• Podawała piłki Nadalowi, on nie mógł się powstrzymać. Oto co teraz robi

    Podawała piłki Nadalowi, on nie mógł się powstrzymać. Oto co teraz robi

    11 lat temu nagranie z turnieju ATP w Rio obiegło świat. Dziś jej życie wygląda zupełnie inaczej

    Jedenaście lat temu internet oszalał na punkcie krótkiego filmiku z turnieju ATP w Rio de Janeiro. Na kilkudziesięciu sekundach nagrania widać było Rafaela Nadala, który – siedząc na ławce – co chwilę zerkał w stronę dziewczyny podającej piłki. Hiszpan próbował robić to dyskretnie, ale uwadze internautów nic nie umknęło. Wideo błyskawicznie stało się viralem, a młoda Brazylijka z dnia na dzień zyskała ogromną popularność.

    Bohaterką nagrania była 26-letnia wówczas Fernanda Maia Carelli, pracująca jako ball girl podczas zawodów ATP w Rio. Jednym z uczestników turnieju był Rafael Nadal, który wyraźnie nie potrafił oderwać wzroku od stojącej tuż obok jego ławki kobiety. Gdy pił wodę lub wycierał pot, ukradkiem spoglądał w jej stronę. Carelli również nie pozostawała obojętna i odwzajemniała spojrzenia.

    Internauci szybko podchwycili temat, a komentarze tylko podkręcały atmosferę. „Wyraźnie widać, że Rafa jest tu pod ogromną presją. Bardzo trudno grać w tenisa, gdy na korcie są tak atrakcyjne dziewczyny od podawania piłek. Ta dziewczyna to prawdziwy skarb” – pisano na portalu Wikigrewal.com.

    Od viralowego filmiku do kariery w mediach

    Nagrania z Nadalem i Carelli błyskawicznie rozeszły się po sieci, a uroda Brazylijki otworzyła jej drzwi do świata mediów. Fernanda umiejętnie wykorzystała swoje „pięć minut”, otrzymując propozycje pracy w brazylijskich stacjach telewizyjnych i radiowych. Pojawiała się w programach sportowych, głównie o tematyce piłkarskiej, budując swoją pozycję jako prezenterka i komentatorka.

    Jak sama informuje, obecnie jest związana ze stacją SBT Sports Rio, wcześniej współpracowała m.in. z Globo TV oraz lokalnymi rozgłośniami radiowymi. Równolegle rozwijała swoją obecność w mediach społecznościowych – dziś jej konto na Instagramie śledzi ponad 600 tysięcy obserwatorów.

    Carelli pracuje nie tylko jako prezenterka i komentatorka sportowa, ale również jako spikerka na Estádio Olímpico Nilton Santos – stadionie, na którym swoje mecze rozgrywa Botafogo, ukochany klub Brazylijki. Współpracuje także z firmą bukmacherską, co dodatkowo umacnia jej pozycję w świecie sportowych mediów.

    Życie prywatne dziś

    Dziś Fernanda Maia Carelli ma 37 lat. Jest żoną Juniora Carelliego, trenera personalnego. Para wychowuje dwójkę dzieci: córkę Robertę Maię, urodzoną w 2018 roku, oraz syna Rafaela, który przyszedł na świat w 2021 roku. Rodzina jest dla niej najważniejsza – w mediach społecznościowych chętnie dzieli się zdjęciami z życia prywatnego, pokazując codzienne chwile spędzane z najbliższymi.

    Krótki moment uchwycony na korcie w Rio okazał się punktem zwrotnym w jej życiu. Z anonimowej dziewczyny podającej piłki Carelli stała się rozpoznawalną twarzą brazylijskich mediów sportowych – i do dziś udowadnia, że potrafiła przekuć internetową sensację w trwałą, profesjonalną karierę.

  • Mamy to! Ratajski w ćwierćfinale MŚ! Rywal najlepszy na świecie

    Mamy to! Ratajski w ćwierćfinale MŚ! Rywal najlepszy na świecie

    Krzysztof Ratajski w ćwierćfinale mistrzostw świata! Wielki sukces Polaka i hitowe starcie z numerem jeden

    Krzysztof Ratajski zameldował się w ćwierćfinale mistrzostw świata w darcie, odnosząc jedno z najważniejszych zwycięstw w swojej dotychczasowej karierze. Polski Orzeł po emocjonującym i momentami bardzo wyrównanym pojedynku pokonał Luke’a Woodhouse’a 4:2. Choć przez długi czas żaden z zawodników nie potrafił wypracować wyraźnej przewagi, końcówka należała do Ratajskiego, który zachował spokój i wykorzystał swoje doświadczenie. W nagrodę awansował do czołowej „32” światowego rankingu, zagwarantował sobie najwyższą wypłatę w karierze i już wie, że nowy rok rozpocznie starciem z najlepszym darterem globu – Lukiem Littlerem.

    Wtorkowy mecz z Woodhouse’em miał dla Ratajskiego ogromne znaczenie. Stawką był nie tylko drugi w karierze awans do ćwierćfinału mistrzostw świata, ale także powrót do ścisłej elity rankingu PDC oraz realna szansa na zmierzenie się z aktualnym mistrzem i liderem światowego zestawienia. Choć Anglik był rozstawiony z numerem 25 i nie uchodził za zdecydowanego faworyta, eksperci zapowiadali, że spotkanie może przynieść mnóstwo emocji – i nie pomylili się ani trochę.

    Dla obu zawodników był to dopiero drugi raz, gdy dotarli do tego etapu turnieju. Woodhouse przed rokiem zakończył rywalizację na 1/16 finału, przegrywając wyraźnie 0:4 ze Stephenem Buntingiem. Ratajski po raz pierwszy znalazł się w tej fazie pięć lat temu, gdy po dramatycznym boju wyeliminował Gabriela Clemensa. Wówczas jego przygoda zakończyła się właśnie na ćwierćfinale, w którym lepszy okazał się ponownie Bunting.

    Drogi obu graczy do tego meczu znacząco się różniły. Woodhouse stosunkowo gładko przechodził kolejne rundy, pokonując Borisa Krcmara, Maxa Hoppa oraz swojego rodaka Andrew Gildinga. Ratajski miał znacznie trudniejsze zadanie – mierzył się z Alexisem Toylo, Ryanem Joycem, a przede wszystkim z bardzo groźnym Wesleyem Plaisierem. Mimo wysokiego poziomu rywali, Polak za każdym razem potrafił znaleźć sposób na zwycięstwo.

    Falstart i odpowiedź rywala

    Początek spotkania należał do Ratajskiego. Pierwszy set wygrał 3:1, imponując świetnymi kolejkami i średnią przekraczającą 106 punktów. Pomogły także problemy Woodhouse’a, który wykorzystał zaledwie jedną z siedmiu prób na podwójnych. Druga partia przyniosła jednak zupełnie inny obraz gry. Anglik wyraźnie się rozkręcił – dwukrotnie rzucił 180, popisał się wysokim finiszem i skutecznie wykorzystał momenty słabości Polaka na doublach. Po dwóch setach na tablicy wyników widniał remis 1:1.

    Trzeci set mógł okazać się przełomowy. Woodhouse był o krok od dziewięciolotkowego zamknięcia lega, co dałoby mu nie tylko ogromny prestiż, ale i premię w wysokości 60 tysięcy funtów. Trafił potrójne dwudziestki i dziewiętnastki, jednak zawiódł na podwójnej dwunastce. Ten niewykorzystany moment zemścił się błyskawicznie – Ratajski przejął inicjatywę, wykorzystał błędy rywala i wyszedł na prowadzenie 2:1 w setach.

    Gra nerwów i detali

    Przez długi czas obaj zawodnicy grali bardzo nierówno. Gdy jeden prezentował wysoki poziom, drugi notował wyraźny spadek skuteczności. Czwarty set padł łupem Woodhouse’a, który doprowadził do remisu 2:2. Co ciekawe, wszystkie sety kończyły się identycznym wynikiem 3:1 – dwa dla Ratajskiego i dwa dla Anglika.

    Piąta partia była już prawdziwą bitwą o każdy punkt. Poziom gry znacznie wzrósł, a o zwycięstwie decydowały niuanse. Przy stanie 1:1 pech okrutnie doświadczył Woodhouse’a – aż dwukrotnie lotki wypadły mu z tarczy. Ratajski bezlitośnie to wykorzystał, przełamał rywala, a następnie utrzymał własny rzut, obejmując prowadzenie 3:2 w setach.

    W szóstym secie Polak wiedział, że jest o krok od historycznego sukcesu. Skupił się na tym, co najważniejsze – utrzymaniu własnych legów. Presja rosła, ale to Ratajski lepiej ją wytrzymał. W decydującym momencie ustawił sobie dogodny finisz i drugą lotką meczową przypieczętował zwycięstwo.

    Największa wypłata i starcie z gigantem

    Awans do ćwierćfinału oznacza dla Krzysztofa Ratajskiego największą finansową nagrodę w karierze – już teraz zapewnił sobie 100 tysięcy funtów. Dzięki temu zanotuje również potężny skok w rankingu PDC. Przed startem turnieju zajmował 37. miejsce, a w rankingu „na żywo” jest już 28.

    W walce o półfinał Polak zmierzy się z absolutnym dominatorem światowego darta – Lukiem Littlerem. 18-letni Anglik, lider rankingu i główny faworyt do końcowego triumfu, w poprzedniej rundzie pokonał Roba Crossa. Ich pojedynek zaplanowano na 1 stycznia, choć dokładna godzina nie została jeszcze potwierdzona. Stawka będzie ogromna – zwycięzca zgarnie kolejne 100 tysięcy funtów i awans do półfinału mistrzostw świata.

    Dla Ratajskiego to nie tylko sportowy sukces, ale także symbol powrotu do światowej elity. Teraz przed nim najtrudniejsze możliwe wyzwanie – i szansa, by zapisać się w historii polskiego darta złotymi zgłoskami.

  • Tak podsumowali to, co zrobiła Świątek. Piszą o szokującej porażce

    Tak podsumowali to, co zrobiła Świątek. Piszą o szokującej porażce

    Iga Świątek zakończyła rok 2025 na drugim miejscu w rankingu. Był to sezon dziwny, w którym Polka świetne występy przeplatała niewytłumaczalnymi porażkami. Rewelacyjna postawa na trawie, w tym wygrany Wimbledon, był odpowiedzią na kiepskie starty na ukochanej mączce. Ta niestabilność sprawia, że zbliżające się miesiące 24-latki będą niezwykle intrygujące. Oto jak została oceniona za ten sezon.
    Iga Świątek w meczu przeciwko Amandzie Anisimovej
    Fot. Robert Prange / Getty Images

    Rok 2025 dla Igi Świątek zakończył się na drugim miejscu w rankingu WTA. Polka znów oglądała plecy Aryny Sabalenki, ale wśród kilku niespodziewanie słabych występów pojawiały się też wyniki nadzwyczajnie dobre.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany

    “Weszła w sezon nie będąc najlepszą tenisistką świata ani w rankingu, ani w ocenie ekspertów. W końcu była goniącą, a nie gonioną. 2025 był dla niej rollercoasterem. Przeplatała wielkie wzloty z niespotykanymi dołkami. Jej miejsce w tenisowym świecie w 2026 roku stało się niezwykle intrygujące” – czytamy na portalu Lastwordonsports.com.
    Nietypowy rok Igi Świątek

    Sezon tradycyjnie rozpoczął się w Australii. Tam Świątek po raz pierwszy zagrała w półfinale Australian Open. “Chociaż osiągnęła swój najlepszy rezultat w karierze w Melbourne, jej występ zakończył się gorzką notą. Zmarnowała piłkę meczową, która mogła dać jej finał Australian Open. Te zmarnowane szanse stały się motywem przewodnim sezonu” – czytamy.

    Zobacz też: Były trener Federera wydał wyrok ws. Świątek. Jaśniej się nie da

    I faktycznie, początkowe miesiące nie były najlepsze w wykonaniu 24-latki. “Kolejne turnieje rangi Masters 1000 nie przyniosły jej żadnych tytułów. Przytrafiły się jej wtedy nietypowe porażki. Najbardziej szokującą była ta w Miami, gdzie uległa Alexandrze Eali” – uważają redaktorzy portalu LWOS. Podobnie zresztą było na ukochanej mączce.
    Iga Świątek napisała nowy scenariusz

    “Na tej nawierzchni Świątek była niedościgniona, ale w 2025 nic się nie kleiło. Porażki z Ostapenko, Gauff, Collins były zapowiedzią nieudanego French Open. W półfinale dostała bajgla od Aryny Sabalenki, kończąc jej rządy w Paryżu. To był jej najniższy punkt sezonu. I wtedy przyszła trawa, której nigdy nie ufała”. Tam właśnie nastąpił zwrot.

    “Tutaj napisała historię. Jej pierwszy triumf w Wimbledonie, bez straty gema w finale z Anisimovą. Scenariusz został napisany na nowo. Mączka ją zawiodła, trawa wzniosła na nieosiągalne wcześniej wyżyny” – czytamy.
    Co czeka Igę Świątek?

    “Kolejny triumf w Cincinnati zapowiadał dobre US Open, ale w Nowym Jorku Anisimova się zrewanżowała. Azjatyckie turnieje potwierdziły dziwny sezon. Świątek wygrała w Seulu, ale nierówne występy i bolesne porażki zakończyła jej walkę o tron”. WTA Finals również nie przyniosło dobrego rezultatu, gdyż Świątek odpadła w fazie grupowej.

    “Ten sezon przyniósł więcej pytań niż odpowiedzi. Czy osiągnęła już swój szczyt? Czy oglądaliśmy jej najlepszą wersję? Być może tak, ale ważny jest kontekst. Z nowym sztabem wygrała Wimbledon, na nawierzchni, na której nigdy nie czuła się dobrze. Jeżeli połączy to z jej postawą na mączce i odkryje na nowo wielką, stabilną formę, znów może być liderką” – taką optymistyczną prognozą kończy się artykuł.

    Iga Świątek przyleciała już do Australii, gdzie czekać ją będą najbliższe starty. Najpierw wraz z reprezentacją Polski powalczy o zwycięstwo w United Cup. Pierwszy mecz wiceliderki światowego rankingu zaplanowany jest na 5 stycznia, a jej rywalką będzie Niemka Eva Lys. Kolejnym turniejem będzie Australian Open – jedyna lewa Wielkiego Szlema, która jeszcze nie padła łupem 24-latki.

  • Niesamowite zestawienie po Oberstdorfie. Kamil Stoch na pierwszym miejscu

    Niesamowite zestawienie po Oberstdorfie. Kamil Stoch na pierwszym miejscu

    Pierwszy konkurs Turnieju Czterech Skoczni przeszedł już do historii. Po dyskwalifikacji Timiego Zajca najwyżej sklasyfikowanym z Polaków został Kacper Tomasiak, który ostatecznie zajął 14. miejsce. Kamil Stoch uplasował się nieco niżej, bo na 17. pozycji, ale mimo to po zakończeniu zawodów nie krył zadowolenia. I trudno się dziwić – tuż po konkursie pojawiło się bowiem intrygujące zestawienie, w którym trzykrotny mistrz olimpijski znalazł się na samym szczycie. Chodzi o tzw. ranking szczęścia, uwzględniający warunki wietrzne.

    Turniej Czterech Skoczni tradycyjnie budzi ogromne emocje i jest jednym z najbardziej wyjątkowych momentów całego sezonu Pucharu Świata. Charakterystyczna atmosfera, pełne trybuny i sportowa presja sprawiają, że rywalizacja w Niemczech i Austrii ma zupełnie inny wymiar niż pozostałe konkursy.

    W Oberstdorfie triumfował Domen Prevc, który zaprezentował bardzo równą i pewną formę. Drugie miejsce zajął obrońca Złotego Orła Daniel Tschofenig, a trzeci był najlepszy z Niemców – Felix Hoffmann. Początkowo na podium znalazł się także Timi Zajc, sklasyfikowany ex aequo z Tschofenigiem, jednak po decyzji sędziów Słoweniec został zdyskwalifikowany.

    Z biało-czerwonych najlepiej zaprezentował się Kacper Tomasiak, kończąc zawody na 14. pozycji. Kamil Stoch był 17., lecz w jego przypadku same miejsca zajęte w konkursie zeszły na dalszy plan. Wszystko dlatego, że legendarny skoczek bierze udział w Turnieju Czterech Skoczni po raz ostatni w karierze i – jak sam podkreśla – chce cieszyć się każdym oddanym skokiem.

    Zdumiewające zestawienie po Oberstdorfie. Stoch numerem jeden
    Tego wieczoru nawet aura zdawała się sprzyjać doświadczonemu Polakowi. Po zakończeniu konkursu Adrian Lozio z Polskiego Związku Narciarskiego opublikował zestawienie dotyczące rekompensat za warunki wietrzne, które rzuciło nowe światło na przebieg rywalizacji.

    Okazało się, że Kamil Stoch był… jedynym zawodnikiem, któremu odjęto punkty za wiatr. Podczas gdy wszyscy pozostali skoczkowie otrzymywali dodatnią rekompensatę, Polak zanotował wynik -1,1 punktu. W praktyce oznacza to, że tylko on trafił na teoretycznie najbardziej sprzyjające warunki w całych zawodach.

    Dzięki temu Stoch znalazł się na pierwszym miejscu w nieformalnym rankingu „szczęściarzy”. Drugi w zestawieniu Ilja Miziernych otrzymał już +4,3 punktu, co pokazuje, jak duża była różnica między nim a Polakiem. Na trzeciej pozycji uplasował się zwycięzca konkursu Domen Prevc, któremu doliczono 4,7 punktu.

    Po drugiej stronie skali znaleźli się zawodnicy, którym wiatr wyjątkowo nie sprzyjał. Wśród największych pechowców był Kacper Tomasiak – młodemu Polakowi dodano aż 15,7 punktu, co dało mu piąte miejsce w tej niechlubnej klasyfikacji.

    Największym przegranym walki z warunkami atmosferycznymi okazał się jednak Halvor Egner Granerud. Norweski mistrz Turnieju Czterech Skoczni z 2023 roku otrzymał rekompensatę w wysokości 18,6 punktu, co jasno pokazuje, jak trudne warunki panowały podczas jego skoków.

    Pierwszy konkurs TCS już pokazał, że w tegorocznej edycji nie zabraknie niespodzianek – zarówno sportowych, jak i tych związanych z kaprysami pogody.

  • Nawrocki nie uzna nowych sędziów TK? Prof. Łętowska ma rozwiązanie. “Nie sposób byłoby podważyć”

    Nawrocki nie uzna nowych sędziów TK? Prof. Łętowska ma rozwiązanie. “Nie sposób byłoby podważyć”

    Nawrocki nie uzna nowych sędziów TK? Prof. Łętowska ma rozwiązanie. “Nie sposób byłoby podważyć”
    Dariusz Ćwiklak
    2 minuty
    Prof. Ewa ŁętowskaPiotr Nowak/PAP

    Prof. Ewa Łętowska

    Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej “Newsweeka”

    Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu

    Dziękujemy, że z nami jesteś!Newsweek

    Dziękujemy, że z nami jesteś!
    “Newsweek”: Dokładnie rok temu, kiedy kończyła się kadencja prezes Julii Przyłębskiej, powiedziała pani, że Trybunał Konstytucyjny jest chory i wymaga leczenia. Tyle że zamiast w szpitalu, wylądował w hospicjum. Sędziów ubywa w nim jak bohaterów kryminału Agaty Christie.

    Prof. Ewa Łętowska: Konstytucja mówi, że Trybunał składa się z 15 sędziów, ale zostało ich już tylko dziewięciu, a właściwie siedmiu, jeśli odliczyć dwóch “pogrobowców” pierwszych sędziów-dublerów. Bo sędziów TK zawsze wybiera się na konkretne miejsce więc ci, którzy zajęli miejsce dublerów, są też skażeni tym samym grzechem pierworodnym, to jest jak linia dynastyczna.
    Przypomnijmy, że “dublerzy” to byli trzej sędziowie, których Sejm PiS wybrał 2 grudnia 2015 r., a prezydent Andrzej Duda zaprzysiągł w nocy z 2 na 3 grudnia, choć te trzy miejsca były już obsadzone przez poprzedni Sejm.

    Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Subskrybuj Onet Premium. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.

    Data utworzenia:

    29 grudnia 2025, 11:13
    Zobacz również

    Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie

    tutaj.

  • Rozłam w Rosji. Sensacyjna decyzja Andriejewej. Nadszedł już komunikat

    Rozłam w Rosji. Sensacyjna decyzja Andriejewej. Nadszedł już komunikat

    18-letnia Mirra Andriejewa jest obdarzona ogromnym talentem – to nie ulega wątpliwości. Jeszcze przed 16. urodzinami w Madrycie pokonała Leylah Fernandez, Beatriz Haddad Maię i Magdę Linette – z przytupem zameldowała się w tourze. Z uwagi na wiek, przez półtora roku miała ograniczone możliwości startowe w cyklu WTA, ale w tym roku była już jego pełnoprawną uczestniczką. Wiosną wygrałą dwa turnieje rangi 1000 – w Dubaju i Indian Wells. Wskoczyła do TOP 10 rankingu, w szczytowym momencie była w nim na piątym miejscu.

    Jesień pokazała jednak słabości młodej zawodniczki – nieumiejętność radzenia sobie z presją, a być może już i zmęczenie, bo przecież do 56 spotkań singlowych w sezonie, dołożyła jeszcze 44 w grze podwójnej i dwa w mikście w US Open.

    Spadła na dziewiątą pozycję, w ostatniej chwili straciła miejsce w WTA Finals w Rijadzie na rzecz Jeleny Rybakiny. W finale sezonu zagrała tylko w deblu, ale już bez sukcesów.

    I wszystko wskazuje na to, że kolejny sezon będzie dla 18-latki z Krasnojarska inny. Na podstawie komunikatu z Melbourne już można wyciągnąć pierwsze wnioski.

    Mirra Andriejewa na liście startowej w Brisbane, Adelajdzie i Melbourne. Jest znacząca zmiana

    18-letnia tenisistka aż do Wimbledonu spisywała się bardzo dobrze – na londyńskiej trawie przegrała w ćwierćfinale z Belindą Bencic po dwóch tie-breakach. I to Szwajcarka później zmierzyła się w grze o finał z Igą Świątek. Rosjanka wróciła na twardych kortach, w żadnym z pięciu turniejów nie dotarła do najlepszej ósemki. Przegrywała z zawodniczkami znacznie niżej notowanymi, była sfrustrowana, płakała na korcie.
    Dwie tenisistki stojące na fioletowym korcie, ubrane w sportowe stroje, trzymające rakiety tenisowe, jedna z piłką w ręce, skupione i gotowe do dalszej gry.

    Mirra Andriejewa i Diana SznajderArtur WidakAFP

    Pod koniec listopada chciała jeszcze wystąpić w towarzyskim turnieju w Sankt Petersburgu – jak podały rosyjskie media, jej trenerka Conchita Martinez była temu przeciwna. Mirra miała odpocząć, na północy Rosji się nie pojawiła. I nie zagrała tam z Dianą Sznajder w deblu, choć przecież razem tworzyły jedną z najlepszych par na świecie.

    Po raz pierwszy zagrały wspólnie w igrzyskach w Paryżu – dwie młode tenisistki zdobyły srebrne medale, za co później odznaczył je Władimir Putin. I aż do końca tego sezonu grały razem. W styczniu wygrały WTA 500 w Brisbane, później doszły do półfinału Australian Open i półfinału WTA 1000 w Dosze, triumfowały w Miami. Pozytywnie było też na mączce (półfinały w Rzymie i Paryżu), później jednak wyniki się zepsuły. Podobnie jak u obu w singlu. Obie załapały się jeszcze na WTA Finals, ale w Rijadzie wygrały zaledwie jednego seta.

    Już po ogłoszeniu listy uczestniczek debla w Brisbane podejrzane było to, że na liście brakuje tak Andriejewej, jak i Sznajder. Teraz jest już pewność, gdy w na platformie X Ellen Perez podała pary uprawnione do gry w Australian Open.

    I tam już widać, że Sznajder połączy siły z Ludmiłą Samsonową – mogą liczyć na wysokie rozstawienie. A Mirry na tej liście brak, co potwierdza, że przynajmniej w pierwszej części sezonu, a może i dłużej, skupi się wyłącznie na singlu. Podobną decyzję podjęła kilkanaście miesięcy temu Coco Gauff, która też wygrywała wielkie turnieje w deblu. A później brakowało jej sił na decydujące mecz w singlu.

    Na liście zgłoszeń do AO są też dwie Polki: Katarzyna Piter zagra tym razem wspólnie z Janice Tjen z Indonezji (niedawno wspólnie wygrały WTA 250 w Kantonie), a Magda Linette – z Japonką Shuko Aoyamą.
    Mirra Andriejewa

  • Rozłam w Rosji. Zaskakująca decyzja Andriejewej. Jest oficjalny komunikat

    Rozłam w Rosji. Zaskakująca decyzja Andriejewej. Jest oficjalny komunikat

    Już za trzy dni w Brisbane i Perth ruszy nowy sezon WTA, a niespełna trzy tygodnie dzielą nas od pierwszych wielkoszlemowych emocji w 2026 roku, czyli Australian Open. Ostatnie dni były dla wielu czołowych tenisistek okazją do sprawdzenia formy – głównie podczas turniejów pokazowych rozgrywanych w Azji. Wśród nich znalazła się Mirra Andriejewa, przez ekspertów typowana na przyszłą liderkę światowego rankingu. Rosjanka wystąpiła w Makau, a następnie przeniosła się do Australii. I właśnie stamtąd napłynęły informacje, które mogą mieć spory wpływ na jej występ w Melbourne.

    18-letnia Andriejewa od dawna uchodzi za zawodniczkę o wyjątkowym talencie. Jeszcze przed ukończeniem 16. roku życia zachwyciła w Madrycie, eliminując Leylah Fernandez, Beatriz Haddad Maię oraz Magdę Linette i wchodząc do szerokiej świadomości kibiców WTA. Z racji wieku przez półtora roku miała ograniczone możliwości startów w głównym cyklu, ale w minionym sezonie była już jego pełnoprawną uczestniczką. Wiosną odniosła dwa spektakularne triumfy w turniejach rangi WTA 1000 – w Dubaju oraz Indian Wells. Awansowała do czołowej dziesiątki rankingu, a w szczytowym momencie zajmowała nawet piąte miejsce na świecie.

    Jesienna część sezonu obnażyła jednak słabsze strony młodej tenisistki. Pojawiły się problemy z presją, a być może również oznaki zmęczenia. W samym singlu rozegrała aż 56 spotkań, do których doszły jeszcze 44 mecze deblowe oraz dwa występy w mikście podczas US Open. W efekcie Andriejewa spadła na dziewiątą pozycję w rankingu i w ostatniej chwili straciła miejsce w WTA Finals w Rijadzie na rzecz Jeleny Rybakiny. Do Arabii Saudyjskiej pojechała jedynie na zmagania deblowe, które również nie przyniosły sukcesów.

    Wiele wskazuje na to, że nadchodzący sezon będzie dla 18-latki z Krasnojarska wyraźnie inny. Już pierwsze komunikaty z Melbourne pozwalają wysnuć konkretne wnioski.

    Znacząca zmiana w planach Mirry Andriejewej

    Do Wimbledonu Rosjanka prezentowała się bardzo solidnie. Na londyńskiej trawie dotarła do ćwierćfinału, gdzie po dwóch tie-breakach uległa Belindzie Bencic. To właśnie Szwajcarka zmierzyła się później z Igą Świątek w walce o finał. Po Wimbledonie forma Andriejewej na kortach twardych wyraźnie spadła – w żadnym z kolejnych pięciu turniejów nie zdołała awansować do ćwierćfinału. Przegrywała z niżej notowanymi rywalkami, a frustracja często była widoczna gołym okiem. Zdarzały się łzy na korcie.

    Pod koniec listopada planowała jeszcze występ w pokazowym turnieju w Sankt Petersburgu, jednak – jak informowały rosyjskie media – jej trenerka Conchita Martínez była temu przeciwna. Andriejewa miała odpocząć i ostatecznie na północy Rosji się nie pojawiła. Zrezygnowała również z gry deblowej z Dianą Sznajder, choć razem tworzyły jedną z najmocniejszych par w tourze.

    Ich współpraca rozpoczęła się na igrzyskach olimpijskich w Paryżu, gdzie dwie młode tenisistki sięgnęły po srebrne medale, za co później zostały odznaczone przez Władimira Putina. Przez cały sezon prezentowały się bardzo solidnie – triumfowały w styczniu w turnieju WTA 500 w Brisbane, dotarły do półfinałów Australian Open i WTA 1000 w Dosze, a także wygrały zawody w Miami. Dobre wyniki notowały również na kortach ziemnych (półfinały w Rzymie i Paryżu). Z czasem jednak forma zaczęła spadać, podobnie jak w singlu. W WTA Finals w Rijadzie wygrały zaledwie jednego seta.

    Już ogłoszenie listy debli na turniej w Brisbane było sygnałem ostrzegawczym – zabrakło na niej zarówno Andriejewej, jak i Sznajder. Teraz wszystko stało się jasne po publikacji par uprawnionych do gry w Australian Open, którą na platformie X przedstawiła Ellen Perez. Diana Sznajder wystąpi w Melbourne u boku Ludmiły Samsonowej i duet ten może liczyć na wysokie rozstawienie. Nazwiska Mirry Andriejewej na liście jednak nie ma.

    To potwierdza, że przynajmniej w pierwszej części sezonu – a być może nawet dłużej – Rosjanka skupi się wyłącznie na grze pojedynczej. Podobną decyzję kilkanaście miesięcy temu podjęła Coco Gauff, która również odnosiła wielkie sukcesy w deblu, ale z czasem zaczęło jej brakować sił na kluczowe mecze singlowe.

    Na liście zgłoszeń do debla Australian Open znalazły się za to dwie Polki. Katarzyna Piter wystąpi wspólnie z Janice Tjen z Indonezji – niedawno obie triumfowały w turnieju WTA 250 w Kantonie. Z kolei Magda Linette zagra w parze z doświadczoną Japonką Shuko Aoyamą.

  • Ależ wieści ws. Wiktorowskiego. Prosto z USA, tuż przed sezonem

    Ależ wieści ws. Wiktorowskiego. Prosto z USA, tuż przed sezonem

    Pod koniec lipca Naomi Osaka rozpoczęła współpracę z nowym trenerem. Został nim Tomasz Wiktorowski, który przed laty z sukcesami prowadził Igę Świątek i Agnieszkę Radwańską. Obecnie polski szkoleniowiec przygotowuje Japonkę do nowego sezonu. Zdaniem Ricka Macciego – byłego opiekuna światowych gwiazd – pod wodzą Wiktorowskiego wielkoszlemowa mistrzyni będzie jeszcze groźniejsza.
    Po lewej młoda kobieta w sportowym stroju uderza piłkę tenisową rakietą, skoncentrowana na grze; po prawej mężczyzna w zielonej koszulce i ciemnych spodniach trzyma rakietę tenisową i piłkę, stoi spokojnie na korcie.

    Naomi Osaka i Tomasz WiktorowskiMATTHEW STOCKMAN / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFP – Minas Panagiotakis / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFPAFP

    Latem tego roku Naomi Osaka przekazała, że Patrick Mouratoglou przestał pełnić funkcję jej trenera. Japonka szukała nowego szkoleniowca. Na rynku bezrobotny pozostawał Tomasz Wiktorowski, z którym czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa przystąpiła do turnieju WTA 1000 Montreal.

    Początkowo Polak został zatrudniony na okres próbny, jednak już po kilku spotkaniach jego współpraca z Osaką szła w dobrym kierunku. Na kanadyjskim korcie 28-latka dotarła do finału, w którym przegrała z reprezentantką gospodarzy – Victorią Mboko. Później pod wodzą Wiktorowskiego dotarła do półfinału US Open. Tam lepsza okazała się Amanda Anisimova.

    Iga Świątek rozpoczęła pobyt w Australii od prezentu. „Dobra kawa. Tego mi teraz potrzeba”© 2025 Associated Press

    Jest ogłoszenie ws. Osaki i Wiktorowskiego. Wątpliwości rozwiane, zaraz przed sezonem

    W Pekinie, Wuhan i Osace japońskiej tenisistce nie poszło zbyt dobrze, z wymienionych turniejów odpadała początkowych fazach. Na własnym terenie nie przystąpiła do ćwierćfinałowego starcia z Jaqueline Cristian.

    Czego możemy spodziewać się po byłej liderce rankingu WTA w zbliżającej się kampanii? Według Ricka Macciego Osaka znów może wejść do ścisłej elity damskiego touru, w czym pomóc ma jej współpraca z polskim szkoleniowcem.

    “Osaka ma w swoim arsenale trzy smaczne elementy z menu tenisowego. Forhend, bekhend, serwis. Jest wielokrotną mistrzynią turniejów wielkoszlemowych, więc ma silną psychikę. Teraz ma zupełnie inne podejście do pozycji na korcie i wyboru uderzeń, a dzięki zmianie trenera znalazła swój zakres i w przyszłym roku wiele przeciwniczek będzie się jej obawiać” – napisał były trener Sereny i Venus Willams, chwaląc między słowami Wiktorowskiego.

    Sama zawodniczka niejednokrotnie przyznawała, że ceni sobie pracę z naszym rodakiem. – Podoba mi się praca z Tomaszem i lubię jego styl. Jest bardzo bezpośredni i bez ogródek mówi na temat. Dla kogoś tak bardzo rozproszonego myślowo jak ja, jest to bardzo pomocne – mówiła Japonka po jednym ze spotkań ostatniego sezonu. – Naomi posiadała już dobry team od fizjoterapii i kondycji, ale myślę, że jasność umysłu i spokój Wiktorowskiego to coś, co bardzo dobrze na nią wpływa – za to tak duet Osaka – Wiktorowski w rozmowie z PAP podsumował Ben Rothenberg z podcastu No Challenges Remaining oraz autor biografii Japonki.
    Tenisistka w czerwonym stroju sportowym podczas meczu, w tle wyraźnie skupiona publiczność, dodatkowo duże powiększone ujęcie mężczyzny w czapce jako wstawka w prawym górnym rogu zdjęcia.

    Tomasz Wiktorowski trenuje obecnie Naomi OsakęMATTHEW STOCKMAN / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFP / screen z EurosportuAFP
    Mężczyzna z siwymi włosami i zarostem siedzi z ręką opartą o brodę, wyraźnie zamyślony, w tle widocznych jest kilka osób również skupionych na wydarzeniu

    Tomasz WiktorowskiROB PRANGE / Spain DPPI / DPPI via AFPAFP
    Trener w okularach przeciwsłonecznych demonstruje technikę gry w tenisa przed młodą zawodniczką stojącą na korcie. Oboje trzymają rakiety tenisowe i są ubrani w sportowe stroje.

    Naomi Osaka i Tomasz Wiktorowski mogą skupić się na przygotowaniach do WTA 1000 w Pekinie. Japonka zrezygnowała z gry w ShenzhenMarcin Cholewiński/ZUMA Press Wire/ShutterstockEast News

  • Były trener Federera wydał wyrok ws. Świątek. Jaśniej się nie da

    Były trener Federera wydał wyrok ws. Świątek. Jaśniej się nie da

    Australian Open to jedyny turniej wielkoszlemowy, którego nie wygrała jeszcze Iga Świątek. W przyszłym miesiącu stanie więc przed szansą na zgarnięcie Karierowego Wielkiego Szlema. Eksperci już zastanawiają się, czy Polka tę presję udźwignie. Jej szanse ocenił już m.in. były trener Rogera Federera – Paul Annacone. Amerykanin odpowiedział krótko i jednoznacznie.
    Iga Świątek
    zrzut ekranu z https://www.youtube.com/watch?v=SDmBVQVMLMg

    Iga Świątek po pokazowym turnieju w Chinach udała się do Australii, gdzie będzie przygotowywała się do pierwszego w nowym sezonie turnieju rangi Wielkiego Szlema. W nadchodzącym Australian Open Polka będzie miała dodatkową motywację do walki o końcowy triumf. Gdyby jej się udało, skompletowałaby tzw. Karierowego Wielkiego Szlema. Po zwycięstwach w Rolandzie Garrosie, US Open i Wimbledonie brakuje jej już tylko tytułu w Melbourne. Czy zatem dokona tego już w 2026 r.?

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany
    Były trener Federera dostał pytanie o Świątek. “Tak. Wierzę…”

    Dziennikarze Tennis.com zapytali o to ekspertów. Jednym z nich był były amerykański tenisistka i trener Rogera Federera (współpracowali w latach 2010-2013 – red.) – Paul Annacone. – Tak. Wierzę, że Iga Świątek osiągnie sukces w przyszłym roku i wygra Australian Open – odpowiedział bez wahania.

    Szansę na Karierowego Wielkiego Szlema w przyszłym roku ma nie tylko Polka. O to samo mogą powalczyć Carlos Alcaraz i Jannik Sinner. Ten pierwszy musi zrobić to samo co Świątek – zwyciężyć w Australian Open. Sinnerowi brakuje zaś triumfu w Rolandzie Garrosie. Jak Annacone ocenia ich szanse? – Jeśli chodzi o chłopaków, nic by mnie nie zaskoczyło, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby zarówno Carlos Alcaraz, jak i Jannik Sinner osiągnęliby ten sukces w 2026 roku. Pewne zrobi to albo jeden albo drugi – stwierdził.
    Niepokojące słowa ws. Świątek. “Kilka mocnych kandydatek”

    Taką optymistką nie jest natomiast Victoria Duval. Amerykańska tenisistka uważa, że ta sztuka nie uda się nikomu z wymienionych. – Wśród mężczyzn Jannik Sinner był bardzo solidny w zeszłorocznym Australian Open, a Carlos Alcaraz równie solidny w Rolandzie Garrosie i US Open. Przewiduję, że w przyszłym roku ponownie podzielą się w ten sposób tytułami Wielkiego Szlema. Za to wśród kobiet jest kilka mocnych kandydatek, które mogłyby uniemożliwić Idze Świątek wygranie Australian Open – stwierdziła.

    W przypadku Świątek i Alcaraza odpowiedź poznamy za nieco ponad miesiąc. Australian Open potrwa od 12 stycznia do 1 lutego. Sinner będzie musiał poczekać do przełomu maja i czerwca.

  • Sabalenka rozbita. I wybuchła afera. Korwin-Mikke nie wytrzymał. Ostra reakcja

    Sabalenka rozbita. I wybuchła afera. Korwin-Mikke nie wytrzymał. Ostra reakcja

    Pokazowy mecz określany mianem „bitwy płci”, w którym Aryna Sabalenka zmierzyła się z Nickiem Kyrgiosem, wywołał prawdziwą burzę w świecie tenisa. Kontrowersje wzbudziły nie tylko same założenia tego wydarzenia, ale również jego sportowy i symboliczny wydźwięk. Po spotkaniu, w którym liderka rankingu WTA przegrała 3:6, 3:6 z półemerytowanym Australijczykiem, fala komentarzy nie ustaje. Do grona krytyków dołączył także Janusz Korwin-Mikke, który jak zwykle zabrał głos w charakterystycznym dla siebie stylu na platformie „X”.

    Od początku pomysł meczu Sabalenki z Kyrgiosem budził ogromne emocje. Organizatorzy, chcąc „wyrównać szanse”, wprowadzili specjalne zasady: kort po stronie Białorusinki został skrócony i zwężony, a oboje zawodnicy dysponowali tylko jednym serwisem. W zamyśle miało to uatrakcyjnić widowisko, jednak dla wielu obserwatorów okazało się dowodem na to, że całe wydarzenie bardziej ośmiesza kobiecy tenis, niż go promuje.

    Krytycy zarzucają Sabalence, że zgadzając się na udział w takim przedsięwzięciu, wystawiła żeńskiemu tenisowi wyjątkowo niekorzystne świadectwo. Tym bardziej że – mimo ułatwień – nie zdołała wygrać ani jednego seta z Kyrgiosem, który w rankingu ATP zajmuje obecnie bardzo odległe miejsce i dawno nie rywalizuje regularnie na najwyższym poziomie.

    Jedną z najbardziej stanowczych opinii wygłosiła Alize Cornet. Doświadczona Francuzka nie kryła zdziwienia decyzją Sabalenki.
    – Te nowe zasady, a zwłaszcza skrócenie kortu dla Sabalenki, uważam za kompletną głupotę – stwierdziła.
    – Dlaczego ona w ogóle je zaakceptowała? Jest numerem jeden na świecie, od dwóch lat dominuje w kobiecym tenisie i spokojnie mogłaby zagrać z Kyrgiosem na normalnym korcie – dodała Cornet, podkreślając, że takie eksperymenty działają na niekorzyść wizerunku zawodniczek.

    Po porażce Sabalenki do dyskusji włączył się również Janusz Korwin-Mikke. Polski polityk wykorzystał okazję, by ponownie zaakcentować swoje poglądy na temat różnic między kobietami a mężczyznami w sporcie. W jednym z pierwszych wpisów zasugerował, że media nie oddają w pełni skali „utrudnień”, z jakimi musiał zmagać się Kyrgios, jednocześnie ironicznie chwaląc występ Sabalenki.

    Internauci szybko zwrócili mu jednak uwagę, że pomylił kluczowe fakty. W rzeczywistości oboje zawodnicy mieli po jednym serwisie, a to kort Sabalenki został zmniejszony. Korwin-Mikke w kolejnych postach skorygował część informacji, szczegółowo wyliczając różnice w wymiarach kortu po stronie liderki WTA. Zaznaczył przy tym, że pole gry Białorusinki zostało skrócone o ponad metr i zwężone o kilkadziesiąt centymetrów, a jej pole odbioru serwisu również było mniejsze.

    Polityk odniósł się także do wypowiedzi Alize Cornet, która stwierdziła, że Sabalenka mogłaby grać z Kyrgiosem na normalnym korcie. Ten komentarz skwitował krótko i prowokacyjnie, wpisując się w znany z jego wypowiedzi ton.

    Cała „bitwa płci” zamiast sportowej zabawy i promocji tenisa przyniosła więc lawinę kontrowersji. Dla jednych była kosztownym, ale nieszkodliwym show, dla innych – ciosem w prestiż kobiecego tenisa i niepotrzebnym eksperymentem, który na długo pozostanie przedmiotem gorących sporów.