• Tak Hiszpanie nazwali Szczęsnego i Ter Stegena. To nie żart

    Tak Hiszpanie nazwali Szczęsnego i Ter Stegena. To nie żart

    Wojciech Szczęsny pozostaje zmiennikiem Joana Garcii w Barcelonie. Ostatnio Hiszpan okazał się bohaterem swojej drużyny w derbach z Espanyolem. Jeden z hiszpańskich dzienników użył ciekawego określenia, opisując zachowanie Szczęsnego, a także Marc-Andre ter Stegena po tym, jak realizator pokazał wszystkie interwencje ich konkurenta.

    FC Barcelona wygrała 2:0 z Espanyolem w derbach Katalonii po golach Daniego Olmo oraz Roberta Lewandowskiego. Bohaterem zespołu Hansiego Flicka okazał się Joan Garcia, który zanotował kilka świetnych interwencji i uratował Barcelonę. Po zakończeniu spotkania od razu do Garcii ruszył Wojciech Szczęsny, który go wyściskał i pocałował w szyję. “Barcelona ma kłopot urodzaju wśród bramkarzy, ale Garcia jest bezdyskusyjnie pierwszym wyborem Flicka” – pisał Dariusz Wołowski ze Sport.pl.

    Zobacz wideo Oto cała prawda o talencie Lewandowskiego. “Ktoś, kto to mówił, po prostu kłamie”
    Tak Szczęsny zachowywał się na ławce rezerwowych Barcelony. “Jak dwie starsze panie”

    Hiszpański dziennik “ABC” bardzo chwalił Garcię po meczu z Espanyolem. Autor artykułu zwrócił uwagę na to, jak Szczęsny reagował po jednej z interwencji swojego konkurenta.

    “Realizacja telewizji Movistar była okrutna, gdy powtórzyła najlepsze interwencje Garcii, a następnie skupiła się na Teku i Ter Stegenie, którzy siedzieli na ławce jak dwie starsze panie oglądające telewizję dla samego oglądania, nie wiedząc, co oglądają” – czytamy w tekście “ABC”.

    Flick bardzo chwalił Garcię po meczu z Espanyolem. – Joan jest jednym z najlepszych bramkarzy na świecie, a zawodnicy, którzy weszli na boisko, pokazali swoją jakość, z czego się cieszę, choć nie jestem zadowolony z pierwszych osiemdziesięciu minut. Mimo to, strzeliliśmy dwa gole i zdobyliśmy trzy punkty, co daje nam dobry sygnał przed ligą – tłumaczył Niemiec na pomeczowej konferencji prasowej.
    Tak Szczęsny chwalił Garcię. “Widzę tam niesamowity potencjał”

    Wcześniej Szczęsny się bardzo ciepło wypowiadał nt. Garcii w wywiadzie dla Dominika Wardzichowskiego ze Sport.pl przy okazji premiery filmu “Szczęsny”.

    Zobacz też: Nie do wiary, co się stało w meczu Liverpoolu. To była 97. minuta

    – Widziałem go w zeszłym roku w Espanyolu i zrobił na mnie bardzo duże wrażenie, a po trzech dniach wspólnych treningów w Barcelonie stwierdziłem, że mogę dołożyć swoją małą cegiełkę do rozwoju możliwie, że najlepszego bramkarza na świecie! Nie mówię, że teraz, ale widzę tam niesamowity potencjał. I jeśli mogę w jakikolwiek sposób mu pomóc – już nawet nie tylko dla dobra zespołu, ale żeby czuć, że byłem na drodze tego wyjątkowego talentu, bo to jest wyjątkowy talent, i chociaż w malutkim procencie pomogłem mu się rozwinąć – to już teraz jest to dla mnie wielka satysfakcja – tłumaczył Szczęsny.

    Garcia trafił do Barcelony w lipcu 2025 r. za 25 mln euro z Espanyolu. Do tej pory Garcia wystąpił w 16 meczach we wszystkich rozgrywkach, w których zachował siedem czystych kont.

  • Komentator zobaczył, co wyprawia Lys w meczu ze Świątek. “Niegodne”

    Komentator zobaczył, co wyprawia Lys w meczu ze Świątek. “Niegodne”

    Koszmarnie to wygląda – mówił komentator o tym, co na korcie przeciw Idze Świątek prezentowała Eva Lys. – To są wartości niegodne meczu w cyklu WTA – dodawał Dawid Olejniczak, skupiając się na bardzo słabym serwisie Niemki. Rok temu Polka rozbiła rywalkę 6:0, 6:1 w czwartej rundzie Australian Open. Teraz Świątek i Lys zmierzą się w ramach United Cup w Sydney.
    Iga Świątek i Eva Lys
    screen: youtube.com/@EurosportPolska

    Iga Świątek zaczyna nowy sezon. W ramach przygotowań do wielkoszlemowego Australian Open Polka wzorem ubiegłych lat bierze udział w reprezentacyjnym turnieju United Cup. I pierwszy pojedynek przyjdzie jej zagrać z Evą Lys. To będzie część meczu Polska – Niemcy.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany

    Świątek (obecnie wiceliderka światowego rankingu) i Lys (nr 40 na liście WTA) zmierzą się po raz trzeci. Historia ich dotychczasowych pojedynków wygląda tak:

    6:1, 6:1 dla Świątek w II rundzie w Stuttgarcie w 2022 roku
    6:0, 6:1 dla Świątek w IV rundzie w Australian Open 2025
    6:2, 6:2 dla Świątek w III rundzie w Montrealu w 2025 roku

    Szczególnie dobrze pamiętamy ten najważniejszy mecz, z największą stawką. Pierwszy set ich starcia w Australian Open potrwał ledwie 24 minuty, a cała walka o ćwierćfinał turnieju wielkoszlemowego potrwała tylko równo godzinę i była tak naprawdę nie walką, a bolesną lekcją tenisa, jaką Świątek dała rewelacji tamtego turnieju.
    Były mistrz nawet nie mówił o szansach rywalki Świątek

    Urodzona w Kijowie Niemka docierając do czwartej rundy AO 2025 uzyskała najlepszy w karierze wynik w imprezach wielkoszlemowych. Wcześniej była najdalej w drugiej rundzie. Co ciekawe, w Melbourne odpadła w kwalifikacjach, ale do turnieju głównego weszła w ostatniej chwili, jako szczęśliwa przegrana, która skorzystała z kontuzji innej zawodniczki. Wtedy w rankingu WTA Lys była na dopiero 128. miejscu. A jej szans w starciu ze Świątek pracujący jako ekspert Eurosportu Mats Wilander nawet nie chciał oceniać.

    – To, czego dokonała Lys jest niesamowite. Jest pierwszą szczęśliwą przegraną w erze Open, która doszła do drugiego tygodnia Australian Open. Choruje na to, co w pewnym sensie zakończyło karierę Caroline Wozniacki [reumatoidalne zapalenie stawów], mimo że Caroline wróciła. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest być profesjonalnym tenisistą i doświadczyć tej choroby. Teraz Lys znajdzie się w top 100 rankingu, będzie mogła grać bez kwalifikacji we wszystkich turniejach i jeszcze nagle zacznie zarabiać trochę pieniędzy. Wow! – cieszył się siedmiokrotny mistrz wielkoszlemowy szczęściem Niemki. I absolutnie nie zapowiadał, że to szczęście po meczu ze Świątek może być jeszcze większe. Wilander nie chciał kłamać.

    Sama Lys mówiła, że bardzo się na mecz ze Świątek cieszy. I obiecywała, że spróbuje się Polce postawić. Ale nie była w stanie.

    – “Koszmarnie to wygląda”, “To wartości niegodne meczu w cyklu WTA” – oceniał prędkość serwisu Lys Dawid Olejniczak, który komentował mecz w Eurosporcie. Niemka wprowadzała piłkę do gry tak lekko, że po chwili dostawała od Świątek potężne returny. Najszybszy serwis Lys miał wartość zaledwie 159 km/h. A Świątek serwowała po 180 km/h.
    Publiczność świętowała. Rywalka Świątek też

    Widząc wielką różnicę klas między Świątek a Lys, australijska publiczność ewidentnie zaczęła życzyć Niemce, żeby nie odjechała na rowerze, czyli nie przegrała 0:6, 0:6. I to się Lys udało. – Wygrywa własny serwis Eva Lys, a Rod Laver Arena świętuje – mówiła Justyna Kostyra, która komentowała mecz z Olejniczakiem. I absolutnie nie przesadzała. Więcej – można powiedzieć, że wychodząc z 0:6, 0:3 na 0:6, 1:3 Niemka też świętowała, a co najmniej odetchnęła z wielką ulgą i mocno się uśmiechnęła.

    Eva Lys po zdobyciu gema w meczu z Igą Świątek na AO
    Eva Lys po zdobyciu gema w meczu z Igą Świątek na AOscreen TV

    Tamten mecz Świątek – Lys był najbardziej jednostronny z ich wszystkich spotkań. Ale tak naprawdę w żadnym reprezentantka Niemiec nie miała z Polką szans. Czy teraz, w ramach turnieju drużyn narodowych, może być inaczej?

    Mecz Iga Świątek – Eva Lys w United Cup odbędzie się w poniedziałek 5 stycznia. Panie wyjdą na kort po spotkaniu Huberta Hurkacz (nr 72 w rankingu ATP) – Alexander Zverev (nr 3). Panowie zaczną swój mecz o godzinie 7.30 czasu polskiego, natomiast panie – najpewniej około godziny 9-9.30. Na koniec dojdzie do starcia mikstów Świątek/Hurkacz – Laura Siegemund/Zverev. Transmisje przeprowadzi Polsat Sport, a relacje na żywo będzie można śledzić na Sport.pl.

  • Bez hitu z Osaką. Mistrzyni US Open 2021 rezygnuje z występu. Jest komunikat

    Bez hitu z Osaką. Mistrzyni US Open 2021 rezygnuje z występu. Jest komunikat

    Naomi Osaka nie zaliczyła udanego otwarcia sezonu 2026. Już w swoim pierwszym występie Japonka musiała uznać wyższość Marii Sakkari, przegrywając wyraźnie w rywalizacji podczas United Cup. W niedzielę w Perth miało dojść do kolejnego głośnego pojedynku z jej udziałem – tym razem z Emmą Raducanu. Starcie dwóch mistrzyń US Open zapowiadano jako jeden z hitów fazy grupowej, jednak ostatecznie do niego nie doszło. Na niespełna godzinę przed rozpoczęciem meczu organizatorzy wydali oficjalny komunikat o rezygnacji jednej z tenisistek.

    Zarówno Osaka, jak i jej trener Tomasz Wiktorowski, z pewnością inaczej wyobrażali sobie początek nowego sezonu. Japonka rozpoczęła rywalizację w piątek i od razu trafiła na wymagającą rywalkę – Marię Sakkari. Czterokrotna triumfatorka turniejów wielkoszlemowych nie była jednak w stanie sprostać temu wyzwaniu. Greczynka zaprezentowała się zdecydowanie lepiej, wygrywając spotkanie w dwóch setach. Szczególnie jednostronny był drugi z nich, w którym Sakkari całkowicie zdominowała wydarzenia na korcie. Mecz zakończył się wynikiem 6:4, 6:2 na korzyść tenisistki z Europy.

    W niedzielę Osaka miała otrzymać szansę na rehabilitację, a rywalka zapowiadała się równie atrakcyjnie. Organizatorzy United Cup już wcześniej wskazywali to spotkanie jako jedno z najciekawszych w całej fazie grupowej. Naprzeciw siebie miały stanąć dwie mistrzynie US Open – triumfatorka z lat 2018 i 2020 oraz sensacyjna zwyciężczyni nowojorskiego Szlema z 2021 roku. W meczu Japonii z Wielką Brytanią oznaczało to potencjalny pojedynek Naomi Osaki z Emmą Raducanu.

    Na krótko przed rozpoczęciem rywalizacji nadeszły jednak rozczarowujące wieści. Kilka minut po godzinie 2:00 czasu polskiego, niespełna 60 minut przed pierwszym gwizdkiem w meczu Japonia – Wielka Brytania, organizatorzy poinformowali o zmianach w składach. Z oficjalnego komunikatu wynikało, że Emma Raducanu wycofała się z niedzielnego występu. Tym samym hitowe starcie z Osaką nie doszło do skutku. Brytyjkę, mistrzynię US Open z 2021 roku, zastąpiła Katie Swan – zawodniczka sklasyfikowana na 276. miejscu w rankingu WTA. To ona ostatecznie stanęła po drugiej stronie kortu w pojedynku z Japonką.

    Dla reprezentacji Wielkiej Brytanii było to kolejne poważne osłabienie. Już kilka dni przed rozpoczęciem United Cup stało się jasne, że w żadnym z australijskich turniejów na początku sezonu nie wystąpi Jack Draper. Triumfator turnieju Masters w Indian Wells wciąż zmaga się z problemami zdrowotnymi, które wykluczyły go z gry przez znaczną część drugiej połowy sezonu 2025. W jego miejsce do zespołu dołączył Billy Harris. Zawodnik zajmujący 128. miejsce w rankingu ATP spisał się solidnie, pokonując Shintaro Mochizukiego 7:6(4), 6:3 i wyprowadzając Brytyjczyków na prowadzenie w rywalizacji z Japonią.

    Pozostaje pytanie, czy Emma Raducanu pojawi się na korcie w kolejnym spotkaniu swojej drużyny – tym razem przeciwko Marii Sakkari. Niewykluczone, że ponownie zastąpi ją niżej notowana koleżanka z zespołu. Poniedziałkowe starcie pomiędzy reprezentacjami Wielkiej Brytanii i Grecji zaplanowano na godzinę nie wcześniejszą niż 10:00 czasu polskiego.

  • Sceny grozy na Bergisel. Co zrobił Tomasiak? Polak 4 punkty od TOP 3

    Sceny grozy na Bergisel. Co zrobił Tomasiak? Polak 4 punkty od TOP 3

    Domen Prevc szybko otrząsnął się po kwalifikacyjnej wpadce na Bergisel i znów pokazał klasę lidera. Prowadzący w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni Słoweniec wygrał serię próbną przed niedzielnym konkursem Pucharu Świata w Innsbrucku. Próba została jednak poprzedzona niepokojącym zdarzeniem – groźnym upadkiem przedskoczka, który wymagał interwencji służb medycznych. Z bardzo dobrej strony zaprezentował się także 18-letni Kacper Tomasiak. Polak zajął siódme miejsce, tracąc zaledwie cztery punkty do trzeciego Stefana Krafta. Na belce startowej pojawili się również Kamil Stoch, Maciej Kot oraz Dawid Kubacki.

    Turniej Czterech Skoczni wchodzi w kluczową fazę rywalizacji. Po zmaganiach w Niemczech karawana Pucharu Świata przeniosła się do Austrii, gdzie tradycyjnie wszystko rozpoczyna konkurs na Bergisel w Innsbrucku. Niedzielne zawody zaplanowano na godzinę 13:30, natomiast w samo południe rozegrano serię próbną, która miała dać odpowiedź na pytanie o aktualną formę czołowych skoczków.

    W tle wciąż żywe były emocje po sobotnich kwalifikacjach, które zakończyły się burzliwą dyskusją po dyskwalifikacji Pawła Wąska. Ostatecznie do konkursu Pucharu Świata awansowało czterech reprezentantów Polski: Kamil Stoch, Maciej Kot, Dawid Kubacki oraz Kacper Tomasiak.

    Początek serii próbnej został nieco opóźniony. Jak poinformował portal Skijumping.pl, powodem był „groźny upadek przedskoczka”, który miał miejsce przy zeskoku skoczni Bergisel i wymagał natychmiastowej pomocy medycznej.

    Gdy rywalizacja w końcu ruszyła, jako pierwszy z Polaków zaprezentował się Kamil Stoch. Trzykrotny mistrz olimpijski uzyskał 120 metrów, notując przeciętny wynik i minimalnie przegrywając z Maximilianem Ortnerem (121 m). To właśnie Austriak będzie jego rywalem w systemie KO w pierwszej serii konkursowej.

    Tę samą odległość osiągnął Maciej Kot, jednak nota punktowa była o 0,2 punktu niższa niż w przypadku Stocha, co przełożyło się na dalszą lokatę. Kluczowym punktem odniesienia dla Kota pozostaje jednak jego bezpośredni rywal z pary – Kacper Tomasiak. 18-latek spisał się znakomicie, szybując na 127,5 metra i zdecydowanie wygrywając wewnętrzny polski pojedynek.

    Najkrótszy skok spośród Biało-Czerwonych oddał Dawid Kubacki. Wracający do rywalizacji w Pucharze Świata mistrz świata z Seefeld uzyskał 117,5 metra. Startował jednak z 11. belki, a nie – jak pozostali Polacy – z 12., dzięki czemu uplasował się wyżej w klasyfikacji serii próbnej. Co więcej, okazał się lepszy od Słoweńca Roka Oblaka, co może być umiarkowanie optymistycznym sygnałem przed konkursem.

    Serię próbną zdominował Domen Prevc, który wylądował na 134,5 metra i nie dał rywalom żadnych złudzeń. Tuż za nim znaleźli się Stephan Embacher oraz Stefan Kraft. Wysokie, siódme miejsce zajął Kacper Tomasiak, potwierdzając bardzo dobrą dyspozycję przed niedzielnymi zawodami.

    Skoki narciarskie – PŚ w Innsbrucku. Wyniki serii próbnej:

    1. Domen Prevc – 84,2 pkt (134,5 m)

    2. Stephan Embacher – 82,1 pkt (128 m)

    3. Stefan Kraft – 75,4 pkt (127 m)

    4. Kacper Tomasiak – 71,4 pkt (127,5 m)

    5. Dawid Kubacki – 62,8 pkt (117,5 m)

    29. Kamil Stoch – 59,2 pkt (120 m)

    31. Maciej Kot – 59,0 pkt (120 m)

    Niedzielny konkurs zapowiada się niezwykle ciekawie – zarówno w kontekście walki o triumf w Turnieju Czterech Skoczni, jak i występów młodego Tomasiaka, który coraz śmielej zaznacza swoją obecność w światowej czołówce.

  • Wrzawa w Barcelonie. Wszystko przez Lewandowskiego. Tak nazwali Polaka

    Wrzawa w Barcelonie. Wszystko przez Lewandowskiego. Tak nazwali Polaka

    Robert Lewandowski rozpoczął sobotnie derby stolicy Katalonii na ławce rezerwowych, ale gdy pojawił się na murawie w drugiej połowie, ostatecznie zrobił to, z czego słynie najbardziej. Choć jego występ długo pozostawał niemal niezauważony, w 90. minucie spotkania z Espanyolem wpisał się na listę strzelców i przypieczętował zwycięstwo FC Barcelona 2:0. Ten gol wywołał ogromną radość wśród kibiców „Dumy Katalonii” i sprawił, że Polak został bardzo wysoko oceniony przez hiszpańskich ekspertów, którzy nazwali go w sposób wyjątkowo sugestywny.

    Espanyol przez długi czas był niezwykle wymagającym rywalem dla Barcelony. Gospodarze stworzyli kilka groźnych sytuacji i w innych okolicznościach mogli nawet prowadzić różnicą kilku bramek. Ich marzenia o sensacyjnym wyniku skutecznie studził jednak Joan Garcia – były zawodnik Espanyolu, a obecnie jeden z bohaterów Barcelony. Hiszpan po raz kolejny w tym sezonie popisał się serią kapitalnych interwencji, a wspierany przez solidnie broniącego Marko Dmitrovicia długo utrzymywał wynik bezbramkowy.

    Wobec narastających problemów ofensywnych trener Hansi Flick zdecydował się na zdecydowany ruch. W 64. minucie przeprowadził potrójną zmianę, zdejmując z boiska Gerarda Martina, Ferrana Torresa i Raphinhę. Na murawie pojawili się Pedri, Robert Lewandowski oraz Dani Olmo – i to właśnie ta roszada okazała się kluczowa dla losów spotkania.

    Jako pierwszy niemoc Barcelony przełamał Dani Olmo, który w 86. minucie popisał się efektownym uderzeniem i dał gościom prowadzenie 1:0. Gdy Espanyol próbował jeszcze odpowiedzieć w końcówce, decydujący cios zadał Lewandowski. W doliczonym czasie gry Polak wykorzystał dogranie Fermína Lópeza i podwyższył wynik na 2:0, zapewniając Barcelonie spokój w ostatnich sekundach meczu.

    Przy tej bramce kapitan reprezentacji Polski miał nieco szczęścia – próbując przelobować bramkarza, sprawił, że piłka odbiła się jeszcze od torsu golkipera, zanim wpadła do siatki. Liczy się jednak efekt końcowy, a ten był dla Barcelony idealny.

    Dla Lewandowskiego był to już dziewiąty gol w obecnym sezonie La Liga, co nie umknęło uwadze katalońskich mediów. „Mundo Deportivo” określiło go mianem „człowieka demolki”, podkreślając przede wszystkim jego instynkt strzelecki i skuteczność. – Wszedł na boisko, by wnieść do ataku więcej jakości niż mający problemy ze szczęściem Ferran Torres. Gdy tylko nadarzyła się okazja, nie pomylił się – napisano przy nazwisku 37-latka.

    Równie zadowoleni byli dziennikarze „Sportu”, którzy nazwali Polaka po prostu „Goleadorem” i przyznali mu notę 8 w dziesięciostopniowej skali. – Podwyższył wynik na 2:0, dając Barcelonie upragniony spokój. Świetne podanie Fermína zostawiło go niemal sam na sam z bramkarzem. To nie był jego najlepszy mecz, ale strzelił gola, a właśnie tego się od niego oczekuje – podsumowano występ Lewandowskiego.

    Derby Barcelony po raz kolejny pokazały, że nawet gdy Lewandowski nie dominuje na boisku przez całe spotkanie, w kluczowym momencie potrafi przesądzić o losach meczu. A to dla Barcelony wartość nie do przecenienia.

  • Nawrocki też się podpisał. To już się dzieje na całym świecie

    Nawrocki też się podpisał. To już się dzieje na całym świecie

    Kryptowaluty, giełda, transfery piłkarskie – hazard stał się codziennością życia publicznego

    Hazard dawno przestał być domeną kasyn i punktów bukmacherskich. Dziś przenika niemal każdą sferę życia społecznego – od inwestowania, przez sport, aż po politykę. Co więcej, sami bukmacherzy nie tylko świetnie odnajdują się w tej rzeczywistości, ale coraz śmielej wchodzą do świata władzy.

    Pod koniec ubiegłego roku popularny podcast „Dwie lewe ręce” opublikował odcinek zatytułowany „Witajcie w globalnym kasynie, czyli nasze przepowiednie na rok 2026”. Jakub Dymek i Marcin Giełzak rozmawiali w nim o zjawisku, które w krajach anglosaskich analizowane jest już od dłuższego czasu: o coraz powszechniejszym hazardowym podejściu do gospodarki, polityki i decyzji publicznych. Nie chodzi wyłącznie o branżę hazardową sensu stricto, lecz o logikę ryzyka, spekulacji i gry va banque, która stała się nową normą.

    Polityka jak gra w tchórza

    Najbardziej jaskrawym symbolem tej tendencji pozostaje Donald Trump – były właściciel kasyn, który politykę prowadzi dokładnie tak, jakby siedział przy stole hazardowym. Widać to chociażby na przykładzie ceł nakładanych na towary importowane do Stanów Zjednoczonych. Gdy ogłaszał ich wysokość, ekonomiści przecierali oczy ze zdumienia, pytając, skąd wzięły się te liczby i czy mają jakiekolwiek uzasadnienie ekonomiczne.

    Tyle że sens ekonomiczny nie był tu kluczowy. Liczyła się reakcja drugiej strony. Trump zachowywał się jak uczestnik gry w tchórza: rozpędzał samochód do maksimum i sprawdzał, kto pierwszy skręci. Nie chodziło o to, czy to się „opłaca”, lecz o to, kto mrugnie.

    Trump jest jednak bardziej skutkiem niż przyczyną szerszego procesu. Globalne giełdy coraz częściej przypominają kasyna, w których „inwestorzy” obstawiają krótkoterminowe wzrosty i spadki kursów, zamiast realnie uczestniczyć w rozwoju firm i ich zyskach. Podobną logiką rządzą się kryptowaluty – aktywa o wartości czysto umownej, oderwanej od realnej gospodarki. W Polsce ich regulację zawetował prezydent Karol Nawrocki, mimo że ryzyko kolejnej spekulacyjnej bańki jest oczywiste i powszechnie dostrzegane.

    Poufna wiedza i szybkie pieniądze

    Hazardowa polityka to nie tylko abstrakcyjne decyzje makroekonomiczne, ale też bardzo konkretne pieniądze trafiające do kieszeni wtajemniczonych. Gdy Trump czasowo zawiesił 125-procentowe cła na towary z Chin, natychmiast pojawiły się oskarżenia, że osoby znające decyzję przed jej oficjalnym ogłoszeniem mogły zarobić fortuny na giełdzie.

    Podobny skandal wybuchł w Wielkiej Brytanii. Ujawniono, że kilku posłów Partii Konserwatywnej, urzędników oraz funkcjonariuszy ochrony rządu obstawiło u bukmacherów termin przedterminowych wyborów parlamentarnych. Gwarancją wygranej była wiedza o decyzji premiera Rishiego Sunaka, zanim ta została upubliczniona. Łącznie aż 15 osób ma stanąć przed sądem pod zarzutem wykorzystania informacji poufnych.

    Bukmacherzy odkrywają politykę

    To jednak zaledwie przedsmak tego, co może nadejść. W Stanach Zjednoczonych rynek zakładów politycznych dopiero się rozwija, a już osiąga gigantyczną skalę. Na platformach Kalshi i Polymarket na wynik wyborów na burmistrza Nowego Jorku postawiono – według szacunków – około pół miliarda dolarów.

    Co więcej, notowania bukmacherskie zaczęły być traktowane niemal jak sondaże opinii publicznej. Podczas jednego z wywiadów Zohran Mamdani, późniejszy zwycięzca wyborów, usłyszał, że według Kalshi ma aż 92 procent szans na wygraną. Odpowiedział anegdotą: po latach zadzwonił do niego kolega z liceum tylko po to, by powiedzieć: „Stary, postawiłem na ciebie tysiąc dolarów, nie zawiedź mnie”.

    John Herrman z „New York Magazine” stawia w tym kontekście fundamentalne pytanie: czy hazard pożre media polityczne tak samo, jak wcześniej zdominował media sportowe? W USA jeszcze do 2018 roku obowiązywał federalny zakaz zakładów sportowych (z wyjątkiem Nevady). Po wyroku Sądu Najwyższego reklamy bukmacherów, kursy i prognozy stały się nieodłącznym elementem transmisji sportowych. ESPN – największa sportowa stacja w kraju – uruchomiła własnego bukmachera ESPN Bet, a FanDuel przejął sieć lokalnych telewizji sportowych, zmieniając ich nazwę na FanDuel Sports.

    Piłkarskie transfery – ruletka milionów

    Duch hazardu przenika sport także w inny sposób. Szczególnie w europejskiej piłce nożnej, gdzie kondycja finansowa klubów wprost zależy od wyników sportowych. Ryzyko jest tu wpisane w sam model funkcjonowania.

    Najlepszym przykładem pozostaje FC Barcelona. Tzw. „dźwignie finansowe” zastosowane przez prezydenta Joana Laportę były klasyczną grą va banque. Ryzykując przyszłość klubu, postawił na kosztowne transfery – w tym Roberta Lewandowskiego – by utrzymać Barcelonę w światowej czołówce. Na razie hazard się opłacił: sukcesy sportowe i bramki Polaka pozwoliły klubowi wciąż generować setki milionów euro. Równowaga finansowa pozostaje jednak wyjątkowo krucha.

    Laporta dla jednych jest wizjonerem i bohaterem, dla innych symbolem niebezpiecznej lekkomyślności. Z kolei Javier Tebas, szef La Liga, który od lat pilnuje finansowych reguł i ogranicza rozrzutność klubów, przez kibiców bywa nazywany „szkodnikiem”. Paradoks polega na tym, że to on próbuje uchronić ligę przed zamienieniem się w kasyno prowadzące prosto do bankructw.

    Polskie kasyno piłkarskie

    Również w Polsce nie brakuje przykładów ryzykownych decyzji właścicieli klubów. Najbardziej znanym pozostaje Bogusław Cupiał, który w piłkarskiej ruletce stracił ponad 100 milionów złotych, zanim oddał Wisłę Kraków praktycznie za bezcen. Kupował najlepszych piłkarzy w kraju, inwestował ogromne środki, a mimo to nigdy nie zdołał doprowadzić klubu do upragnionego awansu do Ligi Mistrzów.

    Mimo tej porażki jego metoda wciąż działa na wyobraźnię kibiców. Transfery, kolejne transfery i jeszcze więcej transferów – tego oczekują trybuny. Tymczasem w realiach finansowych polskich klubów znalezienie zawodnika, który realnie odmieni losy drużyny, bywa równie prawdopodobne jak trafienie głównej wygranej w ruletce.

    Hazard przestał być marginesem. Stał się językiem, w którym opisujemy dziś gospodarkę, politykę i sport. I nic nie wskazuje na to, byśmy mieli szybko odejść od stołu.

  • Było tuż po meczu. Szczęsny od razu ruszył do Garcii i zrobił to

    Było tuż po meczu. Szczęsny od razu ruszył do Garcii i zrobił to

    Tuż po zakończeniu derbowego meczu Espanyol – FC Barcelona (0:2) w mediach społecznościowych zaczęło krążyć nagranie, które błyskawicznie przykuło uwagę kibiców. Jego bohaterami byli Wojciech Szczęsny oraz Joan Garcia – bramkarz, który skradł show w sobotnie popołudnie.

    Joan Garcia po raz kolejny w tym sezonie potwierdził, że już dziś należy do ścisłej czołówki światowych golkiperów. 24-letni Hiszpan był kluczową postacią zwycięskich dla Barcelony derbów rozgrywanych na stadionie Espanyolu. Paradoks tej historii jest wyjątkowy – Garcia jeszcze niedawno reprezentował barwy lokalnego rywala, a teraz w barwach „Blaugrany” kilkukrotnie w fenomenalnym stylu zatrzymywał swoich byłych kolegów z drużyny, ratując zespół przed stratą bramki.

    Szczęsny zachwycił gestem wobec bohatera meczu

    Choć na listę asyst wpisali się Dani Olmo i Robert Lewandowski, a Fermin Lopez – który pojawił się na murawie po przerwie – zanotował dwie decydujące dogrania, to statuetka dla najlepszego piłkarza spotkania trafiła właśnie do Garcii. Decyzja ta nie budziła większych kontrowersji, biorąc pod uwagę klasę interwencji hiszpańskiego bramkarza.

    Prawdziwe emocje wywołało jednak to, co wydarzyło się już po końcowym gwizdku. Kamery uchwyciły moment, w którym Wojciech Szczęsny jako pierwszy podbiegł do Garcii, mocno go uściskał, a następnie – ku zaskoczeniu wielu – pocałował w szyję. Gest byłego reprezentanta Polski został odebrany jako wyraz ogromnego szacunku i uznania dla młodszego kolegi z zespołu. W sieci szybko pojawiły się komentarze podkreślające klasę Szczęsnego, a także ironiczne uwagi, że Marc-André ter Stegen w tym czasie bez zwłoki udał się do szatni.

    Statystyki Garcii tylko potwierdzają jego znakomitą dyspozycję. W obecnym sezonie wystąpił w 15 spotkaniach, stracił zaledwie 14 bramek i aż sześciokrotnie zachował czyste konto – liczby, które robią ogromne wrażenie.

    Barcelona odjeżdża rywalom i myśli o Superpucharze

    Dzięki zwycięstwu w derbach FC Barcelona – przynajmniej do niedzielnego popołudnia – ma aż siedem punktów przewagi nad drugim w tabeli Realem Madryt, który zmierzy się u siebie z Realem Betis (godz. 16:15).

    Zespół prowadzony przez Hansiego Flicka nie zamierza jednak zwalniać tempa. Już 7 stycznia (godz. 20:00) „Blaugrana” rozpocznie walkę o Superpuchar Hiszpanii. W półfinale rozgrywanym w Arabii Saudyjskiej jej rywalem będzie Athletic Bilbao. W drugim półfinale dojdzie do elektryzujących derbów Madrytu – Real kontra Atletico.

    https://x.com/angrygavi/status/2007573263484961267?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2007573263484961267%7Ctwgr%5Ef3617b3c98d00bd281a1c4ccd88bbf02a0e77ff5%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F76508232505452bylo-tuz-po-meczu-szczesny-od-razu-ruszyl-do-garcii-i-zrobil.html

  • Ksiądz grzmi ws. Tuska. To jego wybrał Nawrocki. “Największa obraza”

    Ksiądz grzmi ws. Tuska. To jego wybrał Nawrocki. “Największa obraza”

    Ksiądz Jarosław Wąsowicz, salezjanin wybrany przez Karola Nawrockiego na kapelana, ostro skomentował wpis Kancelarii Prezesa Rady Ministrów opublikowany przy okazji październikowego meczu reprezentacji Polski z Litwą w Kownie. W rozmowie z Danielem Nawrockim duchowny nie krył oburzenia, określając użyte w nim sformułowania jako „największą obrazę”, zwłaszcza w kontekście dzieci zaproszonych na spotkanie.

    Październikowy wyjazd do Kowna był dla reprezentacji Polski udanym zakończeniem zgrupowania eliminacyjnego do mistrzostw świata. Zespół prowadzony przez trenera Jana Urbana zwyciężył Litwę 2:0, a bramki na Stadionie Dariusa i Girenasa zdobyli Sebastian Szymański oraz kapitan kadry Robert Lewandowski. Mecz z trybun honorowych oglądał premier Donald Tusk, który zasiadł obok litewskiej premier Ingi Ruginienė.

    Wizyta szefa polskiego rządu nie przebiegała jednak w spokojnej atmosferze. Z sektora zajmowanego przez polskich kibiców słychać było wulgarne okrzyki pod jego adresem, a na stadionie pojawił się również transparent bezpośrednio wymierzony w premiera. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Kancelaria Premiera opublikowała w mediach społecznościowych wpis informujący o specjalnej inicjatywie towarzyszącej tej wizycie. Przekazano w nim, że Donald Tusk zaprosił dzieci polonijne z Wilna do wspólnego kibicowania reprezentacji Polski, dołączając do komunikatu zdjęcia z premierem RP.

    Właśnie do tego sformułowania odniósł się ksiądz Jarosław Wąsowicz, który w sierpniu objął funkcję kapelana prezydenta Karola Nawrockiego. Duchowny, nawiązując do doświadczeń dzieci uczestniczących w salezjańskich koloniach dla młodych Polaków z Ukrainy, Litwy, Białorusi i innych krajów dawnego bloku wschodniego, nie szczędził mocnych słów.

    – Dla nich największą obrazą jest mówienie, że są Polonią. Tak właśnie zrobił premier podczas ostatniego meczu. Kancelaria Premiera napisała, że Donald Tusk zaprosił dzieci polonijne z Wilna. To tak, jakby ktoś uderzył je w twarz – powiedział w rozmowie z Danielem Nawrockim w ramach cyklu „Nawrocki w Polsce”.

    Kapłan podkreślił, że dzieci te nie powinny być określane mianem Polonii. Jak zaznaczył, są to Polacy, którzy pozostali na historycznych polskich ziemiach i od lat dbają o zachowanie narodowych tradycji oraz języka. – Oni pilnują polskości, są jej wierni, choć często mają znacznie trudniejsze warunki niż ich rówieśnicy w kraju – dodał.

    Wypowiedź księdza Wąsowicza wywołała szeroką dyskusję wokół używanego w przestrzeni publicznej języka oraz sposobu określania Polaków mieszkających poza granicami kraju, zwłaszcza na terenach dawnej Rzeczypospolitej.

  • Popis rywala Szczęsnego. Uratował Barcelonę, a to nie koniec. Co za wejście Lewandowskiego

    Popis rywala Szczęsnego. Uratował Barcelonę, a to nie koniec. Co za wejście Lewandowskiego

    FC Barcelona rozpoczęła drugą część sezonu z czteropunktową przewagą nad Realem Madryt, ale już na starcie 2026 roku czekało ją wyjątkowo wymagające wyzwanie. Wyjazdowe derby z Espanyolem zapowiadały się jako prawdziwy „mecz ciężkiej wagi”, a atmosfera na stadionie była niezwykle gorąca, głównie ze względu na osobę Joana Garcíi. W kadrze meczowej zabrakło Polaków od pierwszej minuty, a hiszpański bramkarz Barcelony rozegrał kapitalne spotkanie, wielokrotnie ratując swój zespół. Ostatecznie „Blaugrana” zwyciężyła 2:0, choć droga do trzech punktów była wyjątkowo wyboista.

    Pierwsza połowa sezonu w wykonaniu Barcelony była pełna turbulencji. Zespół Hansiego Flicka musiał mierzyć się z wieloma problemami, a w pewnym momencie strata do Realu Madryt wydawała się nie do odrobienia. „Królewscy” do listopada konsekwentnie budowali przewagę, a sytuacja w tabeli sugerowała, że to oni mają pełną kontrolę nad wyścigiem o mistrzostwo.

    Końcówka roku przyniosła jednak nieoczekiwany zwrot akcji. Real zaliczył fatalny okres, w trakcie którego nie tylko roztrwonił wcześniejszą przewagę, ale dał się wyprzedzić Barcelonie. W efekcie to „Duma Katalonii” schodziła na świąteczną przerwę jako lider La Liga, mając cztery punkty zapasu nad największym rywalem.

    Derby Barcelony na otwarcie nowego roku idealnie wpisywały się w narrację wielkiego testu. Kibice Espanyolu zapowiadali piekielną atmosferę, szczególnie wobec Joana Garcíi, który latem zamienił „Papużki” na Barcelonę. W wyjściowym składzie gości zabrakło Roberta Lewandowskiego oraz Wojciecha Szczęsnego, co było jednym z tematów przedmeczowych dyskusji.

    Od pierwszych minut Garcia był witany ogłuszającymi gwizdami. Pierwszy raz poważnie musiał interweniować w 19. minucie, gdy Gerrard Martin fatalnie stracił piłkę w środku pola i pozwolił rywalowi wyjść sam na sam z bramkarzem Barcelony. Napastnik Espanyolu uderzył jednak prosto w Garcíę, co znacznie ułatwiło obronę. Dużo trudniejsze zadanie czekało Hiszpana w 38. minucie – po strzale głową popisał się interwencją najwyższej klasy, ratując swój zespół przed utratą gola.

    Barcelona w pierwszej połowie nie potrafiła stworzyć klarownych okazji. Marko Dmitrović w bramce Espanyolu przez długi czas był praktycznie bezrobotny, a jeśli już piłka leciała w światło jego bramki, kończyła w jego rękach. Do przerwy utrzymywał się bezbramkowy remis, choć wydarzeń na boisku zdecydowanie nie brakowało – głównie dzięki znakomitej postawie Garcíi.

    Po zmianie stron Flick zdecydował się na korektę w składzie, ale na murawie pojawił się Fermin López, a nie Lewandowski. Barcelona ruszyła do ataku z większą energią. W 54. minucie Dmitrović musiał wykazać się refleksem, broniąc strzał głową Julesa Koundé. Chwilę później znów błysnął Garcia, który bez problemów zatrzymał niezbyt precyzyjne uderzenie po szybkiej kontrze Espanyolu.

    Gospodarze mieli swoje momenty. Kilka minut później zabrakło im jednak zdecydowania w kluczowej sytuacji pod bramką Barcelony. Widząc niemoc strzelecką swojego zespołu, Flick w 64. minucie wpuścił na boisko Roberta Lewandowskiego. Tuż przed tą zmianą Garcia znów uratował „Blaugranę”, broniąc sytuację sam na sam z Roberto Fernándezem, gdy wydawało się, że gol jest nieunikniony.

    W 69. minucie bramkarz Barcelony popełnił pierwszy poważniejszy błąd – piłka przeleciała nad nim, ale z linii bramkowej wybił ją Koundé. Minutę później znakomitą paradą popisał się Dmitrović, również ratując swój zespół na samej linii. Do tego momentu był to bezdyskusyjnie mecz bramkarzy.

    Potwierdzeniem tej tezy była sytuacja z 76. minuty, gdy Garcia znów musiał się maksymalnie wyciągnąć, parując strzał Romero na rzut rożny. Defensywne mury w obu bramkach w końcu pękły w 86. minucie. Dani Olmo efektownie wykończył szybką akcję Fermina Lópeza, posyłając precyzyjne uderzenie w samo okienko.

    To nie był jednak koniec emocji. Chwilę później Barcelona zadała drugi cios. Ponownie kluczową rolę odegrał Fermin López, który popędził z piłką w pole karne i dograł ją do środka. Tam akcję zamknął Robert Lewandowski, zdobywając gola… brzuchem. Po tym trafieniu stało się jasne, że losy spotkania są rozstrzygnięte.

    Po ogromnych mękach i meczu pełnym dramatycznych interwencji Barcelona wywiozła z terenu derbowego rywala niezwykle cenne zwycięstwo 2:0, umacniając się na prowadzeniu w La Liga i wysyłając jasny sygnał rywalom na starcie 2026 roku.

  • Chcieli Lewandowskiego, teraz ogłaszają transfer. Dopięli swojego, plan wchodzi w życie

    Chcieli Lewandowskiego, teraz ogłaszają transfer. Dopięli swojego, plan wchodzi w życie

    Przyszłość Roberta Lewandowskiego od miesięcy pozostaje jedną z największych niewiadomych w FC Barcelonie i jednym z kluczowych tematów do rozstrzygnięcia przed letnim oknem transferowym. Coraz częściej pojawiają się sygnały, że kataloński klub powoli przygotowuje się na moment rozstania z polskim napastnikiem. Zainteresowanie jego pozyskaniem już zimą wykazywał AC Milan, który w ostatnich latach chętnie sięga po doświadczonych piłkarzy. Ostatecznie jednak mediolańczycy zdecydowali się na inny ruch i oficjalnie ogłosili transfer nowego snajpera.

    Wszystko wskazuje na to, że czas Lewandowskiego w Barcelonie zbliża się do końca. Polak najprawdopodobniej wypełni kontrakt, który podpisał latem 2022 roku. Umowa obowiązuje już tylko przez kolejne sześć miesięcy, co oznacza, że klub i zawodnik wkraczają w kluczowy moment dotyczący dalszej współpracy.

    Obecnie „Lewy” ma pełne prawo do prowadzenia rozmów z potencjalnymi nowymi pracodawcami. Z końcem czerwca 2026 roku oficjalnie stanie się wolnym zawodnikiem, co daje mu możliwość wynegocjowania atrakcyjnego kontraktu i wysokiego bonusu za podpisanie umowy z nowym klubem.

    Drzwi dla Lewandowskiego wciąż uchylone. Milan ogłasza transfer

    Już w listopadzie włoskie media informowały, że AC Milan poważnie rozważa sprowadzenie Roberta Lewandowskiego. Klub z San Siro w ostatnich sezonach zyskał opinię zespołu, który potrafi wykorzystać doświadczenie piłkarzy z najwyższej półki. Minionego lata do Milanu trafił Luka Modrić i szybko stał się jedną z kluczowych postaci drużyny, prezentując bardzo wysoką formę. Nic więc dziwnego, że w Mediolanie pojawił się pomysł, by sięgnąć także po polskiego napastnika – nawet już w zimowym oknie transferowym.

    Do takiego ruchu jednak nie dojdzie. Lewandowski pozostanie w Barcelonie do końca sezonu, a jego przyszłość ma zostać wyjaśniona dopiero później. Milan tymczasem zabezpieczył się na pozycji środkowego napastnika, sięgając po Niclasa Füllkruga. Reprezentant Niemiec dołączył do włoskiego klubu na zasadzie półrocznego wypożyczenia z opcją wykupu z West Ham United.

    „AC Milan z radością ogłasza, że Niclas Füllkrug dołączył do klubu na zasadzie wypożyczenia z West Ham United, z opcją transferu definitywnego” – czytamy w oficjalnym komunikacie klubu.

    Fakt, że jest to jedynie czasowe rozwiązanie, sprawia jednak, że temat Lewandowskiego w kontekście Milanu wcale nie musi być zamknięty. Jeśli Polak zdecyduje się opuścić Barcelonę latem 2026 roku, a mediolańczycy wciąż będą poszukiwać doświadczonego snajpera, drzwi do takiego transferu pozostają otwarte.