• Amerykanie biją na alarm ws. Igi Świątek. “Ten styl już nie działa”

    Amerykanie biją na alarm ws. Igi Świątek. “Ten styl już nie działa”

    Iga Świątek jasno komunikuje, jaki kierunek chce obrać we współpracy z nowym trenerem, Wimem Fissettem. Jej celem jest powrót do agresywnego, ale bardziej wyważonego tenisa opartego na kontratakach – stylu, który był fundamentem jej pierwszych lat dominacji w cyklu WTA. To właśnie nim zbudowała pozycję liderki i zdobywała największe tytuły. Ma on zastąpić skrajną, bezkompromisową agresję, rozwijaną pod okiem Tomasza Wiktorowskiego, z którym triumfowała w czterech turniejach wielkoszlemowych. Jak zauważają eksperci, ten model gry przestał dziś przynosić oczekiwane efekty.

    Taką ocenę sytuacji przedstawiono na łamach prestiżowego „The Athletic” po występach Świątek w United Cup. Choć Polka rozpoczęła sezon od triumfu w rozgrywkach drużynowych i razem z reprezentacją Polski sięgnęła po końcowe zwycięstwo, jej indywidualne wyniki wzbudziły mieszane odczucia. W singlu wygrała trzy spotkania, ale dwukrotnie schodziła z kortu pokonana – przez Coco Gauff i Belindę Bencić. Te porażki szybko uruchomiły narrację, że liderka polskiego tenisa nie jest jeszcze w optymalnej formie przed Australian Open, co rodzi pytania o jej dyspozycję w Melbourne.

    Amerykańscy dziennikarze zwracają jednak uwagę na coś więcej niż same wyniki. Ich zdaniem Świątek wciąż znajduje się w procesie przebudowy swojego tenisa, a w takim okresie słabsze mecze są czymś naturalnym. „The Athletic” doceniło triumf Biało-Czerwonych w United Cup – trzeci z rzędu finał, tym razem zakończony sukcesem po wcześniejszych porażkach z Niemcami i USA – ale szczególną uwagę poświęciło właśnie grze Igi.

    Według analizy, styl Polki zmieniał się w trakcie turnieju, lecz wciąż widoczne są stare przyzwyczajenia, z których trudno jej całkowicie zrezygnować. Świątek nadal chce grać ofensywnie, jednak w inny sposób niż dotychczas. Jej tenis został dokładnie rozpracowany przez czołowe rywalki, co zmusza ją do poszukiwania nowych rozwiązań. „W tym sezonie czeka ją wiele wyzwań, ale Świątek jasno określiła, co chce osiągnąć z Wimem Fissettem: przywrócić agresywny tenis oparty na kontratakach i odejść od totalnej agresji, która przestała działać. Ona i jej trener doskonale to widzą” – napisano.

    Dziennikarze podkreślają, że problem szczególnie uwidacznia się w momentach, gdy rywalki przejmują inicjatywę i narzucają presję. Kłopoty Świątek nie wynikają z braku planu czy pomysłu na grę. Wręcz przeciwnie – według „The Athletic” Polka dokładnie wie, co powinna zrobić, ale w kluczowych momentach nie potrafi tego skutecznie wdrożyć. Takie sytuacje zdarzały się już w poprzednim sezonie, a ich powtórkę było widać także w półfinale i finale United Cup.

    Autorzy analizy obrazowo opisują, że Świątek bywa „uwięziona między dwoma sprzecznymi głosami”. Pod presją wraca do głęboko zakorzenionych nawyków, z których próbuje się wyzwolić, czasami łącząc dwa odmienne style w jednym meczu, a nawet w jednym secie. Gdy piłka wraca szybko i mocno, jej naturalną reakcją jest jeszcze silniejsze uderzenie, co prowadzi do lawiny błędów i narastającego stresu. Z zewnątrz widać, że Polka ma świadomość, jak powinna grać, ale w praktyce nie zawsze jest w stanie to zrealizować.

    Osobny wątek dotyczy rywalizacji z Coco Gauff. Amerykanka wygrała cztery ostatnie pojedynki ze Świątek, wszystkie bez straty seta, co jeszcze niedawno wydawało się mało prawdopodobne. Zdaniem „The Athletic” dynamika tej rywalizacji wyraźnie się zmieniła. Wcześniej kontrolowana agresja Polki zmuszała Gauff do ryzykownych zagrań i nie pozwalała jej dyktować tempa. Teraz nadmierna ofensywność Świątek osłabiła jej atuty i oddała inicjatywę Amerykance, która w roli dominującej czuje się znakomicie.

    Mecze z Gauff i Bencić dostarczyły jednak cennego materiału do analizy dla Fissette’a i samej Świątek. Według amerykańskich dziennikarzy właściwe wnioski wyciągnięte z tych spotkań mogą okazać się kluczowe nie tylko dla zmiany stylu gry Polki, ale też dla przebiegu całego sezonu.

    „The Athletic” nie pominęło także wkładu pozostałych reprezentantów Polski w sukces United Cup. Doceniono solidne występy Huberta Hurkacza w singlu oraz ważną rolę Katarzyny Kawy i Jana Zielińskiego w mikście. To właśnie drużyna – jak podkreślono – pomogła Świątek „przekroczyć linię mety”, wygrywając swoje mecze w momentach największej presji i budując fundament pod końcowy triumf.

  • Wciąż głośno o pogromczyni Świątek. Prawie pięć lat i koniec. Stało się po meczu

    Wciąż głośno o pogromczyni Świątek. Prawie pięć lat i koniec. Stało się po meczu

    Iga Świątek wraz z reprezentacją Polski znakomicie rozpoczęła sezon 2026. „Biało-Czerwoni” sięgnęli po triumf w United Cup, zapisując na swoim koncie pierwsze w historii zwycięstwo w tych rozgrywkach i wreszcie przełamując serię dwóch przegranych finałów z rzędu. Choć cała drużyna mogła świętować ogromny sukces, sama liderka polskiego zespołu nie zakończyła turnieju bez rys. W starciu singlowym musiała uznać wyższość Belindy Bencic, a ta porażka okazała się mieć znacznie szerszy kontekst – również historyczny.

    Początek roku w wykonaniu Polaków był imponujący, choć nie brakowało trudnych chwil. Iga Świątek przegrała dwie ostatnie swoje potyczki w turnieju, a szczególny niepokój wśród kibiców wywołał mecz z Belindą Bencic. Niżej notowana Szwajcarka zaprezentowała się znakomicie, a w jednym z setów wręcz zdominowała raszyniankę, wygrywając aż 6:0. Kilkadziesiąt minut później Bencic mogła cieszyć się podwójnie – jej zwycięstwo dało Szwajcarii prowadzenie w finale United Cup.

    Ostatecznie jednak to Polacy wyszli z tej rywalizacji zwycięsko. Kluczowy punkt w mikście zdobył Hubert Hurkacz, pieczętując historyczny triumf „Biało-Czerwonych”. Mimo porażki w finale Szwajcaria również miała powody do dumy, a sama Belinda Bencic nie kryła wzruszenia.
    – Każdy z nas był tu ważny. To jeden z najlepszych tygodni w moim życiu i zawsze będę o nim pamiętać. Cały United Cup był od początku do końca niezwykłym doświadczeniem – mówiła tuż po zakończeniu turnieju.

    Radość na twarzy 28-letniej tenisistki z pewnością pojawiła się także po najnowszej aktualizacji rankingu WTA. Dzięki świetnej postawie w Australii Bencic wróciła do czołowej dziesiątki najlepszych zawodniczek świata. I to nie jest jedyny powód, dla którego o Szwajcarce zrobiło się głośno. Ciekawą statystyką podzielił się profil The Tennis Letter w serwisie X. Przypomniano, że jeszcze 14 miesięcy temu, gdy wracała do rywalizacji po narodzinach córki Belli, nie była w ogóle notowana w rankingu. Teraz stała się pierwszą mamą od 2021 roku, która ponownie znalazła się w TOP 10 WTA. Poprzednio dokonała tego legendarna Serena Williams.

    Tenisowy świat czekał na taki moment niemal pięć lat. Amerykańska ikona po raz ostatni figurowała w czołowej dziesiątce w czerwcu 2021 roku. Teraz do tego elitarnego grona dołączyła Belinda Bencic, pisząc własny, wyjątkowy rozdział w historii kobiecego tenisa. I wiele wskazuje na to, że Szwajcarka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Przed nią Australian Open, gdzie do zdobycia będzie spora pula punktów. Niewykluczone więc, że jej rankingowa pozycja może jeszcze się poprawić.

  • Zwolińska bezlitośnie wypaliła nt. Świątek. Gorzka prawda wychodzi na jaw

    Zwolińska bezlitośnie wypaliła nt. Świątek. Gorzka prawda wychodzi na jaw

    Klaudia Zwolińska odpowiada krytykom po wygranej w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Padły mocne słowa

    Zwycięstwo Klaudii Zwolińskiej w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” wywołało ogromne emocje. Mistrzyni kajakarstwa górskiego została Sportowcem Roku, wyprzedzając m.in. Igę Świątek, co natychmiast rozpaliło dyskusję wśród kibiców. Część z nich otwarcie twierdziła, że to tenisistka powinna sięgnąć po główną nagrodę. Sama Zwolińska odniosła się do tych głosów bez owijania w bawełnę – jasno, dosadnie i z pełną świadomością realiów, w jakich funkcjonuje jej dyscyplina.

    Podczas sobotniej Gali poznaliśmy pełną listę laureatów. W najlepszej dziesiątce znaleźli się m.in. Bartosz Zmarzlik, Robert Kubica, Maria Żodzik, Robert Lewandowski, Mateusz Ponitka, Aleksandra Mirosław oraz Mikołaj Marczyk. Największe emocje wzbudziło jednak podium, na którym spotkały się trzy różne światy sportu: siatkówka, tenis i kajakarstwo górskie. Trzecie miejsce zajął Wilfredo Leon, drugie – Iga Świątek, a zwycięstwo przypadło Klaudii Zwolińskiej.

    Sama triumfatorka nie kryła zaskoczenia werdyktem. Już na scenie przyznała, że spełniło się jej dziecięce marzenie. Wspominała czasy, gdy jako mała dziewczynka oglądała Bal Mistrzów Sportu i sukcesy Justyny Kowalczyk, marząc, by kiedyś znaleźć się w tym samym miejscu. Teraz, jako mistrzyni świata w konkurencjach K-1 i C-1 oraz brązowa medalistka w crossie, sama stanęła na samym szczycie.

    Gdy opadły pierwsze emocje, Zwolińska pojawiła się w Kanale Sportowym, gdzie w spokojniejszej atmosferze została zapytana o kontrowersje wokół wyników głosowania. Nie unikała tematu porównań do Igi Świątek i wprost odniosła się do zarzutów kibiców.

    Podkreśliła, że doskonale rozumie skalę sukcesów tenisistki i nie ma wątpliwości, iż Świątek wielokrotnie jeszcze sięgnie po to wyróżnienie. Jednocześnie zwróciła uwagę na coś, co jej zdaniem jest kluczowe – znaczenie tej nagrody dla sportów niszowych.
    – Uważam, że Idze zawsze należy się takie zwycięstwo, szczególnie gdy wygrywa się Wimbledon. Ale myślę, że to, ile my możemy dobrego zrobić dla mojej dyscypliny dzięki tej nagrodzie, jest ogromne. Iga przeżyje, jeśli raz jej nie dostanie, zwłaszcza że i tak była druga – wyjaśniła.

    Zwolińska zaznaczyła, że swoją wygraną traktuje nie tylko jako osobisty sukces, ale też jako odpowiedzialność za całe środowisko kajakowe w Polsce. – Wkręciłam sobie, że odpowiadam nie tylko za slalom, ale za całą społeczność kajakową, która w naszym kraju jest naprawdę ogromna – mówiła.

    Odniosła się także do faktu, że w plebiscycie wyprzedziła wielkie nazwiska polskiego sportu. Jak podkreśliła, nie był to przypadek ani jednorazowy zryw. – To były dwa miesiące ciężkiej pracy. Śmiałam się, że prowadziłam kampanię. Chciałam, żeby Polacy w ogóle usłyszeli, co osiągnęliśmy na mistrzostwach świata. Wiedziałam, że nie startujemy z równej pozycji pod względem medialnym, ale mierzyłam bardzo wysoko – w pierwszą trójkę – i byłam tego pewna – podsumowała.

    Słowa Klaudii Zwolińskiej jasno pokazują, że jej triumf to coś więcej niż indywidualne wyróżnienie. To także sygnał, że sporty mniej obecne w mediach mogą – przy odpowiedniej determinacji i wynikach – przebić się do świadomości kibiców i stanąć w jednym szeregu z największymi gwiazdami polskiego sportu.

  • Tomasz Świątek komentuje niespodziewane drugie miejsce córki. “Powinniśmy być zadowoleni”

    Tomasz Świątek komentuje niespodziewane drugie miejsce córki. “Powinniśmy być zadowoleni”

    Choć Iga Świątek była faworytką podczas Gali Mistrzów Sportu, to ostatecznie zajęła w nim drugie miejsce. – Nie wyciągałbym zbyt daleko idących wniosków, że Iga nie jest lubiana w Polsce – komentował Tomasz Świątek tuż po odebraniu wyróżnienia.

    W 2025 roku Iga Świątek po raz pierwszy w karierze triumfowała w Wimbledonie i zrobiła to w niezapomnianym stylu. Potem miała znakomitą drugą część sezonu, ale sukcesy na korcie nie pomogły jej w odniesieniu trzeciego zwycięstwa w karierze w Plebiscycie na Najlepszego Sportowca Roku. Jedna z najlepszych tenisistek na świecie ostatecznie w głosowaniu kibiców zajęła drugie miejsce i uległa podwójnej mistrzyni świata w kajakarstwie Klaudii Zwolińskiej. Takie rozstrzygnięcie uznano za największą niespodziankę tegorocznej edycji Plebiscytu.

    – Jadąc na Galę Mistrzów Sportu, wydawało mi się, że zwycięstwo w Wimbledonie jest na tyle konkretne, że wystarczy do zwycięstwa w Plebiscycie Przeglądu Sportowego – przyznał wprost Tomasz Świątek.

    ZOBACZ WIDEO: Ma 40 lat. Była miss Polski wciąż zachwyca

    Tym razem jednak do zwycięstwa w głosowaniu fanów nie wystarczyła wysoka rozpoznawalność. To zresztą nie pierwszy taki przypadek Świątek, bo w poprzedniej edycji zajęła czwarte miejsce. Czy na wyniki Plebiscytu Przeglądu Sportowego wpływ mogły mieć nerwowe wypowiedzi podczas niektórych konferencji czy zachowanie wobec sztabu podczas meczów? Z takim postawieniem sprawy nie zgadza się jej otoczenie.

    – Nie wyciągałbym wniosków, że Iga nie jest aż tak lubiana, jak mogło się to wydawać. Myślę, że ostatecznie powinniśmy być zadowoleni z drugiego miejsca. Nie zawsze musi to być pierwsze miejsce, a ten rok faktycznie był obfity w sukcesy innych polskich zawodników. Klaudia Zwolińska naprawdę osiągnęła wielkie sukcesy. Iga oczywiście różnie reaguje na te wyróżnienia. W sobotę trochę żyła Galą Mistrzów Sportu, ale jednak przede wszystkim skupiała się na przygotowaniach do niedzielnego meczu w United Cup. Nie pomagała także różnica stref czasowych pomiędzy Polską, a Australią – dodał.

    Porażka w plebiscycie nie była jednak najgorszą wiadomością dla Świątek w ten weekend. W niedzielę przegrała z Belindą Bencić w finale United Cup. – Ja widzę jednak drobną różnicę na plus – przekonuje ojciec zawodniczki przed Australian Open.

    Co ciekawe, takie wyniki głosowania kibiców z ulgą przyjęli przedstawiciele innych dyscyplin. – Do tej pory byliśmy przyzwyczajeni, że kluczowa dla wyników Plebiscytu Przeglądu Sportowego jest popularność i rozpoznawalność sportowców. Ten rok był jednak inny, bo kluczowe rzeczywiście okazały się wyniki sportowe. Pod tym względem Klaudia Zwolińska nie miała sobie równych i zasłużenie wygrała – przyznał prezes PZLA, Sebastian Chmara. Triumf Zwolińskiej nad Świątek to zresztą nie jedyny dowód na słuszność tej tezy. W głosowaniu kibiców Robert Lewandowski został wyprzedzony przez skoczkinię wzwyż Marię Żodzik.

  • Sensacyjny transfer? To byłby hit. Decyzja należy do Igi Świątek

    Sensacyjny transfer? To byłby hit. Decyzja należy do Igi Świątek

    W jakiej formie na starciu sezonu 2026 znajduje się Iga Świątek? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, lecz trudno przypuszczać, by była to – na ten moment – najwyższa możliwa dyspozycja drugiej rakiety świata. A przynajmniej to pokazały jej ostatnie mecze na United Cup.

    Gdy jednak poprzeczka poszła zdecydowanie w górę, zaczęły się problemy. W półfinałowej batalii ze Stanami Zjednoczonymi Iga Świątek przegrała w dwóch setach z Coco Gauff (4:6, 2:6), a potem także na dystansie trzech partii z Belindą Bencic (6:3, 0:6, 3:6).

    Te mecze unaoczniły, że Iga Świątek podobnie jak w minionej kampanii wciąż ma kłopoty w starciach z wysoko notowanymi przeciwniczkami i nawet najmniejsze niepowodzenie na korcie, może całkowicie rozbić jej grę.

    Iga Świątek wzmocni swój sztab? Pojawił się zaskakujący pomysł

    Postawę Igi Świątek wzięli pod lupę w rozmowie na kanale Break Point Marek Furjan oraz Dawid Celt. Jak zauważyli, w trudnych chwilach Polka powinna umieć zareagować, zmieniając swoją grę i wprowadzając do niej nowe elementy.

    Zaznaczyli przy tym, że choć 24-latka powinna trzymać się swojego DNA, musi nieustanie rozwijać swój arsenał, a tym samym wciąż rozwijać się na drodze swojej kariery.

    Jak to osiągnąć? Tu Marek Furjan zaproponował zaskakujący pomysł, a mianowicie nowy transfer do sztabu wiceliderki rankingu WTA.

    – A może, żeby przekonać Igę do pewnych rzeczy, które trenują, żeby dodać ten jeden procent, może potrzebny jest głos zawodniczy z zewnątrz? Oglądając mecz z Bencic pomyślałem sobie – a nie mam zbyt często takich przemyśleń, mówiąc szczerze – a może by odezwać się do Andy’ego Murray’a. (…) Gdyby tego Murray’a czy tenisistę tego kalibru zaprosić do okrojonej czasowo współpracy, żeby on bazując na swoim doświadczeniu, znalazł ścieżkę do tego jednego, dwóch procent potrzebnych Idze, żeby kliknąć i pójść do góry – zaproponował.

    A Dawid Celt zgodził się z jego koncepcją.

    Nie widzę żadnych przeciwskazań – czy to będzie Murray, czy ktokolwiek inny. Przede wszystkim Iga musi sama poczuć taką potrzebę. (…) To są praktyki spotykane, więc ja nie mówię, że nie. Jeżeli Idze by to odpowiadało, jak najbardziej. Tylko musi być do tego przekonana. Musiałaby sama z taką inicjatywą wyjść, pogadać, porozmawiać z Wimem. I jeżeli ona by tego chciała, myślę że to byłby żadne problem

    A przy tym sam przedstawił innego kandydata, który mógłby pomóc Idze Świątek, a mianowicie jej wielkiego idola – Rafaela Nadala.

    – Z Rafą nawet mogłaby się dogadać, gdzieś zaprosić, pojechać na jakiś turniej, pojechać do niego, potrenować. Ma taką pozycję, że nie jest to niemożliwe. Nie mówię, że byłoby to możliwe, ale myślę, że nie jest to niemożliwe i w jej przypadku nawet powiedziałbym, że realne – stwierdził Dawid Celt.

    Iga Świątek: Z tego jestem najbardziej zadowolona. WIDEOPolsat SportPolsat Sport
    Kobieta siedząca przy stole podczas konferencji prasowej, trzymająca mikrofon, w tle logo WTA Tour oraz BNP Paribas, sportowe ubranie

    Iga Świątek AFP
    Młoda kobieta z krótkimi, falowanymi włosami, ubrana w jasny garnitur i niebieską koszulę, patrzy w bok z delikatnym uśmiechem. W tle znajduje się niebieski, abstrakcyjny wzór.

    Iga ŚwiątekPIOTR GRZYBOWSKI/AGENCJA SE/East NewsEast News

  • Dwa razy 0:7 Świątek. A nie to bolało najmocniej. Celt wyjaśnił łzy Igi

    Dwa razy 0:7 Świątek. A nie to bolało najmocniej. Celt wyjaśnił łzy Igi

    United Cup już za nami, Polska pierwszy raz z trofeum za zwycięstwo, a mimo wszystko w tenisowym środowisku jest duża niepewność przed Australian Open. Z jednej strony radość, że Hubert Hurkacz tak szybko znalazł się w świetnej dyspozycji po blisko 7-miesięcznej przerwie, spowodowanej kontuzją oraz artroskopią kolana. A z drugiej – kolejnymi dwoma porażkami Igi Świątek z zawodniczkami ze ścisłej światowej czołówki.

    Bo te porażki mogą budzić niepokój, tak jak niepokój budziły niektóre spotkania w poprzednim sezonie. Tym absolutnie wyjątkowym, bo przecież nikt chyba nie zakładał, że Polka może zdobyć tytuł na Wimbledonie kosztem tego na French Open. Ale były też słabsze chwile, zwłaszcza w starciach z rywalkami ze ścisłej czołówki. I wysoko przegrane sety czy mecze, m.in. 0:6 z Madison Keys, Aryną Sabalenką, Emmą Navarro czy Jeleną Rybakiną.

    Z Kazaszką Iga akurat wygrała cztery raz z rzędu, ale to ich ostatnie rankingowe starcie w Rijadzie padło łupem Rybakiny. Mimo że Iga, po kapitalnej grze, wygrała pierwszą partię. A na końcu przegrała dziewięć gemów pod rząd. I takie słabsze momenty miała też i teraz w Sydney. Tak w spotkaniach z Coco Gauff, jak i z Belindą Bencic, była gorsza w siedmiu kolejnych gemach. To one decydowały o porażkach.

    Najdziwniejsza była jednak sytuacja z trzeciego spotkania, w ćwierćfinale z Australią. Iga prowadziła z Mayą Joint 2:1, właśnie ją przełamała. Usiadła na ławce, rozpłakała się. I nie było wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Czy coś się stało? Raczej nie, bo wróciła na kort i rozbiła rywalkę. Właśnie do tej sytuacji, ale też i przegranych meczów, wrócili w programie Break Point red. Marek Furjan oraz kapitan reprezentacji Polski w BJK Cup Dawid Celt.

    Dlaczego Iga Świątek płakała podczas meczu z Australijką? Jest coś, czego Iga Świątek jeszcze nie znalazła

    Obaj podkreślali, że Iga wciąż ma ten sam problem – gdy pojawiają się turbulencje, a rywalki są w stanie wytrzymać tempo gry Polki, Iga stara się jeszcze bardziej zwiększyć siłę. I wpada w pułapkę, zaczyna popełniać błędy. – To jest niepokojące, że nie potrafi zawrócić. Na razie nie znalazła odpowiedzi. Bardzo dużo jest u niej napięcia i z każdym kolejnym rokiem będzie coraz trudniej. Może to się zmienić, nie mówię, że tak się nie stanie. Ale zasięg jest coraz krótszy. Z Rybakiną czy Bencic był dobry set, z Gauff powrót z 1:4 do 4:4 – mówił Celt.

    Iga Świątek po wygraniu United Cup: Do trzech razy sztukaPolsat Sport

    Jego zdaniem Iga płaci cenę za lata stresu, napięcia i oczekiwań względem jej osoby. A być może jej samej względem siebie. – Ma tenis obarczony dużą energetyką. Wszystko robi na maksa, głowa musi być w to mocno zaangażowana – opowiadał mąż Agnieszki Radwańskiej w “Break Poincie”. I zaznaczył, że liczył na odpoczynek między starym sezonem a nowym, a tymczasem napięcie wróciło. – Przykładem jest ten moment ze spotkania z Mayą Joint.

    Ludzie pisali dziwne scenariusze, o możliwej kontuzji. A moim zdaniem zeszło z niej po prostu przedmeczowe napięcie, ogólny stres. Właśnie po tym trzecim gemie

    – mówił kapitan polskiej drużyny kobiecej. A on miał dość często kontakt z Igą w podobnych sytuacjach na meczach Biało-Czerwonych.

    Tu wtrącił się Marek Furjan – i z jego zdaniem zgodzi się zapewne wiele osób. Bo dla ludzi spoza świata zawodowego sportu takie zachowanie jest co najmniej dziwne. – Jako niesportowiec nie umiem tego zrozumieć. Patrzę jako widz na tenisistki i nie widzę takich reakcji u innych. Inaczej reagują, Sabalenka rzuci rakietą, przeklnie… – mówił Furjan, a tu nagle wtrącił się Celt: – Walnie drina.

    Furjan kontynuował opowiadanie, jak to widzi ze swojej perspektywy: – Takie reakcje nie zdarzają się innym, a przecież też jest ciężar, presja, punkty, pieniądze. Czy to, Dawid, kwestia indywidualna? Nie widziałem, by przy prowadzeniu 2:1 Alcaraz czy Sinner zachowywali się podobnie, to jednak nie jest 0:3. A tu czołowy tenisista świata dobrze wchodzi w mecz i jest taka sytuacja – mówił.
    Iga Świątek i kapitan reprezentacji Polski – Dawid Celt

    Iga Świątek i kapitan reprezentacji Polski – Dawid CeltFoto Olimpik / NurPhoto / NurPhoto via AFPAFP

    Celt: – Myślę, że tu nie chodzi o Mayę Joint. To jest ogólne napięcie u Igi. Nowy sezon, Australia, ale z całym szacunkiem dla Mayi: Iga podeszła do tego, że musi wygrać, bo narzuciła sobie ciężar za całą drużynę, odpowiedzialność za zespół. To nie jest nic złego. Częściej zdarza się, że zawodnicy rozładowują te emocje rzucając rakietami czy wyzywając w kierunku zespołu. Idze to się zdarza rzadko, ale zdarza. Nic nadzwyczajnego – uspokajał kapitan polskiej kadry.

    I zaznaczał, że “Iga taka po prostu jest”. – Wiele razy rozmawiałem z osobami z jej otoczenia ws. tego napięcia, znalezienie balansu. I dostawałem odpowiedź, że ona nie umie inaczej. Bo robi wszystko na 110 procent. A gdyby robiła inaczej, to pewnie by tego nie osiągnęła.

    Celt zakończył wątek tak: – To dało jej sławę, splendor, ale niesie ogromny koszt. I teraz cały ambaras polega na tym, że musi znaleźć więcej balansu. By wydłużyć swoje dobre granie.

    W środę Igę znów zobaczymy w akcji – w pokazowym turnieju “1 Point Slam” na Rod Laver Arenie. A od niedzieli zaczną się już zmagania związane z Australian Open.
    Iga Świątek

    Iga ŚwiątekRex Features/East NewsEast News
    Mężczyzna w białej sportowej kurtce z napisem ‘Polska’ na plecach, stojący bokiem na tle rozmytej flagi Polski oraz napisu ‘POL’, sugerujących oficjalną reprezentację kraju.

    Dawid CeltANDRZEJ IWANCZUK/REPORTEREast News

  • Ledwo zaczął się sezon, a tu takie wieści ws. Hurkacza

    Ledwo zaczął się sezon, a tu takie wieści ws. Hurkacza

    W poprzednim roku Hubert Hurkacz zmagał się z poważnymi problemami ze zdrowiem. Nasz najlepszy tenisista ostatnich lat na początku lipca przeszedł artroskopię kolana. Operacja zakończyła dla niego sezon 2025. Hurkacz wrócił wraz z początkiem bieżącego roku, reprezentując Polskę w turnieju United Cup.

    Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. “Mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną”
    Hurkacz błyszczał w turnieju United Cup

    Wydaje się, że po kontuzji nie ma już śladu. Hubert Hurkacz był ważnym punktem polskiego zespołu w trakcie United Cup. Szczególne wrażenie robią mecze Polaka z zawodnikami światowej czołówki. Nasz reprezentant pokonał takich zawodników jak Taylor Fritz czy Alexander Zverev. Po wyrównanym meczu przegrał z Australijczykiem Alexem De Minaurem. To była jedyna porażka Hurkacza w tej imprezie. Nie przeszkodziła jednak w tym, aby 11 stycznia wspólnie z całym polskim zespołem wygrać pierwszy w historii naszego kraju United Cup.
    W tej statystyce błyszczy Hurkacz. Co za liczby

    Od lat znakiem firmowym Huberta Hurkacza jest serwis. Polak ma blisko dwa metry wzrostu, dysponuje też niesamowitym zasięgiem. To wszystko sprawia, że rywale mają ogromny problem z jego podaniem. Nic się nie zmieniło po powrocie naszego tenisisty po kontuzji. W pierwszych dniach 2026 roku może się pochwalić największą liczbą asów na całym świecie.

    Zobacz też: Ależ demolka w meczu Polki w Australian Open. 67 minut i koniec

    Chris Goldsmith, autor tenisowego podcastu “The Tennis Talker”, podał na portalu X, że nasz zawodnik zanotował od początku roku aż 95 asów serwisowych i jest najlepszy pod tym względem!
    Przed Hurkaczem Australian Open

    Teraz Huberta Hurkacza czeka pierwszy po przerwie wielkoszlemowy turniej. Obecnie trwają kwalifikacje do głównej imprezy. Dotychczasowym największym sukcesem Polaka w Australian Open jest ćwierćfinał w 2024 roku. Dobra forma Hurkacza w United Cup daje nadzieję, że Polak poprawi ten rezultat.

  • Burza wokół Świątek i Zwolińskiej, a tu taki wpis Igi. Jedno zdanie

    Burza wokół Świątek i Zwolińskiej, a tu taki wpis Igi. Jedno zdanie

    Statuetka dla Sportowca Roku w Plebiscycie “Przeglądu Sportowego” w tym roku powędrowała w ręce Klaudii Zwolińskiej, która wkrótce potem wywołała do tablicy drugą w tym zestawieniu Igę Świątek, sugerując, że tenisistka nie powinna się martwić, gdyż jeszcze nie raz odbierze tę nagrodę. Komentarz kajakarki nie wszystkim przypadł do gustu – w sieci pojawiło się wiele ostrych komentarzy. Tymczasem po Gali Mistrzów Sportu głos zabrała wiceliderka rankingu WTA, która zwróciła się do kibiców i pozostałych sportowców.
    Dwie młode kobiety, po lewej jedna w błyszczącej sukni trzyma statuetkę, po prawej kobieta w czarnej sukience z odkrytymi ramionami na tle grupy ludzi.

    Iga Świątek zabrała głos po Gali Mistrzów SportuTim Clayton/Corbis via Getty Images/Getty Images, Mateusz BialczykAgencja FORUM

    W miniony weekend poznaliśmy laureatkę w kategorii Sportowiec Roku w Plebiscycie “Przeglądu Sportowego”. Statuetkę tym razem odebrała Klaudia Zwolińska, która w ubiegłym roku zachwycała na arenie międzynarodowej. W październiku 2025 podczas mistrzostw świata w australijskim Penrith sięgnęła po trzy medale, dwa złote w slalomach C1 i K-1 oraz brązowy w konkurencji cross. Tym samym przeszła do historii jako pierwsza zawodniczka, która na jednych mistrzostwach zdobyła medale w trzech różnych konkurencjach. Tytuł Sportowca Roku był więc w pełni zasłużony.

    Nie wszyscy jednak podzielali to zdanie. Po wygranej Zwolińskiej w mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo komentarzy sugerujących, że tytuł ten bardziej należał się Idze Świątek, która jako pierwsza Polka sięgnęła po zwycięstwo na wimbledońskich kortach w grze pojedynczej. Kajakarka nie powstrzymała się od komentarza.

    Słowa Zwolińskiej, choć z pewnością nie miały być “przytykiem” w stronę Świątek, nie wszystkim przypadły do gustu. Pojawiły się komentarze internautów sugerujące, że kajakarka “powinna popracować nad swoim ego i przykuwać większą uwagę do wypowiadanych przez nią słów”.

    Po raz pierwszy w historii! Polska wygrała United Cup!Polsat Sport

    Iga Świątek przemówiła po Gali Mistrzów Sportu. Króciutko

    Teraz głos po Gali Mistrzów Sportu postanowiła zabrać Iga Świątek. Wiceliderka światowego rankingu zamieściła na Insta Stories jedno, niezwykle ważne zdanie i dała do zrozumienia kibicom, że jest zadowolona z drugiego miejsca i cieszy się sukcesami innych. Kluczowe dla niej jest bowiem to, że każdy z wyróżnionych sportowców robi to, co najważniejsze – godnie reprezentuje swój kraj.

    “Bardzo dziękuję za wszystkie głosy i ogromne gratuluję wszystkim wyróżnionym” – ogłosiła.
    Trzy kobiety stoją na podium z nagrodami, od lewej druga i trzecia miejsce, w centrum zwyciężczyni z uniesionymi rękami, w tle złote barwy, napisy gratulacyjne oraz logo plebiscytu 100-lecia Przeglądu Sportowego.

    Iga Świątek przemówiła po Gali Mistrzów SportuInstagram/iga.swiatekmateriał zewnętrzny
    Kajakarz w trakcie dynamicznego spływu przez gwałtowne fale na rzece, skupiony na sterowaniu, kajak oznaczony polskimi barwami narodowymi, intensywna akcja i bryzgi wody wokół.

    Klaudia ZwolińskaRafał Oleksiewiczmateriały prasowe
    Klaudia Zwolińska

    Klaudia ZwolińskaAKPA AKPA
    Tenisistka w sportowym stroju i czapeczce z daszkiem z wyciągniętymi ramionami, z intensywnym wyrazem twarzy. W tle rozmyta publiczność na trybunach.

    Iga ŚwiątekMATTHEW STOCKMAN / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFP / ELSA / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFPAFP

  • A jednak, Świątek podjęła decyzję ws. WOŚP. To oficjalne, Owsiak już wie

    A jednak, Świątek podjęła decyzję ws. WOŚP. To oficjalne, Owsiak już wie

    Przez długi czas nie było informacji o wsparciu Igi Świątek dla tegorocznej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. A jednak, teraz wszystko już jasne. Oficjalnie ogłoszono, że tenisistka podjęła kluczową decyzję i przekazała na licytację dwa unikalne przedmioty. Poinformowano o tym Jerzego Owsiaka oraz cały sztab WOŚP.
    Dwie wyraźnie widoczne osoby w zestawieniu portretowym, mężczyzna w kolorowych okularach i czarnej koszulce z nadrukiem oraz kobieta w eleganckim, szarym golfie, oboje zwróceni w stronę aparatu, z neutralnymi wyrazami twarzy.

    Jerzy Owsiak, Iga ŚwiątekMarek Lapis / Forum/AFP JastrzebowskiAgencja FORUM

    Pozostały niespełna dwa tygodnie do 34. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Trwają licytacje, za pośrednictwem których można wspomóc charytatywną akcję firmowaną twarzą i nazwiskiem Jerzego Owsiaka. Ze wsparciem spieszą także przedstawiciele świata sportu. Jeremy Sochan przekazał na aukcję 45-minutową kolację online ze sobą, Mikołaj Marczyk zaoferował przejazd rajdówką w swoim towarzystwie, a Roman Biliński podarował kombinezon rajdowy. Hitem może być również wspólny bieg na Giewont z Justyną Kowalczyk-Tekieli. A to nie wszystko. Do akcji wkracza bowiem Iga Świątek.

    Oto co Iga Świątek przekazała na WOŚP. Czegoś takiego jeszcze nie było

    Już wszystko jasne. Wiadomo, co w tym roku będą mieli okazję wylicytować fani Igi Świątek, którzy zechcą wesprzeć WOŚP. Na aukcję trafiły rakieta i ręcznik z Wimbledonu 2025.

    “Wyjątkowa gratka dla fanów tenisa i sportowych emocji! Na aukcję WOŚP trafia rakieta, którą Iga Świątek wygrała historyczny Wimbledon 2025, opatrzona jej własnoręcznym podpisem oraz oryginalny ręcznik z tego legendarnego turnieju” – czytamy w opisie aukcji.

    To autentyczne pamiątki związane z jednym z największych sukcesów w historii polskiego sportu. Niepowtarzalna okazja, by stać się właścicielem fragmentu tenisowej historii i jednocześnie wesprzeć szczytny cel

    Takiego przedmiotu na licytacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy jeszcze nie było. I rakieta i ręcznik z Wimbledonu wiążą się z niezapomnianymi wspomnieniami nie tylko dla Igi, lecz także dla jej kibiców. Mają też swoją historię. Wszak media z całego świata rozpisywały się w wakacje o tym, jak Świątek “podkradała” wimbledońskie ręczniki, a nagrania to dokumentujące szybko stawały się hitem sieci.

    Sama tenisistka podkreślała, że właśnie ręczniki z londyńskiego Wielkiego Szlema mają dla niej wartość sentymentalną i że lubi przywozić kilka z nich do domu. “Szczerze mówiąc, myślę, że za jakieś 30 lat to będzie najlepsza możliwa pamiątka” – opowiadała w wywiadzie. Teraz istnieje unikalna szansa, by taki przedmiot mieć u siebie.

    Przy okazji poprzednich edycji WOŚP można było wylicytować rakietę i piłkę z French Open, rakietę z zawodów w Rzymie oraz prywatny trening, rakietę z Roland Garros wraz z zaproszeniem na mecz Świątek w pierwszej rundzie we French Open w Paryżu w 2023 roku oraz spotkanie w kuluarach, elegancką suknię z sesji na WTA Finals w Cancun, a także zestaw klocków i rakietę z sezonu 2024.

    Iga Świątek po wygraniu United Cup: Do trzech razy sztukaPolsat Sport
    Tenisistka w białym stroju i czapce zaciska pięści, wyraża silne emocje i radość po udanym zagraniu, siedząc na korcie tenisowym.

    Iga Świątek wygrała Wimbledon 2025DAISUKE URAKAMIAFP
    Tenisistka w białym stroju wykonuje dynamiczne uderzenie na korcie trawiastym, w tle widownia oraz elementy stadionu.

    Iga Świątek w trakcie Wimbledonu 2025Kirill KudryavtsevAFP
    Jerzy Owsiak

    Jerzy OwsiakLukasz Gdak/East NewsEast News

  • Lewandowski wśród największych tego świata. Niebywały wyczyn Polaka

    Lewandowski wśród największych tego świata. Niebywały wyczyn Polaka

    Tom King nie ma grosza przy duszy. By wykarmić rodzinę, musi wygrać ostatnią walkę, do której nie jest optymalnie przygotowany. W starciu z Sandelem, siłą młodości, może bazować tylko na wieloletnim doświadczeniu. Opowiadanie “Befsztyk” Jacka Londona, choć dotyczy boksu, to idealny przewodnik dla wszystkich nieodwracalnie dojrzałych sportowców. King daje rywalowi się wyszaleć. Wykorzystuje każdą sekundę, by odpoczywać, nie pozwalając na to przeciwnikowi. Gdy runda ma się ku końcowi, kieruje pojedynek do własnego narożnika, by momentalnie przycupnąć, zmuszając Sandela do marszu po przekątnej ringu. Z uśpienia budzi się jedynie na ułamki sekund, by zadawać potężne ciosy, a potem zbierać energię na kolejne.

    Zobacz wideo Lewandowski, Świątek, Zmarzlik? Klaudia Zwolińska: To dla mnie szokujące!

    Obserwowanie uczestnictwa Roberta Lewandowskiego w rywalizacji na najwyższym światowym poziomie zaczyna dostarczać tego właśnie rodzaju przyjemności. Mecz z Realem Madryt w finale Superpucharu Hiszpanii, w którym Hansi Flick pozwolił weteranowi wystąpić od pierwszej minuty, był pokazem kunsztu ergonomii ruchów. Nie sposób przeoczyć, jak różni się dziś gra Polaka od prezentowanej przez Erlinga Haalanda, który w świecie napastników byłby dziś odpowiednikiem londonowskiego Sandela. Albo Harry’ego Kane’a, który oprócz strzelania goli czasem wślizgami przerywa ataki rywali przy własnym polu karnym.
    Robert Lewandowski. Klasyczny lis

    Zawodników tak grających określa się zwykle lisami pola karnego, co wskazuje zarówno na ich spryt, jak i terytorium, w którym operują. Czasem, jak w przypadku Emiliano Butragueno, skojarzenie wędruje w kierunku sępa, padlinożercy, który sam nie upoluje, ale i tak się naje. Lewandowski miewał w karierze różne fazy. Poszczególni trenerzy, od Franciszka Smudy, przez Juergena Kloppa i Pepa Guardiolę, po Paulo Sousę, wykorzystywali jego umiejętności techniczne, grę tyłem do bramki, także poza polem karnym, co upodabniało go w pewnym stopniu do dzisiejszego Kane’a. Ale obecny Lewandowski to Filippo Inzaghi albo Ruud Van Nistelrooy trzeciej dekady XXI wieku. Zawodnik, którego obecność na boisku uzasadniają głównie gole.

    Poprzednie wielkie drużyny Barcelony kogoś takiego nie miały. W tej największej, Guardiolowej, ofensywny tercet tworzyli Thierry Henry, Samuel Eto’o i Lionel Messi. Oprócz tego, że wybitni strzelcy, to jeszcze dryblerzy i kreatywni rozgrywający. W ostatniej, która zdobyła Ligę Mistrzów, z trenerem Luisem Enrique, przedni trójząb stanowili, obok Messiego, Neymar i Luis Suarez. Czyli podobne typy piłkarzy. Nawet jeśli Urugwajczyk był arcywydajnym źródłem goli, raczej nie zwykł znikać na długie minuty. Lewandowski we wciąż bardzo ekspansywnym stylu gry Barcelony bardziej się pojawia, niż jest.
    Mało kontaktów, dużo strzałów

    Dobrze było to widać w rozgrywanym w niedzielę w Arabii Saudyjskiej El Clasico. Kiedy Frenkie De Jong lub któryś z obrońców Barcelony zagrywali dłuższe podania za plecy obrońców Realu, ruszali do nich Fermin Lopez i Pedri, środkowi pomocnicy. Zadaniem Lewandowskiego w tego typu schematach było wyciąganie za sobą stoperów rywala poprzez ruch w stronę… własnej bramki. Zagrania, za które można było go chwalić, zwykle opierały się na jednym mądrym dotknięciu piłki. Podaniu w ciemno na skrzydło do Lamine’a Yamala, mimo ścisłego krycia ze strony obrońcy. Zgrania na ścianę do któregoś z partnerów. Z 661 podań wymienionych przez graczy Barcelony w niedzielny wieczór, do Lewandowskiego należało osiem. Do przeszło 800 kontaktów z piłką, jakie zanotowali gracze Flicka, Polak dołożył tylko 20. Jednocześnie jednak aż osiem z nich w polu karnym rywala, a cztery zakończone strzałami. Co oznacza, że aż 20 proc. wszystkich kontaktów z piłką Lewandowskiego było uderzeniami na bramkę. To bardzo wysoki odsetek. Polak w budowaniu akcji uczestniczył tylko marginalnie, ale w ich wykańczaniu był jak najbardziej widoczny. Niemiecki trener ogranicza aktywność Lewandowskiego do tego, co Polak potrafi absolutnie najlepiej.

    Tak jak King w pojedynku u Londona przebłyski młodości i wigoru zostawiał sobie na szczególne momenty, tak u Lewandowskiego cudownie było to widać przy golu strzelonym w szalonej końcówce pierwszej połowy. Po mistrzowsku wbiegł w lukę między obrońcami, dobrym ruchem prosząc Pedriego o podanie. Gdyby czepiać się szczegółów, można uznać, że przyjęcie nie było idealne, ale nadrobił je dwoma dynamicznymi krokami tak, by jeszcze zdołać dziubnąć piłkę nad wychodzącym bramkarzem. Zlokalizowanie dziury w obronie, sprint, dwa kontakty, gol. Panie trenerze, melduję wykonanie zadania.
    Robert Lewandowski. W szesnastce albo nigdzie

    W trwającym sezonie zmienia się rola Lewandowskiego na boisku, ale też w drużynie. Napastnikiem pierwszego wyboru już tylko bywa. Młodszy Ferran Torres również strzela sporo, ale można go lepiej wykorzystać w grze kombinacyjnej oraz w pracy bez piłki. Nie spada jednak skuteczność Lewandowskiego. A jego umiejętność dochodzenia do sytuacji wzbija się wręcz na niewidziane dotąd poziomy. W meczu o Superpuchar Hiszpanii zmierzono mu jakość okazji wartych “jednego gola oczekiwanego” i dokładnie tyle strzelił. W całym sezonie ligowym doszedł do szans wycenianych przez algorytmy na dziewięć bramek i tyle właśnie ma. Od sierpnia w meczach La Liga oddał tylko trzy strzały spoza pola karnego, z czego dwa zostały zablokowane. Barcelona potrzebuje Lewandowskiego w szesnastce rywali. Tam stwarza mu dogodne okazje. A on ich nie marnuje.

    Kiedy przeszło dekadę temu zaczęło się w futbolu przebijać do powszechnej świadomości pojęcie goli oczekiwanych, sugerujące, by na mecze patrzeć nie przez pryzmat bramek, które rzeczywiście padły, lecz jakości stworzonych sytuacji, najbardziej obrazoburczy wniosek zwolenników tej statystyki mówił, że między zawodnikami, nawet tymi z najwyższego poziomu, nie ma wielkiej różnicy w samej jakości wykończenia. Innymi słowy, większą sztuką jest znalezienie się w dogodnej sytuacji niż jej wykorzystanie. Kto regularnie dochodzi do dobrych szans, będzie strzelał gole. Kogo partnerzy nie znajdują piłką w dogodnych miejscach, nie będzie strzelał, choćby nie wiem, jak był dobry. Dało to oręż trenerom, którzy od zawsze próbowali przekonywać, że ich drużyny grały dobrze, a zabrakło im tylko goli.
    Robert Lewandowski w Barcelonie. Prosty układ

    Po ponad dekadzie skrupulatnego prowadzenia tego rodzaju statystyk przez wyspecjalizowane serwisy statystyczne, można uznać Lewandowskiego za modelowy przykład. Świat futbolu urodził w tym czasie kilka postaci wyraźnie “ogrywających” własne modele statystyczne. Kylian Mbappe strzelił w karierze ligowej 28 goli więcej niż “powinien”. Lionel Messi do momentu wyjazdu z Europy 33. Kane nawet 38. Ale już Haaland, uznawany za maszynę do strzelania goli, wyprzedza własny model tylko o dziesięć trafień, a Cristiano Ronaldo, czołowy strzelec w historii futbolu, o pięć. Podobnie Alexander Isak, którego Liverpool uczynił w lecie najdroższym klasycznym napastnikiem w historii futbolu, strzelił dotąd w karierze pięć goli mniej niż wskazywałaby na to jakość sytuacji, w których się znajdował. Żeby była jasność: to wciąż wybitny wynik. Obiegowa prawda głosiła przez lata, że napastnik, który wykorzystuje nawet połowę dobrych okazji, już jest bardzo dobry. Tacy, którzy w dłuższym okresie strzelają tyle goli, ile mają okazji, są warci po sto milionów euro.

    Lewandowskiego nikt już na takie worki pieniędzy nie wycenia, a on sam walczy o nowy kontrakt w Barcelonie, czyli utrzymanie się na najwyższym europejskim szczeblu. Co najbardziej będzie przemawiało za tym, by z niego nie rezygnować, to właśnie długofalowa, a więc nieprzypadkowa wydajność. Odkąd portal Understat.com prowadzi pomiary, czyli od sezonu 2014/2015, Lewandowski strzelił w krajowych ligach 316 goli. A według modelu goli oczekiwanych doszedł w tym czasie do sytuacji wartych 320 trafień. Inaczej mówiąc, wykorzystał 98,7 proc. nadarzających się szans. Jak mówił Jan Urban na pierwszej konferencji prasowej w roli selekcjonera reprezentacji Polski, jeśli będzie się stwarzać sytuacje Robertowi Lewandowskiemu, on będzie strzelał gole. To było jasne postawienie oczekiwań: Lewandowski nie ma ciągnąć całej drużyny, nie ma jej nieść na barkach. Ona ma mu dać sytuacje, on jej gole. Dokładnie taki układ wzorcowo funkcjonuje w Barcelonie Flicka.
    Książkowa wydajność Lewandowskiego

    Szczególnie widać to w statystyce goli oczekiwanych na 90 minut, biorącej pod uwagę czas rzeczywiście spędzony przez zawodników na boisku. Lewandowski w tym sezonie ma fenomenalny wynik 1,19. Czyli do sytuacji, która według algorytmów powinna zakończyć się golem, dochodzi średnio co 75 minut. Takiego wyniku nie miał w żadnym sezonie w karierze. Nawet w tym zakończonym 41 golami w Bundeslidze, co oczywiście wynika także z tego, że wówczas zawsze grał pełne mecze. A że, jak już wiemy, nie ma problemów z wykańczaniem okazji – teraz, grając niewiele, strzela wiele. Spośród zawodników La Liga, którzy spędzili na boisku ponad 200 minut, Lewandowski jest pod tym względem najlepszy. Korzysta z tego, że gra w stwarzającej mnóstwo sytuacji Barcelonie. Ale i Barcelona korzysta z prostego układu, w którym Lewandowski w dogodnej okazji oznacza gola. Sam Polak, znając jego ambicje, pewnie chętnie grałby więcej. Patrząc chłodno, wydaje się, że nie mogło mu się trafić nic lepszego niż Flick zarządzający jesienią jego kariery.

    W opowiadaniu Londona, mimo godnego podziwu kunsztu weterana, King przegrywa, bo w decydującym momencie jego ciosowi brakuje siły. Wścieka się, że to przez befsztyk, którego nie zjadł przed walką. Nie miał przecież pieniędzy, by optymalnie się przygotować. A że Robertowi Lewandowskiego optymalnych przygotowań nie brakuje, może czerpać garściami z mądrości zebranego przez lata doświadczenia. Dzięki temu w 2026 roku wciąż pasuje do towarzystwa Yamali i Bellinghamów tego świata. Nawet jeśli jego kunszt przejawia się już zupełnie inaczej.