, w którym jednocześnie ścigają się trzy lub cztery zawodniczki, trzeba wystartować w co najmniej pięciu przejazdach. Co najmniej, bo może być ich sześć, jeśli po kwalifikacjach zawodniczka trafiła do repasaży.

    Tych na szczęście Zwolińska uniknęła, wygrywając swój bieg kwalifikacyjny. W drugim starcie Polka była druga, co dało jej awans do ćwierćfinału. W nim 27-latka znów była najlepsza, wyprzedzając Nikitę Setchell z Wielkiej Brytanii, Wiktoriję Us z Ukrainy oraz Rosjankę Ksenię Kryłową.

    W półfinale wyraźnie słabnąca Zwolińska zajęła drugie miejsce. Mimo że od Polki szybsza była Chourraut, to nasza zawodniczka awansowała do finału, wyprzedzając Setchell i Ricardę Funk z Niemiec. Zwolińska stanęła przed historyczną szansą, bo przed nią żadna zawodniczka nie przywiozła z jednych mistrzostw aż trzech medali.

    I swoją szansę wykorzystała. Mimo że od początku przejazdu wyraźnie prowadziła Angele Hug, a Polka w pewnym momencie była nawet na ostatnim miejscu, to nie odpuściła do samego końca. Ostatecznie po złoto pewnie sięgnęła Hug, drugie miejsce zajęła jej rodaczka Prigent, a zażartą walkę o brąz Zwolińska wygrała z Chourraut. Polsko-hiszpańska rywalizacja o medal trwała do ostatnich metrów. Mimo że po ustabilizowaniu sytuacji na torze Zwolińska miała wyraźną przewagę nad rywalką, to w końcówce biegu nasza zawodniczka wyraźnie osłabła i minimalnie wyprzedziła Chourraut.

    – To był dla mnie niesamowity weekend. Ale w tym momencie jestem tak zmęczona, że brakuje słów. Zostawiłam na torze wszystko, co miałam. Jestem wycieńczona. W finale wyszarpałam brąz na ostatniej bramce. Czułam, że dziewczyna z Hiszpanii mi go zabiera, ale wyrwałam go ostatkiem sił. Czułam, że byłam dobrze przygotowana, ale czułam też, że gasłam, im bliżej było finału. To był bardzo trudny dzień. Po dwóch złotych medalach było we mnie wiele emocji, dziś spałam raptem kilka godzin. Rano byłam bardzo spięta, że nie mam pojęcia, jak zdobyłam ten medal. Jestem bardzo szczęśliwa – mówiła szczęśliwa, ale też wyraźnie zmęczona Zwolińska.

    – Nie wiem, jak wstanę rano na samolot do domu. Muszę gdzieś schować medale. Chociaż mam trzy, to jak jeden się zgubi, to nie będzie tak szkoda. Oczywiście żartuję, nieprawdopodobnie się cieszę. Jak zdobywać medale, to z klasą. Jak się bawię, to na całego. Go hard, or go home – dodawała.

    – To się właśnie robi dla takich dni! Nie był to łatwy sezon, nie brakowało perypetii. Myślę, że Klaudia pokazała na tym torze wszystko, co mogła pokazać. Nie wiem, czy jest sens tu jeszcze wracać! W tym roku wyspa, przy której znajduje się tor, nazwano Fox Island imieniem Jessiki Fox. Może teraz trzeba zmienić ją na Klaudia Zwolińska Island? – śmiał się trener 27-latki, Rafał Polaczyk, cytowany przez oficjalną stronę internetową PKOl.

    Dla Zwolińskiej sukces był tym większy, że na początku sezonu Polka zmagała się z kontuzjami i chorobami, przez które niemal w całości odpuściła pierwsze starty w 2025 r. Kolejny cel? Oczywiście igrzyska olimpijskie, które w 2028 r. odbędą się w Los Angeles. – Mam to już z tyłu głowy. Ale na razie krótkie wakacje. Krótkie, tygodniowe. Od listopada wracam do roboty, bo już taka jestem, że nie potrafię dłużej usiedzieć na miejscu – zapowiedziała Zwolińska.

    Moment roku 2025 w polskim sporcie możecie wybierać od 22 do 30 grudnia w poniższej sondzie. W ostatni dzień roku, 31 grudnia, przedstawimy wyniki plebiscytu.

  • Nazwisko Casha na ustach Anglików. To reprezentant Polski zrobił w hicie Premier League

    Nazwisko Casha na ustach Anglików. To reprezentant Polski zrobił w hicie Premier League

    Aston Villa w sobotni wieczór potwierdziła znakomitą formę, notując już 11. zwycięstwo z rzędu. Zespół prowadzony przez Unaia Emery’ego triumfował na Stamford Bridge, pokonując Chelsea 2:1, a pełne 90 minut w barwach „The Villans” rozegrał Matty Cash. Jak zaprezentował się reprezentant Polski i jak ocenili go angielscy dziennikarze?

    Villa rośnie na potęgę

    Kolejny występ tylko umocnił pozycję Aston Villi w ścisłej czołówce Premier League. W ramach 18. kolejki londyńska Chelsea podejmowała ekipę z Birmingham, która już od pierwszych minut narzuciła wysoki poziom intensywności. Gospodarze jako pierwsi objęli prowadzenie – w 37. minucie Joao Pedro skutecznie wykończył sprytne dośrodkowanie Reece’a Jamesa z rzutu rożnego.

    Po przerwie role się jednak odwróciły. Bohaterem gości został Ollie Watkins, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i przesądził o wygranej Aston Villi. Dzięki tym trafieniom drużyna Emery’ego wywiozła z Londynu komplet punktów.

    Kolejny solidny występ Casha

    Dla Matty’ego Casha był to 18. ligowy mecz w tym sezonie, a licząc wszystkie rozgrywki – już 23. występ. Polski obrońca ponownie zagrał od pierwszej do ostatniej minuty, potwierdzając swoją ważną rolę w zespole. W obecnych rozgrywkach może pochwalić się trzema golami i jedną asystą, będąc jednym z najbardziej zaufanych zawodników Emery’ego na prawej stronie defensywy.

    Z polskiego punktu widzenia istotny był jednak moment z 30. minuty, kiedy Cash obejrzał żółtą kartkę. Jak zauważył Rafał Sierhej z Interii Sport, napomnienie oznacza dla reprezentanta Polski pauzę w kolejnym ligowym hicie – 30 grudnia przeciwko Arsenalowi.

    Oceny angielskich mediów

    Jak występ Casha ocenili eksperci z Wysp? Opinie były dość zgodne – solidnie, choć bez fajerwerków.

    astonvillareview.com przyznał Polakowi 6/10, podkreślając, że długo nie dawał się zdominować rywalowi, a kartka – choć zasłużona – została pokazana w dość kontrowersyjnym momencie. WhoScored wystawił notę 6,3, a FotMob ocenił jego grę na 6,8. Dziennikarze birminghammail.co.uk byli nieco bardziej hojni, dając 7, zaznaczając jednak, że Cash miał bardzo trudne zadanie przy dynamicznym Garnacho i aktywnym Cucurelli, a jego absencja w meczu z Arsenalem będzie odczuwalna. Z kolei givemesport.com ocenił Polaka na 6, wskazując, że choć przez większość spotkania radził sobie lepiej od rywala, w ofensywie wniósł niewiele aż do momentu, gdy Villa wyraźnie podkręciła tempo po godzinie gry. Czołówka jest blisko

    Dzięki zwycięstwu Aston Villa awansowała na trzecie miejsce w tabeli Premier League i traci do liderującego Arsenalu zaledwie trzy punkty. Zespół Emery’ego coraz wyraźniej pokazuje, że w tym sezonie nie zamierza być jedynie rewelacją rozgrywek, lecz realnym kandydatem do walki o najwyższe cele.

  • Polskie skoki czekały na to 1105 dni. “Jest jednym z lepszych na świecie”

    Polskie skoki czekały na to 1105 dni. “Jest jednym z lepszych na świecie”

    „Na progu jest światowej klasy”. Maciej Maciusiak szczerze przed Turniejem Czterech Skoczni: o Tomasiaku, kryzysach i presji

    – Na progu jest naprawdę wyśmienity. To jeden z najlepszych zawodników na świecie – mówi w rozmowie z nami trener reprezentacji Polski w skokach narciarskich Maciej Maciusiak, wskazując największy atut Kacpra Tomasiaka. Jednocześnie szkoleniowiec nie ukrywa, gdzie 18-latek ma jeszcze największe rezerwy. W obszernej rozmowie, tuż przed startem 74. Turnieju Czterech Skoczni, trener Polaków ocenia formę kadry, mówi o presji, możliwych zmianach w składzie i zdradza, jakie wyniki w Niemczech i Austrii uznałby za satysfakcjonujące.

    Od trzech lat polscy kibice czekają na moment, w którym biało-czerwony skoczek realnie włączy się do walki o czołowe lokaty w Turnieju Czterech Skoczni. Wszystko wskazuje na to, że i tym razem na przełom jeszcze poczekamy.

    Jedno jednak wyraźnie się zmieniło. Po raz pierwszy od dawna tuż przed Turniejem Polska ma zawodnika, który faktycznie potrafi zbliżyć się do światowej czołówki. Poprzedni raz, gdy w konkursie bezpośrednio poprzedzającym wyjazd do Oberstdorfu Polak znalazł się w pierwszej piątce, miał miejsce 18 grudnia 2022 roku – wtedy w Engelbergu triumfował Dawid Kubacki. Teraz, po 1105 dniach, piąte miejsce w Szwajcarii wywalczył zaledwie 18-letni Kacper Tomasiak.

    To właśnie on jawi się jako największa nadzieja Polaków na Turniej Czterech Skoczni. Nikt jednak nie stawia go jeszcze w gronie kandydatów do Złotego Orła. I trudno się dziwić – dla Tomasiaka będzie to debiut na czterech najbardziej prestiżowych skoczniach świata: w Oberstdorfie, Garmisch-Partenkirchen, Innsbrucku i Bischofshofen.

    Początek sezonu w wykonaniu Polaków był bowiem zbyt słaby, by realnie myśleć o czymś więcej niż solidnych występach młodego lidera kadry. O trudnych pierwszych tygodniach olimpijskiej zimy, problemach zespołu i własnym wizerunku mówi wprost trener Maciej Maciusiak.

    „Rzeczywistość szybko nas sprowadziła na ziemię”

    – Pierwsze tygodnie mocno pana przeczołgały?
    – Na pewno nie tak to sobie wyobrażałem – przyznaje szkoleniowiec. – Zwłaszcza po lecie i pracy, którą wykonaliśmy. W moim odczuciu zrobiliśmy wtedy bardzo dobrą robotę: obyło się bez kontuzji, sprzętowo byliśmy dobrze przygotowani. Myślałem, że początek sezonu będzie znacznie łatwiejszy, ale rzeczywistość szybko przypomniała nam, że w skokach nie można stracić czujności.

    Jak podkreśla Maciusiak, potencjał w drużynie jest, ale poziom światowej czołówki jest dziś niezwykle wysoki, a rywalizacja bardzo wyrównana. – Żeby osiągnąć dobry wynik, wszystko musi się idealnie zgrać. Potrzeba też odrobiny szczęścia. Na razie mieliśmy dwa takie konkursy – w Wiśle i w Engelbergu. Mam nadzieję, że teraz takich dni będzie znacznie więcej.

    Najtrudniejszy moment? Ruka

    Najbardziej bolesnym momentem początku sezonu był dla Polaków konkurs w Ruce. – To było naprawdę trudne – wspomina trener. – Pracujesz codziennie, wszyscy wkładają w to serce, a potem przychodzisz na skocznię i nic nie funkcjonuje. To potrafi zdołować całą drużynę.

    Dodatkowym problemem była przerwa przed kolejnymi zawodami. – Trzeba było wszystko układać od nowa. To nie jest łatwe, bo poprawa nie przychodzi z dnia na dzień. Kluczowe było to, że zawodnicy nadal wierzyli w pracę. Mamy świadomość, że jesteśmy jedną drużyną – sztab i skoczkowie. Ta wiara nie zniknęła.

    Bez uderzania pięścią w stół

    Maciusiak nie jest zwolennikiem nerwowych reakcji. – Po gorszych dniach dajemy sobie wieczór spokoju. Analizy robimy dopiero następnego dnia. To profesjonaliści, którzy widzą, jak wszyscy ciężko pracują – tłumaczy.

    Jako przykład podaje Dawida Kubackiego, który bez pretensji przyjął decyzję o braku powołania na Turniej Czterech Skoczni. – To pokazuje charakter tej kadry.

    „Mam słaby PR? Nie przejmuję się”

    Trener nie ukrywa, że wizerunkowo nie ma łatwo. – Nie przejmuję się opiniami. Robię swoją robotę i wiem, że dajemy z siebie wszystko. Krytyka po słabszych konkursach jest naturalna, ale my zachowujemy spokój – mówi.

    Nie boi się też zarzutów o zbytni optymizm. – W sporcie trzeba wierzyć w swoją pracę. Inaczej nie da się funkcjonować. Ludzie zawsze będą komentować, niezależnie od wyniku.

    Tomasiak: talent, spokój i rezerwy w locie

    Najwięcej pozytywnych emocji w kadrze budzi Kacper Tomasiak. – Bardzo dobrze radzi sobie z rytmem Pucharu Świata. Nie wiedzieliśmy, jak jego organizm zareaguje na starty co tydzień, ale młodość działa na jego korzyść – ocenia trener.

    Największym atutem młodego skoczka jest próg. – Jest naprawdę wyśmienity. Jeden z najlepszych na świecie – podkreśla Maciusiak. – Rezerwy są w drugiej fazie lotu. Chcemy, żeby mniej „dokładał” w nartach, a bardziej po prostu leciał. Tam jest jeszcze spory zapas.

    Równie ważna jest jego psychika. – Presja zdaje się go nie ruszać. Startuje w Pucharze Świata czy w Orlen Cupie – podchodzi do tego tak samo. To jego ogromna przewaga.

    Wąsek, Stoch, Żyła i Kot. Realne oczekiwania

    Trener docenia też powrót Pawła Wąska, który w Engelbergu zanotował najlepszy wynik sezonu. – Wreszcie przełożył to, co miał w głowie, na skoki w zawodach – mówi.

    Skład na Turniej Czterech Skoczni tworzą: Tomasiak, Wąsek, Stoch, Żyła i Kot. – Mam przekonanie, że to obecnie nasi najlepsi zawodnicy – podkreśla Maciusiak, zaznaczając jednak, że nie wyklucza zmian w trakcie Turnieju, jeśli ktoś wyraźnie będzie się męczył.

    Jakie wyniki zadowoliłyby trenera? – Chciałbym, żeby Kacper utrzymał poziom, Paweł przeniósł formę z Engelbergu, Piotrek skakał swoje, Kamil wrócił do dyspozycji z początku sezonu, a Maciek regularnie punktował. Wtedy byłbym bardzo zadowolony.

    Presja? Jest od początku

    – Presja jest z nami od startu sezonu – przyznaje szkoleniowiec. – Najważniejsze są igrzyska olimpijskie i mistrzostwa świata w lotach. Turniej Czterech Skoczni może dać odpowiedzi, ale nie zamyka sezonu. To kolejny etap drogi.