• Kibice ryknęli do Nawrockiego. I uderzyli w Tuska. A teraz taka reakcja

    Kibice ryknęli do Nawrockiego. I uderzyli w Tuska. A teraz taka reakcja

    Polityczne hasła na trybunach podczas meczów reprezentacji Polski od miesięcy budzą ogromne emocje. Kibice niejednokrotnie kierowali swoje ataki w stronę premiera Donalda Tuska, jednocześnie skandując nazwisko prezydenta Karola Nawrockiego. Do tych wydarzeń odniósł się teraz Mateusz Pilecki, przedstawiciel stowarzyszenia „To My Polacy”, które we wtorek oficjalnie zakończyło współpracę z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Jego stanowisko w tej sprawie nie pozostawia wątpliwości.

    We wtorek obie strony – zarówno PZPN, jak i stowarzyszenie kibiców – poinformowały o zerwaniu dotychczasowej współpracy. Organizacja „To My Polacy”, odpowiedzialna w ostatnim czasie za zorganizowany doping na meczach kadry narodowej, wydała komunikat po spotkaniu z władzami federacji.

    – Dziś o godzinie 10:30 odbyło się spotkanie z przedstawicielami PZPN w sprawie organizacji dopingu podczas meczów barażowych. Zostaliśmy poinformowani, że dalsza współpraca w obecnej formule nie będzie kontynuowana – przekazano w oficjalnym oświadczeniu.

    Decyzja PZPN ma bezpośredni związek z wydarzeniami, do których doszło 14 listopada 2025 roku podczas meczu eliminacji mistrzostw świata 2026 Polska – Holandia na PGE Narodowym. Spotkanie zostało wówczas przerwane na kilka minut po rażącym naruszeniu regulaminu i wyjątkowo niebezpiecznych zachowaniach części kibiców. Chodziło m.in. o użycie materiałów pirotechnicznych oraz wrzucenie ich na murawę – w kierunku dzieci podających piłki, fotoreporterów oraz samych piłkarzy.

    – Takie działania stanowiły bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia i życia uczestników wydarzenia – tłumaczył PZPN w swoim komunikacie, podkreślając, że nie może tolerować podobnych incydentów.

    W środę Mateusz Pilecki był gościem programu „Tylko Sport” na Kanale Sportowym. W trakcie rozmowy odniósł się nie tylko do kulis zakończenia współpracy z federacją, ale również do politycznych haseł i transparentów, które w ostatnich miesiącach pojawiały się na stadionach podczas meczów reprezentacji.

    Współprowadzący program Dominik Piechota przytoczył pytanie jednego z widzów: – Dlaczego przenosiliście politykę na stadion? Szczuliście politycznych oponentów i inny elektorat. Po co? Czy to miało kogokolwiek jednoczyć, skoro jednoznacznie opowiadaliście się po jednej stronie sceny politycznej?

    Odpowiedź Pileckiego była jednoznaczna i samokrytyczna. – Pełna zgoda. To jest moment, w którym musimy posypać głowę popiołem. Polityka nie powinna trafiać na stadion i nie powinno się jej mieszać do piłki nożnej. Futbol ma być świętem dla wszystkich – niezależnie od poglądów, sympatii partyjnych czy preferencji wyborczych. Tego typu przekazów powinno być jak najmniej, a najlepiej wcale – zadeklarował.

    Jako przykład właściwego dopingu podał wyjazdowy mecz reprezentacji Polski z Maltą. – Tam nie padło ani jedno hasło polityczne. Każdy mógł się dobrze bawić i skupić wyłącznie na sporcie – zaznaczył.

    W ostatnich miesiącach kibice kilkukrotnie skandowali imię i nazwisko prezydenta Karola Nawrockiego, m.in. podczas spotkań z Nową Zelandią i Finlandią na Stadionie Śląskim w Chorzowie. W przypadku meczu z Finlandią głowa państwa oglądała spotkanie bezpośrednio z trybun.

    Z drugiej strony, obiektem regularnych ataków stał się premier Donald Tusk. Najostrzejsze incydenty miały miejsce podczas wyjazdowego meczu reprezentacji Polski z Litwą w Kownie. Z sektora zajmowanego przez polskich kibiców niósł się wówczas skandowany okrzyk: „Donald, matole! Twój rząd obalą kibole”.

    Na tym jednak się nie skończyło. Pojawiły się także wulgarne hasła, transparent z napisem „Nie jesteś, nie byłeś, nie będziesz kibicem reprezentacji Polski”, a także kontrowersyjny wizerunek szefa polskiego rządu, który wywołał szeroką falę krytyki i komentarzy.

  • Demolka w meczu z Igą Świątek, powtórka w Abu Zabi. Nieudany rewanż za finał

    Demolka w meczu z Igą Świątek, powtórka w Abu Zabi. Nieudany rewanż za finał

    W turnieju WTA 500 w Abu Zabi najwyżej rozstawioną zawodniczką jest broniąca tytułu Belinda Bencić, natomiast numer „2” przypadł Jekaterinie Aleksandrowej. Rosjanka rywalizację rozpoczęła od starcia z Dajaną Jastremską. Było to kolejne ich bezpośrednie spotkanie – przed rokiem mierzyły się w finale turnieju w Linzu, gdzie górą była Aleksandrowa. Także tym razem Ukrainka nie zdołała się zrewanżować i ponownie została wyraźnie zdominowana. Dla Jastremskiej była to kolejna bolesna lekcja tenisa – podobnie jak w poprzednim sezonie, gdy w Indian Wells przegrała z Igą Świątek 0:6, 2:6.

    Rok temu triumfatorką turnieju w Abu Zabi została Belinda Bencić, co odbiło się szerokim echem w świecie tenisa. Szwajcarka sięgnęła po tytuł zaledwie dziesięć miesięcy po narodzinach córki, udowadniając, że potrafi wrócić na najwyższy poziom w imponującym stylu. W tegorocznej edycji mistrzyni olimpijska z Tokio ponownie walczy o końcowy triumf. Dzięki wolnemu losowi w pierwszej rundzie rywalizację rozpocznie dopiero od drugiej, w której zmierzy się z Sonay Kartal.

    Bencić, zajmująca 9. miejsce w rankingu WTA, jest w Abu Zabi rozstawiona z numerem „1”. Tuż za nią w drabince znalazła się Jekaterina Aleksandrowa, aktualnie 11. tenisistka świata. Rosjanka, podobnie jak Szwajcarka, również rozpoczęła turniej od drugiej rundy. Jej rywalką była Dajana Jastremska, sklasyfikowana na 43. pozycji w światowym zestawieniu. Ostatni raz obie zawodniczki grały ze sobą w 2025 roku w finale turnieju w Linzu i tam również lepsza okazała się Aleksandrowa.

    Jastremska sezon rozpoczęła od dwóch zwycięstw w Brisbane, jednak później zanotowała bolesną porażkę w pierwszej rundzie turnieju w Adelajdzie, gdzie została zdeklasowana przez Katerinę Siniakovą 0:6, 1:6. Był to jej najsłabszy występ od ubiegłorocznego Indian Wells, gdy w zaledwie 66 minut przegrała z Igą Świątek 0:6, 2:6.

    WTA Abu Zabi: szybkie rozstrzygnięcie w meczu Jastremska – Aleksandrowa

    Początek środowego spotkania zapowiadał powtórkę jednej z dotkliwych porażek Ukrainki. Aleksandrowa od pierwszych gemów narzuciła swoje warunki, dwukrotnie przełamała rywalkę i szybko objęła prowadzenie 4:0. W piątym gemie Jastremska znalazła się na krawędzi kolejnej straty podania, jednak zdołała obronić trzy break pointy. Chwilę później odpowiedziała przełamaniem powrotnym, co mogło na moment wytrącić Rosjankę z rytmu.

    Była to jednak tylko chwilowa poprawa gry Ukrainki. Aleksandrowa szybko odzyskała pełną kontrolę nad przebiegiem seta. Przy stanie 4:3 jeszcze raz musiała bronić się przed przełamaniem, ale wyszła z opresji i ostatecznie zamknęła partię wynikiem 6:3.

    Drugi set był już całkowitą dominacją 11. rakiety świata. Aleksandrowa wygrała kolejne gemy bez większego wysiłku, ponownie przełamując bezradną rywalkę. Jastremska nie była w stanie nawiązać walki, a set zakończył się „bajglem” – 6:0. Całe spotkanie trwało zaledwie 70 minut, a Rosjanka zwyciężyła 6:3, 6:0.

    W ćwierćfinale turnieju w Abu Zabi Jekaterina Aleksandrowa zmierzy się ze zwyciężczynią meczu Aleksandra Eala – Alaksandra Sasnowicz.

  • Mamy to, Polka zdobyła złoto MŚ! Niesamowity występ, co za sukces

    Oto przeredagowana wersja tekstu po polsku, w bardziej dynamicznym, newsowym stylu, z wyraźnym podkreśleniem wagi sukcesu:

    To historyczny moment dla polskiego sportu zimowego. Zuzanna Witych sięgnęła po złoty medal mistrzostw świata we freeride, zapisując się na kartach historii jako triumfatorka pierwszych MŚ rozgrywanych pod egidą FIS. Kapitalny przejazd Polki został oceniony na 80,33 pkt, co nie pozostawiło rywalkom złudzeń. Jej reakcja po ogłoszeniu wyników mówiła wszystko – tej radości nie da się podrobić.

    Zawody odbyły się w Andorze, a Witych przystępowała do nich w roli jednej z głównych faworytek. Presja była ogromna, lecz Polka udźwignęła ją w najlepszy możliwy sposób. W decydującej próbie zaprezentowała przejazd, który zachwycił sędziów zarówno pod względem technicznym, jak i artystycznym. Efekt? Złoto mistrzostw świata i ogromny sukces polskiej reprezentacji.

    Freeride to jedna z najbardziej widowiskowych i wymagających konkurencji sportów zimowych. Zawodnicy rywalizują poza przygotowanymi trasami, na naturalnych zboczach gór, gdzie liczą się nie tylko umiejętności, ale też odwaga, kreatywność i doskonałe czytanie terenu. W takich warunkach Zuzanna Witych czuje się jak ryba w wodzie – i po raz kolejny to udowodniła.

    Nagranie ze zwycięskiego przejazdu błyskawicznie obiegło media społecznościowe, a gratulacje napływały z całego świata. Polski Związek Narciarski również nie krył dumy z osiągnięcia swojej zawodniczki.
    – Niesamowite osiągnięcie naszej reprezentantki w pierwszych mistrzostwach świata rozgrywanych w strukturach FIS! – podkreślono w oficjalnym komunikacie.

    Triumf w Andorze nie jest dziełem przypadku. Witych od lat należy do światowej czołówki freeride’u. W 2020 roku sięgnęła po mistrzostwo Europy, a rok później zajęła trzecie miejsce w klasyfikacji Freeride World Tour. Teraz do tej imponującej kolekcji dołożyła najcenniejszy z możliwych krążków.

    Polska ma złoto mistrzostw świata, a nazwisko Zuzanny Witych na długo pozostanie symbolem tego sukcesu. To osiągnięcie, które bez wątpienia przejdzie do historii.

  • Skrzyszowska nie wytrzymała po tym, co Kazimierska zrobiła w Nowym Jorku. Dosadnie

    Świetne informacje napłynęły z USA, gdzie Klaudia Kazimierska notuje znakomity początek sezonu halowego. Polska biegaczka błysnęła podczas prestiżowych mityngów w Stanach Zjednoczonych, najpierw poprawiając w Bostonie halowy rekord kraju na 1500 metrów, a następnie przechodząc do historii w Nowym Jorku, gdzie ustanowiła nowy rekord Polski na milę. Swoimi osiągnięciami pochwaliła się w mediach społecznościowych, a pod wpisem natychmiast zaroiło się od komentarzy. Na sukces koleżanki mocno zareagowała m.in. Pia Skrzyszowska, która jednym zdaniem dosadnie podsumowała formę Kazimierskiej.

    Podczas mityngu Millrose Games w Nowym Jorku – drugich z ośmiu najbardziej prestiżowych zawodów zimowego cyklu World Athletics – 24-letnia Polka spisała się znakomicie. Uzyskała czas 4:21.36 na dystansie mili, poprawiając po 26 latach halowy rekord Polski, który od 1999 roku należał do Lidii Chojeckiej (4:24.44). Wynik ten dał Kazimierskiej trzecie miejsce w mocno obsadzonym biegu. Wyprzedziły ją jedynie Australijka Jessica Hull oraz triumfatorka zawodów – Amerykanka Nikki Hiltz.

    Po zawodach Kazimierska zabrała głos w mediach społecznościowych, a jej wpis szybko wywołał lawinę reakcji.
    „Ach, Nowy Jorku. Czekałam na ciebie” – rozpoczęła emocjonalnie, po czym wróciła do wydarzeń sprzed roku. Jak przypomniała, już wcześniej planowała start w Stanach Zjednoczonych, jednak plany pokrzyżowały jej problemy zdrowotne.
    „W zeszłym roku moje biodro było humorzaste i odmówiło współpracy w sezonie halowym, więc musiałam przełożyć wyjazd do Nowego Jorku na 2026 rok. Ale to niesamowicie satysfakcjonujące być w mieście, w którym spełniają się marzenia” – napisała.

    Biegaczka zwróciła również uwagę, że w ciągu zaledwie kilku dni pobiła dwa halowe rekordy Polski – na 1500 metrów w Bostonie oraz na milę w Nowym Jorku. W obu startach zajęła trzecie miejsca, rywalizując z absolutną światową czołówką. „To prawdziwe życiowe doświadczenie. Kocham to” – podsumowała, publikując zdjęcia z zawodów.

    Pod wpisem szybko pojawiły się gratulacje od kibiców oraz ludzi ze środowiska lekkoatletycznego. Swojego zachwytu nie kryła Pia Skrzyszowska, mistrzyni Europy w biegu na 100 metrów przez płotki. „Co za sezonnn!!!” – napisała krótko, ale wymownie. Słowa uznania przekazali również m.in. mistrz Polski na 5 km Kamil Herzyk, Wilma Nielsen – brązowa medalistka mistrzostw Europy U23 na 800 metrów i świeżo upieczona rekordzistka Szwecji – oraz Karissa Schweizer, rekordzistka świata w sztafecie 4×1500 m i była halowa rekordzistka USA na 3000 metrów.
    „Powiedziałabym, że to całkiem udany wyjazd służbowy” – żartobliwie skomentowała Schweizer.

    Gratulacje popłynęły także z oficjalnego konta zespołu z Oregonu, w którym Kazimierska trenuje od trzech lat. Polka studiuje na University of Oregon w Eugene i rozwija swoją karierę biegową w renomowanej grupie trenującej na słynnym Hayward Field. Wcześniej studiowała matematykę w Poznaniu, jednak zdecydowała się porzucić ten kierunek, by spróbować swoich sił za oceanem.

    – O wyjeździe do Stanów Zjednoczonych marzyłam właściwie zawsze, brakowało mi tylko odwagi. To była intuicja, że powinnam tam polecieć, spróbować i zaryzykować – mówiła w czerwcu w rozmowie z Eurosportem.

    Patrząc na ostatnie występy, decyzja ta przynosi spektakularne efekty.

  • Ukraiński gwiazdor nagle zaczął grozić Polakom. Padło: “Wołyń”

    Mychajło Mudryk od miesięcy pozostaje poza futbolem po skandalu, który wybuchł w grudniu 2024 roku. W organizmie ukraińskiego skrzydłowego wykryto wówczas substancję dopingującą – meldonium. Zawodnik wciąż czeka na ostateczną decyzję w swojej sprawie i nie przyznaje się do świadomego stosowania dopingu. Długa przerwa od gry nie wpływa jednak na to, że o piłkarzu Chelsea co jakiś czas znów robi się głośno. Tym razem nie z powodów sportowych, lecz za sprawą skandalicznego zachowania w sieci.

    Wielki talent i wielkie rozczarowanie

    Mudryk jeszcze kilka lat temu uchodził za jeden z największych talentów ukraińskiej piłki. Zimą 2023 roku przeniósł się z Szachtara Donieck do Chelsea za około 70 milionów euro. Londyński klub zdecydował się związać z nim długoterminowym kontraktem, licząc na dynamiczny rozwój skrzydłowego. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Forma Mudryka była daleka od oczekiwań, a wykrycie meldonium podczas kontroli antydopingowej w grudniu 2024 roku praktycznie zatrzymało jego karierę. Do dziś nie zapadł ostateczny werdykt, a piłkarz pozostaje zawieszony.

    Counter-Strike 2 zamiast boiska

    Podczas przymusowej przerwy od piłki nożnej Mudryk znalazł sobie inne zajęcie. Ukrainiec stał się bardzo aktywnym graczem Counter-Strike’a 2. Z danych serwisu faceit.com, który organizuje rankingowe rozgrywki w tej grze, wynika, że w samym ubiegłym roku rozegrał aż 616 meczów. Pojedyncze rozgrywki potrafią trwać nawet blisko godzinę, co pokazuje, jak dużo czasu zawodnik poświęca e-sportowej rywalizacji.

    Skandaliczne wpisy i nawiązania do Wołynia

    To właśnie jedna z takich internetowych rozgrywek doprowadziła do wybuchu poważnego skandalu. Mudryk trafił na rywali z Polski, a fragmenty rozmów między graczami zostały później opublikowane na platformie Twitch. Jeden z Polaków miał prowokować Ukraińca, sugerując mu powrót na piłkarskie boisko. Reakcja skrzydłowego Chelsea była jednak skrajnie nieakceptowalna.

    Mudryk zaczął zamieszczać komentarze nawiązujące do rzezi wołyńskiej oraz wydarzeń z czasów II wojny światowej. Wśród przytoczonych wypowiedzi pojawiły się m.in. hasła: „Szczęśliwy Wołyń”, „na następnej mapie zrobimy Wołyń”, „zawsze będziesz pamiętać Wołyń, żebraku”, a także „na następnej mapie rok 1939”. O sprawie poinformował polski streamer gmaikelo, który ujawnił treść wpisów.

    Potwierdzono już, że autorem komentarzy był rzeczywiście Mudryk i nikt nie podszywał się pod jego konto. Sprawa może mieć dla piłkarza konsekwencje – mówi się o możliwym czasowym zakazie gry na platformach e-sportowych. Jak dotąd zawodnik Chelsea nie zabrał publicznie głosu i nie odniósł się do całej sytuacji.

    Historyczny kontekst i oburzenie

    Wpisy Mudryka spotkały się z powszechnym oburzeniem. Rzeź wołyńska to jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w historii relacji polsko-ukraińskich. W latach 1943–1945 na Wołyniu i terenach sąsiednich doszło do czystek etnicznych, których ofiarą padła ludność polska. Historycy szacują, że zginęło wówczas nawet do 100 tysięcy Polaków. Nawiązywanie do tych wydarzeń w formie internetowych obelg zostało uznane za absolutnie skandaliczne i przekraczające wszelkie granice.

    Zamiast próbować odbudować swoją sportową reputację, Mychajło Mudryk po raz kolejny znalazł się w centrum negatywnego rozgłosu. Dla piłkarza, który jeszcze niedawno był uważany za przyszłość ukraińskiej piłki, to kolejny bolesny cios w wizerunek.

  • Skandal na oczach Nawrockiego, a teraz taka decyzja. To już definitywny koniec, PZPN potwierdza

    Skandal na oczach Nawrockiego, a teraz taka decyzja. To już definitywny koniec, PZPN potwierdza

    Definitywnie zakończyła się współpraca pomiędzy Polskim Związkiem Piłki Nożnej a kibicowskim stowarzyszeniem To My Polacy. Informację potwierdziły obie strony, a federacja przedstawiła szczegółowe uzasadnienie swojej decyzji. W komunikacie PZPN powrócił do wydarzeń z listopada, do meczu eliminacji mistrzostw świata Polska – Holandia, który – choć zakończył się remisem 1:1 – przeszedł do historii z powodów pozasportowych. Na trybunach obecny był wówczas prezydent Karol Nawrocki, na oczach którego doszło do poważnego skandalu.

    Prezydent Nawrocki w ostatnich dniach intensywnie angażuje się w życie sportowe. Już wkrótce uda się do Włoch, gdzie jako głowa państwa będzie wspierał reprezentantów Polski podczas zimowych igrzysk olimpijskich Mediolan–Cortina 2026. Wcześniej spotkał się z olimpijczykami w Centrum Olimpijskim PKOl, wygłaszając emocjonalne i motywujące przemówienie.

    – Gdyby ktoś rok temu powiedział, że zostanę prezydentem, też niewielu by w to uwierzyło. W każdej sekundzie waszego występu prezydent będzie z wami – podkreślił. – Jestem z was dumny, naród również jest z was dumny – dodał.

    Nawrocki wielokrotnie zaznaczał swoje związki ze sportem i zamiłowanie do aktywności fizycznej. Od momentu objęcia urzędu regularnie pojawia się na najważniejszych imprezach sportowych w kraju. Jednym z takich wydarzeń był listopadowy mecz reprezentacji Polski z Holandią na PGE Narodowym. To właśnie wtedy doszło do incydentu, który dziś ma swój kolejny, istotny finał.

    Ostateczna decyzja PZPN

    Na spotkanie z Holendrami stowarzyszenie To My Polacy przygotowało patriotyczną oprawę, nawiązującą do obchodów Święta Niepodległości. Ostatecznie grafika nie została zaprezentowana na stadionie – służby porządkowe zablokowały możliwość wniesienia jej na trybuny. W sprawę zaangażował się wówczas prezydent Nawrocki. Z jego inicjatywy oprawa została później wyświetlona na fasadzie Pałacu Prezydenckiego, o czym informował rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz.

    Sam prezydent tłumaczył swoją decyzję w Radiu Wnet. – Widziałem tę oprawę i nie dostrzegłem w niej nic kontrowersyjnego. Był napis „Do boju Polsko”, był orzeł w zamkniętej koronie. Trudno mi zrozumieć, dlaczego takiej patriotycznej oprawy nie pozwolono zaprezentować podczas meczu reprezentacji – mówił.

    Podkreślał również, że kibice, którzy angażują się w doping, przygotowują oprawy i finansują je z własnych środków, są integralną częścią społeczeństwa i powinni mieć możliwość manifestowania swojego przywiązania do kraju oraz drużyny narodowej.

    Zerwanie współpracy

    Tymczasem w poniedziałek media obiegła informacja o definitywnym zerwaniu współpracy pomiędzy PZPN a stowarzyszeniem To My Polacy. Jako pierwsi poinformowali o tym sami kibice.

    – Dziś o godzinie 10:30 odbyło się spotkanie z władzami PZPN dotyczące zorganizowanego dopingu na meczach barażowych. Przekazano nam, że dalsza współpraca w obecnej formie nie będzie kontynuowana – napisano w mediach społecznościowych stowarzyszenia.

    Niedługo później stanowisko potwierdził Polski Związek Piłki Nożnej w oficjalnym komunikacie. – Informujemy, że współpraca ze Stowarzyszeniem „To My Polacy” została definitywnie zakończona. Przedstawiciele organizacji zostali o tym poinformowani podczas spotkania z wiceprezesem PZPN Adamem Kaźmierczakiem w siedzibie federacji – czytamy.

    Federacja jasno wskazała przyczyny tej decyzji. Jak podkreślono, była ona konsekwencją „skandalicznych i niebezpiecznych wydarzeń”, do których doszło podczas meczu Polska – Holandia 14 listopada 2025 roku. Chodziło o złamanie regulaminu i użycie środków pirotechnicznych przez grupę kibiców. Część odpalonych rac spadła na murawę, bezpośrednio zagrażając zdrowiu i życiu uczestników spotkania.

    – Takie zachowania są absolutnie niedopuszczalne. Mecze reprezentacji narodowej powinny być świętem futbolu – bezpiecznym i przyjaznym dla wszystkich. Incydenty tego typu niosą ogromne ryzyko: od zagrożenia bezpieczeństwa, przez straty wizerunkowe, aż po realne niebezpieczeństwo utraty prawa do gry przy publiczności. Nie możemy na to pozwolić – podkreślił Adam Kaźmierczak.

    – Reprezentacja Polski zasługuje na doping, który jednoczy, a nie dzieli – podsumował wiceprezes PZPN ds. organizacyjno-finansowych.

  • To dlatego tak naprawdę Aleksandra Mirosław kończy karierę. Mąż ujawnia

    To dlatego tak naprawdę Aleksandra Mirosław kończy karierę. Mąż ujawnia

    Oto pełna, mnno będzie ostatni rozdział w niezwykłej sportowej historii Aleksandry Mirosław. Mistrzyni olimpijska i rekordzistka świata we wspinaczce na czas zapowiedziała, że sezon 2026 będzie jej finałowym w zawodowej karierze. Decyzja zapadła świadomie, bez presji okoliczności i bez cienia przypadku. Głos w tej sprawie zabrał również jej mąż i trener, Mateusz Mirosław, który jasno tłumaczy, co naprawdę stoi za tym wyborem – i nie pozostawia miejsca na spekulacje.

    Informacja pojawiła się nagle i dla wielu była kompletnym zaskoczeniem. We wtorek, 2 lutego, dokładnie w dniu swoich 32. urodzin, Aleksandra Mirosław ogłosiła publicznie, że kończy sportową karierę. Jak podkreśliła, bieżący sezon będzie jej ostatnim występem na arenie międzynarodowej.

    „Myśl o tym pojawiła się w moim sercu wiele lat temu i z czasem coraz bardziej dojrzewała. Od dawna wiedziałam, jak chcę pożegnać się ze sportem – na szczycie, na własnych zasadach, po swojemu. Dziś, gdy kończę 32 lata, wiem, że to właściwy moment” – przekazała w mediach społecznościowych.

    Mirosław zaznaczyła, że przed nią jeszcze kilka ważnych startów, które symbolicznie zamkną ten etap życia. Choć przestanie rywalizować na najwyższym poziomie, sport nadal pozostanie istotną częścią jej tożsamości. Zmieni się jedynie rola, jaką będzie w nim odgrywać.

    Decyzja ta oznacza również, że Polka nie stanie do obrony złotego medalu podczas letnich igrzysk olimpijskich w Los Angeles w 2028 roku. Pożegnanie z kibicami nastąpi znacznie wcześniej i będzie miało wyjątkowy charakter. Jednym z najbardziej symbolicznych momentów mają być zawody Pucharu Świata w Krakowie, zaplanowane na 3–5 lipca. Ostatnim wielkim międzynarodowym akcentem w karierze Mirosław będą mistrzostwa Europy we francuskim Laval, które odbędą się pod koniec sierpnia 2026 roku.

    Po ogłoszeniu decyzji głos zabrał Mateusz Mirosław – mąż Aleksandry i jednocześnie trener, z którym od lat tworzy jeden z najbardziej niezwykłych duetów w polskim sporcie. W rozmowie z „Przeglądem Sportowym” Onet podkreślił, że zakończenie kariery nie ma absolutnie nic wspólnego z problemami zdrowotnymi.

    Jak zaznaczył, była to decyzja przemyślana i planowana od dawna. Świadomość zbliżającego się końca dawała im obojgu niezwykłą klarowność w codziennej pracy. Każdy trening, każdy start i każdy etap przygotowań miał szczególne znaczenie.

    – Wiedzieliśmy, że ta droga dobiega końca. To sprawiało, że z każdego momentu wyciskaliśmy maksimum. Nie chcieliśmy zostawić ani jednej niewykorzystanej szansy. Ola przez całą karierę była profesjonalistką w najpełniejszym znaczeniu tego słowa – odpowiedzialną, świadomą swoich wyborów i konsekwentną. Taką samą dojrzałość widać w tej decyzji – tłumaczy Mateusz Mirosław.

    Jak podkreśla, w sporcie bardzo często to kontuzje, ograniczenia fizyczne lub zewnętrzne okoliczności decydują o zakończeniu kariery. W tym przypadku jest inaczej. Aleksandra Mirosław odchodzi dokładnie wtedy, kiedy sama tego chce – jako spełniona zawodniczka, w zgodzie ze swoimi wartościami i poczuciem sensu.

    Dla Mateusza Mirosława ta droga była czymś znacznie więcej niż tylko wspólną pracą sportową. Wyraża ogromną wdzięczność nie tylko za medale i rekordy, ale przede wszystkim za doświadczenie codziennego obcowania z determinacją, odwagą i nieustępliwością na najwyższym poziomie.

    – Do końca życia będę wdzięczny za to, że mogłem być trenerem tak wybitnej sportsmenki, a jednocześnie tak autentycznego i dobrego człowieka. Najcenniejsze nie są dla mnie wyniki czy trofea, lecz świadomość, czym jest odwaga doprowadzona do samego końca – podsumowuje.

    Historia Aleksandry i Mateusza Mirosławów zaczęła się w 2014 roku. Poznali się przy okazji projektu poświęconego lubelskim sportowcom. Z czasem wspólne rozmowy przerodziły się w relację prywatną, a następnie – trochę przez przypadek – także we współpracę treningową. To właśnie wtedy narodził się duet, który zrewolucjonizował światową wspinaczkę na czas.

    – Ola zrobiła ze mnie prawdziwego trenera, a ja pomogłem jej stać się zawodniczką światowej klasy – wspominał Mateusz Mirosław w jednej z rozmów z PAP.

    Dziś oboje wiedzą, że ta droga zmierza ku końcowi. Ale sposób, w jaki Aleksandra Mirosław żegna się ze sportem, tylko potwierdza jej wyjątkową pozycję – nie tylko jako mistrzyni, lecz także jako świadomej, dojrzałej i odważnej postaci polskiego sportu.

  • A jednak, Rybakina przed Świątek. Polka spadła na trzecie miejsce

    A jednak, Rybakina przed Świątek. Polka spadła na trzecie miejsce

    Jelena Rybakina zakończyła sezon 2025 w wymarzonym stylu, triumfując w WTA Finals, a nowy, 2026 rok rozpoczęła jeszcze mocniejszym akcentem – zwycięstwem w Australian Open. Kazaszka w ostatnich miesiącach wyraźnie wyrosła na największe zagrożenie dla dominacji Aryny Sabalenki, a jej pozycja w kobiecym tenisie zaczyna być nawet silniejsza niż Igi Świątek. Coraz wyraźniej widać to nie tylko w klasycznym rankingu WTA, ale także w zestawieniach opartych na sile gry. Według rankingu ELO prowadzonego przez TennisAbstract, Rybakina właśnie wyprzedziła Polkę, która spadła na trzecie miejsce.

    Od 2022 roku Iga Świątek zbudowała w kobiecym tourze pozycję niemal niepodważalną. Przez długi czas jedyną tenisistką, która była w stanie regularnie rzucać jej wyzwanie, pozostawała Aryna Sabalenka. W ostatnich miesiącach układ sił zaczął się jednak zmieniać. Polka stopniowo traci dystans do Białorusinki, a na horyzoncie pojawiła się nowa, niezwykle groźna rywalka.

    Kandydatek do rozbicia hegemonii duetu Świątek–Sabalenka było wiele. Przez lata najczęściej wskazywano Coco Gauff, jednak Amerykanka nie potrafiła utrzymać wysokiej formy przez dłuższy czas. Tymczasem Jelena Rybakina w ostatnich miesiącach imponuje regularnością, stabilnością i skutecznością na największych turniejach.

    Kaszazka w ostatniej chwili wywalczyła awans do WTA Finals 2025, a następnie wykorzystała swoją szansę w pełni, sięgając po tytuł i pokonując w finale Arynę Sabalenkę. Znakomitą dyspozycję przeniosła na początek nowego sezonu. Podczas Australian Open 2026 straciła zaledwie jednego seta, a w decydującym meczu ponownie okazała się lepsza od Sabalenki.

    Triumf w Melbourne przyniósł Rybakinie ogromne korzyści rankingowe. Awansowała na trzecie miejsce w klasyfikacji WTA, wracając tym samym na najwyższą pozycję w karierze. Jej strata do drugiej Igi Świątek stopniała do mniej niż 400 punktów, co sprawia, że w najbliższych tygodniach kolejność w czołówce może ulec dalszym zmianom.

    Już teraz Rybakina wyprzedziła Polkę w rankingu ELO, który ma na celu jak najdokładniejsze odzwierciedlenie aktualnej siły gry. W zestawieniu TennisAbstract liderką pozostaje Aryna Sabalenka z dorobkiem 2224,6 punktu. Za jej plecami doszło jednak do przetasowania – Jelena Rybakina zgromadziła 2170,1 punktu i wskoczyła na drugie miejsce, spychając Igę Świątek na trzecią lokatę z wynikiem 2119,7. Tuż za Polką znajduje się Coco Gauff, która jako ostatnia z tenisistek w ścisłej czołówce przekroczyła granicę 2100 punktów.

    Wszystko wskazuje na to, że rywalizacja w kobiecym tenisie wchodzi w nową fazę, a walka o dominację w 2026 roku może być bardziej otwarta i zacięta niż kiedykolwiek wcześniej.

  • Nawrocki daje przykład. Skończył się czas pogardy

    Polska piłka po latach wstydu. Czas na zwrot mentalny

    W historiografii mówiliśmy o „zwrocie ludowym”, w polityce – o „zwrocie populistycznym”. Być może właśnie teraz nadchodzi moment, by podobną rewolucję przeprowadzić w polskim futbolu. Po dekadach ironii, znużenia i otwartej pogardy wobec rodzimej piłki pojawia się realna szansa, by spojrzeć na nią inaczej – nie z zażenowaniem, lecz z autentycznym zainteresowaniem, a nawet podziwem.

    Gdy w sierpniu na meczu Lechii Gdańsk z Motorem Lublin, w samym sercu młyna miejscowych kibiców, pojawił się prezydent Karol Nawrocki, informacja ta obiegła kraj w błyskawicznym tempie. Pisały o niej nie tylko redakcje sportowe, ale również media ogólnopolskie. Sympatycy obozu rządzącego reagowali często z pogardą, przywołując komentarz byłego piłkarza i menedżera Roberta Lewandowskiego, Cezarego Kucharskiego: „Kibolem był i będzie”. Jednak ci, którzy nie patrzą na świat przez ideologiczne klapki, mogli zadać sobie inne pytanie: skoro głowa państwa z taką swobodą i sympatią pojawia się na stadionie Ekstraklasy, to może jednak polski futbol nie jest już wyłącznie synonimem prowincjonalności i chaosu?

    Fenomen, którego Europa nie ignoruje

    Choć polskie kluby wciąż nie potrafią przebić się do fazy ligowej Ligi Mistrzów, a Liga Europy pozostaje marzeniem raczej niż standardem, zmienia się jedno: sposób, w jaki kibice postrzegają Ekstraklasę. Coraz rzadziej funkcjonuje ona jako „brzydka panna bez posagu”, a coraz częściej jako produkt, który – mimo sportowych ograniczeń – ma swoje atuty. I to niemałe.

    W skali kontynentu Polska staje się zjawiskiem osobnym. Sportowo pozostajemy w dolnych rejonach europejskiej średniej, ale pod względem infrastruktury i zainteresowania kibiców jesteśmy już o krok od elity. Potwierdzają to twarde dane zawarte w raporcie UEFA podsumowującym sezon 2024/25.

    Pod względem średniej frekwencji na meczach najwyższej klasy rozgrywkowej Polska zajmuje dziewiąte miejsce w Europie. Przed nami są wyłącznie futbolowe potęgi lub kraje o silnie zakorzenionej kulturze stadionowej: Anglia, Niemcy, Włochy, Hiszpania, Francja, Turcja, a także Holandia i Szkocja. Co więcej, Ekstraklasa znalazła się w gronie trzydziestu lig, które zanotowały wzrost frekwencji – w naszym przypadku o 7 procent – oraz wśród siedmiu, które osiągnęły najwyższy poziom zainteresowania kibiców od ponad dwóch dekad.

    Jeszcze bardziej imponująco wygląda zestawienie obejmujące wszystkie krajowe rozgrywki: od Ekstraklasy, przez niższe ligi, Puchar Polski, aż po mecze europejskie. W takim ujęciu Polska plasuje się na ósmym miejscu w Europie, wyprzedzając nawet Turcję i Szkocję. UEFA zwróciła uwagę na jeden szczególny przypadek: spotkanie Ruchu Chorzów z Wisłą Kraków było jedynym meczem sezonu zasadniczego poza drugą Bundesligą, który przyciągnął na trybuny ponad 50 tysięcy widzów.

    Stadionowa rewolucja bez wielkiej imprezy

    Jeszcze wyżej Polska wypada w kategorii infrastruktury. UEFA ocenia nas pod tym względem jako czwarty kraj w Europie, jeśli chodzi o liczbę nowych inwestycji stadionowych z ostatniej dekady. Więcej modernizacji przeprowadzono jedynie w Turcji, Niemczech i Anglii – czyli w państwach, które przygotowują się lub niedawno przygotowywały do organizacji wielkich turniejów reprezentacyjnych.

    Polska jest tu wyjątkiem. Modernizacja stadionów odbywa się bez presji wielkiej imprezy, bez Euro na horyzoncie. Co istotne, raport nie uwzględnia obiektów wybudowanych na Euro 2012 – mowa wyłącznie o nowych projektach i przebudowach z ostatnich dziesięciu lat. To dowód na długofalowe, a nie jednorazowe myślenie o futbolowej infrastrukturze.

    Telewizja, pieniądze i wiara inwestorów

    Rosnące zainteresowanie trybunami ma swoje naturalne przełożenie na rynek praw telewizyjnych. Choć do absolutnej europejskiej czołówki wciąż nam daleko, Polska znajduje się już w „przedsionku elity”. Co ważne – w przeciwieństwie do Anglii czy Hiszpanii, gdzie wzrost wartości praw ledwo nadąża za inflacją, oraz Niemiec, Włoch i Francji, gdzie wpływy wręcz maleją, w Polsce rynek dynamicznie się rozwija. Ostatnia umowa oznacza wzrost o około 30 procent.

    Pod względem przychodów z praw telewizyjnych wyprzedzamy kraje znacznie bogatsze – takie jak Dania, Norwegia czy Szwecja. Nawet Czechy, które sportowo radzą sobie w Europie lepiej i zajmują wyższe miejsce w rankingu UEFA, zarabiają na swojej lidze ponad cztery razy mniej niż Ekstraklasa.

    To wszystko sprawiło, że w trwałość tego trendu uwierzyli właściciele klubów. Na rynku pojawili się nowi inwestorzy, a dotychczasowi zaczęli wydawać pieniądze z większą odwagą. Raport UEFA dotyczący transferów w 2025 roku przynosi liczbę, która może szokować: wzrost wartości transferów w Ekstraklasie rok do roku wyniósł aż 304 procent. Oczywiście w ujęciu bezwzględnym wciąż mówimy o relatywnie skromnych kwotach – średnio 300 tysięcy euro, a przy samych transferach gotówkowych około 600 tysięcy – ale dynamika jest nie do zignorowania.

    Koniec „czasu pogardy”

    Wszystko to prowadzi do jednego wniosku: narracja o Ekstraklasie jako lidze, w której „piłkarze kopią się po czołach”, coraz bardziej rozmija się z rzeczywistością. Wzrost nakładów, infrastruktury i zainteresowania kibiców musi – prędzej czy później – przełożyć się na wyniki sportowe w Europie. Zresztą pierwsze symptomy już widać w systematycznie poprawiającej się pozycji Polski w rankingu UEFA.

    Jeśli nasze kluby zaczną w końcu regularnie zarabiać poważne pieniądze w Lidze Mistrzów lub Lidze Europy, dystans do europejskiej czołówki znacząco się skróci. Być może wtedy UEFA przestanie wspominać Polskę wyłącznie w tabelach i raportach, a rodzima liga odzyska serca tych kibiców, którzy dziś emocjonalnie żyją Realem Madryt, Barceloną czy Manchesterem City.

    Podobny proces obserwowaliśmy już w innych sferach. W historiografii popularność zdobyły książki pisane z perspektywy pogardzanego przez lata chłopstwa, jak „Ludowa historia Polski” czy „Pańszczyzna”. W polityce partie głównego nurtu, choć oficjalnie walczą z populizmem, przejmują postulaty dawniej kojarzone z AfD, Zgromadzeniem Narodowym czy Konfederacją – od migracji po tempo transformacji energetycznej.

    Jeśli podobna rewolucja mentalna dokona się w polskiej piłce, możemy wreszcie odkryć, że mamy coś, czym naprawdę warto się zachwycać.

  • Aleksandra Mirosław ogłosiła to ze łzami w oczach. To koniec!

    Aleksandra Mirosław ogłosiła to ze łzami w oczach. To koniec!

    Aleksandra Mirosław, mistrzyni olimpijska we wspinaczce sportowej z Paryża i rekordzistka świata we wspinaniu na czas, ogłosiła, że sezon 2026 będzie jej ostatnim w zawodowej karierze. Decyzję przekazała dokładnie w dniu swoich 32. urodzin.

    Przez lata Mirosław była postacią absolutnie dominującą w swojej konkurencji. Najpierw samotnie, a później wspólnie z siostrami Kałuckimi – Natalią i Aleksandrą – wyznaczała światowe standardy, regularnie rywalizując o najwyższe cele głównie z zawodniczkami z Azji. Kulminacją jej kariery były igrzyska olimpijskie w Paryżu w 2024 roku, gdzie jako jedyna reprezentantka Polski sięgnęła po złoty medal. Co więcej, dokonała tego w rekordowym stylu, ustanawiając nowy rekord świata – 6,06 sekundy.

    Ten wynik długo jednak nie przetrwał. Już w 2025 roku, podczas mistrzostw świata w Seulu, Mirosław ponownie przesunęła granice możliwości, poprawiając własny rekord na 6,03 sekundy. Gdy wydawało się, że wciąż znajduje się na sportowym szczycie, w poniedziałek poinformowała, że nadchodzący sezon będzie jej pożegnaniem z profesjonalnym sportem.

    „Dziś są moje 32. urodziny. To dla mnie zawsze moment refleksji. Chciałabym powiedzieć Wam coś ważnego. Sezon 2026 będzie moim ostatnim sezonem w zawodowej karierze. Więcej informacji znajdziecie w filmie poniżej. Dziękuję Wam za te lata wsparcia i… zapraszam do ostatniego tańca” – napisała Mirosław w serwisie X, dołączając nagranie wideo.

    W emocjonalnym wystąpieniu przyznała, że myśl o zakończeniu kariery towarzyszyła jej od dawna. – Ta idea pojawiła się we mnie wiele lat temu i bardzo długo dojrzewała. Wiedziałam, w jaki sposób chcę odejść ze świata sportu w tej roli. Na topie, na moich warunkach, po swojemu. I dziś ten dzień nadszedł – mówiła łamiącym się głosem. Zaznaczyła przy tym, że sport nie zniknie z jej życia, choć jej rola w nim ulegnie zmianie. – O tej historii opowiem innym razem – dodała.

    Mirosław zaprosiła również kibiców do wspólnego przeżycia ostatniego etapu kariery. Szczególne miejsce w tym pożegnaniu zajmie Kraków. – Chciałabym zaprosić was do tego ostatniego rozdziału. W szczególności do Krakowa, w pierwszy weekend lipca, gdzie po raz ostatni… – w tym momencie musiała przerwać wypowiedź, wyraźnie wzruszona. Po chwili kontynuowała: – Gdzie po raz ostatni wystartuję w Pucharze Świata. Nie wiem, jak zakończy się ten etap. Zrobię wszystko, by zakończyć go najlepiej, jak potrafię. Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas. Dziś chcę wam po prostu podziękować i zaprosić do ostatniego wspólnego tańca – zakończyła ze łzami w oczach.

    Sezon 2026 będzie dla Aleksandry Mirosław wyjątkowy także pod względem sportowym. Najważniejszą imprezą będą mistrzostwa Europy, a polscy kibice będą mieli okazję pożegnać mistrzynię podczas zawodów Pucharu Świata w Krakowie, zaplanowanych na dni 3–5 lipca. Rywalizacja we wspinaniu na czas rozpocznie się natomiast pod koniec marca – pierwsze zawody sezonu odbędą się w dniach 28–31 marca w Madrycie.