• Nawrocki daje przykład. Skończył się czas pogardy

    Polska piłka po latach wstydu. Czas na zwrot mentalny

    W historiografii mówiliśmy o „zwrocie ludowym”, w polityce – o „zwrocie populistycznym”. Być może właśnie teraz nadchodzi moment, by podobną rewolucję przeprowadzić w polskim futbolu. Po dekadach ironii, znużenia i otwartej pogardy wobec rodzimej piłki pojawia się realna szansa, by spojrzeć na nią inaczej – nie z zażenowaniem, lecz z autentycznym zainteresowaniem, a nawet podziwem.

    Gdy w sierpniu na meczu Lechii Gdańsk z Motorem Lublin, w samym sercu młyna miejscowych kibiców, pojawił się prezydent Karol Nawrocki, informacja ta obiegła kraj w błyskawicznym tempie. Pisały o niej nie tylko redakcje sportowe, ale również media ogólnopolskie. Sympatycy obozu rządzącego reagowali często z pogardą, przywołując komentarz byłego piłkarza i menedżera Roberta Lewandowskiego, Cezarego Kucharskiego: „Kibolem był i będzie”. Jednak ci, którzy nie patrzą na świat przez ideologiczne klapki, mogli zadać sobie inne pytanie: skoro głowa państwa z taką swobodą i sympatią pojawia się na stadionie Ekstraklasy, to może jednak polski futbol nie jest już wyłącznie synonimem prowincjonalności i chaosu?

    Fenomen, którego Europa nie ignoruje

    Choć polskie kluby wciąż nie potrafią przebić się do fazy ligowej Ligi Mistrzów, a Liga Europy pozostaje marzeniem raczej niż standardem, zmienia się jedno: sposób, w jaki kibice postrzegają Ekstraklasę. Coraz rzadziej funkcjonuje ona jako „brzydka panna bez posagu”, a coraz częściej jako produkt, który – mimo sportowych ograniczeń – ma swoje atuty. I to niemałe.

    W skali kontynentu Polska staje się zjawiskiem osobnym. Sportowo pozostajemy w dolnych rejonach europejskiej średniej, ale pod względem infrastruktury i zainteresowania kibiców jesteśmy już o krok od elity. Potwierdzają to twarde dane zawarte w raporcie UEFA podsumowującym sezon 2024/25.

    Pod względem średniej frekwencji na meczach najwyższej klasy rozgrywkowej Polska zajmuje dziewiąte miejsce w Europie. Przed nami są wyłącznie futbolowe potęgi lub kraje o silnie zakorzenionej kulturze stadionowej: Anglia, Niemcy, Włochy, Hiszpania, Francja, Turcja, a także Holandia i Szkocja. Co więcej, Ekstraklasa znalazła się w gronie trzydziestu lig, które zanotowały wzrost frekwencji – w naszym przypadku o 7 procent – oraz wśród siedmiu, które osiągnęły najwyższy poziom zainteresowania kibiców od ponad dwóch dekad.

    Jeszcze bardziej imponująco wygląda zestawienie obejmujące wszystkie krajowe rozgrywki: od Ekstraklasy, przez niższe ligi, Puchar Polski, aż po mecze europejskie. W takim ujęciu Polska plasuje się na ósmym miejscu w Europie, wyprzedzając nawet Turcję i Szkocję. UEFA zwróciła uwagę na jeden szczególny przypadek: spotkanie Ruchu Chorzów z Wisłą Kraków było jedynym meczem sezonu zasadniczego poza drugą Bundesligą, który przyciągnął na trybuny ponad 50 tysięcy widzów.

    Stadionowa rewolucja bez wielkiej imprezy

    Jeszcze wyżej Polska wypada w kategorii infrastruktury. UEFA ocenia nas pod tym względem jako czwarty kraj w Europie, jeśli chodzi o liczbę nowych inwestycji stadionowych z ostatniej dekady. Więcej modernizacji przeprowadzono jedynie w Turcji, Niemczech i Anglii – czyli w państwach, które przygotowują się lub niedawno przygotowywały do organizacji wielkich turniejów reprezentacyjnych.

    Polska jest tu wyjątkiem. Modernizacja stadionów odbywa się bez presji wielkiej imprezy, bez Euro na horyzoncie. Co istotne, raport nie uwzględnia obiektów wybudowanych na Euro 2012 – mowa wyłącznie o nowych projektach i przebudowach z ostatnich dziesięciu lat. To dowód na długofalowe, a nie jednorazowe myślenie o futbolowej infrastrukturze.

    Telewizja, pieniądze i wiara inwestorów

    Rosnące zainteresowanie trybunami ma swoje naturalne przełożenie na rynek praw telewizyjnych. Choć do absolutnej europejskiej czołówki wciąż nam daleko, Polska znajduje się już w „przedsionku elity”. Co ważne – w przeciwieństwie do Anglii czy Hiszpanii, gdzie wzrost wartości praw ledwo nadąża za inflacją, oraz Niemiec, Włoch i Francji, gdzie wpływy wręcz maleją, w Polsce rynek dynamicznie się rozwija. Ostatnia umowa oznacza wzrost o około 30 procent.

    Pod względem przychodów z praw telewizyjnych wyprzedzamy kraje znacznie bogatsze – takie jak Dania, Norwegia czy Szwecja. Nawet Czechy, które sportowo radzą sobie w Europie lepiej i zajmują wyższe miejsce w rankingu UEFA, zarabiają na swojej lidze ponad cztery razy mniej niż Ekstraklasa.

    To wszystko sprawiło, że w trwałość tego trendu uwierzyli właściciele klubów. Na rynku pojawili się nowi inwestorzy, a dotychczasowi zaczęli wydawać pieniądze z większą odwagą. Raport UEFA dotyczący transferów w 2025 roku przynosi liczbę, która może szokować: wzrost wartości transferów w Ekstraklasie rok do roku wyniósł aż 304 procent. Oczywiście w ujęciu bezwzględnym wciąż mówimy o relatywnie skromnych kwotach – średnio 300 tysięcy euro, a przy samych transferach gotówkowych około 600 tysięcy – ale dynamika jest nie do zignorowania.

    Koniec „czasu pogardy”

    Wszystko to prowadzi do jednego wniosku: narracja o Ekstraklasie jako lidze, w której „piłkarze kopią się po czołach”, coraz bardziej rozmija się z rzeczywistością. Wzrost nakładów, infrastruktury i zainteresowania kibiców musi – prędzej czy później – przełożyć się na wyniki sportowe w Europie. Zresztą pierwsze symptomy już widać w systematycznie poprawiającej się pozycji Polski w rankingu UEFA.

    Jeśli nasze kluby zaczną w końcu regularnie zarabiać poważne pieniądze w Lidze Mistrzów lub Lidze Europy, dystans do europejskiej czołówki znacząco się skróci. Być może wtedy UEFA przestanie wspominać Polskę wyłącznie w tabelach i raportach, a rodzima liga odzyska serca tych kibiców, którzy dziś emocjonalnie żyją Realem Madryt, Barceloną czy Manchesterem City.

    Podobny proces obserwowaliśmy już w innych sferach. W historiografii popularność zdobyły książki pisane z perspektywy pogardzanego przez lata chłopstwa, jak „Ludowa historia Polski” czy „Pańszczyzna”. W polityce partie głównego nurtu, choć oficjalnie walczą z populizmem, przejmują postulaty dawniej kojarzone z AfD, Zgromadzeniem Narodowym czy Konfederacją – od migracji po tempo transformacji energetycznej.

    Jeśli podobna rewolucja mentalna dokona się w polskiej piłce, możemy wreszcie odkryć, że mamy coś, czym naprawdę warto się zachwycać.

  • Aleksandra Mirosław ogłosiła to ze łzami w oczach. To koniec!

    Aleksandra Mirosław ogłosiła to ze łzami w oczach. To koniec!

    Aleksandra Mirosław, mistrzyni olimpijska we wspinaczce sportowej z Paryża i rekordzistka świata we wspinaniu na czas, ogłosiła, że sezon 2026 będzie jej ostatnim w zawodowej karierze. Decyzję przekazała dokładnie w dniu swoich 32. urodzin.

    Przez lata Mirosław była postacią absolutnie dominującą w swojej konkurencji. Najpierw samotnie, a później wspólnie z siostrami Kałuckimi – Natalią i Aleksandrą – wyznaczała światowe standardy, regularnie rywalizując o najwyższe cele głównie z zawodniczkami z Azji. Kulminacją jej kariery były igrzyska olimpijskie w Paryżu w 2024 roku, gdzie jako jedyna reprezentantka Polski sięgnęła po złoty medal. Co więcej, dokonała tego w rekordowym stylu, ustanawiając nowy rekord świata – 6,06 sekundy.

    Ten wynik długo jednak nie przetrwał. Już w 2025 roku, podczas mistrzostw świata w Seulu, Mirosław ponownie przesunęła granice możliwości, poprawiając własny rekord na 6,03 sekundy. Gdy wydawało się, że wciąż znajduje się na sportowym szczycie, w poniedziałek poinformowała, że nadchodzący sezon będzie jej pożegnaniem z profesjonalnym sportem.

    „Dziś są moje 32. urodziny. To dla mnie zawsze moment refleksji. Chciałabym powiedzieć Wam coś ważnego. Sezon 2026 będzie moim ostatnim sezonem w zawodowej karierze. Więcej informacji znajdziecie w filmie poniżej. Dziękuję Wam za te lata wsparcia i… zapraszam do ostatniego tańca” – napisała Mirosław w serwisie X, dołączając nagranie wideo.

    W emocjonalnym wystąpieniu przyznała, że myśl o zakończeniu kariery towarzyszyła jej od dawna. – Ta idea pojawiła się we mnie wiele lat temu i bardzo długo dojrzewała. Wiedziałam, w jaki sposób chcę odejść ze świata sportu w tej roli. Na topie, na moich warunkach, po swojemu. I dziś ten dzień nadszedł – mówiła łamiącym się głosem. Zaznaczyła przy tym, że sport nie zniknie z jej życia, choć jej rola w nim ulegnie zmianie. – O tej historii opowiem innym razem – dodała.

    Mirosław zaprosiła również kibiców do wspólnego przeżycia ostatniego etapu kariery. Szczególne miejsce w tym pożegnaniu zajmie Kraków. – Chciałabym zaprosić was do tego ostatniego rozdziału. W szczególności do Krakowa, w pierwszy weekend lipca, gdzie po raz ostatni… – w tym momencie musiała przerwać wypowiedź, wyraźnie wzruszona. Po chwili kontynuowała: – Gdzie po raz ostatni wystartuję w Pucharze Świata. Nie wiem, jak zakończy się ten etap. Zrobię wszystko, by zakończyć go najlepiej, jak potrafię. Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas. Dziś chcę wam po prostu podziękować i zaprosić do ostatniego wspólnego tańca – zakończyła ze łzami w oczach.

    Sezon 2026 będzie dla Aleksandry Mirosław wyjątkowy także pod względem sportowym. Najważniejszą imprezą będą mistrzostwa Europy, a polscy kibice będą mieli okazję pożegnać mistrzynię podczas zawodów Pucharu Świata w Krakowie, zaplanowanych na dni 3–5 lipca. Rywalizacja we wspinaniu na czas rozpocznie się natomiast pod koniec marca – pierwsze zawody sezonu odbędą się w dniach 28–31 marca w Madrycie.

  • Drastyczny spadek Świątek w rankingu. Niebywałe, ile już traci do Sabalenki i Rybakiny

    Drastyczny spadek Świątek w rankingu. Niebywałe, ile już traci do Sabalenki i Rybakiny

    Choć sezon dopiero się rozkręca, już teraz sytuacja Igi Świątek w rankingu WTA Race może budzić niepokój. W zestawieniu, które na koniec roku wyłoni osiem uczestniczek WTA Finals, Polka znajduje się obecnie poza czołówką gwarantującą awans. To wyraźny regres w porównaniu z analogicznym momentem poprzedniego sezonu. Strata do Jeleny Rybakiny i Aryny Sabalenki jest znacząca, choć istnieją przesłanki, by sądzić, że niebawem może ulec zmniejszeniu. Wiadomo już bowiem, kiedy Świątek ponownie pojawi się na korcie.

    Początek roku w wykonaniu liderki polskiego tenisa ma wyraźnie słodko-gorzki smak. Styczeń przyniósł jej ogromną radość w postaci triumfu w United Cup, gdzie wraz z reprezentacją Polski sięgnęła po końcowe zwycięstwo. Na indywidualne sukcesy w nowym sezonie trzeba jednak jeszcze poczekać. Australian Open zakończyło się dla niej wcześniej niż przed rokiem – zamiast półfinału był ćwierćfinał i porażka z Jeleną Rybakiną 5:7, 1:6. Taki wynik oznaczał brak obrony punktów wywalczonych dwanaście miesięcy wcześniej.

    W efekcie w najnowszym notowaniu rankingu WTA Świątek straciła 350 punktów. Na jej koncie widnieje obecnie 7978 „oczek”. Choć nadal zajmuje drugie miejsce na świecie, jej przewaga wyraźnie stopniała. Rybakina, sklasyfikowana na trzeciej pozycji, traci do niej już tylko 368 punktów. Niestety, to nie jedyny sygnał ostrzegawczy dla Polki i jej zespołu.

    Jeszcze mniej optymistycznie prezentuje się pozycja Igi Świątek w rankingu WTA Race, który obejmuje wyłącznie wyniki osiągnięte w bieżącym roku kalendarzowym. To właśnie on decyduje o obsadzie prestiżowego turnieju WTA Finals, wieńczącego sezon. Na ten moment Polka plasuje się dopiero na 9. miejscu, ex aequo z Coco Gauff. Obie zgromadziły po 580 punktów.

    Co prawda po Australian Open Świątek zanotowała awans aż o dwanaście pozycji, ale różnice punktowe do ścisłej czołówki są już bardzo wyraźne. Liderująca Rybakina wyprzedza ją o 1528 punktów, a druga Sabalenka o 1220. Pewnym promykiem nadziei jest fakt, że strata do ósmej w zestawieniu Belindy Bencic wynosi zaledwie 45 punktów, więc powrót do premiowanej ósemki jest w zasięgu ręki.

    Aktualna czołówka rankingu WTA Race prezentuje się następująco: Jelena Rybakina – 2108 pkt
    Aryna Sabalenka – 1800
    Elina Switolina – 1030
    Jessica Pegula – 975
    Mirra Andriejewa – 848
    Victoria Mboko – 847
    Iva Jovic – 691
    Belinda Bencic – 625

    Dla porównania, poprzedni sezon Świątek zakończyła z dorobkiem 8195 punktów w WTA Race, co dało jej drugie miejsce. Był to więc wynik diametralnie lepszy od obecnego. Wówczas najlepsza była Sabalenka (9870 pkt), przed Coco Gauff, Anisimovą, Pegulą, Rybakiną, Keys i Paolini. Tuż za ósemką uplasowała się Mirra Andriejewa, której do awansu do WTA Finals zabrakło zaledwie sześciu punktów.

    Co więcej, również w analogicznym momencie poprzedniego roku sytuacja Polki była korzystniejsza. Po Australian Open 2025 zajmowała trzecie miejsce w WTA Race, mając na koncie 1105 punktów. Obecny spadek na 9. lokatę wygląda więc szczególnie dotkliwie.

    Najbliższe tygodnie dadzą jednak Świątek okazję do odrobienia strat. Pierwszym ważnym sprawdzianem będzie turniej w Dosze, zaplanowany na 8–14 lutego, w którym Polka ma wystartować. Co dalej – pozostaje kwestią otwartą. Po odpadnięciu z Australian Open wiceliderka światowego rankingu zapowiedziała bowiem zmianę podejścia do kalendarza startów.

    – Przez ostatnie lata trudno było mi podjąć taką decyzję, ale w tym roku próbuję zmienić swoje podejście. Myślę, że na pewno opuścimy jakieś turnieje rangi 1000. Nigdy wcześniej nie byłam w takiej sytuacji, więc nie wiem, jak to wyjdzie – przyznała Świątek.

    Jak podkreśliła, taka strategia ma pomóc jej w dalszym rozwoju sportowym. – Jeśli chcesz poprawić swoją grę, potrzebujesz na to czasu. Granie turniej za turniejem nie zawsze to umożliwia. Krótki okres przygotowań nie daje takich możliwości – podsumowała Polka.

    Decyzje dotyczące kalendarza mogą okazać się kluczowe nie tylko dla jej formy, ale i dla walki o powrót do ścisłej czołówki WTA Race w dalszej części sezonu.

  • Fenomenalny wyczyn Świątek. Spektakularnie gromi Sabalenkę. 100 proc. skuteczności

    Fenomenalny wyczyn Świątek. Spektakularnie gromi Sabalenkę. 100 proc. skuteczności

    Iga Świątek nie ma powodów do satysfakcji po tegorocznym występie w Australian Open. Polka pożegnała się z turniejem już po fazie ćwierćfinałowej. Ale jest coś, czego może jej pozazdrościć aktualna liderka światowego rankingu – Aryna Sabalenka. To skuteczność w wielkoszlemowych finałach. Białorusinka przegrała takie spotkanie po raz czwarty w karierze. Raszynianka pod tym względem może się pochwalić doskonałym wskaźnikiem efektywności.
    Po lewej stronie tenisistka w sportowej koszulce i czapce wykonuje gest zwycięstwa z zaciśniętą pięścią i uśmiechem na twarzy. Po prawej stronie inna zawodniczka w różowej koszulce trzyma dłoń na twarzy, wyrażając rozczarowanie lub smutek po przegranej.

    Iga Świątek wygrała wszystkie finały Wielkiego Szlema, do których docierała. Aryna Sabalenka tylko co drugi Łukasz ŻurekAFP

    W ostatnich czterech edycjach Aryna Sabalenka za każdym razem meldowała się w finale Australian Open. Bezkonkurencyjna była w latach 2003 i 2004. W dwóch kolejnych sezonach schodziła jednak z placu boju pokonana.

    Sobotnie starcie o tytuł z Jeleną Rybakiną zakończyło się porażką Białorusinki 4:6, 6:4, 4:6. Reprezentantka Kazachstanu sięgnęła po triumf w pełni zasłużenie. Na dystansie trzech setów pokazała tenis w każdym aspekcie bardziej konsekwentny.

    Świątek wzorem dla Sabalenki. Polka wygrała wszystkie finały Wielkiego Szlema. Sześć prób, sześć triumfów

    – Dwa finały przegrałam, ale ogólnie rzecz biorąc, było o wiele lepiej niż w zeszłym roku – oznajmiła Sabalenka cytowana przez oficjalny serwis WTA. – Poziom gry, ale też decyzje, które podejmowałam, i mentalność, która towarzyszyła mi przez cały mecz. Z tego mogę być zadowolona.

    – Zrobiłam w tym względzie ogromne postępy, a i tak przegrałam. Ale jest dobrze. Czuję, że zmierzam we właściwym kierunku – dodała.

    Tenisowi analitycy zaraz po jej porażce w Melbourne policzyli, że przegrywa średnio co drugi wielkoszlemowy finał. Oprócz dwóch wspomnianych wcześniej tytułów w AO ma na koncie również trofea z US Open (2024, 2025). Po drugiej stronie tego zestawienia – dla przeciwwagi – widnieją przegrane finały US Open (2023) i French Open (2025).

    Jeśli dodamy do tego dwa ostatnie niepowodzenia z antypodów, daje nam to bilans finałów 4:4, czyli ledwie 50 proc. skuteczności.

    “Ten fakt powinien zaalarmować obóz Sabalenki, ponieważ staje jej na drodze do osiągnięcia sukcesu, na jaki zasługuje. Sabalenka musi natychmiast zająć się tą sprawą, jeśli nie zamierza marnować kolejnych szans” – czytamy na stronie thetennisgazette.com.

    Dziennikarze serwisu zauważają przy okazji, że w globalnym ujęciu Białorusinka wygrała tylko 22 z 42 finałów pod szyldem WTA.

    Jak na jej tle wypada Iga Świątek? Wręcz znakomicie. Polka w tej kwestii może uchodzić za wzór. Do tej pory wygrała wszystkie finały Wielkiego Szlema, do których dotarła. Było ich dokładnie sześć: cztery na kortach Rolanda Garrosa (2020, 2022, 2023, 2024) oraz po jednym w US Open (2022) i Wimbledonie (2025).

    W światowym rankingu Polka od kilkunastu miesięcy plasuje się jednak za Sabalenką. Obecnie jest wiceliderką zestawienia. Jej strata do pierwszej rakiety globu wynosi ponad trzy tysiące punktów.
    Kobieta w sportowym żółtym stroju na korcie tenisowym z wyrazem emocji na twarzy. W tle widoczni rozmazani ludzie oraz nieostre światła.

    Aryna SabalenkaAFP
    Tenisistka w czarnej koszulce i białej czapce z rakietą w ręku uśmiecha się na korcie tenisowym. W tle widoczna polska flaga oraz napis Queen Iga.

    Iga Świątek AFP
    Iga Świątek goni w rankingu WTA Race Arynę Sabalenkę

    Iga Świątek spróbuje w tym sezonie zrzucić Arynę Sabalenkę ze szczytu w rankingu WTACLIVE BRUNSKILL/GETTY IMAGES NORTH AMERICA/NOUSHAD THEKKAYIL/NurPhotoAFP

    Jelena Rybakina wzięła udział w wyjątkowej sesji zdjęciowej z trofeum. WIDEOJANELLE MEAGER / AFPTV / AFPAFP

  • Gruchnęły wieści ws. Osaki i Wiktorowskiego. “Nastąpi weryfikacja”

    Gruchnęły wieści ws. Osaki i Wiktorowskiego. “Nastąpi weryfikacja”

    Naomi Osaka i Tomasz Wiktorowski współpracują od lata ubiegłego roku, a ich wspólna droga od początku budziła spore zainteresowanie tenisowego świata. Początek zapowiadał się obiecująco, jednak z czasem pojawiły się słabsze wyniki, problemy zdrowotne Japonki i coraz więcej znaków zapytania dotyczących przyszłości tego duetu. Najnowsze informacje sugerują, że nadchodzące tygodnie mogą okazać się kluczowe – a być może nawet decydujące – dla dalszej współpracy polsko-japońskiej.

    Tomasz Wiktorowski przejął rolę trenera Osaki po Patricku Mouratoglou. Oficjalnie dołączył do jej sztabu tuż przed turniejem WTA 1000 w Montrealu. Ten start okazał się bardzo udany – Japonka dotarła aż do finału, dając sygnał, że powrót do ścisłej czołówki jest realny. Jeszcze lepsze wrażenie zrobiła podczas US Open, gdzie osiągnęła półfinał. Był to jej najlepszy występ w turnieju wielkoszlemowym od triumfu w Australian Open w 2021 roku.

    Później jednak forma Osaki zaczęła wyraźnie falować, a kolejne turnieje nie przynosiły już podobnych rezultatów. Tegoroczny Australian Open miał być dla niej okazją do potwierdzenia ambicji i sportowych aspiracji. W Melbourne Japonka wiązała duże nadzieje z dobrym występem, tym bardziej że w czwartej rundzie rysowała się perspektywa bezpośredniego starcia z Igą Świątek. Ostatecznie Osaka musiała jednak wycofać się z turnieju po dwóch meczach, tłumacząc decyzję problemami zdrowotnymi.

    Przed Osaką i Wiktorowskim wciąż jest kilka ważnych startów, które mogą odwrócić niekorzystny trend. W planach są m.in. trzy prestiżowe turnieje rangi WTA 1000 – w Dosze, Dubaju oraz Indian Wells. To właśnie ten ostatni turniej może okazać się punktem zwrotnym.

    Jak ujawnił Karol Stopa, komentator Eurosportu, obecna umowa między Osaką a Wiktorowskim ma obowiązywać właśnie do turnieju w Indian Wells. – Albo Tomek zdoła narzucić jej swój rytm pracy, albo ta współpraca okaże się krótką przygodą. Z tego, co słyszałem, są umówieni do Indian Wells, a potem ma nastąpić weryfikacja – powiedział Stopa w podcaście „Trzeci Serwis”, prowadzonym przez Lecha Sidora i Krzysztofa Łoniewskiego.

    Zdaniem komentatora dotychczasowe efekty współpracy nie są szczególnie przekonujące. – Nie było zbyt wielu naprawdę dobrych meczów. Raz czy dwa zdarzały się momenty, w których Osaka była blisko tej wersji siebie, która wygrywała z Sereną Williams i triumfowała w Nowym Jorku oraz Melbourne. To były przecież ogromne sukcesy. Tymczasem po przerwie macierzyńskiej nie wygląda już tak dobrze – zauważył Stopa.

    Ekspert nie ukrywa też sceptycyzmu co do tego, czy Osaka jest w stanie wrócić na poziom prezentowany w latach 2018–2021, kiedy dwukrotnie wygrywała Australian Open i US Open. – Niestety, albo stety, wielkie zawodniczki, które już mają na koncie triumf wielkoszlemowy – jak choćby Emma Raducanu – często mają problem, by powtórzyć taki sukces. To nie jest proste, zwłaszcza jeśli po drodze pojawiają się różne życiowe i sportowe przejścia. W przypadku Osaki wygląda to podobnie. Ja wielkim optymistą nie jestem – podsumował.

    Po zakończeniu Australian Open Naomi Osaka zajmuje 14. miejsce w rankingu WTA, mając na koncie 2366 punktów. W Melbourne powtórzyła wynik sprzed roku, docierając do trzeciej rundy, dzięki czemu nie straciła punktów. Co więcej, w porównaniu z notowaniem sprzed startu turnieju zanotowała awans o trzy pozycje. Teraz jednak najważniejsze pytanie brzmi: czy kolejne tygodnie pozwolą jej i Tomaszowi Wiktorowskiemu znaleźć wspólny rytm – czy też okażą się ostatnim rozdziałem tej współpracy.

  • Rybakina zachwyciła cały świat w wyjątkowej sesji. “Czerwona królowa”

    Rybakina zachwyciła cały świat w wyjątkowej sesji. “Czerwona królowa”

    Jelena Rybakina musiała czekać ponad trzy lata na triumf w turnieju wielkoszlemowym. Kazaszka wygrała Australian Open, pokonując w finale Arynę Sabalenkę. Teraz przyszedł czas na sesję zdjęciową. Kibice szeroko ją komentują.
    Jelena Rybakina
    Fot. REUTERS/Hollie Adams

    Jedyny dotychczasowy tytuł wielkoszlemowy Jelena Rybakina wywalczyła w 2022 roku. Wówczas wygrała Wimbledon. Niedługo później (styczeń 2023) rywalizowała z Aryną Sabalenką w finale Australian Open. Wtedy reprezentantka Kazachstanu musiała uznać wyższość rywalki. Trzy lata po tym wydarzeniu nadszedł czas na rewanż. Tym razem lepsza okazała się Rybakina, wygrywając 6:4,4:6, 6:4. Sabalenka drugi raz z rzędu przegrała finał w Melbourne.

    Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. “Mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną”
    Kibice oczarowani Rybakiną. “Absolutnie oszałamiająca”

    Dzień po wygranym finale przyszedł czas na tradycyjną sesję zdjęciową zwyciężczyni z trofeum. Jelena Rybakina postawiła na czerwoną suknię. Często mówiono o Kazaszce, że rzadko się uśmiecha, ale tym razem z oczywistych względów było inaczej.

    W dodatku Rybakina znalazła czas na rozmowę z młodą fanką tenisa. Dziewczynka mogła liczyć również na autograf. “Nigdy nie zobaczysz Leny uśmiechniętej bardziej niż wtedy, gdy spotyka się z psami lub dziećmi” – napisał profil “The Tennis Letter” na platformie X.

    Sesja zdjęciowa Rybakiny wywołała sporo komentarzy w mediach społecznościowych. Wielu kibiców podkreśla, że w wybranej kreacji triumfatorka Australian Open jest “absolutnie oszałamiająca”. Niektórzy nazywają ją również “piękną królową tenisa”, czy po prostu “czerwoną królową”, co było nawiązaniem do jej kreacji.
    Rybakina zrobiła to po raz drugi. W tle wygrana ze Świątek

    W listopadzie Rybakina wygrała turniej WTA Finals, pokonując w finale Sabalenkę. Wcześniej w fazie grupowej okazała się lepsza od Igi Świątek.

    Co ciekawe, w Australian Open ponownie Kazaszka triumfowała w spotkaniach z dwoma najlepszymi zawodniczkami rankingu WTA. Polkę ograła bowiem w ćwierćfinale. 26-latka powinna być także groźna na innych nawierzchniach. Ponadto w najnowszym notowaniu rankingu wskoczy na trzecią pozycję, z niewielką stratą do naszej tenisistki.

  • Iga Świątek zapytana o Kamila Stocha. Nie gryzła się w język

    Iga Świątek zapytana o Kamila Stocha. Nie gryzła się w język

    W 2026 roku Kamil Stoch zakończy karierę sportową. Były momenty, w których Polak dominował w skokach narciarskich i przedłużył zainteresowanie swoją dyscypliną w naszym kraju na kolejne lata po odejściu Adama Małysza. Wiadomo, że w ten sposób kończy się pewna epoka. Parę słów o tym postanowiła powiedzieć też Iga Świątek.
    Po lewej stronie młoda kobieta w sportowej czapce i białym stroju z butelką wody, po prawej mężczyzna w zimowej kurtce i czapce z polskim godłem oraz logiem 4F, z uśmiechem wśród padającego śniegu.

    Iga Świątek, Kamil StochDavid Gray & Marcin GolbaAFP

    Już niebawem w serwisie HBO Max będzie miał premierę serial dokumentalny o Kamilu Stochu. Pierwszy odcinek będzie można obejrzeć 28 lutego, a kolejne pojawiać będą się co tydzień. Wśród osób, które wypowiadały się dla twórców serii, pojawiła się także Iga Świątek.

    Kamil Stoch w 2026 roku kończy karierę

    W 2026 roku w polskich skokach narciarskich skończy się pewna epoka. Kamil Stoch poinformował, że kończy karierę sportową i jest to jego ostatni sezon w Pucharze Świata. Przypomnijmy, że Stoch to trzykrotny mistrz olimpijski, dwukrotny mistrz świata i dwukrotny zdobywca Kryształowej Kuli, a także trzykrotny triumfator Turnieju Czterech Skoczni.

    Choć szał na skoki narciarskie w Polsce rozpoczęła Małyszomania, to Stoch przedłużył, razem z kolegami, zainteresowanie tą dyscypliną w naszym kraju. O stosunkowo niszowym sporcie usłyszał niemal każdy Polak, a poczynania Biało-Czerwonych na skoczniach świata śledzili niemal wszyscy. Teraz, przy sporych problemach wokół skoków, Stoch zakończy pewną epokę w historii tej dyscypliny.

    Iga Świątek zapytana o Stocha

    Eurosport przedstawił pierwsze fragmenty z serialu dokumentalnego o Kamilu Stochu. Okazało się, że parę słów powiedziała o wielkim skoczku także Iga Świątek. Tenisistka w zajawce mówiła zaledwie jedno zdanie, ale zdaje się, że w całej produkcji będzie miała nieco większą rolę.

    “Fajnie było oglądać Kamila po prostu, jak zaczyna dominować” – przekazała Świątek. Widać, że 24-latka czuje sympatię do swojego zasłużonego rodaka. Czas pokaże, co więcej będzie mogła powiedzieć o własnych wspomnieniach związanych z Kamilem Stochem i jego karierą.
    Kamil Stoch

    Kamil StochJURE MAKOVEC/AFP/East NewsEast News
    Zdeterminowana tenisistka w czarnej czapce i stroju sportowym świętuje zwycięstwo z zaciśniętą pięścią na tle widowni.

    Iga ŚwiątekAdam Hunger/Associated Press/East NewsEast News

    Svitlana Dorsman – najlepsze akcje MVP meczu DevelopRes Rzeszów – Lotto Chemik Police.

  • Osaka wykluczona, nagle takie wieści o Wiktorowskim. Padła kluczowa data

    Osaka wykluczona, nagle takie wieści o Wiktorowskim. Padła kluczowa data

    Naomi Osaka musiała przedwcześnie zakończyć swój udział w Australian Open. Japonka wycofała się z turnieju jeszcze przed wyjściem na kort w trzeciej rundzie z powodu problemów zdrowotnych, które uniemożliwiły jej dalszą rywalizację. Choć do kolejnego turnieju Wielkiego Szlema pozostały niespełna cztery miesiące, nie jest przesądzone, czy Osaka przystąpi do niego nadal współpracując z Tomaszem Wiktorowskim. Kulisy ich współpracy i warunki umowy zdradził komentator Karol Stopa, wskazując konkretną datę, która może okazać się kluczowa dla przyszłości polskiego trenera.

    Pojawienie się Tomasza Wiktorowskiego w boksie Naomi Osaki było jednym z największych zaskoczeń w świecie tenisa w ostatnich miesiącach. Po raz pierwszy Polak towarzyszył Japonce podczas turnieju WTA w Montrealu. Początkowo współpraca miała charakter próbny, jednak bardzo szybko Osaka nabrała przekonania, że to właśnie Wiktorowski jest odpowiednią osobą, by pomóc jej wrócić na szczyt.

    Były szkoleniowiec Igi Świątek był obecny przy Osace podczas niezwykle udanego US Open 2025. Czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa dotarła wówczas do półfinału, co było jej najlepszym wynikiem w turniejach tej rangi od 2021 roku. Sukces w Nowym Jorku dodał obu stronom wiary w projekt, a wspólnie przepracowany okres przygotowawczy miał zaowocować mocnym początkiem sezonu i ambitną postawą podczas Australian Open.

    Rzeczywistość w Melbourne okazała się jednak brutalna. Osaka odpadła już w drugiej rundzie, a przed meczem trzeciej rundy zmuszona była się wycofać z powodu kontuzji. Tym samym kibice nie doczekali się wyczekiwanego hitu czwartej rundy, w którym Japonka miała zmierzyć się z Igą Świątek. Starcie Osaka – Świątek było także przedstawiane jako symboliczny pojedynek trenerów: Tomasza Wiktorowskiego i Wima Fissette’a. Ostatecznie do tej konfrontacji nie doszło.

    Jak się okazuje, niepewność dotyczy nie tylko zdrowia Osaki, ale również dalszej współpracy z polskim trenerem. Karol Stopa ujawnił, że przyszłość Wiktorowskiego w sztabie byłej liderki rankingu WTA wcale nie jest przesądzona. – Albo Tomek zdoła narzucić jej swój rytm pracy, albo może to być krótka przygoda. Z tego, co słyszałem, są umówieni do Indian Wells, a później ma nastąpić weryfikacja – powiedział Stopa w programie „Trzeci Serwis”.

    Turniej w Indian Wells, jeden z najbardziej prestiżowych tysięczników w kalendarzu WTA, rozpocznie się 2 marca. To właśnie po tej imprezie ma zapaść decyzja dotycząca dalszej współpracy Osaki z Wiktorowskim. Dla Japonki to turniej o wyjątkowym znaczeniu – triumfowała tam w 2018 roku. Z kolei Wiktorowski doskonale zna smak sukcesu w Kalifornii, ponieważ wspólnie z Igą Świątek sięgał tam po tytuł dwukrotnie – w 2022 i 2024 roku.

    Najbliższe tygodnie mogą więc okazać się decydujące zarówno dla sportowej formy Naomi Osaki, jak i dla przyszłości Tomasza Wiktorowskiego w jej boksie. Indian Wells może stać się punktem zwrotnym tej głośnej, ale wciąż testowanej współpracy.

  • Nieoczekiwany zwrot ws. Szeremety. Pokazała nagranie, od razu się pochwaliła

    Nieoczekiwany zwrot ws. Szeremety. Pokazała nagranie, od razu się pochwaliła

    Julia Szeremeta w ostatnim czasie nie ustaje w treningach. Mimo że sezon zakończył się dla niej już jakiś czas temu, polska mistrzyni stara się utrzymać formę na najwyższym poziomie. To jednak nie wszystko. Od czasu do czasu zdarza jej się zrobić również coś, co pomaga się rozluźnić. Tym razem skorzystała z pogody i nagrała zaskakujące wideo. Nie samym treningiem boksu żyje pięściarka.
    Zmęczona młoda kobieta w sportowym stroju bokserskim oraz bandażami na dłoniach trzyma ręcznik, na jej twarzy widoczna jest silna emocja i łzy, a w tle stoją członkowie ekipy w białych koszulkach.

    Julia SzeremetaLUKASZ KALINOWSKIEast News

    Zima w Polsce trwa w najlepsze – już od lat nie widziano, by śnieg tak długo utrzymywał się w rejonach niegórzystych. Wiele osób wróciło do uprawiania zimowych sportów – wybrało snowboard lub narty biegowe. Skorzystać z tej okazji postanowiła także Julia Szeremeta.

    Julia Szeremeta wciąż w treningu

    Boks to sport całoroczny, więc dla wielu zawodników całoroczny jest również trening. Zimą wielu zawodników i zawodniczek nie ustaje w treningach i przygotowuje się do najważniejszych części sezonu – mistrzostw, Pucharu Świata i mistrzowskich walk. Szeremeta, której marzy się złoto na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles w 2028 roku nie ustaje w tym, by jak najlepiej przygotować się do tej imprezy i potwierdzać swoją dominację w Europie i na świecie.

    Szeremeta może jednak szaleć również poza boksem. Choć w wielu innych dyscyplinach takie aktywności, jak zaprezentowane przez nią u czynnego sportowca byłyby ryzykowne, pięściarka w ogóle się tym nie przejmuje i idzie własną drogą.

    Julia Szeremeta skorzystała z pogody

    Patrząc na to, w jaki sposób w Polsce zmienia się klimat i jak rzadko widoczne są takie zimy, jakich doświadczyliśmy w tym roku, nic dziwnego, że Szeremeta postanowiła z tego skorzystać. Sportsmenka pokazała nagranie z potreningowego wypadu na… bardzo osobliwy kulig.

    “Między treningami zero nudy” – skomentowała. Na nagraniu widać było, jak spróbowała ona swoich sił na desce, ale w dość niekonwencjonalny sposób – trzymała taśmę i ciągnięta przez samochód, nabierała prędkości na prostej drodze. Widać, że zabawa była przednia i tak bezpieczna, jak tylko było to możliwe.
    Osoba ciągnie drugą osobę siedzącą na sankach po zaśnieżonej leśnej ścieżce, wokół widoczne wysokie, bezlistne drzewa.

    Julia Szeremeta na desceInstagram/szeremeta15984ESP/Instagram
    Młoda kobieta o długich, prostych włosach, patrząca przed siebie z neutralnym wyrazem twarzy, nosi delikatny naszyjnik i czarny top na ramiączkach, w tle ciemna, rozmyta grafika.

    Julia SzeremetaKrzysztof RadzkiEast News
    Julia Szeremeta

    Julia SzeremetaMustafa Ciftci/ANADOLU/Anadolu via AFPAFP

    Bloki w meczu Developres Rzeszów – LOTTO Chemik Police.

  • Kosmos w Nowym Jorku, ponad 3 sekundy. 26-letni rekord Polski pobity

    Kosmos w Nowym Jorku, ponad 3 sekundy. 26-letni rekord Polski pobity

    Tydzień po imponującym występie w Bostonie Klaudia Kazimierska ponownie dała o sobie znać na światowych bieżniach. 24-letnia Polka, która niedawno ustanowiła halowy rekord kraju na 1500 metrów, w Nowym Jorku sięgnęła po kolejny historyczny wynik – tym razem na dystansie jednej mili. I zrobiła to w znakomitym stylu, rywalizując z absolutną światową czołówką.

    Millrose Games w Nowym Jorku były drugim mityngiem cyklu World Athletics Gold Level Meetings – elitarnej serii ośmiu najważniejszych halowych zawodów sezonu. Po inauguracyjnych zmaganiach w Bostonie rywalizacja przeniesie się teraz do Europy. We wtorek najlepszych lekkoatletów świata ugości Ostrawa, a wielki finał cyklu zaplanowano na 22 lutego w Toruniu podczas Orlen Copernicus Cup.

    Już w Bostonie Polacy zaznaczyli swoją obecność w najmocniejszych zawodach zimy. Filip Ostrowski uzyskał rewelacyjny czas 1:44.68 na 800 metrów, poprawiając rekord życiowy w biegu, który przeszedł do historii także za sprawą halowego rekordu świata Josha Hoeya (1:42.50). Ogromne powody do radości miała również Kazimierska – siódma zawodniczka mistrzostw świata na stadionie w Tokio w biegu na 1500 metrów. W Bostonie uzyskała 4:01.78, poprawiając o blisko dwie sekundy 23-letni halowy rekord Polski Lidii Chojeckiej.

    Po tym sukcesie zawodniczka z Włocławka została jeszcze w Stanach Zjednoczonych i w niedzielę stanęła na starcie Millrose Games. Tym razem wyzwała się na dystansie jednej mili – o niespełna 110 metrów dłuższym niż 1500 metrów. Już przed biegiem było jasne, że w tej formie Polka ma realną szansę na kolejny rekord. Pytanie brzmiało tylko, czy poprawi wyłącznie halowy rekord kraju Lidii Chojeckiej (4:24.44 z 2000 roku), czy może pokusi się również o najlepszy w historii polski wynik na stadionie – 4:19.58 Angeliki Cichockiej z 2017 roku.

    Rok wcześniej bardzo blisko obu granic była Weronika Lizakowska – w hali uzyskała 4:25.48, a latem w Diamentowej Lidze w Londynie pobiegła 4:20.19. Teraz przed podobną szansą stanęła młodsza rodaczka.

    Obsada biegu w Nowym Jorku robiła ogromne wrażenie. Choć tuż przed startem wycofała się wicemistrzyni świata z Tokio Dorcus Ewoi, na starcie stanęły m.in. wicemistrzyni olimpijska Jessica Hull oraz jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci światowych biegów średnich – Nikki Hiltz. Kazimierska miała w tym gronie najsłabszy rekord życiowy na milę (4:30.65), ale było oczywiste, że ten wynik nie ma prawa się utrzymać.

    Polka rozpoczęła bieg w środku stawki. Tempo nadawała Mckenna Keegan, choć światła wyznaczające tempo były ustawione bardzo ambitnie. W połowie dystansu Kazimierska zajmowała dziewiątą pozycję, chwilami była nawet nieco zamknięta, lecz w drugiej części biegu zaczęła systematycznie przesuwać się do przodu – często nadrabiając metry po zewnętrznej.

    Na ostatnie okrążenie wchodziła już jako trzecia zawodniczka, choć Hull i Hiltz zdołały zbudować niewielką przewagę. Po 1500 metrach Polce zmierzono 4:04.81 – o trzy sekundy wolniej niż tydzień wcześniej w Bostonie. Wszystko wskazywało jednak na to, że kluczowy będzie finisz. Za plecami czaiła się jeszcze Australijka Linden Hall, a do mety pozostawało nieco ponad pół okrążenia.

    Kazimierska wytrzymała jednak tempo i znakomicie rozłożyła siły. Finiszowała trzecia z czasem 4:21.36, ustanawiając nowy halowy rekord Polski na milę i poprawiając 26-letnie osiągnięcie Lidii Chojeckiej. Co więcej – jej wynik był tylko nieco słabszy od absolutnego rekordu kraju ze stadionu.

    Bieg wygrała Nikki Hiltz, która uzyskała 4:19.64 – najlepszy wynik na świecie w 2026 roku. Druga była Jessica Hull (4:20.11), a Polka uplasowała się tuż za nimi, wyprzedzając m.in. Linden Hall i czołowe Kenijki.

    Dla Klaudii Kazimierskiej był to nie tylko kolejny rekord, ale też jasny sygnał, że na dystansach średnich dołączyła do ścisłej światowej elity. W sezonie halowym wciąż ma przed sobą jeszcze kilka startów – a apetyt, jak widać, rośnie z każdym biegiem.