• Cały świat zobaczył Ukrainkę na Australian Open. “Co ona ma na twarzy?”

    Cały świat zobaczył Ukrainkę na Australian Open. “Co ona ma na twarzy?”

    Jeszcze niedawno nazwisko Oleksandry Olijnikowej znane było wyłącznie najbardziej zagorzałym znawcom kobiecego tenisa. Tegoroczny Australian Open sprawił jednak, że o Ukraince zrobiło się głośno na całym świecie. Najpierw zaskoczyła postawą w meczu z obrończynią tytułu Madison Keys, a chwilę później wywołała prawdziwą burzę swoimi ostrymi wypowiedziami na temat Rosjan. Jakby tego było mało, ogromne emocje i dyskusje wzbudził również jej nietypowy… wygląd.

    Jeszcze rok temu Olijnikowa balansowała na obrzeżach trzeciej setki rankingu WTA. Dziś mówi się o niej niemal wszędzie. Co prawda Ukrainka pożegnała się z Australian Open już w pierwszej rundzie, ale początek spotkania z Madison Keys był w jej wykonaniu wręcz sensacyjny. Zajmująca 92. miejsce w rankingu tenisistka szybko objęła prowadzenie 4:0 z triumfatorką turnieju sprzed roku. Ostatecznie przegrała 6:7 (6), 1:6, jednak zdążyła przykuć uwagę kibiców i ekspertów. I to nie tylko samą grą.

    Ogromne poruszenie wywołał bowiem jej wizerunek. Olijnikowa wyraźnie wyróżnia się na tle rywalek. Duże tatuaże na szyi i ramieniu oraz twarz pokryta kolorowymi kropkami sprawiły, że media społecznościowe dosłownie zapłonęły. Internauci nie kryli zdziwienia i konsternacji. „Niech ktoś mi powie, że to tylko makijaż”, „Dlaczego Olijnikowa wygląda jak meksykański gangster?”, „To są tatuaże czy coś innego?” – pytali użytkownicy platformy X, nie mogąc dojść do porozumienia.

    W końcu sama zawodniczka postanowiła rozwiać wszelkie wątpliwości. Jak wyjaśniła w rozmowie z australijskim portalem news.com.au, kropki na twarzy nie są trwałymi tatuażami. – To tatuaże tymczasowe. Po meczu zmywam je olejkiem oczyszczającym – przyznała.

    Skąd w ogóle wziął się ten pomysł? Olijnikowa zdradziła, że wszystko zaczęło się podczas US Open. – Byłam na zakupach i zobaczyłam taki tatuaż na twarzy. Pomyślałam, że to coś ciekawego. Potem zaczęłam sama je robić i zmieniać wzory. Bawiłam się gwiazdkami, serduszkami, a teraz mam kwiaty. To po prostu część mojego stylu – tłumaczyła. Jak dodała, wszystko jest przemyślane. – Zauważyliście, że to pasowało do stroju i kortu? Niebieska sukienka, niebieskie kwiaty, niebieski kort – podkreślała z uśmiechem.

    O Ukraince zrobiło się jednak głośno nie tylko z powodu jej oryginalnego image’u. Podczas Australian Open Olijnikowa pojawiła się na jednej z konferencji prasowych w koszulce z mocnym przesłaniem: „Potrzebuję waszej pomocy, aby chronić ukraińskie dzieci i kobiety, ale nie mogę o tym tutaj mówić”. Ten gest wywołał duże poruszenie i szeroką dyskusję w mediach.

    Na tym jednak nie koniec. Tenisistka udzieliła również głośnego wywiadu, w którym wprost domagała się dyskwalifikacji zawodników z Rosji i Białorusi, w tym liderki rankingu Aryny Sabalenki. – Wierzę, że ci sportowcy powinni zostać wykluczeni z imprez sportowych – stwierdziła bez ogródek.

    Oleksandra Olijnikowa w krótkim czasie stała się jedną z najbardziej wyrazistych postaci kobiecego tenisa. Jej gra, odważne poglądy i nietypowy styl sprawiły, że obok jej nazwiska nie da się przejść obojętnie.

  • Barcelona mogła być za burtą. 4 gole i czerwona kartka. Pajor z nokautującym ciosem

    Barcelona mogła być za burtą. 4 gole i czerwona kartka. Pajor z nokautującym ciosem

    Ewa Pajor znów bohaterką Barcelony. Gol w osłabieniu i wielki finał z Realem Madryt

    Ewa Pajor po raz kolejny potwierdziła, że znajduje się w znakomitej formie. Reprezentantka Polski odegrała kluczową rolę w półfinale Superpucharu Hiszpanii, w którym piłkarki FC Barcelony, mimo niespodziewanych problemów, pokonały Athletic Bilbao 3:1. „Duma Katalonii” przez całą drugą połowę musiała radzić sobie w dziesiątkę, a ostateczny triumf przypieczętowało trafienie właśnie Pajor. Teraz przed Barceloną wielki finał i prestiżowy pojedynek z Realem Madryt.

    Początek 2026 roku w wykonaniu Ewy Pajor jest imponujący. W pierwszym ligowym meczu po przerwie świątecznej FC Barcelona rozgromiła Madrid CFF aż 12:1, a kapitanka reprezentacji Polski zdobyła w tym spotkaniu cztery bramki. Równie udany był kolejny występ przeciwko Atletico Madryt – zwycięstwo 5:0 i kolejne trafienie Pajor tylko potwierdziły jej wysoką dyspozycję.

    W ostatniej kolejce ligowej Polka niespodziewanie nie pojawiła się na murawie. Barcelona wygrała 2:0 z Alhama FC, zespołem walczącym o utrzymanie, a trener Pere Romeu zdecydował się oszczędzić swoją snajperkę, trzymając ją na ławce rezerwowych. Jak się później okazało, był to ruch w pełni uzasadniony – Pajor miała być kluczową postacią środowego półfinału Superpucharu Hiszpanii.

    Starcie z Athletikiem Bilbao zapowiadało się jednostronnie. W bieżącym sezonie oba zespoły spotkały się już wcześniej, a tamten mecz zakończył się prawdziwą kanonadą – Barcelona wygrała 8:1, prowadząc do przerwy 4:0. Pajor dołożyła wówczas dublet i asystę. W Castellón trudno było więc wyobrazić sobie inny scenariusz niż kolejne pewne zwycięstwo mistrzyń Hiszpanii.

    Od pierwszych minut warunki gry były jednak trudne. Silny wiatr i intensywne opady deszczu utrudniały kontrolę piłki, choć Barcelona – z Pajor w wyjściowym składzie – od początku dominowała w posiadaniu i błyskawicznie reagowała pressingiem po każdej stracie.

    Nieoczekiwany zwrot nastąpił w 22. minucie. Sędzia Elisabeth Calvo podyktowała rzut karny dla Athletiku po starciu z udziałem Mapi León. Trener Barcelony domagał się interwencji VAR, jednak po wideoweryfikacji decyzja została podtrzymana. Jedenastkę na gola zamieniła Nerea Nevado i to zespół z Kraju Basków sensacyjnie objął prowadzenie.

    Odpowiedź faworytek była jednak kwestią czasu. Dziesięć minut później Alexia Putellas trafiła w słupek, a do odbitej piłki dopadła Ona Batlle, która sprytnym strzałem „za kołnierz” pokonała bramkarkę Athletiku. Chwilę później Barcelona poszła za ciosem. Po rzucie rożnym dośrodkowanym w pole karne znakomicie odnalazła się Claudia Pina. Jej strzał głową został jeszcze obroniony, ale przy dobitce Irene Paredes golkiperka była już bez szans.

    Tuż przed przerwą sytuacja Barcelony skomplikowała się jeszcze bardziej. Za uderzenie łokciem rywalki czerwoną kartką ukarana została Kika Nazareth. Od tego momentu mistrzynie Hiszpanii musiały grać w osłabieniu, co teoretycznie otwierało Athletikowi drogę do odrobienia strat.

    W praktyce obraz gry niewiele się zmienił. Barcelona nadal kontrolowała przebieg spotkania, a decydujący cios zadała w 68. minucie Ewa Pajor. Polka idealnie odnalazła się w polu karnym po dograniu Oony Batlle i z bliskiej odległości pewnym strzałem ustaliła wynik na 3:1. Chwilę później, w 71. minucie, opuściła boisko, a jej miejsce zajęła Salma Paralluelo.

    Zwycięstwo zapewniło Barcelonie awans do finału Superpucharu Hiszpanii, który będzie powtórką z zeszłorocznego decydującego starcia. W sobotę 24 stycznia o godz. 19:00 „Duma Katalonii” zmierzy się z Realem Madryt. Przed rokiem Barcelona nie pozostawiła rywalkom żadnych złudzeń, wygrywając 5:0, a Ewa Pajor popisała się w tamtym finale dubletem. Wszystko wskazuje na to, że także tym razem Polka może odegrać jedną z głównych ról.

  • Potrzebuję pomocy”. Incydent w Australian Open po meczu pogromczyni Świątek

    Potrzebuję pomocy”. Incydent w Australian Open po meczu pogromczyni Świątek

    Do poruszającego i nietypowego zdarzenia doszło po meczu I rundy Australian Open z udziałem Oleksandry Olijnykowej. Ukrainka, która przegrała z Madison Keys, pojawiła się na pomeczowej konferencji prasowej w koszulce z wyraźnym komunikatem. Napis na T-shircie był dramatycznym apelem o pomoc. – Nie mogę tutaj o tym mówić – tłumaczyła 25-letnia tenisistka, odpowiadając na pytania dziennikarzy.

    Olijnykowa zajmuje obecnie 88. miejsce w rankingu WTA. W swoim dorobku ma trzy triumfy w turniejach rangi WTA 125, jednak w starciu z Madison Keys nie była faworytką. Amerykanka to triumfatorka poprzedniej edycji Australian Open – w półfinale tamtego turnieju wyeliminowała Igę Świątek, a następnie sięgnęła po tytuł. Tym razem również nie zawiodła, choć początek spotkania z Ukrainką był dla niej wymagający. Pierwszy set zakończył się tie-breakiem, ale po 100 minutach gry Keys wygrała 7:6(6), 6:1.

    Znacznie więcej niż sam wynik sportowy wydarzyło się jednak po zejściu z kortu. Olijnykowa zjawiła się na konferencji prasowej w koszulce z napisem: „Potrzebuję waszej pomocy, aby chronić ukraińskie kobiety i dzieci, ale nie mogę tutaj o tym mówić”. W ten sposób tenisistka sprytnie ominęła regulamin turniejów wielkoszlemowych, który zakazuje wypowiedzi o charakterze politycznym – zarówno na korcie, jak i podczas oficjalnych spotkań z mediami czy wywiadów na żywo.

    Dziennikarze nie mogli przejść obojętnie obok tak jednoznacznego przekazu i dopytywali Ukrainkę o jego znaczenie. – Z przyjemnością opowiem wszystkim, jak można pomóc chronić naszych cywilów i nasze dzieci. Również mnie, bo przecież trenuję w Ukrainie. To tam przygotowywałam się do tego turnieju. Podczas treningów słyszałam eksplozje, dochodziło do potężnych ataków – relacjonowała zawodniczka.

    Olijnykowa ujawniła, że nawet w noc poprzedzającą jej wyjazd do Australii nie było spokojnie. – Doszło do wybuchu tuż obok mojego domu. Dron Shahed uderzył w budynek po drugiej stronie ulicy. Moje mieszkanie dosłownie trzęsło się od eksplozji – opowiadała poruszona tenisistka.

    Podkreśliła przy tym, że o dalszych szczegółach może rozmawiać z mediami, ale już poza oficjalną salą konferencyjną. Po opuszczeniu Australian Open zamieściła w mediach społecznościowych apel o wsparcie organizacji charytatywnych oraz ukraińskiej armii. Jak dodała, wojna dotyka jej bezpośrednio – niedawno do wojska wcielony został jej ojciec.

    Wystąpienie Olijnykowej odbiło się szerokim echem, pokazując, że dla wielu sportowców rywalizacja na największych arenach świata toczy się równolegle z dramatem rozgrywającym się w ich ojczyźnie.

  • Lavarini nie chce jej w reprezentacji, a tu taka wiadomość. Prosto z Turcji

    Lavarini nie chce jej w reprezentacji, a tu taka wiadomość. Prosto z Turcji

    Stefano Lavarini konsekwentnie pomija ją przy powołaniach do reprezentacji Polski. Martyna Grajber-Nowakowska długo milczała, aż w końcu postanowiła publicznie odnieść się do swojej nieobecności w kadrze. Przyjmująca nie zmienia jednak swojego podejścia – zamiast słów wybiera boisko. I właśnie tam, w lidze tureckiej, po raz kolejny przypomniała o swojej wartości. W Turcji nie mają wątpliwości: Polka jest prawdziwą liderką zespołu.

    Jeszcze kilka lat temu Grajber-Nowakowska należała do filarów reprezentacji Polski. Była ważnym ogniwem kadry m.in. podczas mistrzostw Europy w 2019 roku, zakończonych przez „Biało-Czerwone” tuż za podium. Zmiana selekcjonera oznaczała jednak dla niej zupełnie nowy rozdział – i to wyjątkowo trudny.

    Odkąd stery w reprezentacji objął Stefano Lavarini, nazwisko Grajber-Nowakowskiej zniknęło z list powołanych. Włoski szkoleniowiec nie uwzględnia jej nawet w szerokiej, 30-osobowej kadrze ogłaszanej przed sezonem reprezentacyjnym. To decyzja, która od dawna budzi zdziwienie w środowisku siatkarskim.

    Szczególnie głośno było o tym w poprzednim sezonie, gdy przyjmująca była jedną z liderek LOTTO Chemika Police i jedną z najlepiej punktujących zawodniczek na swojej pozycji w TAURON Lidze. W końcu sama zainteresowana zdecydowała się zabrać głos. W rozmowie z TVP Sport nie ukrywała rozczarowania.

    – Mam poczucie, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, by znaleźć się na liście powołanych. Po raz kolejny jednak się nie udało. To dla mnie bardzo dziwne i rozczarowujące. Odnoszę wrażenie, że zawodniczka z takim sezonem, jaki ja rozegrałam, ale nosząca inne nazwisko, znalazłaby się w kadrze – mówiła 30-letnia siatkarka.

    Na te słowa Lavarini zareagował w charakterystyczny dla siebie sposób. W rozmowie z portalem Sport.pl podkreślił, że nie uważa za zasadne publicznego tłumaczenia zawodniczkom powodów braku powołań, unikając indywidualnych ocen.

    Bez Grajber-Nowakowskiej reprezentacja Polski sięgnęła latem po kolejny brąz Ligi Narodów, ale znów nie zdołała przełamać ćwierćfinałowej bariery wielkiej imprezy – tym razem podczas mistrzostw świata w Tajlandii. Sama zawodniczka po zakończeniu sezonu ligowego postawiła na odważny krok i przeniosła się do Turcji.

    W Sultanlar Ligi prezentuje się jednak tak, że pytania o jej brak w kadrze wracają z jeszcze większą siłą. We wtorek Polka rozegrała kolejne znakomite spotkanie, prowadząc Aydin do niezwykle cennego zwycięstwa nad Ilbankiem.

    Mecz 17. kolejki zakończył się triumfem Aydin 3:2, a Grajber-Nowakowska była jego bezdyskusyjną bohaterką. Zdobyła aż 29 punktów – najwięcej w całym zespole. Atakowała z 44-procentową skutecznością, dołożyła trzy asy serwisowe oraz dwa punkty blokiem. W klasyfikacji najlepiej punktujących zawodniczek ligi tureckiej zajmuje obecnie 20. miejsce.

    Jej występ docenił także klub. W mediach społecznościowych Aydin pojawiła się grafika przedstawiająca „niekończący się cykl Martyny” – symbol regularności i wysokiej formy Polki, która mecz po meczu bierze na siebie odpowiedzialność za wynik. Dzięki jej postawie zespół utrzymał 11. miejsce w tabeli.

    W tym spotkaniu Grajber-Nowakowska przyćmiła inną reprezentantkę Polski. Zuzanna Górecka, która również ma udany sezon i jest ważną postacią Ilbanku, zdobyła 23 punkty, ale to występ zawodniczki Aydin zapadł w pamięć najbardziej.

    Wtorkowa kolejka Sultanlar Ligi była zresztą bogata w polskie akcenty. Kuzeyboru pokonało Goztepe 3:0, a do zwycięstwa drużynę poprowadziły Malwina Smarzek (16 punktów) oraz Martyna Czyrniańska (14). W meczu Besiktasu z Fenerbahce 22 punkty zdobyła Julia Szczurowska, choć jej zespół przegrał 1:3. W barwach Fenerbahce z ławki rezerwowych pojawiła się Agnieszka Korneluk, zapisując na koncie siedem punktów.

    Na swoje występy w 17. kolejce czekają jeszcze Martyna Łukasik i Magdalena Stysiak. Ich zespoły – Galatasaray oraz Eczacibasi Stambuł – zmierzą się z rywalami w sobotę.

  • To z nim u boku Kowalczyk-Tekieli spędziła urodziny. “W najlepszym z możliwych towarzystwie”

    To z nim u boku Kowalczyk-Tekieli spędziła urodziny. “W najlepszym z możliwych towarzystwie”

    W Niemczech z dużą uwagą śledzi się to, co dzieje się wokół reprezentacji Polski w skokach narciarskich na kilka tygodni przed zimowymi igrzyskami olimpijskimi. Tamtejsze media nie kryją zaskoczenia decyzjami personalnymi podjętymi przez polski sztab szkoleniowy oraz słowami Adama Małysza, które – jak oceniają – mogą zwiastować poważne zmiany w polskim sporcie zimowym.

    Portal Sport zwraca szczególną uwagę na powołanie Klemensa Joniaka na mistrzostwa świata w lotach narciarskich w Oberstdorfie kosztem Kacpra Tomasiaka. Niemcy nie ukrywają zdumienia, bo to właśnie 18-latek uchodzi obecnie za najmocniejszy punkt polskiej kadry.

    Zaskakujące decyzje przed igrzyskami

    Zimowe igrzyska olimpijskie w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo zbliżają się wielkimi krokami, a wokół reprezentacji Polski wciąż panuje sporo niepewności. Wciąż nie wiadomo, którzy skoczkowie ostatecznie znajdą się w olimpijskim składzie. Selekcjoner Maciej Maciusiak stoi przed niezwykle trudnym wyborem, który musi jeszcze uzyskać akceptację władz Polskiego Związku Narciarskiego. Oficjalne ogłoszenie kadry na ZIO 2026 ma nastąpić w czwartek, 22 stycznia.

    Już teraz jednak niektóre ruchy szkoleniowca wywołały niemałe poruszenie. Najgłośniejszym z nich jest pominięcie Kacpra Tomasiaka przy powołaniach na mistrzostwa świata w lotach narciarskich w Oberstdorfie. To właśnie on jest najlepiej punktującym Polakiem w obecnym sezonie Pucharu Świata i zajmuje 12. miejsce w klasyfikacji generalnej.

    Jak można się domyślać, decyzja ta nie ma charakteru sportowego. Według federacji młody skoczek ma skoncentrować się na przygotowaniach do igrzysk olimpijskich i dlatego otrzymał przerwę od rywalizacji. Tomasiak uchodzi wręcz za jedynego pewniaka do olimpijskiego wyjazdu. Mimo to jego absencja nie przeszła bez echa – również za granicą.

    Niemcy biją na alarm

    „Najlepszy polski skoczek nie znalazł się w kadrze na mistrzostwa świata w Oberstdorfie” – zauważa niemiecki Sport. Portal podkreśla, że decyzja PZN wywołała spore poruszenie, a wybór Klemensa Joniaka w miejsce lidera polskiej drużyny został odebrany jako ruch zupełnie nieoczekiwany.

    Dziennikarze zastrzegają jednak, że Tomasiak nie został odsunięty z powodu formy sportowej. Wręcz przeciwnie – federacja chce chronić swojego najcenniejszego zawodnika i przygotować go w optymalny sposób do olimpijskiej rywalizacji.

    „Sensacja” wokół Małysza

    To nie jedyny polski wątek, który przykuł uwagę niemieckich mediów. Równie duże emocje wywołały słowa Adama Małysza, który w programie „3. seria” na antenie TVP Sport przyznał, że nie jest jeszcze pewien, czy będzie ubiegał się o kolejną kadencję na stanowisku prezesa PZN.

    – Muszę to bardzo dobrze przemyśleć. To były niezwykle trudne cztery lata. Szczerze mówiąc, sam nie przypuszczałem, że dam radę. Ostatnie sezony mocno mnie przeczołgały – mówił Małysz, dodając, że kluczowe dla jego decyzji mogą okazać się nadchodzące igrzyska olimpijskie.

    Niemiecki Sport skwitował tę wypowiedź jednym, mocnym słowem: „Sensacja”. Zdaniem redakcji, ewentualne odejście legendy skoków narciarskich z funkcji prezesa mogłoby oznaczać prawdziwe trzęsienie ziemi w polskim sporcie zimowym.

    Przyszłość pełna znaków zapytania

    Choć Adam Małysz nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji, sam przyznaje, że trudno wyobrazić mu sobie rozstanie z ludźmi i projektami, które współtworzył przez ostatnie lata. Podkreśla, że mimo braku spektakularnych sukcesów wiele reform zostało już zapoczątkowanych.

    – Nawet jeśli dziś sporty zimowe w Polsce nie wyglądają idealnie, to wykonano ogrom pracy. Te efekty prędzej czy później przyjdą. Potrzeba po prostu czasu – podsumował.

    Jedno jest pewne: najbliższe tygodnie, a zwłaszcza występ Polaków na igrzyskach olimpijskich, mogą przesądzić nie tylko o kształcie kadry, ale również o przyszłości całego polskiego narciarstwa. Jeśli chcesz, mogę przygotować wersję jeszcze bardziej publicystyczną albo dopasowaną pod konkretny portal sportowy.

  • Nie do wiary, co zrobiła Linette! Pierwszy taki mecz od 930 dni

    Nie do wiary, co zrobiła Linette! Pierwszy taki mecz od 930 dni

    Magda Linette sprawiła swoim kibicom znakomitą wiadomość w Melbourne. W drugiej rundzie Australian Open Polka pokonała Amerykankę Ann Li 6:3, 6:3 i po raz pierwszy od 930 dni zameldowała się w najlepszej „32” turnieju wielkoszlemowego w singlu.

    Poznanianka (50. WTA) była na fali już po poniedziałkowym meczu pierwszej rundy, w którym niespodziewanie wyeliminowała rozstawioną z numerem 15 Emmę Navarro. Po trzysetowym boju zwyciężyła 3:6, 6:3, 6:3, przerywając serię ośmiu porażek z rzędu w Wielkich Szlemach. W kolejnym etapie jej rywalką była Ann Li (38. WTA), która na otwarcie turnieju uporała się z Kolumbijką Camilą Osorio 6:4, 6:7, 7:5.

    Od pierwszych piłek środowego spotkania Linette narzuciła swoje warunki. Choć przegrywała 0:1, szybko przejęła inicjatywę, wygrywając trzy gemy z rzędu. Grała bardzo precyzyjnie, odważnie wchodziła w kort, a przy tym imponowała ruchem i przygotowaniem fizycznym. – Magda biega dziś jak szalona – zauważyła na antenie Eurosportu Justyna Kostyra.

    Dobra dyspozycja fizyczna mogła zaskakiwać, bo w meczu z Navarro Polka kilkukrotnie korzystała z pomocy fizjoterapeuty. Jak później wyjaśniła, był to jedynie problem ze skurczami. Co więcej, Linette zdążyła już wystąpić w deblu – w parze z Japonką Shuko Aoyamą awansowała do drugiej rundy po zwycięstwie nad Alexandrą Ealą i Ingrid Martins 7:6, 2:6, 6:3.

    W pierwszym secie starcia z Li kluczowy okazał się fragment od stanu 3:1. Obie tenisistki pilnowały serwisu, a nerwowo zrobiło się jedynie w ósmym gemie, gdy Linette popełniła podwójny błąd i dopuściła do równowagi. Polka wyszła jednak z opresji obronną ręką, korzystając z pomyłki rywalki i świetnej gry przy siatce. – Wolej Magdy leciał długo, ale wpadł w kort. Opłaca się, że idzie do siatki – komentowała Kostyra.

    Chwilę później Linette ponownie przyspieszyła. Dwa znakomite returny przyniosły jej przełamanie i wygraną w secie 6:3. Po piłce setowej kamery pokazały radość jej sztabu szkoleniowego, a na trybunach zasiadała m.in. Agnieszka Radwańska, konsultantka Polki.

    Druga partia rozpoczęła się jeszcze lepiej. Linette szybko objęła prowadzenie 3:0, najpierw broniąc dwa break pointy, a następnie sama wykorzystując okazję na przełamanie po efektownym bekhendzie wzdłuż linii. – Ann Li grała zbyt wolno i przewidywalnie, zostawiła dużo miejsca po stronie forhendu – analizowała komentatorka.

    Amerykanka popełniała coraz więcej błędów, szczególnie z forhendu, a kolejny podwójny błąd serwisowy sprawił, że Polka odskoczyła już na 4:0. Choć Li próbowała jeszcze wrócić do gry i zmniejszyła straty do 2:4, Linette zachowała spokój. Przy stanie 2:5 rywalka obroniła dwie piłki meczowe w długim, dziesięciominutowym gemie, ale to nie wybiło Polki z rytmu. Przy piątej okazji skutecznie zamknęła spotkanie, a jej radość po ostatniej piłce była bardzo wymowna.

    Dzięki temu zwycięstwu Magda Linette po raz pierwszy od Wimbledonu 2023 awansowała do trzeciej rundy turnieju wielkoszlemowego w singlu. W Melbourne przełamała też fatalną passę ośmiu porażek z rzędu w Szlemach. Trzy lata temu dotarła w Australii aż do półfinału – to wciąż największy sukces w jej karierze.

    Wygrana z Navarro dodała jej wiary, a w meczu z Ann Li potwierdziła dobrą dyspozycję. Była stabilniejsza, bardziej konsekwentna i lepiej radziła sobie w kluczowych momentach, podczas gdy forma Amerykanki wyraźnie falowała.

    Awans do najlepszej „32” Australian Open oznacza, że w trzeciej rundzie Linette zmierzy się ze zwyciężczynią pojedynku Karolina Muchova (19. WTA) – Alycia Parks (99. WTA). W drugiej rundzie turnieju jest także Iga Świątek, natomiast kwalifikantka Linda Klimovicova odpadła po porażce z Eliną Switoliną. Swój mecz na tym etapie przegrał również Kamil Majchrzak.

  • Polka zaskoczyła Switolinę w pierwszym secie. Później demolka na John Cain Arena

    Polka zaskoczyła Switolinę w pierwszym secie. Później demolka na John Cain Arena

    Polskie tenisistki znakomicie rozpoczęły rywalizację w Australian Open, kompletując awans do drugiej rundy. Jako ostatnia z biało-czerwonych na kort wyszła jednak ta najmniej doświadczona – Linda Klimovicova. 21-letnia zawodniczka z Bielska-Białej stanęła przed największym wyzwaniem w swojej dotychczasowej karierze. Po raz pierwszy miała zmierzyć się z tenisistką z czołowej „50” rankingu WTA, i to od razu z rozstawioną z numerem 12 Eliną Switoliną. Przez długi czas udowadniała, że nie znalazła się na tej scenie przypadkiem. Dopiero z czasem uwidoczniła się różnica klas, którą bezlitośnie obnażyło doświadczenie Ukrainki.

    Niespełna dziewięć miesięcy wcześniej z Eliną Switoliną rywalizowała w Radomiu Maja Chwalińska – inna reprezentantka BKT Advantage Bielsko-Biała. Tamto spotkanie rozegrano w ramach Billie Jean King Cup, a jego stawka była nieporównywalnie mniejsza niż mecz wielkoszlemowy. Chwalińska występowała jednak przed własną publicznością, zastępując chorą Magdę Linette, i była bardzo blisko sprawienia sensacji. W pierwszym secie miała aż pięć piłek setowych, lecz żadnej nie wykorzystała. Ostatecznie przegrała 6:7 (4), 3:6.

    Switolina od lat uchodzi bowiem za tenisistkę niezwykle solidną i regularną. Wpadki zdarzają jej się wyjątkowo rzadko – znacznie rzadziej niż wielu zawodniczkom z czołówki rankingu WTA. Aby znaleźć jej porażki z rywalkami spoza pierwszej setki, trzeba cofnąć się do 2024 roku, ale i tamte przypadki wymagają kontekstu. W Bad Homburg Ukrainka uległa Caroline Wozniacki, a w Miami – Naomi Osace. Obie wracały wówczas do rywalizacji po przerwie macierzyńskiej, a ich pozycja w rankingu nie oddawała rzeczywistego poziomu sportowego. Z kolei w kwietniu 2023 roku, w turnieju ITF, Switolina przegrała z Rumunką Alexandrą Cadantu Ignatik, lecz były to jej pierwsze starty po urodzeniu dziecka.

    Stawką pojedynku z Klimovicovą był awans do trzeciej rundy Australian Open. Dla Polki było to pierwsze w karierze spotkanie w turnieju wielkoszlemowym z zawodniczką z TOP 50 – i to od razu z 12. rakietą świata. Faworytka była tylko jedna.

    Początek meczu należał jednak do Lindy. Polka grała bez kompleksów, odważnie i bardzo agresywnie. Doskonale funkcjonował jej serwis – skuteczność pierwszego podania przez długi czas wynosiła sto procent. Switolina sprawiała wrażenie zaskoczonej tym, że po jej mocnych uderzeniach piłka wracała z drugiej strony kortu z podobną siłą. Już w piątym gemie Klimovicova doczekała się pierwszej szansy na przełamanie. Ukrainka obroniła się jednak kapitalnym serwisem, a chwilę później dołożyła jeszcze dwa pewne punkty.

    To Polka jako pierwsza straciła podanie, gdy tylko minimalnie spadła skuteczność jej pierwszego serwisu. Switolina znakomicie czytała kierunki drugiego podania, natychmiast przejmowała inicjatywę i atakowała. Mocne piłki grane pod nogi sprawiały Klimovicovej sporo problemów. Mimo to 21-latka szybko wywalczyła aż trzy break pointy, które mogły doprowadzić do remisu 3:4. Ostatecznie wykorzystała trzecią okazję.

    Już wtedy było jasne, że Polka nie dała się onieśmielić utytułowanej rywalce, która do Melbourne przyleciała świeżo po triumfie w turnieju WTA 250 w Auckland. Klimovicova grała niezwykle mocno, momentami aż za bardzo. Prowadząc 40:0 w gemie serwisowym, zamiast spokojnie wykończyć akcję przy siatce, dokładała niepotrzebnie siły. Podobne błędy pojawiły się chwilę później. Switolina znów miała dwie szanse na przełamanie w końcówce seta, ale tym razem również ich nie wykorzystała.

    Polka imponowała determinacją, a wielka faworytka długo nie potrafiła jej „złamać”. Switolina była naprawdę groźna głównie wtedy, gdy dostawała piłki zbyt krótkie, wpadające w środkową strefę kortu – wówczas kończyła akcje z dużą skutecznością. Klimovicova w pełni zasłużyła na to, by losy seta rozstrzygnęły się w tie-breaku. W dwunastym gemie prowadziła jeszcze 30:15, potem zrobiło się 30:30, aż w końcu to Ukrainka wypracowała piłkę setową. Wykorzystała ją po kapitalnej wymianie, zakończonej efektownym forhendowym krosem.

    Set zakończył się wynikiem 7:5 dla Switoliny, ale publiczność na John Cain Arenie nagrodziła Polkę gromkimi brawami.

    Urodzona w Ołomuńcu Klimovicova także na początku drugiej partii miała swoje szanse. Już w pierwszym gemie wypracowała dwie kolejne okazje do przełamania, mogła znakomicie otworzyć seta i wykorzystać chwilowe rozkojarzenie turniejowej „12”. Switolina znów się jednak wybroniła. A potem zaprezentowała pełnię swoich możliwości.

    Od trzeciego gema przewaga 31-letniej Ukrainki rosła z każdą minutą. Klimovicova zmieniła rakietę, trener Emil Miske próbował ją mobilizować z trybun, ale niewiele to dało. Switolina wygrała aż 16 z 17 kolejnych akcji, a drugie przełamanie dało jej prowadzenie 5:1 i możliwość serwowania po awans. Wówczas Polka sprawiała już wrażenie zawodniczki pogodzonej z losem.

    Mecz zakończył się pewnym zwycięstwem faworytki, lecz dla Lindy Klimovicovej był to występ, który może zaprocentować w przyszłości – zarówno doświadczeniem, jak i wiarą we własne możliwości.

  • Rewolucja w kadrze Polski, Szeremeta musi się z tym pogodzić. Jest komunikat ws. trenera

    Rewolucja w kadrze Polski, Szeremeta musi się z tym pogodzić. Jest komunikat ws. trenera

    Na gali „Przeglądu Sportowego” Tomasz Dylak odebrał nagrodę dla najlepszego trenera roku 2025. Wyróżnienie to trudno uznać za zaskoczenie. Szkoleniowiec w minionych miesiącach poprowadził Julię Szeremetę do srebrnego medalu igrzysk olimpijskich w Paryżu, a jego podopieczne wróciły z mistrzostw świata w Anglii z trzema krążkami. Niespodziewanie jednak we wtorek pojawił się oficjalny komunikat dotyczący przyszłości Dylaka. Trener obejmuje nową, niezwykle odpowiedzialną funkcję, a Julia Szeremeta będzie musiała zaakceptować fakt, że od teraz jej mentor nie skupi się już wyłącznie na kadrze kobiet.

    Ostatnie lata to bez wątpienia złoty okres dla polskiego boksu, zwłaszcza w wydaniu kobiecym. Olimpijskie srebro Julii Szeremety w Paryżu było jedynie zapowiedzią kolejnych sukcesów. Za większością z nich stał właśnie Tomasz Dylak, który krok po kroku budował silną i stabilną reprezentację. Pod jego wodzą Polki podczas mistrzostw świata w Anglii zdobyły trzy medale – Agata Kaczmarska sięgnęła po złoto w kategorii powyżej 80 kg, natomiast Julia Szeremeta (do 57 kg) oraz Aneta Rygielska (do 60 kg) wywalczyły srebrne krążki. Łącznie w 2025 roku reprezentantki Polski aż 19 razy stawały na podium międzynarodowych zawodów.

    Nic więc dziwnego, że praca Tomasza Dylaka została doceniona również w prestiżowym plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Krótko po odebraniu statuetki nadeszła jednak informacja, która wywołała spore poruszenie w środowisku bokserskim. We wtorkowy wieczór Polski Związek Bokserski poinformował, że Dylak obejmie nową rolę i przejmie obowiązki Grzegorza Proksy. Oznacza to, że dotychczasowy selekcjoner kadry kobiet będzie od teraz prowadził również reprezentację mężczyzn.

    Jak czytamy w oficjalnym komunikacie PZB, decyzją zarządu nie została przedłużona umowa z Grzegorzem Proksą, który przez ostatnie dwa lata pełnił funkcję trenera kadry seniorów. Jednocześnie jednogłośnie postanowiono powierzyć Tomaszowi Dylakowi stanowisko głównego szkoleniowca obu reprezentacji seniorskich – kobiet i mężczyzn. Zmiana ta ma być elementem nowej, długofalowej strategii rozwoju polskiego boksu olimpijskiego, opartej na jednym, spójnym systemie szkoleniowym obejmującym wszystkie grupy wiekowe.

    Nowe wyzwanie dla Dylaka to odpowiedź na brak sukcesów męskiej kadry w ostatnim czasie. Polscy bokserzy wrócili z ubiegłorocznych mistrzostw świata bez medalu, a również mistrzostwa Europy do lat 23 nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Dodatkowo w strukturach World Boxing coraz częściej organizowane są wspólne zawody dla kobiet i mężczyzn, co sprawia, że jeden model szkoleniowy ma usprawnić funkcjonowanie całej reprezentacji.

    – Wdrażamy w polskim boksie zupełnie nowy model szkolenia. Jedna spójna wizja, jeden head coach i jasna struktura pracy. Doświadczenie Tomasza Dylaka oraz efekty jego wieloletniej pracy z kadrą żeńską dają nam przekonanie, że to rozwiązanie przyniesie sukcesy również w rywalizacji mężczyzn – podkreślił wiceprezes PZB ds. wyszkolenia Krzysztof Sadłoń.

    Dla Julii Szeremety oznacza to nową rzeczywistość. Trener, któremu zawdzięcza największe sukcesy w karierze, od teraz będzie musiał dzielić swoją uwagę pomiędzy dwie reprezentacje. Wyzwań nie zabraknie, bo już w 2026 roku polskich pięściarzy i pięściarki czeka intensywny sezon. W planach są starty w Pucharze Świata, powrót wojskowych mistrzostw świata, a także wrześniowe mistrzostwa Europy seniorek i seniorów. Wszystko wskazuje na to, że przed Tomaszem Dylakiem i jego zawodnikami rozpoczyna się kolejny, niezwykle wymagający rozdział.

  • Oto “tajemnica” Igi Świątek. To jemu wiele zawdzięcza. Nawet Sabalenka zwróciła uwagę

    Oto “tajemnica” Igi Świątek. To jemu wiele zawdzięcza. Nawet Sabalenka zwróciła uwagę

    Sukces w zawodowym sporcie to wypadkowa wielu elementów: stabilnej sfery mentalnej, dopracowanej techniki, właściwej taktyki, ale także – a często przede wszystkim – znakomitego przygotowania fizycznego. W przypadku Igi Świątek za ten ostatni aspekt od 2020 roku odpowiada niezmiennie ta sama osoba. Jej praca została doceniona zarówno przez ekspertów, jak i rywalki Polki. Na łamach „Przeglądu Sportowego” wysoką ocenę wystawił jej Maciej Synówka, a w ostatnich miesiącach o wyjątkowej kondycji Raszynianki otwarcie mówiła także Aryna Sabalenka.

    Poniedziałkowy mecz Igi Świątek z Yue Yuan był kolejnym dowodem na to, jak kluczową rolę w zawodowym tenisie odgrywa fizyczność. Chinka przez długi czas dotrzymywała kroku wiceliderce światowego rankingu, a w pierwszym secie prowadziła nawet 5:3. Wraz z upływem minut zaczęło jednak brakować jej energii. Nogi nie nadążały za pracą górnych partii ciała, precyzja uderzeń spadła, a inicjatywę całkowicie przejęła Polka. Efekt? Odrobione straty i zwycięstwo Świątek w dwóch setach – 7:6, 6:3.

    Świetna kondycja Igi od lat budzi podziw kibiców, trenerów i specjalistów. W „Skarbie Kibica” „Przeglądu Sportowego” mówił o tym także Maciej Synówka, który miał okazję obserwować Świątek już w 2016 roku na paryskich kortach, gdy była jeszcze juniorką.

    – Iga zawsze, już jako 15-letnia zawodniczka, była najsprawniejszą dziewczyną w całej drabince. To nie był przypadek. Poparła naturalne predyspozycje ogromną pracą i potrafiła przenieść je do zawodowego tenisa – podkreślał Synówka.

    Za „tajemnicą” znakomitego przygotowania fizycznego Świątek stoi Maciej Ryszczuk. Dołączył do jej sztabu w 2020 roku, jeszcze za czasów współpracy z Piotrem Sierzputowskim. Paradoksalnie impulsem do tej kooperacji była pandemia koronawirusa.

    – Covid bardzo ograniczył moje treningi z innymi sportowcami i w pewien sposób nas połączył. Przekornie można powiedzieć, że to dzięki pandemii pracujemy razem. Można więc żartobliwie złożyć podziękowania na ręce koronawirusa – mówił Ryszczuk w rozmowie z „Super Expressem”.

    Synówka i Sabalenka są zgodni w ocenach. Świątek – obok Coco Gauff – znajduje się w absolutnej czołówce, jeśli chodzi o przygotowanie motoryczne w kobiecym tourze.

    – Połączenie funkcji trenera przygotowania motorycznego i fizjoterapeuty pozwala bardzo precyzyjnie planować balans między treningiem a regeneracją. Dzięki temu tak naturalnie sprawna zawodniczka jak Iga może stale się rozwijać. Ryszczuk doskonale wie, jak wycisnąć z niej sportowe maksimum, ale jednocześnie jak szybko i skutecznie ją zregenerować. Dla mnie Świątek jest w TOP 3 całego touru pod względem fizycznym – obok Coco Gauff i Aryny Sabalenki. To tenisistki, które mają wyjątkowe predyspozycje i są gotowe pracować więcej oraz mądrzej niż inne – oceniał Synówka.

    Co ciekawe, z tą opinią w pełni zgadza się sama Sabalenka. We wrześniu, w podcaście Jaya Shetty’ego, Białorusinka bez wahania wskazała dwie największe fizyczne rywalki w kobiecym tenisie.

    – Coco i Iga. One stanowią największe wyzwanie pod względem fizycznym. Poruszają się fenomenalnie. Po uderzeniach, które przeciwko innym zawodniczkom byłyby kończące, z nimi trzeba dalej budować wymianę. To ogromne obciążenie mentalne i fizyczne, bo masz świadomość, że piłka za każdym razem wróci. Żeby wytrzymać taką intensywność, trzeba być naprawdę potężnie przygotowaną – przyznała Sabalenka.

    Wszystko to pokazuje, że w nowoczesnym tenisie fizyczność nie jest już dodatkiem, lecz fundamentem sukcesu. A w tej dziedzinie Iga Świątek od lat wyznacza najwyższe standardy.

  • Sondaż po wecie Karola Nawrockiego. Chodzi o ustawę łańcuchową, zaskakujące wyniki

    Sondaż po wecie Karola Nawrockiego. Chodzi o ustawę łańcuchową, zaskakujące wyniki

    Karol Nawrocki zawetował tzw. ustawę łańcuchową przyjętą wcześniej przez Sejm.

    W sondażu IBRIS 69,8 proc. ankietowanych jest za rozpoczęciem prac nad projektem prezydenta po wecie.

    Najwięcej zwolenników kontynuacji prac nad projektem jest wśród mieszkańców wsi i prawicy.

    Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii

    Jak podkreśla w środę “Rzeczpospolita”, wśród respondentów na “tak” przeważają zwolennicy prawicy, “za” jest także znaczna część mieszkańców wsi.

    “Dlaczego to zaskakujące? Ponieważ to wieś stała się niejako kartą przetargową przy prezydenckim wecie, kiedy to Karol Nawrocki odrzucił przyjętą już przez Sejm tzw. ustawę łańcuchową. Zdaniem ekspertów wszystko to oznacza, że kłótnia o to, czyje będzie na wierzchu, jeszcze potrwa. Psy na łańcuchach wciąż czekają, a kością niezgody pozostają wymogi dotyczące wielkości kojców, których głowa państwa uwzględnić nie chce” – czytamy.

    W sondażu IBRIS zapytano ankietowanych, czy Sejm powinien rozpocząć prace nad projektem prezydenta, który Karol Nawrocki złożył po zawetowaniu tzw. ustawy łańcuchowej. 38,3 proc. ankietowanych odparło, że zdecydowanie tak, 31,5 proc., że raczej tak. 10,8 proc. odparło, że raczej nie, 5,3 proc., że zdecydowanie nie, 14,1 proc. nie miało zdania.

    Ustawa łańcuchowa. Nowy sondaż po wecie Karola Nawrockiego

    Według sondażu 45 proc. mieszkańców wsi uważa, że Sejm zdecydowanie powinien zająć się projektem; 33 proc. uważa, że raczej tak; 9 proc., że raczej nie; 5 proc. uważa, że zdecydowanie nie; 8 proc. nie miało zdania.

    Zgodnie z sondażem 39 proc. mieszkańców małych miast do 50 tys. mieszkańców uważa, że zdecydowanie tak, a 35 proc. uważa, że raczej tak; 4 proc., że raczej nie; 3 proc., że zdecydowanie nie; 19 proc. nie ma zdania.

    31 proc. mieszkańców średnich miast (50-250 tys.) wybrało odpowiedź zdecydowanie tak, 33 proc. – raczej tak; 17 proc. raczej nie, 6 proc. zdecydowanie nie, 13 proc. nie miało zdania. 30 proc. mieszkańców dużych miast (powyżej 250 tys.) wybrało odpowiedź zdecydowanie tak, 24 proc. raczej tak; 17 proc. raczej nie, a 9 proc. zdecydowanie nie; 20 proc. nie miało zdania.

    “Wydarzenia”: Mężczyzna zmarł na przystanku. Tej tragedii można było uniknąć