• A jednak, Świątek podjęła decyzję ws. WOŚP. To oficjalne, Owsiak już wie

    A jednak, Świątek podjęła decyzję ws. WOŚP. To oficjalne, Owsiak już wie

    Przez długi czas nie było informacji o wsparciu Igi Świątek dla tegorocznej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. A jednak, teraz wszystko już jasne. Oficjalnie ogłoszono, że tenisistka podjęła kluczową decyzję i przekazała na licytację dwa unikalne przedmioty. Poinformowano o tym Jerzego Owsiaka oraz cały sztab WOŚP.
    Dwie wyraźnie widoczne osoby w zestawieniu portretowym, mężczyzna w kolorowych okularach i czarnej koszulce z nadrukiem oraz kobieta w eleganckim, szarym golfie, oboje zwróceni w stronę aparatu, z neutralnymi wyrazami twarzy.

    Jerzy Owsiak, Iga ŚwiątekMarek Lapis / Forum/AFP JastrzebowskiAgencja FORUM

    Pozostały niespełna dwa tygodnie do 34. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Trwają licytacje, za pośrednictwem których można wspomóc charytatywną akcję firmowaną twarzą i nazwiskiem Jerzego Owsiaka. Ze wsparciem spieszą także przedstawiciele świata sportu. Jeremy Sochan przekazał na aukcję 45-minutową kolację online ze sobą, Mikołaj Marczyk zaoferował przejazd rajdówką w swoim towarzystwie, a Roman Biliński podarował kombinezon rajdowy. Hitem może być również wspólny bieg na Giewont z Justyną Kowalczyk-Tekieli. A to nie wszystko. Do akcji wkracza bowiem Iga Świątek.

    Oto co Iga Świątek przekazała na WOŚP. Czegoś takiego jeszcze nie było

    Już wszystko jasne. Wiadomo, co w tym roku będą mieli okazję wylicytować fani Igi Świątek, którzy zechcą wesprzeć WOŚP. Na aukcję trafiły rakieta i ręcznik z Wimbledonu 2025.

    “Wyjątkowa gratka dla fanów tenisa i sportowych emocji! Na aukcję WOŚP trafia rakieta, którą Iga Świątek wygrała historyczny Wimbledon 2025, opatrzona jej własnoręcznym podpisem oraz oryginalny ręcznik z tego legendarnego turnieju” – czytamy w opisie aukcji.

    To autentyczne pamiątki związane z jednym z największych sukcesów w historii polskiego sportu. Niepowtarzalna okazja, by stać się właścicielem fragmentu tenisowej historii i jednocześnie wesprzeć szczytny cel

    Takiego przedmiotu na licytacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy jeszcze nie było. I rakieta i ręcznik z Wimbledonu wiążą się z niezapomnianymi wspomnieniami nie tylko dla Igi, lecz także dla jej kibiców. Mają też swoją historię. Wszak media z całego świata rozpisywały się w wakacje o tym, jak Świątek “podkradała” wimbledońskie ręczniki, a nagrania to dokumentujące szybko stawały się hitem sieci.

    Sama tenisistka podkreślała, że właśnie ręczniki z londyńskiego Wielkiego Szlema mają dla niej wartość sentymentalną i że lubi przywozić kilka z nich do domu. “Szczerze mówiąc, myślę, że za jakieś 30 lat to będzie najlepsza możliwa pamiątka” – opowiadała w wywiadzie. Teraz istnieje unikalna szansa, by taki przedmiot mieć u siebie.

    Przy okazji poprzednich edycji WOŚP można było wylicytować rakietę i piłkę z French Open, rakietę z zawodów w Rzymie oraz prywatny trening, rakietę z Roland Garros wraz z zaproszeniem na mecz Świątek w pierwszej rundzie we French Open w Paryżu w 2023 roku oraz spotkanie w kuluarach, elegancką suknię z sesji na WTA Finals w Cancun, a także zestaw klocków i rakietę z sezonu 2024.

    Iga Świątek po wygraniu United Cup: Do trzech razy sztukaPolsat Sport
    Tenisistka w białym stroju i czapce zaciska pięści, wyraża silne emocje i radość po udanym zagraniu, siedząc na korcie tenisowym.

    Iga Świątek wygrała Wimbledon 2025DAISUKE URAKAMIAFP
    Tenisistka w białym stroju wykonuje dynamiczne uderzenie na korcie trawiastym, w tle widownia oraz elementy stadionu.

    Iga Świątek w trakcie Wimbledonu 2025Kirill KudryavtsevAFP
    Jerzy Owsiak

    Jerzy OwsiakLukasz Gdak/East NewsEast News

  • Lewandowski wśród największych tego świata. Niebywały wyczyn Polaka

    Lewandowski wśród największych tego świata. Niebywały wyczyn Polaka

    Tom King nie ma grosza przy duszy. By wykarmić rodzinę, musi wygrać ostatnią walkę, do której nie jest optymalnie przygotowany. W starciu z Sandelem, siłą młodości, może bazować tylko na wieloletnim doświadczeniu. Opowiadanie “Befsztyk” Jacka Londona, choć dotyczy boksu, to idealny przewodnik dla wszystkich nieodwracalnie dojrzałych sportowców. King daje rywalowi się wyszaleć. Wykorzystuje każdą sekundę, by odpoczywać, nie pozwalając na to przeciwnikowi. Gdy runda ma się ku końcowi, kieruje pojedynek do własnego narożnika, by momentalnie przycupnąć, zmuszając Sandela do marszu po przekątnej ringu. Z uśpienia budzi się jedynie na ułamki sekund, by zadawać potężne ciosy, a potem zbierać energię na kolejne.

    Zobacz wideo Lewandowski, Świątek, Zmarzlik? Klaudia Zwolińska: To dla mnie szokujące!

    Obserwowanie uczestnictwa Roberta Lewandowskiego w rywalizacji na najwyższym światowym poziomie zaczyna dostarczać tego właśnie rodzaju przyjemności. Mecz z Realem Madryt w finale Superpucharu Hiszpanii, w którym Hansi Flick pozwolił weteranowi wystąpić od pierwszej minuty, był pokazem kunsztu ergonomii ruchów. Nie sposób przeoczyć, jak różni się dziś gra Polaka od prezentowanej przez Erlinga Haalanda, który w świecie napastników byłby dziś odpowiednikiem londonowskiego Sandela. Albo Harry’ego Kane’a, który oprócz strzelania goli czasem wślizgami przerywa ataki rywali przy własnym polu karnym.
    Robert Lewandowski. Klasyczny lis

    Zawodników tak grających określa się zwykle lisami pola karnego, co wskazuje zarówno na ich spryt, jak i terytorium, w którym operują. Czasem, jak w przypadku Emiliano Butragueno, skojarzenie wędruje w kierunku sępa, padlinożercy, który sam nie upoluje, ale i tak się naje. Lewandowski miewał w karierze różne fazy. Poszczególni trenerzy, od Franciszka Smudy, przez Juergena Kloppa i Pepa Guardiolę, po Paulo Sousę, wykorzystywali jego umiejętności techniczne, grę tyłem do bramki, także poza polem karnym, co upodabniało go w pewnym stopniu do dzisiejszego Kane’a. Ale obecny Lewandowski to Filippo Inzaghi albo Ruud Van Nistelrooy trzeciej dekady XXI wieku. Zawodnik, którego obecność na boisku uzasadniają głównie gole.

    Poprzednie wielkie drużyny Barcelony kogoś takiego nie miały. W tej największej, Guardiolowej, ofensywny tercet tworzyli Thierry Henry, Samuel Eto’o i Lionel Messi. Oprócz tego, że wybitni strzelcy, to jeszcze dryblerzy i kreatywni rozgrywający. W ostatniej, która zdobyła Ligę Mistrzów, z trenerem Luisem Enrique, przedni trójząb stanowili, obok Messiego, Neymar i Luis Suarez. Czyli podobne typy piłkarzy. Nawet jeśli Urugwajczyk był arcywydajnym źródłem goli, raczej nie zwykł znikać na długie minuty. Lewandowski we wciąż bardzo ekspansywnym stylu gry Barcelony bardziej się pojawia, niż jest.
    Mało kontaktów, dużo strzałów

    Dobrze było to widać w rozgrywanym w niedzielę w Arabii Saudyjskiej El Clasico. Kiedy Frenkie De Jong lub któryś z obrońców Barcelony zagrywali dłuższe podania za plecy obrońców Realu, ruszali do nich Fermin Lopez i Pedri, środkowi pomocnicy. Zadaniem Lewandowskiego w tego typu schematach było wyciąganie za sobą stoperów rywala poprzez ruch w stronę… własnej bramki. Zagrania, za które można było go chwalić, zwykle opierały się na jednym mądrym dotknięciu piłki. Podaniu w ciemno na skrzydło do Lamine’a Yamala, mimo ścisłego krycia ze strony obrońcy. Zgrania na ścianę do któregoś z partnerów. Z 661 podań wymienionych przez graczy Barcelony w niedzielny wieczór, do Lewandowskiego należało osiem. Do przeszło 800 kontaktów z piłką, jakie zanotowali gracze Flicka, Polak dołożył tylko 20. Jednocześnie jednak aż osiem z nich w polu karnym rywala, a cztery zakończone strzałami. Co oznacza, że aż 20 proc. wszystkich kontaktów z piłką Lewandowskiego było uderzeniami na bramkę. To bardzo wysoki odsetek. Polak w budowaniu akcji uczestniczył tylko marginalnie, ale w ich wykańczaniu był jak najbardziej widoczny. Niemiecki trener ogranicza aktywność Lewandowskiego do tego, co Polak potrafi absolutnie najlepiej.

    Tak jak King w pojedynku u Londona przebłyski młodości i wigoru zostawiał sobie na szczególne momenty, tak u Lewandowskiego cudownie było to widać przy golu strzelonym w szalonej końcówce pierwszej połowy. Po mistrzowsku wbiegł w lukę między obrońcami, dobrym ruchem prosząc Pedriego o podanie. Gdyby czepiać się szczegółów, można uznać, że przyjęcie nie było idealne, ale nadrobił je dwoma dynamicznymi krokami tak, by jeszcze zdołać dziubnąć piłkę nad wychodzącym bramkarzem. Zlokalizowanie dziury w obronie, sprint, dwa kontakty, gol. Panie trenerze, melduję wykonanie zadania.
    Robert Lewandowski. W szesnastce albo nigdzie

    W trwającym sezonie zmienia się rola Lewandowskiego na boisku, ale też w drużynie. Napastnikiem pierwszego wyboru już tylko bywa. Młodszy Ferran Torres również strzela sporo, ale można go lepiej wykorzystać w grze kombinacyjnej oraz w pracy bez piłki. Nie spada jednak skuteczność Lewandowskiego. A jego umiejętność dochodzenia do sytuacji wzbija się wręcz na niewidziane dotąd poziomy. W meczu o Superpuchar Hiszpanii zmierzono mu jakość okazji wartych “jednego gola oczekiwanego” i dokładnie tyle strzelił. W całym sezonie ligowym doszedł do szans wycenianych przez algorytmy na dziewięć bramek i tyle właśnie ma. Od sierpnia w meczach La Liga oddał tylko trzy strzały spoza pola karnego, z czego dwa zostały zablokowane. Barcelona potrzebuje Lewandowskiego w szesnastce rywali. Tam stwarza mu dogodne okazje. A on ich nie marnuje.

    Kiedy przeszło dekadę temu zaczęło się w futbolu przebijać do powszechnej świadomości pojęcie goli oczekiwanych, sugerujące, by na mecze patrzeć nie przez pryzmat bramek, które rzeczywiście padły, lecz jakości stworzonych sytuacji, najbardziej obrazoburczy wniosek zwolenników tej statystyki mówił, że między zawodnikami, nawet tymi z najwyższego poziomu, nie ma wielkiej różnicy w samej jakości wykończenia. Innymi słowy, większą sztuką jest znalezienie się w dogodnej sytuacji niż jej wykorzystanie. Kto regularnie dochodzi do dobrych szans, będzie strzelał gole. Kogo partnerzy nie znajdują piłką w dogodnych miejscach, nie będzie strzelał, choćby nie wiem, jak był dobry. Dało to oręż trenerom, którzy od zawsze próbowali przekonywać, że ich drużyny grały dobrze, a zabrakło im tylko goli.
    Robert Lewandowski w Barcelonie. Prosty układ

    Po ponad dekadzie skrupulatnego prowadzenia tego rodzaju statystyk przez wyspecjalizowane serwisy statystyczne, można uznać Lewandowskiego za modelowy przykład. Świat futbolu urodził w tym czasie kilka postaci wyraźnie “ogrywających” własne modele statystyczne. Kylian Mbappe strzelił w karierze ligowej 28 goli więcej niż “powinien”. Lionel Messi do momentu wyjazdu z Europy 33. Kane nawet 38. Ale już Haaland, uznawany za maszynę do strzelania goli, wyprzedza własny model tylko o dziesięć trafień, a Cristiano Ronaldo, czołowy strzelec w historii futbolu, o pięć. Podobnie Alexander Isak, którego Liverpool uczynił w lecie najdroższym klasycznym napastnikiem w historii futbolu, strzelił dotąd w karierze pięć goli mniej niż wskazywałaby na to jakość sytuacji, w których się znajdował. Żeby była jasność: to wciąż wybitny wynik. Obiegowa prawda głosiła przez lata, że napastnik, który wykorzystuje nawet połowę dobrych okazji, już jest bardzo dobry. Tacy, którzy w dłuższym okresie strzelają tyle goli, ile mają okazji, są warci po sto milionów euro.

    Lewandowskiego nikt już na takie worki pieniędzy nie wycenia, a on sam walczy o nowy kontrakt w Barcelonie, czyli utrzymanie się na najwyższym europejskim szczeblu. Co najbardziej będzie przemawiało za tym, by z niego nie rezygnować, to właśnie długofalowa, a więc nieprzypadkowa wydajność. Odkąd portal Understat.com prowadzi pomiary, czyli od sezonu 2014/2015, Lewandowski strzelił w krajowych ligach 316 goli. A według modelu goli oczekiwanych doszedł w tym czasie do sytuacji wartych 320 trafień. Inaczej mówiąc, wykorzystał 98,7 proc. nadarzających się szans. Jak mówił Jan Urban na pierwszej konferencji prasowej w roli selekcjonera reprezentacji Polski, jeśli będzie się stwarzać sytuacje Robertowi Lewandowskiemu, on będzie strzelał gole. To było jasne postawienie oczekiwań: Lewandowski nie ma ciągnąć całej drużyny, nie ma jej nieść na barkach. Ona ma mu dać sytuacje, on jej gole. Dokładnie taki układ wzorcowo funkcjonuje w Barcelonie Flicka.
    Książkowa wydajność Lewandowskiego

    Szczególnie widać to w statystyce goli oczekiwanych na 90 minut, biorącej pod uwagę czas rzeczywiście spędzony przez zawodników na boisku. Lewandowski w tym sezonie ma fenomenalny wynik 1,19. Czyli do sytuacji, która według algorytmów powinna zakończyć się golem, dochodzi średnio co 75 minut. Takiego wyniku nie miał w żadnym sezonie w karierze. Nawet w tym zakończonym 41 golami w Bundeslidze, co oczywiście wynika także z tego, że wówczas zawsze grał pełne mecze. A że, jak już wiemy, nie ma problemów z wykańczaniem okazji – teraz, grając niewiele, strzela wiele. Spośród zawodników La Liga, którzy spędzili na boisku ponad 200 minut, Lewandowski jest pod tym względem najlepszy. Korzysta z tego, że gra w stwarzającej mnóstwo sytuacji Barcelonie. Ale i Barcelona korzysta z prostego układu, w którym Lewandowski w dogodnej okazji oznacza gola. Sam Polak, znając jego ambicje, pewnie chętnie grałby więcej. Patrząc chłodno, wydaje się, że nie mogło mu się trafić nic lepszego niż Flick zarządzający jesienią jego kariery.

    W opowiadaniu Londona, mimo godnego podziwu kunsztu weterana, King przegrywa, bo w decydującym momencie jego ciosowi brakuje siły. Wścieka się, że to przez befsztyk, którego nie zjadł przed walką. Nie miał przecież pieniędzy, by optymalnie się przygotować. A że Robertowi Lewandowskiego optymalnych przygotowań nie brakuje, może czerpać garściami z mądrości zebranego przez lata doświadczenia. Dzięki temu w 2026 roku wciąż pasuje do towarzystwa Yamali i Bellinghamów tego świata. Nawet jeśli jego kunszt przejawia się już zupełnie inaczej.

  • Świątek skomentowała wybór Sportowca Roku. Króciutko

    Świątek skomentowała wybór Sportowca Roku. Króciutko

    Iga Świątek zajęła drugie miejsce w plebiscycie na Sportowca Roku w 2025 roku i przegrała w głosowaniu tylko z Klaudią Zwolińską. Nagrodę w imieniu Igi odebrał jej ojciec Tomasz Świątek. Teraz Iga zabrała głos nt. wyników plebiscytu w mediach społecznościowych.
    Reakcja Igi Świątek na wyniki plebiscytu
    screen: https://www.youtube.com/watch?v=CG-OG1w9I2Y, http://instagram.com/stories/iga.swiatek/3808353720535854532/

    W zeszłym sezonie Iga Świątek wygrała wielkoszlemowy Wimbledon. To jednak nie wystarczyło, by wygrać plebiscyt “Przeglądu Sportowego” i Telewizji Polskiej na najlepszego sportowca Polski w minionym roku. Świątek zajęła drugie miejsce i zdobyła ponad 346 tys. głosów. Triumfatorką podczas Gali Mistrzów Sportu została Klaudia Zwolińska, która zdobyła ponad 100 tys. głosów więcej od Igi. W ten sposób Świątek nie wygrała plebiscytu po raz trzeci w karierze – wcześniej tego dokonała w 2022 i 2023 r.

    Zobacz wideo Lewandowski, Świątek, Zmarzlik? Klaudia Zwolińska: To dla mnie szokujące!
    Tak Świątek skomentowała wyniki plebiscytu. “Bardzo dziękuję”

    Świątek nie mogła się pojawić na tym wydarzeniu, ale poprzez swoje media społecznościowe odniosła się do wyników plebiscytu. “Bardzo dziękuję za wszystkie głosy i ogromnie gratuluję wszystkim wyróżnionym” – napisała krótko Świątek na InstaStories.

    Reakcja Igi Świątek
    Reakcja Igi Świątekscreen: http://instagram.com/stories/iga.swiatek/3808353720535854532/

    Wyróżnienie dla Świątek w jej imieniu odebrał Tomasz Świątek. – To jest dziwne uczucie, jakbym za siebie odbierał, bo to już któryś raz za nią odbieram, bo jest w Australii w tym czasie. Dopóki będzie grała, będzie uczestniczyła w swoich poczynaniach, to jej na pewno nie będzie na takich imprezach. Generalnie Iga jest doceniana za to, co robi i to jest kolejne wyróżnienie – mówił ojciec tenisistki.
    Słowa Zwolińskiej o Świątek wywołały zamieszanie. “Iga przeżyje, jak raz nie dostanie”

    Klaudia Zwolińska pojawiła się w “Hejt Parku” w Kanale Sportowym, w którym odniosła się do swojej wygranej i do faktu, że Świątek znalazła się tuż za nią.

    – Powiem w ten sposób. Uważam, że Idze należy się zawsze takie zwycięstwo. Szczególnie jak się wygrywa Wimbledon, ale myślę, że to ile dobrego my możemy zrobić aktualnie w mojej dyscyplinie, w tych sportach niszowych dzięki tej nagrodzie. Iga przeżyje, jak raz nie dostanie tej nagrody, a jest na drugim miejscu, gdzie wciąż to jest wysokie miejsce – mówiła nasza kajakarka.

    Zobacz też: Ależ demolka w meczu Polki w Australian Open. 67 minut i koniec

    Zwolińska otrzymała trochę nieprzychylnych komentarzy, ale jej słowa wyjaśnił Kacper Papiernik, który zajmuje się psychologią w sporcie. “Dla osoby, która uprawia sport absolutnie niszowy i mało popularny, to dla niej taka statuetka, jak i dla całego środowiska jest wiele warta, bo dzięki temu i popularność i inwestycje wzrosną” – napisał Papiernik.

    “Szalenie trudno jest porównywać wyniki sportowców z różnych dyscyplin. To zawsze decyzja subiektywna, oparta w pewnej mierze na gustach głosujących. Nie ma wątpliwości, że poprzedni rok był dla Zwolińskiej fantastyczny” – dodał Dominik Senkowski ze Sport.pl.

  • Przerwa macierzyńska Sabalenki? Nawet nie próbowała kluczyć

    Przerwa macierzyńska Sabalenki? Nawet nie próbowała kluczyć

    Profesjonalny tenis ciężko jest pogodzić z macierzyństwem, więc zawodniczki, które chcą mieć potomstwo, przerywają kariery i wracają do gry, dopiero gdy ich rodzina się powiększa. Takiego scenariusza chciałaby dla siebie Aryna Sabalenka, liderka rankingu WTA. Powiedziała też, w jakim wieku planuje pójść na urlop macierzyński.
    TENNIS-BATTLE/
    Fot. REUTERS/Amr Alfiky

    Sabalenka szczerze opowiedziała o swoim podejściu do macierzyństwa. Jak mówiła, zawsze chciała być młodą mamą. -To było moje marzenie, ale wiedziałam, że jest nierealne. Po prostu uważam, że to takie cudowne: rodzisz wcześnie, jesteś młodą mamą, dziecko rośnie i możesz być z nim na tej samej fali. Ale to już nie o mnie – stwierdziła liderka rankingu WTA. Tenisistka z Białorusi w maju tego roku skończy 28 lat.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany
    Aryna Sabalenka powiedziała, kiedy chce wstrzymać karierę. “Będzie najlepiej”

    Sabalenka przyznała też, że plany dotyczące macierzyństwa zmieniały się u niej wraz z kolejnymi sukcesami w tenisie. Pierwsze finały, do których dotarła tenisistka, odbyły się w 2017 (Tianjin Open w Chinach) i 2018 roku (Lugano Open i Eastbourne International). W sierpniu 2019 roku wygrała pierwszy turniej w głównym tourze – był to Connecticut Open, a we wrześniu zwyciężyła w Wuhan.

    – Mając 18 lat, pomyślałam: osiągnę wszystko, urodzę dziecko w wieku 25 lat, wrócę i będę wygrywać. A potem, mając 25 lat, pomyślałam: nie, Fiedia, za wcześnie. Urodzę dziecko w wieku 27 lat. Teraz mam 27 lat (śmiech). I teraz myślę, że najlepiej będzie urodzić dziecko w wieku 32 lat – zapowiedziała i dodała: – Zawsze marzyłam o dużej rodzinie. Trójce, czwórce dzieci. Ale już teraz wiem, że pewnie sobie z tym nie poradzę. Nie będę w stanie rodzić tak szybko, jedno po drugim, jak kot (śmiech).

    Sprawdź też: Cały świat trąbi o sukcesie Polaków w United Cup! Nagle te słowa o Świątek

    Sabalenka nie ukrywała też, że po ciąży chciałaby jeszcze wrócić do sportu. – Nie chcę robić zbyt wielu planów – życie będzie takie, jakie jest. Chciałabym urodzić w wieku 32 lat i spróbować wrócić do zdrowia. Są dziewczyny, które wracają do formy po porodzie, ale jak dotąd żadna nie osiągnęła szczytu formy sprzed ciąży – uważa białoruska tenisistka.

    Wśród tenisistek z głównego touru WTA dziecka doczekała się już m.in. Belinda Bencic, Naomi Osaka, Elina Svitolina, Taylor Townsend, Angelique Kerber, Wiktoria Azarenka czy Anna Karolina Schmiedlova.

  • Ojciec Świątek bez ogródek po odebraniu nagrody. “Nie będzie jej na takich imprezach”

    Ojciec Świątek bez ogródek po odebraniu nagrody. “Nie będzie jej na takich imprezach”

    Kiedy Iga Świątek wraz z kolegami z reprezentacji walczyła o tytuł w United Cup, jej ojciec odebrał w jej imieniu statuetkę dla drugiego najlepszego sportowca 2025 roku. Ojciec tenisistki później udzielił krótkiego wywiadu Łukaszowi Kadziewiczowi, w którym wypowiedział się m.in. nt. hejtu. Były wioślarz zdradził również, że na razie nie ma co liczyć, by jego córka pojawiła się na takiej imprezie.
    Tomasz Świątek i Łukasz Kadziewicz
    Screen – https://www.youtube.com/watch?v=WvrfglP1F6U

    Niedawno odbyła się Gala Mistrzów Sportu, na której Iga Świątek zajęła drugie miejsce w plebiscycie na najlepszego sportowca Polski za 2025 rok. “Wyniki 91. Plebiscytu na Najlepszego Sportowca Polski ogłoszone podczas organizowanej przez “Przegląd Sportowy” Gali Mistrzów Sportu były niezwykle zaskakujące. Triumf przypadł Klaudii Zwolińskiej, która na październikowych mistrzostwach świata w kajakarstwie górskim zdobyła trzy medale – dwa złote w slalomach: C1 i K1 oraz brązowy w kayak crossie. Podium uzupełnili Iga Świątek oraz Wilfredo Leon” – opisywał na łamach Sport.pl Dominik Stachowiak.

    Zobacz wideo Lewandowski, Świątek, Zmarzlik? Klaudia Zwolińska: To dla mnie szokujące!
    Ojciec Świątek ledwo odebrał nagrodę i wypalił. “Nie będzie jej na takich imprezach”

    Te wyniki wywołały niemałą burzę w social mediach. “Ahhh, te plebiscyty” – napisał Dawid Celt w serwisie X. Po czym dodał: “Btw (ang. by the way – swoją drogą – red.) Klaudia bardzo fajna dziewczyna” – zaznaczył.

    Łukasz Kadziewicz po przyznaniu nagród rozmawiał ze zwycięzcami albo ich przedstawicielami. “Iga Świątek miejsce drugie…” – zaczął były siatkarz, wyciągając rękę. W oku kamery chwilę później pojawił się Tomasz Świątek, który powiedział: “ojciec Igi Świątek”. Później zaczął się śmiać.

    Tata słynnej polskiej tenisistki został zapytany, jak odbiera tę nagrodę. – Generalnie to jest dziwne uczucie, jakbym za siebie odbierał, bo to już któryś raz za nią odbieram, bo jest w Australii w tym czasie. Dopóki będzie grała, będzie uczestniczyła w swoich poczynaniach, to jej na pewno nie będzie na takich imprezach – oświadczył.

    Zobacz też: Pierwszy taki sukces Świątek. Tego się nikt nie spodziewał

    – Generalnie Iga jest doceniana za to, co robi i to jest kolejne wyróżnienie. Jestem dumny z tego, co zrobiła w 2025 roku – wygrała Wimbledon. Uważam, że ubiegły rok był bardzo obfity w wiele pozytywnych wyników, konkurencja jest olbrzymia. Zwyciężczyni zrobiła niesamowity wynik i nigdy bym nie podejrzewał, że sporty wodne tak zdominują. Sam byłem wioślarzem, więc wiem, ile to jest wysiłku – dodał ojciec Igi Świątek.
    Tomasz Świątek zabrał głos nt. hejtu

    Tomasz Świątek został również zapytany o hejt, z jakim zmaga się jego córka i o to, czy da się nauczyć odporności na takie zachowania. – Na pewno nie możemy wszystkiego czytać, nie musimy wszystkiego słuchać. Niestety, tak jest zawsze. Porzekadło mówi, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Zawsze się ktoś znajdzie, komu nie będzie coś pasowało, albo będzie z czegoś niezadowolony. Takie jest życie… niestety – wyznał.

    – Dopóki będzie tak, że każdy może bezkarnie napisać sobie, co chce, albo powiedzieć w mediach, to tak się będzie działo – dodał.

    Kiedy Tomasz Świątek żegnał się z Łukaszem Kadziewiczem, zdradził, że Iga Świątek zbiera wszystkie trofea w jednym miejscu i docenia takie statuetki, jak m.in. ta z Gali Mistrzów Sportu.

  • Nawrocki nagle dopadł do Stocha w Zakopanem. Kancelaria prezydenta oświadcza

    Nawrocki nagle dopadł do Stocha w Zakopanem. Kancelaria prezydenta oświadcza

    Karol Nawrocki na Wielkiej Krokwi. Symboliczne pożegnanie Kamila Stocha

    To był wyjątkowy i wzruszający wieczór w Zakopanem. Podczas niedzielnego konkursu Pucharu Świata na Wielkiej Krokwi z kibicami żegnał się Kamil Stoch, kończący karierę po obecnym sezonie. Na trybunach pojawił się m.in. prezydent RP Karol Nawrocki, który po zawodach osobiście podszedł do skoczka, by podziękować mu za lata sukcesów i sportowych emocji.

    Choć sportowo ostatni występ Stocha w Zakopanem nie ułożył się po jego myśli, atmosfera na obiekcie była wyjątkowa. Trzykrotny mistrz olimpijski nie awansował do drugiej serii i oddał tylko jeden skok, co sam skomentował z charakterystyczną dla siebie szczerością.
    – Sportowo byłem dętka, nie ma co tego ukrywać. Nic nie funkcjonowało – ani technika, ani fizyczność – przyznał przed kamerami Eurosportu.
    Jak dodał, najważniejsze było jednak samo dotarcie do tego momentu i możliwość pożegnania się z kibicami przy pełnych trybunach.

    Stoch został uhonorowany w wyjątkowej oprawie. Na jego ostatni konkurs Pucharu Świata w Zakopanem przybyli zarówno obecny, jak i były prezydent RP. Wizyta głowy państwa była zapowiadana już wcześniej – kilka dni przed zawodami na obiekcie pojawili się funkcjonariusze SOP, przygotowujący zabezpieczenie wydarzenia.

    W niedzielę Karol Nawrocki zasiadł na trybunie VIP wraz z żoną i synem, aktywnie dopingując reprezentantów Polski. – Miło, że tak ważne osobistości pojawiły się na tych zawodach – komentował Kamil Stoch w rozmowie z dziennikarzami. Po zakończeniu konkursu prezydent przedarł się przez tłum, by uścisnąć dłoń skoczka i osobiście mu podziękować. Chwilę później razem z kibicami odśpiewano „Mazurka Dąbrowskiego”.

    Po zawodach Kancelaria Prezydenta opublikowała w mediach społecznościowych oficjalny komunikat. Poinformowano w nim, że prezydent RP wraz z Pierwszą Damą kibicowali zawodnikom podczas konkursu indywidualnego, a po jego zakończeniu Karol Nawrocki wręczył nagrody zwycięzcom i pogratulował całej czołowej trójce. Szczególne miejsce w podsumowaniu zajęło pożegnanie Kamila Stocha, który kończy sportową karierę po tym sezonie.

    Sam prezydent również zabrał głos, publikując wspólne zdjęcie ze skoczkiem. Nazwał Stocha „legendą” polskich skoków narciarskich i podkreślił niezwykłą atmosferę panującą na Wielkiej Krokwi. Przy okazji odniósł się także do innych sukcesów biało-czerwonych.
    – To był dzień pełen wielkich sportowych emocji. Polska po raz pierwszy triumfuje w United Cup, a nasi hokeiści halowi zdobywają srebro mistrzostw Europy. Polska jest z Was dumna – napisał Karol Nawrocki.

    Zakopiańskie pożegnanie Kamila Stocha na długo pozostanie w pamięci kibiców. Nawet jeśli ostatni skok nie był idealny, cała oprawa wydarzenia tylko potwierdziła, jak ogromne miejsce zajmuje on w historii polskiego sportu.

  • Kibice ryknęli do Tuska na Jasnej Górze. Dziennikarka Republiki ostro reaguje

    Kibice ryknęli do Tuska na Jasnej Górze. Dziennikarka Republiki ostro reaguje

    W sieci dużym echem odbiło się nagranie z XVIII Patriotycznej Pielgrzymki Kibiców na Jasną Górę. Wideo zarejestrowało moment, w którym część uczestników wydarzenia skanduje wulgarne hasła pod adresem premiera Donalda Tuska – polityka, który nie był obecny na miejscu. Choć okrzyk ten znany jest środowiskom kibicowskim od lat i pojawiał się już m.in. w 2011 roku, jego wykrzykiwanie w sanktuarium maryjnym wywołało falę krytyki i oburzenia. Na sprawę zareagowała m.in. dziennikarka TV Republika.

    Nie milkną komentarze po XVIII Patriotycznej Pielgrzymce Kibiców, w której udział wziął prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Karol Nawrocki. Głowa państwa rozpoczęła wizytę od uczestnictwa w mszy świętej w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, następnie spotkała się z przedstawicielami środowisk kibicowskich w sali konferencyjnej, a na zakończenie wygłosiła przemówienie do zgromadzonych na jasnogórskich wałach fanów piłki nożnej.

    Prezydentowi od samego początku towarzyszyły entuzjastyczne reakcje. Gdy wszedł na mównicę, tłum przywitał go głośnymi okrzykami: „Karol, Karol!” oraz „Lechia Gdańsk!”. W swoim wystąpieniu Nawrocki podkreślał potrzebę jedności i wspólnoty ponad podziałami klubowymi.

    – Pod tą piękną biało-czerwoną flagą jest miejsce dla nas wszystkich. Dla kibiców z Kędzierzyna-Koźla, Wisły, Cracovii, Arki, Lechii, Lecha Poznań czy Jagiellonii Białystok. Dziś musimy być razem, zwłaszcza gdy myślimy o Bogu i Ojczyźnie – mówił.

    Prezydent dziękował kibicom za wytrwałość i podkreślał swoje emocjonalne związki z tym środowiskiem. – Chcę wam z całego serca podziękować. Wiecie, że jestem jednym z was – zwracał się do zgromadzonych.

    Obecność głowy państwa nie była jednak jedynym elementem, który przyciągnął uwagę opinii publicznej. W pewnym momencie część pielgrzymów zaczęła skandować obraźliwe hasło pod adresem premiera Donalda Tuska.

    „Donald, matole, twój rząd obalą kibole” – rozbrzmiało na Jasnej Górze.

    Nagranie dokumentujące ten moment opublikował w serwisie X Robert Bąkiewicz, były prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości i założyciel partii Niepodległość. „Donald, słyszałeś? Kibice przesyłają pozdrowienia” – napisał, dołączając wideo.

    Publikacja natychmiast wywołała burzę w mediach społecznościowych. Choć pojawiły się głosy próbujące tłumaczyć zachowanie kibiców, zdecydowana większość komentarzy miała charakter krytyczny. Szczególnie mocno wybrzmiał sprzeciw wobec przenoszenia politycznych sporów w przestrzeń sakralną.

    Swojego oburzenia nie kryła m.in. Ilona Januszewska, dziennikarka TV Republika. – Ale po co takie zachowania na Jasnej Górze? Po co to? Nie tam. To nie jest dobre – oceniła.

    Podobnych opinii było znacznie więcej. Internauci pisali m.in.: „To nie jest miejsce na uprawianie polityki”, „Chluby to kibicom nie przyniesie”, „Hańba”, „Najpierw Bóg, honor i Ojczyzna, a potem takie sceny pod świętym obrazem”, czy też ironicznie: „Kolejka do spowiedzi musiała być naprawdę długa”.

    Warto przypomnieć, że hasło, które dziś ponownie wywołało emocje, nie jest nowe. Kibice skandowali je już w 2011 roku – zarówno na stadionach, jak i podczas głośnej demonstracji pod Podlaskim Urzędem Wojewódzkim w Białymstoku. Wówczas fani Jagiellonii protestowali przeciwko decyzji o zamknięciu części trybun. Na budynku pojawiły się transparenty z hasłami: „Możecie zamykać nam stadiony, lecz nigdy nie zamkniecie nam ust” oraz „Zamknijcie jeszcze dyskoteki, galerie i szkoły, niech nie będzie niczego”.

    Tamte wydarzenia zakończyły się interwencją policji. Zatrzymano 43 osoby, które ukarano mandatami za wykroczenia. Część z nich odmówiła ich przyjęcia, a sprawy trafiły do sądu. W 11 przypadkach orzeczono grzywny, jednak po apelacjach postępowania zostały ostatecznie umorzone z powodu przedawnienia.

    Dzisiejsza sytuacja pokazuje, że stare hasła wciąż potrafią powracać – choć nie zawsze w miejscu i czasie, które sprzyjają refleksji czy jedności.

    https://x.com/RBakiewicz/status/2010042291319386171?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2010042291319386171%7Ctwgr%5Ee1ae22578b02e77f8505c7729fa13f6703cb6380%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Fsportowe-zycie%2Fnews-atak-na-nawrockiego-z-obozu-tuska-tego-mu-nie-daruja-episkopnId22507329

  • Media: Nawrocki spotkał się na Jasnej Górze z przywódcą gangu. “Przywitali się jak starzy znajomi”

    Media: Nawrocki spotkał się na Jasnej Górze z przywódcą gangu. “Przywitali się jak starzy znajomi”

    Karol Nawrocki wziął udział w pielgrzymce kibiców na Jasną Górę. Jak ujawniła Wirtualna Polska, podczas wydarzenia doszło do jego spotkania z przywódcą gangu pseudokibiców Jagiellonii Białystok, skazanym w 2024 roku na sześć lat więzienia.

    Jasna Góra. Kontrowersyjne spotkanie podczas pielgrzymki kibiców

    W sobotę 10 stycznia prezydent Karol Nawrocki uczestniczył w XVIII Ogólnopolskiej Patriotycznej Pielgrzymce Kibiców na Jasnej Górze. Po zakończeniu części otwartej, dostępnej dla wszystkich uczestników, w jednym z pomieszczeń klasztoru odbyło się spotkanie w znacznie węższym gronie. Jak ustaliła Wirtualna Polska, to właśnie tam doszło do sytuacji, która wzbudziła duże kontrowersje.

    Według relacji portalu, Karol Nawrocki z uśmiechem podszedł do mężczyzny stojącego na czele grupy uczestników. Obaj przywitali się serdecznie, jakby znali się od dawna, a następnie uścisnęli sobie dłonie. „Jagiellonia” – miał powiedzieć prezydent, po czym zaczął witać się z kolejnymi osobami. Dziennikarze WP ustalili, że wspomnianym mężczyzną był Tomasz P., znany pod pseudonimem „Dragon”, uznawany za przywódcę gangu pseudokibiców Jagiellonii Białystok.

    Kim jest Tomasz P.?

    Tomasz P. to postać doskonale znana organom ścigania. W 2024 roku został on nieprawomocnie skazany na sześć lat pozbawienia wolności m.in. za propagowanie nazizmu, kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą oraz udział w brutalnych pobiciach. Wcześniej był już wielokrotnie karany – m.in. za napaść na funkcjonariusza publicznego z użyciem niebezpiecznego narzędzia, podżeganie do napadu ze skutkiem śmiertelnym oraz zastraszanie świadków.

    Jak przypomina Wirtualna Polska, Tomasz P. miał również organizować tzw. ustawki pseudokibiców Jagiellonii Białystok, czyli brutalne bójki między zwaśnionymi grupami fanów piłkarskich.

    Stanowisko Kancelarii Prezydenta

    Portal WP zwrócił się do rzecznika prezydenta, Rafała Leśkiewicza, z pytaniem, czy podczas spotkania mogło dojść do rozmowy na temat ewentualnego ułaskawienia Tomasza P. W odpowiedzi rzecznik stanowczo zaprzeczył takim sugestiom.

    „Prezydent RP Karol Nawrocki uczestniczył w XVIII Pielgrzymce Kibiców na Jasną Górę, aby wspólnie z kibicami z całej Polski modlić się przed Obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Pan Prezydent wziął udział we Mszy Świętej, a następnie wygłosił przemówienie do zgromadzonych pielgrzymów. Jak w każdym otwartym wydarzeniu publicznym z udziałem Prezydenta RP, była również okazja do krótkich, bezpośrednich i wyłącznie kurtuazyjnych powitań z uczestnikami pielgrzymki” – przekazał Leśkiewicz.

    Sprawa wywołała szeroką dyskusję w mediach i opinii publicznej, zwłaszcza w kontekście charakteru wydarzenia oraz przeszłości osób, z którymi prezydent miał okazję się spotkać.

  • Nawrocki wręczył nagrodę. To co stało się później, przejdzie do historii

    Nawrocki wręczył nagrodę. To co stało się później, przejdzie do historii

    Anze Lanisek znów sprawił, że polscy kibice mogli poczuć wzruszenie. To po jego kolejnym wyjątkowym geście wobec naszego zawodnika, tym razem Kamila Stocha. To jemu Słoweniec zadedykował niedzielne zwycięstwo – swoje pierwsze odniesione w Zakopanem.
    Zwycięzca konkursu PŚ w Zakopanem Anze Lanisek (z lewej) dostaje nagrodę od prezydenta RP Karola Nawrockiego (po prawej)

    Stoch w swoim ostatnim konkursie Pucharu Świata w Zakopanem zajął dopiero 42. miejsce. Niestety, nie było to takie pożegnanie z Wielką Krokwią i polskimi kibicami, jakie sobie wymarzył. Po wszystkim w piękny sposób dziękował fanom, którzy zjawili się na trybunach i śpiewał z nimi polski hymn. Dzięki temu został najważniejszą postacią wieczoru, ale sportowo głównym bohaterem zawodów nie był.

    Zobacz wideo Stoch nie mógł powstrzymać łez po ostatnim skoku w Zakopanem
    Lanisek wreszcie wygrał w Zakopanem. Piękny gest po zejściu z podium

    Konkurs wygrał Słoweniec Anze Lanisek. Po skokach na 138 i 137 metrów wyprzedził Jana Hoerla z Austrii (144,5 i 135,5 metra), a także jego rodaka Manuela Fettnera (135,5 i 135 metrów). Najlepszy z Polaków: 11. Kacper Tomasiak (126,5 i 121 metrów).

    Dla Laniska to piąte miejsce na podium w Zakopanem, ale dopiero pierwszy raz stanął na jego najwyższym stopniu. W 2021 roku był dwa razy drugi, a w 2022 i 2024 zajmował trzecie miejsce, choć w zeszłym sezonie prowadził przed finałowym skokiem. Tym razem w końcu udało mu się wygrać na skoczni, którą bardzo polubił. – Wreszcie zwycięstwo! Musiałem na to trochę poczekać, ale to był dla mnie bardzo fajny dzień. Cieszyłem się nim – przekazał po zawodach Słoweniec.

    W sobotę Lanisek razem z Timim Zajcem zajęli drugie miejsce w konkursie duetów, przegrywając jedynie z Austriakami, a wyprzedzając Polaków. Już wtedy Lanisek zdradzał, że wybrał Zakopane zamiast wyjazdu do Japonii w kolejnym tygodniu. – Zbliżają się igrzyska olimpijskie, więc to normalne, że trzeba odpuścić jakiś weekend, żeby odpocząć. Dla mnie Zakopane jest wyjątkowe. Czuję się tu jak w domu. Dodatkowo to ostatnie konkursy Kamila tutaj, więc nie chciałem tego przegapić. Nie mogło mnie zabraknąć. Podjąłem decyzję, że pojadę do Zakopanego, a odpuszczę sobie wyjazd do Sapporo – mówił po sobotniej rywalizacji cytowany przez skijumping.pl.

    Ale na tych słowach Lanisek nie poprzestał. Gdy zszedł już z podium, na którym nagrodę za wygraną wręczył mu prezydent RP Karol Nawrocki, przemówił w wywiadzie, który organizatorzy nagłośnili na całą skocznię. W nim zadedykował swoją niedzielną wygraną Stochowi. – Osiągnął i zrobił niezwykle dużo dla polskich skoków. Gratuluję mu wspaniałej kariery. Dedykuję to zwycięstwo Kamilowi – mówił Lanisek.
    Co za słowa Słoweńca o Stochu. Wiedział, że zawody w Zakopanem nie będą łatwe dla Polaka

    Później w mixed zonie dla dziennikarzy pytaliśmy skoczka, czy pomyślał o dedykacji spontanicznie. – Myślałem o tym już przed weekendem. Wiedziałem, że to wszystko nie będzie łatwe dla Kamila, na pewno podszedł do tego dnia ze sporymi emocjami. Publiczność była jednak idealna, miał tu świetną ceremonię. Życzę mu wszystkiego co najlepsze – stwierdził Anze Lanisek, dla którego to trzecie zwycięstwo tej zimy i 11. w całej karierze.

    – Mam wiele świetnych wspomnień z Kamilem. Zapamiętam go jako znakomitego sportowca. Ale także, co chyba jeszcze ważniejsze, jako świetnego człowieka – dodał słoweński zawodnik. Przypomnijmy, że Lanisek już raz wykonał, wówczas jeszcze piękniejszy, gest w kierunku polskiego skoczka – gdy Dawid Kubacki przedwcześnie zakończył sezon, zostając przy walczącej o życie żonie, zabrał jego podobiznę na podium klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w Planicy.

    Lanisek potwierdził, że powinien być jedynym zawodnikiem ze słoweńskiej kadry, którego zabraknie w składzie na PŚ w Sapporo w kolejny weekend. Do Japonii nie poleci także Kamil Stoch – trener Maciej Maciusiak da mu odpocząć, a na wyjazd do Azji zabierze Dawida Kubackiego, Macieja Kota, Kacpra Tomasiaka i dwóch skoczków z Pucharu Kontynentalnego: Aleksandra Zniszczoła i Klemensa Joniaka.

  • Jest pierwsze zwycięstwo Polki w Australian Open. Pogrom w 65 minut

    Jest pierwsze zwycięstwo Polki w Australian Open. Pogrom w 65 minut

    Kilka minut po tym, jak swój mecz rozpoczęła Maja Chwalińska, swój udział w eliminacjach Australian Open zainaugurowała inna nasza reprezentantka. Mowa o 133. tenisistce w rankingu WTA – Lindzie Klimovicovej. Pierwszą przeszkodą 21-latki na drodze do premierowego awansu w zawodowej karierze do głównej drabinki na wielkoszlemowej imprezie okazała się grająca z dziką kartą zawodniczka gospodarzy – Stefani Webb. Rozstrzygnięcie w tym meczu poznaliśmy po niewiele ponad godzinie gry.
    Tenisistka w czerwonym stroju sportowym wykonuje gest triumfu na korcie, trzymając rakietę tenisową. W tle widać rozmyte sylwetki kibiców.

    Linda KlimovicovaTomasz Jastrzębowski/Foto Olimpik/REPORTERReporter

    Maja Chwalińska, Linda Klimovicova i Katarzyna Kawa – to właśnie te nasze reprezentantki przystąpiły do rywalizacji w tegorocznych eliminacjach do pierwszej wielkoszlemowej imprezy w tym sezonie, czyli Australian Open. Już dziś przyszło nam śledzić w akcji Lindę oraz Maję. 21-latka zainaugurowała swój pojedynek kilka minut po starcie spotkania z udziałem Chwalińskiej.

    Będąca na 134. miejscu w rankingu Klimovicova przystąpiła do rywalizacji w Melbourne z myślą, by zanotować premierowy awans do głównej drabinki podczas wielkoszlemowej imprezy na poziomie zawodowym. Droga do wykonania tego celu wiodła przez trzystopniowe kwalifikacje. Na “dzień dobry” mierzyła się z tenisistką gospodarzy – Stefani Webb. Australijka otrzymała od organizatorów dziką kartę do eliminacji. Wyraźną faworytką potyczki była nasza reprezentantka, plasująca się o 512 pozycji wyżej w rankingu WTA.

    Australian Open: Linda Klimovicova kontra Stefani Webb w eliminacjach

    Mecz rozpoczął się od serwisu Klimovicovej. W gemie otwarcia 21-latka miała drobne kłopoty, przegrywała 15-30. Mimo to zdołała wyjść na prowadzenie przed ew. potrzebą bronienia break pointów, zgarniając trzy akcje z rzędu. Po zmianie stron Linda ruszyła po przełamanie. Zawodniczka z drugiej setki kobiecego zestawienia stopniowo dominowała swoją rywalkę i dorzucała kolejne “oczka” na swoje konto. Większe emocje nastały dopiero w trakcie piątego rozdania, kiedy to Webb doczekała się nawet okazji na przełamanie. Ostatecznie dłuższy gem, toczony na przewagi, trafił na konto naszej reprezentantki.

    Wówczas Klimovicova prowadziła już 5:0 i wydawało się, że może nawet zakończyć partię rezultatem do zera. W następnych minutach wkradło się jednak lekkie rozluźnienie i doszło do tego, że Stefani miała nawet… piłkę przy swoim podaniu na trzecie “oczko” z rzędu. Finalnie Linda nie dopuściła do takiej sytuacji. Wykorzystała drugiego setbola i przełamując po raz trzeci w tej partii serwis przeciwniczki, zamknęła premierową odsłonę wynikiem 6:2.

    Początek drugiej części rywalizacji okazał się wyrównany. Na pierwsze break pointy trzeba było zaczekać aż do czwartego rozdania. Wówczas Klimovicova przełamała rywalkę za drugą okazją i zaczęła zmierzać w kierunku mety. Ostatecznie Webb nie zdobyła choćby jednego “oczka” do końca spotkania, mimo że miała ku temu jedną szansę w szóstym gemie. Klimovicova zdążyła zakończyć mecz jeszcze przed Chwalińską i jako pierwsza Polka odniosła zwycięstwo w tegorocznym Australian Open. Linda pokonała Stefani 6:2, 6:1 w zaledwie 65 minut. W drugiej rundzie eliminacji zmierzy się z inną reprezentantką Australii – Lizette Cabrerą.

    Po raz pierwszy w historii! Polska wygrała United Cup!Polsat Sport
    Tenisistka w czerwonej sukience wykonuje uderzenie piłki rakietą na korcie, skupienie w ruchu podkreślone przez sportowy strój i dynamiczną postawę, w tle fragment niebieskiego kortu.

    Linda KlimovicovaFoto OlimpikAFP
    Młoda kobieta w sportowym stroju trzyma biały ręcznik, prawdopodobnie po zakończonym meczu tenisowym. Tło jest rozmyte, widać sylwetkę innej osoby w oddali oraz fragmenty napisu na tablicy.

    Linda KlimovicovaLairys Laurent/ABACAEast News
    Zawodniczka tenisowa w fioletowym stroju w trakcie serwu lub returnu, trzyma rakietę, skupiona, na tle kortu tenisowego.

    Linda KlimovicovaFoto Olimpik/Nur Photo AFP