• Kuriozum w Australii. Triumf Świątek w 16 sekund. Na stole milion dolarów

    Kuriozum w Australii. Triumf Świątek w 16 sekund. Na stole milion dolarów

    W środę na Rod Laver Arenie – głównym korcie Australian Open w Melbourne – rozegrano pokazowy turniej „1 Point Slam”, w którym udział wzięła Iga Świątek. Polka rozpoczęła rywalizację od drugiej rundy i trafiła na Flavio Cobollego. Sam mecz trwał zaledwie 16 sekund i zakończył się zwycięstwem 24-latki, jednak spore zainteresowanie wzbudziło również to, co wydarzyło się jeszcze przed pierwszym i jedynym punktem spotkania. Doszło bowiem do kuriozalnej, a zarazem zabawnej sytuacji związanej z wyborem serwującego.

    Organizatorzy Australian Open, na kilka dni przed oficjalnym startem wielkoszlemowej rywalizacji, przygotowali dla kibiców tenisową atrakcję w postaci turnieju „1 Point Slam”, który po raz pierwszy zaprezentowano już w ubiegłym roku. Tegoroczna edycja przeszła jednak kilka istotnych zmian. Zasada pozostała niezmienna – każdy mecz rozgrywany jest do jednego punktu – ale połowę stawki uczestników stanowią amatorzy. Zwiększono również liczbę zawodników do 48, a pula nagród urosła do imponującego miliona dolarów.

    Na liście startowej nie mogło zabraknąć Igi Świątek. Druga rakieta świata wśród kobiet rozpoczęła zmagania od drugiej rundy, w której zmierzyła się z Flavio Cobollim, aktualnie 22. zawodnikiem rankingu ATP. Tuż przed wyjściem na kort Polka nie kryła emocji.

    – Pełne trybuny na „1 Point Slam”? Szczerze mówiąc, to wygląda niesamowicie. Jestem bardzo podekscytowana, że tu jestem. To świetny start turnieju – mówiła Świątek przed rozpoczęciem rywalizacji.

    O tym, kto rozpocznie jedyną wymianę serwisem, tradycyjnie miała zdecydować gra w „papier, kamień, nożyce”. Właśnie wtedy doszło do zabawnej sceny. Iga Świątek i Flavio Cobolli zupełnie nie mogli się zgrać – najpierw Polka była spóźniona z ruchem, potem oboje nie nadążali za tempem narzuconym przez sędziego. Dopiero przy trzeciej próbie udało się rozstrzygnąć pojedynek, który wygrał Włoch. Ku zaskoczeniu wielu kibiców Cobolli zdecydował się jednak na return.

    Świątek serwowała na jego bekhendową stronę. W trakcie krótkiej, ale intensywnej wymiany Włoch biegał za jej zagraniami wzdłuż linii końcowej, próbując utrzymać się w akcji. Gdy wydawało się, że ma sytuację pod kontrolą, nie zdołał przebić jednego z uderzeń Polki. Punkt – a zarazem cały mecz – padł łupem 24-latki. Całe starcie zamknęło się w 16 sekundach.

    – Nie wiem, co się stało. Po prostu w to poszłam. Chciałam, żeby jak najwięcej biegał – mówiła po zwycięstwie uśmiechnięta Iga Świątek.

    Polka tym samym udanie rozpoczęła swój udział w „1 Point Slam”, dając kibicom zarówno sportowe emocje, jak i sporą dawkę rozrywki jeszcze przed oficjalnym startem Australian Open.

    https://x.com/Eurosport_PL/status/2011372643149373734?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2011372643149373734%7Ctwgr%5Ea156b93f5d53ad641162337f278b24fbc34bbb1d%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Figa-swiatek%2Fnews-kuriozum-w-australii-triumf-swiatek-w-16-sekund-na-stole-milnId22508716

  • Świątek już po starciu z Sabalenką na Rod Laver Arena. 60 minut walki na korcie

    Świątek już po starciu z Sabalenką na Rod Laver Arena. 60 minut walki na korcie

    Australian Open to kluczowy punkt styczniowego kalendarza tenisowego i pierwszy wielkoszlemowy sprawdzian w nowym sezonie. Nic więc dziwnego, że czołowi zawodnicy i zawodniczki dokładają wszelkich starań, by właśnie na ten turniej osiągnąć optymalną formę. Do Melbourne dotarła już Iga Świątek, która przed rokiem była o krok od awansu do finału. Teraz z pewnością liczy na jeszcze lepszy rezultat. W środę raszynianka miała okazję przetestować swoją dyspozycję w wyjątkowych warunkach – podczas treningu z Aryną Sabalenką na Rod Laver Arena.

    Początek sezonu 2026 w wykonaniu Świątek można określić jako słodko-gorzki. Ogromnym powodem do radości był triumf reprezentacji Polski w United Cup. Jak sama tenisistka podkreślała, na taki sukces pracowała przez lata, a wcześniej niewiele brakowało, by sięgnąć po końcowe zwycięstwo. Po dwóch przegranych finałach tym razem „Biało-Czerwoni” dopięli swego i w decydującym meczu pokonali Szwajcarię 2:1.

    Z drugiej strony pewien niepokój mogły budzić fragmenty spotkań Świątek z Coco Gauff oraz Belindą Bencic. W obu pojedynkach wiceliderka rankingu WTA notowała serie aż siedmiu przegranych gemów z rzędu, co znacząco komplikowało jej sytuację. O ile w starciu z Amerykanką udało się w ostatniej chwili uniknąć seta przegranego do zera, o tyle mistrzyni olimpijska z Tokio zdołała już taką partię wygrać. To sygnał, że przed startem Australian Open Polka wciąż ma elementy do poprawy. Główna część turnieju rusza w niedzielę, 18 stycznia.

    Po zakończeniu rywalizacji w Sydney Świątek przeniosła się do Melbourne. Wtorek był jeszcze dniem odpoczynku, natomiast w środę rozpoczęła pierwsze treningi na kortach Australian Open. Najpierw pojawiła się na obiekcie numer 22, gdzie odbyła standardową rozgrzewkę. Zajęcia obserwowało wielu kibiców, a frekwencja – jak co roku – robiła wrażenie.

    Kulminacyjnym punktem dnia był jednak trening na głównym obiekcie turnieju. Po godzinie 1:30 czasu polskiego raszynianka wyszła na Rod Laver Arena, by przez godzinę trenować z Aryną Sabalenką. To nie pierwszy raz, gdy dwie najwyżej notowane tenisistki świata decydują się na wspólne zajęcia podczas turnieju wielkoszlemowego – podobna sytuacja miała miejsce choćby przed ubiegłorocznym Roland Garros.

    Po krótkiej rozgrzewce obie zawodniczki przystąpiły do intensywnych wymian. Tempo i jakość gry stały na bardzo wysokim poziomie, a żadna z nich nie zamierzała odpuszczać. W jednej z akcji to Sabalenka zagrała krótszą piłkę, zmuszając Świątek do podejścia pod siatkę i dynamicznego zakończenia wymiany.

    Trening z Białorusinką to dla Polki niezwykle wartościowy sprawdzian, zwłaszcza że Sabalenka prezentuje znakomitą formę na starcie sezonu. Kilka dni temu obroniła tytuł w turnieju WTA 500 w Brisbane, nie tracąc ani jednego seta w pięciu meczach. Dwukrotna triumfatorka Australian Open będzie w Melbourne jedną z głównych faworytek do końcowego zwycięstwa. Przed rokiem przegrała finał z Madison Keys i teraz z pewnością marzy o odzyskaniu korony.

    Świątek i Sabalenka mogą trafić na siebie najwcześniej w finale, ponieważ znajdą się po przeciwnych stronach drabinki. Losowanie odbędzie się w czwartek o godzinie 4:30 czasu polskiego. Główna część Australian Open potrwa od 18 stycznia do 1 lutego, a najważniejsze informacje z Melbourne tradycyjnie będzie można śledzić w specjalnej zakładce poświęconej turniejowi.

    https://x.com/kostekcanu/status/2011225080026771508?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2011225080026771508%7Ctwgr%5Ebad11c22054b7256323accdb6acf9bbed3461a4c%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Figa-swiatek%2Fnews-swiatek-juz-po-starciu-z-sabalenka-na-rod-laver-arena-60-minnId22508423

  • Sceny w Australii. Świątek już ma za sobą pierwszy mecz z Sabalenką

    Sceny w Australii. Świątek już ma za sobą pierwszy mecz z Sabalenką

    Australian Open, czyli pierwszy Wielki Szlem w kalendarzu WTA oraz ATP zbliża się wielkimi krokami. Do Melbourne zjechały już niemalże wszystkie najlepsze zawodniczki na świecie, wśród których nie może zabraknąć oczywiście Igi Świątek. Wiceliderka rankingu w ubiegłym roku otarła się o finał. U progu imprezy, na kortach w Australii mogliśmy oglądać wspólny trening Polki oraz Aryny Sabalenki.
    Iga Świątek oraz Aryna Sabalenka, trening przed Australian Open 2026
    Fot. Screen/X.com

    Iga Świątek rozpoczęła rok 2026 mocnym akcentem. Polka wraz z drużyną narodową, w której składzie oglądaliśmy m.in. Huberta Hurkacza, triumfowała po raz pierwszy w historii w turnieju United Cup. Biało-Czerwoni pokonali w wielkim finale Szwajcarów 2:1. Choć sukces naszej drużyny to zasługa wszystkich członków zespołu, była liderka rankingu WTA w decydujących spotkaniach nie zdołała pokonać swoich singlowych przeciwniczek. W półfinałowym starciu z Coco Gauff górą była Amerykanka, natomiast w finale lepsza od Igi okazała się być mistrzyni olimpijska z Tokio, Belinda Bencic. W obydwu spotkaniach nasza zawodniczka zanotowała niechlubną serię aż siedmiu gemów przegranych z rzędu, czym utrudniała sobie rywalizację z przeciwniczkami.

    Zobacz wideo “Rugby na wózkach to nie jest miękki sport. To jest murdeball”
    Świątek i Sabalenka razem na korcie w Melbourne

    Bez wątpienia wydarzenia, które obserwowaliśmy na korcie w Sydney, musiały dać pochodzącej z Raszyna tenisistce wiele do myślenia. Tuż przed rozpoczynającym się 18 stycznia Australian Open są w grze Polki elementy, które wymagają poprawy. 24-latka zameldowała się już w Melbourne, gdzie rozpoczęła końcowe przygotowania do pierwszego w tym sezonie turnieju wielkoszlemowego.

    Świątek, która w ubiegłym roku dotarła do półfinału imprezy, gdzie uległa późniejszej triumfatorce Madison Keys, odbyła pierwszy trening w Melbourne Park w środę. Po drugiej stronie siatki mogliśmy obejrzeć nie byle kogo, bo samą Arynę Sabalenkę. Białorusinka w ubiegłym roku była bliska trzeciego z rzędu triumfu w australijskim turnieju, lecz jej marzenia przerwała wspomniana Keys.

    W sieci pojawiły się nagrania ze wspólnej sesji obydwu zawodniczek. Widać na nim, iż obydwie panie z pełną intensywnością przystępowały do kolejnych uderzeń. Opisywaną akcję zakończyła Polka, która pojawiła się pod siatką po uderzeniu wykonanym przez liderkę rankingu.

    Sabalenka oraz Świątek nie po raz pierwszy spotkały się ze sobą w ramach treningu przed Wielkim Szlemem. Podobna sytuacja miała miejsce w ubiegłym roku przed Roland Garros.

    Zobacz też: Tenisistka przekroczyła wszelkie granice. Cały świat przeciera oczy na to, co robi

    Środowa szansa na sprawdzenie się ze sobą w wykonaniu Polki oraz Białorusinki była możliwa dzięki temu, iż obydwie zawodniczki otrzymały od organizatorów 60-minutowy czas na zapoznanie się z kortem centralnym (Rod Laver Arena).

    Dla polskiej tenisistki szansa na bezpośrednie zmierzenie się w treningowym starciu Sabalenką było z pewnością cennym wydarzeniem przed początkiem rywalizacji w drabince głównej turnieju. 27-latka z Mińska bez straty seta triumfowała w zakończonym w niedzielę turnieju WTA 250 w Brisbane, broniąc tym samym tytułu wywalczonego przed rokiem.

    Początek Australian Open już w niedzielę 18 stycznia. Losowanie drabinki głównej turnieju odbędzie się w czwartek 15 stycznia o godzinie 4:30 czasu polskiego. Iga Świątek oraz Aryna Sabalenka z racji najwyższego rozstawienia mogą na siebie trafić dopiero w wielkim finale turnieju.

  • Iga Świątek już wie, z kim się zmierzy na start imprezy w Melbourne!

    Iga Świątek już wie, z kim się zmierzy na start imprezy w Melbourne!

    Iga Świątek czeka na rozpoczęcie rywalizacji w wielkoszlemowym Australian Open. Zanim to jednak nastąpi, przystąpi do nietypowego turnieju – Australian Open 1 Point Slam, w którym zwycięzca zgarnie aż milion dolarów. W drodze do finału musi jednak mierzyć się nawet z… mężczyznami. I właśnie mężczyzna będzie jej pierwszym rywalem. Na kogo padło?
    TENNIS-UNITEDCUP/
    Fot. REUTERS/Jeremy Piper

    Iga Świątek przed startem w tradycyjnym Australian Open weźmie udział w wyjątkowej zabawie. Chodzi o Australian Open 1 Point Slam, czyli turniej, w którym o zwycięstwie w pojedynczym meczu decyduje tylko jeden rozegrany punkt. W imprezie biorą udział profesjonaliści i amatorzy. A z kim na starcie przyjdzie rywalizować Polce?

    Zobacz wideo Polskie skoki w kryzysie? Byliśmy na Pucharze Świata w Zakopanem
    Świątek poznała rywala. Tak wygląda jej drabinka

    Informacje w tej sprawie podał w środę dziennikarz Ben Rothenberg. – Po wolnym losie Świątek może rozpocząć swoją kampanię 1 Point Slam meczem z Flavio Cobollim – podał na portalu X. Przeciwnikiem Świątek może być także Calum Puttergill. Zadecyduje o tym bezpośrednie starcie między nimi w pierwszej rundzie. Faworyta trudno jednak wskazać, skoro do rozegrania jest tylko jeden punkt.

    Zamieścił też turniejową drabinkę. – Oto drabinka turnieju 1 Point Slam! Frances Tiafoe dołączyła do nas późno, podobnie jak Laura Pigossi (która została rozstawiona w męskim slocie, zastępując Darderiego, podczas gdy Cobolli jest wciąż nierozstawiony?). Zapowiada się bardzo ciekawy wieczór! – zaznaczył.

    Co ciekawe do turnieju został dopuszczony także Rosjanin – Marat Safin. Były lider rankingu ATP, a później poseł do rosyjskiej Dumy Państwowej może nawet bardzo szybko zmierzyć się z Igą Świątek. Aby tak się stało, oboje muszą awansować do III rundy. W przypadku Safina wiąże się to z pokonaniem 31. obecnie na światowych listach Francesa Tiafoe.

    Rywalizacja w 1 Point Slam odbędzie się w środę 14 stycznia od godz. 9:30 polskiego czasu na Rod Laver Arena.

  • Kapitalny powrót Linette w starciu z Rosjanką! A było już 1:6

    Kapitalny powrót Linette w starciu z Rosjanką! A było już 1:6

    Magda Linette has successfully started competing in the WTA 250 tournament in Hobart. Our tennis player defeated Russian Oksana Sielechmetyeva in three sets 6:3, 1:6, 6:1. The meeting lasted almost two hours. Interestingly, it was the qualifier from Russia who was indicated as the favorite of this match, but it was Linette who better endured the hardships of competition.

    Magda Linette
    Imagn Images/Aaron Doster via Reuters

    Magda Linette ma za sobą przyzwoity turniej w Auckland, gdzie dotarła do ćwierćfinału po pokonaniu legendarnej Amerykanki Venus Williams i Włoszki Elisabetty Cocciaretto. Przegrała z Filipinką Alexandrą Ealą. W Hobart Polka może pokusić się co najmniej o powtórzenie wyniku z Nowej Zelandii.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany
    Trzy sety w meczu Linette z Rosjanką. Kapitalny powrót

    Pierwszą rywalką naszej reprezentantki była 23-letnia Rosjanka Oksana Sielechmietjewa. W tym sezonie poległa w kwalifikacjach do turnieju w Brisbane już w pierwszym meczu. Ale kwalifikacje do turnieju w Hobart przeszła bez straty seta. Kursy przedmeczowe wskazywały, że minimalnie większe szanse na zwycięstwo daje się Rosjance.

    Pierwszy set układał się po myśli Linette, choć łatwo o to nie było, bowiem Sielechmietjewa całkiem dobrze wyglądała w defensywie. W czwartym gemie rywalka zdołała obronić dwa break pointy. Rosyjska tenisistka straciła podanie na rzecz Polki w szóstym gemie, ale natychmiast udało się jej odłamać i złapać kontakt. Było 4:3 dla Linette.

    Kluczowy okazał się ósmy gem pierwszej partii, najdłuższy w secie. W nim Linette miała aż cztery break pointy, udało się ten ostatni wykorzystać. W kolejnym zamknęła sprawę po drugim setbolu, wygrała seta 6:3. Lepiej funkcjonowały serwis i return polskiej tenisistki.

    W drugim secie role się odwróciły. Sielechmietjewa grała szybciej i agresywniej, precyzyjniej serwowała. Za to Linette całkowicie zgubiła rytm. Popełniła trzy podwójne błędy serwisowe. O ile start seta w jej wykonaniu był dobry, bo przełamała rywalkę w otwierającym gemie, tak potem nie była w stanie zbyt wiele zdziałać. Polka została trzykrotnie przełamana i przegrała tę partię 1:6.

    Zobacz też: Jako pierwszy piłkarz wyznał światu, że jest gejem. Tak potraktował go klub

    Wydawało się, że Rosjanka będzie w stanie pójść za ciosem i zacznie coraz bardziej dominować na korcie. Ale nic z tych rzeczy. Linette zdołała się odbudować i wróciła do skutecznej gry prezentowanej w pierwszym secie. Sielechmietjewa była zaskoczona takim obrotem spraw, mecz całkowicie wymknął się jej spod kontroli, której nie była w stanie odzyskać.

    Polka zmiotła rywalkę z kortu, wygrywając pięć kolejnych gemów z rzędu. Rosjanka zdobyła w tym czasie zaledwie trzy punkty przy własnym podaniu. Do tego dołożyła kilka podwójnych błędów serwisowych. Nieco lepiej jej szło, gdy returnowała, ale to było niewielkie pocieszenie.

    W końcówce Sielechmietjewa zaliczyłą drobny zryw, wygrywając szóstego gema seta. Ale to było jedynie odłożenie wyroku w czasie. Linette wygrała ostatniego gema meczu do zera, trzeciego seta 6:1 i cały mecz 2:1. W kapitalnym stylu odbudowała się po słabszym drugim secie. Mecz trwał 118 minut.

    W 1/8 finału turnieju w Hobart Linette zmierzy się z Chinką Xinyu Wang.

  • Wielki triumf Świątek, a potem przelew na ponad półtora miliona. Nieoczekiwany zakup Polki

    Wielki triumf Świątek, a potem przelew na ponad półtora miliona. Nieoczekiwany zakup Polki

    Iga Świątek w tym momencie bez wątpienia jest już ambasadorką Polski na arenie międzynarodowej. Raszynianka swój pierwszy tenisowy wielki krok postawiła na jesieni 2020 roku, gdy w Europie panowały jeszcze restrykcje związane z pandemią. Wówczas Iga wygrała pierwszy raz w karierze turniej rangi Wielkiego Szlema, a konkretnie ten na kortach imienia Rolanda Garrosa. Dostała za to nieco ponad półtora miliona euro. To na co Świątek zdecydowała się wydać pieniądze, jest przynajmniej zaskakujące.
    Dokładnie trzy lata temu Iga Świątek po raz pierwszy w karierze została liderką rankingu WTA

    Iga ŚwiątekMATTHEW STOCKMAN / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFPAFP

    Iga Świątek swoją karierę profesjonalną rozpoczęła w październiku 2016 roku. Dokładnie po czterech latach Polka osiągnęła pierwszy wielki sukces w swojej już wielkiej tenisowej karierze. Nasza gwiazda sprawiła jedną z największych tenisowych sensacji w ostatnich kilku latach.

    Nastolatka urodzona w Warszawie podchodziła do turnieju rangi Wielkiego Szlema na kortach imienia Rolanda Garrosa bez rozstawienia. W ówczesnym rankingu WTA zajmowała dokładnie 54. miejsce. Wcześniejsze występy też raczej nie wskazywały na to, że Iga może wygrać imprezę.

    Nietypowy zakup Świątek. Na to wydała pierwszą wielką wygraną

    Tak się jednak stało, a droga do pierwszego paryskiego triumfu była naprawdę imponująca. Wystarczy napisać, że w samym finale imprezy Polka pokonała triumfatorkę Australian Open właśnie z 2020 roku – Sofię Kenin. Wcześniej wyrzuciła z rywalizacji także rozstawioną z “jedynką” Simonę Halep.

    Wygrana w Roland Garros oznaczała dla Igi pierwszą wielką wypłatę w tenisowej karierze. Organizatorzy za triumf w turnieju gwarantowali dokładnie 1,6 miliona euro. Najciekawsze jest to, na co wówczas wydała te pieniądze Polka. Okazuje się bowiem, że pierwszą wielką wygraną w pewnej niewielkiej części wydała na… gumowe kaczki do kąpieli.

    Wszystkim pochwaliła się w swoich mediach społecznościowych. “Wiele osób pytało mnie, co było pierwszą rzeczą, którą kupiłam po wygraniu Rolanda… cóż, oto odpowiedź” – napisała Polka w październiku 2020 roku, publikując zdjęcie dokładnie dziewięciu gumowych kaczek w różnych konfiguracjach.

    Juventus – Cremonese. Skrót meczu. WIDEO (Eleven Sports)Eleven Sports
    Gumowe kaczuszki w różnych przebraniach, między innymi pielęgniarki, sportowca i jednorożca, ustawione w grupie na jasnej powierzchni. Nad kaczuszkami znajduje się tekst w językach polskim i angielskim, w którym wyjaśniono, że były to pierwsze rzeczy k…

    Kaczki kupione przez Igę Świątekmateriał zewnętrzny
    Iga Świątek otworzyła sobie drogę do wielkiej kariery po wygraniu Roland Garros 2020

    Iga Świątek otworzyła sobie drogę do wielkiej kariery po wygraniu Roland Garros 2020MARTIN BUREAU / AFPAFP
    Iga Świątek z trofeum z kortów Rolanda Garrosa

    Iga Świątek z trofeum z kortów Rolanda GarrosaAFP
    Tenis. Iga Świątek będzie walczyła o przełamanie na kortach Rolanda Garrosa

    Tenis. Iga Świątek będzie walczyła o przełamanie na kortach Rolanda GarrosaBURAK AKBULUT / ANADOLU / Anadolu via AFPAFP

  • 159 minut walki Chwalińskiej w Melbourne. Turniejowa “10” pokonana przez Polkę

    159 minut walki Chwalińskiej w Melbourne. Turniejowa “10” pokonana przez Polkę

    Noc z wtorku na środę przyniosła polskim kibicom tenisowym kolejną porcję wielkich emocji podczas Australian Open. Na korcie numer 8 o awans do decydującej rundy eliminacji walczyła Maja Chwalińska. Przed reprezentantką Polski stanęło wyjątkowo trudne wyzwanie – po drugiej stronie siatki znalazła się turniejowa „10”, Rebeka Masarova. Spotkanie od pierwszych piłek trzymało w napięciu, a jego losy ważyły się aż przez 159 minut intensywnej walki.

    Chwalińska przyjechała do Melbourne z jasno określonym celem: po raz drugi z rzędu zameldować się w głównej drabince Australian Open. Eliminacje rozpoczęła bardzo obiecująco, mierząc się z doświadczoną Amerykanką Madison Brengle. W pierwszym secie Polka prowadziła już 5:3, jednak wtedy inicjatywę przejęła rywalka, która doprowadziła do stanu 6:5 i serwowała po wygranie partii. O wszystkim przesądził tie-break, w którym zawodniczka BKT Advantage Bielsko-Biała zachowała więcej spokoju. Zwycięstwo 7:6(3) dodało jej pewności siebie, a w drugim secie poszła za ciosem, triumfując 6:3.

    W drugiej rundzie eliminacji poprzeczka powędrowała jeszcze wyżej. Notowana na 145. miejscu w rankingu WTA Chwalińska zmierzyła się z Rebeką Masarovą, sklasyfikowaną o 30 pozycji wyżej i rozstawioną z numerem 10. Szwajcarka w przeszłości niejednokrotnie udowadniała, że potrafi rywalizować z czołówką światowego tenisa – w poprzednim sezonie stoczyła chociażby zacięty pojedynek z Aryną Sabalenką w Berlinie. Do środowego starcia przystępowała jednak po morderczym boju w pierwszej rundzie eliminacji, gdzie po 3 godzinach i 29 minutach pokonała Alinę Czarajewą. Także konfrontacja z Polką szybko nabrała bardzo wyrównanego charakteru.

    Mecz rozpoczął się od serwisu Masarovej, a już pierwszy gem zapowiadał ogromne emocje. Szwajcarka prowadziła 40:15, lecz po podwójnym błędzie serwisowym pojawił się break point dla Chwalińskiej. Pierwsza szansa przepadła, ale przy kolejnej Polka dopięła swego i przełamała rywalkę. Po chwili miała nawet trzy okazje, by objąć prowadzenie 2:0, jednak Masarova zdołała odrobić straty i po trzecim gemie wyszła na prowadzenie, broniąc się jeszcze przed kolejnym przełamaniem.

    Break pointy pojawiły się ponownie w piątym gemie, lecz tym razem Chwalińska nie wykorzystała swoich szans. Kilka minut później była już jednak skuteczna – przełamała serwis rywalki, a następnie dołożyła własne podanie, zbliżając się do wygrania seta. Masarova nie zamierzała jednak składać broni. Utrzymała serwis i wywarła presję na Polce, która ponownie miała problemy z zamknięciem partii. Zbyt zachowawcza gra została szybko wykorzystana przez Szwajcarkę, która doprowadziła do wyrównania i w dwunastym gemie miała nawet piłkę setową.

    Ostatecznie Chwalińska przerwała serię trzech gemów z rzędu przegranych i doprowadziła do tie-breaka. W decydującej rozgrywce długo dominowały serwujące. Pierwsze mini-przełamanie pojawiło się dopiero przy stanie 4:4 i było dziełem Polki. Masarova natychmiast odrobiła jednak stratę i aż do wyniku 8:8 żadna z zawodniczek nie potrafiła przechylić szali na swoją stronę. Przy stanie 9:8 Chwalińska miała trzeciego setbola. Stanęła spokojnie na środku kortu, czekając na ruch przeciwniczki. Forhend Masarovej wylądował na aucie – po 75 minutach walki Polka wygrała seta 7:6(8), broniąc wcześniej dwóch piłek setowych.

    Druga partia rozpoczęła się od pewnie wygranych gemów serwisowych, po czym obie zawodniczki zanotowały po jednym przełamaniu. Przy stanie 5:4 dla Chwalińskiej Masarova serwowała, by pozostać w meczu, i wytrzymała presję. Końcówka seta należała już zdecydowanie do Szwajcarki, która wygrała trzy kolejne gemy, tracąc w nich łącznie zaledwie trzy punkty. Dzięki temu triumfowała w drugiej odsłonie 7:5 i doprowadziła do trzeciego, decydującego seta.

    Przed finałową partią zawodniczki skorzystały z dłuższej przerwy. Zdecydowanie lepiej wpłynęła ona na Chwalińską. Po Masarovej było widać zmęczenie – zarówno środowym bojem, jak i długim spotkaniem z pierwszej rundy. Polka błyskawicznie wykorzystała tę sytuację, obejmując prowadzenie 5:0. Szwajcarka zdołała jeszcze zdobyć jedno „oczko” przy własnym podaniu i próbowała zagrozić serwisowi rywalki, dochodząc do stanu 30:15. Ostatnie słowo należało jednak do Chwalińskiej, która wygrała trzy kolejne punkty i przypieczętowała zwycięstwo.

    Ostatecznie Maja Chwalińska pokonała Rebekę Masarovą 7:6(8), 5:7, 6:1 i po niemal trzech godzinach walki zameldowała się w decydującej rundzie eliminacji Australian Open. O awans do głównej drabinki turnieju wielkoszlemowego w Melbourne powalczy teraz z Anheliną Kalininą.

  • A więc to prawda. Potwierdzenie ws. Świątek. Polka we łzach, oto dlaczego

    A więc to prawda. Potwierdzenie ws. Świątek. Polka we łzach, oto dlaczego

    Iga Świątek już na samym starcie sezonu 2026 zrealizowała jeden z kluczowych celów, jaki sobie stawiała – wraz z reprezentacją Polski sięgnęła po triumf w prestiżowym United Cup. Turniej rozgrywany w Sydney zakończył się dla „Biało-Czerwonych” wielkim sukcesem, choć dla wiceliderki rankingu WTA nie był pozbawiony momentów trudnych i bardzo emocjonalnych. Jednym z nich była scena z piątkowego meczu z Mayą Joint, gdy podczas jednej z przerw 24-letnia tenisistka niespodziewanie zalała się łzami. Teraz wiadomo już, co było przyczyną tej reakcji.

    Do niepokojącej sytuacji doszło na samym początku ćwierćfinałowego starcia Polski z Australią. Spotkanie otwierał pojedynek singlowy Świątek z Mayą Joint. Pierwszy gem, przy serwisie Australijki, padł łupem gospodyni. Chwilę później Polka pewnie utrzymała własne podanie, a następnie przełamała rywalkę. Po trzecim gemie, przy prowadzeniu 2:1, Iga zeszła na przerwę.

    Wtedy kamery uchwyciły moment, który zaniepokoił kibiców. Świątek podeszła do boksu reprezentacji Polski, usiadła na ławce i nagle w jej oczach pojawiły się łzy. Obok niej znajdował się trener Wim Fissette, który od razu zaczął dopytywać, co się stało, po czym nachylił się nad swoją zawodniczką, próbując ją uspokoić.

    Początkowo trudno było ocenić, co jest powodem takiej reakcji. W sieci natychmiast pojawiły się spekulacje o możliwej kontuzji lub problemach zdrowotnych. Te domysły szybko jednak straciły sens, gdy tylko Polka wróciła na kort. Świątek zaprezentowała tenis na najwyższym poziomie i kompletnie zdominowała rywalkę, wygrywając 6:1, 6:1 w zaledwie 57 minut. Również PR menadżerka zawodniczki, Daria Sulgostowska, zapewniła później, że ze zdrowiem tenisistki wszystko jest w najlepszym porządku.

    Skąd więc wzięły się łzy? Jedną z pierwszych osób, które spróbowały wyjaśnić tę sytuację, był Dawid Celt. W rozmowie z Markiem Furjanem na kanale „Break Point” były reprezentant Polski wskazał na ogromne napięcie i presję, z jaką Świątek mierzy się na co dzień.

    – Pojawiały się różne scenariusze, nawet o kontuzji. Moim zdaniem po prostu zeszło z niej przedmeczowe napięcie i stres. Właśnie po tym trzecim gemie – tłumaczył Celt. – To nie była kwestia Mayi Joint. To jest ogólne napięcie u Igi: nowy sezon, Australia, duże oczekiwania. Iga narzuciła sobie ogromną odpowiedzialność za całą drużynę. Chciała wygrać za wszelką cenę. To normalne. Jedni rozładowują emocje, rzucając rakietami czy krzycząc w stronę boksu. U Igi zdarza się to rzadziej, ale też się zdarza. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego – dodał.

    Teraz tę interpretację potwierdził także kapitan reprezentacji Polski, Mateusz Terczyński. W rozmowie z portalem Sport.tvp.pl jasno wyjaśnił, że łzy Świątek były efektem nagromadzonych emocji, a nie jakichkolwiek problemów zdrowotnych.

    – Z tego, co wiem, łzy pojawiły się z powodu emocji. Iga musi mierzyć się z ogromną presją. To nie jest łatwe, gdy do każdego meczu podchodzi się w roli zdecydowanej faworytki, a kibice oczekują wyłącznie zwycięstw. Musimy pamiętać, że wszyscy jesteśmy ludźmi – podkreślił Terczyński. – Każdy ma lepsze i gorsze momenty, każdy może pęknąć. Czasem lepiej pozwolić emocjom wyjść, zamiast udawać twardziela. To pomaga sobie z tym wszystkim poradzić. Uspokajam: u Igi wszystko jest w porządku – zapewnił.

    Reprezentacja Polski zakończyła turniej w Sydney w najlepszy możliwy sposób, sięgając po końcowe trofeum po zwycięstwie nad Szwajcarią w wielkim finale. Dla Igi Świątek był to nie tylko sportowy sukces, ale także dowód, jak ogromną presję i odpowiedzialność bierze na siebie, będąc liderką drużyny narodowej.

  • Szczęśliwy kraj, w którym Iga Świątek nie zwycięża w plebiscycie na najpopularniejszego sportowca

    Szczęśliwy kraj, w którym Iga Świątek nie zwycięża w plebiscycie na najpopularniejszego sportowca

    Bycie kajakarzem nie przypomina kolorowej bajki o dalmatyńczykach ani opowieści o hawajskiej księżniczce. Wiem to z własnego doświadczenia. Pewnej zimy, wiele lat temu, trener Puchalski, prowadząc motorówkę, doprowadził do mojej wywrotki na częściowo zamarzniętym Kanale Żerańskim. Efekt? Trzy kilometry wiosłowania do bazy w przemoczonej odzieży, która z każdą minutą twardniała na mrozie. To wspomnienie wraca dziś jak bumerang – i nie bez powodu.

    Nie chcę brzmieć ani egocentrycznie, ani jak sportowy kombatant, ale trudno – kajakarze i kajakarki naprawdę zasługują na ogromny szacunek. Także ci, których kariery zakończyły się przedwcześnie. Tak, mówię również o sobie.

    Tym większe było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że reprezentantka właśnie tej dyscypliny została uznana za najpopularniejszą sportsmenkę minionego roku w Polsce w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”, który akurat obchodził setne urodziny. A właściwie – nie zdziwienie, lecz konsternacja granicząca z niedowierzaniem. Jakby nagle Krzyżacy wygrali pod Grunwaldem. Gdybym wiedział, że kajakarstwo może dawać aż taką popularność, moje treningi wyglądałyby zupełnie inaczej. Satysfakcja z wiosłowania byłaby większa, a opalenizna – jeszcze intensywniejsza.

    Dla pewności popytałem jednak tu i ówdzie. I niestety – nie, większość osób wciąż nie kojarzy Klaudii Zwolińskiej, mimo że zdobyła trzy medale mistrzostw świata w kajakarstwie górskim, w tym dwa złote. To mówi samo za siebie.

    Drugie miejsce w plebiscycie zajęła Iga Świątek. Osoba znana nie tylko w całej Polsce, ale i w sporej części globu. Tenisistka jednak – paradoksalnie – ma pecha do tego typu głosowań. Być może dlatego, że zarabia ogromne pieniądze, co w sposób całkowicie niezawiniony sprawiło, iż zgromadziła wokół siebie elektorat co najmniej chłodny, a nierzadko wręcz niechętny.

    Przybysz z Francji czy Anglii mógłby w takiej sytuacji zapytać z niedowierzaniem: cóż to za kraj, w którym triumfatorka Wimbledonu nie wygrywa plebiscytu na najpopularniejszego sportowca? Jakie sukcesy muszą odnosić pozostali, skoro nawet taki wynik nie wystarcza?

    Na tle tych rozstrzygnięć co roku odżywa znany konflikt: między młodymi ludźmi uprawiającymi sporty niekomercyjne a tymi, którzy robią dokładnie to samo – trenują, poświęcają życie sportowi, walczą o wyniki – lecz mają to „szczęście”, że ich dyscyplina generuje ogromne pieniądze. O ile są wystarczająco dobrzy.

    Gdy w styczniu 2022 roku plebiscyt za 2021 rok wygrał Robert Lewandowski, Paweł Fajdek – pięciokrotny mistrz świata i medalista olimpijski – skomentował to krótko: „Wstyd. Nie pozdrawiam”. W tej lakonicznej wypowiedzi dało się wyczuć sugestię, że piłkarzowi-milionerowi takie wyróżnienie się nie należy, a piłkarze w gruncie rzeczy niewiele robią. Lewandowski, wiadomo, olimpijskich medali nie zdobywa. Świątek ma na koncie jeden – brązowy – za to jej zarobki sięgają około 40 milionów euro. Gdyby tylko miała odpowiednie podejście do życia, nie musiałaby się zastanawiać, czy jeździć ferrari czy lamborghini. Wystarczyłoby jej porsche. Albo nawet trzy*.

    Iga Świątek bez tej nagrody spokojnie sobie poradzi.

    Przy zwycięstwie Klaudii Zwolińskiej podobnych złośliwości już nie było. Być może zadziałała tu schadenfreude – satysfakcja z cudzego „potknięcia” faworytki. A może po prostu poczucie, że sprawiedliwości stało się zadość, a kosmiczna równowaga została przywrócona. Sama Zwolińska, znana z błyskotliwych wypowiedzi, i tym razem nie zawiodła. W Kanale Sportowym powiedziała: – Idze zawsze należy się takie wyróżnienie, zwłaszcza gdy wygrywa się Wimbledon. Ale myślę, że przez to, co możemy zrobić dzięki tej nagrodzie w mojej dyscyplinie i w sportach niszowych, Iga przeżyje, jeśli raz jej nie dostanie.

    I trudno się z tym nie zgodzić. Może nie same dyscypliny niszowe, ale ich reprezentantki realnie skorzystają na takim rozstrzygnięciu. Wystarczy spojrzeć na Aleksandrę Mirosław, zawodniczkę innej „niszowej” konkurencji – wspinaczki sportowej na czas. Złoto olimpijskie w Paryżu w 2024 roku, a potem zwycięstwo w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” otworzyły jej drzwi do świata reklamy. Dzięki spotom emitowanym w najlepszym czasie antenowym stała się prawdopodobnie bardziej rozpoznawalna niż wcześniej, gdy zdobywała kolejne sportowe laury.

    Stąd mój postulat, by uniknąć corocznego weltschmerzu, schadenfreude i całej gamy niemieckich słów opisujących frustrację. Niech „Przegląd Sportowy” stworzy kategorię „poza konkurencją”, niczym specjalne klasyfikacje na górskich etapach Tour de France. Dla piłkarzy, tenisistów, golfistów, kierowców wyścigowych czy siatkarzy – wszystkich tych, którzy mają ten „problem”, że zarabiają ogromne pieniądze.

    * Świątek wygrała dwa porsche w Stuttgarcie, gdzie w kolejnych edycjach turnieju główną nagrodą był właśnie ten samochód. Czy nadal je posiada? Tego nie wiemy.

  • Nawrocki zdecydował! Dalej będą kraść na potęgę

    Nawrocki zdecydował! Dalej będą kraść na potęgę

    Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o świadczeniu usług cyfrowych, która w debacie publicznej była przedstawiana głównie jako narzędzie ochrony dzieci i sposób na zdyscyplinowanie globalnych gigantów technologicznych. W cieniu tych argumentów znalazł się jednak jeszcze jeden, niezwykle istotny wątek – walka z piractwem, zwłaszcza tym dotyczącym transmisji sportowych. Decyzja głowy państwa sprawiła, że to właśnie sport i nadawcy telewizyjni mogą dziś mówić o „rykoszecie”.

    Bilans decyzji prezydenta i zawetowana ustawa

    Osiem ustaw podpisanych, trzy zawetowane – tak wygląda dotychczasowy bilans legislacyjnych decyzji prezydenta Karola Nawrockiego. Wśród dokumentów, które nie uzyskały jego akceptacji, znalazła się ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Dla nadawców telewizyjnych był to akt prawny wyczekiwany od lat, ponieważ miał wprowadzić w Polsce unijny Akt o usługach cyfrowych (Digital Services Act – DSA).

    To właśnie DSA, w zależności od krajowych rozwiązań, daje państwom realne narzędzia do walki z nielegalnym obiegiem treści w internecie. W praktyce oznacza to możliwość szybkiego reagowania na pirackie transmisje sportowe, które generują ogromne straty finansowe dla legalnych nadawców.

    „Nie jestem notariuszem rządu”

    Prezydent Nawrocki w uzasadnieniu swojej decyzji nie pozostawił wątpliwości co do motywów weta.
    – Są granice, których przekraczać nie wolno. Rządzący muszą zrozumieć, że nie jestem ich notariuszem – napisał na oficjalnej stronie internetowej.

    Choć przyznał, że ustawa jest potrzebna i ważna, ocenił, iż w zaproponowanym kształcie może naruszać konstytucję i działać przeciwko obywatelom. Jego zdaniem do korzystnych rozwiązań „doklejono przepisy nie do obrony”, które niosą ze sobą ryzyko nadużyć.

    Szeroki zakres regulacji

    Projekt ustawy obejmował bardzo szeroki katalog zagadnień. Z jednej strony miał chronić dzieci przed patologicznymi treściami w internecie, z drugiej – umożliwić skuteczniejszą kontrolę nad platformami takimi jak Facebook, Google czy TikTok. Przewidywał możliwość monitorowania i wyłączania treści nieodpowiednich, ale także reagowania w sytuacjach naruszenia praw autorskich.

    To właśnie w tym ostatnim obszarze kluczowe znaczenie miała ustawa dla nadawców sportowych. Chodziło o szybkie blokowanie stron oferujących nielegalne transmisje meczów i wydarzeń sportowych, które są coraz większym problemem w całej Europie, również w Polsce.

    Piractwo znów rośnie

    Po okresie względnej stabilizacji rynek pirackich transmisji w 2025 roku ponownie zaczął się rozrastać. Nadawcy w Polsce potwierdzają, że skala zjawiska jest coraz większa.
    – Rocznie odnotowujemy setki nielegalnych transmisji wydarzeń sportowych, do których Telewizja Polsat posiada prawa. Łącznie czterech największych nadawców rejestruje ponad osiem tysięcy takich przypadków rocznie – przekazało biuro prasowe Cyfrowego Polsatu.

    Spór o kompetencje i „Ministerstwo Prawdy”

    Jednym z najbardziej kontrowersyjnych zapisów ustawy była możliwość blokowania określonych treści w internecie na podstawie decyzji administracyjnej. Kompetencje w tym zakresie miały otrzymać m.in. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji oraz Urząd Komunikacji Elektronicznej. W praktyce oznaczałoby to, że dostawcy internetu musieliby blokować wskazane treści lub strony.

    To właśnie ten mechanizm wzbudził największy sprzeciw prezydenta. Jego zdaniem oddawał on zbyt dużą władzę urzędnikom podległym rządowi, zamiast niezależnym sądom.
    – Sytuacja, w której o tym, co wolno w internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję Ministerstwa Prawdy z powieści „Rok 1984” George’a Orwella – argumentował Nawrocki.

    Nadawcy: to nie cenzura

    Prawnicy reprezentujący nadawców telewizyjnych odpierają zarzuty o cenzurę. Podkreślają, że ustawa dotyczyła wyłącznie zamkniętego katalogu czynów już dziś uznawanych za przestępstwa.
    – Nie chodzi o ograniczanie wolności słowa, lecz o możliwość szybkiej reakcji na ewidentne naruszenia prawa – tłumaczyła Ewa Wzięch z działu prawnego Canal+.

    W przypadku pirackich transmisji mechanizm byłby prosty: strona udostępniająca nielegalny stream trafiałaby do rejestru stron blokowanych, podobnie jak ma to miejsce w przypadku nielicencjonowanych bukmacherów. Kluczowa jest tu szybkość – mecz trwa około dwóch godzin, a jeśli nielegalne źródło nie zostanie wyłączone w ciągu kilkudziesięciu minut, straty dla nadawcy są już nieodwracalne.

    Sport w jednym worku z innymi problemami

    Z perspektywy nadawców sportowych kwestia piractwa jest zero-jedynkowa: albo ktoś ma prawa do transmisji, albo je łamie. Problem w tym, że projekt ustawy wrzucał ten mechanizm do jednego worka z innymi, znacznie bardziej niejednoznacznymi zagadnieniami – jak obrażanie w sieci, nękanie czy kontrowersyjne wypowiedzi w mediach społecznościowych. To właśnie te obszary budziły obawy o możliwe nadużycia i arbitralność decyzji.

    Polska w ogonie Europy

    Mechanizmy szybkiego blokowania nielegalnych transmisji działają już m.in. we Włoszech, Hiszpanii, Portugalii czy Grecji. We Włoszech nakaz blokady potrafi zostać wydany nawet w 30 minut. W Polsce nadawcy są dziś w dużej mierze zdani sami na siebie, zwłaszcza gdy pirackie serwery znajdują się w egzotycznych lokalizacjach poza UE.

    Tymczasem termin wdrożenia unijnego DSA minął w lutym 2024 roku, a Polska pozostaje jednym z ostatnich państw członkowskich bez odpowiednich regulacji. Z tego powodu Komisja Europejska wszczęła wobec naszego kraju formalne postępowanie.

    Co dalej?

    Prezydent zapowiedział, że nowy, poprawiony projekt ustawy może powstać szybko.
    – W ciągu miesiąca możemy przygotować uczciwy projekt, a w dwa miesiące uchwalić ustawę, która będzie chronić dzieci i respektować konstytucję – zapowiedział.

    W realiach polskiego procesu legislacyjnego są to jednak bardzo optymistyczne założenia. Do tego czasu nadawcy sportowi muszą radzić sobie z piractwem bez narzędzi, które w wielu krajach Europy już dawno stały się standardem.