• To wtedy Świątek wyprzedzi Sabalenkę w rankingu. Wyjaśniamy

    To wtedy Świątek wyprzedzi Sabalenkę w rankingu. Wyjaśniamy

    Iga Świątek ma realną szansę, by już po australijskiej części sezonu ponownie objąć prowadzenie w rankingu WTA. Droga do pozycji numer jeden nie zależy jednak wyłącznie od jej własnych wyników, ale także od postawy aktualnej liderki – Aryny Sabalenki. Wyjaśniamy krok po kroku, jakie warunki muszą zostać spełnione, by Polka wyprzedziła Białorusinkę.

    Australijski początek sezonu i kluczowe turnieje

    Nowy sezon tenisowy tradycyjnie rozpoczął się w Australii. Iga Świątek występuje tam najpierw w drużynowym United Cup, a następnie – od 18 stycznia – w wielkoszlemowym Australian Open. To właśnie te dwa turnieje będą miały decydujące znaczenie dla układu czołówki rankingu WTA na początku lutego.

    Aryna Sabalenka nie bierze udziału w United Cup ze względu na zawieszenie reprezentacji Białorusi w rozgrywkach drużynowych. Zamiast tego wybrała turniej WTA 500 w Brisbane, a następnie przeniesie się do Melbourne na Australian Open.

    Aktualna sytuacja punktowa

    Na starcie sezonu Sabalenka miała wyraźną przewagę punktową nad Świątek. W poprzednim zestawieniu rankingowym Białorusinka zgromadziła 10 870 punktów, a Polka 8395, co dawało różnicę 2475 „oczek”. Po odjęciu części punktów z pierwszego tygodnia sezonu przewaga liderki wynosi obecnie 2312 punktów (10 490 wobec 8178).

    Kluczowe jest jednak to, ile punktów obie tenisistki muszą w Australii bronić, czyli utrzymać w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego sezonu.

    Punkty do obrony: Świątek kontra Sabalenka

    Iga Świątek broni w Australii łącznie 1105 punktów:

    780 za półfinał Australian Open,

    325 za występy w United Cup.

    Aryna Sabalenka ma znacznie trudniejsze zadanie, bo do obrony aż 1800 punktów:

    500 za zwycięstwo w Brisbane,

    1300 za finał Australian Open, przegrany z Madison Keys.

    Już ten fakt sprawia, że potencjalnie więcej do stracenia ma liderka rankingu.

    Ile może zyskać Świątek?

    System punktacji w United Cup jest skomplikowany – liczba punktów zależy od pozycji rankingowej pokonanej rywalki. Teoretycznie maksymalnie można zdobyć 500 punktów, ale tylko przy wygranych z tenisistkami z czołowej dziesiątki.

    W fazie grupowej Świątek mierzyła się z niżej notowanymi rywalkami:

    z Ewą Lys (39. WTA) – zwycięstwo dało jej 35 punktów,

    z Susan Lamens (97. WTA) – 25 punktów.

    Jeśli Polka dotarłaby do końca turnieju i w kolejnych meczach pokonywała wyżej sklasyfikowane zawodniczki, mogłaby w United Cup zdobyć do 450 punktów. W porównaniu z ubiegłym rokiem oznaczałoby to +125 punktów do rankingu.

    Jeszcze więcej do zyskania jest w Australian Open. Świątek może poprawić zeszłoroczny wynik tylko na dwa sposoby:

    awansując do finału (1300 punktów),

    wygrywając turniej (2000 punktów).

    Przy triumfie w Melbourne Polka zyskałaby aż 1220 punktów więcej niż rok wcześniej. W najbardziej optymistycznym wariancie – komplet zwycięstw w United Cup i triumf w Australian Open – jej ranking mógłby wzrosnąć łącznie o 1345 punktów, co dałoby 9740 punktów po zakończeniu australijskiej części sezonu.

    Co musi się stać z Sabalenką?

    Jeśli Sabalenka obroni wszystkie punkty – ponownie wygra w Brisbane i dotrze do finału Australian Open – utrzyma dorobek na poziomie 10 870 punktów i Świątek jej nie wyprzedzi.

    Dlatego kluczowe są scenariusze, w których Białorusinka wypada słabiej niż przed rokiem. Najczarniejszy wariant dla liderki rankingu zakłada:

    odpadnięcie w trzeciej rundzie Brisbane (60 punktów zamiast 500),

    porażkę już w pierwszej rundzie Australian Open (10 punktów zamiast 1300).

    W takim przypadku Sabalenka straciłaby łącznie 1730 punktów i spadła do poziomu 9140 „oczek”, co oznaczałoby, że Świątek – przy maksymalnej zdobyczy – bez problemu wróciłaby na pierwsze miejsce.

    Nie trzeba jednak aż tak skrajnego scenariusza. Jeśli Sabalenka:

    obroni tytuł w Brisbane,

    ale odpadnie w trzeciej rundzie Australian Open,

    straci 1170 punktów i zakończy australijski etap z wynikiem około 9700 punktów – o 40 mniej niż Świątek przy jej idealnym występie.

    Możliwe są też inne kombinacje, np. finał w Brisbane i czwarta runda Australian Open, które również otwierają Polce drogę do fotela liderki, o ile sama wykorzysta maksimum swoich szans.

    Nie tylko Australia

    Nawet jeśli Świątek nie uda się wrócić na pozycję numer jeden już na początku lutego, jej sytuacja w dalszej części sezonu wygląda bardzo obiecująco. Wiosną Polka broni znacznie mniej punktów niż Sabalenka. Białorusinka triumfowała rok temu m.in. w Miami i Madrycie oraz grała w finale Roland Garros. Świątek w tych turniejach osiągała słabsze wyniki, co oznacza, że każdy lepszy występ będzie dla niej czystym zyskiem rankingowym.

    Różnica punktowa między obiema tenisistkami systematycznie malała w drugiej połowie 2025 roku, a wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących miesiącach jeszcze nieraz zobaczymy je zamieniające się na prowadzeniu w rankingu WTA. Sabalenka jest liderką od października 2024 roku, gdy zawieszona Świątek nie mogła startować w azjatyckiej części sezonu. Teraz Polka ma idealną okazję, by odzyskać utraconą pozycję.

  • Cały świat trąbi o tym, co zrobili Świątek z Hurkaczem

    Cały świat trąbi o tym, co zrobili Świątek z Hurkaczem

    Reprezentacja Polski znakomicie spisuje się w tegorocznej edycji United Cup. Po pewnym zwycięstwie 3:0 nad Holandią Biało-Czerwoni zapewnili sobie awans do ćwierćfinału, w którym zmierzą się z Australią. Forma Igi Świątek i Huberta Hurkacza nie przechodzi bez echa – o ich grze szeroko piszą media na całym świecie, zwłaszcza tuż przed startem Australian Open.

    Dla Świątek i Hurkacza udział w United Cup to ważny etap przygotowań do pierwszego wielkoszlemowego turnieju sezonu. W nocy z wtorku na środę Polacy przypieczętowali awans do fazy pucharowej, nie pozostawiając Holendrom żadnych złudzeń. Na komplet punktów złożyły się trzy zwycięstwa: Iga Świątek pokonała Suzan Lamens, Hubert Hurkacz okazał się lepszy od Tallona Griekspoora, a w grze mieszanej duet Katarzyna Kawa – Jan Zieliński wygrał z parą Demi Schuurs – David Pel.

    Światowe media zachwycone Polakami

    Postawa reprezentacji Polski odbiła się szerokim echem w zagranicznych mediach. Oficjalna strona WTA już w nagłówku podkreślała, że „Świątek i Hurkacz prowadzą Polskę do kolejnego ćwierćfinału United Cup”. Zwrócono uwagę na wyraźną poprawę gry liderki światowego rankingu w porównaniu do wcześniejszego meczu z Evą Lys. Wyliczono m.in., że Polka zanotowała pięć gemów serwisowych wygranych do zera, zdobyła aż 84 procent punktów po pierwszym podaniu i tylko raz musiała bronić break pointa.

    Holenderski portal nos.nl przypomniał, że dla reprezentacji Oranje był to dopiero drugi występ w United Cup i – podobnie jak w 2024 roku – zakończony już na fazie grupowej. Dziennikarze podkreślali przede wszystkim ogromne problemy Tallona Griekspoora w starciu z rozpędzonym Hurkaczem. Mocny serwis Polaka odegrał kluczową rolę – w dwóch setach zanotował aż 21 asów. Z kolei serwis nu.nl określił występ Holandii mianem „drugiej dotkliwej porażki” w turnieju, przypominając, że wcześniej zespół przegrał 0:3 z Niemcami i zamknął tabelę grupy.

    Australijskie zapowiedzi przed ćwierćfinałem

    Przed ćwierćfinałowym starciem również australijskie media poświęcają Polakom sporo uwagi. Portal wellingtontimes.com.au wprost zapowiada, że gospodarze zmierzą się z będącą w bardzo dobrej formie reprezentacją Polski. W tekście podkreślono, że „mocno serwujący Hubert Hurkacz poprowadził Polskę do przebojowego starcia z Australią”, przywołując jego zwycięstwo 6:3, 7:6 (7:4) nad Griekspoorem.

    Nie zabrakło także pochwał pod adresem Igi Świątek, która – jak napisano – „poszła śladem Hurkacza”, pokonując Suzan Lamens 6:3, 6:2 w zaledwie godzinę i 12 minut. Australijscy dziennikarze odnotowali również decydujący punkt w mikście, gdzie Kawa i Zieliński przypieczętowali triumf Polski, wygrywając 6:3, 3:6, 10:4 z Schuurs i Pelem.

    Media antypodów zaznaczają, że przed gospodarzami stoi bardzo trudne zadanie. Polska to bowiem dwukrotny wicemistrz United Cup, podczas gdy Australijczycy w poprzedniej edycji nie zdołali nawet awansować do ćwierćfinału.

    Ćwierćfinałowe starcie Polski z Australią zaplanowano na piątek, 9 stycznia. Rywalizację rozpocznie mecz Igi Świątek z Mayą Joint o godz. 7:30 czasu polskiego. Następnie, nie przed 9:00, na kort wyjdą Hubert Hurkacz i Alex De Minaur. W razie potrzeby o losach awansu zadecyduje gra mieszana. Zwycięzca tego pojedynku w półfinale zmierzy się z reprezentacją USA lub Grecji.

  • Aż wierzyć się nie chce. 87,5%. Świątek na czele, absolutna dominacja

    Aż wierzyć się nie chce. 87,5%. Świątek na czele, absolutna dominacja

    Iga Świątek po raz kolejny potwierdziła, że United Cup to turniej, w którym od lat nie ma sobie równych. Choć reprezentacja Polski wciąż czeka na końcowy triumf w tych rozgrywkach, a sama liderka kadry ma na koncie już dwa przegrane finały, jej indywidualne występy budują status absolutnej królowej turnieju rozgrywanego na antypodach. Środowe zwycięstwo nad Suzan Lamens było kolejnym pokazem klasy wiceliderki rankingu WTA, a opublikowane po meczu statystyki tylko potwierdziły skalę jej dominacji.

    Polska reprezentacja znakomicie rozpoczęła nowy sezon, imponując formą w fazie grupowej United Cup. „Biało-Czerwoni” nie pozostawili rywalom złudzeń, wygrywając oba spotkania 3:0 – najpierw z Niemcami, a następnie z Holandią. Ogromny wkład w te sukcesy miała właśnie Iga Świątek, która pewnie wygrała oba swoje mecze singlowe.

    W poniedziałek raszynianka musiała co prawda odrabiać straty w starciu z Evą Lys. Po przegranym pierwszym secie pokazała jednak charakter i odwróciła losy pojedynku, triumfując 3:6, 6:3, 6:4. Jeszcze bardziej przekonujące było jej środowe wystąpienie przeciwko Suzan Lamens. Notowana na 97. miejscu rankingu WTA Holenderka nie była w stanie zagrozić Polce, która zwyciężyła 6:3, 6:2, kończąc mecz po zaledwie 72 minutach gry.

    – Bardzo się cieszę, że w środkowej fazie pierwszego seta potrafiłam być bardziej solidna, bo wcześniej gra była dość wyrównana. Później czułam już większą kontrolę nad piłką i mogłam częściej przejmować inicjatywę – podkreślała Świątek po spotkaniu. – To ważne, że wygraliśmy cały mecz już po singlu. Daje nam to sporo pewności siebie przed ćwierćfinałami – dodała liderka polskiej drużyny.

    Po zwycięstwie nad Lamens uwagę kibiców i ekspertów przykuły statystyki opublikowane przez portal OptaAce, specjalizujący się w analizie danych tenisowych. Liczby jednoznacznie pokazują, jak wyjątkową pozycję zajmuje Świątek w historii United Cup. Od pierwszej edycji turnieju w 2023 roku Polka może pochwalić się bilansem zwycięstw na poziomie aż 87,5 procent w singlu – najlepszym spośród wszystkich zawodniczek, które rozegrały co najmniej pięć meczów.

    Na ten imponujący wynik składa się 14 wygranych spotkań w 16 występach. Co więcej, tylko dwie tenisistki zdołały w tym czasie pokonać Świątek w United Cup – Coco Gauff w finale ubiegłorocznej edycji oraz Jessica Pegula w 2023 roku. Poza tymi wyjątkami Polka pozostaje praktycznie nie do zatrzymania.

    Po pewnym awansie z fazy grupowej przed reprezentacją Polski kolejne wyzwanie. Już za dwa dni „Biało-Czerwoni” zmierzą się w ćwierćfinale z gospodarzami turnieju – Australijczykami. Przypomnijmy, że w dwóch poprzednich edycjach United Cup Polacy docierali aż do finału, jednak za każdym razem musieli uznać wyższość rywali – najpierw Niemców, a następnie reprezentacji Stanów Zjednoczonych. Czy tym razem uda się zrobić ostatni krok? Z formą Igi Świątek nadzieje są jak najbardziej uzasadnione.

    https://x.com/OptaAce/status/2008733938836254993?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2008733938836254993%7Ctwgr%5E245c8f64e133950dcbf45356f256985f77b4f45a%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Figa-swiatek%2Fnews-az-wierzyc-sie-nie-chce-87-5-swiatek-na-czele-absolutna-dominId22505527

  • 72 minuty i koniec nocnego meczu Igi Świątek! Ma ukryte znaczenie

    72 minuty i koniec nocnego meczu Igi Świątek! Ma ukryte znaczenie

    72 minuty i koniec nocnego meczu Igi Świątek! Ma ukryte znaczenie
    Iga Świątek
    Iga Świątek (Foto: Robert Prange / Getty Images)

    Takie mecze Igi Świątek jak ten zdarzają się niezwykle rzadko. Ale ona grała tak, jakby nie miała pojęcia o rzeczywistej stawce spotkania! W starciu z Suzan Lamens stawką nie był już awans Polski, a tylko punkty do rankingu WTA. Pomimo rozstrzygniętego boju z Holandią Świątek wygrała 6:3, 6:2, a mogła równie dobrze wygrać dużo wyżej, i co istotne, w drugiej partii zagrała znacznie lepiej niż w pierwszej. Kibiców cieszyć może szczególnie jeden wniosek, ale również fakt, że Polka zgarnie bonus do rankingu.

    Więcej informacji znajdziesz w Przeglądzie Sportowym Onet

    Rzadko zdarza się, by polscy kibice mogli odczuwać taki spokój przed meczem Igi Świątek. Tym razem starcie z Suzan Lamens było pozbawione większej stawki. Polska już po meczu Huberta Hurkacza zapewniła sobie wygranie grupy F i awans do ćwierćfinału United Cup, więc wynik rywalizacji wiceliderki rankingu nie miał już żadnego znaczenia. Ale to nie oznacza, że mieliśmy do czynienia ze sparingiem.

    Stawką dla mistrzyni Wimbledonu są przecież kolejne punkty do rankingu WTA, jakie dostaje się za każde zwycięstwo w turnieju. A perfekcyjny bilans pozwoliłby jej na zyskanie aż 500 “oczek” do klasyfikacji. Na razie, w starciu z Holenderką, mogła poprawić swój dorobek o kolejne 58 punktów. A wynik jest istotny również dlatego, że równolegle w Brisbane o 500 punktów walczy też Aryna Sabalenka.

    Dalszy ciąg materiału pod wideo

    Grająca bez większych nerwów Iga Świątek mogła pozwolić sobie na nieco więcej luzu w grze, ale nie zanosiło się na powtórkę z nerwów z meczu z Evą Lys. Już na początku spotkania Polka wyszła na prowadzenie 3:1 z przełamaniem, ale chwilę później dość niespodziewanie dała się dogonić. Suzan Lamens nie było jednak stać na to, by od pierwszych piłek zmuszać faworytkę do większego wysiłku.

    A wymiany takie jak ta, nawet pomimo zdobycia punktu przez Lamens, w rzeczywistości dawały jej tylko krótkie powody do uśmiechu.

    Minęło ledwie kilka minut, a Świątek odzyskała przewagę i serwowała po wygranie pierwszego seta w rywalizacji z Holenderką. I choć w ostatnim gemie serwisowym Polki pojawiły się pewne kłopoty, bo po jej stronie szwankowała nieco skuteczność, ostatecznie nie wypuściła prowadzenia z rąk. Dzięki prowadzeniu 6:3 do drugiego zwycięstwa w Sydney brakowało jej już tylko jednego seta.
    Jedno w grze Igi Świątek cieszyło szczególnie. Ależ wyczyn

    W drugim secie Suzan Lamens próbowała przejść do natychmiastowej ofensywy, ale efekt był podobny. Błyskawicznie jej nieudane ataki przerodziły się w przełamanie na korzyść przeciwniczki. Pojedyncze punkty mogły przynosić wyrównaną batalię, w trakcie której nawet Iga Świątek nie była w stanie dotrzeć do skutecznych skrótów. Ale dla Holenderki były to tylko nieliczne momenty.

    Tym razem do podobnego zwrotu nie doszło i wydawało się, że Lamens nieco opuściły siły. To, czym zachwycała na początku spotkania, czyli wysoka determinacja potrzebna w walce o sprawienie sensacji, jakby zupełnie uleciała. Nie zanosiło się na powtórkę z US Open, gdy niespodziewanie udało jej się wygrać seta przeciwko wielkiej faworytce.

    Zobacz także: Hubert Hurkacz to wyszarpał, Polska ma awans! Będzie wielki hit

    Co istotne, po stronie Świątek cieszyć mogła niezwykle wysoka skuteczność przy siatce. Pomyliła się tylko raz, przy piłce setowej, co zresztą chwilę później i tak okazało się wpadką bez żadnych konsekwencji.

    Do sensacyjnego zwrotu już nie doszło. Iga Świątek bez najmniejszych kłopotów pokonała Suzan Lamens 6:3, 6:2, powiększając swoje prowadzenie w drugiej partii. W ten sposób nasza reprezentantka zgarnie kolejne punkty do rankingu WTA — po zwycięstwie zapewniła sobie bonus wynoszący kolejne 58 “oczek”.

    To oznacza, że Polska na pewno wygra swój drugi mecz w fazie grupowej United Cup i zanotuje czwarte zwycięstwo w singlu. Teraz Biało-Czerwoni w piątek zmierzą się z reprezentacją Australii, a stawką będzie udział w półfinale turnieju.

    Iga Świątek — Suzan Lamens 6:3, 6:2

  • Echa awantury podczas posiedzenia rządu. Premier wprost. “Podjąłem decyzję”

    Echa awantury podczas posiedzenia rządu. Premier wprost. “Podjąłem decyzję”

    Premier Donald Tusk zdecydował o zakończeniu prac nad projektem ustawy, która miała znacząco rozszerzyć kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy. Jak podkreślił, z jego punktu widzenia temat jest definitywnie zamknięty. Propozycje zmian, nad którymi czuwała minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z Nowej Lewicy, od początku budziły poważne kontrowersje w koalicji rządzącej i – jak ujawnili dziennikarze – doprowadziły nawet do ostrej wymiany zdań podczas posiedzenia Rady Ministrów.

    O kulisach sporu wokół projektu mówili w programie „Polityczny WF” redaktor naczelny Interii Piotr Witwicki oraz dziennikarz Polsat News Marcin Fijołek. Z ich relacji wynikało, że dyskusja nad ustawą była na tyle burzliwa, iż szefowa resortu pracy usłyszała, że zapisy projektu muszą zostać gruntownie zmienione. Wkrótce potem szefowa Rządowego Centrum Legislacji potwierdziła w rozmowie z money.pl, że dokument wrócił do ministerstwa i na razie nie jest procedowany. Marcin Fijołek prognozował wówczas, że sprawa może stać się jednym z kluczowych problemów koalicji na początku 2026 roku.

    We wtorek nowe światło na dalsze losy projektu rzucił sam Donald Tusk. Premier odniósł się do medialnych doniesień, mówiąc o „legendach” krążących wokół przebiegu rządowej dyskusji. Wyjaśnił, że jednym z pomysłów resortu pracy było przyznanie PIP bardzo szerokich kompetencji, pozwalających inspektorom w praktyce ingerować w rodzaj umowy zawieranej między pracodawcą a pracownikiem.

    Szef rządu nie krył swojego krytycznego stosunku do takich rozwiązań. Jego zdaniem nadmierna władza urzędników, którzy mogliby decydować o formach zatrudnienia, byłaby szkodliwa dla wielu firm i mogłaby prowadzić do realnych konsekwencji na rynku pracy, w tym do zwolnień. – Z mojej analizy wynika, że takie rozwiązania byłyby bardzo destrukcyjne – podkreślił Tusk. Przyznał jednocześnie, że emocje podczas posiedzenia Rady Ministrów były „uzasadnione”, po czym jednoznacznie ogłosił, że zdecydował o zaprzestaniu dalszych prac nad reformą. – Sprawę uważam za zamkniętą – zakończył.

    Decyzja premiera spotkała się z ostrą krytyką ze strony Lewicy. Poseł Nowej Lewicy Andrzej Szejna, pytany o sprawę w programie „Debata Gozdyry” na antenie Polsat News, stwierdził wprost, że to zła wiadomość – zarówno dla jego ugrupowania, jak i dla pracowników. Jak argumentował, projekt ustawy był odpowiedzią na liczne nadużycia na rynku pracy i miał przeciwdziałać omijaniu etatów poprzez stosowanie mniej stabilnych form zatrudnienia.

    Szejna zaznaczył, że proponowane zmiany nie dawały PIP nieograniczonej swobody działania. Kontrole miałyby być przeprowadzane wyłącznie na wniosek pracownika lub grupy pracowników, a nie z inicjatywy samej inspekcji. Dodatkowo od decyzji inspektora przysługiwałoby odwołanie do sądu pracy, co – według Lewicy – stanowiło wystarczające zabezpieczenie przed nadużyciami.

    Innego zdania byli koalicjanci z PSL. Wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz napisał w serwisie X, że dobrze, iż historia tego projektu dobiegła końca. Podkreślił, że Polskie Stronnictwo Ludowe od początku było jednoznacznie przeciwne proponowanym zmianom i nie zgadzało się na rozwiązania, które – w ich ocenie – uderzałyby w przedsiębiorców. Jak zaznaczył, PSL nie wyraziło i nie wyrazi zgody na forsowanie takich przepisów.

    Tym samym projekt ustawy o wzmocnieniu uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy stał się kolejnym przykładem napięć wewnątrz rządzącej koalicji, pokazując różnice w podejściu do relacji między ochroną pracowników a interesami pracodawców.

  • Świątek rzuciła rakietą i staranowała siatkę. Ta sytuacja mówi wszystko

    Świątek rzuciła rakietą i staranowała siatkę. Ta sytuacja mówi wszystko

    Iga Świątek przegrała gema przy swoim serwisie, Wim Fissette chciał jej udzielić jakichś rad, ale polska tenisistka nie chciała go wysłuchać. Szybko okazało się, że sama dobrze wiedziała, co zrobić. W swoim drugim występie w tegorocznym United Cup Świątek odniosła drugie zwycięstwo – tym razem 6:3, 6:2 nad Holenderką Suzan Lamens. Dla naszej kadry nie stałoby się nic, nawet gdyby Iga ten mecz przegrała. Ale jedna sytuacja pokazała wyraźnie, jakie jest nastawienie Świątek.
    Iga Świątek
    screeny z Polsatu Sport

    Dwa dni temu Iga Świątek stoczyła trwający dwie i pół godziny bój z Evą Lys. Świetnie grającą Niemkę pokonała 3:6, 6:3, 6:4. Tym samym nie bez problemów, ale udanie rozpoczęła swoje występy w 2026 roku. Po odwróceniu trudnego meczu z Lys w spotkaniu z Lamens Świątek od początku była w komfortowej sytuacji.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany

    Tuż przed meczem Igi swoje zadanie świetnie zrealizował Hubert Hurkacz. United Cup to reprezentacyjny turniej mieszany (nazywany nieoficjalnymi mistrzostwami świata) i w ramach meczu Polska – Holandia Hurkacz zdobył punkt, który już dawał naszej kadrze pewny awans do ćwierćfinału. Z pierwszego miejsca w grupie. Po pokonaniu Niemiec 3:0 wystarczało nam jedno zwycięstwo w spotkaniu z Holandią. I Hurkacz odniósł je nad 25. w rankingu ATP Tallonem Griekspoorem (6:3, 7:6).
    Świątek sama rozwiązała problem

    Świątek na swój mecz mogła wyjść z całkowitym luzem. Ale szybko zobaczyliśmy, że do gry przystąpiła z pełną koncentracją. I to nie dziwi. Natomiast nieco zaskoczyć mogła reakcja Igi po pierwszych kłopotach.

    – Zaczął coś mówić Wim Fissette do Igi, ale Iga pokazała, że nie chce rozmawiać – relacjonował komentator Polsatu Sport Dawid Olejniczak po gemie, w którym prowadzenie Świątek zmalało z 3:1 na 3:2. Wówczas Polka została przełamana. Sytuacji między nią a jej trenerem nie widzieliśmy, bo w tym czasie stacja transmitująca mecz emitowała reklamy. Ale na pewno Świątek bardzo chciała serwować lepiej niż robiła to przeciw Lys. Niemka wygrała aż siedem serwisowych gemów Polki. Bardzo możliwe, że Fissette chciał przekazać swojej zawodniczce wskazówki dotyczące właśnie poprawy serwisu. Ale najwyraźniej tenisistka sama wiedziała, co i jak ma robić.

    Wkrótce notowana na 97. miejscu w rankingu WTA Lamens szybko wyrównała na 3:3, ale na nic więcej nasza wiceliderka tej listy jej nie pozwoliła. Może nie wszystkie decyzje Igi były dobre („Nie przez forhend, nie przez forhend, bo ona nim zamiata” – powtarzał w pewnym momencie komentator, jakby chciał, żeby Świątek go usłyszała i nie grała Holenderce wygodnych dla niej piłek), ale 20 minut po tej pełnej milczenia przerwie Iga już skończyła seta. Zrobiła to, wykorzystując trzeciego setbola. Partia potrwała tylko 38 minut. Po niej Świątek i Fissette już porozmawiali. A drugi set potrwał jeszcze krócej.
    Świątek w siatce, a wkrótce Lamens skończyła, jak prawie wszystkie rywalki

    Świątek na drugą partię wyszła z jeszcze większą energią. Nie było dla niej straconych piłek. Imponująca była akcja w pierwszym gemie, w którym Iga tak ruszyła do siatki, że nie mogąc zdążyć do piłki, wrzuciła pod nią swoją rakietę. To było skuteczne, ale nieregulaminowe. Wpadnięcie Igi w siatkę po chwili również złamało przepisy. Ale choć to wszystko nie mogło przynieść punktu, to i tak było godne oklasków. Bo pokazywało pomysłowość i maksymalne zaangażowanie Polki.

    W pierwszym gemie drugiej partii Lamens jeszcze się obroniła, utrzymała swoje podanie. Ale wkrótce było już 6:3, 5:1 dla naszej tenisistki. Cały mecz skończył się zwycięstwem Igi 6:3, 6:2 po zaledwie godzinie i 12 minutach.

    – W połowie pierwszego seta znalazłam drogę do tego, żebym była bardziej solidna – powiedziała zaraz po meczu Świątek. Ta solidność Igi jest imponująca. Od 2020 roku wygrała aż 116. ze 119 meczów z tenisistkami spoza top 50 światowego rankingu. Wyraźnie niżej notowane rywalki niemal zawsze odbijają się od Świątek jak od ściany.

    Po zwycięstwach Hurkacza i Świątek Polska zapewniła sobie zwycięstwo nad Holandią już przed kończącym ten mecz starciem par mieszanych (wystawiliśmy duet Katarzyna Kawa i Jan Zieliński). Teraz, w ćwierćfinale, rywalem naszej kadry będzie Australia, czyli ekipa gospodarzy United Cup.

  • Świątek walczyła z mistrzynią z Osaki. 72 minuty starcia podczas United Cup

    Świątek walczyła z mistrzynią z Osaki. 72 minuty starcia podczas United Cup

    Po zwycięstwie Huberta Hurkacza nad Tallonem Griekspoorem reprezentacja Polski miała już zapewniony awans do ćwierćfinału United Cup. To jednak nie oznaczało końca emocji. Iga Świątek wciąż miała konkretną stawkę do zrealizowania – w grze pozostawały zarówno kolejne punkty do rankingu WTA, jak i dodatkowa premia finansowa. Rywalką Raszynianki w kolejnym meczu fazy grupowej była Suzan Lamens, triumfatorka turnieju rangi WTA 250 w Osace w sezonie 2024. Spotkanie zakończyło się po 72 minutach rywalizacji.

    Polacy znajdowali się w bardzo komfortowej sytuacji przed ostatnim dniem zmagań w grupie United Cup. Do wygrania grupy i bezpośredniego awansu do ćwierćfinału wystarczało im co najmniej jedno zwycięstwo w meczach singlowych lub zdobycie trzech setów w starciu z Holandią. Kluczowe rozstrzygnięcie zapadło jednak błyskawicznie – Hubert Hurkacz po raz kolejny zaprezentował znakomitą formę, imponował serwisem i opanowaniem w kluczowych momentach. Wrocławianin pokonał Tallona Griekspoora 6:3, 7:6(4), zapewniając całej drużynie miejsce w najlepszej ósemce turnieju.

    Mimo że losy awansu były już przesądzone, rywalizacja z Holandią toczyła się dalej. Niedługo po meczu Hurkacza na kort wyszła Iga Świątek. Wiceliderka rankingu WTA zmierzyła się z Suzan Lamens, którą doskonale pamiętała z drugiej rundy US Open 2025. Wówczas Holenderka sprawiła niespodziankę, urywając Polce seta, choć ostatecznie przegrała 6:1, 4:6, 6:4. Tym razem stawka była mniejsza pod względem drużynowym, ale dla Świątek wciąż istotna – zwycięstwo przybliżało ją do maksymalnej puli 500 punktów w klasyfikacji WTA.

    Mecz rozpoczął się od serwisu Polki, która pewnie utrzymała podanie. Chwilę później tym samym odpowiedziała Lamens. Pierwsze okazje na przełamanie pojawiły się w czwartym gemie, gdy Świątek wypracowała sobie dwie szanse na objęcie prowadzenia 3:1. Drugą z nich wykorzystała, uzyskując dwugemową przewagę. W kolejnych minutach Raszynianka straciła jednak nieco rytm – pojawiły się niewymuszone błędy, z czego skorzystała Holenderka, odrabiając straty i doprowadzając do remisu 3:3.

    Ten moment nie wybił jednak Igi z równowagi. Polka szybko odzyskała kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Pewnie utrzymała serwis, a następnie przyspieszyła w returnie. Po długiej, intensywnej wymianie z głębi kortu wypracowała break pointa przy stanie 4:3. Lamens nie wytrzymała presji i popełniła błąd, oddając gema. Chwilę później Świątek serwowała po zwycięstwo w pierwszym secie. Przy stanie 30-30 popisała się asem, wypracowując setbola. Choć rywalka zdołała jeszcze doprowadzić do równowagi, Polka przy trzeciej okazji postawiła kropkę nad „i”, wygrywając partię 6:3.

    Drugi set rozpoczął się od serwisu Lamens, która zdołała utrzymać podanie. Świątek odpowiedziała tym samym, a już w trzecim gemie wywarła dużą presję na przeciwniczce. Po minimalnym błędzie Holenderki pojawiły się dwa break pointy z rzędu. Pierwszy nie został wykorzystany, ale przy drugim Raszynianka była już bezbłędna i objęła prowadzenie. Od tego momentu przewaga Polki systematycznie rosła. Kilka minut później miała już na koncie podwójne przełamanie, kontrolując przebieg spotkania.

    Lamens zdołała jeszcze urwać gema przy stanie 1:5, ale było to wszystko, na co było ją stać w tej partii. Świątek spokojnie utrzymała serwis i zakończyła mecz zwycięstwem 6:3, 6:2, potwierdzając swoją dominację.

    Wyniki spotkań: Hubert Hurkacz – Tallon Griekspoor 6:3, 7:6(4)
    Iga Świątek – Suzan Lamens 6:3, 6:2

    Stan rywalizacji: 2:0 dla Polski
    Przed zespołami pozostał jeszcze mecz miksta, który dopełnił udanego dnia biało-czerwonych w United Cup.

  • Kapelan Nawrockiego wprost ws. prezydenta. Ogłosił to publicznie. I te słowa o Janie Pawle II

    Kapelan Nawrockiego wprost ws. prezydenta. Ogłosił to publicznie. I te słowa o Janie Pawle II

    Jarosław Wąsowicz o Karolu Nawrockim i środowisku kibiców. Wspomina też wydarzenia po śmierci Jana Pawła II

    Jarosław Wąsowicz, salezjanin mianowany przez prezydenta Karola Nawrockiego jego kapelanem, nie ukrywa swoich poglądów i otwarcie mówi o relacji głowy państwa ze środowiskiem kibicowskim. W rozmowie z Danielem Nawrockim, najstarszym synem prezydenta, podkreśla, że doświadczenia ze stadionów miały realny wpływ zarówno na kampanię wyborczą, jak i na samego Nawrockiego. – On jest jednym z nas i wiem, że o tym nie zapomni – przekonuje duchowny. W trakcie wywiadu wraca również do wydarzeń, które rozegrały się w Polsce po śmierci Jana Pawła II.

    Po objęciu urzędu prezydenta Karol Nawrocki podjął szereg istotnych decyzji personalnych. Jedną z nich było powołanie nowego kapelana prezydenckiego. Wybór padł na ks. Jarosława Wąsowicza, z którym Nawrocki przed laty współtworzył książkę „Wielka Lechia Moich Marzeń”. Publikacja poświęcona była postaci Tadeusza Kazimierza Duffka „Dufo”, legendarnego lidera kibiców Lechii Gdańsk, zmarłego w 2005 roku.

    Wąsowicz od lat jest związany ze środowiskiem fanów piłki nożnej. Organizuje ogólnopolskie pielgrzymki kibiców na Jasną Górę i z tego powodu bywa określany mianem „kapelana kibiców”. Już w najbliższą sobotę, 10 stycznia, do Częstochowy po raz osiemnasty przyjadą sympatycy klubów z całej Polski, by wspólnie uczestniczyć w mszy świętej.

    Wydarzenie promuje Daniel Nawrocki, który na swoim kanale w serwisie YouTube opublikował nagranie zapowiadające pielgrzymkę. Główną częścią materiału jest rozmowa z ks. Wąsowiczem, w której pojawiają się wątki związane zarówno z prezydentem, jak i z historią kibicowskich inicjatyw, w tym z reakcjami stadionów na śmierć Jana Pawła II.

    „Jest jednym z nas”

    Kapelan prezydenta zwraca uwagę na rolę, jaką – jego zdaniem – odegrali kibice w kampanii wyborczej Karola Nawrockiego. Jak podkreśla, bez wsparcia zwykłych ludzi, także tych ze stadionów, zwycięstwo mogłoby nie być możliwe. – Tata miałby ciężko wygrać wybory bez zaplecza zwykłych ludzi, którzy się modlili i którzy na stadionach wywieszali transparenty „Byle nie Trzaskowski”. Warto o tym dziś pamiętać – mówi w rozmowie z Danielem Nawrockim.

    Wąsowicz opisuje też zasady, które – jego zdaniem – obowiązują w środowisku kibiców. – Jeśli komuś dzieje się krzywda, staramy się pomóc. Gdy trzeba coś zrobić dla Lechii czy dla Polski, stoimy w jednym szeregu – zaznacza. Jednocześnie przypomina, że sam Karol Nawrocki wywodzi się z tego środowiska i wielokrotnie dawał temu wyraz.

    Przywołuje sytuację, gdy już jako prezydent RP Nawrocki pojawił się na meczu Lechii Gdańsk z Motorem Lublin i wszedł na trybunę najbardziej zagorzałych kibiców. – To był moment wzruszający, ale też historyczny. Głowa państwa weszła na młyn, gdzie doping jest na całego, a wszyscy skandują jego imię. On jest jednym z nas i wiem, że o tym nie zapomni. To środowisko ukształtowało go w imię zasad, które w życiu bardzo się przydają – tłumaczy duchowny.

    Wspomnienia po śmierci Jana Pawła II

    W dalszej części rozmowy ks. Wąsowicz mówi o społecznych inicjatywach kibiców oraz o wydarzeniach sprzed lat, związanych z osobą Jana Pawła II. Przypomina, że fani klubów piłkarskich wielokrotnie angażowali się w obronę papieża i Kościoła. – Kiedy trzeba było bronić Ojca Świętego, gdy był atakowany przez postkomunę, kibice stawali w jego obronie, pojawiały się oprawy. Gdy trzeba było bronić kościołów, robili to właśnie kibice – mówi.

    Kapelan ocenia, że Pielgrzymka Kibiców na Jasną Górę nie mogłaby się odbywać, gdyby nie doświadczenie wspólnoty, które narodziło się po śmierci Jana Pawła II. Wspomina sceny ze stadionów w całej Polsce, wspólne modlitwy i momenty, gdy rywalizujące ze sobą środowiska potrafiły się zjednoczyć.

    – To były narodowe rekolekcje – podkreśla. Przypomina m.in. przerwane mecze po informacji o śmierci papieża czy wspólne Eucharystie kibiców klubów będących od lat w konflikcie. – Kibice Cracovii i Wisły Kraków, najwięksi rywale, spotkali się razem na stadionie na mszy. Takie sceny działy się w całej Polsce. Wtedy kibice zobaczyli, że są wydarzenia i postacie, które nas wszystkich łączą – bez względu na to, jakie barwy nosimy – podsumowuje ks. Jarosław Wąsowicz.

  • Stoch wywołany w Bischofshofen. Złoty Orzeł dla Polaka, wielki moment

    Stoch wywołany w Bischofshofen. Złoty Orzeł dla Polaka, wielki moment

    Nie zawiódł kibiców finałowy konkurs tegorocznego Turnieju Czterech Skoczni. Rywalizacja w Bischofshofen dostarczyła ogromnych emocji, a o końcowym triumfie zdecydowała szalona końcówka, w której nie brakowało prób przekraczających 140 metrów. Na austriackiej skoczni dobrze zaprezentowali się także reprezentanci Polski, w tym Kamil Stoch. Dla trzykrotnego mistrza olimpijskiego był to jednocześnie ostatni start w legendarnych niemiecko-austriackich zawodach. Tuż po zakończeniu konkursu doszło do wyjątkowej i niezwykle wzruszającej sceny.

    Obecny sezon zimowy ma szczególne znaczenie dla Kamila Stocha. Doświadczony skoczek już przed jego rozpoczęciem oficjalnie ogłosił, że to jego ostatnia kampania w zawodowej karierze. Od tamtej pory każdy kolejny występ Zakopiańczyka budzi ogromne emocje wśród kibiców, którzy coraz wyraźniej odczuwają zbliżające się pożegnanie z jedną z największych legend polskich skoków narciarskich. Nie inaczej było w Bischofshofen, gdzie Stoch po raz kolejny potwierdził swoją klasę.

    Po nieudanym występie w Innsbrucku 38-latek potrafił się odbudować i we wtorek oddał dwie solidne próby, pokazując, że wciąż stać go na skakanie na wysokim poziomie. Gdy wydawało się, że po ostatnim skoku będzie mógł spokojnie zejść ze skoczni, odpocząć i zacząć przygotowania do powrotu do kraju, organizatorzy przygotowali dla niego niespodziankę.

    Ku radości licznie zgromadzonych fanów spiker zawodów nagle wywołał nazwisko Kamila Stocha. Na oczach tysięcy kibiców Polak został uhonorowany symbolicznym Złotym Orłem. Choć statuetka nie była tak okazała jak trofeum dla zwycięzcy Turnieju Czterech Skoczni, sam gest miał ogromne znaczenie. Stoch przyjął wyróżnienie z widocznym wzruszeniem, a na jego twarzy pojawiły się emocje, których nie próbował ukrywać.

    – Zrobiło się bardzo sentymentalnie, gdy usłyszałem ten aplauz kibiców i słowa spikera – przyznał później w rozmowie z Eurosportem. – Każda skocznia miała w tym roku w sobie coś wyjątkowego, szczególnie podczas Turnieju Czterech Skoczni. W Oberstdorfie czułem się niesamowicie, w Garmisch-Partenkirchen było podobnie, w Innsbrucku również. Wszędzie organizatorzy i fani żegnali się ze mną w wyjątkowy sposób. Może właśnie dlatego warto było wcześniej powiedzieć, że to będzie mój ostatni sezon. Dzięki temu mogłem przeżyć takie chwile pożegnania – podkreślił Stoch.

    Symboliczny Złoty Orzeł w Bischofshofen stał się kolejnym dowodem na to, jak wielkim szacunkiem i sympatią Kamil Stoch cieszy się nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. To był moment, który na długo pozostanie w pamięci zarówno samego zawodnika, jak i jego kibiców.

  • Hejter Świątek wrócił na kort. Oto jak mu poszło

    Hejter Świątek wrócił na kort. Oto jak mu poszło

    Nie udał się Nickowi Kyrgiosowi powrót do sportowej rywalizacji. Australijczyk, który rozegrał pierwszy oficjalny mecz od marca, nie stanowił wielkiej przeszkody dla Aleksandara Kovacevicia. Amerykanin bez problemu zwyciężył 6:3, 6:4 i awansował do 1/8 finału turnieju ATP w Brisbane. Skandalista niejednokrotnie krytykował Igę Świątek, a teraz musi walczyć o swoją karierę.
    Nick Kyrgios
    Screenshot YT Tennis TV

    Nick Kyrgios nie jest byle kim. Australijczyk co prawda zajmuje aktualnie miejsce w siódmej “setce” rankingu ATP, ale u szczytu swojej kariery plasował się w czołówce. W 2016 roku osiągnął swoją najwyższą pozycję – trzynastą. Przed czterema laty zanotował swoje najlepsze występy w turniejach wielkoszlemowych. W finale Wimbledonu przegrał z Novakiem Djokoviciem, dotarł też do ćwierćfinału US Open.

    Zobacz wideo Luke Littler lubi grać pod presją? “On sam generuje negatywne emocje”

    Liczne kontuzje sprawiły, że 30-latek musi swoją karierę odbudować od zera. Od października 2022 roku wygrał zaledwie jeden mecz w tourze. Długo walczył z nawracającą kontuzją nadgarstka. Problemy ze zdrowiem sprawiły, że zniknął z kortów w marcu zeszłego roku.
    Nick Kyrgios z nieudanym powrotem

    Wielkim powrotem na kort Nicka Kyrgiosa był pokazowy mecz przeciwko Arynie Sabalence. Spotkanie, które miało niewiele wspólnego czy z tenisem, czy chociażby z pierwotną “wojną płci” rozegraną przez legendarną Billie Jean King, zakończyło się jego zwycięstwem 6:3, 6:3. Po dziesięciu dniach od tego pojedynku przyszedł czas na prawdziwy powrót Australijczyka na kort.

    Zobacz też: Co za mecz Linette z Venus Williams!

    I nie zakończył się on najlepiej. Pierwszy od dziewięciu miesięcy mecz Kyrgiosa w tourze odbył się w ramach turnieju ATP w Brisbane. Kyrgiosowi nie można było odmówić walki, ale w pojedynku 1/16 finału z Amerykaninem Aleksandarem Kovacevicem (58. ATP) był po prostu słabszy.

    Gołym okiem widać było długi rozbrat z kortem, a odczucia potwierdzają statystyki. Australijczyk posłał zaledwie 10 winnerów względem 27 ze strony Kovacevicia, gorzej serwował, returnował, nie miał też żadnej okazji do przełamania. Amerykanin miał i je wykorzystał, dzięki czemu zwyciężył 6:3, 6:4.
    Hejter Świątek i jego skandale

    Okres bez gry Kyrgios spędził na swojej drugiej specjalności. Liczne skandaliczne wypowiedzi Australijczyka obiegają świat, a jedną z ulubionych “ofiar” 30-latka jest Iga Świątek. Nieustannie krytykuje on Polkę za sprawę zawieszenia za doping, chociaż sprawa 24-latki jest oczywista. Winna była zanieczyszczona melatonina, która zawierała niedozwoloną trimetazydynę. Wszystkie testy wykazały, że Świątek nie przyjęła zakazanej substancji w dużych ilościach, ani świadomie, przez co przyjęto tłumaczenia o przypadkowym zażyciu za wiarygodny.

    Nie są to jedyne kontrowersyjne zachowania Nicka Kyrgiosa. W 2015 roku podczas meczu ze Stanem Wawrinką obraził Szwajcara, sugerując niewierność jego partnerki. Cztery lata później jego mecz z Casperem Ruudem zakończył się przedcześnie po ataku furii, podczasu którego Australijczyk obraził sędziego i wyrzucił krzesełko na kort.