• Ledwie ruszył Australian Open, a Białorusinka za burtą. Nie zagra z Polką

    Ledwie ruszył Australian Open, a Białorusinka za burtą. Nie zagra z Polką

    Główna drabinka Australian Open 2026 ruszyła o godz. 1:00 czasu polskiego, a już pół godziny później kibice zgromadzeni w Melbourne byli świadkami pierwszego meczu na największym obiekcie kompleksu – Rod Laver Arena. Niedzielne zmagania na centralnym korcie otwierała rozstawiona z numerem siódmym Jasmine Paolini. Choć los skojarzył ją z rywalką mogącą sprawić problemy już w pierwszej rundzie, rzeczywistość okazała się dla Włoszki wyjątkowo łaskawa. Paolini potrzebowała zaledwie 69 minut, by w dwóch setach odprawić z turnieju Białorusinkę Alaksandrę Sasnowicz.

    Sezon 2026 Paolini rozpoczęła od startu w United Cup. Występ reprezentacji Włoch nie należał jednak do udanych. Sama tenisistka z Półwyspu Apenińskiego na inaugurację przegrała z Belindą Bencić 4:6, 3:6, a po tym, jak stało się jasne, że jej drużyna nie awansuje z fazy grupowej, rozegrała jeszcze jeden singlowy pojedynek. Zwycięstwo nad Leolią Jeanjean 6:2, 6:3 pozwoliło jej zakończyć turniej w nieco lepszym nastroju. Ósma rakieta świata miała następnie ponad tydzień na spokojne przygotowania do pierwszego wielkoszlemowego turnieju sezonu w Melbourne.

    Aktualna mistrzyni olimpijska w deblu znalazła się w gronie zawodniczek, które do rywalizacji w Australian Open przystąpiły już pierwszego dnia. Jej przeciwniczką była kwalifikantka Alaksandra Sasnowicz. Choć Białorusinka zajmowała dopiero 102. miejsce w rankingu WTA, jej dotychczasowe występy w 2026 roku mogły budzić respekt. W Brisbane, podczas turnieju rangi WTA 500, przeszła eliminacje i dotarła do trzeciej rundy, po drodze eliminując m.in. Clarę Tauson. Równie skuteczna była w kwalifikacjach do Australian Open, dlatego na papierze zapowiadało się na wymagające otwarcie dla Paolini.

    Początek meczu rzeczywiście przyniósł chwilę niepewności. Paolini serwowała jako pierwsza i już w inauguracyjnym gemie musiała bronić break pointa. Włoszka zachowała jednak spokój, wygrała kluczową wymianę i utrzymała podanie. Chwilę później sama doczekała się okazji na przełamanie – i to dwóch z rzędu. Wystarczyła pierwsza, by przejąć inicjatywę. Od tego momentu Paolini coraz wyraźniej dominowała w wymianach, a po pewnym gemie serwisowym do zera prowadziła już 3:0.

    Turniejowa „siódemka” nie zamierzała zwalniać tempa. W czwartym gemie ponownie dobrała się do podania Sasnowicz, tym razem wykorzystując trzecią szansę na breaka. Co prawda w kolejnym rozdaniu pojawił się moment dekoncentracji – po prostym błędzie przy siatce Paolini przegrywała 15–30 – lecz szybko odzyskała kontrolę i wygrała trzy akcje z rzędu. Białorusinka zdołała zapisać na swoim koncie jednego gema przy stanie 0:5, ale na więcej nie było jej stać. Paolini zamknęła seta przy własnym serwisie, wygrywając go zdecydowanie 6:1.

    Druga partia rozpoczęła się od bardziej wyrównanej gry. Sasnowicz miała świadomość, że musi pilnować wyniku od samego początku. Obroniła break pointa w pierwszym gemie i po raz pierwszy w meczu objęła prowadzenie. Po chwili Paolini znalazła się pod presją przy własnym podaniu, przegrywając 0–30, jednak także i tym razem opanowała sytuację, wygrywając cztery kolejne wymiany.

    Kluczowy okazał się trzeci gem. Sasnowicz miała w nim piłkę na prowadzenie 2:1, lecz niewykorzystana okazja kompletnie ją zdeprymowała. Od tego momentu Białorusinka przegrała aż 12 punktów z rzędu, a Paolini całkowicie przejęła kontrolę nad spotkaniem. Niewiele brakowało, by Włoszka nie oddała już ani jednego gema do końca meczu. W siódmym rozdaniu Sasnowicz obroniła co prawda trzy piłki meczowe, ale było to jedynie chwilowe odroczenie nieuniknionego. Ostatecznie Paolini zwyciężyła 6:1, 6:2 i pewnie awansowała do drugiej rundy.

    W kolejnym etapie turnieju Jasmine Paolini zmierzy się ze zwyciężczynią pojedynku pomiędzy Magdaleną Fręch a Veroniką Erjavec.

  • To już klątwa, 35. raz to samo. Nr 11 na świecie poza Australian Open

    To już klątwa, 35. raz to samo. Nr 11 na świecie poza Australian Open

    Doświadczona Rosjanka miała znakomity poprzedni sezon, była prawdziwą… mistrzynią turniejów WTA 500. Triumfowała w Linzu, dotarła do finałów trzech innych zawodów, w tym w Seulu, gdzie była o dwa punkty od pokonania Igi Świątek. To wszystko dało 30-letniej wówczas Rosjance historyczny awans do grona dziesięciu najlepszych tenisistek świata. I nawet występ w roli rezerwowej w WTA Finals – w Rijadzie przegrała z Jeleną Rybakiną.

    Jednocześnie jest coś, czym Aleksandrowa nie może się szczycić. Bo aż trudno uwierzyć, że zawodniczka ze ścisłej światowej czołówki, obecnie 11. (spadła za Belindę Bencic) nigdy w karierze nie awansowała do ćwierćfinału w Wielkim Szlemie. A próbowała już 34 razy. Poprzedni sezon i tak był lepszy, bo w Paryżu, Londynie czy Nowym Jorku meldowała się w czwartej rundzie, co w sumie odpowiadało jej rankingowi. I tam przegrywała z Coco Gauff, Belindą Bencic i Igą Świątek, to można zrozumieć.

    Dzisiejszą wpadkę zrozumieć jednak trudno.

    Australian Open. Jekaterina Aleksandrowa kontra Zeynep Sonmez w pierwszej rundzie. Problemy faworytki

    Rywalką Aleksandrowej była bowiem Turczynka Zeynep Sonmez – kwalifikantka, którą pod koniec zeszłego roku objął trener Ons Jabeur Issam Jellali, a sama Tunezyjka stała się mentorką Turczynki.

    Tyle że Zeynep zeszłej jesieni zaliczyła spory regres rankingowy, straciła punkty za tytuł WTA 250 z Meridy z 2024 roku, wypadła z pierwszej setki. W Melbourne musiała więc grać eliminacje, przeszła je bez straty seta. Pojedynki z Laurą Samson czy Julią Rierą to jednak zupełnie inna bajka niż starcie z zawodniczką z czołówki. A zawodniczki tak wysoko klasyfikowanej nigdy dotąd nie pokonała.
    Tenisistka w fioletowym stroju sportowym z rakietą w ręku, wykonuje gest wskazujący na emocje podczas gry, w tle widoczne jest logo sponsora na ciemnym tle.

    Jekaterina AleksandrowaDavid GrayAFP

    Nic też nie zapowiadało, że stanie się to tym razem. Po dość ciężkim początku Aleksandrowa prowadziła 5:2, w czterech gemach z rzędu przegrała zaledwie pięć punktów. Za moment miała setbola na 6:2, Sonmez wygrała tego gema. Tyle że Rosjanka raziła ją już często swoim płaskim serwisem, za moment set powinien się skończyć.

    Doszło do zwrotu – bardzo zaskakującego. Aleksandrowa przegrała… pięć gemów z rzędu. I seta 5:7.

    Tureccy kibice, którzy dość licznie pojawili się na 1573 Arenie, byli w ekstazie. Za chwilę ich pupilka dorzuciła dwa kolejne gemy, później prowadziła 3:1, wciąż z przełamaniem. I… stanęła. 20 niewymuszonych błędów w tej jednej partii dało efekt – Aleksandrowa wygrała 6:4, wyrównała.

    I to Rosjanka prowadziła w decydującej rozgrywce już 3:0, zanosiło się na spodziewany końcowy efekt.

    Tyle że doszło do kolejnego zwrotu, Sonmez odrobiła stratę, doprowadziła do dramatycznej końcówki. Turczynka grała momentami wybitnie, trafiała przy liniach grając niezwykle odważnie, a tureccy kibice nieśli ją swoim dopingiem.

    Sonmez jeszcze raz zdołała przełamać mieszkającą w Czecha Rosjankę – tym razem do zera. Serwowała po sensacyjny awans przy stanie 7:5, 4:6, 5:4. Atmosfera na trybunach przypominała już w przerwach tę, która towarzyszy meczom piłkarskim – tureccy kibice byli wyjątkowo ożywieni. Ich faworytka prowadziła 30-15, była o dwa punkty od awansu. Za moment nie trafiła w kort, zabrakło centymetrów. To jednak ona wywalczyła piłkę meczową, po returnie Aleksandrowej w siatkę. Zmarnowała ją – trafiła w siatkę.
    Zawodniczka tenisowa w sportowym stroju, z zamkniętymi oczami i dłońmi zakrywającymi twarz, w tle widoczna rakieta tenisowa, emocje i napięcie podczas meczu.

    Zeynep SonmezDavid GrayAFP

    W tym spotkaniu było już tak wiele zwrotów akcji, że kolejnego też nie dało się wykluczyć. Za chwilę była druga piłka meczowa, tym razem Sonmez nie miała za wiele do powiedzenia przy akcji Jekateriny. Trzecia też – Zeynep nie zmieściła się w korcie, zabrakło centymetrów.

    Ale już czwarty meczbol dał efekt – kwalifikantka wyeliminowała 11. rakietę świata.O trzecią rundę Turczynka zagra z Anną Bondar lub Elizabeth Mandlik.
    Tenisistka podczas intensywnego uderzenia piłki rakietą, w sportowym stroju, skupiona na grze, w tle widoczna część kortu i elementy oznakowania turnieju.

    Zeynep SonmezDIMITAR DILKOFFAFP
    Kobieta w sportowym stroju i białej czapce z daszkiem na korcie tenisowym, wyraz twarzy skupiony i lekko zamyślony, w tle widoczne rozmazane postaci.

    Jekaterina AleksandrowaMarleen FouchierAFP

    Coco Gauff: Na trybunach słychać było doping polskich kibicówPolsat Sport

  • Wieści od Świątek tuż przed Australian Open. Jaśniej się nie dało, ogłosiła

    Wieści od Świątek tuż przed Australian Open. Jaśniej się nie dało, ogłosiła

    Iga Świątek już w poniedziałek rozpocznie zmagania w tegorocznym Australian Open. Polka w pierwszej rundzie zmierzy się z kwalifikantką z Chin, Yue Yuan, a później, jeśli wygra, na jej drodze mogą stanąć wielkie gwiazdy. Świątek chciała jednak pokazać, że mimo wahającej się dyspozycji podczas United Cup, jest gotowa na kolejne wyzwania. Zamieściła specjalne wideo, które miało utwierdzić w tym przekonaniu jej kibiców.
    Zawodniczka siedzi na ławce w stroju sportowym, opierając ręce na głowie, obok niej klęka mężczyzna, sprawiający wrażenie doradcy lub trenera, a z boku stoi druga kobieta w stroju sportowym. Na ławce leży ręcznik, a w tle widoczna jest niebieska butelk…

    Iga Świątek z Wimem Fissettem i Darią AbramowiczWilliam WestAFP

    Iga Świątek ten rok rozpoczęła wygraną w drużynie podczas United Cup. Było to pierwsze zwycięstwo Biało-Czerwonych po tym, jak wcześniej dwukrotnie dochodzili do finałów i kończyli zmagania na drugim miejscu. Tym razem było jednak inaczej i to pod wieloma względami. Niektórych martwiła przede wszystkim dyspozycja Świątek w walce z silnymi rywalkami.

    Iga Świątek miała problemy podczas United Cup. Jest gotowa na Australian Open?

    Początek roku rozpoczął się od wielkiego sukcesu dla Igi Świątek. Polka zawsze podkreślała, jak ważne są dla niej występy dla reprezentacji Polski i tym razem, wraz z drużyną, wygrała turniej United Cup. Tym razem także, po raz pierwszy od początku uczestnictwa w tych zmaganiach, nie była też najmocniejszym ogniwem w zespole.

    Iga Świątek po wygraniu United Cup: Do trzech razy sztukaPolsat Sport

    Polka wygrała trzy z pięciu meczów, które rozegrała. Szczególnie martwiące były dwa ostatnie – półfinałowe starcie United Cup z Coco Gauff przegrane 6:4, 6:2, w której Amerykanka nie dawała właściwie wiceliderce rankingu żadnych szans i pokazała, że w ostatnich starciach to ona jest górą, a Świątek nie może znaleźć na nią sposobu oraz walka z Belindą Bencić. W drugim z tych meczów 24-latka wygrała pierwszego seta, ale w kolejnych popełniała sporo błędów i nie mogła poradzić sobie z coraz bardziej pewną grą rywalki.

    Dla wielu kibiców był to spory powód do zmartwień przed Australian Open. Danielle Collins, która spoglądała na turniejową drabinkę, obstawiała, że Świątek może odpaść nawet w drugiej rundzie turnieju. Polka tymczasem buduje wokół siebie jednak inną narrację. Zamieściła w mediach społecznościowych ważne wideo.

    Iga Świątek pokazała nagranie i tym samym oficjalnie ogłosiła

    Na Instagramie Igi Świątek pojawiło się nagranie zmontowane z jej ostatnich treningów, na których pokazywała duże zaangażowanie przed tym, co czeka ją w Australian Open. Na jej twarzy pojawiał się uśmiech, a ona sama, jak stwierdziła w opisie, była gotowa na kolejne wyzwania, jakie stawiał przed nią sezon.

    “Game mode ON”, czyli “Gotowa do gry”. Dodała też, że z kibicami Australian Open widzi się już jutro na korcie. W komentarzach od razu pojawił się wysyp wiadomości o treści “Jazda”, czyli hasła tak dobrze znanego fanom Świątek. Polka w pierwszym meczu zmierzy się z 85. rakietą świata, Yue Yuan. Początek spotkania zaplanowano na 19 stycznia na 9:00 polskiego czasu.
    Iga Świątek jest gotowa do startu w Australian Open

    Iga Świątek jest gotowa do startu w Australian OpenWILLIAM WEST / AFPAFP
    Kobieta siedząca przy stole podczas konferencji prasowej, trzymająca mikrofon, w tle logo WTA Tour oraz BNP Paribas, sportowe ubranie

    Iga Świątek AFP

  • Sabalenka przełamana na starcie przez 118. rakietę WTA. Dwa sety na Rod Laver Arena

    Sabalenka przełamana na starcie przez 118. rakietę WTA. Dwa sety na Rod Laver Arena

    Aryna Sabalenka zanotowała efektowną inaugurację nowego sezonu. Białorusinka obroniła tytuł podczas turnieju WTA 500 w Brisbane. Tenisistka z Mińska triumfowała w wielkim stylu, nie tracąc ani jednego seta. W decydującym starciu okazała się lepsza od rewelacyjnej w trakcie tamtych rozgrywek Marty Kostiuk. Co ciekawe, Ukrainka pożegnała się już z singlową rywalizacją podczas Australian Open – na kilkadziesiąt minut przez premierowym pojedynkiem z udziałem liderki rankingu WTA.

    Dwukrotna mistrzyni wielkoszlemowej imprezy w Melbourne pojawiła się na Rod Laver Arena tuż po godz. 9:00 czasu polskiego. Jej mecz wyznaczono jako pierwszy w kolejności podczas sesji wieczornej na głównym obiekcie. Przeciwniczką Sabalenki okazała się Tiantsoa Rakotomanga Rajaonah – zawodniczka notowana na 118. miejscu w kobiecym zestawieniu, grająca w Australian Open dzięki dzikiej karcie. Aryna była wyraźną faworytką niedzielnej rywalizacji z 20-letnią reprezentantką Francji.

    Australian Open: Aryna Sabalenka kontra Tiantsoa Rakotomanga Rajaonah w pierwszej rundzie

    Mecz rozpoczął się dość niespodziewanie, od problemów Sabalenki przy własnym podaniu. Szybko zrobiło się 0-40 z perspektywy liderki rankingu WTA. Aryna doprowadziła do równowagi, ale potem popełniła podwójny błąd serwisowy. Dzięki temu Tiantsoa otrzymała czwartego break pointa. Po nim reprezentantka Francji wyszła na prowadzenie z przewagą przełamania. Po zmianie stron podrażniona tenisistka z Mińska zniwelowała stratę, a po trzecim gemie znalazła się już z przodu. Mimo tego dało się jednak zauważyć, że niektóre zagrania leworęcznej rywalki sprawiały problemy turniejowej “1”.

    W trakcie szóstego rozdania 27-latka posiadała na rakiecie piłkę na 4:2. Gdy wydawało się, że Białorusinka kontroluje już sytuację, nagle posłała zagranie w siatkę. Potem sytuacja w gemie odwróciła się na korzyść zawodniczki występującej dzięki dzikiej karcie i dzięki temu zrobiło się 3:3. Chociaż Sabalenka posiadała optyczną przewagę na korcie, to wciąż miała problem z udokumentowaniem przewagi. Także podczas ósmego rozdania nie wykorzystała break pointa.

    Po chwili to Aryna musiała się bronić przed przełamaniem. Rakotomanga Rajaonah wygrała pierwsze dwie akcje przy serwisie Białorusinki. Później liderka rankingu WTA odwróciła losy gema, aczkolwiek nie obyło się bez nieprzyjemnego zdarzenia po drodze. Gdy na tablicy wyników wyświetlał się rezultat 15-30, wówczas Francuzka posłała dobrego skróta. Sabalenka miała problem z dobiegnięciem do niego, złapała piłkę w ostatniej chwili. Poszła za całość i zagrała przez rywalkę. Zawodniczka z drugiej setki została trafiona w kucyka, na szczęście nic się nie stało. 27-latka od razu przeprosiła przeciwniczkę.

    Po zmianie stron Rakotomanga Rajaonah broniła się przed przegraniem partii. Początkowo szło jej nieźle, miała w sumie dwie okazje na zdobycie piątego “oczka”. Sabalenka czuła jednak, że to jest idealny moment, by “postraszyć” przeciwniczkę i za wszelką cenę walczyła o przedłużenie rywalizacji w gemie. W końcu Aryna doczekała się setbola. Tenisistka z Mińska wywarła presję na znacznie mniej doświadczonej przeciwniczce i wymusiła błąd po stronie Francuzki. Dzięki temu partia zakończyła się wynikem 6:4.

    Początek drugiej części pojedynku został zdominowany przez Sabalenkę. Liderka rankingu posiadała w sumie dwie szanse na 4:0. Ostatecznie rywalka zdobyła jednak premierowe “oczko”. Na więcej dwukrotna triumfatorka Australian Open już nie pozwoliła. W szóstym gemie zdobyła kolejne przełamanie i po chwili zamknęła spotkanie przy swoim serwisie. Finalny rezultat meczu brzmiał 6:4, 6:1 na korzyść faworytki. Następną przeciwniczką Białorusinki będzie Anastazja Pawluczenkowa albo Zhuoxuan Bai.

    Dokładny zapis relacji z meczu Aryna Sabalenka – Tiantsoa Rakotomanga Rajaonah jest dostępny TUTAJ. Główny turniej Australian Open potrwa do 1 lutego. Najważniejsze informacje z wielkoszlemowych zmagań można śledzić za pomocą specjalnej zakładki na stronie Interii.

    Sabalenka pokonuje Anisimovą w drodze do finału WTA FINALS. WIDEO© 2025 Associated Press
    Aryna Sabalenka

    Aryna SabalenkaADRIAN DENNIS / AFPAFP
    Aryna Sabalenka

    Aryna SabalenkaDIMITAR DILKOFFAFP
    Kobieta ubrana w czarną sportową koszulkę na ramiączkach, z rozpuszczonymi włosami, patrzy w górę z wyrazem rozbawienia lub zaskoczenia na twarzy, tło rozmyte, skupienie na postaci.

    Aryna SabalenkaChristopher PikeAFP

  • Tak Sabalenka rozpoczęła Australian Open. Była murowaną faworytką

    Tak Sabalenka rozpoczęła Australian Open. Była murowaną faworytką

    To był trudny początek Australian Open dla ubiegłorocznej finalistki. Choć Aryna Sabalenka wygrała 6:4, 6:1 z Tiantsoą Rakotomanga Rajaonah, to łatwego życia nie miała. Szczególnie w pierwszym secie musiała się sporo namęczyć, by odeprzeć ataki Francuzki, co dziwiło zarówno kibiców, jak i ekspertów.
    Aryna Sabalenka

    Aryna Sabalenka znakomicie rozpoczęła sezon 2026. W bardzo dobrym stylu wygrała turniej WTA 500 w Brisbane – w żadnym z pojedynków nie straciła więcej niż siedmiu gemów, udowadniając, że zasługuje na miano pierwszej rakiety świata. W niedzielę 18 stycznia Białorusinka zainaugurowała z kolei Australian Open, w którym w poprzednim sezonie dotarła aż do finału. W nim uległa wówczas Madison Keys i w tym roku chce skuteczniej powalczyć o główną nagrodę.

    Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. “Mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną”
    Męczarnie Aryny Sabalenki w pierwszym secie. Co za pokaz siły debiutantki w Australian Open!

    W pierwszej rundzie wielkoszlemowego turnieju rywalką Sabalenki była Tiantsoa Rakotomanga Rajaonah, 118. zawodniczka rankingu WTA, dla której był to pierwszy start w głównej drabince w Melbourne. Nie było wątpliwości, kto jest faworytką spotkania, kibice, jak i eksperci, spodziewali się łatwego i szybkiego triumfu Białorusinki. A jednak przeżyli zaskoczenie – szczególnie w pierwszym secie i to już na samym jego początku.

    Już pierwszy gem przyniósł przełamanie na korzyść Francuzki. Sabalenka potrzebowała chwili, by wyczuć rywalkę – przy kolejnej okazji odgryzła się, odebrała serwis przeciwniczce i doprowadziła do wyrównania. Od tego momentu pojedynek stał się naprawdę zacięty. Nieco większą inicjatywę wykazywała liderka rankingu – miała nawet dwa break pointy, po jednym w szóstym i ósmym gemie, ale nie potrafiła wykorzystać szansy. Sprawdziło się jednak powiedzenie “do trzech razy sztuka” – w 10., decydującej odsłonie tego seta, znów pojawiła się szansa dla Białorusinki na przełamanie. I tym razem podołała wyzwaniu. Postawiła kropkę nad “i”, wygrywając tego seta 6:4 w 46 minut. Ale takich problemów Sabalenki w pierwszym secie nikt się jednak nie spodziewał.

    Zobacz też: Padła ważna propozycja zmiany u Świątek. “Musi dać się przekonać”.
    Drugi set pod dyktando Sabalenki, choć rywalka się nie poddawała

    W drugiej partii Białorusinka poszła za ciosem. Już w drugim gemie przełamała Francuzkę i po chwili prowadziła 3:0. Widać było, że rozpędza się z każdą minutą. Przeciwniczka nie zamierzała jednak wywieszać białej flagi i satysfakcji z drugiego przełamania Sabalence nie dała. Francuzka wyszła z tarapatów i wygrała gema na 1:3. To nie udało się Rakotomandze Rajaonah w szóstej odsłonie seta, choć pokazała w niej naprawdę dobry tenis. Po jednej z akcji oklaskiwali ją nie tylko liderka rankingu WTA, ale i sam Roger Federer, który przyglądał się temu pojedynkowi z trybun. Sabalenka przełamała ją i prowadziła już 5:1. Po chwili zamknęła set własnym serwisem.

    Mecz trwał godzinę i 17 minut. W kolejnej rundzie rywalką Białorusinki będzie zwyciężczyni starcia Anastazja Pawluczenkowa – Zhuoxuan Bai.

    Aryna Sabalenka – Tiantsoa Sarah Rakotomanga Rajaonah 6:4, 6:1

  • Porzuciła Rosję, a teraz to. Sceny na Australian Open, granica przekroczona

    Porzuciła Rosję, a teraz to. Sceny na Australian Open, granica przekroczona

    Sceny na Australian Open, granica przekroczona. Rozwścieczyła widownię

    Ruszyła główna drabinka wielkoszlemowego Australian Open. Już w pierwszej rundzie doszło do ciekawego starcia pomiędzy Julią Putincewą a Beatriz Haddad Maią. Ostatecznie w pojedynku triumfowała Kazaszka, która na początku poprzedniej dekady porzuciła Rosję. Tuż po ostatnim gemie 31-latka zachowała się mocno kontrowersyjnie, co nie umknęło uwadze internautów.
    Zbliżenie na tenisistkę w białej czapce z daszkiem i koszulce na ciemnym tle, z wstawionym mniejszym zdjęciem tej samej osoby podczas przygotowań do gry.

    Julia PutincewaWILLIAM WEST / AFP / zrzut ekranu EurosportAFP

    Choć skala nie jest taka sama, to z pewnością wielu fanów i ekspertów zdziwił także rezultat meczu Julia Putincewa – Beatriz Haddad Maia. W końcu obie tenisistki dzieli kilkadziesiąt miejsc w rankingu WTA. Kazaszka obecnie zajmuje 105., a Brazylijka 59. pozycję.

    Iga Świątek – Belinda Bencic. Skrót meczuPolsat Sport

    Putincewa rozwścieczyła kibiców. Wystarczyło kilka sekund, sceny na AO

    W pierwszym secie to Haddad Maia triumfowała po dwukrotnym przełamaniu przeciwniczki. W kolejnej partii Putincewa grała o pozostanie w turnieju. Przy stanie 6:5 z jej perspektywy zachowała się najlepiej jak mogła. Wygrała gema przy podaniu 29-latki, dzięki czemu o ostatecznym wyniku zadecydowała trzecia odsłona.

    W niej była 10. światowego rankingu ewidentnie opadła z sił. Finalnie to Julia Putincewa zameldowała się w drugiej rundzie Australian Open po zwycięstwie 3:6, 7:5, 6:3.

    Kiedy pojedynek dobiegł końca, reprezentantka Kazachstanu zaczęła ostentacyjne, mocno nieeleganckie świętowanie. Najpierw rzuciła rakietę pod nogi, w czym – jeszcze – nie było nic złego. Ale kiedy była bliżej siatki, z premedytacją zaczęła piszczeć i wymachiwać rękami. Po chwili obie tenisistki oschle zbiły piątkę, a Putincewa kontynuowała show w okolicach swojego boksu.

    “Kontrowersyjne gesty Putincewej, która po pokonaniu Haddad Maia zaczyna tańczyć i śpiewać “Vamos a la playa” – odnotował hiszpański “Eurosport.

    “Z Putincewą nigdy nie ma nudnych chwil, gdy czuje, że tłumy są przeciwko niej” – pisze jeden z internautów, według którego reakcja Kazaszki była spowodowana zagorzałym dopingiem Haddad Mai w trakcie meczu.

    “Co to była za świętowanie Putincewy? Haddad Maia wcale jej nie polubiła…” – czytamy w kolejnym z wpisów na platformie X.

    Przypomnijmy, Julia Putincewa zmieniła obywatelstwo z rosyjskiego na kazachstańskie latem 2012 roku. Urodzona w Moskwie tenisistka nie otrzymywała wystarczającego wsparcia finansowego i technicznego ze strony Rosyjskiej Federacji Tenisowej.

    W drugiej rundzie Australian Open 31-latka zagra ze wspomnianą Elsą Jacquemot, czyli pogromczynią Marty Kostiuk.
    Sportowa zawodniczka w białej koszulce i białej opasce na głowie pochylona w zamyśleniu, skupiona na tle rozmytego stadionu.

    Julia PutincewaELSA/GETTY IMAGES via AFPAFP
    Julia Putincewa

    Julia PutincewaPAUL CROCK / AFPAFP
    Julia Putincewa

    Julia PutincewaHENRY NICHOLLS / AFPAFP

  • Finał z Sabalenką, powtórki nie będzie. Właśnie odpadła z Australian Open

    Finał z Sabalenką, powtórki nie będzie. Właśnie odpadła z Australian Open

    Australian Open ledwie się rozpoczął – pierwsze mecze ruszyły w nocy z soboty na niedzielę czasu polskiego – a już doczekaliśmy się sensacji z prawdziwego zdarzenia. I to takiej, obok której nie da się przejść obojętnie. Na ANZ Arenie doszło bowiem do wydarzenia, które jeszcze kilka dni temu wydawało się absolutnie nie do pomyślenia. Marta Kostiuk, jedna z najbardziej utalentowanych tenisistek młodego pokolenia, przegrała z Elsą Jacquemot. Po 211 minutach dramatycznej walki to Francuzka mogła unieść ręce w geście triumfu.

    Mówimy o zawodniczce, która zaledwie tydzień wcześniej eliminowała gwiazdy podczas turnieju WTA 500 w Brisbane, docierając aż do finału. Realnie rzecz ujmując, Kostiuk nie powinna była przegrać z tenisistką zajmującą 58. miejsce w rankingu WTA. A jednak – tenis po raz kolejny przypomniał, że na kortach Wielkiego Szlema logika często schodzi na dalszy plan.

    Marta Kostiuk od lat uchodzi za jedną z najbardziej obiecujących zawodniczek w kobiecym tenisie. 23-letnia Ukrainka, trenowana przez Polkę Sandrę Zaniewską, ma wszystko, czego potrzeba do osiągania wielkich sukcesów: solidny serwis, potężne uderzenia z obu stron, świetną dynamikę i odwagę w grze. Eksperci od dawna powtarzają, że jej potencjał sięga nawet TOP 3 światowego rankingu.

    Już jako juniorka imponowała klasą – w 2017 roku, mając zaledwie 14 lat, sięgnęła po tytuł mistrzyni Australian Open. To osiągnięcie wyjątkowe nawet w świecie wielkich talentów. Problem w tym, że gdy przychodzi do rywalizacji w seniorskich turniejach wielkoszlemowych, Kostiuk regularnie dopada niewytłumaczalna niemoc.

    Statystyki są bezlitosne. W 23 występach w singlu w turniejach Wielkiego Szlema Ukrainka zdołała dotrzeć do ćwierćfinału tylko raz – dwa lata temu właśnie w Melbourne. Tegoroczny Australian Open miał być przełomem. Początek sezonu dawał ku temu solidne podstawy. W Brisbane Kostiuk pokonała trzy tenisistki z TOP 10: Amandę Anisimovą, Mirrę Andriejewą i Jessicę Pegulę. Zatrzymała ją dopiero Aryna Sabalenka w finale.

    Wydawało się więc, że to właśnie Białorusinka będzie pierwszym naprawdę poważnym testem dla Ukrainki w Melbourne – i to dopiero na etapie czwartej rundy. Los postanowił jednak napisać zupełnie inny scenariusz.

    Rywalką Kostiuk w pierwszej rundzie była Elsa Jacquemot, zajmująca 58. miejsce w rankingu WTA. Trudno było znaleźć argumenty przemawiające za sensacją. Francuzka w Brisbane i Hobart przegrywała wyraźnie – zarówno z doświadczoną Ajlą Tomljanović, jak i z Magdaleną Fręch, której oddała ostatniego seta do zera. Co więcej, Polka po tamtym meczu wycofała się z turnieju z powodu problemów zdrowotnych.

    A jednak historia znów się powtórzyła. W poprzednim sezonie Kostiuk żegnała się z Roland Garros już w pierwszej rundzie po porażce z 188. w rankingu Sarą Bejlek, a na Wimbledonie uległa 171. na liście WTA kwalifikantce Veronice Erjavec. Teraz do tej listy dołączyła Jacquemot.

    Mecz w Melbourne był jednak prawdziwym rollercoasterem. Kostiuk wygrała pierwszego seta w tie-breaku 7:4. W drugiej partii prowadziła 5:3, a przy stanie 6:5 i 40–30 miała piłkę meczową. Zdecydowała się na agresywny return po mocnym, ale niezbyt precyzyjnym serwisie rywalki (171 km/h) – piłka wylądowała jednak za boczną linią. Decyzja, która okazała się brzemienna w skutkach.

    Gdy na zegarze wybijały równe dwie godziny gry, zawodniczki miały przed sobą jeszcze ponad półtorej godziny tenisowego dramatu. Drugi set znów rozstrzygał się w tie-breaku. Kostiuk prowadziła w nim 4:3 z minibreakiem, ale zepsuła dwa własne podania. Chwilę później Jacquemot utrzymała serwis i doprowadziła do trzeciego seta.

    Decydująca partia była równie szalona, choć tym razem obyło się bez przełamań. Francuzka miała piłkę meczową w dwunastym gemie, lecz Ukrainka zdołała się obronić. O wszystkim przesądził super tie-break grany do 10 punktów. Jacquemot szybko odskoczyła, Kostiuk wyrównała na 7:7, ale końcówka należała do Francuzki. Zaryzykowała – i to ryzyko się opłaciło. Trzy ostatnie punkty padły jej łupem.

    Elsa Jacquemot wygrała 6:7 (4), 7:6 (4), 7:6 (7), sprawiając jedną z największych sensacji pierwszych godzin Australian Open. A pytania o to, dlaczego Marta Kostiuk wciąż nie potrafi potwierdzić swojego ogromnego potencjału w Wielkich Szlemach, znów wróciły ze zdwojoną siłą.

  • Padła ważna propozycja zmiany u Świątek. “Musi dać się przekonać”

    Padła ważna propozycja zmiany u Świątek. “Musi dać się przekonać”

    Tak jak w poprzednim sezonie Igi Świątek lepsze i gorsze momenty się przeplatały, tak też jej pierwszy tegoroczny start, czyli drużynowy United Cup, miał słodko-gorzki smak. I dlatego też wróciła dyskusja na temat gry wiceliderki światowego rankingu. Dawid Celt, którzy dobrze zna 24-latkę, wyłącza syreny alarmowe, ale jednocześnie przyznaje, że pewne kłopoty dostrzega. I w długiej rozmowie ze Sport.pl – tuż przed rozpoczęciem wielkoszlemowego Australian Open – wskazuje, co jego zdaniem byłoby lekarstwem.

    Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. “Mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną”
    Agnieszka Niedziałek: Ostatnio apelowałeś o spokój ws. Igi Świątek po występie w United Cup, ale też przyznałeś, że pewne problemy z poprzedniego sezonu dostrzegłeś i teraz. Czy to powrót tych kłopotów, czy właściwie ciąg dalszy?

    Dawid Celt: Pewne rzeczy, w moim odczuciu, się powtarzają. To, co działo się na koniec minionego sezonu, można było zaobserwować też w Sydney. Przede wszystkim cały czas mówię o Idzie w nawiązaniu do tych najlepszych. Inaczej wygląda granie z takimi dziewczynami jak Eva Lys, Suzan Lamens i Maya Joint, które zostały totalnie zdominowane. Choć trzeba oddać Lys, że zagrała świetnie, ale Iga dała sobie z tym radę. Ale w meczach z Coco Gauff i Belindą Bencić, czyli topowymi tenisistkami, można było dostrzec pewne rzeczy, które pojawiły w końcówce ubiegłego roku. Pośpiech, serie sześciu-siedmiu przegranych gemów. Jak wpada w te turbulencje, to już nie zawraca. Rzeczywiście, można powiedzieć, że to się powtarza.

    Ale z drugiej strony, to początek roku. Trzeba dać jej jeszcze trochę czasu, spokoju. Zobaczymy, co się wydarzy w Australii. Tenis jest przewrotny. Pamiętamy jej wcześniejsze świetne występy w United Cup i te duże oczekiwania przed Australian Open. A nie zawsze to wszystko się potem fajnie przekładało na start w Melbourne. W tym roku United Cup – indywidualnie dla Igi – nie był najbardziej udany, bo przegrała dwa mecze, co się nigdy wcześniej nie wydarzyło. Ale to nie oznacza, że nie może zrobić dobrego wyniku w Australian Open. Ja w Igę zawsze wierzę, bo to tenisistka, która ma cały czas bardzo wysoki średni poziom i dla mnie jest zawsze w gronie faworytek największych turniejów. Ale, jak każdy, ma też swoje problemy.
    Czy nie jest tak, że teraz upór, który długo był jej wielkim atutem, teraz jest dużym problemem? Bo o ile wcześniej wiązaliśmy go z walecznością i ambicją, dzięki którym potrafiła wychodzić z bardzo trudnych sytuacji, to teraz utrudnia on wprowadzanie do jej tenisa małych zmian, o konieczności których wspomina wielu ekspertów?

    I tak, i nie. Gdyby nie ten upór, to zapewne nie byłoby tych wszystkich sukcesów. Ta determinacja to wkładanie we wszystko stu procent albo i więcej. Z jednej strony, jest to świetne, bo taka po prostu Iga jest. Z drugiej – jest to, w moim odczuciu, bardzo kosztowne. Przychodzą takie okresy, że trochę te poprzednie lata wystawiają rachunek. I teraz – moim zdaniem – cała sztuka polega na tym, by cały czas szukać tego balansu, dystansu do pewnych rzeczy. Żeby nie wszystko robić na 120 procent.

    Słyszę też opinię, że Iga inaczej nie potrafi. To już jest zadanie dla ludzi, którzy są z nią na co dzień. To są tylko i wyłącznie moje spostrzeżenia – osoby, która czasami jest trochę bliżej, czasami trochę dalej i ogląda mecze głównie w telewizji. Mam jednak też trochę doświadczenia. Widziałem, co Agnieszka (Radwańska – red.) przechodziła przez lata. Wiele rzeczy powtarza się, dostrzegam podobieństwa. Z tenisistami jest tak, że cały czas są jakieś problemy. Jak z jednymi sobie poradzisz, to pojawiają się następne. W przypadku Igi każda porażka jest od razu rozpatrywana w kategoriach “Co się dzieje? Co trzeba zmieniać?” itd. Trzeba dać jej trochę spokoju, patrzeć na to z większym dystansem. Bo trzyma bardzo wysoki poziom i cały czas daje jej on pozycję do tego, by wygrywać w największych turniejach. Tutaj się niewiele zmienia z mojej perspektywy.
    Skoro zalecasz spokój i dystans, to nie należysz do zwolenników takich sugestii jak choćby skorzystanie z pomocy biomechanika, by poszukać poprawy skuteczności serwisu?

    To są bardzo indywidualne decyzje. Kwestia też tego, na ile sam zawodnik jest otwarty na pewne zmiany. Jeżeli Iga sama wyszłaby z tym i powiedziała: “Słuchajcie, czuję, że potrzebuję takiej pomocy”, to dlaczego nie? Ostatnio zrobiło się głośno po tym, jak na naszym kanale “Break Point” Marek Furjan zaproponował, by dołączyć kogoś do teamu Świątek. To tylko i wyłącznie decyzja Igi. Jeżeli uzna: “Może fajnie byłoby skorzystać z rad kogoś, kto był na tym poziomie, przechodził to, co ja i mógłby mi teraz z innej perspektywy coś podpowiedzieć?”, to dlaczego nie? Ale uważam, że to musi wyjść od zawodniczki. A form rozwoju jest naprawdę wiele.
    Poza analizą samej gry, sporo dyskutowano też ostatnio o emocjach Igi Świątek podczas meczów United Cup. Trochę się może przyzwyczailiśmy do jej bardzo opanowanej wersji. Okazywanie emocji samo w sobie – co powtarzają psychologowie sportowi – nie jest złe. Nieraz widzieliśmy, jak danie im ujścia pomagało tenisistom. Ale mam wrażenie, że u Polki po rzuceniu rakietą czy płaczu nie widać, by napięcie “puściło”. By grało jej się potem łatwiej, lepiej.

    To prawda. Mam przed oczami Angelique Kerber, która jak się wkurzała, jak zaczynała – kolokwialnie mówiąc – tankować, to stawała się jeszcze bardziej niebezpieczna. To, że Iga płacze – rzadko, ale czasem się jeszcze zdarza – jest efektem napięcia. Było ono widoczne u niej w Sydney od początku turnieju i w ćwierćfinale nie chodziło raczej o problem z grą czy – z całym szacunkiem dla Joint – o sam mecz. Z tego, co wiem, to raczej była to właśnie kwestia ogólnego napięcia, które po tych trzech gemach z niej zeszło. Rozpoczęcie nowego sezonu, zbliżający się Australian Open – to wszystko spowodowało, że tego napięcia było troszkę za dużo. Mam nadzieję, że uda się to wszystko teraz wyregulować i znaleźć odpowiednie nastawienie. Troszeczkę więcej dystansu, więcej spokoju, a to pozwoli Idze na jeszcze lepsze granie w Melbourne.
    Łzy i rzucanie rakietą po meczu z Bencić to tylko złość po rozczarowującym wyniku?

    Złość, że to się potoczyło tak, jak się potoczyło. Chciała się na pewno zrewanżować za tę wcześniejszą porażkę z Gauff. Nie chciała przegrać kolejnego meczu, bardzo chciała otworzyć udanie finał i wziąć trochę większą odpowiedzialność na siebie. Zawsze wszystko skupiało się na Idze – jak ona wygrywała, to wygrywała drużyna. Teraz też, jak zawsze, chciała wygrać każdy mecz. Tak się nie stało, ale – z perspektywy drużyny – na szczęście było odpowiednie zabezpieczenie. Jak nie wygrała Iga, to wygrywali Hubert i mikst. Świetnie funkcjonowaliśmy jako zespół. Każdy dołożył dużą cegiełkę do tego sukcesu.
    Od ubiegłorocznego Roland Garros Świątek przegrywała głównie z rywalkami z Top10. Do tego kilka razy z Top20. To powód do radości, bo uniknęła tzw. wpadek czy raczej sygnał, że musi coś zmienić, by wygrywać częściej z przeciwniczkami z czołówki?

    Z jednej strony, to dobry znak, bo cały czas ten średni poziom jest bardzo wysoki. On daje Idze drugie miejsce w rankingu i duże zabezpieczenie nad resztą stawki. Ale też można dostrzec tendencję, że te lepsze dziewczyny znalazły sposób na Igę. Trzeba kombinować i szukać, żeby tę tendencję zmienić. Wiadomo, że tych meczów z najlepszymi w przypadku Igi nie jest zbyt dużo, bo jest rozstawiona i trafia na nie dopiero w końcowych fazach turnieju. Ale żeby tych sukcesów i pucharów w gablocie było więcej, to trzeba te najlepsze zawodniczki ogrywać. I to na pewno musi się zmienić.
    Czyli wracamy do tego, że trzeba skruszyć nieco upór Igi i coś zmienić w jej grze, by takie spotkania wygrywać?

    Takie jest moje zdanie. Uważam, że trzeba cały czas dążyć do tego, by się rozwijać. Jeżeli się nie rozwijasz, pojawia się stagnacja, konkurencja zaczyna cię dopadać i dotyczy to wszystkich. Wiadomo, że w DNA Igi zawsze będzie przygotowanie motoryczne, to nakręcanie się, narzucanie bardzo intensywnego tempa i tą niesamowitą grą z głębi kortu, siłą gry będzie wygrywać. Ale też musi w końcu dać się przekonać do tego, by próbować ten swój tenis troszeczkę urozmaicić. Chodzi o te urozmaicenia, o których mówił Wim Fissette – te kilka procent. By próbować implementować w meczu nowe rozwiązania. Bo jeżeli tego nie robisz, to nie będziesz się rozwijać. I choćbyś nie wiem, ile wdrażał tego na treningu, to jeżeli nie robisz tego pod presją, to nie będzie to funkcjonowało. Nie będzie to działało.
    Pamiętasz taki moment w poprzednim sezonie, kiedy pomyślałeś, że coś pod tym względem drgnęło?

    Tak, tylko to były pojedyncze akcje serwis-wolej czy zmiana rytmu. A chodzi o to, by wszystko nie sprowadzało się do tego, by grać szybko i bardzo szybko. Trzeba troszkę zwolnić, zmienić rytm, w pewnym momencie troszkę przytrzymać. W meczu z Gauff widzieliśmy, że ta już doskonale wie, co robić, gdy mierzy się z Igą. Wie, że musi wymianę wydłużać. A im częściej jest w stanie to robić, tym więcej punktów Iga jej może podarować. Amerykanka jest bardzo dobra fizycznie, doskonale biega, świetnie się rusza, jest też po prostu solidna i czeka na błędy Igi. To podejście zaczęło jej się sprawdzać, a Iga w takich sytuacjach zaczyna się nakręcać. Podchodzić do tego na zasadzie, że trzeba grać szybciej, ostrzej, że trzeba jeszcze wcześniej tę akcję skończyć, bo dużo piłek ze strony Gauff wraca. Nie. W moim odczuciu trzeba właśnie troszkę zwolnić, poczekać na lepszy moment. Takie sytuacje powodują, że Iga zaczyna nam się po prostu napinać, pojawia się więcej stresu i zaczyna się śpieszyć.
    Niespełna półtora roku temu Iga miała z Gauff bilans 11-1, a potem przegrała cztery kolejne ich mecze. Czy możemy powiedzieć, że Amerykanka dołączyła do ścisłego grona najgroźniejszych rywalek Polki?

    Myślę, że ostatnie wyniki pokazują, że tych tenisistek, które są w stanie Igę ograć, jest coraz więcej. Cały czas mówimy o topowych zawodniczkach, bo te niżej notowane w większości nie mają do Igi – że tak powiem – podjazdu.
    Ale u tych z drugiej grupy też chyba jest już mniej strachu, gdy wychodzą na mecz przeciwko drugiej rakiecie świata.

    Bo widzą, co się dzieje. Tak to działa psychologicznie – patrzysz, obserwujesz, że nie jest tak, iż Iga jest nie do ruszenia, jak to było przez jakiś czas. W tej chwili coraz więcej dziewczyn pokazuje, że Igę można ograć, że można z nią walczyć, że jest nerwowa, że też popełnia błędy. I te troszkę niżej notowane dziewczyny wychodzą w tej chwili na kort, już nie bojąc się tak bardzo Igi jak kiedyś. Pokazuje to choćby ostatnie spotkanie z Lys, która weszła bez żadnych skrupułów, bez żadnego lęku i od razu na Igę naskoczyła. Powtórzę, zawodniczek będących w stanie pokonać Igę jest coraz więcej, ale są to wciąż topowe tenisistki. Iga musi się wraz ze swoim teamem zastanowić, co zrobić, żeby tę niekorzystną tendencję zmienić.
    Uważasz, że obecna sytuacja może być dla niej tym trudniejsza do uporania się, że w sezonach 2022 i 2023 przyzwyczaiła się, iż znacząco dominuje i zwykle gładko wygrywa?

    Myślę, że ma wokół siebie świadomych ludzi, którzy mówią jej, że to, co się działo przez te kosmiczne – z jej punktu widzenia – lata, jest bardzo trudne do powtórzenia i nie można rozpatrywać kariery przez pryzmat tych właśnie lat. Wszyscy najlepsi mają w pewnym momencie delikatny zjazd i nie da się po prostu ciągle wygrywać. Nie można wygrywać stale po pięć, sześć czy siedem razy tych samych turniejów. Czasami trzeba przegrać. Nie oznacza to, że później nie da się wrócić do zwyciężania w danej imprezie. Mam tu na myśli Roland Garros. Myślę, że przerobiono to na początku 2025 roku, bo oczekiwania Igi wobec samej siebie były wówczas bardzo duże. Pojawił się nowy, bardzo utytułowany trener, więc też chciała się pokazać z jak najlepszej strony. Chciała cały czas dużo wygrywać i to zostało brutalnie zweryfikowane. Tenis uczy i cały czas trzeba na bieżąco wyciągać wnioski. Nic nie jest dane raz na zawsze. Coś wychodzi przez jakiś czas, za chwilę to ginie, pojawia się następny problem, pojawiają się kolejne rzeczy, które trzeba poprawiać. Na tym polega trudność tej dyscypliny.
    Na kanale “Break Point” powiedziałeś, że masz wrażenie, iż druga rakieta świata nie zdaje sobie do końca sprawy, jak dużo lepsza jest od niektórych zawodniczek. Co miałeś na myśli?

    Mam takie odczucie, że czasem, choć ma dużą przewagę nad dziewczynami niżej notowanymi, to jej nie czuje. Przykład z ostatniego turnieju Pucharu Billie Jean King w Gorzowie – namawiałem ją, by spróbowała kilku akcji serwis-wolej. Wiadomo, to Iga jest na korcie i ma swoje odczucia, ale widać było, że dziewczyny są z innych lig. Mówię: “Masz bardzo dużą przewagę, zagraj kilka takich akcji. Nieważne, jaki będzie efekt. Po prostu, żeby się przełamać, żeby spróbować”. Nie do końca była do tego przekonana. Wrócę do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej – to są właśnie te momenty, że ona musi sama sobie zaufać. Dać sobie zgodę na to, że nawet jak nie wyjdzie, to ok, trudno. Myślę, że to już jest ten moment, że trzeba też tych innych rzeczy próbować. Bo jak sprawdzał się ten tenis bardzo uproszczony przez Tomka (Wiktorowskiego – red.), to był moment, gdy Iga była w piku fizycznym i psychicznym, generalnie w takim totalnym piku. Tomek to świetnie uprościł i to “żarło”, dawało zwycięstwo za zwycięstwem. Wydaje mi się, że teraz jest ten moment, że trzeba troszeczkę też szukać innych rozwiązań, żeby tę grę wzbogacić. Bo, jak widzimy w tym zderzeniu z najlepszymi, są okresy, że zaczyna troszkę tego urozmaicenia brakować. Tak postrzegam to z boku.
    Czyli z góry było wiadomo, że tamten uproszczony tenis to recepta na sukces z krótkim terminem ważności?

    Tak, w tamtym momencie to wszystko się świetnie składało. Pomysł Tomka był bardzo dobry, po prostu chodziło o skuteczność. Chodzi o to, żeby wygrywać. Iga zamiotła te trzy lata bezapelacyjnie, ale kariera jest długa. Tak jak trenujesz i funkcjonujesz w wieku 20 lat, nie funkcjonujesz już w wieku 25 lat. Inaczej też jest w wieku 30 lat. Trzeba się adaptować, dostosowywać. I teraz na tym – moim zdaniem – właśnie cała sztuka polega – żeby przede wszystkim sama Iga zrozumiała, że trzeba ten tenis troszkę rozwijać. Oczywiście, z zachowaniem tego, co stanowi jej DNA. To jest podstawa i to zawsze będzie podstawa. Natomiast wydaje mi się, że trzeba teraz troszeczkę próbować tego innego kierunku. Do tego cały czas kwestia emocji – im Iga jest spokojniejsza, tym jej gra jest lepsza. Im więcej nerwów, tym szybciej się ona kończy, trwa do pierwszego załamania. Z tym, co Iga ma, też jest w stanie cały czas oczywiście wygrywać. Nie wiem, czy dominować, ale dalej wygrywać. Natomiast próbowałbym też innych rozwiązań. To ma być ewolucja, a nie rewolucja. Podpisuję się pod tym, co mówił Wim. Każdy z najlepszych tenisistów na świecie w czasie kariery ewoluował. Uważam, że Iga też musi ewoluować ze swoją grą.
    We wtorek, gdy oficjalnie przedłużyłeś o dwa lata umowę, wspomniałeś o pewnych wątpliwościach dotyczących dalszego pełnienia roli kapitana reprezentacji Polski w Pucharze Billie Jean King. Skąd się one wzięły?

    Kilka czynników się na to złożyło. Nie chodziło nawet o same wyniki, bo nastąpiło to po tym, jak uzyskaliśmy nasz najlepszy rezultat, czyli trzecie miejsce w turnieju finałowym (w 2024 r. – red.). Byliśmy naprawdę bardzo blisko spełnienia marzenia, którym jest występ w finale. Szczerze mówiąc, to nie wierzę w to, że byśmy ze Słowacją tego finału wtedy nie wygrali. Pewnie byłoby po drodze troszkę emocji, ale dalibyśmy radę. Różne – nazwijmy to – międzyludzkie i inne sprawy po drodze spowodowały, że poczułem pewne zmęczenie i miałem zawahanie co do tego, co robić dalej.
    Dotyczyło to jedynie funkcji kapitana czy tenisa?

    Nie, tenisa nie. Zastanawiałem się po prostu, co będzie najlepsze dla drużyny, biorąc pod uwagę wszelkie towarzyszące temu okoliczności i inne czynniki. Zastanawiałem się, co będzie dla drużyny najlepsze. Bo dobro drużyny zawsze jest dla mnie najistotniejsze. Natomiast miniony sezon – rozegrane turnieje i rozmowy z dziewczynami – spowodowały, że wspólnie chcemy jeszcze raz rękawice podjąć i spróbować przede wszystkim ponownie zakwalifikować się do turnieju finałowego. Zobaczymy, jakiego rywala przydzieli nam los. Jeśli to będzie Australia lub Japonia na wyjeździe gdzieś w kwietniu, to bardzo ciężko jest przekonać wtedy najlepsze zawodniczki do takiego startu.
    Może to być nawet nierealne.

    Ale po ubiegłorocznych spotkaniach z drużyną wróciły energia, werwa i chęć kontynuacji. Myślę, że w zdecydowanej większości drużyny jest chęć do tego, byśmy ten wózek nadal razem ciągnęli.

  • Szczęście Osaki, jest nocny komunikat. Zdążyli przed bojem Sabalenki

    Szczęście Osaki, jest nocny komunikat. Zdążyli przed bojem Sabalenki

    Australian Open to pierwszy z czterech wielkoszlemowych turniejów – na dobrą sprawę, to on rozpoczyna poważne granie w całym sezonie. Zwłaszcza u panów, gdzie przed rywalizacją w Melbourne nie ma żadnego tradycyjnego turnieju ATP 500. A w kobiecym tourze są aż dwa – ten drugi, w Adelajdzie, właśnie został uwzględniony w rankingu WTA. Tuż przed startem rywalizacji w Melbourne, choć dla układu drabinki nie ma już żadnego znaczenia. Na szczęście dla Naomi Osaki, bo ją spadek o zaledwie jedną pozycję mógłby dotknąć najbardziej.

    Zwykle bowiem te aktualizacje światowej listy dokonywane są w poniedziałki. Tym razem obie organizacje uczyniły wyjątki, mimo że na świecie trwają turnieje ITF rangi 50 czy 75, których wyniki też formalnie powinny się liczyć. Ich finały zaś odbędą się w niedzielę.

    Ranking WTA zaktualizowany tuż przed startem Australian Open. Jedna zmiana w TOP 10

    W rankingu WTA można spodziewać się sporych roszad, ale dopiero za 15 dni, po zakończeniu rywalizacji w Melbourne Park. Teraz w TOP 10 doszło tylko do jednej: trzeci tytuł w WTA , za to pierwszy w zawodach rangi 500, dał 18-letniej Mirze Andriejewej awans o jedną pozycję – teraz jest siódma. A za jej plecami znalazła się Jasmine Paolini, która ze zmagań w Adelajdzie wycofała się kilka dni przed ich rozpoczęciem.
    Naomi Osaka

    Naomi Osaka Ibrahim Ezzat/NurPhoto via AFPAFP

    Gdyby do tego doszło przed losowaniem drabinki Australian Open, nie miałoby to większego znaczenia, bo zawodniczki z miejsc 5-8 są w podobnej sytuacji. Ale już tenisistki z pozycji 16 i 17 – nie. To 16. miejsce tydzień temu zajmowała Naomi Osaka – podopieczna Tomasza Wiktorowskiego nie mogła więc trafić na rywalki z miejsc 1-8 wcześniej niż w czwartej rundzie. I tak się stało – potencjalną rywalką Japonki będzie na tym etapie Iga Świątek. Gdyby była o jedno miejsce niżej, na zawodniczkę rozstawioną wpadłaby już o jeden etap wcześniej. Jak Kanadyjka Victoria Mboko, 19-latka, która w sobotę grała z Andriejewą o tytuł w Adelajdzie.

    To właśnie Mboko awansowała na 16. miejsce w rankingu, spychając o jedno miejsce Osakę. Ale też to Kanadyjka może już w trzeciej rundzie zmierzyć się z Clarą Tauson, światową “14”. I to będzie jeden z hitów tego etapu.

    Na czele zaś wciąż Aryna Sabalenka przed Igą Świątek. Przewaga Białorusinki wynosi 2662 punkty, co w teorii powinno wystarczyć do utrzymania pozycji liderki przez Białorusinkę także po zakończeniu AO. Chyba że już na wstępie przydarzy jej się wpadka, a Polka wygra cały turniej.

    Do TOP 50 wróciła też Magda Linette, dzięki ćwierćfinałowi WTA 250 w Hobart.

    Ranking WTA datowany na 19 stycznia 2026:

    1. Aryna Sabalenka – 10990 pkt

    2. Iga Świątek – 8328 pkt

    3. Coco Gauff – 6423

    4. Amanda Anisimova – 6320 pkt

    5. Jelena Rybakina – 5850 pkt

    6. Jessica Pegula – 5453 pkt

    7. Mirra Andriejewa – 4731 pkt (awans o 1 pozycję)

    8. Jasmine Paolini – 4267 pkt (spadek o 1 pozycję)

    9. Madison Keys – 4111 pkt

    10. Belinda Bencic – 3512 pkt

    Miejsca pozostałych Polek w TOP 500:

    50. Magda Linette – 1157 pkt (awans o 3 pozycje)

    57. Magdalena Fręch – 1093 pkt

    134. Linda Klimovicova – 538 pkt

    135. Katarzyna Kawa – 537 pkt

    145. Maja Chwalińska – 503 pkt (awans o 2 pozycje)

    328. Martyna Kubka – 196 pkt (spadek o 5 pozycji)

    402. Weronika Ewald – 152 pkt (spadek o 7 pozycji)

    433. Zuzanna Pawlikowska – 136 pkt (awans o 8 pozycji)

    452. Urszula Radwańska – 125 pkt (spadek o 5 pozycji)

    Aryna Sabalenka

    Aryna SabalenkaMatthieu Mirville / Matthieu Mirville / DPPI via AFPAFP
    Iga Świątek

    Iga ŚwiątekAFP

    Iga Świątek rozpoczęła pobyt w Australii od prezentu. „Dobra kawa. Tego mi teraz potrzeba”© 2025 Associated Press

  • Świątek w finale Australian Open, na kort wyszła wtedy z wielką przyjaciółką. Dwa sety i koniec

    Świątek w finale Australian Open, na kort wyszła wtedy z wielką przyjaciółką. Dwa sety i koniec

    Iga Świątek ma w swym dorobku liczne trofea wielkoszlemowe wywalczone w ramach kariery seniorskiej, ale warto pamiętać, że Polka błyszczała w różnych odsłonach prestiżowego cyklu jeszcze za czasów juniorskich. Przykładem jest tu jej występ na Australian Open 2017, kiedy to wespół ze swoją wielką przyjaciółką, Mają Chwalińską, dotarła aż do finału zmagań dziewcząt w deblu. Potem nasze reprezentantki musiały jednak uznać wyższość innego duetu, choć walka na korcie była momentami bardzo zacięta.
    Dwie młode tenisistki w sportowych strojach stoją na kortach tenisowych, jedna z nich w białej czapce i białej koszulce, druga w czarnym topie i jasnoniebieskich spodenkach, obie trzymają rakiety tenisowe.

    Iga Świątek i Maja Chwalińska podczas Australian Open 2017Pat ScalaGetty Images

    Iga Świątek zasłynęła w świecie tenisa m.in. byciem “królową Paryża” – poczynając od 2020 roku wielokrotnie bowiem triumfowała w rozgrywkach Rolanda Garrosa, choć nie był to oczywiście jedyny turniej spod znaku Wielkiego Szlema, w którym okazywała się bezkonkurencyjna.

    Co jednak istotne, Świątek w zmaganiach WS błyszczała także w czasach juniorskich – na paryskich kortach wywalczyła sobie tytuł w deblu wraz z Caty McNally, z kolei na Wimbledonie była raz nie do pokonania w singlu. O krok od sukcesu była także na Australian Open.

    Po raz pierwszy w historii! Polska wygrała United Cup!Polsat Sport

    Świątek i Chwalińska przechodziły przez Australian Open niczym burza. Półfinał był dla nich pestką

    Mowa tu o współzawodnictwie w Melbourne z 2017 roku i udziale raszynianki w grze podwójnej wespół z Mają Chwalińską, która do dziś pozostaje bliską przyjaciółką Świątek. Nasze przedstawicielki zaczęły tamtą przygodę od zmagań z reprezentantkami gospodarzy, Lisą Mays i Ivaną Popovic i poszło im wówczas dość łatwo – skończyło się na wygranej 6:2, 6:2.

    W rundzie drugiej przeciwniczki postawiły się “biało-czerwonemu” duetowi nieco bardziej – niemniej Świątek i Chwalińska zdołały ograć Tajwankę Cho I-hsuan oraz Japonkę Yuki Naito 6:3, 6:4. Ćwierćfinał z kolei rozpoczął się dla nich dość niewymagająco – w pierwszej odsłonie meczu ograły one Amerykanki Taylor Johnson i Nicole Mossmer 6:2, natomiast potem musiały wytężyć wysiłki – mimo wszystko skończyło się na rezultacie 7:5 w drugim secie i awansie.

    Półfinał okazał się zaskakująco łatwy dla Biało-Czerwonych – Japonka Anri Nagata oraz Tajka Thasaporn Naklo dały się ograć w wymiarze 6:2, 6:1. 27 stycznia 2017 roku odbyło się tymczasem wielkie starcie finałowe…

    Wielki finał na Australian Open. Świątek i Chwalińska do końca walczyły o wielki zwrot w meczu

    W nim Iga Świątek i Maja Chwalińska stanęły na korcie naprzeciw Kanadyjki Bianki Andreescu oraz Amerykanki Carson Branstine i trzeba przyznać, że… pierwszy set poszedł Polkom naprawdę kiepsko, bowiem przegrały go 1:6.

    W drugiej odsłonie nasze sportsmenki zaprezentowały jednak wielki hart ducha i trzeba przyznać, że do końca walczyły o odwrócenie losów meczu. W Melbourne doszło wówczas do tie-breaka i dopiero w nim Andreescu oraz Branstine postawiły kropkę nad “i”, triumfując 7-4.

    Tym samym – patrząc zarówno na czasy juniorskie, jak i w pełni zawodową karierę – Australian Open stał się dla Igi Świątek ostatnią odsłoną Wielkiego Szlema, na której nie wywalczyła ona tytułu w jakiejkolwiek kategorii.
    Tenisistka w czerwonym stroju sportowym odbijająca piłkę rakietą podczas dynamicznej wymiany na korcie.

    Maja ChwalińskaTomasz Jastrzebowski/REPORTERReporter
    Kobieta siedząca przy stole podczas konferencji prasowej, trzymająca mikrofon, w tle logo WTA Tour oraz BNP Paribas, sportowe ubranie

    Iga Świątek AFP
    Bianca Andreescu

    Bianca Andreescu Li Jing/Xinhua via AFPAFP