• Wrzawa w Barcelonie. Wszystko przez Lewandowskiego. Tak nazwali Polaka

    Wrzawa w Barcelonie. Wszystko przez Lewandowskiego. Tak nazwali Polaka

    Robert Lewandowski rozpoczął sobotnie derby stolicy Katalonii na ławce rezerwowych, ale gdy pojawił się na murawie w drugiej połowie, ostatecznie zrobił to, z czego słynie najbardziej. Choć jego występ długo pozostawał niemal niezauważony, w 90. minucie spotkania z Espanyolem wpisał się na listę strzelców i przypieczętował zwycięstwo FC Barcelona 2:0. Ten gol wywołał ogromną radość wśród kibiców „Dumy Katalonii” i sprawił, że Polak został bardzo wysoko oceniony przez hiszpańskich ekspertów, którzy nazwali go w sposób wyjątkowo sugestywny.

    Espanyol przez długi czas był niezwykle wymagającym rywalem dla Barcelony. Gospodarze stworzyli kilka groźnych sytuacji i w innych okolicznościach mogli nawet prowadzić różnicą kilku bramek. Ich marzenia o sensacyjnym wyniku skutecznie studził jednak Joan Garcia – były zawodnik Espanyolu, a obecnie jeden z bohaterów Barcelony. Hiszpan po raz kolejny w tym sezonie popisał się serią kapitalnych interwencji, a wspierany przez solidnie broniącego Marko Dmitrovicia długo utrzymywał wynik bezbramkowy.

    Wobec narastających problemów ofensywnych trener Hansi Flick zdecydował się na zdecydowany ruch. W 64. minucie przeprowadził potrójną zmianę, zdejmując z boiska Gerarda Martina, Ferrana Torresa i Raphinhę. Na murawie pojawili się Pedri, Robert Lewandowski oraz Dani Olmo – i to właśnie ta roszada okazała się kluczowa dla losów spotkania.

    Jako pierwszy niemoc Barcelony przełamał Dani Olmo, który w 86. minucie popisał się efektownym uderzeniem i dał gościom prowadzenie 1:0. Gdy Espanyol próbował jeszcze odpowiedzieć w końcówce, decydujący cios zadał Lewandowski. W doliczonym czasie gry Polak wykorzystał dogranie Fermína Lópeza i podwyższył wynik na 2:0, zapewniając Barcelonie spokój w ostatnich sekundach meczu.

    Przy tej bramce kapitan reprezentacji Polski miał nieco szczęścia – próbując przelobować bramkarza, sprawił, że piłka odbiła się jeszcze od torsu golkipera, zanim wpadła do siatki. Liczy się jednak efekt końcowy, a ten był dla Barcelony idealny.

    Dla Lewandowskiego był to już dziewiąty gol w obecnym sezonie La Liga, co nie umknęło uwadze katalońskich mediów. „Mundo Deportivo” określiło go mianem „człowieka demolki”, podkreślając przede wszystkim jego instynkt strzelecki i skuteczność. – Wszedł na boisko, by wnieść do ataku więcej jakości niż mający problemy ze szczęściem Ferran Torres. Gdy tylko nadarzyła się okazja, nie pomylił się – napisano przy nazwisku 37-latka.

    Równie zadowoleni byli dziennikarze „Sportu”, którzy nazwali Polaka po prostu „Goleadorem” i przyznali mu notę 8 w dziesięciostopniowej skali. – Podwyższył wynik na 2:0, dając Barcelonie upragniony spokój. Świetne podanie Fermína zostawiło go niemal sam na sam z bramkarzem. To nie był jego najlepszy mecz, ale strzelił gola, a właśnie tego się od niego oczekuje – podsumowano występ Lewandowskiego.

    Derby Barcelony po raz kolejny pokazały, że nawet gdy Lewandowski nie dominuje na boisku przez całe spotkanie, w kluczowym momencie potrafi przesądzić o losach meczu. A to dla Barcelony wartość nie do przecenienia.

  • Nawrocki też się podpisał. To już się dzieje na całym świecie

    Nawrocki też się podpisał. To już się dzieje na całym świecie

    Kryptowaluty, giełda, transfery piłkarskie – hazard stał się codziennością życia publicznego

    Hazard dawno przestał być domeną kasyn i punktów bukmacherskich. Dziś przenika niemal każdą sferę życia społecznego – od inwestowania, przez sport, aż po politykę. Co więcej, sami bukmacherzy nie tylko świetnie odnajdują się w tej rzeczywistości, ale coraz śmielej wchodzą do świata władzy.

    Pod koniec ubiegłego roku popularny podcast „Dwie lewe ręce” opublikował odcinek zatytułowany „Witajcie w globalnym kasynie, czyli nasze przepowiednie na rok 2026”. Jakub Dymek i Marcin Giełzak rozmawiali w nim o zjawisku, które w krajach anglosaskich analizowane jest już od dłuższego czasu: o coraz powszechniejszym hazardowym podejściu do gospodarki, polityki i decyzji publicznych. Nie chodzi wyłącznie o branżę hazardową sensu stricto, lecz o logikę ryzyka, spekulacji i gry va banque, która stała się nową normą.

    Polityka jak gra w tchórza

    Najbardziej jaskrawym symbolem tej tendencji pozostaje Donald Trump – były właściciel kasyn, który politykę prowadzi dokładnie tak, jakby siedział przy stole hazardowym. Widać to chociażby na przykładzie ceł nakładanych na towary importowane do Stanów Zjednoczonych. Gdy ogłaszał ich wysokość, ekonomiści przecierali oczy ze zdumienia, pytając, skąd wzięły się te liczby i czy mają jakiekolwiek uzasadnienie ekonomiczne.

    Tyle że sens ekonomiczny nie był tu kluczowy. Liczyła się reakcja drugiej strony. Trump zachowywał się jak uczestnik gry w tchórza: rozpędzał samochód do maksimum i sprawdzał, kto pierwszy skręci. Nie chodziło o to, czy to się „opłaca”, lecz o to, kto mrugnie.

    Trump jest jednak bardziej skutkiem niż przyczyną szerszego procesu. Globalne giełdy coraz częściej przypominają kasyna, w których „inwestorzy” obstawiają krótkoterminowe wzrosty i spadki kursów, zamiast realnie uczestniczyć w rozwoju firm i ich zyskach. Podobną logiką rządzą się kryptowaluty – aktywa o wartości czysto umownej, oderwanej od realnej gospodarki. W Polsce ich regulację zawetował prezydent Karol Nawrocki, mimo że ryzyko kolejnej spekulacyjnej bańki jest oczywiste i powszechnie dostrzegane.

    Poufna wiedza i szybkie pieniądze

    Hazardowa polityka to nie tylko abstrakcyjne decyzje makroekonomiczne, ale też bardzo konkretne pieniądze trafiające do kieszeni wtajemniczonych. Gdy Trump czasowo zawiesił 125-procentowe cła na towary z Chin, natychmiast pojawiły się oskarżenia, że osoby znające decyzję przed jej oficjalnym ogłoszeniem mogły zarobić fortuny na giełdzie.

    Podobny skandal wybuchł w Wielkiej Brytanii. Ujawniono, że kilku posłów Partii Konserwatywnej, urzędników oraz funkcjonariuszy ochrony rządu obstawiło u bukmacherów termin przedterminowych wyborów parlamentarnych. Gwarancją wygranej była wiedza o decyzji premiera Rishiego Sunaka, zanim ta została upubliczniona. Łącznie aż 15 osób ma stanąć przed sądem pod zarzutem wykorzystania informacji poufnych.

    Bukmacherzy odkrywają politykę

    To jednak zaledwie przedsmak tego, co może nadejść. W Stanach Zjednoczonych rynek zakładów politycznych dopiero się rozwija, a już osiąga gigantyczną skalę. Na platformach Kalshi i Polymarket na wynik wyborów na burmistrza Nowego Jorku postawiono – według szacunków – około pół miliarda dolarów.

    Co więcej, notowania bukmacherskie zaczęły być traktowane niemal jak sondaże opinii publicznej. Podczas jednego z wywiadów Zohran Mamdani, późniejszy zwycięzca wyborów, usłyszał, że według Kalshi ma aż 92 procent szans na wygraną. Odpowiedział anegdotą: po latach zadzwonił do niego kolega z liceum tylko po to, by powiedzieć: „Stary, postawiłem na ciebie tysiąc dolarów, nie zawiedź mnie”.

    John Herrman z „New York Magazine” stawia w tym kontekście fundamentalne pytanie: czy hazard pożre media polityczne tak samo, jak wcześniej zdominował media sportowe? W USA jeszcze do 2018 roku obowiązywał federalny zakaz zakładów sportowych (z wyjątkiem Nevady). Po wyroku Sądu Najwyższego reklamy bukmacherów, kursy i prognozy stały się nieodłącznym elementem transmisji sportowych. ESPN – największa sportowa stacja w kraju – uruchomiła własnego bukmachera ESPN Bet, a FanDuel przejął sieć lokalnych telewizji sportowych, zmieniając ich nazwę na FanDuel Sports.

    Piłkarskie transfery – ruletka milionów

    Duch hazardu przenika sport także w inny sposób. Szczególnie w europejskiej piłce nożnej, gdzie kondycja finansowa klubów wprost zależy od wyników sportowych. Ryzyko jest tu wpisane w sam model funkcjonowania.

    Najlepszym przykładem pozostaje FC Barcelona. Tzw. „dźwignie finansowe” zastosowane przez prezydenta Joana Laportę były klasyczną grą va banque. Ryzykując przyszłość klubu, postawił na kosztowne transfery – w tym Roberta Lewandowskiego – by utrzymać Barcelonę w światowej czołówce. Na razie hazard się opłacił: sukcesy sportowe i bramki Polaka pozwoliły klubowi wciąż generować setki milionów euro. Równowaga finansowa pozostaje jednak wyjątkowo krucha.

    Laporta dla jednych jest wizjonerem i bohaterem, dla innych symbolem niebezpiecznej lekkomyślności. Z kolei Javier Tebas, szef La Liga, który od lat pilnuje finansowych reguł i ogranicza rozrzutność klubów, przez kibiców bywa nazywany „szkodnikiem”. Paradoks polega na tym, że to on próbuje uchronić ligę przed zamienieniem się w kasyno prowadzące prosto do bankructw.

    Polskie kasyno piłkarskie

    Również w Polsce nie brakuje przykładów ryzykownych decyzji właścicieli klubów. Najbardziej znanym pozostaje Bogusław Cupiał, który w piłkarskiej ruletce stracił ponad 100 milionów złotych, zanim oddał Wisłę Kraków praktycznie za bezcen. Kupował najlepszych piłkarzy w kraju, inwestował ogromne środki, a mimo to nigdy nie zdołał doprowadzić klubu do upragnionego awansu do Ligi Mistrzów.

    Mimo tej porażki jego metoda wciąż działa na wyobraźnię kibiców. Transfery, kolejne transfery i jeszcze więcej transferów – tego oczekują trybuny. Tymczasem w realiach finansowych polskich klubów znalezienie zawodnika, który realnie odmieni losy drużyny, bywa równie prawdopodobne jak trafienie głównej wygranej w ruletce.

    Hazard przestał być marginesem. Stał się językiem, w którym opisujemy dziś gospodarkę, politykę i sport. I nic nie wskazuje na to, byśmy mieli szybko odejść od stołu.

  • Było tuż po meczu. Szczęsny od razu ruszył do Garcii i zrobił to

    Było tuż po meczu. Szczęsny od razu ruszył do Garcii i zrobił to

    Tuż po zakończeniu derbowego meczu Espanyol – FC Barcelona (0:2) w mediach społecznościowych zaczęło krążyć nagranie, które błyskawicznie przykuło uwagę kibiców. Jego bohaterami byli Wojciech Szczęsny oraz Joan Garcia – bramkarz, który skradł show w sobotnie popołudnie.

    Joan Garcia po raz kolejny w tym sezonie potwierdził, że już dziś należy do ścisłej czołówki światowych golkiperów. 24-letni Hiszpan był kluczową postacią zwycięskich dla Barcelony derbów rozgrywanych na stadionie Espanyolu. Paradoks tej historii jest wyjątkowy – Garcia jeszcze niedawno reprezentował barwy lokalnego rywala, a teraz w barwach „Blaugrany” kilkukrotnie w fenomenalnym stylu zatrzymywał swoich byłych kolegów z drużyny, ratując zespół przed stratą bramki.

    Szczęsny zachwycił gestem wobec bohatera meczu

    Choć na listę asyst wpisali się Dani Olmo i Robert Lewandowski, a Fermin Lopez – który pojawił się na murawie po przerwie – zanotował dwie decydujące dogrania, to statuetka dla najlepszego piłkarza spotkania trafiła właśnie do Garcii. Decyzja ta nie budziła większych kontrowersji, biorąc pod uwagę klasę interwencji hiszpańskiego bramkarza.

    Prawdziwe emocje wywołało jednak to, co wydarzyło się już po końcowym gwizdku. Kamery uchwyciły moment, w którym Wojciech Szczęsny jako pierwszy podbiegł do Garcii, mocno go uściskał, a następnie – ku zaskoczeniu wielu – pocałował w szyję. Gest byłego reprezentanta Polski został odebrany jako wyraz ogromnego szacunku i uznania dla młodszego kolegi z zespołu. W sieci szybko pojawiły się komentarze podkreślające klasę Szczęsnego, a także ironiczne uwagi, że Marc-André ter Stegen w tym czasie bez zwłoki udał się do szatni.

    Statystyki Garcii tylko potwierdzają jego znakomitą dyspozycję. W obecnym sezonie wystąpił w 15 spotkaniach, stracił zaledwie 14 bramek i aż sześciokrotnie zachował czyste konto – liczby, które robią ogromne wrażenie.

    Barcelona odjeżdża rywalom i myśli o Superpucharze

    Dzięki zwycięstwu w derbach FC Barcelona – przynajmniej do niedzielnego popołudnia – ma aż siedem punktów przewagi nad drugim w tabeli Realem Madryt, który zmierzy się u siebie z Realem Betis (godz. 16:15).

    Zespół prowadzony przez Hansiego Flicka nie zamierza jednak zwalniać tempa. Już 7 stycznia (godz. 20:00) „Blaugrana” rozpocznie walkę o Superpuchar Hiszpanii. W półfinale rozgrywanym w Arabii Saudyjskiej jej rywalem będzie Athletic Bilbao. W drugim półfinale dojdzie do elektryzujących derbów Madrytu – Real kontra Atletico.

    https://x.com/angrygavi/status/2007573263484961267?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2007573263484961267%7Ctwgr%5Ef3617b3c98d00bd281a1c4ccd88bbf02a0e77ff5%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F76508232505452bylo-tuz-po-meczu-szczesny-od-razu-ruszyl-do-garcii-i-zrobil.html

  • Ksiądz grzmi ws. Tuska. To jego wybrał Nawrocki. “Największa obraza”

    Ksiądz grzmi ws. Tuska. To jego wybrał Nawrocki. “Największa obraza”

    Ksiądz Jarosław Wąsowicz, salezjanin wybrany przez Karola Nawrockiego na kapelana, ostro skomentował wpis Kancelarii Prezesa Rady Ministrów opublikowany przy okazji październikowego meczu reprezentacji Polski z Litwą w Kownie. W rozmowie z Danielem Nawrockim duchowny nie krył oburzenia, określając użyte w nim sformułowania jako „największą obrazę”, zwłaszcza w kontekście dzieci zaproszonych na spotkanie.

    Październikowy wyjazd do Kowna był dla reprezentacji Polski udanym zakończeniem zgrupowania eliminacyjnego do mistrzostw świata. Zespół prowadzony przez trenera Jana Urbana zwyciężył Litwę 2:0, a bramki na Stadionie Dariusa i Girenasa zdobyli Sebastian Szymański oraz kapitan kadry Robert Lewandowski. Mecz z trybun honorowych oglądał premier Donald Tusk, który zasiadł obok litewskiej premier Ingi Ruginienė.

    Wizyta szefa polskiego rządu nie przebiegała jednak w spokojnej atmosferze. Z sektora zajmowanego przez polskich kibiców słychać było wulgarne okrzyki pod jego adresem, a na stadionie pojawił się również transparent bezpośrednio wymierzony w premiera. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Kancelaria Premiera opublikowała w mediach społecznościowych wpis informujący o specjalnej inicjatywie towarzyszącej tej wizycie. Przekazano w nim, że Donald Tusk zaprosił dzieci polonijne z Wilna do wspólnego kibicowania reprezentacji Polski, dołączając do komunikatu zdjęcia z premierem RP.

    Właśnie do tego sformułowania odniósł się ksiądz Jarosław Wąsowicz, który w sierpniu objął funkcję kapelana prezydenta Karola Nawrockiego. Duchowny, nawiązując do doświadczeń dzieci uczestniczących w salezjańskich koloniach dla młodych Polaków z Ukrainy, Litwy, Białorusi i innych krajów dawnego bloku wschodniego, nie szczędził mocnych słów.

    – Dla nich największą obrazą jest mówienie, że są Polonią. Tak właśnie zrobił premier podczas ostatniego meczu. Kancelaria Premiera napisała, że Donald Tusk zaprosił dzieci polonijne z Wilna. To tak, jakby ktoś uderzył je w twarz – powiedział w rozmowie z Danielem Nawrockim w ramach cyklu „Nawrocki w Polsce”.

    Kapłan podkreślił, że dzieci te nie powinny być określane mianem Polonii. Jak zaznaczył, są to Polacy, którzy pozostali na historycznych polskich ziemiach i od lat dbają o zachowanie narodowych tradycji oraz języka. – Oni pilnują polskości, są jej wierni, choć często mają znacznie trudniejsze warunki niż ich rówieśnicy w kraju – dodał.

    Wypowiedź księdza Wąsowicza wywołała szeroką dyskusję wokół używanego w przestrzeni publicznej języka oraz sposobu określania Polaków mieszkających poza granicami kraju, zwłaszcza na terenach dawnej Rzeczypospolitej.

  • Popis rywala Szczęsnego. Uratował Barcelonę, a to nie koniec. Co za wejście Lewandowskiego

    Popis rywala Szczęsnego. Uratował Barcelonę, a to nie koniec. Co za wejście Lewandowskiego

    FC Barcelona rozpoczęła drugą część sezonu z czteropunktową przewagą nad Realem Madryt, ale już na starcie 2026 roku czekało ją wyjątkowo wymagające wyzwanie. Wyjazdowe derby z Espanyolem zapowiadały się jako prawdziwy „mecz ciężkiej wagi”, a atmosfera na stadionie była niezwykle gorąca, głównie ze względu na osobę Joana Garcíi. W kadrze meczowej zabrakło Polaków od pierwszej minuty, a hiszpański bramkarz Barcelony rozegrał kapitalne spotkanie, wielokrotnie ratując swój zespół. Ostatecznie „Blaugrana” zwyciężyła 2:0, choć droga do trzech punktów była wyjątkowo wyboista.

    Pierwsza połowa sezonu w wykonaniu Barcelony była pełna turbulencji. Zespół Hansiego Flicka musiał mierzyć się z wieloma problemami, a w pewnym momencie strata do Realu Madryt wydawała się nie do odrobienia. „Królewscy” do listopada konsekwentnie budowali przewagę, a sytuacja w tabeli sugerowała, że to oni mają pełną kontrolę nad wyścigiem o mistrzostwo.

    Końcówka roku przyniosła jednak nieoczekiwany zwrot akcji. Real zaliczył fatalny okres, w trakcie którego nie tylko roztrwonił wcześniejszą przewagę, ale dał się wyprzedzić Barcelonie. W efekcie to „Duma Katalonii” schodziła na świąteczną przerwę jako lider La Liga, mając cztery punkty zapasu nad największym rywalem.

    Derby Barcelony na otwarcie nowego roku idealnie wpisywały się w narrację wielkiego testu. Kibice Espanyolu zapowiadali piekielną atmosferę, szczególnie wobec Joana Garcíi, który latem zamienił „Papużki” na Barcelonę. W wyjściowym składzie gości zabrakło Roberta Lewandowskiego oraz Wojciecha Szczęsnego, co było jednym z tematów przedmeczowych dyskusji.

    Od pierwszych minut Garcia był witany ogłuszającymi gwizdami. Pierwszy raz poważnie musiał interweniować w 19. minucie, gdy Gerrard Martin fatalnie stracił piłkę w środku pola i pozwolił rywalowi wyjść sam na sam z bramkarzem Barcelony. Napastnik Espanyolu uderzył jednak prosto w Garcíę, co znacznie ułatwiło obronę. Dużo trudniejsze zadanie czekało Hiszpana w 38. minucie – po strzale głową popisał się interwencją najwyższej klasy, ratując swój zespół przed utratą gola.

    Barcelona w pierwszej połowie nie potrafiła stworzyć klarownych okazji. Marko Dmitrović w bramce Espanyolu przez długi czas był praktycznie bezrobotny, a jeśli już piłka leciała w światło jego bramki, kończyła w jego rękach. Do przerwy utrzymywał się bezbramkowy remis, choć wydarzeń na boisku zdecydowanie nie brakowało – głównie dzięki znakomitej postawie Garcíi.

    Po zmianie stron Flick zdecydował się na korektę w składzie, ale na murawie pojawił się Fermin López, a nie Lewandowski. Barcelona ruszyła do ataku z większą energią. W 54. minucie Dmitrović musiał wykazać się refleksem, broniąc strzał głową Julesa Koundé. Chwilę później znów błysnął Garcia, który bez problemów zatrzymał niezbyt precyzyjne uderzenie po szybkiej kontrze Espanyolu.

    Gospodarze mieli swoje momenty. Kilka minut później zabrakło im jednak zdecydowania w kluczowej sytuacji pod bramką Barcelony. Widząc niemoc strzelecką swojego zespołu, Flick w 64. minucie wpuścił na boisko Roberta Lewandowskiego. Tuż przed tą zmianą Garcia znów uratował „Blaugranę”, broniąc sytuację sam na sam z Roberto Fernándezem, gdy wydawało się, że gol jest nieunikniony.

    W 69. minucie bramkarz Barcelony popełnił pierwszy poważniejszy błąd – piłka przeleciała nad nim, ale z linii bramkowej wybił ją Koundé. Minutę później znakomitą paradą popisał się Dmitrović, również ratując swój zespół na samej linii. Do tego momentu był to bezdyskusyjnie mecz bramkarzy.

    Potwierdzeniem tej tezy była sytuacja z 76. minuty, gdy Garcia znów musiał się maksymalnie wyciągnąć, parując strzał Romero na rzut rożny. Defensywne mury w obu bramkach w końcu pękły w 86. minucie. Dani Olmo efektownie wykończył szybką akcję Fermina Lópeza, posyłając precyzyjne uderzenie w samo okienko.

    To nie był jednak koniec emocji. Chwilę później Barcelona zadała drugi cios. Ponownie kluczową rolę odegrał Fermin López, który popędził z piłką w pole karne i dograł ją do środka. Tam akcję zamknął Robert Lewandowski, zdobywając gola… brzuchem. Po tym trafieniu stało się jasne, że losy spotkania są rozstrzygnięte.

    Po ogromnych mękach i meczu pełnym dramatycznych interwencji Barcelona wywiozła z terenu derbowego rywala niezwykle cenne zwycięstwo 2:0, umacniając się na prowadzeniu w La Liga i wysyłając jasny sygnał rywalom na starcie 2026 roku.

  • Chcieli Lewandowskiego, teraz ogłaszają transfer. Dopięli swojego, plan wchodzi w życie

    Chcieli Lewandowskiego, teraz ogłaszają transfer. Dopięli swojego, plan wchodzi w życie

    Przyszłość Roberta Lewandowskiego od miesięcy pozostaje jedną z największych niewiadomych w FC Barcelonie i jednym z kluczowych tematów do rozstrzygnięcia przed letnim oknem transferowym. Coraz częściej pojawiają się sygnały, że kataloński klub powoli przygotowuje się na moment rozstania z polskim napastnikiem. Zainteresowanie jego pozyskaniem już zimą wykazywał AC Milan, który w ostatnich latach chętnie sięga po doświadczonych piłkarzy. Ostatecznie jednak mediolańczycy zdecydowali się na inny ruch i oficjalnie ogłosili transfer nowego snajpera.

    Wszystko wskazuje na to, że czas Lewandowskiego w Barcelonie zbliża się do końca. Polak najprawdopodobniej wypełni kontrakt, który podpisał latem 2022 roku. Umowa obowiązuje już tylko przez kolejne sześć miesięcy, co oznacza, że klub i zawodnik wkraczają w kluczowy moment dotyczący dalszej współpracy.

    Obecnie „Lewy” ma pełne prawo do prowadzenia rozmów z potencjalnymi nowymi pracodawcami. Z końcem czerwca 2026 roku oficjalnie stanie się wolnym zawodnikiem, co daje mu możliwość wynegocjowania atrakcyjnego kontraktu i wysokiego bonusu za podpisanie umowy z nowym klubem.

    Drzwi dla Lewandowskiego wciąż uchylone. Milan ogłasza transfer

    Już w listopadzie włoskie media informowały, że AC Milan poważnie rozważa sprowadzenie Roberta Lewandowskiego. Klub z San Siro w ostatnich sezonach zyskał opinię zespołu, który potrafi wykorzystać doświadczenie piłkarzy z najwyższej półki. Minionego lata do Milanu trafił Luka Modrić i szybko stał się jedną z kluczowych postaci drużyny, prezentując bardzo wysoką formę. Nic więc dziwnego, że w Mediolanie pojawił się pomysł, by sięgnąć także po polskiego napastnika – nawet już w zimowym oknie transferowym.

    Do takiego ruchu jednak nie dojdzie. Lewandowski pozostanie w Barcelonie do końca sezonu, a jego przyszłość ma zostać wyjaśniona dopiero później. Milan tymczasem zabezpieczył się na pozycji środkowego napastnika, sięgając po Niclasa Füllkruga. Reprezentant Niemiec dołączył do włoskiego klubu na zasadzie półrocznego wypożyczenia z opcją wykupu z West Ham United.

    „AC Milan z radością ogłasza, że Niclas Füllkrug dołączył do klubu na zasadzie wypożyczenia z West Ham United, z opcją transferu definitywnego” – czytamy w oficjalnym komunikacie klubu.

    Fakt, że jest to jedynie czasowe rozwiązanie, sprawia jednak, że temat Lewandowskiego w kontekście Milanu wcale nie musi być zamknięty. Jeśli Polak zdecyduje się opuścić Barcelonę latem 2026 roku, a mediolańczycy wciąż będą poszukiwać doświadczonego snajpera, drzwi do takiego transferu pozostają otwarte.

  • W co gra Ołeksandr Usyk? Saleta przejrzał Ukraińca na wylot. “Chce go dopaść”

    W co gra Ołeksandr Usyk? Saleta przejrzał Ukraińca na wylot. “Chce go dopaść”

    Usyk wybiera Wildera, dramat Soczyńskiego i granice odpowiedzialności. Przemysław Saleta bez owijania w bawełnę

    Sytuacja na szczycie wagi ciężkiej znów budzi ogromne emocje. Ołeksandr Usyk po raz kolejny zdecydował się na ruch, który wywołał lawinę komentarzy – zrezygnował ze statusu zunifikowanego mistrza świata, zwakował pas WBO i zamiast obowiązkowej obrony obrał kurs na walkę z Deontayem Wilderem. Zdaniem Przemysława Salety trudno mówić tu o kontrowersji. To raczej logiczny krok pięściarza, który w swojej karierze udowodnił już absolutnie wszystko.

    – Są zawodnicy, którzy są więksi niż federacje – mówi były mistrz Europy. – Usyk do nich należy. Podobnie jak Terence Crawford, który wcześniej zwakował pas, a później po prostu zakończył wielką karierę. Dla Ukraińca walka z Wilderem to nie tylko sport, ale też domknięcie historii. Jeśli go pokona, będzie mógł powiedzieć, że wygrał z całą elitą wagi ciężkiej ostatnich lat – Furym, Joshuą i właśnie Wilderem.

    Choć Fabio Wardley wzbudził sensację, sięgając po mistrzowski pas, Saleta nie ma wątpliwości, że w hierarchii nazwisk to Amerykanin pozostaje znacznie wyżej. – Wardley to ciekawa historia, wręcz fenomen, bo jego droga z „white collar boxing” do mistrzostwa świata jest czymś absolutnie wyjątkowym. Ale Wilder to marka globalna. Taka walka generuje większe pieniądze, większe zainteresowanie i większą wagę sportową.

    W tle pojawia się również Moses Itauma – młody, piekielnie utalentowany pięściarz, który w opinii Salety jest wręcz podręcznikowo wyszkolony. – To aż nieprawdopodobne, jak na 21-latka. Szybki, agresywny, bardzo mocno bije i praktycznie nie popełnia błędów. Dla Usyka to ryzyko bez realnej nagrody. W takich starciach można tylko stracić – zdrowie, reputację albo „zero” w rekordzie.

    Nokaut, który zmienił wszystko

    Znacznie mocniejsze emocje Saleta wzbudza temat niedawnej walki Michała Soczyńskiego, zakończonej dramatycznym nokautem. Choć pięściarz wybudził się po ciosach, sam przyznał, że poniósł ogromne konsekwencje zdrowotne.

    – Zatrzymanie walki to zawsze koszmarnie trudna decyzja – podkreśla Saleta. – Presja jest ogromna, publiczność, gala, walka wieczoru, zawodnik gospodarzy… Ale nie wolno zapominać, że zarówno sędzia, jak i narożnik są po to, by chronić zdrowie zawodnika. Moim zdaniem w tym przypadku zabrakło odwagi. Zarówno sędziemu, jak i sekundantom.

    Były mistrz Europy przywołuje tu symboliczny przykład z kariery Władimira Kliczki. – W Kijowie, jeszcze zanim został mistrzem świata, jego trener Fritz Sdunek wbiegł do ringu i przerwał walkę z Rossem Purittym. Ciśnienie było potężne, Kliczko był bohaterem narodowym, a mimo to trener podjął właściwą decyzję. Stracił pas, ale zachował zdrowie zawodnika. I historia pokazała, że to był moment kluczowy.

    Zdaniem Salety w przypadku Soczyńskiego sytuacja była aż nadto czytelna. – Te kryzysy były widoczne. On ledwo przetrwał kilka rund, zbierał bardzo ciężkie ciosy. Tu nie chodzi o wynik sportowy, tylko o życie i zdrowie. Lepiej zatrzymać pięć walk za wcześnie niż jedną za późno.

    „Nie przerywaj, cokolwiek się stanie”

    Szczególne poruszenie wywołała informacja, że Soczyński miał zawrzeć z trenerem ustną umowę, iż walka nie zostanie przerwana bez względu na okoliczności. – Rozumiem psychikę zawodnika – tłumaczy Saleta. – Każdy bokser wierzy, że się odbuduje, że „to jeszcze nie koniec”. Tylko że później przychodzą konsekwencje, których nie da się cofnąć. I nagle nie wiemy, czy ktoś w ogóle będzie jeszcze w stanie wrócić do ringu.

    Były pięściarz przyznaje, że nie zna podobnych przypadków z pierwszej ręki, ale ostrzega przed ich skutkami. – Po takim nokaucie może zostać blokada mentalna. A w boksie ułamek sekundy zawahania oznacza porażkę.

    Sędziowie też są ludźmi

    Saleta odnosi się również do kontrowersyjnego przerwania walki Pawła Stępnia z Kajetanem Kalinowskim. – Tu akurat uważam, że decyzja była błędna. Oko wyglądało źle, ale Stępień nie był zdominowany, widział jedno, a Kalinowski był wyraźnie bardziej zmęczony. Paradoksalnie ta walka została zatrzymana, a wcześniejsza – zbyt późno.

    – Trzeba pamiętać, że sędziowie też są ludźmi – dodaje. – Po ciężkim nokaucie Rafała Dudka emocje były ogromne i to mogło wpłynąć na kolejne decyzje.

    WOŚP: „To powinno łączyć, nie dzielić”

    Na koniec rozmowa schodzi na zupełnie inny temat – Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Przemysław Saleta od lat angażuje się w finały i nie kryje zdumienia skalą hejtu.

    – Psy szczekają, karawana jedzie dalej – mówi krótko. – Te same zarzuty słyszymy od lat, a fakty mówią same za siebie. Jeśli ktoś tak bardzo krytykuje WOŚP, to powinien potem w szpitalu powiedzieć, że nie chce korzystać ze sprzętu kupionego przez Orkiestrę. Oczywiście nikt tak nie zrobi.

    Dla Salety liczby są jednoznaczne – miliardy zebranych złotych, dziesiątki tysięcy urządzeń, realna pomoc. – To inicjatywa, z której powinniśmy być dumni. Nie wiem, czy na świecie jest coś na podobną skalę, trwające tak długo i przynoszące tak wymierne efekty.

    Z pełnym przekonaniem zgadza się też ze słowami Dariusza Michalczewskiego o Jerzym Owsiaku. – Stworzył coś wyjątkowego. Bez względu na hejt i nienawiść, dla mnie to postać absolutnie legendarna.

    A komentarze w stylu „ile ci za to zapłacili”? – Słyszę to często – przyznaje Saleta. – Ale to mówi więcej o tych ludziach niż o mnie. Jeśli ktoś zakłada, że za każde dobre działanie trzeba dostać pieniądze, to po prostu mierzy innych swoją miarą. I dlatego hejt mnie nie dotyka.

  • Niemal milion dla Świątek za przyjazd. Sabalenka? Może tylko pomarzyć

    Niemal milion dla Świątek za przyjazd. Sabalenka? Może tylko pomarzyć

    Tenisowy sezon WTA oficjalnie ruszył. Pierwsze turnieje rozgrywane są równolegle w Auckland, Brisbane, Perth i Sydney. W inauguracyjnym tygodniu tylko dwie imprezy mają rangę 500 – United Cup oraz Brisbane International – i tylko tam triumfatorki mogą zgarnąć po 500 punktów rankingowych. Gdy jednak spojrzymy na kwestie finansowe, różnice okazują się ogromne. Paradoks polega na tym, że Aryna Sabalenka, nawet jeśli wygra turniej w Brisbane, zarobi mniej niż Iga Świątek za sam przyjazd do Sydney. Australijczycy ujawnili już stawki obowiązujące w United Cup, a budżet tej imprezy ponownie został znacząco podniesiony.

    Tak jak w trzech poprzednich sezonach, Iga Świątek rozpoczyna rok od rywalizacji w United Cup. I ponownie – podobnie jak wcześniej – nie dojdzie tam do jej bezpośredniego starcia z Aryną Sabalenką, która wybrała start w Brisbane. To bowiem jedyny moment w całym sezonie, gdy czołowe tenisistki świata mogą występować w dwóch różnych turniejach tej samej rangi. W kobiecym tourze to rzadkość, podczas gdy w ATP podobne sytuacje są czymś zupełnie normalnym.

    United Cup to wyjątkowa, mieszana rywalizacja reprezentacji narodowych, współorganizowana przez ATP i WTA. W tym roku pula nagród ponownie wzrosła – organizatorzy przeznaczyli na nią 11,806 mln dolarów amerykańskich, czyli 17 mln dolarów australijskich. Co istotne, kwota ta została podzielona po równo: 5,903 mln dolarów trafi do kobiet, a tyle samo do mężczyzn.

    Inaczej wygląda kwestia punktów rankingowych. W przypadku pań sprawa jest jasna – zawodniczka, która wygra pięć spotkań w United Cup, otrzyma komplet 500 punktów. U panów system jest bardziej skomplikowany i wciąż zależy od pozycji rankingowych rywali.

    Iga Świątek już na starcie może liczyć w Sydney na bardzo poważne pieniądze. Za sam udział w turnieju otrzyma blisko milion złotych, a w sprzyjających okolicznościach jej łączna wypłata może sięgnąć niemal miliona dolarów.

    Dla porównania – w Brisbane, gdzie rozgrywany jest turniej WTA 500, organizatorzy od razu opublikowali szczegółowe informacje finansowe. Budżet imprezy wzrósł względem poprzedniego sezonu. Rok temu Aryna Sabalenka, wygrywając pięć meczów i sięgając po tytuł, zarobiła ponad 192 tys. dolarów. W tym sezonie triumfatorka może liczyć na 214 tys. dolarów. To kwota wysoka jak na turniej tej rangi, choć wciąż daleka od stawek oferowanych w United Cup. Warto przypomnieć, że Świątek za zwycięstwo w WTA 500 w Seulu we wrześniu 2025 roku otrzymała 164 tys. dolarów brutto.

    W United Cup sytuacja finansowa wygląda jednak zupełnie inaczej, choć tym razem organizatorzy nie opublikowali szczegółowego rozpisania nagród na swojej stronie – w przeciwieństwie do poprzednich lat. Podano jedynie łączną pulę, informację o podziale po połowie między WTA i ATP oraz ogólne zasady: wynagrodzenie za sam udział, premie za wygrane mecze indywidualne oraz środki do podziału dla zespołu za zwycięstwa w fazie grupowej i pucharowej.

    W przewodniku WTA na sezon 2026 wciąż widnieją dane skopiowane z ubiegłego roku, które już wtedy były nieaktualne. Na stronie WTA pojawiły się natomiast kwoty dotyczące zwycięstw w meczach singlowych – zarówno w fazie grupowej, jak i pucharowej – oraz premie zespołowe. Są one identyczne z tymi zapisanymi w aktualnym „Rulesbooku” ATP na sezon 2026.

    Z dokumentów tych wynika, że liderzy reprezentacji zajmujący miejsca 1–10 w światowym rankingu otrzymują po 250 tys. dolarów za sam udział w turnieju. Im niższa pozycja, tym mniejsza kwota: 125 tys. dolarów za miejsca 11–20, 100 tys. za 21–30, 60 tys. za 31–50, 40 tys. za 51–100, 30 tys. za 101–250 oraz 20 tys. dolarów dla zawodników sklasyfikowanych jeszcze niżej. Hubert Hurkacz skorzystał z tzw. zamrożonego rankingu, dzięki czemu otrzyma 60 tys. dolarów zamiast 40.

    Znacznie mniej dostają „drugie rakiety” drużyn – i to jest jedna z nowości. W poprzednim roku w reprezentacji USA taką rolę pełniła Danielle Collins, która choć nie grała i była jedynie zmienniczką Coco Gauff, zarobiła łącznie ponad ćwierć miliona dolarów. Była to jej najwyższa wypłata w całym sezonie. Teraz analogiczna zawodniczka – dotyczy to wyłącznie USA – mogłaby liczyć już tylko na 80 tys. dolarów.

    Niższe są również stawki bazowe dla specjalistów od gry podwójnej. Jan Zieliński i Katarzyna Piter mogą liczyć na 16,5 tys. dolarów za udział.

    Dla Igi Świątek oznacza to, że już sam przyjazd do Sydney gwarantuje jej 250 tys. dolarów, czyli około 900 tys. złotych. To więcej, niż Aryna Sabalenka może zarobić za triumf w Brisbane. A to dopiero początek.

    Kolejne pieniądze Polka może zgarnąć za indywidualne zwycięstwa: po 45 tys. dolarów za wygrane single w fazie grupowej (z Evą Lys i Suzan Lamens), 82 tys. za ewentualny triumf w ćwierćfinale, 155,9 tys. w półfinale oraz aż 296,2 tys. dolarów za zwycięstwo w finale. Do tego dochodzą jeszcze premie za wygrane mecze całej reprezentacji Polski. W idealnym scenariuszu Świątek mogłaby więc opuścić Sydney z czekiem na niemal milion dolarów brutto.

    Rok temu zarobiła w United Cup 600,9 tys. dolarów. W kobiecej stawce była to druga najwyższa wypłata, ustępująca jedynie niepokonanej Coco Gauff.

  • Sceny po kwalifikacjach w Innsbrucku. Polak zdyskwalifikowany, kuriozalny powód

    Sceny po kwalifikacjach w Innsbrucku. Polak zdyskwalifikowany, kuriozalny powód

    Kwalifikacje do konkursu Turnieju Czterech Skoczni w Innsbrucku przyniosły polskim kibicom sporo emocji – i to nie tylko sportowych. Choć pięciu reprezentantów Polski wywalczyło awans do niedzielnego konkursu na skoczni Bergisel, radość szybko została zmącona przez niespodziewaną decyzję sędziów. Kilkanaście minut po zakończeniu rywalizacji pojawiła się informacja o dyskwalifikacji jednego z Biało-Czerwonych. Powód? Jak podkreślają przedstawiciele kadry, całkowicie zaskakujący.

    W sobotę, 3 stycznia, na starcie kwalifikacji w Innsbrucku stanęło pięciu Polaków i wszyscy sportowo wywalczyli miejsce w konkursie głównym. Najlepiej zaprezentował się Kacper Tomasiak, który zajął 19. miejsce. Paweł Wąsek uplasował się na 26. pozycji, Kamil Stoch był 27., Maciej Kot 32., a Dawid Kubacki zakończył kwalifikacje na 40. lokacie. Najdłuższy skok dnia oddał Jan Hoerl, który wygrał kwalifikacje.

    Tuż po ich zakończeniu gruchnęła jednak sensacyjna wiadomość – Paweł Wąsek został zdyskwalifikowany. Powodem miała być obecność fluoru w smarach użytych przy jego sprzęcie. Jak poinformował Tomasz Kalemba z Interii, nie chodziło o śladowe ilości substancji, lecz o wyraźne przekroczenie norm. Dziennikarz, przebywający na miejscu w Innsbrucku, oczekuje na szczegółowe stanowisko Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) w tej sprawie.

    Informację o dyskwalifikacji potwierdził także Polski Związek Narciarski. W obozie reprezentacji panuje zdumienie, ponieważ – jak podkreślają trenerzy – fluorowe smary od dawna nie są przez Polaków stosowane.

    – Jesteśmy bardzo zaskoczeni, bo takich smarów nie posiadamy od dłuższego czasu. Obowiązuje nas nawet zakaz ich kupowania. Tymczasem z pomiarów wynika, że fluoru musiało być sporo, to nie były ilości śladowe. Najbardziej szkoda Pawła Wąska. Przynieśliśmy smar do dodatkowego sprawdzenia, chcemy dokładnie wyjaśnić całą sytuację i skontrolować sprzęt pozostałych zawodników. W Ga-Pa używaliśmy tego samego smaru i nie było żadnych problemów – powiedział trener kadry, Maciej Maciusiak.

    Sprawa dyskwalifikacji Pawła Wąska rzuca cień na rywalizację w Innsbrucku i rodzi wiele pytań, na które odpowiedzi mają przynieść kolejne godziny i stanowisko FIS.

    https://x.com/pzn_pl/status/2007476097970016346?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2007476097970016346%7Ctwgr%5E75c067185ac48b44083e2415119fc8455c2c5cec%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Fskoki-narciarskie%2Ftcs%2Fnews-sceny-po-kwalifikacjach-w-innsbrucku-polak-zdyskwalifikowanynId22504747

  • Wszyscy widzieli, co zrobiła Sabalenka. Świątek bez litości dla Białorusinki

    Wszyscy widzieli, co zrobiła Sabalenka. Świątek bez litości dla Białorusinki

    Mecz Aryny Sabalenki z Nickiem Kyrgiosem, promowany jako „Bitwa Płci”, odbił się szerokim echem w tenisowym świecie. Pokazowe wydarzenie zorganizowane w Dubaju wywołało skrajne emocje – jedni traktowali je jako ciekawą formę rozrywki i sposób na promocję dyscypliny, inni krytykowali samą ideę oraz kontekst sportowy takiego starcia. O opinię zapytano także Igę Świątek. Polka, odpowiadając na pytania dziennikarzy przed startem United Cup, nie owijała w bawełnę i jasno dała do zrozumienia, co sądzi o tego typu inicjatywach. Jej słowa mogą nie przypaść do gustu Sabalence, która już zapowiedziała chęć rozegrania kolejnej „Bitwy Płci”.

    Sabalenka w ramach przygotowań do nowego sezonu, który oficjalnie rozpocznie turniejem WTA 500 w Brisbane, rozegrała kilka spotkań pokazowych. Najpierw pojawiła się w Stanach Zjednoczonych, gdzie sprawdziła swoją formę m.in. w rywalizacji z Naomi Osaką, a następnie przeniosła się do Dubaju. To właśnie tam doszło do głośnego meczu z Nickiem Kyrgiosem, reklamowanego jako starcie kobiecego i męskiego tenisa.

    Wydarzeniu od początku towarzyszyły kontrowersje. Kyrgios, finalista Wimbledonu z 2022 roku, od lat uchodzi za jedną z najbardziej niejednoznacznych postaci w światowym tenisie. Australijczyk wielokrotnie wypowiadał się krytycznie na temat kobiecego touru, a w przeszłości ostro atakował także Igę Świątek po jej zawieszeniu związanym z wpadką dopingową. To wszystko sprawiło, że część środowiska patrzyła na dubajski pokaz z dużą rezerwą.

    Sportowy kontekst spotkania również budził pytania. Na korcie stanęła aktualna liderka rankingu WTA oraz zawodnik zajmujący dopiero 671. miejsce w zestawieniu ATP. Tak odległa pozycja Kyrgiosa to efekt długotrwałych problemów zdrowotnych i nieregularnych startów w ostatnich trzech latach. Organizatorzy zdecydowali się nawet na modyfikację zasad – kort Sabalenki został zmniejszony o 9 procent. Mimo to Australijczyk wygrał dość pewnie, triumfując 6:6, 6:3.

    Po meczu Sabalenka zapowiedziała, że chętnie zagra rewanż, co tylko podsyciło dyskusję o sensie i przyszłości takich wydarzeń. Głos w tej sprawie zabrała także Iga Świątek. Podczas konferencji prasowej przed United Cup Polka została zapytana, po której stronie sporu się opowiada.

    – Nie oglądałam tego, bo nie oglądam takich rzeczy. Myślę, że na pewno przyciągnęło to sporo uwagi. To była rozrywka, ale nie powiedziałabym, że miało to cokolwiek wspólnego z jakimiś ważnymi tematami czy zmianami społecznymi – stwierdziła bez ogródek.

    Świątek zwróciła też uwagę na symbolikę samej nazwy wydarzenia, nawiązującej do legendarnej „Bitwy Płci” z 1973 roku, gdy Billie Jean King zmierzyła się z Bobbym Riggsem. Jej zdaniem na tym podobieństwa się kończą.

    – Chyba nazwa była taka sama jak ta z meczu Billie Jean King w 1973 roku. I tyle. Nie było już żadnych innych podobieństw, bo czuję, że kobiecy tenis opiera się na własnych zasadach. Mamy tak wiele wspaniałych zawodniczek i historii do opowiedzenia, że nie musimy porównywać się do męskiego tenisa – podkreśliła wiceliderka rankingu WTA.

    Polka jasno dała do zrozumienia, że według niej organizowanie takich meczów nie jest konieczne. Jako przykład lepszego sposobu łączenia światów kobiecego i męskiego tenisa wskazała United Cup – drużynowy turniej, w którym zawodniczki i zawodnicy rywalizują ramię w ramię.

    – Oglądanie singlistów, którzy na co dzień nie mają okazji grać razem w mikście, a tutaj występują w jednej drużynie, właśnie to sprawia, że nasz sport jest ciekawszy i lepszy – podsumowała Świątek.

    Jej stanowisko jest jasne: zamiast widowiskowych, lecz kontrowersyjnych pokazów, tenis kobiecy nie potrzebuje porównań z męskim, bo broni się sam – jakością, historiami i sportowym poziomem.