• Wybiła 14. minuta meczu Romy. Wszystkie oczy na Ziółkowskiego

    Wybiła 14. minuta meczu Romy. Wszystkie oczy na Ziółkowskiego

    Roma w swoim ostatnim meczu w 2025 r. podejmowała Genoę w ramach Serie A. W wyjściowym składzie gospodarzy znalazł się Jan Ziółkowski i po niespełna kwadransie wykonał ważne zagranie w akcji bramkowej. Drużyna reprezentanta Polski w nieco ponad pół godziny rozstrzygnęła mecz – odniosła wyraźne zwycięstwo 3:1.
    Jan Ziółkowski w meczu Serie A Roma – Genoa
    zrzut ekranu z https://x.com/ELEVENSPORTSPL/status/2005732527428792557

    Jan Ziółkowski korzysta z nieobecności Evana Ndicki, uczestniczącego w Pucharze Narodów Afryki z reprezentacją Wybrzeża Kości Słoniowej, i gra w podstawowym składzie Romy. Tak było w niedawnym spotkaniu Serie A z Juventusem (1:2), tak też stało się w poniedziałkowym starciu ligowym z Genoą, prowadzoną przez Daniele De Rossiego, legendę Romy, dla którego było to pierwsze starcie przeciwko stołecznej ekipie (jako piłkarz lub trener).

    Zobacz wideo Kosecki z mocnym przesłaniem w sprawie piłkarzy Legii: Współczuję im. Cierpią na tym ich bliscy
    Jan Ziółkowski wyszedł w podstawowym składzie Romy na mecz z Genoą i się wyróżnił

    Polak dosyć szybko zaznaczył swą obecność na murawie. W 14. minucie wybił piłkę w kierunku bramki gości, a ich stoper Johan Vasquez zagrał głową do tyłu. Na to tylko czekał Matias Soule, bezbłędny w pojedynku z Daniele Sommarivą.

    Po tym golu przewaga Romy tylko rosła. Pięć minut później w pole karne Genoi wpadł inny środkowy obrońca – Gianluca Mancini, który zagrał w kierunku Evana Fergusona. Ten trącił piłkę do Manu Kone i za moment Stadio Olimpico wybuchło z radości po raz drugi.

    Minęło nieco ponad pół godziny gry, a miejscowi fani świętowali trzecie trafienie. Przed polem karnym rywali gracze Romy założyli skuteczny pressing na Rusłanie Malinkowskim. W efekcie futbolówka trafiła pod nogi Soule, który oddał strzał. Tym razem Sommariva sobie poradził, lecz przy dobitce Fergusona był bezradny.
    Roma w pierwszej połowie zapewniła sobie zwycięstwo nad Genoą. Jan Ziółkowski może czuć pewien niedosyt

    W 38. minucie bramkarz gości nie popisał się pewnym chwytem – bramkę zdobył Kone, ale sędziowie dopatrzyli się w tej sytuacji przewinienia na Sommariwie. Zatem na przerwę Roma schodziła z trzybramkową przewagą, a Ziółkowski z poczuciem dobrze wykonanego zadania – błysnął z przodu, a z tyłu praktycznie nie miał nic do roboty.

    Po rozpoczęciu drugiej połowy największym problemem gospodarzy była kontuzja Soule, zmienionego przez Stephana El Shaarawy’ego. Jednak niespecjalnie wpłynęło to na przebieg gry – Roma zwolniła tempo, a Genoa była zbyt słaba, żeby zagrozić rywalom. A pojedyncze próby kończyły się fiaskiem, jak w 67. minucie, gdy Ziółkowski do spółki z Mario Hermoso zatrzymali rezerwowego Seydou Finiego.

    Zobacz także: Reprezentant Polski może trafić do giganta. Borek ujawnia

    Pod koniec spotkania reprezentant Polski dostał w twarz w pojedynku z innym zmiennikiem Jeffem Ekhatorem. Niedługo później efektowny strzał oddał El Shaarawy, jednak trafił w Brooke’a Nortona-Cuffy’ego i żadnego zagrożenia nie było. A za jakiś czas Ziółkowski zablokował groźny strzał Ekhatora.

    Chwilę później Włoch dopiął swego. Po rzucie wolnym wykorzystał zamieszenie w polu karnym rzymian i uderzył z powietrza, a futbolówka odbiła się od rezerwowego Niccolo Pisillego, co zupełnie zmyliło Mile Svilara. W ten sposób został ustalony rezultat, a Ziółkowski musi jeszcze poczekać na pierwsze czyste konto jako zawodnik wyjściowego składu Romy.
    17. kolejka Serie A: Roma – Genoa 3:1

    gole: Matias Soule 14′, Manu Kone 19′, Evan Ferguson 31′ – Jeff Ekhator 87′

    Po tym spotkaniu Roma ma 33 pkt i zajmuje czwarte miejsce w tabeli, natomiast Genoa z 14 pkt jest na 17. pozycji. Po Nowym Roku rzymianie zagrają z Atalantą, a genueńczycy z Pisą (oba spotkania w sobotę 3 grudnia).

  • Polska tenisistka ujawnia, z czym się mierzy. “Jest tego coraz więcej”

    Polska tenisistka ujawnia, z czym się mierzy. “Jest tego coraz więcej”

    Magdalena Fręch, trzecia rakieta naszego kraju, opowiada w rozmowie ze Sport.pl o hejcie, którego doświadcza, o konieczności zmian w kalendarzu i o tym, jak patrzy na swoje występy w ostatnim sezonie. 28-latka już za kilka dni w Australii wróci do gry.
    Magdalena Fręch na turnieju w Wuhan
    Fot. VCG via Getty Images

    Uderzający w tenisistów hejt w internecie, a szczególnie w social mediach, jest coraz powszechniejszym zjawiskiem. I dotyczy także reprezentantek Polski. W październiku Iga Świątek opublikowała screeny hejterskich wiadomości, które dostała na Instagramie. Wcześniej na podobny ruch zdecydowały się m.in. Magda Linette i Maja Chwalińska.

    Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. “Mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną”

    Magdalena Fręch przyznaje, że i jej ten problem nie jest obcy. – Z każdym rokiem jest tego coraz więcej. Przybywa również “ekspertów”. Na szczęście nauczyłam się to ignorować i przestało to na mnie robić wrażenie. Najwięcej hejtu powodują zakłady bukmacherskie i rozgoryczeni gracze, którzy wylewają swoje frustracje – mówi tenisistka.
    Hejterzy atakują tenisistki

    Fręch do tej pory nie udostępniała chamskich wiadomości, które otrzymuje. Natomiast pod koniec ostatniego sezonu – tuż po tym, jak odpadła z turnieju w Wuhanie – zdecydowała się na znamienny wpis. “W odpowiedzi na lawinę negatywnych ocen i komentarzy po ostatnim meczu pragnę poinformować, że czasami żałuję, ale nie jestem maszyną. Chociaż mam wrażenie, że organizatorzy tak nas traktują, wyznaczając plan gier. Grając trzy dni z rzędu w godz. 13-16, w ekstremalnych warunkach, niestety odbiło się na to moim zdrowiu, które zawsze stawiam sobie na pierwszym miejscu. Granie w 36 stopniach, przy smogu, nagrzanym betonie oraz ekstremalnej wilgotności jest do zaakceptowania, jeśli nie przytrafia się codziennie. Kumulacja tego wysiłku niesie za sobą niestety konsekwencje. Czegoś takiego jak wczoraj jeszcze nigdy nie czułam, pomimo paru lat spędzonych na tourze”.

    Warunki w Wuhanie były wówczas mordercze – tak jakby na dobicie czołowych zawodniczek po trudach długiego sezonu. Kolejne tenisistki w ostatnich miesiącach apelowały o zmiany w kalendarzu. Wypowiadały się na ten temat m.in. Iga Świątek, Coco Gauff i Aryna Sabalenka. Magdalena Fręch w tej sprawie za zdanie podobne do koleżanek z kortów.

    – Powinna zostać zmniejszona liczba obowiązkowych turniejów, co poprawiłoby regenerację pomiędzy zawodami. Zawodniczki, które chcą grać więcej, mogłyby cały czas grać, ale te, które chcą chwilę odpocząć, nie powinny być za to karane. Bo tak naprawdę sezon trwa prawie 11 miesięcy i nie uwzględnia przerw w trakcie – mówi tenisistka w rozmowie ze Sport.pl.
    Będą zmiany w kalendarzu?

    Jak to wygląda w praktyce? Ostatni sezon trwał od 27 grudnia 2024 do połowy listopada 2025. Nadchodzący rok grania rusza już 2 stycznia. Tenisistki są zobligowane, by w każdym roku zagrać w 10 turniejach rangi WTA 1000, sześciu kategorii WTA 500, do tego dochodzą cztery turnieje wielkoszlemowe. Brak startu w którejkolwiek z wyżej wymienionych imprez wiąże się z karą finansową oraz punktową – zerem przypisywanym do rankingu WTA.

    Głosów nawołujących do zmian jest sporo. Niedawno 40. na świecie Niemka Ewa Lys apelowała w lokalnych mediach do działaczy WTA. – Mamy mnóstwo kontuzji, zawodniczek, które po prostu nie dają rady, które nie mają odpowiedniej kondycji psychicznej. Rozgrywki są zbyt długie. W tenisie okres poza sezonem jest zdecydowanie za krótki – mamy dwa tygodnie na urlop – mówiła.

    Nie może być inaczej, skoro działacze zmienili zasady. Jeszcze kilka lat temu obowiązkowych turniejów liczonych do rankingu WTA było mniej, co pozwalało zachować większą równowagę między wysiłkiem a odpoczynkiem. Dziś nawet kłopoty zdrowotne nie zawsze bronią przed karą za nieobecność w drabince, o czym ostatnio opowiadała Karolina Muchova.

    Fręch, mimo intensywnego okresu, swój ostatni sezon ocenia pozytywnie. – Zebrałam bardzo cenne doświadczenie. Cały rok grałam z rozstawieniem, więc zajęło mi sporo czasu, żeby zaadaptować się do nowych okoliczności, które wbrew pozorom wcale nie są łatwe.

    Czytaj także: Kłopoty Barcelony!

    Fręch to dziś 59. tenisistka świata. Przez większość roku znajdowała się jednak sporo wyżej – w okolicach 25. miejsca w zestawieniu Organizacji Kobiecego Tenisa. Pozycja w top 30 pozwalała jej występować w wielu turniejach w roli rozstawionej zawodniczki. To przywilej, który czasem daje możliwość gry dopiero od drugiej strony, a często ułatwia dostęp do treningów na największych kortach. A drugiej strony – towarzyszy temu także presja związana z większymi oczekiwaniami wobec faworytki. I jest jeszcze jeden wątek, na który zwraca uwagę Fręch. – Nie mogłam zagrać w mniejszych turniejach WTA 250, żeby się rozegrać i złapać rytm meczowy – mówi.
    Powrót do rywalizacji

    Dla 28-latki urodzonej w Łodzi był to pierwszy taki sezon w karierze, gdy organizatorzy rozstawiali ją w drabinkach największych zawodów. Nie zawsze była w stanie wykorzystać sprzyjające okoliczności, ale nowy sezon to zawsze nowy rozdział. Fręch od kilku tygodni ciężko trenuje na Florydzie pod okiem swojego trenera Andrzeja Kobierskiego, z którym współpracuje już od 17 lat.

    Najbliższe plany startowe? Trzecia rakieta naszego kraju od 5 stycznia ma występować w imprezie WTA 500 w Brisbane, w kolejnym tygodniu w turnieju rangi 250 w Hobart, a potem czeka ją wielkoszlemowy start w Australian Open. W Melbourne dotychczas szło jej tak dobrze, jak nigdzie w Wielkich Szlemach – rok temu doszła do czwartej rundy, w ostatnim sezonie do trzeciej. Jej obecny cel to nawiązać do tamtych sukcesów, choć nie tylko. – Chciałabym awansować do top 20 rankingu – zapowiada Fręch, która najwyżej do tej pory była 22. w październiku 2024.

  • Nagłe wycofanie Polki tuż przed Australian Open. Tercet już nieaktualny

    Nagłe wycofanie Polki tuż przed Australian Open. Tercet już nieaktualny

    Nagła rezygnacja Polki tuż przed Australian Open. Nie będzie naszego tercetu

    Już nawet nie dni a godziny dzielą nas od startu sezonu 2025 w kobiecym i męskim tenisie. W piątek w Perth rozpoczną się zmagania w United Cup, tego samego dnia panie przystąpią do eliminacji WTA 500 w Brisbane. W obu tych zmaganiach zobaczymy Polki, ale trzy nasze reprezentantki: Magda Linette, Maja Chwalińska oraz Linda Klimovicova wybrały jeszcze inną lokalizację. A dokładniej – Auckland i tamtejszy turniej WTA 250. Już jednak wiadomo, że nie wszystkie w Nowej Zelandii ostatecznie się pojawią.
    Grupa młodych kobiet ubranych w sportowe stroje narodowe stoi w szeregu, przed nimi widoczna biało-czerwona flaga Polski, w tle rozwinięta duża czerwona flaga oraz widzowie.

    Aż trzy Polki planowały występ w WTA 250 w Auckland. Linda Kimovicova (na zdjęciu druga reprezentantka od prawej) zmieniła planyTomasz Browarczyk/400mm.plNewspix.pl

    Pokazowe potyczki w Bengaluru, Shenzhen, Makau i Dubaju, za to z udziałem m.in. Igi Świątek, Aryny Sabalenki, Jeleny Rybakiny, Pauli Badosy czy Mirry Andriejewej były wstępem do tego, co będzie nas czekać już w najbliższych tygodniach. Pod koniec tego tygodnia kolejny sezon ruszy pełną parę – najpierw oczywiście na południowej półkuli. Kulminacyjnym momentem będzie pierwszy wielkoszlemowy turniej w sezonie – zmagania w Melbourne zaczną się 18 stycznia.

    Sześć dni wcześniej do gry na obiektach Melbourne Park przystąpią zawodniczki w kwalifikacjach, wśród nich aż trzy Polki. Linda Klimovicova, Katarzyna Kawa i Maja Chwalińska w teorii dostały więc tylko jedną okazję na sprawdzenie formy, w tygodniu poprzedzającym owe kwalifikacje. Kawa wybrała rolę rezerwowej w reprezentacji Polski w ramach United Cup – tam, nawet jeśli nie zagra, może rozgrywać sparingi z innymi rezerwowymi w danej lokalizacji.
    Młoda kobieta w czerwonym stroju sportowym z emblematami Polski i rakietą tenisową świętuje sukces na korcie, unosząc zaciśniętą pięść w geście triumfu.

    Linda KlimovicovaTomasz Jędrzejowski/REPORTERReporter

    Chwalińska i Klimovicova miały z kolei zagrać w Auckland, razem z Magdą Linette. Przy czym poznanianka zostanie w turnieju WTA 250 rozstawiona, młodsze zawodniczki miały czekać kwalifikacje.

    Trzy reprezentantki Polski wybrały WTA 250 w Auckland. Do Nowej Zelandii polecą jednak tylko dwie

    W kobiecym tenisie o możliwości gry w turniejach decyduje oczywiście pozycja w światowym rankingu. Im jest wyższa, tym większa szansa na bardziej prestiżowe zawody, większe potencjalnie zdobycze punktowe, wyższe zarobki. Iga Świątek wybrała grę w United Cup w reprezentacji Polski, w roli liderki, razem z Hubertem Hurkaczem.

    Co było oczywiste, na rolę rezerwowej nie zdecydowały się: Magdalena Fręch czy Magda Linette. Pierwsza wybrała WTA 500 w Brisbane – zdołała jednak wskoczyć do głównej drabinki. Poznanianka zagra w Auckland (WTA 250), może liczyć na uprzywilejowaną pozycję w losowaniu.

    Grę w Nowej Zelandii planowały też początkowo Linda Klimovicova i Maja Chwalińska. Ta pierwsza po zakończeniu sezonu poleciała do Stanów Zjednoczonych – i jak się okazuje, do Auckland jednak nie poleci. Jak poinformował już serwis polski-tenis.pl, wycofała się z kwalifikacji. To zaś oznacza, że grę zacznie z marszu: 12 stycznia w Melbourne w pierwszej rundzie eliminacji Australian Open. Będzie w nich rozstawiona.

    Chwalińska planów nie zmieniła – wspólnie z trenerem Jaroslavem Machovskym jest już w drodze na południową półkulę. W piątek powinna poznać swoją pierwszą rywalkę w nowym sezonie.
    Maja Chwalińska rywalizowała o awans do drugiej rundy eliminacji Roland Garros 2025

    Maja ChwalińskaFoto Olimpik / NurPhoto / NurPhoto via AFPAFP
    Magda Linette

    Magda LinetteFOTO OLIMPIK/NurPhoto/NurPhoto via AFPAFP

    Linda Klimovicova: Jestem bardzo szczęśliwa, bo wiem, że presja była ogromna

  • Natychmiastowy triumf Tomasiaka, a to nie koniec. Wielka radość Stocha

    Natychmiastowy triumf Tomasiaka, a to nie koniec. Wielka radość Stocha

    Seria próbna przed poniedziałkowym konkursem otwierającym 74. Turniej Czterech Skoczni nie przyniosła polskim kibicom powodów do optymizmu. Szczególnie niepokojąco wyglądał występ Kamila Stocha, który uplasował się dopiero na 50. miejscu. Kilkadziesiąt minut później okazało się jednak, że próbne skoki nie miały większego znaczenia, a doświadczony mistrz potrafił odpowiednio zareagować w najważniejszym momencie. W samym konkursie Stoch zaprezentował się zdecydowanie lepiej i w wewnętrznej „polskiej rywalizacji” ustąpił jedynie Kacprowi Tomasiakowi, który zakończył zawody na 14. pozycji. Inaugurację 74. edycji TCS zdominował Domen Prevc.

    Turniej Czterech Skoczni od lat bywał szczęśliwy dla Biało-Czerwonych. W dziewięciu poprzednich edycjach aż czterokrotnie Złoty Orzeł trafiał w ręce Polaka, a największym bohaterem tej imprezy pozostaje Kamil Stoch – trzykrotny triumfator klasyfikacji generalnej. Tym razem oczekiwania wobec 38-latka były jednak znacznie skromniejsze. Do Oberstdorfu przyjeżdżał bez presji walki o końcowy triumf, a w gronie potencjalnych „czarnych koni” eksperci znacznie częściej wymieniali młodego Kacpra Tomasiaka.

    Niedzielne kwalifikacje dały jednak sygnał, że Stoch może być groźny – zajął w nich 14. miejsce. Zupełnie inaczej wyglądała poniedziałkowa seria próbna, w której Tomasiak wypadł najlepiej z Polaków, a Stoch był ostatni w stawce. Mimo to jasne było, że przy rywalizacji w systemie KO prawdziwa walka dopiero się rozpocznie.

    Konkurs ruszył z wysokiej, 16. belki startowej i już na początku przyniósł kibicom sporo emocji. W pierwszej parze zaprezentował się Kacper Tomasiak, który w swoim debiutanckim starcie w Turnieju Czterech Skoczni poleciał na 128,5 metra. Ten skok bez problemu wystarczył do pokonania Niko Kytosaho, lądującego ponad dziesięć metrów bliżej. Znacznie gorzej potoczył się pojedynek Piotra Żyły – odległość 123 metrów nie dała mu szans na awans do drugiej serii nawet w gronie szczęśliwych przegranych.

    Pewny awans do kolejnej rundy zapewnił sobie za to kolejny z Polaków. W środku konkursu doszło do wewnętrznej rywalizacji Pawła Wąska z Maciejem Kotem. Wąsek skoczył 122 metry, Kot o metr mniej, co przełożyło się na zwycięstwo młodszego zawodnika.

    Na rozbiegu pozostał już tylko Kamil Stoch. Doświadczony mistrz wyraźnie zapomniał o nieudanej serii próbnej. Skok na 131 metrów w dobrym stylu dał mu pewny awans i miejsce w czołowej dwudziestce po pierwszej serii. Polak uplasował się tuż za Kacprem Tomasiakiem, co samo w sobie było pozytywnym sygnałem.

    W walce o prowadzenie mocny akcent postawił Felix Hoffmann, który w trudnych warunkach osiągnął 132,5 metra i zbliżył się do liderującego wcześniej Jonasa Schustera. Chwilę później wszystkich pogodził jednak główny faworyt zawodów. Domen Prevc oddał kapitalny skok na 141,5 metra i objął prowadzenie z wyraźną przewagą.

    Do drugiej serii Polacy przystępowali z realnymi szansami na poprawę pozycji. Tomasiak zajmował 15. miejsce i tracił zaledwie pięć punktów do czołowej dziesiątki. Kamil Stoch był 17., a Paweł Wąsek plasował się na 28. pozycji. Rywalizację wznowiono z belki numer 15.

    Wąsek trafił na sprzyjające warunki, ale nie potrafił ich wykorzystać – skok na 118,5 metra nie pozwolił mu przesunąć się w górę klasyfikacji. Na znaczącą poprawę nie mógł liczyć także Kamil Stoch, choć jego próba była bardzo solidna. Lądowanie na 131,5 metra wywołało u niego ogromną radość, jednak lepsze warunki wietrzne sprawiły, że po swoim skoku był drugi na liście.

    Chwilę później na belce pojawił się Kacper Tomasiak. 18-latek również skorzystał z dobrego wiatru i uzyskał identyczną odległość jak Stoch. Tym razem przełożyło się to na prowadzenie młodego Polaka.

    Finałowa rywalizacja o zwycięstwo i prowadzenie w Turnieju Czterech Skoczni toczyła się w okolicach rozmiaru skoczni, wynoszącego 137 metrów. Niespodzianki jednak nie było. Domen Prevc nie tylko obronił przewagę, ale jeszcze ją powiększył, lecąc aż 140 metrów i w efektownym stylu sięgając po wygraną.

    Wyniki pierwszego konkursu 74. Turnieju Czterech Skoczni:

    1. Domen Prevc – 316,7

    2. Daniel Tschofenig – 299,2

    3. Felix Hoffmann – 297,3
    …

    1. Kacper Tomasiak – 279,7

    2. Kamil Stoch – 271,2

    3. Paweł Wąsek – 238,0

    4. Maciej Kot – 123,1

    8. Piotr Żyła – 118,8

  • Jest ogłoszenie ws. Tomasiaka. Tuż przed TCS. Wyrok został wydany

    Jest ogłoszenie ws. Tomasiaka. Tuż przed TCS. Wyrok został wydany

    Ruszyła 74. edycja Turnieju Czterech Skoczni. Polacy w komplecie, a jeden z nich szczególnie przyciąga uwagę

    74. Turniej Czterech Skoczni tradycyjnie otwiera najbardziej emocjonujący etap zimowego sezonu skoków narciarskich. Niedzielne kwalifikacje w Oberstdorfie przyniosły polskim kibicom sporo powodów do zadowolenia – wszyscy reprezentanci Polski zdołali wywalczyć awans do konkursu głównego i serii KO.

    W kwalifikacjach wystąpili Maciej Kot, Kamil Stoch, Piotr Żyła, Paweł Wąsek oraz Kacper Tomasiak i każdy z nich znalazł się w gronie 50 zawodników dopuszczonych do rywalizacji. Zgodnie z zasadami Turnieju Czterech Skoczni, skoczkowie zostali podzieleni na 25 par systemu pucharowego. W drugiej serii zobaczymy 30 zawodników – zwycięzców par oraz pięciu tzw. „szczęśliwych przegranych”.

    Tomasiak na czele polskich nadziei. Tajner widzi w nim potencjał na coś więcej

    Najwięcej uwagi po kwalifikacjach przyciąga jednak najmłodszy z Polaków. Kacper Tomasiak oddał w niedzielę skok na odległość 124 metrów, co dało mu solidny wynik i przepustkę do rywalizacji z Finem Niko Kytosaho w serii KO. 18-latek wyrasta w tym sezonie na najbardziej stabilny punkt biało-czerwonej kadry.

    Były prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner nie ukrywa, że właśnie w Tomasiaku upatruje największych szans Polaków na wysokie lokaty w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni.
    – Na dziś wydaje się, że tylko Kacper jest zdolny mierzyć naprawdę wysoko. Widać u niego dużą powtarzalność. Owszem, zdarzają mu się słabsze próby, ale dzieje się to rzadko. Nawet wtedy są to skoki przyzwoite, którym po prostu czegoś brakuje – ocenił Tajner w rozmowie z „WP SportoweFakty”.

    Były sternik PZN zwrócił uwagę na techniczne detale. – Najczęściej problem pojawia się w drugiej fazie lotu. Samo odbicie z progu wygląda bardzo dobrze i trudno się tu do czegokolwiek przyczepić – podkreślał.

    Zdaniem Tajnera młody skoczek może okazać się jednym z największych zaskoczeń turnieju, choć jego niewielkie doświadczenie wciąż pozostaje znakiem zapytania. – Kacper może zakręcić się w okolicach czołowej szóstki. W ostatnim czasie ustabilizował formę mniej więcej na tym poziomie. Trzeba jednak pamiętać, że to bardzo młody zawodnik i jego dyspozycja może jeszcze falować. Na razie nie przeplata dobrych skoków słabszymi, co często zdarza się zawodnikom dopiero wchodzącym do Pucharu Świata – zaznaczył Tajner, dodając na koniec, że mimo wszystko „patrzy na to wszystko z umiarkowanym optymizmem”.

    Poniedziałkowy konkurs w Oberstdorfie pokaże, czy Tomasiak rzeczywiście potwierdzi miano polskiego lidera i czy biało-czerwoni będą w stanie włączyć się do walki o najwyższe cele w prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni.

  • Wylądował w celi śmierci, później witali go jak króla. Polak bohaterem TCS

    Wylądował w celi śmierci, później witali go jak króla. Polak bohaterem TCS

    Jeszcze na długo przed erą “Małyszomanii” Polacy mieli w skokach narciarskich zawodników, którzy jak równy z równym rywalizowali z najlepszymi, trwale zapisując się na kartach historii tej dyscypliny. Do tego grona należy m.in. Stanisław Marusarz.

    Skoczek z Zakopanego od najmłodszych lat przejawiał zamiłowanie do gór i sportów zimowych. W 1926 roku wygrał juniorski konkurs na skoczni na Jaworzynce, zdobywając pierwsze profesjonalne narty. W wieku zaledwie 14 lat, mimo początkowego sprzeciwu organizatorów, wystartował w zawodach w Zakopanem. Skok na odległość 44 metrów, będący jego rekordem życiowym, dał mu trzecie miejsce i pozwolił wyprzedzić wielu bardziej doświadczonych rywali.

    Siał postrach na skoczniach. Nagle brutalnie przerwana kariera

    Na arenie międzynarodowej po raz pierwszy głośno zrobiło się o skoczku z Zakopanego w 1935 roku, kiedy zwyciężył w konkursie na skoczni w Planicy. Po zakończeniu rywalizacji ogłoszono chęć bicia rekordu świata – Marusarz uzyskał 97 metrów, co na krótko dało mu ten tytuł. Rok później podczas igrzysk olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen rywalizację zakończył na 5. miejscu.

    Do najważniejszych sukcesów Stanisława Marusarza należy srebrny medal mistrzostw świata w Lahti z 1938 roku. Od złotego krążka dzieliło go jedynie 0,3 punktu, a werdykt sędziów wzbudził liczne kontrowersje w środowisku sportowym. Obiecująco rozwijającą się karierę skoczka nagle przerwał wybuch II wojny światowej.

    26-letni Marusarz zamienił narty na długie wyprawy górskie. Dzięki doskonałej znajomości terenu został kurierem tatrzańskim na trasie Zakopane-Budapeszt, przeprowadzając zarówno ludzi, jak i materiały konspiracyjne.

    “Smutne wrażenie robiło Zakopane – życie jakby zatrzymało się w miejscu. Na ulicach spotykało się mało mężczyzn. Początkowo uderzała stosunkowo niewielka liczba umundurowanych Niemców. W miarę upływu tygodni było ich coraz więcej”

    Podczas powrotu do Polski wiosną 1940 roku Marusarz został zatrzymany przez słowacki patrol i przewieziony na posterunek, gdzie funkcjonariusze znaleźli w jego plecaku sporą sumę pieniędzy. Miał zostać przekazany Gestapo, lecz ostatecznie zdołał uciec przez okno.

    Polski skoczek wylądował w celi śmierci. Ten skok uratował mu życie

    W obliczu narastającego terroru Marusarz z żoną próbował uciec na Węgry, lecz zostali zatrzymani na granicy. Po przesłuchaniach i torturach w willi “Palace” w Zakopanem trafił ostatecznie w maju 1940 roku do więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie.

    Marusarzowi zaproponowano współpracę, która miała zapewnić mu wolność. W konsekwencji, gdy odmówił podjęcia roli trenera niemieckich skoczków narciarskich, został skazany na karę śmierci. “Nie precyzując dowodów winy, sędzia podał jako przyczynę wyroku śmierci działalność przeciw Rzeszy niemieckiej” – relacjonował we wspominanej książce.

    Polski skoczek zdawał sobie sprawę, że aby przeżyć, musi działać natychmiast. Wraz z Aleksandrem Bugajskim opracował śmiałą ucieczkę. Wygięli kraty w oknach na pierwszym piętrze, co umożliwiło więźniom wydostanie się na zewnątrz. Marusarz wykorzystał swoje umiejętności ze skoczni narciarskich, lądując pewnie na obie nogi i kontynuując ucieczkę. Inni towarzysze nie mieli tyle szczęścia – jeden z nich przy upadku złamał nogę, co zakończyło jego ucieczkę i przypieczętowało wyrok śmierci. Ostatecznie z całej grupy tylko dwóm więźniom udało się wydostać na wolność.

    Po udanej ucieczce Marusarz najpierw wrócił do Zakopanego, a potem przedostał się na Węgry, gdzie spędził resztę wojny, trenując tamtejszych skoczków. Do Polski powrócił w 1945 roku.

    Apoloniusz Tajner: Gdyby tak prosto było wychować skoczka, to mielibyśmy ich wieluPolsat Sport

    Turniej Czterech Skoczni. Stanisław Marusarz zaskoczył cały świat

    Po wojnie Stanisław Marusarz wznowił swoją karierę, dwukrotnie reprezentując Polskę na igrzyskach olimpijskich, choć nie odniósł znaczących sukcesów. W 1957 roku zdecydował się zakończyć sportową karierę.

    Za swoje osiągnięcia w 1966 roku został zaproszony jako gość honorowy na otwarcie konkursu Turnieju Czterech Skoczni w Garmisch-Partenkirchen. Miał wówczas 53 lata i nie brał udziału w oficjalnych zawodach od dziewięciu sezonów.

    “Chciałem przypomnieć Niemcom właśnie w Garmisch-Partenkirchen, pamiętnym z olimpiady w 1936 roku, że żyję, mimo skazania mnie przez okupanta na śmierć, po drugie brawurowym skokiem pragnąłem zdopingować polskich zawodników startujących w Turnieju Czterech Skoczni”

    “Podjąłem się ryzykownej sprawy – skoku bez treningu, bez poznania skoczni, w dodatku w nie swoich butach, na cudzych nartach i w garniturze, zamiast w wygodnym dresie narciarskim” – relacjonował dalej.

    Podczas śmiałej próby Marusarz osiągnął 66 m, wywołując burzę oklasków wśród licznie zgromadzonych widzów. Kibice, porwani emocjami, podbiegli i wynieśli go na rękach, świętując jego wyczyn.

    Wybitny polski skoczek narciarski zmarł w 1993 roku, nosząc pasję do skoków w sercu do samego końca.
    Stanisław Marusarz w locie

    Stanisław Marusarz w locieArchiwum Fundacji Stanisława Marusarzamateriały prasowe
    Stanisław Marusarz

    Stanisław MarusarzNarodowe Archiwum Cyfrowe
    Złoty orzeł jako trofeum w konkursie skoków narciarskich na pierwszym planie, wysoko lecący skoczek narciarski ubrany w niebieski kombinezon na tle gór oraz błękitnego nieba w tle.

    Turniej Czterech Skoczni KERSTIN JOENSSONAFP

  • Możdżonek włożył kij w mrowisko. Wszystko po tym, co zrobiła Sabalenka. “Standardy lewicy”

    Możdżonek włożył kij w mrowisko. Wszystko po tym, co zrobiła Sabalenka. “Standardy lewicy”

    W niedzielę w Dubaju doszło do tenisowej “Bitwy płci”, z której ostatecznie zwycięsko wyszedł Nick Kyrgios. Australijczyk pokonał Arynę Sabalenkę 6:3, 6:3 w pokazowym pojedynku. Dzień po spotkaniu o kąśliwy wpis pokusił się Marcin Możdżonek. Były kapitan siatkarskiej reprezentacji Polski nawiązał do… zarobków Kyrgiosa i Sabalenki, co wywołało liczne reakcje interneutów.
    Kobieta w sportowym stroju z zamkniętymi oczami i wyrazem rozczarowania na twarzy, w prawym górnym rogu okrągłe wstawione zdjęcie mężczyzny w mundurze patrzącego poważnie przed siebie.

    Marcin Możdżonek, Aryna SabalenkaChristopher Pike/Associated Press/East News / Adam Burakowski/East NewsEast News

    Jeden serwis, jedna strona kortu pomniejszona o 9 proc. – w takich warunkach Aryna Sabalenka rywalizowała z Nickiem Kyrgiosem w “Bitwie płci”. Białoruska zawodniczka finalnie zdołała ugrać po trzy gemy w obu setach. Spotkanie to budziło tyle samo zainteresowania, co kontrowersji.

    – On sam nazywa siebie nieprzewidywalnym zawodnikiem, ale szczerze mówiąc, byłam w stanie przewidzieć niemal wszystko. Różnica polegała na tym, że jego możliwości fizyczne są znacznie większe. Jest silniejszy, szybszy, miał lepszą dynamikę. Ale to była fajna zabawa i bardzo dobre przygotowanie do sezonu – mówiła pierwsza rakieta świata po ostatnim gemie.

    Klaudia Zwolińska: Czasami sobie myślę “co tu się dzieje?”Polsat Sport

    Możdżonek uaktywnił się po meczu Sabalenki z Kyrgiosem. “To teraz przewrotnie”

    Starcie Australijczyka z rywalką Igi Świątek zarówno przed, jak i po ostatnim gemie nie przypadło do gustu wielu ekspertom. Dawid Celt nazwał je “czysto komercyjnym eventem, który nie miał żadnego przesłania”. Inni dziennikarze pisali, że po takim meczu Sabalenka zrobiła “niedźwiedzią przysługę” kobiecemu tenisowi, którego środowisko domaga się wyrównania zarobków względem mężczyzn.

    Kwestię finansów w mediach społecznościowych poruszył… Marcin Możdżonek. Prezes Naczelnej Rady Łowieckiej i były siatkarz udostępnił wpis o treści: “Nick Kyrgios (ATP #671) pokonał liderkę rankingu WTA Arynę Sabalenkę (№1) 6-3, 6-3 w pokazowym meczu ‘Battle of the Sexes’ w Dubaju. Ciekawe co na to politycy Lewicy, którzy w imię poprawności politycznej wciskają facetów w sporty kobiece”.

    Oprócz tego dodał własny komentarz: “To teraz przewrotnie: czy Nick Kyrgios powinien od teraz otrzymywać takie samo wynagrodzenie, jak Aryna Sabalenka?” – napisał, odnosząc się do obecnego poziomu sportowego obu zawodników.

    Przypomnijmy, Białorusinka przystępowała do pojedynku z Kyrgiosem w pełnym przygotowaniu przed nowym sezonem, jako liderka światowego rankingu. Australijczyk natomiast czas świetności tenisowej najprawdopodobniej ma już za sobą. Obecnie najczęściej możemy zobaczyć go w pokazowych zawodach i pojedynczych turniejach z touru ATP, o czym świadczy jego 671. miejsce w rankingu.

    To jednak nie przeszkodziło mu w pokonaniu Sabalenki, która w ostatnim sezonie była najlepszą tenisistką w damskim tenisie i na korcie zgarnęła krocie. “Ona grała na korcie o 9% mniejszym, a więc wg standardów lewicy jego warunki pracy były gorsze od warunków jego przeciwniczki. Wykonał trudniejszą pracę = wyższe zarobki” – czytamy w jednym z komentarzu pod wpisem Możdżonka.
    Kobieta w sportowym stroju trzymająca piłkę tenisową oraz mężczyzna w sportowym ubraniu siedzący na ławce, oboje w otoczeniu widowni podczas wydarzenia sportowego.

    Aryna Sabalenka i Nick Kyrgios zmierzą się w “Bitwie Płci”DIMITAR DILKOFF / AFP, WILLIAM WEST/AFPEast News
    Tenisistka w czarnej sportowej sukience ze zmęczonym wyrazem twarzy stoi z zamkniętymi oczami i rękami opartymi na biodrach na korcie tenisowym, w tle rozmyte sylwetki widzów.

    Aryna Sabalenka podczas meczu z Nickiem KyrgiosemAmr Alfiky – Pool / Getty ImagesGetty Images
    Dwójka sportowców na tle kortu tenisowego. Mężczyzna w sportowym stroju i czapce skierowanej daszkiem do tyłu rozmawia lub komentuje, natomiast kobieta wyraża silne emocje, trzymając ręce przy twarzy i mając lekko załzawione oczy.

    Nick Kyrgios i Aryna Sabalenka rywalizowali ze sobą w DubajuAdrian DENNIS / AFP / AL BELLO / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFPAFP

  • Djoković nie ukrywał wzruszenia po przemowie Ronaldo. “Spełnienie marzeń”

    Djoković nie ukrywał wzruszenia po przemowie Ronaldo. “Spełnienie marzeń”

    W niedzielę 28 grudnia w stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich odbyła się wielka gala Globe Soccer Awards. Podczas niej wręczono szereg nagród. Między innymi najlepszym piłkarzem świata został wybrany Ousmane Dembele, a jego klub PSG uznano za najlepszą drużyną mijającego roku. Ale ten wieczór należał nie tylko do piłkarzy. Show w Dubaju skradł Novak Djoković.
    Ronaldo/Dojković
    Screenshot beIN Sports YT

    Impreza nie była wydarzeniem wyłącznie piłkarskim. Wybitny serbski tenisista Novak Djoković został uhonorowany w specjalny sposób – to właśnie jemu przyznano pierwszą w historii Globe Soccer Awards nagrodę za całokształt dokonań sportowych. Wyróżnienie wręczał mu sam Cristiano Ronaldo.

    Zobacz wideo Oto cała prawda o talencie Lewandowskiego. “Ktoś, kto to mówił, po prostu kłamie”

    “To spełnienie marzeń”. Djoković i Ronaldo na jednej scenie

    Zarówno Djoković, jak i Cristiano Ronaldo to giganci współczesnego sportu. Ludzie, którzy wyznaczali – i robią to nadal – trendy w swoich dyscyplinach. Postacie nietuzinkowe, od których można się wiele nauczyć: determinacji w dążeniu do celu, chęci wygrywania bez względu na okoliczności, pracowitości.

    Wydarzenie w Dubaju podczas Globe Soccer Awards było wielkim ukłonem dla osiągnięć ich obu. Ale tego wieczoru to Djoković był jedną z ważniejszych postaci gali.

    – Dla mnie Novak jest przykładem długowieczności. Mamy podobną historię. Zasługuje na tę nagrodę, ponieważ jest przykładem dla poprzedniego pokolenia, obecnego i przyszłego – powiedział Ronaldo po wręczeniu nagrody serbskiemu tenisiście.

    Szacunek był obopólny, a Novak Djoković w komplementach nie pozostał dłużny Ronaldo, podkreślając “niezłomną motywację” piłkarza saudyjskiego Al-Nassr.

    – Jestem bardzo wdzięczny, że mogę usłyszeć te słowa od niego i nazwać go moim przyjacielem. Widzisz kogoś, kto wygrał wszystko, a mimo to wciąż chce więcej. Chociaż uprawiamy różne sporty, możemy się wspierać i pokazywać przyszłym pokoleniom, że nie ma granic.

    Djoković był wyraźnie wzruszony podczas odbierania specjalnego wyróżnienia. – To była niespodzianka. Otrzymanie nagrody od legendy sportu, takiej jak Cristiano, to spełnienie marzeń. Bardzo kocham piłkę nożną i jestem tutaj, aby świętować niesamowity rok ze wszystkimi gwiazdami, które tu są. Uwielbiam poważny wyraz twarzy Cristiano, kiedy mówił, że zdobędzie 1000 bramek. On naprawdę w to wierzy.

    38-letni Serb przyznał, że nagroda jest dla niego niezwykle cenna: – To wyróżnienie niesie ze sobą potężny przekaz. Sport może zmieniać życie. Kiedy Cristiano mówi, że osiągnie 1000 goli, widać siłę umysłu. Umysł kontroluje wszystko – podkreślił Djoković.

    4. tenisista świata w najnowszym rankingu ATP nadal bardzo poważnie podchodzi do rywalizacji na korcie. Jego celem jest wywalczenie 25. tytułu Wielkiego Szlema, a okazją będzie zbliżający się turniej Australian Open. Wcześniej, bo w dniach 12-17 stycznia Djoković powalczy o wygraną w pierwszym turnieju sezonu w Adelajdzie.

  • To już definitywny koniec, Szeremeta publicznie potwierdza. Zostały ostatnie dni

    To już definitywny koniec, Szeremeta publicznie potwierdza. Zostały ostatnie dni

    Zbliża się symboliczny moment w karierze Julii Szeremety. Utalentowana pięściarka wkrótce definitywnie pożegna się ze statusem młodzieżowca. Choć 23. urodziny obchodzi dopiero w sierpniu przyszłego roku, w sporcie liczy się cały rocznik – a to oznacza zamknięcie jednego etapu i pełne skupienie się wyłącznie na rywalizacji seniorskiej. O swoich planach i nadchodzących startach zawodniczka opowiedziała niedawno w programie „Dzień dobry TVN”.

    Końcówka mijającego roku była dla Szeremety wyjątkowo udana. Podczas młodzieżowych mistrzostw Europy w boksie, rozegranych na Węgrzech, sięgnęła po złoty medal, powtarzając sukces sprzed dwóch lat. Tym razem triumf miał jednak szczególny smak – był bowiem ostatnim młodzieżowym tytułem w jej karierze. Zbliżający się limit wieku sprawia, że więcej w juniorskich i młodzieżowych zawodach już nie wystąpi.

    – Fajnie, że jest to złoto na zakończenie – mówiła z radością w rozmowie z mediami Polskiego Związku Bokserskiego.

    Ten ważny kamień milowy Julia potwierdziła również na antenie telewizji. Tuż po świętach Bożego Narodzenia pojawiła się w „Dzień dobry TVN”, gdzie opowiedziała o zamykającym się rozdziale i zdradziła szczegóły dotyczące najbliższej przyszłości.

    Od stycznia Julia Szeremeta będzie już traktowana wyłącznie jako seniorka. To właśnie dlatego ostatnie złoto młodzieżowych mistrzostw Europy miało dla niej tak ogromne znaczenie. – Bardzo się cieszę z tych mistrzostw Europy, gdzie wróciłam po igrzyskach, po roku przerwy, i zdobyłam złoty medal. Tym bardziej, że to mój ostatni rok jako młodzieżowca – podkreśliła w programie śniadaniowym.

    Przejście do rywalizacji seniorskiej nie budzi w niej jednak obaw. Wręcz przeciwnie – to środowisko, do którego jest już doskonale przyzwyczajona. – Większość walk toczę z seniorkami, starszymi dziewczynami. Startuję w seniorskich mistrzostwach Europy i świata, więc nie jest to dla mnie nic nowego – wyjaśniła.

    Po intensywnym sezonie znalazł się też czas na chwilę oddechu. W maju oraz w grudniu Szeremeta pozwoliła sobie na krótką przerwę od ringu, a urlop spędziła w Egipcie, gdzie mogła zregenerować siły i „naładować baterie”. Teraz wraca do obowiązków – przed nią m.in. udział w Gali Mistrzów Sportu oraz przygotowania do kolejnych wyzwań.

    Najważniejszym celem na nadchodzący sezon będą seniorskie mistrzostwa Europy, zaplanowane na wrzesień. To jednak nie wszystko. W kalendarzu Julii znalazły się także trzy prestiżowe turnieje Pucharu Świata. – Przed nami zawody w Brazylii, Uzbekistanie i Chinach. W tym roku chcę skupić się na mocnym rozwoju, poprawie techniki i systematycznym budowaniu formy – zapowiedziała.

    Terminy tych startów są już znane. Puchar Świata w Brazylii odbędzie się w kwietniu, w Chinach – w czerwcu, natomiast rywalizacja w Uzbekistanie zaplanowana jest na listopad. Pierwsze ringowe starcia w nowym, w pełni seniorskim rozdziale kariery Julii Szeremety zbliżają się więc wielkimi krokami.

  • Nawrocki rozmawiał z Trumpem. Ujawniono kulisy rozmowy. “W ostatniej chwili”

    Nawrocki rozmawiał z Trumpem. Ujawniono kulisy rozmowy. “W ostatniej chwili”

    Kulisy rozmowy Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem. Wiceszef MSZ ujawnia szczegóły

    Wiceszef Ministerstwa Spraw Zagranicznych Marcin Bosacki ujawnił kulisy międzynarodowej wideokonferencji z udziałem prezydenta Karola Nawrockiego oraz Donalda Trumpa. Jak podkreślił, decyzja o tym, kto będzie reprezentował Polskę w rozmowie z Amerykanami, zapadła dosłownie w ostatniej chwili i nie była wcześniej uzgadniana ze stroną rządową.

    Nagła zmiana po stronie amerykańskiej

    Do rozmowy doszło 28 grudnia, dzień po spotkaniu prezydenta USA z Wołodymyrem Zełenskim. W programie „Gość poranka” na antenie TVP Info Marcin Bosacki relacjonował, że w zdecydowanej większości tego typu formatów Polskę reprezentuje premier Donald Tusk. Tym razem jednak Amerykanie postąpili inaczej.

    – W ponad 90 procentach takich rozmów uczestniczy Donald Tusk. Natomiast w przypadku strony amerykańskiej to już nie pierwszy, lecz bodaj trzeci raz, gdy zmieniono rozmówcę z Polski – mówił wiceszef MSZ. Jak dodał, jeszcze w sobotę premier brał udział we wszystkich przygotowaniach do planowanego szczytu, konsultował się z ukraińskimi i europejskimi partnerami, a także rozmawiał z Wołodymyrem Zełenskim.

    – Do soboty wieczorem to premier uczestniczył we wszystkich ustaleniach. Tymczasem w ostatniej chwili Amerykanie zadzwonili do prezydenta, a nie do premiera – podkreślił Bosacki.

    Brak pełnej koordynacji i notatki z rozmowy

    Zdaniem wiceszefa MSZ sytuacja ta pokazuje, że po stronie polskiej konieczna jest lepsza koordynacja działań pomiędzy najważniejszymi ośrodkami władzy. Bosacki zaznaczył również, że nie tylko Polska była reprezentowana w tym formacie inaczej niż zwykle – w rozmowie nie uczestniczyli m.in. premierzy Szwecji i Holandii.

    Na razie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie trafiła jeszcze oficjalna notatka z rozmowy, w której brał udział Karol Nawrocki. – Trudno sobie wyobrazić, by jej nie było, bo były to bardzo istotne rozmowy. Ta wideokonferencja, choć krótka, miała znaczenie, ponieważ przekazano europejskim liderom informacje o ustaleniach ze spotkania Trump–Zełenski – zaznaczył Bosacki. Jak dodał, dokument może dotrzeć do MSZ jeszcze w poniedziałek.

    Rozmowy o pokoju w Ukrainie

    Wideokonferencja dotyczyła przede wszystkim trwających rozmów pokojowych, których celem jest zakończenie wojny wywołanej przez rosyjską agresję na Ukrainę. Europejscy przywódcy omawiali aktualny stan negocjacji oraz dalsze możliwe kroki dyplomatyczne.

    W wydanym oświadczeniu Kancelaria Prezydenta podkreśliła, że Karol Nawrocki zwrócił uwagę na duże zaangażowanie Donalda Trumpa w proces pokojowy. – Dzisiejsza rozmowa pokazuje, że wszelkie ustalenia dotyczące pokoju i bezpieczeństwa w regionie muszą zapadać w gronie wszystkich zainteresowanych stron. Determinacja strony amerykańskiej oraz jedność państw europejskich dają realną szansę na zakończenie wojny wywołanej przez Federację Rosyjską – przekazano w komunikacie.

    Co dalej? Plany Donalda Trumpa

    Donald Trump zapowiedział, że po zakończeniu rozmów z europejskimi liderami oraz po spotkaniu z Wołodymyrem Zełenskim planuje ponowny kontakt z Władimirem Putinem. Amerykański prezydent ma kontynuować negocjacje, których celem jest wypracowanie trwałego porozumienia pokojowego.

    Jak zapowiedziano, w styczniu w Waszyngtonie ma się odbyć spotkanie delegacji Stanów Zjednoczonych, państw europejskich oraz Ukrainy, które ma nadać dalszy bieg rozmowom dotyczącym przyszłości regionu i zakończenia wojny.