• Kapitalny powrót Linette w starciu z Rosjanką! A było już 1:6

    Kapitalny powrót Linette w starciu z Rosjanką! A było już 1:6

    Magda Linette has successfully started competing in the WTA 250 tournament in Hobart. Our tennis player defeated Russian Oksana Sielechmetyeva in three sets 6:3, 1:6, 6:1. The meeting lasted almost two hours. Interestingly, it was the qualifier from Russia who was indicated as the favorite of this match, but it was Linette who better endured the hardships of competition.

    Magda Linette
    Imagn Images/Aaron Doster via Reuters

    Magda Linette ma za sobą przyzwoity turniej w Auckland, gdzie dotarła do ćwierćfinału po pokonaniu legendarnej Amerykanki Venus Williams i Włoszki Elisabetty Cocciaretto. Przegrała z Filipinką Alexandrą Ealą. W Hobart Polka może pokusić się co najmniej o powtórzenie wyniku z Nowej Zelandii.

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany
    Trzy sety w meczu Linette z Rosjanką. Kapitalny powrót

    Pierwszą rywalką naszej reprezentantki była 23-letnia Rosjanka Oksana Sielechmietjewa. W tym sezonie poległa w kwalifikacjach do turnieju w Brisbane już w pierwszym meczu. Ale kwalifikacje do turnieju w Hobart przeszła bez straty seta. Kursy przedmeczowe wskazywały, że minimalnie większe szanse na zwycięstwo daje się Rosjance.

    Pierwszy set układał się po myśli Linette, choć łatwo o to nie było, bowiem Sielechmietjewa całkiem dobrze wyglądała w defensywie. W czwartym gemie rywalka zdołała obronić dwa break pointy. Rosyjska tenisistka straciła podanie na rzecz Polki w szóstym gemie, ale natychmiast udało się jej odłamać i złapać kontakt. Było 4:3 dla Linette.

    Kluczowy okazał się ósmy gem pierwszej partii, najdłuższy w secie. W nim Linette miała aż cztery break pointy, udało się ten ostatni wykorzystać. W kolejnym zamknęła sprawę po drugim setbolu, wygrała seta 6:3. Lepiej funkcjonowały serwis i return polskiej tenisistki.

    W drugim secie role się odwróciły. Sielechmietjewa grała szybciej i agresywniej, precyzyjniej serwowała. Za to Linette całkowicie zgubiła rytm. Popełniła trzy podwójne błędy serwisowe. O ile start seta w jej wykonaniu był dobry, bo przełamała rywalkę w otwierającym gemie, tak potem nie była w stanie zbyt wiele zdziałać. Polka została trzykrotnie przełamana i przegrała tę partię 1:6.

    Zobacz też: Jako pierwszy piłkarz wyznał światu, że jest gejem. Tak potraktował go klub

    Wydawało się, że Rosjanka będzie w stanie pójść za ciosem i zacznie coraz bardziej dominować na korcie. Ale nic z tych rzeczy. Linette zdołała się odbudować i wróciła do skutecznej gry prezentowanej w pierwszym secie. Sielechmietjewa była zaskoczona takim obrotem spraw, mecz całkowicie wymknął się jej spod kontroli, której nie była w stanie odzyskać.

    Polka zmiotła rywalkę z kortu, wygrywając pięć kolejnych gemów z rzędu. Rosjanka zdobyła w tym czasie zaledwie trzy punkty przy własnym podaniu. Do tego dołożyła kilka podwójnych błędów serwisowych. Nieco lepiej jej szło, gdy returnowała, ale to było niewielkie pocieszenie.

    W końcówce Sielechmietjewa zaliczyłą drobny zryw, wygrywając szóstego gema seta. Ale to było jedynie odłożenie wyroku w czasie. Linette wygrała ostatniego gema meczu do zera, trzeciego seta 6:1 i cały mecz 2:1. W kapitalnym stylu odbudowała się po słabszym drugim secie. Mecz trwał 118 minut.

    W 1/8 finału turnieju w Hobart Linette zmierzy się z Chinką Xinyu Wang.

  • Wielki triumf Świątek, a potem przelew na ponad półtora miliona. Nieoczekiwany zakup Polki

    Wielki triumf Świątek, a potem przelew na ponad półtora miliona. Nieoczekiwany zakup Polki

    Iga Świątek w tym momencie bez wątpienia jest już ambasadorką Polski na arenie międzynarodowej. Raszynianka swój pierwszy tenisowy wielki krok postawiła na jesieni 2020 roku, gdy w Europie panowały jeszcze restrykcje związane z pandemią. Wówczas Iga wygrała pierwszy raz w karierze turniej rangi Wielkiego Szlema, a konkretnie ten na kortach imienia Rolanda Garrosa. Dostała za to nieco ponad półtora miliona euro. To na co Świątek zdecydowała się wydać pieniądze, jest przynajmniej zaskakujące.
    Dokładnie trzy lata temu Iga Świątek po raz pierwszy w karierze została liderką rankingu WTA

    Iga ŚwiątekMATTHEW STOCKMAN / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFPAFP

    Iga Świątek swoją karierę profesjonalną rozpoczęła w październiku 2016 roku. Dokładnie po czterech latach Polka osiągnęła pierwszy wielki sukces w swojej już wielkiej tenisowej karierze. Nasza gwiazda sprawiła jedną z największych tenisowych sensacji w ostatnich kilku latach.

    Nastolatka urodzona w Warszawie podchodziła do turnieju rangi Wielkiego Szlema na kortach imienia Rolanda Garrosa bez rozstawienia. W ówczesnym rankingu WTA zajmowała dokładnie 54. miejsce. Wcześniejsze występy też raczej nie wskazywały na to, że Iga może wygrać imprezę.

    Nietypowy zakup Świątek. Na to wydała pierwszą wielką wygraną

    Tak się jednak stało, a droga do pierwszego paryskiego triumfu była naprawdę imponująca. Wystarczy napisać, że w samym finale imprezy Polka pokonała triumfatorkę Australian Open właśnie z 2020 roku – Sofię Kenin. Wcześniej wyrzuciła z rywalizacji także rozstawioną z “jedynką” Simonę Halep.

    Wygrana w Roland Garros oznaczała dla Igi pierwszą wielką wypłatę w tenisowej karierze. Organizatorzy za triumf w turnieju gwarantowali dokładnie 1,6 miliona euro. Najciekawsze jest to, na co wówczas wydała te pieniądze Polka. Okazuje się bowiem, że pierwszą wielką wygraną w pewnej niewielkiej części wydała na… gumowe kaczki do kąpieli.

    Wszystkim pochwaliła się w swoich mediach społecznościowych. “Wiele osób pytało mnie, co było pierwszą rzeczą, którą kupiłam po wygraniu Rolanda… cóż, oto odpowiedź” – napisała Polka w październiku 2020 roku, publikując zdjęcie dokładnie dziewięciu gumowych kaczek w różnych konfiguracjach.

    Juventus – Cremonese. Skrót meczu. WIDEO (Eleven Sports)Eleven Sports
    Gumowe kaczuszki w różnych przebraniach, między innymi pielęgniarki, sportowca i jednorożca, ustawione w grupie na jasnej powierzchni. Nad kaczuszkami znajduje się tekst w językach polskim i angielskim, w którym wyjaśniono, że były to pierwsze rzeczy k…

    Kaczki kupione przez Igę Świątekmateriał zewnętrzny
    Iga Świątek otworzyła sobie drogę do wielkiej kariery po wygraniu Roland Garros 2020

    Iga Świątek otworzyła sobie drogę do wielkiej kariery po wygraniu Roland Garros 2020MARTIN BUREAU / AFPAFP
    Iga Świątek z trofeum z kortów Rolanda Garrosa

    Iga Świątek z trofeum z kortów Rolanda GarrosaAFP
    Tenis. Iga Świątek będzie walczyła o przełamanie na kortach Rolanda Garrosa

    Tenis. Iga Świątek będzie walczyła o przełamanie na kortach Rolanda GarrosaBURAK AKBULUT / ANADOLU / Anadolu via AFPAFP

  • 159 minut walki Chwalińskiej w Melbourne. Turniejowa “10” pokonana przez Polkę

    159 minut walki Chwalińskiej w Melbourne. Turniejowa “10” pokonana przez Polkę

    Noc z wtorku na środę przyniosła polskim kibicom tenisowym kolejną porcję wielkich emocji podczas Australian Open. Na korcie numer 8 o awans do decydującej rundy eliminacji walczyła Maja Chwalińska. Przed reprezentantką Polski stanęło wyjątkowo trudne wyzwanie – po drugiej stronie siatki znalazła się turniejowa „10”, Rebeka Masarova. Spotkanie od pierwszych piłek trzymało w napięciu, a jego losy ważyły się aż przez 159 minut intensywnej walki.

    Chwalińska przyjechała do Melbourne z jasno określonym celem: po raz drugi z rzędu zameldować się w głównej drabince Australian Open. Eliminacje rozpoczęła bardzo obiecująco, mierząc się z doświadczoną Amerykanką Madison Brengle. W pierwszym secie Polka prowadziła już 5:3, jednak wtedy inicjatywę przejęła rywalka, która doprowadziła do stanu 6:5 i serwowała po wygranie partii. O wszystkim przesądził tie-break, w którym zawodniczka BKT Advantage Bielsko-Biała zachowała więcej spokoju. Zwycięstwo 7:6(3) dodało jej pewności siebie, a w drugim secie poszła za ciosem, triumfując 6:3.

    W drugiej rundzie eliminacji poprzeczka powędrowała jeszcze wyżej. Notowana na 145. miejscu w rankingu WTA Chwalińska zmierzyła się z Rebeką Masarovą, sklasyfikowaną o 30 pozycji wyżej i rozstawioną z numerem 10. Szwajcarka w przeszłości niejednokrotnie udowadniała, że potrafi rywalizować z czołówką światowego tenisa – w poprzednim sezonie stoczyła chociażby zacięty pojedynek z Aryną Sabalenką w Berlinie. Do środowego starcia przystępowała jednak po morderczym boju w pierwszej rundzie eliminacji, gdzie po 3 godzinach i 29 minutach pokonała Alinę Czarajewą. Także konfrontacja z Polką szybko nabrała bardzo wyrównanego charakteru.

    Mecz rozpoczął się od serwisu Masarovej, a już pierwszy gem zapowiadał ogromne emocje. Szwajcarka prowadziła 40:15, lecz po podwójnym błędzie serwisowym pojawił się break point dla Chwalińskiej. Pierwsza szansa przepadła, ale przy kolejnej Polka dopięła swego i przełamała rywalkę. Po chwili miała nawet trzy okazje, by objąć prowadzenie 2:0, jednak Masarova zdołała odrobić straty i po trzecim gemie wyszła na prowadzenie, broniąc się jeszcze przed kolejnym przełamaniem.

    Break pointy pojawiły się ponownie w piątym gemie, lecz tym razem Chwalińska nie wykorzystała swoich szans. Kilka minut później była już jednak skuteczna – przełamała serwis rywalki, a następnie dołożyła własne podanie, zbliżając się do wygrania seta. Masarova nie zamierzała jednak składać broni. Utrzymała serwis i wywarła presję na Polce, która ponownie miała problemy z zamknięciem partii. Zbyt zachowawcza gra została szybko wykorzystana przez Szwajcarkę, która doprowadziła do wyrównania i w dwunastym gemie miała nawet piłkę setową.

    Ostatecznie Chwalińska przerwała serię trzech gemów z rzędu przegranych i doprowadziła do tie-breaka. W decydującej rozgrywce długo dominowały serwujące. Pierwsze mini-przełamanie pojawiło się dopiero przy stanie 4:4 i było dziełem Polki. Masarova natychmiast odrobiła jednak stratę i aż do wyniku 8:8 żadna z zawodniczek nie potrafiła przechylić szali na swoją stronę. Przy stanie 9:8 Chwalińska miała trzeciego setbola. Stanęła spokojnie na środku kortu, czekając na ruch przeciwniczki. Forhend Masarovej wylądował na aucie – po 75 minutach walki Polka wygrała seta 7:6(8), broniąc wcześniej dwóch piłek setowych.

    Druga partia rozpoczęła się od pewnie wygranych gemów serwisowych, po czym obie zawodniczki zanotowały po jednym przełamaniu. Przy stanie 5:4 dla Chwalińskiej Masarova serwowała, by pozostać w meczu, i wytrzymała presję. Końcówka seta należała już zdecydowanie do Szwajcarki, która wygrała trzy kolejne gemy, tracąc w nich łącznie zaledwie trzy punkty. Dzięki temu triumfowała w drugiej odsłonie 7:5 i doprowadziła do trzeciego, decydującego seta.

    Przed finałową partią zawodniczki skorzystały z dłuższej przerwy. Zdecydowanie lepiej wpłynęła ona na Chwalińską. Po Masarovej było widać zmęczenie – zarówno środowym bojem, jak i długim spotkaniem z pierwszej rundy. Polka błyskawicznie wykorzystała tę sytuację, obejmując prowadzenie 5:0. Szwajcarka zdołała jeszcze zdobyć jedno „oczko” przy własnym podaniu i próbowała zagrozić serwisowi rywalki, dochodząc do stanu 30:15. Ostatnie słowo należało jednak do Chwalińskiej, która wygrała trzy kolejne punkty i przypieczętowała zwycięstwo.

    Ostatecznie Maja Chwalińska pokonała Rebekę Masarovą 7:6(8), 5:7, 6:1 i po niemal trzech godzinach walki zameldowała się w decydującej rundzie eliminacji Australian Open. O awans do głównej drabinki turnieju wielkoszlemowego w Melbourne powalczy teraz z Anheliną Kalininą.

  • A więc to prawda. Potwierdzenie ws. Świątek. Polka we łzach, oto dlaczego

    A więc to prawda. Potwierdzenie ws. Świątek. Polka we łzach, oto dlaczego

    Iga Świątek już na samym starcie sezonu 2026 zrealizowała jeden z kluczowych celów, jaki sobie stawiała – wraz z reprezentacją Polski sięgnęła po triumf w prestiżowym United Cup. Turniej rozgrywany w Sydney zakończył się dla „Biało-Czerwonych” wielkim sukcesem, choć dla wiceliderki rankingu WTA nie był pozbawiony momentów trudnych i bardzo emocjonalnych. Jednym z nich była scena z piątkowego meczu z Mayą Joint, gdy podczas jednej z przerw 24-letnia tenisistka niespodziewanie zalała się łzami. Teraz wiadomo już, co było przyczyną tej reakcji.

    Do niepokojącej sytuacji doszło na samym początku ćwierćfinałowego starcia Polski z Australią. Spotkanie otwierał pojedynek singlowy Świątek z Mayą Joint. Pierwszy gem, przy serwisie Australijki, padł łupem gospodyni. Chwilę później Polka pewnie utrzymała własne podanie, a następnie przełamała rywalkę. Po trzecim gemie, przy prowadzeniu 2:1, Iga zeszła na przerwę.

    Wtedy kamery uchwyciły moment, który zaniepokoił kibiców. Świątek podeszła do boksu reprezentacji Polski, usiadła na ławce i nagle w jej oczach pojawiły się łzy. Obok niej znajdował się trener Wim Fissette, który od razu zaczął dopytywać, co się stało, po czym nachylił się nad swoją zawodniczką, próbując ją uspokoić.

    Początkowo trudno było ocenić, co jest powodem takiej reakcji. W sieci natychmiast pojawiły się spekulacje o możliwej kontuzji lub problemach zdrowotnych. Te domysły szybko jednak straciły sens, gdy tylko Polka wróciła na kort. Świątek zaprezentowała tenis na najwyższym poziomie i kompletnie zdominowała rywalkę, wygrywając 6:1, 6:1 w zaledwie 57 minut. Również PR menadżerka zawodniczki, Daria Sulgostowska, zapewniła później, że ze zdrowiem tenisistki wszystko jest w najlepszym porządku.

    Skąd więc wzięły się łzy? Jedną z pierwszych osób, które spróbowały wyjaśnić tę sytuację, był Dawid Celt. W rozmowie z Markiem Furjanem na kanale „Break Point” były reprezentant Polski wskazał na ogromne napięcie i presję, z jaką Świątek mierzy się na co dzień.

    – Pojawiały się różne scenariusze, nawet o kontuzji. Moim zdaniem po prostu zeszło z niej przedmeczowe napięcie i stres. Właśnie po tym trzecim gemie – tłumaczył Celt. – To nie była kwestia Mayi Joint. To jest ogólne napięcie u Igi: nowy sezon, Australia, duże oczekiwania. Iga narzuciła sobie ogromną odpowiedzialność za całą drużynę. Chciała wygrać za wszelką cenę. To normalne. Jedni rozładowują emocje, rzucając rakietami czy krzycząc w stronę boksu. U Igi zdarza się to rzadziej, ale też się zdarza. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego – dodał.

    Teraz tę interpretację potwierdził także kapitan reprezentacji Polski, Mateusz Terczyński. W rozmowie z portalem Sport.tvp.pl jasno wyjaśnił, że łzy Świątek były efektem nagromadzonych emocji, a nie jakichkolwiek problemów zdrowotnych.

    – Z tego, co wiem, łzy pojawiły się z powodu emocji. Iga musi mierzyć się z ogromną presją. To nie jest łatwe, gdy do każdego meczu podchodzi się w roli zdecydowanej faworytki, a kibice oczekują wyłącznie zwycięstw. Musimy pamiętać, że wszyscy jesteśmy ludźmi – podkreślił Terczyński. – Każdy ma lepsze i gorsze momenty, każdy może pęknąć. Czasem lepiej pozwolić emocjom wyjść, zamiast udawać twardziela. To pomaga sobie z tym wszystkim poradzić. Uspokajam: u Igi wszystko jest w porządku – zapewnił.

    Reprezentacja Polski zakończyła turniej w Sydney w najlepszy możliwy sposób, sięgając po końcowe trofeum po zwycięstwie nad Szwajcarią w wielkim finale. Dla Igi Świątek był to nie tylko sportowy sukces, ale także dowód, jak ogromną presję i odpowiedzialność bierze na siebie, będąc liderką drużyny narodowej.

  • Szczęśliwy kraj, w którym Iga Świątek nie zwycięża w plebiscycie na najpopularniejszego sportowca

    Szczęśliwy kraj, w którym Iga Świątek nie zwycięża w plebiscycie na najpopularniejszego sportowca

    Bycie kajakarzem nie przypomina kolorowej bajki o dalmatyńczykach ani opowieści o hawajskiej księżniczce. Wiem to z własnego doświadczenia. Pewnej zimy, wiele lat temu, trener Puchalski, prowadząc motorówkę, doprowadził do mojej wywrotki na częściowo zamarzniętym Kanale Żerańskim. Efekt? Trzy kilometry wiosłowania do bazy w przemoczonej odzieży, która z każdą minutą twardniała na mrozie. To wspomnienie wraca dziś jak bumerang – i nie bez powodu.

    Nie chcę brzmieć ani egocentrycznie, ani jak sportowy kombatant, ale trudno – kajakarze i kajakarki naprawdę zasługują na ogromny szacunek. Także ci, których kariery zakończyły się przedwcześnie. Tak, mówię również o sobie.

    Tym większe było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że reprezentantka właśnie tej dyscypliny została uznana za najpopularniejszą sportsmenkę minionego roku w Polsce w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”, który akurat obchodził setne urodziny. A właściwie – nie zdziwienie, lecz konsternacja granicząca z niedowierzaniem. Jakby nagle Krzyżacy wygrali pod Grunwaldem. Gdybym wiedział, że kajakarstwo może dawać aż taką popularność, moje treningi wyglądałyby zupełnie inaczej. Satysfakcja z wiosłowania byłaby większa, a opalenizna – jeszcze intensywniejsza.

    Dla pewności popytałem jednak tu i ówdzie. I niestety – nie, większość osób wciąż nie kojarzy Klaudii Zwolińskiej, mimo że zdobyła trzy medale mistrzostw świata w kajakarstwie górskim, w tym dwa złote. To mówi samo za siebie.

    Drugie miejsce w plebiscycie zajęła Iga Świątek. Osoba znana nie tylko w całej Polsce, ale i w sporej części globu. Tenisistka jednak – paradoksalnie – ma pecha do tego typu głosowań. Być może dlatego, że zarabia ogromne pieniądze, co w sposób całkowicie niezawiniony sprawiło, iż zgromadziła wokół siebie elektorat co najmniej chłodny, a nierzadko wręcz niechętny.

    Przybysz z Francji czy Anglii mógłby w takiej sytuacji zapytać z niedowierzaniem: cóż to za kraj, w którym triumfatorka Wimbledonu nie wygrywa plebiscytu na najpopularniejszego sportowca? Jakie sukcesy muszą odnosić pozostali, skoro nawet taki wynik nie wystarcza?

    Na tle tych rozstrzygnięć co roku odżywa znany konflikt: między młodymi ludźmi uprawiającymi sporty niekomercyjne a tymi, którzy robią dokładnie to samo – trenują, poświęcają życie sportowi, walczą o wyniki – lecz mają to „szczęście”, że ich dyscyplina generuje ogromne pieniądze. O ile są wystarczająco dobrzy.

    Gdy w styczniu 2022 roku plebiscyt za 2021 rok wygrał Robert Lewandowski, Paweł Fajdek – pięciokrotny mistrz świata i medalista olimpijski – skomentował to krótko: „Wstyd. Nie pozdrawiam”. W tej lakonicznej wypowiedzi dało się wyczuć sugestię, że piłkarzowi-milionerowi takie wyróżnienie się nie należy, a piłkarze w gruncie rzeczy niewiele robią. Lewandowski, wiadomo, olimpijskich medali nie zdobywa. Świątek ma na koncie jeden – brązowy – za to jej zarobki sięgają około 40 milionów euro. Gdyby tylko miała odpowiednie podejście do życia, nie musiałaby się zastanawiać, czy jeździć ferrari czy lamborghini. Wystarczyłoby jej porsche. Albo nawet trzy*.

    Iga Świątek bez tej nagrody spokojnie sobie poradzi.

    Przy zwycięstwie Klaudii Zwolińskiej podobnych złośliwości już nie było. Być może zadziałała tu schadenfreude – satysfakcja z cudzego „potknięcia” faworytki. A może po prostu poczucie, że sprawiedliwości stało się zadość, a kosmiczna równowaga została przywrócona. Sama Zwolińska, znana z błyskotliwych wypowiedzi, i tym razem nie zawiodła. W Kanale Sportowym powiedziała: – Idze zawsze należy się takie wyróżnienie, zwłaszcza gdy wygrywa się Wimbledon. Ale myślę, że przez to, co możemy zrobić dzięki tej nagrodzie w mojej dyscyplinie i w sportach niszowych, Iga przeżyje, jeśli raz jej nie dostanie.

    I trudno się z tym nie zgodzić. Może nie same dyscypliny niszowe, ale ich reprezentantki realnie skorzystają na takim rozstrzygnięciu. Wystarczy spojrzeć na Aleksandrę Mirosław, zawodniczkę innej „niszowej” konkurencji – wspinaczki sportowej na czas. Złoto olimpijskie w Paryżu w 2024 roku, a potem zwycięstwo w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” otworzyły jej drzwi do świata reklamy. Dzięki spotom emitowanym w najlepszym czasie antenowym stała się prawdopodobnie bardziej rozpoznawalna niż wcześniej, gdy zdobywała kolejne sportowe laury.

    Stąd mój postulat, by uniknąć corocznego weltschmerzu, schadenfreude i całej gamy niemieckich słów opisujących frustrację. Niech „Przegląd Sportowy” stworzy kategorię „poza konkurencją”, niczym specjalne klasyfikacje na górskich etapach Tour de France. Dla piłkarzy, tenisistów, golfistów, kierowców wyścigowych czy siatkarzy – wszystkich tych, którzy mają ten „problem”, że zarabiają ogromne pieniądze.

    * Świątek wygrała dwa porsche w Stuttgarcie, gdzie w kolejnych edycjach turnieju główną nagrodą był właśnie ten samochód. Czy nadal je posiada? Tego nie wiemy.

  • Nawrocki zdecydował! Dalej będą kraść na potęgę

    Nawrocki zdecydował! Dalej będą kraść na potęgę

    Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o świadczeniu usług cyfrowych, która w debacie publicznej była przedstawiana głównie jako narzędzie ochrony dzieci i sposób na zdyscyplinowanie globalnych gigantów technologicznych. W cieniu tych argumentów znalazł się jednak jeszcze jeden, niezwykle istotny wątek – walka z piractwem, zwłaszcza tym dotyczącym transmisji sportowych. Decyzja głowy państwa sprawiła, że to właśnie sport i nadawcy telewizyjni mogą dziś mówić o „rykoszecie”.

    Bilans decyzji prezydenta i zawetowana ustawa

    Osiem ustaw podpisanych, trzy zawetowane – tak wygląda dotychczasowy bilans legislacyjnych decyzji prezydenta Karola Nawrockiego. Wśród dokumentów, które nie uzyskały jego akceptacji, znalazła się ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Dla nadawców telewizyjnych był to akt prawny wyczekiwany od lat, ponieważ miał wprowadzić w Polsce unijny Akt o usługach cyfrowych (Digital Services Act – DSA).

    To właśnie DSA, w zależności od krajowych rozwiązań, daje państwom realne narzędzia do walki z nielegalnym obiegiem treści w internecie. W praktyce oznacza to możliwość szybkiego reagowania na pirackie transmisje sportowe, które generują ogromne straty finansowe dla legalnych nadawców.

    „Nie jestem notariuszem rządu”

    Prezydent Nawrocki w uzasadnieniu swojej decyzji nie pozostawił wątpliwości co do motywów weta.
    – Są granice, których przekraczać nie wolno. Rządzący muszą zrozumieć, że nie jestem ich notariuszem – napisał na oficjalnej stronie internetowej.

    Choć przyznał, że ustawa jest potrzebna i ważna, ocenił, iż w zaproponowanym kształcie może naruszać konstytucję i działać przeciwko obywatelom. Jego zdaniem do korzystnych rozwiązań „doklejono przepisy nie do obrony”, które niosą ze sobą ryzyko nadużyć.

    Szeroki zakres regulacji

    Projekt ustawy obejmował bardzo szeroki katalog zagadnień. Z jednej strony miał chronić dzieci przed patologicznymi treściami w internecie, z drugiej – umożliwić skuteczniejszą kontrolę nad platformami takimi jak Facebook, Google czy TikTok. Przewidywał możliwość monitorowania i wyłączania treści nieodpowiednich, ale także reagowania w sytuacjach naruszenia praw autorskich.

    To właśnie w tym ostatnim obszarze kluczowe znaczenie miała ustawa dla nadawców sportowych. Chodziło o szybkie blokowanie stron oferujących nielegalne transmisje meczów i wydarzeń sportowych, które są coraz większym problemem w całej Europie, również w Polsce.

    Piractwo znów rośnie

    Po okresie względnej stabilizacji rynek pirackich transmisji w 2025 roku ponownie zaczął się rozrastać. Nadawcy w Polsce potwierdzają, że skala zjawiska jest coraz większa.
    – Rocznie odnotowujemy setki nielegalnych transmisji wydarzeń sportowych, do których Telewizja Polsat posiada prawa. Łącznie czterech największych nadawców rejestruje ponad osiem tysięcy takich przypadków rocznie – przekazało biuro prasowe Cyfrowego Polsatu.

    Spór o kompetencje i „Ministerstwo Prawdy”

    Jednym z najbardziej kontrowersyjnych zapisów ustawy była możliwość blokowania określonych treści w internecie na podstawie decyzji administracyjnej. Kompetencje w tym zakresie miały otrzymać m.in. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji oraz Urząd Komunikacji Elektronicznej. W praktyce oznaczałoby to, że dostawcy internetu musieliby blokować wskazane treści lub strony.

    To właśnie ten mechanizm wzbudził największy sprzeciw prezydenta. Jego zdaniem oddawał on zbyt dużą władzę urzędnikom podległym rządowi, zamiast niezależnym sądom.
    – Sytuacja, w której o tym, co wolno w internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję Ministerstwa Prawdy z powieści „Rok 1984” George’a Orwella – argumentował Nawrocki.

    Nadawcy: to nie cenzura

    Prawnicy reprezentujący nadawców telewizyjnych odpierają zarzuty o cenzurę. Podkreślają, że ustawa dotyczyła wyłącznie zamkniętego katalogu czynów już dziś uznawanych za przestępstwa.
    – Nie chodzi o ograniczanie wolności słowa, lecz o możliwość szybkiej reakcji na ewidentne naruszenia prawa – tłumaczyła Ewa Wzięch z działu prawnego Canal+.

    W przypadku pirackich transmisji mechanizm byłby prosty: strona udostępniająca nielegalny stream trafiałaby do rejestru stron blokowanych, podobnie jak ma to miejsce w przypadku nielicencjonowanych bukmacherów. Kluczowa jest tu szybkość – mecz trwa około dwóch godzin, a jeśli nielegalne źródło nie zostanie wyłączone w ciągu kilkudziesięciu minut, straty dla nadawcy są już nieodwracalne.

    Sport w jednym worku z innymi problemami

    Z perspektywy nadawców sportowych kwestia piractwa jest zero-jedynkowa: albo ktoś ma prawa do transmisji, albo je łamie. Problem w tym, że projekt ustawy wrzucał ten mechanizm do jednego worka z innymi, znacznie bardziej niejednoznacznymi zagadnieniami – jak obrażanie w sieci, nękanie czy kontrowersyjne wypowiedzi w mediach społecznościowych. To właśnie te obszary budziły obawy o możliwe nadużycia i arbitralność decyzji.

    Polska w ogonie Europy

    Mechanizmy szybkiego blokowania nielegalnych transmisji działają już m.in. we Włoszech, Hiszpanii, Portugalii czy Grecji. We Włoszech nakaz blokady potrafi zostać wydany nawet w 30 minut. W Polsce nadawcy są dziś w dużej mierze zdani sami na siebie, zwłaszcza gdy pirackie serwery znajdują się w egzotycznych lokalizacjach poza UE.

    Tymczasem termin wdrożenia unijnego DSA minął w lutym 2024 roku, a Polska pozostaje jednym z ostatnich państw członkowskich bez odpowiednich regulacji. Z tego powodu Komisja Europejska wszczęła wobec naszego kraju formalne postępowanie.

    Co dalej?

    Prezydent zapowiedział, że nowy, poprawiony projekt ustawy może powstać szybko.
    – W ciągu miesiąca możemy przygotować uczciwy projekt, a w dwa miesiące uchwalić ustawę, która będzie chronić dzieci i respektować konstytucję – zapowiedział.

    W realiach polskiego procesu legislacyjnego są to jednak bardzo optymistyczne założenia. Do tego czasu nadawcy sportowi muszą radzić sobie z piractwem bez narzędzi, które w wielu krajach Europy już dawno stały się standardem.

  • Za dwa tygodnie finał WOŚP, a tu taka decyzja Świątek. Owsiak już to wie

    Za dwa tygodnie finał WOŚP, a tu taka decyzja Świątek. Owsiak już to wie

    Przez długi czas brakowało informacji o tym, czy Iga Świątek wesprze tegoroczny Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wątpliwości zostały jednak rozwiane. Oficjalnie potwierdzono, że liderka światowego tenisa podjęła ważną decyzję i przekazała na licytację dwa absolutnie wyjątkowe przedmioty. O wszystkim poinformowano Jerzego Owsiaka oraz sztab WOŚP.

    Do 34. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pozostało już niespełna dwa tygodnie. Trwają aukcje, dzięki którym można wesprzeć jedną z największych akcji charytatywnych w Polsce. Tradycyjnie do inicjatywy przyłączają się także sportowcy. Jeremy Sochan zaoferował 45-minutową kolację online w swoim towarzystwie, Mikołaj Marczyk zaprosił na przejazd rajdówką, Roman Biliński przekazał swój kombinezon wyścigowy, a prawdziwym hitem może okazać się wspólny bieg na Giewont z Justyną Kowalczyk-Tekieli. Teraz do tego grona dołączyła również Iga Świątek.

    To Iga Świątek przekazała na WOŚP. Takiej aukcji jeszcze nie było

    Wszystko jest już jasne. Wiadomo, co w tym roku będą mogli wylicytować kibice najlepszej polskiej tenisistki. Na aukcję WOŚP trafiły rakieta oraz ręcznik z Wimbledonu 2025 – przedmioty absolutnie unikatowe.

    „Wyjątkowa gratka dla fanów tenisa i sportowych emocji! Na aukcję WOŚP trafia rakieta, którą Iga Świątek wygrała historyczny Wimbledon 2025, opatrzona jej własnoręcznym podpisem, a także oryginalny ręcznik z tego legendarnego turnieju” – czytamy w oficjalnym opisie licytacji.

    Jak podkreślono, są to autentyczne pamiątki związane z jednym z największych sukcesów w historii polskiego sportu. To niepowtarzalna okazja, by stać się właścicielem fragmentu tenisowej historii, a jednocześnie wesprzeć szczytny cel.

    Takich przedmiotów na licytacjach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy jeszcze nie było. Zarówno rakieta, jak i ręcznik z Wimbledonu niosą ze sobą ogromny ładunek emocjonalny – nie tylko dla samej Igi Świątek, ale również dla jej kibiców. Mają też swoją wyjątkową historię. Latem światowe media szeroko rozpisywały się bowiem o tym, jak Polka „podkradała” wimbledońskie ręczniki, a nagrania dokumentujące te sceny błyskawicznie podbijały internet.

    Sama tenisistka wielokrotnie podkreślała, że ręczniki z londyńskiego Wielkiego Szlema mają dla niej szczególną wartość sentymentalną i że lubi przywozić kilka z nich do domu. „Szczerze mówiąc, myślę, że za jakieś 30 lat to będzie najlepsza możliwa pamiątka” – mówiła w jednym z wywiadów. Teraz pojawiła się unikalna szansa, by taki przedmiot trafił w ręce kibica.

    W poprzednich edycjach WOŚP na licytacjach pojawiały się już m.in. rakieta i piłka z French Open, rakieta z turnieju w Rzymie, prywatny trening z Igą Świątek, rakieta z Roland Garros wraz z zaproszeniem na jej mecz pierwszej rundy w Paryżu w 2023 roku i spotkaniem za kulisami, elegancka suknia z sesji podczas WTA Finals w Cancun, a także zestaw klocków i rakieta z sezonu 2024.

    Łącznie wszystkie dotychczasowe aukcje WOŚP z przedmiotami przekazanymi przez Igę Świątek przyniosły imponującą kwotę 761 tysięcy złotych. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczna licytacja może jeszcze znacząco podnieść ten wynik.

  • Ależ informacje. Będzie “starcie” Świątek z Sabalenką. Jest godzina

    Ależ informacje. Będzie “starcie” Świątek z Sabalenką. Jest godzina

    Australian Open będzie pierwszym turniejem w 2026 roku, w którego drabince znajdą się Iga Świątek i Aryna Sabalenka. Panie aktualną dyspozycję sprawdzą podczas wspólnego treningu, co będzie nie lada gratką dla kibiców tenisa.

    Obie tenisistki mają już za sobą pierwsze występy w tym roku. Iga Świątek odniosła trzy zwycięstwa w ramach United Cup, a dodatkowo poniosła porażki z Coco Gauff i Belindą Bencić. Aryna Sabalenka zanotowała z kolei komplet pięciu wygranych w turnieju WTA 500 w Brisbane, co pozwoliło jej obronić tytuł w tych zmaganiach.

    Dwie najlepsze zawodniczki świata szykują się obecnie do występu w pierwszych wielkoszlemowych zmaganiach sezonu na kortach Australian Open. Białorusinka powalczy w Melbourne o trzeci tytuł, a Polka postara się skompletować wygrane we wszystkich turniejach Wielkiego Szlema. Zanim jednak przystąpią do rywalizacji, w której tle będzie batalia o fotel liderki rankingu WTA, sprawdzą swoją aktualną formę na wspólnym treningu.

    ZOBACZ WIDEO: Tak nasza ekipa świętowała zwycięstwo w United Cup!

    Specjalizujący się w tematyce tenisowej Michał Samulski opublikował na platformie X plan środowych sesji treningowych. Wynika z niego, że Świątek i Sabalenka pojawią się na korcie Rod Laver Areny o 11:45 czasu lokalnego, co w Polsce będzie odpowiadało godzinie 1:45 nad ranem. Spotkanie tych zawodniczek będzie wielką gratką dla fanów kobiecego tenisa.

    Wspólne treningi Świątek i Sabalenki wcześniej były rzadkością, ale od 2024 roku uległo to zmianie. Właśnie dwa lata temu przed WTA Finals w Rijadzie panie spotkały się na korcie. Efektem był nie tylko trening, ale też nagrany tik tok, który stał się prawdziwym wiralem w internecie.

    Później Polka i Białorusinka trenowały również w Abu Zabi, co sama Sabalenka wspominała jako miłe doświadczenie. – Poprosiłam ją o wspólny trening i tak zrobiłyśmy. Potem robiłam ćwiczenia po naszym odbijaniu. Powiedziała, że może dołączyć. Sfilmowaliśmy to i opublikowaliśmy filmik. Muszę powiedzieć, że jest naprawdę miłą osobą. Fajnie było się poznać. Nasza relacja jest coraz bardziej wyluzowana – skwitowała w rozmowie z agencją AFP.

    Rywalizacja w Australian Open wystartuje już w niedzielę, 18 stycznia. W roli obrończyni tytułu do zmagań w Melbourne podejdzie Madison Keys. Amerykanka w półfinale wyeliminowała Świątek, a w meczu o tytuł pokonała Sabalenkę, która walczyła o trzecie trofeum z rzędu.

  • Ojciec Świątek ogłasza ws. Igi. Nie ma już żadnych złudzeń, klamka zapadła

    Ojciec Świątek ogłasza ws. Igi. Nie ma już żadnych złudzeń, klamka zapadła

    Już wszystko jasne. To kajakarka Klaudia Zwolińska, która na mistrzostwach świata sięgnęła po dwa złota (w kategoriach K-1 i C1) oraz jeden brąz (w kategorii cross), zdobyła tytuł Sportowca Roku 2025 w Plebiscycie “Przeglądu Sportowego”.

    “Trochę trzęsie mi się głos. Tego się nie spodziewałam. Naprawdę jestem w szoku. Jak byłam dzieckiem, oglądałam zawsze ten Bal Mistrzów Sportu i marzyłam o wygranej. Oglądałam Justynę Kowalczyk, która nieraz wygrywała ten plebiscyt. I sobie myślałam, że też chciałabym go wygrać” – mówiła po ogłoszeniu wyników.

    Okazało się, że ostatecznie wszystko rozstrzygnęło się pomiędzy nią a Igą Świątek, która zajęła drugie miejsce. Tenisistki na Gali Mistrzów Sportu zabrakło, a statuetkę w jej imieniu odebrał ojciec. Po wszystkim Tomasz Świątek wypowiedział się w sprawie córki i nie pozostawił złudzeń, co do udziału Igi w tego typu imprezach.

    Zdecydowane słowa ojca Świątek po ogłoszeniu wyników

    “W imieniu Igi dziękuję za tę nagrodę. Oczywiście gratuluję tego wyróżnienia wszystkim, laureatom i nominowanym. Najlepiej, żeby sama Iga wypowiedziała się w swoim imieniu” – powiedział Tomasz Świątek ze sceny, odbierając statuetkę dla córki. Chwilę później na ekranie pojawiła się tenisistka, która na odległość podziękowała za nagrodę.

    Przyznała, że jak co roku nie ma możliwości uczestniczenia w Gali Mistrzów Sportu. W tym terminie ma zawsze ważne zobowiązania zawodowe. Na początku stycznia grała w United Cup w Sydney, teraz przenosi się do Melbourne, gdzie niebawem wystartuje Australian Open. W krótkiej przemowie wspomniała m.in. o swoim zeszłorocznym zwycięstwie na Wimbledonie.

    Tata wiceliderki rankingu WTA sądził, że taki triumf może być wystarczający do sięgnięcia po tytuł Sportowca Roku. “Jadąc na Galę Mistrzów Sportu, wydawało mi się, że zwycięstwo w Wimbledonie jest na tyle konkretne, że wystarczy do zwycięstwa w Plebiscycie ‘Przeglądu Sportowego’” – ocenił dla WP SportowychFaktów.

    Otwarcie wypowiedział się o nagrodzie także w rozmowie z Łukaszem Kadziewiczem. Wyjaśnił, jak się czuje, gdy reprezentuje córkę. “Generalnie to jest dziwne uczucie, jakbym za siebie odbierał. To już któryś raz za nią odbieram, bo jest w Australii w tym czasie. Dopóki będzie grała, będzie uczestniczyła w swoich poczynaniach, to jej na pewno nie będzie na takich imprezach” – oświadczył.

    Dodał, że Iga jest doceniania za swoje dokonania, a on jest dumny z tego, co osiągnęła w minionym roku. Odniósł się również do wygranej Klaudii Zwolińskiej. “Zwyciężczyni zrobiła niesamowity wynik i nigdy bym nie podejrzewał, że sporty wodne tak zdominują. Sam byłem wioślarzem, więc wiem, ile to jest wysiłku” – podsumował.

    Iga Świątek po wygraniu United Cup: Do trzech razy sztukaPolsat Sport
    Iga Świątek, Wimbledon 2025

    Iga Świątek, Wimbledon 2025GLYN KIRKAFP
    Młoda kobieta z krótkimi, falowanymi włosami, ubrana w jasny garnitur i niebieską koszulę, patrzy w bok z delikatnym uśmiechem. W tle znajduje się niebieski, abstrakcyjny wzór.

    Iga ŚwiątekPIOTR GRZYBOWSKI/AGENCJA SE/East NewsEast News
    Grupa trzech osób w czułym uścisku, z których jedna ubrana jest w białą koszulkę i czapkę, a druga w sukienkę w kwiaty. W tle widoczne rozmazane postacie i fragment trybun.

    Iga Świątek z siostrą i ojcemJohn Walton East News

  • Zapadła kluczowa decyzja ws. reprezentacji Polski. Dwa dni po tytule

    Zapadła kluczowa decyzja ws. reprezentacji Polski. Dwa dni po tytule

    Dawid Celt jest związany z polską reprezentacją kobiecą, grającą w Billie Jean King Cup, od ośmiu lat, przynajmniej formalnie. Jesienią 2017 roku podpisał umowę z PZT, zastąpił w roli kapitana Klaudię Jans-Ignacik, od 1 stycznia to od niego zależały już powołania. I jedną z pierwszych decyzji było zaproszenie do drużyny młodziutkiej wtedy Igi Świątek, która już była czołową juniorką świata i przebijała się w górę w rankingu WTA poprzez turnieje ITF.

    Od razu dał też szansę 16-latce do debiutu w narodowej koszulce w eliminacjach ówczesnego Fed Cup – Iga pokonała w Tallinie Bułgarkę Petię Arszinkową 6:0, 6:4. A w drużynie grały w Estonii m.in. Magdalena Fręch i Magda Linette, tak jak dzisiaj.

    Choć już wcześniej Celt, także z uwagi na swój związek z Agnieszką Radwańską, wspierał przy kadrze Tomasza Wiktorowskiego.

    Reprezentacji Polski nie udało się dotąd wygrać seniorskich rozgrywek Fed Cup, przemianowanych później na Billie Jean King Cup. Czy to za czasów Agnieszki Radwańskiej, czy teraz już gdy w ścisłej światowej czołówce znajduje się Iga Świątek. Najbliżej Biało-Czerwone były w listopadzie 2024 roku w Maladze – przegrały jednak 1:2 półfinał z Włoszkami, które później w boju o tytułu rozbiły Słowację. Decydował mecz deblowy, Iga Świątek i Katarzyna Kawa minimalnie uległy parze Sara Errani/Jasmine Paolini.

    Dawid Celt z konwym kontraktem. Rozwiane wątpliwości ws. dalszej pracy kapitana kadry BJK Cup

    Już w ubiegłym roku, w programie Break Point, prowadzonym przez Celta wspólnie z Markiem Furjanem, kapitan naszej drużyny BJK Cup sugerował, że to mogą być jego ostatnie miesiące w tej roli. I nie chodziło o wyniki sportowe, bo tu żadnych zastrzeżeń być nie może. Mimo że mecze reprezentacji Polski odbywają się tylko dwa razy w roku, to on sam uczestniczy w wielu innych projektach.
    Mężczyzna w białej sportowej kurtce z napisem ‘Polska’ na plecach, stojący bokiem na tle rozmytej flagi Polski oraz napisu ‘POL’, sugerujących oficjalną reprezentację kraju.

    Dawid Celt podczas meczu Polska – Ukraina w turnieju eliminacyjnym Billie Jean King Cup, 11.04.2025 r.ANDRZEJ IWANCZUK/REPORTEREast News

    Mało tego, jako kapitan brał udział w rozmowach z zawodniczkami, dla których kwietniowe czy listopadowe terminy BJK Cup są niekorzystne, choćby dla Igi Świątek. Wiosną zeszłego roku w Radomiu zabrakło Świątek i Fręch, a Linette rozchorowała się w trakcie zgrupowania. Jesienią w Gorzowie Iga zagrała, ale brakowało Fręch czy Linette. Mimo tego Polska uzyskała pewny awans i w kwietniu zagra o miejsce w finałowym turnieju – ten odbędzie się we wrześniu w Shenzhen. A z kim, zdecyduje losowanie.

    Wiadomo już, że drużynę dalej prowadzić będzie Dawid Celt. I to jest informacja dla polskiego tenisa znakomita. 40-latek podpisał umowę z Polskim Związkiem Tenisowym na kolejne dwa sezony. – Mam poczucie, że nie powiedzieliśmy ostatniego słowa i powalczymy o zwycięstwo w BJK Cup – powiedział Dawid Celt, cytowany przez redaktora naczelnego Tenisklubu Adama Romera.

    A to wszystko zaledwie dwa dni po historycznym zwycięstwie Polski w United Cup.
    Agnieszka Radwańska, Dawid Celt

    Agnieszka Radwańska, Dawid CeltWojciech KubikEast News
    Tenisistka w białej czapce i stroju sportowym trzyma rakietę tenisową na tle trybun pełnych widzów.

    Iga ŚwiątekFoto OlimpikAFP

    Maja Chwalińska, Martyna Kubka i Dawid Celt po meczu Polska – Szwajcaria.