• Nie do wiary, co zrobiła Linette! Pierwszy taki mecz od 930 dni

    Nie do wiary, co zrobiła Linette! Pierwszy taki mecz od 930 dni

    Magda Linette sprawiła swoim kibicom znakomitą wiadomość w Melbourne. W drugiej rundzie Australian Open Polka pokonała Amerykankę Ann Li 6:3, 6:3 i po raz pierwszy od 930 dni zameldowała się w najlepszej „32” turnieju wielkoszlemowego w singlu.

    Poznanianka (50. WTA) była na fali już po poniedziałkowym meczu pierwszej rundy, w którym niespodziewanie wyeliminowała rozstawioną z numerem 15 Emmę Navarro. Po trzysetowym boju zwyciężyła 3:6, 6:3, 6:3, przerywając serię ośmiu porażek z rzędu w Wielkich Szlemach. W kolejnym etapie jej rywalką była Ann Li (38. WTA), która na otwarcie turnieju uporała się z Kolumbijką Camilą Osorio 6:4, 6:7, 7:5.

    Od pierwszych piłek środowego spotkania Linette narzuciła swoje warunki. Choć przegrywała 0:1, szybko przejęła inicjatywę, wygrywając trzy gemy z rzędu. Grała bardzo precyzyjnie, odważnie wchodziła w kort, a przy tym imponowała ruchem i przygotowaniem fizycznym. – Magda biega dziś jak szalona – zauważyła na antenie Eurosportu Justyna Kostyra.

    Dobra dyspozycja fizyczna mogła zaskakiwać, bo w meczu z Navarro Polka kilkukrotnie korzystała z pomocy fizjoterapeuty. Jak później wyjaśniła, był to jedynie problem ze skurczami. Co więcej, Linette zdążyła już wystąpić w deblu – w parze z Japonką Shuko Aoyamą awansowała do drugiej rundy po zwycięstwie nad Alexandrą Ealą i Ingrid Martins 7:6, 2:6, 6:3.

    W pierwszym secie starcia z Li kluczowy okazał się fragment od stanu 3:1. Obie tenisistki pilnowały serwisu, a nerwowo zrobiło się jedynie w ósmym gemie, gdy Linette popełniła podwójny błąd i dopuściła do równowagi. Polka wyszła jednak z opresji obronną ręką, korzystając z pomyłki rywalki i świetnej gry przy siatce. – Wolej Magdy leciał długo, ale wpadł w kort. Opłaca się, że idzie do siatki – komentowała Kostyra.

    Chwilę później Linette ponownie przyspieszyła. Dwa znakomite returny przyniosły jej przełamanie i wygraną w secie 6:3. Po piłce setowej kamery pokazały radość jej sztabu szkoleniowego, a na trybunach zasiadała m.in. Agnieszka Radwańska, konsultantka Polki.

    Druga partia rozpoczęła się jeszcze lepiej. Linette szybko objęła prowadzenie 3:0, najpierw broniąc dwa break pointy, a następnie sama wykorzystując okazję na przełamanie po efektownym bekhendzie wzdłuż linii. – Ann Li grała zbyt wolno i przewidywalnie, zostawiła dużo miejsca po stronie forhendu – analizowała komentatorka.

    Amerykanka popełniała coraz więcej błędów, szczególnie z forhendu, a kolejny podwójny błąd serwisowy sprawił, że Polka odskoczyła już na 4:0. Choć Li próbowała jeszcze wrócić do gry i zmniejszyła straty do 2:4, Linette zachowała spokój. Przy stanie 2:5 rywalka obroniła dwie piłki meczowe w długim, dziesięciominutowym gemie, ale to nie wybiło Polki z rytmu. Przy piątej okazji skutecznie zamknęła spotkanie, a jej radość po ostatniej piłce była bardzo wymowna.

    Dzięki temu zwycięstwu Magda Linette po raz pierwszy od Wimbledonu 2023 awansowała do trzeciej rundy turnieju wielkoszlemowego w singlu. W Melbourne przełamała też fatalną passę ośmiu porażek z rzędu w Szlemach. Trzy lata temu dotarła w Australii aż do półfinału – to wciąż największy sukces w jej karierze.

    Wygrana z Navarro dodała jej wiary, a w meczu z Ann Li potwierdziła dobrą dyspozycję. Była stabilniejsza, bardziej konsekwentna i lepiej radziła sobie w kluczowych momentach, podczas gdy forma Amerykanki wyraźnie falowała.

    Awans do najlepszej „32” Australian Open oznacza, że w trzeciej rundzie Linette zmierzy się ze zwyciężczynią pojedynku Karolina Muchova (19. WTA) – Alycia Parks (99. WTA). W drugiej rundzie turnieju jest także Iga Świątek, natomiast kwalifikantka Linda Klimovicova odpadła po porażce z Eliną Switoliną. Swój mecz na tym etapie przegrał również Kamil Majchrzak.

  • Polka zaskoczyła Switolinę w pierwszym secie. Później demolka na John Cain Arena

    Polka zaskoczyła Switolinę w pierwszym secie. Później demolka na John Cain Arena

    Polskie tenisistki znakomicie rozpoczęły rywalizację w Australian Open, kompletując awans do drugiej rundy. Jako ostatnia z biało-czerwonych na kort wyszła jednak ta najmniej doświadczona – Linda Klimovicova. 21-letnia zawodniczka z Bielska-Białej stanęła przed największym wyzwaniem w swojej dotychczasowej karierze. Po raz pierwszy miała zmierzyć się z tenisistką z czołowej „50” rankingu WTA, i to od razu z rozstawioną z numerem 12 Eliną Switoliną. Przez długi czas udowadniała, że nie znalazła się na tej scenie przypadkiem. Dopiero z czasem uwidoczniła się różnica klas, którą bezlitośnie obnażyło doświadczenie Ukrainki.

    Niespełna dziewięć miesięcy wcześniej z Eliną Switoliną rywalizowała w Radomiu Maja Chwalińska – inna reprezentantka BKT Advantage Bielsko-Biała. Tamto spotkanie rozegrano w ramach Billie Jean King Cup, a jego stawka była nieporównywalnie mniejsza niż mecz wielkoszlemowy. Chwalińska występowała jednak przed własną publicznością, zastępując chorą Magdę Linette, i była bardzo blisko sprawienia sensacji. W pierwszym secie miała aż pięć piłek setowych, lecz żadnej nie wykorzystała. Ostatecznie przegrała 6:7 (4), 3:6.

    Switolina od lat uchodzi bowiem za tenisistkę niezwykle solidną i regularną. Wpadki zdarzają jej się wyjątkowo rzadko – znacznie rzadziej niż wielu zawodniczkom z czołówki rankingu WTA. Aby znaleźć jej porażki z rywalkami spoza pierwszej setki, trzeba cofnąć się do 2024 roku, ale i tamte przypadki wymagają kontekstu. W Bad Homburg Ukrainka uległa Caroline Wozniacki, a w Miami – Naomi Osace. Obie wracały wówczas do rywalizacji po przerwie macierzyńskiej, a ich pozycja w rankingu nie oddawała rzeczywistego poziomu sportowego. Z kolei w kwietniu 2023 roku, w turnieju ITF, Switolina przegrała z Rumunką Alexandrą Cadantu Ignatik, lecz były to jej pierwsze starty po urodzeniu dziecka.

    Stawką pojedynku z Klimovicovą był awans do trzeciej rundy Australian Open. Dla Polki było to pierwsze w karierze spotkanie w turnieju wielkoszlemowym z zawodniczką z TOP 50 – i to od razu z 12. rakietą świata. Faworytka była tylko jedna.

    Początek meczu należał jednak do Lindy. Polka grała bez kompleksów, odważnie i bardzo agresywnie. Doskonale funkcjonował jej serwis – skuteczność pierwszego podania przez długi czas wynosiła sto procent. Switolina sprawiała wrażenie zaskoczonej tym, że po jej mocnych uderzeniach piłka wracała z drugiej strony kortu z podobną siłą. Już w piątym gemie Klimovicova doczekała się pierwszej szansy na przełamanie. Ukrainka obroniła się jednak kapitalnym serwisem, a chwilę później dołożyła jeszcze dwa pewne punkty.

    To Polka jako pierwsza straciła podanie, gdy tylko minimalnie spadła skuteczność jej pierwszego serwisu. Switolina znakomicie czytała kierunki drugiego podania, natychmiast przejmowała inicjatywę i atakowała. Mocne piłki grane pod nogi sprawiały Klimovicovej sporo problemów. Mimo to 21-latka szybko wywalczyła aż trzy break pointy, które mogły doprowadzić do remisu 3:4. Ostatecznie wykorzystała trzecią okazję.

    Już wtedy było jasne, że Polka nie dała się onieśmielić utytułowanej rywalce, która do Melbourne przyleciała świeżo po triumfie w turnieju WTA 250 w Auckland. Klimovicova grała niezwykle mocno, momentami aż za bardzo. Prowadząc 40:0 w gemie serwisowym, zamiast spokojnie wykończyć akcję przy siatce, dokładała niepotrzebnie siły. Podobne błędy pojawiły się chwilę później. Switolina znów miała dwie szanse na przełamanie w końcówce seta, ale tym razem również ich nie wykorzystała.

    Polka imponowała determinacją, a wielka faworytka długo nie potrafiła jej „złamać”. Switolina była naprawdę groźna głównie wtedy, gdy dostawała piłki zbyt krótkie, wpadające w środkową strefę kortu – wówczas kończyła akcje z dużą skutecznością. Klimovicova w pełni zasłużyła na to, by losy seta rozstrzygnęły się w tie-breaku. W dwunastym gemie prowadziła jeszcze 30:15, potem zrobiło się 30:30, aż w końcu to Ukrainka wypracowała piłkę setową. Wykorzystała ją po kapitalnej wymianie, zakończonej efektownym forhendowym krosem.

    Set zakończył się wynikiem 7:5 dla Switoliny, ale publiczność na John Cain Arenie nagrodziła Polkę gromkimi brawami.

    Urodzona w Ołomuńcu Klimovicova także na początku drugiej partii miała swoje szanse. Już w pierwszym gemie wypracowała dwie kolejne okazje do przełamania, mogła znakomicie otworzyć seta i wykorzystać chwilowe rozkojarzenie turniejowej „12”. Switolina znów się jednak wybroniła. A potem zaprezentowała pełnię swoich możliwości.

    Od trzeciego gema przewaga 31-letniej Ukrainki rosła z każdą minutą. Klimovicova zmieniła rakietę, trener Emil Miske próbował ją mobilizować z trybun, ale niewiele to dało. Switolina wygrała aż 16 z 17 kolejnych akcji, a drugie przełamanie dało jej prowadzenie 5:1 i możliwość serwowania po awans. Wówczas Polka sprawiała już wrażenie zawodniczki pogodzonej z losem.

    Mecz zakończył się pewnym zwycięstwem faworytki, lecz dla Lindy Klimovicovej był to występ, który może zaprocentować w przyszłości – zarówno doświadczeniem, jak i wiarą we własne możliwości.

  • Rewolucja w kadrze Polski, Szeremeta musi się z tym pogodzić. Jest komunikat ws. trenera

    Rewolucja w kadrze Polski, Szeremeta musi się z tym pogodzić. Jest komunikat ws. trenera

    Na gali „Przeglądu Sportowego” Tomasz Dylak odebrał nagrodę dla najlepszego trenera roku 2025. Wyróżnienie to trudno uznać za zaskoczenie. Szkoleniowiec w minionych miesiącach poprowadził Julię Szeremetę do srebrnego medalu igrzysk olimpijskich w Paryżu, a jego podopieczne wróciły z mistrzostw świata w Anglii z trzema krążkami. Niespodziewanie jednak we wtorek pojawił się oficjalny komunikat dotyczący przyszłości Dylaka. Trener obejmuje nową, niezwykle odpowiedzialną funkcję, a Julia Szeremeta będzie musiała zaakceptować fakt, że od teraz jej mentor nie skupi się już wyłącznie na kadrze kobiet.

    Ostatnie lata to bez wątpienia złoty okres dla polskiego boksu, zwłaszcza w wydaniu kobiecym. Olimpijskie srebro Julii Szeremety w Paryżu było jedynie zapowiedzią kolejnych sukcesów. Za większością z nich stał właśnie Tomasz Dylak, który krok po kroku budował silną i stabilną reprezentację. Pod jego wodzą Polki podczas mistrzostw świata w Anglii zdobyły trzy medale – Agata Kaczmarska sięgnęła po złoto w kategorii powyżej 80 kg, natomiast Julia Szeremeta (do 57 kg) oraz Aneta Rygielska (do 60 kg) wywalczyły srebrne krążki. Łącznie w 2025 roku reprezentantki Polski aż 19 razy stawały na podium międzynarodowych zawodów.

    Nic więc dziwnego, że praca Tomasza Dylaka została doceniona również w prestiżowym plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Krótko po odebraniu statuetki nadeszła jednak informacja, która wywołała spore poruszenie w środowisku bokserskim. We wtorkowy wieczór Polski Związek Bokserski poinformował, że Dylak obejmie nową rolę i przejmie obowiązki Grzegorza Proksy. Oznacza to, że dotychczasowy selekcjoner kadry kobiet będzie od teraz prowadził również reprezentację mężczyzn.

    Jak czytamy w oficjalnym komunikacie PZB, decyzją zarządu nie została przedłużona umowa z Grzegorzem Proksą, który przez ostatnie dwa lata pełnił funkcję trenera kadry seniorów. Jednocześnie jednogłośnie postanowiono powierzyć Tomaszowi Dylakowi stanowisko głównego szkoleniowca obu reprezentacji seniorskich – kobiet i mężczyzn. Zmiana ta ma być elementem nowej, długofalowej strategii rozwoju polskiego boksu olimpijskiego, opartej na jednym, spójnym systemie szkoleniowym obejmującym wszystkie grupy wiekowe.

    Nowe wyzwanie dla Dylaka to odpowiedź na brak sukcesów męskiej kadry w ostatnim czasie. Polscy bokserzy wrócili z ubiegłorocznych mistrzostw świata bez medalu, a również mistrzostwa Europy do lat 23 nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Dodatkowo w strukturach World Boxing coraz częściej organizowane są wspólne zawody dla kobiet i mężczyzn, co sprawia, że jeden model szkoleniowy ma usprawnić funkcjonowanie całej reprezentacji.

    – Wdrażamy w polskim boksie zupełnie nowy model szkolenia. Jedna spójna wizja, jeden head coach i jasna struktura pracy. Doświadczenie Tomasza Dylaka oraz efekty jego wieloletniej pracy z kadrą żeńską dają nam przekonanie, że to rozwiązanie przyniesie sukcesy również w rywalizacji mężczyzn – podkreślił wiceprezes PZB ds. wyszkolenia Krzysztof Sadłoń.

    Dla Julii Szeremety oznacza to nową rzeczywistość. Trener, któremu zawdzięcza największe sukcesy w karierze, od teraz będzie musiał dzielić swoją uwagę pomiędzy dwie reprezentacje. Wyzwań nie zabraknie, bo już w 2026 roku polskich pięściarzy i pięściarki czeka intensywny sezon. W planach są starty w Pucharze Świata, powrót wojskowych mistrzostw świata, a także wrześniowe mistrzostwa Europy seniorek i seniorów. Wszystko wskazuje na to, że przed Tomaszem Dylakiem i jego zawodnikami rozpoczyna się kolejny, niezwykle wymagający rozdział.

  • Oto “tajemnica” Igi Świątek. To jemu wiele zawdzięcza. Nawet Sabalenka zwróciła uwagę

    Oto “tajemnica” Igi Świątek. To jemu wiele zawdzięcza. Nawet Sabalenka zwróciła uwagę

    Sukces w zawodowym sporcie to wypadkowa wielu elementów: stabilnej sfery mentalnej, dopracowanej techniki, właściwej taktyki, ale także – a często przede wszystkim – znakomitego przygotowania fizycznego. W przypadku Igi Świątek za ten ostatni aspekt od 2020 roku odpowiada niezmiennie ta sama osoba. Jej praca została doceniona zarówno przez ekspertów, jak i rywalki Polki. Na łamach „Przeglądu Sportowego” wysoką ocenę wystawił jej Maciej Synówka, a w ostatnich miesiącach o wyjątkowej kondycji Raszynianki otwarcie mówiła także Aryna Sabalenka.

    Poniedziałkowy mecz Igi Świątek z Yue Yuan był kolejnym dowodem na to, jak kluczową rolę w zawodowym tenisie odgrywa fizyczność. Chinka przez długi czas dotrzymywała kroku wiceliderce światowego rankingu, a w pierwszym secie prowadziła nawet 5:3. Wraz z upływem minut zaczęło jednak brakować jej energii. Nogi nie nadążały za pracą górnych partii ciała, precyzja uderzeń spadła, a inicjatywę całkowicie przejęła Polka. Efekt? Odrobione straty i zwycięstwo Świątek w dwóch setach – 7:6, 6:3.

    Świetna kondycja Igi od lat budzi podziw kibiców, trenerów i specjalistów. W „Skarbie Kibica” „Przeglądu Sportowego” mówił o tym także Maciej Synówka, który miał okazję obserwować Świątek już w 2016 roku na paryskich kortach, gdy była jeszcze juniorką.

    – Iga zawsze, już jako 15-letnia zawodniczka, była najsprawniejszą dziewczyną w całej drabince. To nie był przypadek. Poparła naturalne predyspozycje ogromną pracą i potrafiła przenieść je do zawodowego tenisa – podkreślał Synówka.

    Za „tajemnicą” znakomitego przygotowania fizycznego Świątek stoi Maciej Ryszczuk. Dołączył do jej sztabu w 2020 roku, jeszcze za czasów współpracy z Piotrem Sierzputowskim. Paradoksalnie impulsem do tej kooperacji była pandemia koronawirusa.

    – Covid bardzo ograniczył moje treningi z innymi sportowcami i w pewien sposób nas połączył. Przekornie można powiedzieć, że to dzięki pandemii pracujemy razem. Można więc żartobliwie złożyć podziękowania na ręce koronawirusa – mówił Ryszczuk w rozmowie z „Super Expressem”.

    Synówka i Sabalenka są zgodni w ocenach. Świątek – obok Coco Gauff – znajduje się w absolutnej czołówce, jeśli chodzi o przygotowanie motoryczne w kobiecym tourze.

    – Połączenie funkcji trenera przygotowania motorycznego i fizjoterapeuty pozwala bardzo precyzyjnie planować balans między treningiem a regeneracją. Dzięki temu tak naturalnie sprawna zawodniczka jak Iga może stale się rozwijać. Ryszczuk doskonale wie, jak wycisnąć z niej sportowe maksimum, ale jednocześnie jak szybko i skutecznie ją zregenerować. Dla mnie Świątek jest w TOP 3 całego touru pod względem fizycznym – obok Coco Gauff i Aryny Sabalenki. To tenisistki, które mają wyjątkowe predyspozycje i są gotowe pracować więcej oraz mądrzej niż inne – oceniał Synówka.

    Co ciekawe, z tą opinią w pełni zgadza się sama Sabalenka. We wrześniu, w podcaście Jaya Shetty’ego, Białorusinka bez wahania wskazała dwie największe fizyczne rywalki w kobiecym tenisie.

    – Coco i Iga. One stanowią największe wyzwanie pod względem fizycznym. Poruszają się fenomenalnie. Po uderzeniach, które przeciwko innym zawodniczkom byłyby kończące, z nimi trzeba dalej budować wymianę. To ogromne obciążenie mentalne i fizyczne, bo masz świadomość, że piłka za każdym razem wróci. Żeby wytrzymać taką intensywność, trzeba być naprawdę potężnie przygotowaną – przyznała Sabalenka.

    Wszystko to pokazuje, że w nowoczesnym tenisie fizyczność nie jest już dodatkiem, lecz fundamentem sukcesu. A w tej dziedzinie Iga Świątek od lat wyznacza najwyższe standardy.

  • Sondaż po wecie Karola Nawrockiego. Chodzi o ustawę łańcuchową, zaskakujące wyniki

    Sondaż po wecie Karola Nawrockiego. Chodzi o ustawę łańcuchową, zaskakujące wyniki

    Karol Nawrocki zawetował tzw. ustawę łańcuchową przyjętą wcześniej przez Sejm.

    W sondażu IBRIS 69,8 proc. ankietowanych jest za rozpoczęciem prac nad projektem prezydenta po wecie.

    Najwięcej zwolenników kontynuacji prac nad projektem jest wśród mieszkańców wsi i prawicy.

    Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii

    Jak podkreśla w środę “Rzeczpospolita”, wśród respondentów na “tak” przeważają zwolennicy prawicy, “za” jest także znaczna część mieszkańców wsi.

    “Dlaczego to zaskakujące? Ponieważ to wieś stała się niejako kartą przetargową przy prezydenckim wecie, kiedy to Karol Nawrocki odrzucił przyjętą już przez Sejm tzw. ustawę łańcuchową. Zdaniem ekspertów wszystko to oznacza, że kłótnia o to, czyje będzie na wierzchu, jeszcze potrwa. Psy na łańcuchach wciąż czekają, a kością niezgody pozostają wymogi dotyczące wielkości kojców, których głowa państwa uwzględnić nie chce” – czytamy.

    W sondażu IBRIS zapytano ankietowanych, czy Sejm powinien rozpocząć prace nad projektem prezydenta, który Karol Nawrocki złożył po zawetowaniu tzw. ustawy łańcuchowej. 38,3 proc. ankietowanych odparło, że zdecydowanie tak, 31,5 proc., że raczej tak. 10,8 proc. odparło, że raczej nie, 5,3 proc., że zdecydowanie nie, 14,1 proc. nie miało zdania.

    Ustawa łańcuchowa. Nowy sondaż po wecie Karola Nawrockiego

    Według sondażu 45 proc. mieszkańców wsi uważa, że Sejm zdecydowanie powinien zająć się projektem; 33 proc. uważa, że raczej tak; 9 proc., że raczej nie; 5 proc. uważa, że zdecydowanie nie; 8 proc. nie miało zdania.

    Zgodnie z sondażem 39 proc. mieszkańców małych miast do 50 tys. mieszkańców uważa, że zdecydowanie tak, a 35 proc. uważa, że raczej tak; 4 proc., że raczej nie; 3 proc., że zdecydowanie nie; 19 proc. nie ma zdania.

    31 proc. mieszkańców średnich miast (50-250 tys.) wybrało odpowiedź zdecydowanie tak, 33 proc. – raczej tak; 17 proc. raczej nie, 6 proc. zdecydowanie nie, 13 proc. nie miało zdania. 30 proc. mieszkańców dużych miast (powyżej 250 tys.) wybrało odpowiedź zdecydowanie tak, 24 proc. raczej tak; 17 proc. raczej nie, a 9 proc. zdecydowanie nie; 20 proc. nie miało zdania.

    “Wydarzenia”: Mężczyzna zmarł na przystanku. Tej tragedii można było uniknąć

  • Polka zaskoczyła Switolinę. A później demolka na John Cain Arena

    Polka zaskoczyła Switolinę. A później demolka na John Cain Arena

    Niespełna dziewięć miesięcy temu z Eliną Switoliną rywalizowała w Radomiu Maja Chwalińska, inna utalentowana tenisistka BKT Advantage Bielsko-Biała. W Radomiu, w spotkaniu Billie Jean King Cup. Prestiż tamtego spotkania był oczywiście mniejszy niż dzisiaj, bo jednak w tenisie Wielki Szlem jest zdecydowanie najważniejszy, ale Maja grała wówczas przed polską publicznością, zastępowała chorą Magdę Linette. I w pierwszym secie miała aż pięć piłek setowych, nie zdołała go domknąć. A później przegrała 6:7 (4), 3:6.

    Switolina to bowiem zawodniczka, której rzadko zdarzają się wpadki. A nawet bardzo rzadko, w przeciwieństwie do wielu tenisistek z TOP 10. Aby znaleźć porażki z zawodniczkami spoza pierwszej setki, trzeba wrócić do 2024 roku, ale i to nie oddaje do końca tej sytuacji. Bo w Bad Homburg przegrała z Caroline Wozniacki, a w Miami – z Naomi Osaką. Obie wracały wtedy po urodzeniu dzieci, ich ranking nie oddawał faktycznych umiejętności.

    Z kolei w kwietniu 2023 roku w zawodach ITF Ukrainka sama uległa Rumunce Alexandrze Cadantu Ignatik, ale dla niej to były pierwsze przetarcia po przerwie macierzyńskiej.

    Stawką była trzecia runda Australian Open, Klimovicova po raz pierwszy w karierze w turnieju mistrzowskim mierzyła się z rywalką z TOP 50.

    I to od razu z 12. rakietą świata.

    Australian Open. Linda Klimovicova kontra Elina Switolina w pierwszej rundzie. Wyraźna faworytka spotkania

    Polka zaczęła mecz świetnie, odważnie. Doskonale sama serwowała, jej pierwszy serwis miał stuprocentową skuteczność. Ukrainka sprawiała wrażenie trochę zaskoczonej tym, że piłki po jej mocnych uderzeniach wracają z podobną siłą. I już w piątym gemie pojawiła się pierwsza okazja dla 21-latki do przełamania. Elina obroniła się kapitalnym serwisem, a za moment dwa razy poprawiła.
    Młoda tenisistka z blond warkoczem w żółtym stroju sportowym i białej daszce pokazuje gest triumfu na tle rozmytej publiczności.

    Linda Klimovicova, Australian Open 2026Morgan HancockGetty Images

    To polska zawodniczka została pierwszy raz przełamana, a wystarczyło, że nieco spadła właśnie skuteczność pierwszego podania. Ukrainka dobrze odczytywała kierunki lżejszego ponowienia serwisu, od razu atakowała, Linda z mocnymi piłkami wrzucanymi pod nogi sobie nie radziła. Tyle że szybko wywalczyła aż trzy okazje do odrobienia tej straty, doprowadzenia do 3:4. I tę ostatnią się udało.

    Widać było gołym okiem, że Klimovicova nie wystraszyła się utytułowanej rywalki, która przecież do Melbourne przyleciała tuż po sukcesie w WTA 250 w Auckland. Reprezentantka Polski grała piekielnie mocno, ale czasami – niepotrzebnie. Prowadziła 40-0 w gemie na remis, wystarczyło za moment przystawić rakietę przy siatce, a niepotrzebnie dołożyła siły. I za moment podobnie. To Ukrainka miała jednak znów dwa break pointy, mogła znów odskoczyć, w samej końcówce seta. I nie dała rady.

    Polka imponowała, wielka faworytka nie potrafiła jej wtedy “złamać”. Jedynie gdy dostawała piłki za krótkie, w połowę kortu, Switolina była w stanie z dużą skutecznością kończyć akcje. Linda zasłużyła na to, by seta rozstrzygać w tie-breaku. W dwunastym gemie prowadziła 30-15, za chwilę 30-30, gdy jednak to Ukrainka wywalczyła sobie setbola. I go wykorzystała, po cudownej akcji, z kończącym ją forhendowym krosem.
    Tenisistka w białym stroju wykonuje dynamiczny zamach rakietą podczas gry, skupiona na żółtej piłce tenisowej, w tle widoczny sędzia lub asystent w ciemnym stroju.

    Elina SwitolinaPAUL CROCKAFP

    Skończyło się więc na 7:5 dla faworytki. Klimovicova na John Cain Arenie zbierała jednak wielkie brawa.

    Urodzona w Ołomuńcu zawodniczka już na starcie drugiej partii miała dwie kolejne szanse na przełamanie rywalki, mogła znakomicie rozpocząć tę partię. I wykorzystać drobne rozkojarzenie turniejowej “12”.

    Switolina się wybroniła. A później pokazała wielką klasę.

    Począwszy od trzeciego gema przewaga 31-letniej zawodniczki z Ukrainy była coraz większa. Linda zmieniła rakietę, trener Emil Miske coś pokrzykiwał, ale niewiele to zmieniało. Switolina wygrała 16 z 17 kolejnych akcji, drugie przełamanie oznaczało już wynik 5:1 i serwowanie po kolejną rundę. Klimovicova sprawiała wrażenie pogodzonej z losem.

    I przegrała to spotkanie 5:7, 1:6. Drugi set trwał tylko 24 minuty.

    Dokładny zapis relacji “na żywo’ można znaleźć TUTAJ.
    Elina Switolina

    Elina SwitolinaMartin KeepAFP
    Linda Klimovicova rywalizowała o awans do decydującej rundy kwalifikacji Roland Garros

    Linda KlimovicovaMatthieu Mirville / Matthieu Mirville / DPPI via AFPAFP

    Tsitsipas z pewnym awansem w Australian Open,

  • Świątek w Melbourne, a tu takie doniesienia z Hiszpanii. Polka ujawnia prawdę o Abramowicz

    Świątek w Melbourne, a tu takie doniesienia z Hiszpanii. Polka ujawnia prawdę o Abramowicz

    Daria Abramowicz kojarzona jest przede wszystkim z Igą Świątek, jednak jej działalność zdecydowanie wykracza poza tenisowe korty. Ceniona psycholożka sportowa od lat współpracuje także z innymi czołowymi polskimi zawodniczkami, a jedną z nich jest Ewa Pajor – kapitanka reprezentacji Polski w piłce nożnej kobiet i gwiazda FC Barcelona Femeni. Napastniczka Dumy Katalonii postanowiła niedawno uchylić rąbka tajemnicy i opowiedzieć, jak w praktyce wygląda jej wieloletnia współpraca z Abramowicz.

    Droga Darii Abramowicz do świata sportu nie była oczywista. Zanim zaczęła pracować z najlepszymi zawodnikami i zawodniczkami, sama rywalizowała na wysokim poziomie – trenowała żeglarstwo regatowe. Z czasem jednak doszła do wniosku, że to nie bezpośrednia rywalizacja, a towarzyszenie sportowcom w ich rozwoju i pomaganie im w osiąganiu pełni potencjału daje jej największą satysfakcję. Postawiła więc na edukację i specjalizację w psychologii sportu. Dziś należy do grona najbardziej rozpoznawalnych i cenionych specjalistek w tej dziedzinie w Polsce.

    Obecnie Abramowicz współpracuje m.in. z wiceliderką rankingu WTA Igą Świątek, mistrzynią olimpijską we wspinaczce sportowej na czas Aleksandrą Mirosław, a także z Ewą Pajor, jedną z najlepszych piłkarek w historii polskiego futbolu kobiecego.

    Choć psycholożka większość czasu spędza u boku Świątek, podróżując z nią po świecie i wspierając ją podczas najważniejszych turniejów, nie oznacza to, że pozostałe zawodniczki pozostają na dalszym planie. Wręcz przeciwnie – zarówno Mirosław, jak i Pajor mogą liczyć na regularny kontakt, indywidualne sesje i pełne zaangażowanie ze strony Abramowicz.

    W rozmowie z katalońskim „Sportem” Ewa Pajor otwarcie opowiedziała o znaczeniu tej współpracy. Kapitanka reprezentacji Polski nie kryła, że aspekt mentalny odgrywa w jej karierze kluczową rolę i ma bezpośredni wpływ na boiskowe występy.

    – Czuję się bardzo dobrze, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. A dla mnie przygotowanie mentalne jest absolutnie kluczowe – podkreśliła napastniczka Barcelony. – Od pięciu lat współpracuję z psychologiem, który bardzo pomógł mi zrozumieć, jak ważne jest odpowiednie nastawienie przed meczami, ale też umiejętność zarządzania emocjami po spotkaniach oraz regeneracja między kolejnymi występami. To wszystko sprawiło, że rozwinęłam się nie tylko jako piłkarka, ale również jako człowiek.

    Pajor zaznaczyła również, że stabilność mentalna pozwala jej dziś lepiej funkcjonować w zespole i brać większą odpowiedzialność za drużynę. – W tej chwili czuję się dobrze i dzięki temu mogę realnie pomagać zespołowi – dodała.

    Słowa liderki Barcelony pokazują, jak ogromne znaczenie w nowoczesnym sporcie ma praca nad psychiką. Współpraca z Darią Abramowicz stała się dla Ewy Pajor jednym z fundamentów dalszego rozwoju – zarówno na boisku, jak i poza nim.

  • Barcelona potwierdza. Historyczna chwila w życiu Pajor. Takiego meczu jeszcze nie grała

    Barcelona potwierdza. Historyczna chwila w życiu Pajor. Takiego meczu jeszcze nie grała

    Poniżej masz pełne, spójne przeredagowanie w języku polskim, w stylu serwisu sportowego, z zachowaniem sensu, ale bez kopiowania oryginalnej konstrukcji zdań. Tekst został uporządkowany i wygładzony językowo.

    —

    Historyczny wieczór przed Ewą Pajor? Barcelona szykuje coś wyjątkowego

    Transfer Ewy Pajor do FC Barcelony, sfinalizowany w czerwcu 2024 roku, bardzo szybko okazał się jedną z najlepszych decyzji w jej karierze. Polska napastniczka błyskawicznie wkomponowała się w zespół mistrzyń Hiszpanii, stając się ważnym elementem ofensywnej układanki „Dumy Katalonii”. Choć za nią już wiele występów, które na długo pozostaną w pamięci kibiców, niewykluczone, że prawdziwie historyczny moment dopiero przed nią.

    Pajor ma za sobą niezwykle bogatą karierę. Była jedną z kluczowych postaci reprezentacji Polski podczas historycznego awansu na mistrzostwa Europy, a na klubowym poziomie regularnie meldowała się w finałach Ligi Mistrzyń. Pięć występów w decydującym meczu tych rozgrywek to imponujące osiągnięcie, choć wciąż brakuje jej upragnionego triumfu. Ten brakujący element może uzupełnić właśnie w barwach Barcelony.

    W obecnym sezonie drużyna prowadzona przez Pere Romeu znów liczy się w walce o najważniejsze trofeum w Europie. Katalonki zakończyły fazę ligową Ligi Mistrzyń na pierwszym miejscu, co dało im bezpośredni awans do ćwierćfinału. To właśnie ten etap może okazać się wyjątkowy nie tylko sportowo, ale i symbolicznie.

    Dotychczas Ewa Pajor występowała głównie na Estadi Johan Cruyff, a sporadycznie także na Estadi Olímpic. Teraz jednak władze klubu planują coś znacznie większego. Hiszpańskie media informują, że Barcelona intensywnie zabiega o to, by ćwierćfinałowy mecz kobiecej drużyny został rozegrany na legendarnym Spotify Camp Nou.

    „Barcelona dokłada wszelkich starań, aby pierwszym meczem kobiet na Spotify Camp Nou po zakończeniu przebudowy był ćwierćfinał Ligi Mistrzyń. Rywalem zespołu ze stolicy Katalonii będzie zwycięzca pary Real Madryt – Paris FC. Byłby to ósmy mecz kobiecej drużyny rozegrany na Camp Nou od czasu przejścia na zawodowstwo” – podkreślają hiszpańscy dziennikarze.

    Ostatnie spotkanie kobiecej Barcelony na Camp Nou miało miejsce w 2023 roku, kiedy Katalonki zremisowały 1:1 z Chelsea. Pajor dołączyła do zespołu już po tym wydarzeniu, w czasie gdy stadion przechodził gruntowną modernizację. Wszystko wskazuje na to, że Polka może doczekać się swojego debiutu na legendarnym obiekcie w absolutnie wyjątkowych okolicznościach.

    Szczególnie kuszącym scenariuszem dla kibiców byłoby starcie z Realem Madryt. Kobiece El Clásico od lat przyciąga ogromne zainteresowanie, co potwierdziła frekwencja jesiennego meczu na Estadi Olímpic, oglądanego przez 36 tysięcy widzów. Prognozy mówią, że na przełomie marca i kwietnia Spotify Camp Nou może pomieścić około 62 tysięcy kibiców. Dodatkowym atutem jest fakt, że w tym czasie męska drużyna Barcelony będzie przebywać na zgrupowaniach reprezentacyjnych.

    Dla Ewy Pajor byłby to moment absolutnie symboliczny – występ w ćwierćfinale Ligi Mistrzyń, w barwach jednego z największych klubów świata, na legendarnym stadionie. Spełnienie marzeń, na które pracowała przez całą karierę.

    —

    Burza wokół Świątek przed Australian Open. Polka zabrała głos

    Choć Australian Open jeszcze się nie rozpoczęło, wokół Igi Świątek już zdążyło zrobić się niezwykle głośno. Wszystko za sprawą jej występu w United Cup oraz wyników osiągniętych w decydującej fazie turnieju w Sydney.

    Reprezentacja Polski wreszcie sięgnęła po upragnione trofeum, triumfując w United Cup po dwóch przegranych finałach w poprzednich edycjach. Dla Świątek był to turniej pełen kontrastów. Raszynianka rozpoczęła rywalizację od zwycięstw nad Evą Lys, Suzan Lamens oraz Mayą Joint, prezentując solidny tenis. Problemy pojawiły się jednak w końcówce.

    W półfinale Polka wyraźnie uległa Coco Gauff, przegrywając 4:6, 2:6, a w finale zmagań ze Szwajcarią musiała uznać wyższość Belindy Bencic po trzysetowym pojedynku. Te porażki wystarczyły, by w mediach rozpętała się dyskusja na temat aktualnej dyspozycji byłej liderki rankingu WTA. Portal Tennis365.com zwracał uwagę na spadek skuteczności Świątek w starciach z zawodniczkami ze ścisłej czołówki.

    Swoje wątpliwości wyraziła także Danielle Collins.
    – Iga ma problemy, bo przegrała dwa mecze z rzędu, co nie zdarza się jej często. Ciekawie będzie zobaczyć, jak poradzi sobie z tym mentalnie przed Australian Open. Gdy jest skoncentrowana i czuje się dobrze, potrafi być najlepsza na świecie – stwierdziła Amerykanka, jednocześnie zaznaczając, że nie widzi Polki w roli głównej faworytki turnieju.

    Na dwa dni przed startem wielkoszlemowej rywalizacji głos zabrała sama zainteresowana. W rozmowie z Eurosportem Iga Świątek otwarcie przyznała, że turniej w Sydney nie był idealny.

    – Te mecze nie były perfekcyjne, nie wszystko układało się po mojej myśli. Jest kilka elementów, które chcę jeszcze dopracować. W Melbourne miałam już kilka godzin treningów, idziemy do przodu. Ale mecz to zawsze zupełnie inna historia – podkreśliła 24-latka.

    Polka zaznaczyła również, że skupia się wyłącznie na pierwszej rundzie Australian Open i adaptacji do lokalnych warunków.
    – Nawierzchnia jest inna niż w Sydney, warunki też się różnią. Gram dobrze, ale na tym poziomie wszyscy prezentują wysoki poziom. O wyniku decydują detale – dodała.

    W rozmowie z Pawłem Kuwikiem Świątek zwróciła także uwagę na ogromny wzrost poziomu rywalizacji w kobiecym tourze.
    – Od 2021 roku jestem w czołówce i wyraźnie czuję, jak tenis się zmienia. Gra jest szybsza, zawodniczki są coraz lepiej przygotowane fizycznie. Poziom bardzo się wyrównał i dziś naprawdę wiele tenisistek może wygrać turniej wielkoszlemowy. O sukcesie decydują najmniejsze szczegóły – podsumowała.

    Australian Open zapowiada się więc nie tylko jako walka o tytuł, ale także jako sprawdzian formy i mentalnej odporności w niezwykle wyrównanej stawce.

  • Tak Tomasz Wiktorowski zareagował na to, co zrobiła Naomi Osaka w Australian Open

    Tak Tomasz Wiktorowski zareagował na to, co zrobiła Naomi Osaka w Australian Open

    Już w pierwszej rundzie Australian Open niewiele brakowało do ogromnej sensacji. Naomi Osaka niespodziewanie znalazła się w poważnych tarapatach, a jej trener Tomasz Wiktorowski musiał aktywnie reagować na wydarzenia na korcie. Kamery uchwyciły, jak Polak przez całe spotkanie żywo wspierał swoją podopieczną, jednak to jego zachowanie po wykorzystaniu piłki meczowej przez Japonkę wywołało największe poruszenie wśród kibiców. Zwrócił na nie uwagę m.in. serwis The Tennis Letter.

    Przed meczem mało kto zakładał, że czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa będzie miała aż takie problemy z awansem do drugiej rundy. Tymczasem pojedynek z Antonią Ruzić przerodził się w trzysetowy bój, w którym Osaka musiała wznieść się na wyżyny determinacji. Ostatecznie podopieczna Wiktorowskiego zwyciężyła 6:3, 3:6, 6:4, ale droga do triumfu była wyjątkowo wyboista.

    W trakcie spotkania polski szkoleniowiec wyraźnie próbował wpłynąć na grę swojej zawodniczki. Z jego strony płynęły wskazówki dotyczące poprawy serwisu oraz większej odwagi w wymianach z głębi kortu. Jak relacjonowała na antenie Eurosportu Barbara Schett, Wiktorowski mocno zachęcał Osakę do przejęcia inicjatywy.
    — Mówił: „idź do przodu, atakuj, nie oddawaj inicjatywy. To ty musisz dyktować warunki na korcie, ty musisz prowadzić grę” — zdradziła była tenisistka.

    Największe zaskoczenie przyszło jednak po ostatniej piłce meczu. Gdy Osaka przypieczętowała zwycięstwo, reakcja jej trenera była wyjątkowo stonowana, wręcz chłodna. Kontrast między radością zawodniczki a spokojem w jej boksie natychmiast obiegł media społecznościowe.
    „Kontrast widoczny w boksie Osaki po triumfie w trzech setach wytrąca z równowagi” — napisał The Tennis Letter, podkreślając jednocześnie, że mina Wiktorowskiego nie zdradzała zmartwienia, lecz raczej skupienie i refleksję.

    Przed Osaką kolejne wyzwanie — w drugiej rundzie zmierzy się z Soraną Cîrsteą. W tle majaczy już potencjalny hit turnieju, bo w czwartej rundzie Japonka może trafić na Igę Świątek. Aby do tego doszło, obie tenisistki muszą jeszcze odnieść po dwa zwycięstwa, na co liczy wielu kibiców. Co ciekawe, od momentu rozpoczęcia współpracy Osaki z Tomaszem Wiktorowskim, Japonka nie miała jeszcze okazji zmierzyć się z liderką polskiego tenisa.

  • Była Sabalenka, czas na Świątek? Rywalka Polki ma patent. I potrafi zaskoczyć świat

    Była Sabalenka, czas na Świątek? Rywalka Polki ma patent. I potrafi zaskoczyć świat

    Iga Świątek przygotowuje się do spotkania drugiej rundy Australian Open, w którym jej przeciwniczką będzie Marie Bouzkova. Choć dotychczasowe bilanse i statystyki wyraźnie faworyzują Polkę, Czeszka już nieraz w swojej karierze pokazywała, że potrafi sprawiać problemy zawodniczkom ze ścisłej czołówki rankingu WTA. Przekonały się o tym nawet takie gwiazdy jak Aryna Sabalenka.

    Australian Open 2025 trwa od niedzieli i już pierwsza runda przyniosła polskim kibicom sporo powodów do radości. Iga Świątek, Magda Linette, Magdalena Fręch oraz Linda Klimovicova udanie rozpoczęły rywalizację w Melbourne, pewnie awansując do kolejnej fazy turnieju. Największe nadzieje tradycyjnie wiązane są jednak z raszynianką, która do zmagań przystąpiła jako zawodniczka rozstawiona z numerem drugim.

    Liderka polskiego tenisa na otwarcie turnieju musiała się nieco napracować, ale ostatecznie pokonała Yue Yuan 7:6(5), 6:3. Teraz przed nią kolejne wyzwanie – czwartkowy mecz z Marie Bouzkovą. Czeszka w pierwszej rundzie uporała się w dwóch setach z Renatą Zarazuą i po raz kolejny zameldowała się w drugiej rundzie Australian Open.

    Świątek – Bouzkova. Bilans na korzyść Polki, ale rywalka potrafi zaskoczyć

    Dotychczas Świątek i Bouzkova mierzyły się ze sobą dwukrotnie i za każdym razem górą była Polka. Po raz pierwszy panie spotkały się podczas Roland Garros 2024, gdzie Świątek wygrała 6:4, 6:2. Jeszcze bardziej jednostronny przebieg miało ich starcie kilka miesięcy później w turnieju WTA 1000 w Wuhan – Czeszka ugrała wówczas zaledwie dwa gemy, przegrywając 1:6, 1:6.

    Obecnie Bouzkova zajmuje 44. miejsce w rankingu WTA, choć jej najwyższą lokatą było 24. miejsce, osiągnięte pod koniec 2022 roku. Duży wpływ na ten awans miał jej najlepszy występ wielkoszlemowy w karierze, czyli ćwierćfinał Wimbledonu. W Londynie Czeszka sensacyjnie wyeliminowała m.in. Danielle Collins (rozstawioną z numerem siódmym), Ann Li, Alison Riske-Amritraj oraz Carolinę Garcię. Dopiero w ćwierćfinale zatrzymała ją Ons Jabeur, która odwróciła losy spotkania i zwyciężyła 3:6, 6:1, 6:1.

    Poza Wimbledonem Bouzkova nie notowała jednak tak spektakularnych rezultatów w turniejach Wielkiego Szlema. Najczęściej odpadała w pierwszej (14 razy na 27 startów) lub drugiej rundzie (8 razy). W Melbourne jej najlepszym wynikiem pozostaje właśnie awans do drugiej rundy – po raz pierwszy dokonała tego w 2022 roku, a teraz powtórzyła ten rezultat.

    Groźna dla faworytek. Bouzkova już nieraz pokonywała tenisowe gwiazdy

    Choć historia bezpośrednich spotkań oraz wielkoszlemowe osiągnięcia wyraźnie wskazują na przewagę Świątek, lekceważenie Bouzkovej byłoby błędem. Zawodniczka z Pragi wielokrotnie udowadniała, że potrafi znaleźć sposób na tenisistki z TOP 10 rankingu WTA. Na jej liście zwycięstw znajdują się m.in. Elina Switolina, Coco Gauff, Jessica Pegula czy Aryna Sabalenka.

    Szczególnie głośnym echem odbiła się wygrana Czeszki z Sabalenką w półfinale turnieju WTA 500 w Waszyngtonie w 2024 roku. Białorusinka była wówczas trzecią rakietą świata i turniejową „jedynką”, a mimo to Bouzkova pokonała ją 6:4, 3:6, 6:3, po raz pierwszy w karierze awansując do finału imprezy tej rangi. W meczu o tytuł musiała jednak uznać wyższość Pauli Badosy.

    Hiszpanka, choć w ostatnich miesiącach wypadła z czołowej dziesiątki rankingu WTA, wciąż pozostaje bardzo groźną rywalką. Co ciekawe, kilka dni temu w Adelajdzie to właśnie Bouzkova okazała się lepsza od Badosy, wygrywając 3:6, 6:3, 6:4. To tylko potwierdza, że Czeszka potrafi grać skutecznie z doświadczonymi i wysoko notowanymi przeciwniczkami.

    Przed Igą Świątek kolejne ważne spotkanie w drodze po sukces w Melbourne. Choć Polka będzie wyraźną faworytką, Marie Bouzkova już nieraz pokazywała, że w starciach z najlepszymi potrafi wznieść się na bardzo wysoki poziom.