Category: Uncategorized

  • Świątek i Ruud grali do końca! Niesamowity mecz w półfinale US Open

    Świątek i Ruud grali do końca! Niesamowity mecz w półfinale US Open

    Ależ to były przeżycia! Iga Świątek i Casper Ruud w półfinale miksta US Open przeżyli prawdziwą huśtawkę nastrojów. Polsko-norweski duet był o krok od porażki – najpierw dwa gemy dzieliły ich od przegranej w dwóch setach, a potem zaledwie dwa punkty od odpadnięcia w trzech partiach. Jednak pokazali ogromny charakter i wolę walki, zwyciężając Jessicę Pegulę oraz Jacka Drapera 3:5, 5:3, 10-8.

    Dla obojga tenisistów US Open ma wyjątkowe znaczenie – to właśnie tutaj osiągnęli swoje najlepsze rezultaty w singlu. W 2022 roku Świątek sięgnęła po triumf w turnieju, a Ruud dotarł aż do finału. Teraz wspólnie zagrają w decydującym starciu o tytuł w mikście.

    Zmęczenie Polki i wsparcie Ruuda

    Świątek do gry mieszanej przystąpiła niemal bez chwili wytchnienia. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej cieszyła się z wygranej w Cincinnati, a już następnego dnia przeniosła się do Nowego Jorku, gdzie w parze z Ruudem rozegrała dwa mecze jednego popołudnia. Nic dziwnego, że Norweg w początkowych spotkaniach starał się brać na siebie jak najwięcej obowiązków. Z czasem jednak liderka rankingu coraz mocniej dochodziła do głosu. W półfinale jednak oboje mieli trudne momenty i potrzebowali cierpliwości, by złapać właściwy rytm.

    Wcześniej ich droga do półfinału wyglądała bardzo pewnie. Pokonali kolejno Madison Keys i Francesa Tiafoe 4:1, 4:2, a następnie Caty McNally i Lorenzo Musettiego w identycznym stosunku. Jednak Pegula i Draper, najwyżej rozstawiona para w turnieju (rozstawienie ustalano na podstawie rankingów singlowych), od początku postawili znacznie twardsze warunki.

    Pegula błyszczała, Draper imponował serwisem

    Pegula, znana z sukcesów w deblu i mikście, imponowała stabilnością i doświadczeniem, co komentatorzy Eurosportu podkreślali określeniami „skała” czy „można się jej przestraszyć”. Draper z kolei nadrabiał brak ogrania mocnym serwisem, przez długi czas utrzymując wysoki poziom. Świątek i Ruud mieli natomiast sporo problemów przy własnym podaniu, co dało się zauważyć zwłaszcza w pierwszej partii.

    Choć udało im się odrobić pierwsze przełamanie, przy stanie 3:3 ponownie stracili podanie. W końcówce Ruud nie wytrzymał napięcia i zagrał w siatkę, co przesądziło o losach seta.

    Powroty, które przesądziły o finale

    W drugim secie historia niemal się powtórzyła – strata serwisu na początku meczu mogła ich pogrążyć, ale znów pokazali charakter i szybko odrobili straty. Z czasem przejęli inicjatywę, a mimo że nie wykorzystali trzech piłek setowych przy 3:2, w końcu zamknęli partię w ósmym gemie.

    Najwięcej emocji przyniósł jednak super tie-break. Świątek i Ruud przegrywali już 0:3, potem 4:8, a dodatkowo Polka popełniała podwójne błędy serwisowe. Mimo to oboje pokazali niesamowitą wolę walki, zdobyli sześć punktów z rzędu i ostatecznie to Świątek przypieczętowała awans decydującym uderzeniem.

    Doświadczenie Świątek w grze podwójnej

    Choć Polka rzadko występuje w deblu, ma już za sobą finał Roland Garros w tej konkurencji (z Bethanie Mattek-Sands w 2019 roku). Kilkakrotnie próbowała też swoich sił w mikście – m.in. w Australian Open z Łukaszem Kubotem, a także podczas igrzysk w Tokio. Ostatnio grała w tej formule w United Cup, gdzie miała okazję mierzyć się… właśnie z Ruudem, z którym teraz tworzy skuteczny duet.

    Rywali w finale wyłoni mecz broniących tytułu Włochów, Sary Errani i Andrei Vavassoriego, z Amerykanami Danielle Collins i Christianem Harrisonem. Spotkanie o mistrzostwo odbędzie się tuż po zakończeniu tego półfinału.

  • Co za sukces Polki. Wygrała Diamentową Ligę pierwszy raz w karierze!

    Co za sukces Polki. Wygrała Diamentową Ligę pierwszy raz w karierze!

    Zawody Diamentowej Ligi w Lozannie zapisały się w historii jako jedne z najbardziej nietypowych w ostatnich latach. Wszystko za sprawą potężnej ulewy, która spadła na Stade Olympique de la Pontaise i całkowicie odmieniła przebieg rywalizacji. Deszcz zalał bieżnię i rozbieg, a organizatorzy przez długi czas walczyli o to, by zawody w ogóle mogły się odbyć. Walka z wodą na stadionie przypominała wręcz syzyfową pracę – gdy tylko udało się osuszyć fragment nawierzchni, kolejne opady ponownie zalewały płytę obiektu. Komentatorzy i kibice zastanawiali się, czy program uda się dokończyć, a zawodnicy musieli zmierzyć się z ekstremalnie trudnymi warunkami.

    Ostatecznie wszystkie konkurencje udało się rozegrać, ale rezultaty wielu z nich były dalekie od najlepszych osiągnięć sezonu. Szczególnie dużo emocji wzbudził konkurs skoku wzwyż kobiet, w którym doszło do niespotykanego rozstrzygnięcia. Na najwyższym stopniu podium znalazły się aż trzy zawodniczki – Polka Maria Żodzik, Niemka Christina Honsel oraz Australijka Nicola Olyslagers. Wszystkie trzy skoczyły 1,91 m bez żadnego strącenia, jednak przy kolejnej próbie – 1,94 m – żadnej nie udało się zaliczyć.

    W normalnych warunkach sędziowie zaproponowaliby dogrywkę, aby wyłonić jedną zwyciężczynię. Tym razem jednak żadna z zawodniczek nie zdecydowała się na dodatkowe podejścia, ponieważ śliska nawierzchnia stwarzała realne zagrożenie kontuzją. Zawody zakończyły się więc w wyjątkowy sposób – trzy triumfatorki stanęły obok siebie na najwyższym stopniu podium. Dla Marii Żodzik był to moment szczególny, bo po raz pierwszy w karierze zwyciężyła w prestiżowych zawodach Diamentowej Ligi.

    Warto podkreślić, że cykl Diamentowej Ligi uznawany jest za lekkoatletyczny odpowiednik piłkarskiej Ligi Mistrzów. Rywalizują w nim największe gwiazdy sportu, a same starty stanowią ogromne wyróżnienie. Triumf w tych zawodach to wydarzenie, o którym marzy niemal każdy lekkoatleta. Od 2022 roku do kalendarza cyklu należy również Memoriał Kamili Skolimowskiej rozgrywany w Chorzowie, co jeszcze mocniej podkreśla prestiż całej serii.

    Zwycięstwo Żodzik w Lozannie ma też historyczne znaczenie. Jak poinformował profil Athletics News, Polka została siedemnastym reprezentantem polskiej lekkoatletyki, który odniósł triumf w zawodach Diamentowej Ligi. To osiągnięcie, które stawia ją w gronie najlepszych i otwiera nowy rozdział w jej karierze.

    Chociaż ulewa sprawiła, że rywalizacja w Lozannie była daleka od ideału, to właśnie ten niezwykły konkurs skoku wzwyż zapamiętamy na długo. Deszcz, dramatyczne warunki, a na końcu trzy uśmiechnięte zawodniczki dzielące zwycięstwo – tak narodziła się jedna z najpiękniejszych historii tegorocznej Diamentowej Ligi, z Polką Marią Żodzik w roli głównej.

  • Oto co zrobiła rywalka po triumfie Świątek. Od razu na nią ruszyli

    Oto co zrobiła rywalka po triumfie Świątek. Od razu na nią ruszyli

    Różnice w wynagrodzeniach pomiędzy tenisistami a tenisistkami to temat, który powraca regularnie i niezmiennie budzi wiele emocji w środowisku sportowym. Sprawa odżyła ze zdwojoną siłą po triumfie Igi Świątek w turnieju Cincinnati Open. Choć Polka sięgnęła po trofeum w znakomitym stylu, szybko okazało się, że jej nagroda finansowa będzie znacznie niższa niż ta, którą otrzymał zwycięzca męskiej edycji imprezy, Carlos Alcaraz. Ta dysproporcja stała się początkiem burzliwej debaty, do której nieoczekiwanie dołączyła niemiecka tenisistka Eva Lys. Jej reakcja podzieliła kibiców – jedni pochwalili ją za odwagę, inni skrytykowali za wywołanie dodatkowego zamieszania.

    Tenis i kwestia równości płac

    Od wielu lat tenis uchodzi za jedną z nielicznych dyscyplin sportowych, w których udało się wypracować względnie sprawiedliwe zasady finansowe. Najlepszym przykładem są turnieje wielkoszlemowe – tam już od kilkunastu lat obowiązuje zasada równego podziału nagród: kobiety i mężczyźni otrzymują identyczne premie za takie same wyniki sportowe. Dzięki temu tenis bywa przedstawiany jako modelowy przykład równości płci w sporcie zawodowym.

    Nie wszystkie turnieje jednak stosują podobne rozwiązania. Cincinnati Open wciąż dzieli pulę nagród nierówno, znacznie bardziej premiując tenisistów. W praktyce oznacza to, że za zwycięstwo w turnieju Iga Świątek otrzymała 752 275 dolarów, podczas gdy Carlos Alcaraz wzbogacił się aż o 1 124 380 dolarów. Różnica przekraczająca 370 tys. dolarów nie mogła przejść bez echa, zwłaszcza że oboje rywalizowali w tym samym miejscu, przez ten sam czas i w identycznym formacie meczowym – do dwóch wygranych setów.

    Włoski dziennikarz dolewa oliwy do ognia

    Dyskusja nabrała tempa we wtorek, gdy włoski dziennikarz tenisowy Luigi Gatto w ostrych słowach skomentował sytuację. Na portalu „X” zestawił nagrody Świątek i Alcaraza, podkreślając, że oboje „grali na tych samych obiektach przez dwanaście dni, w tym samym systemie, a mimo to nie zarobią tyle samo”. Jego wpis wywołał falę komentarzy i ożywioną dyskusję w mediach społecznościowych.

    Na te słowa zwróciła uwagę także Eva Lys, obecnie 60. zawodniczka rankingu WTA. Niemka udostępniła wpis Gatto na Instagramie, czym błyskawicznie włączyła się do gorącej debaty.

    Burzliwa reakcja kibiców i odpowiedź Lys

    Jak się szybko okazało, Lys nie spodziewała się tak gwałtownego odzewu. Jej aktywność spotkała się z lawiną komentarzy, w większości krytycznych, głównie ze strony męskich kibiców. Sama zawodniczka postanowiła skomentować całą sytuację, publikując kolejne zdjęcie na Instagramie, na którym miała skonsternowaną minę. Podpisała je wymownie: „To takie zabawne (i przejmujące), jak wielu mężczyzn wkurzyło się przez moje ostatnie story”.

    Wpis ten tylko dolał oliwy do ognia i sprawił, że niemiecka tenisistka znalazła się w centrum internetow (more…)

  • Nieprawdziwy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej. Historia tenisa zafałszowana

    Nieprawdziwy” Wielki Szlem ze Świątek w roli głównej. Historia tenisa zafałszowana

    „Nieprawdziwy” Wielki Szlem? Historia pokazuje coś innego

    Jeszcze przed rozpoczęciem tegorocznych zmagań miksta na US Open pojawiła się fala krytyki pod adresem organizatorów. Wszystko za sprawą nowej formuły, która diametralnie różni się od dotychczasowych zasad. Pojawiły się nawet głosy, że mamy do czynienia z „fałszywym Wielkim Szlemem”. Gdyby jednak konsekwentnie stosować taką logikę, należałoby podważyć ogromną część dotychczasowej historii tenisa, a wielu wielkich mistrzów należałoby oznaczyć gwiazdką z adnotacją: „nieprawdziwy triumfator”.

    Mikst w nowym wydaniu

    Turniej mieszany w Nowym Jorku zyskał w tym roku zupełnie nowe oblicze. Do rywalizacji zaproszono jedynie 16 par, a mecze odbywają się jeszcze przed rozpoczęciem głównej rywalizacji singlowej kobiet i mężczyzn. Wcześniej miksty były rozgrywane równolegle z turniejami singlowymi i deblowymi, przez co pozostawały w cieniu i rzadko przyciągały najlepszych graczy.

    Organizatorzy chcieli to zmienić. Podnieśli pulę nagród z 200 tys. dolarów do miliona i zaprosili do udziału czołówkę światowego tenisa, wybierając uczestników na podstawie rankingów singlowych. Efekt? Tłumy kibiców na trybunach – czego mikst dawno nie widział.

    „To już nie Wielki Szlem”

    Nie wszystkim jednak spodobały się te zmiany. Najbardziej rozczarowani byli ci zawodnicy i zawodniczki, którzy od lat specjalizują się w grze mieszanej. – Nie nazywajmy tego Wielkim Szlemem. To odejście od tradycji i historii. Do tej pory zwycięstwo w mikście wymagało rywalizacji przez tydzień czy półtora, a teraz wystarczy dwa dni i mecze do czterech gemów. To obniża rangę całego wydarzenia – mówił Jan Zieliński, dwukrotny triumfator wielkoszlemowych mikstów, w rozmowie ze Sport.pl.

    Podobne opinie pojawiły się także wśród innych graczy i kibiców.

    Spór o „prawdziwych mistrzów”

    Zastrzeżenia specjalistów od miksta są zrozumiałe, ale patrząc w przeszłość można by dojść do wniosku, że cała historia tenisa jest w pewnym sensie „sfałszowana”. W przeszłości wielu najwybitniejszych tenisistów nie mogło startować w turniejach wielkoszlemowych z powodu przepisów dzielących sportowców na amatorów i zawodowców.

    Mało kto dziś pamięta, że na początku XX wieku w kalendarzu znajdowało się nie cztery, ale aż siedem turniejów wielkoszlemowych. Wielu mistrzów, których dziś wspominamy, nigdy nie miało szans walczyć w całym cyklu.

    Lenglen, Richards i narodziny „zawodowego” Szlema

    Przykład? Suzanne Lenglen – sześciokrotna triumfatorka Wimbledonu i złota medalistka olimpijska – już w 1926 roku przeszła na zawodowstwo, podpisując kontrakt na lukratywne tournée po Stanach Zjednoczonych. Zyskała majątek, ale straciła możliwość dalszych występów w turniejach amatorskich, które do dziś uznaje się za „wielkoszlemowe”.

    Podobny los spotkał Vincenta Richardsa, złotego medalistę olimpijskiego i pięciokrotnego zwycięzcę Pucharu Davisa. W 1927 roku triumfował on w pierwszych mistrzostwach USA zawodowców. Kilka lat później powstały też odpowiedniki Roland Garros i Wimbledonu dla profesjonalistów, które zaczęto nazywać „zawodowym Wielkim Szlemem”.

    W tym gronie znaleźli się także Bill Tilden, Ellsworth Vines, Don Budge czy Fred Perry – wszyscy oni już w młodym wieku porzucali tenis amatorski, by kontynuować kariery w gronie profesjonalistów.

    Gwiazdy wykluczone z historii

    Lista takich przykładów jest długa. Bobby Riggs, Pancho Gonzalez, Ken Rosewall czy Rod Laver – wszyscy oni przez lata nie mogli rywalizować w „prawdziwych” Szlemach. Niektórzy, jak Laver, zdążyli nawet dwukrotnie skompletować wszystkie cztery tytuły – pierwszy raz jako amator, drugi raz już w erze Open, gdy zniesiono sztuczny podział.

    Ken Rosewall wygrał łącznie 23 wielkoszlemowe turnieje, ale aż 15 z nich w gronie zawodowców – dlatego dziś w oficjalnych statystykach mówi się tylko o ośmiu.

    Gdyby dziś zabrakło Djokovicia czy Federera…

    Historia pokazuje, że przez dziesięciolecia ogromna liczba tytułów i wielkich osiągnięć została w praktyce „wymazana”, bo rozgrywały się poza oficjalnym kalendarzem. A przecież ci zawodnicy byli odpowiednikami dzisiejszych Novaka Djokovicia, Rogera Federera czy Rafaela Nadala.

    Czy bylibyśmy w stanie wyobrazić sobie historię tenisa ostatnich 25 lat bez któregoś z nich? Tak właśnie wyglądała rzeczywistość w pierwszej połowie XX wieku. Dlatego podważanie wartości obecnego miksta jako „nieprawdziwego Szlema” wydaje się być zbyt dużym uproszczeniem.

  • Sukces Świątek w cieniu wielkiej burzy. Tak potraktowano drugą rakietę świata

    Sukces Świątek w cieniu wielkiej burzy. Tak potraktowano drugą rakietę świata

    Iga Świątek zameldowała się już w półfinale miksta podczas US Open, jednak sam turniej wzbudza sporo kontrowersji ze względu na nową formułę. Głos w sprawie zabrała nawet Amerykanka Jessica Pegula, otwarcie krytykując organizatorów. Najgłośniej mówi się jednak o tym, że przez zmienione zasady pominięto m.in. wiceliderkę rankingu deblistek Katerinę Siniakovą.

    Nowa formuła – krótsze mecze i inne zasady

    We wtorek w Nowym Jorku ruszył turniej gry mieszanej. W półfinale Świątek i Ruud zmierzą się z duetem Pegula – Draper, a w drugim meczu o finał zagrają Collins i Harrison przeciwko Errani i Vavassori. W tym roku rozgrywki skrócono do dwóch dni. Spotkania toczą się tylko do czterech gemów, a półfinały i finał zaplanowano na noc ze środy na czwartek.

    Najwięcej kontrowersji budzą jednak kryteria doboru uczestników. Organizatorzy chcieli, by mikst stał się bardziej atrakcyjny dla publiczności, dlatego wprowadzili zasadę, że osiem par dopuszcza się na podstawie łącznych rankingów singlowych, a kolejne osiem otrzymuje „dzikie karty”. Dzięki temu do gry weszły znane nazwiska jak Świątek i Ruud czy Pegula i Draper. Specjaliści od debla musieli liczyć na zaproszenia – i w większości się nie doczekali.

    Efekt? Wśród 16 par tylko jedna to prawdziwi specjaliści od gry podwójnej – Errani i Vavassori, którzy w tym roku wygrali Roland Garros w mikście. Reszta to głównie singliści, choć niektórzy, jak Taylor Townsend czy Mirra Andriejewa, odnoszą także sukcesy w deblu.

    Czeszka bez szans na grę

    Największą poszkodowaną okazała się Katerina Siniakova – jedna z najlepszych deblistek świata, mająca na koncie 11 tytułów wielkoszlemowych. Choć jest wiceliderką rankingu deblowego, to w singlu plasuje się dopiero w szóstej dziesiątce. Początkowo nie znalazła się w drabince, a „dziką kartę” otrzymała dopiero, gdy zgłosiła się do gry z Jannikiem Sinnerem. Pech chciał, że Włoch doznał kontuzji w finale w Cincinnati i musiał wycofać się z turnieju.

    Siniakova liczyła, że organizatorzy pomogą jej znaleźć innego partnera, ale zamiast tego miejsce jej pary zajęli… Amerykanie Collins i Harrison, którzy już awansowali do półfinału. Tymczasem Czeszka zrezygnowała specjalnie z występu w turnieju WTA w Cleveland, by móc zagrać w Nowym Jorku – teraz pozostały jej tylko treningi.

    Co więcej, aż 12 z 32 uczestników miksta to Amerykanie. Na przykład Jasmine Paolini, która wycofała się z gry z Musettim, została zastąpiona przez Caty McNally, a „dzikie karty” otrzymali także m.in. Venus Williams czy Reilly Opelka. Zdaniem wielu balans został zachwiany – w imprezie, która z definicji ma być „otwartymi mistrzostwami USA”, tym razem bardziej przypomina wewnętrzny turniej gospodarzy.

    Głośne głosy krytyki

    Siniakova już wcześniej komentowała nowe zasady. – Jeśli dwójka najlepszych tenisistów świata nie dostaje się do turnieju, to znaczy, że coś jest nie tak – mówiła w rozmowie z czeskim Canal+ Sport. Podkreślała, że wraz z Marcelo Arevalo (byłym liderem rankingu deblowego) nie otrzymali „dzikiej karty”, mimo że Arevalo wciąż jest w ścisłej czołówce.

    Krytycznie wypowiedziała się także Jessica Pegula, która sama korzysta z nowych reguł. – Nie podoba mi się sposób, w jaki to zorganizowano. Zmieniliście format bez konsultacji z zawodnikami. Kibice może będą zadowoleni, ale wielu graczy straciło szansę na występ i zarobek. Dla niektórych to był naprawdę ważny turniej – powiedziała Amerykanka.

    Prestiż pod znakiem zapytania

    Na problem zwrócił uwagę również Jan Zieliński, który przed rokiem triumfował w mikście na Wimbledonie i Australian Open. – Mikst w Nowym Jorku ma długą tradycję, a teraz nagle można zdobyć tytuł w dwa dni i przy meczu do czterech gemów. To odbiera wydarzeniu powagę i prestiż – ocenił.

    Kontrowersje wokół US Open 2025 sprawiły więc, że choć Iga Świątek i Casper Ruud notują świetny występ, to sukces Polki pozostaje w cieniu głośnej dyskusji o zasadach, które mocno uderzyły w deblistów i całkowicie zmieniły oblicze tej rywalizacji.

  • Tyle na US Open zarobiła już Świątek, kwota robi wrażenie. Na tym nie koniec

    Tyle na US Open zarobiła już Świątek, kwota robi wrażenie. Na tym nie koniec

    Iga Świątek świetnie odnajduje się na kortach US Open. Zanim rozpoczęła rywalizację singlową, zdążyła już zapewnić sobie awans do półfinału turnieju mikstów. W duecie z Casperem Ruudem pokonała pewnie pary Madison Keys – Frances Tiafoe oraz Caty McNally – Lorenzo Musetti, notując bardzo udany początek w tej konkurencji. Co więcej, sukces ten przyniósł im już pokaźne zyski, a w przypadku dalszych zwycięstw kwota ta może jeszcze wielokrotnie wzrosnąć.

    Ostatnie tygodnie to dla Świątek pasmo znakomitych wyników. Polka, niedawna triumfatorka Wimbledonu, sięgnęła bez straty seta po tytuł w turnieju WTA 1000 w Cincinnati. Kilka godzin później rozpoczęła występy w mikście na US Open i w 1/8 finału wraz z Ruudem zwyciężyła 4:1, 4:2 nad duetem Keys – Tiafoe. W ćwierćfinale takim samym wynikiem odprawili McNally i Musettiego, meldując się w najlepszej czwórce.

    Awans do półfinału oznaczał również konkretne korzyści finansowe. Do tej pory para zarobiła już 200 tys. dolarów, co daje po 100 tys. na zawodnika – w przypadku Świątek to równowartość około 364 tys. złotych. Jeśli uda im się pokonać w półfinale duet Jessica Pegula – Jack Draper, ich konto wzrośnie do 400 tys. dolarów.

    Największa nagroda czeka jednak w finale – triumf w turnieju to aż milion dolarów do podziału. Wtedy na konto Świątek trafiłoby 500 tys. dolarów, czyli około 1,8 mln złotych. Droga do tego nie będzie jednak łatwa. Po ewentualnym starciu z Pegulą i Draperem w decydującym meczu czekałby ich pojedynek z wygranym pary Collins – Harrison lub Errani – Vavassori.

    Mecz Świątek i Ruuda z Pegulą oraz Draperem zaplanowano na godzinę 1:00 w nocy czasu polskiego. Relację tekstową na żywo będzie można śledzić w serwisie Interia Sport. Jeśli Polka awansuje do finału, zagra w nim jeszcze tej samej nocy.

  • Od Pewnego Zwycięstwa do Szokującej Katastrofy: Niewiarygodny Powrót na US Open

    Od Pewnego Zwycięstwa do Szokującej Katastrofy: Niewiarygodny Powrót na US Open

    Od Pewnego Zwycięstwa do Szokującej Katastrofy: Niewiarygodny Powrót na US Open

    Kiedy tablica wyników pokazywała 6:4, 5:1, historia wydawała się zakończona. Sześć piłek meczowych dzieliło Tylera Zinka od kolejnego etapu kwalifikacji do US Open. A jednak, pod jaskrawymi światłami Nowego Jorku, kibice tenisa byli świadkami zwrotu akcji tak szokującego, że komentatorzy oniemieli, a fani łapali się za głowy z niedowierzaniem.

    To, co wydarzyło się na twardych kortach Flushing Meadows, nie było zwykłym spotkaniem kwalifikacyjnym. To była lekcja, że w tenisie — dopóki nie zostanie rozegrana ostatnia piłka — nic nie jest przesądzone.

    Noc, Która Przepisała Oczekiwania

    US Open, ostatni wielkoszlemowy turniej roku, jeszcze się oficjalnie nie rozpoczął — a już podarował światu jedną z najbardziej niezapomnianych historii. Mecz pomiędzy Tylerem Zinkiem (ATP 328) ze Stanów Zjednoczonych a Reiem Sakamoto (ATP 200) z Japonii z pewnością przejdzie do historii jako jedna z najbardziej dramatycznych katastrof i zarazem cudownych powrotów w kwalifikacjach ostatnich lat.

    Zink wydawał się nie do zatrzymania. Po wygraniu pierwszego seta 6:4, błyskawicznie objął prowadzenie 5:1 w drugim. Publiczność wyczuwała już koniec. Eksperci byli pewni, że Amerykanin za chwilę zamknie spotkanie i awansuje. Ale w sporcie — szczególnie w tenisie — takie pewniki bywają zgubne.

    Sześć Piłek Meczowych. Sześć Zmarnowanych Szans.

    Przy stanie 5:1, serwując na zwycięstwo, Zink wypracował trzy piłki meczowe. Wszystko było w jego rękach. Rakieta, publiczność, moment. Zwycięstwo wydawało się kwestią sekund. A jednak zamiast postawić kropkę nad „i”, Zink zawahał się. Punkt po punkcie Sakamoto zaczynał odrabiać straty. Amerykanin zmarnował wszystkie trzy okazje.

    Chwilę później pojawiła się czwarta szansa — i także przepadła. Nadal prowadząc, Zink otrzymał kolejną okazję przy stanie 5:4. Tym razem zmarnował dwie kolejne piłki meczowe.

    Kiedy kurz opadł, okazało się, że Amerykanin wypuścił z rąk aż sześć szans na zakończenie meczu. Drugi set przerodził się w maraton, który trwał ponad 72 minuty. Sakamoto, korzystając z darowanej szansy, rzucił się do ataku i ostatecznie wygrał 7:5. Niemożliwe stawało się faktem.

    Decydujący Set na Ostrzu Noża

    Trzeci set był czystą szkołą nerwów. Obaj zawodnicy walczyli o każdy punkt, wymieniając się ciosami i odmawiając poddania się. Każda wymiana miała wagę całego meczu. Żaden nie ustąpił, dlatego o losach awansu musiał zadecydować tie-break — idealne zwieńczenie tej dramatycznej nocy.

    W decydujących chwilach to Sakamoto okazał się odporniejszy psychicznie. Zink walczył do końca, lecz gdy stawką były najważniejsze punkty, to Japończyk zachował chłodną głowę. W tie-breaku, pełnym wymian na granicy wytrzymałości, Sakamoto zwyciężył 10:8, pieczętując triumf, który godzinę wcześniej wydawał się całkowicie poza zasięgiem.

    Po niemal trzech godzinach gry — dokładnie 2 godziny i 53 minuty — tablica wyników brzmiała:

    Rei Sakamoto pokonał Tylera Zinka 4:6, 7:5, 7:6 (10:8)

    Wstrząs w Świecie Tenisa

    Analitycy i kibice od razu zdali sobie sprawę ze skali wydarzenia.

    „Powrót turnieju — jak dotąd. Sakamoto obronił sześć piłek meczowych, w tym przy stanie 0:40. Absolutnie niewiarygodne.” — napisano na profilu edgeAl w serwisie X.

    „Prowadził 6:4, 5:1, miał sześć piłek meczowych, dwa razy serwował na mecz… i przegrał. Brakuje słów, by to opisać.” — skomentował analityk Damian Kust.

    „Powrót z krawędzi! Główna drabinka jeszcze się nie zaczęła, a już mamy faworyta do miana największego comebacku US Open.” — dodał Tick Tock Tennis.

    To, co miało być rutynowym zwycięstwem w kwalifikacjach, stało się jednym z najbardziej komentowanych upadków sezonu — i jednocześnie jednym z najbardziej heroicznych powrotów, jakie kibice zobaczą w tym roku.

    Co Dalej dla Sakamoto?

    Po tym sensacyjnym zwycięstwie Rei Sakamoto melduje się w półfinale kwalifikacji, gdzie zmierzy się z Ignacio Buse z Peru (ATP 136). Japończyk, który już zapisał jedną z najdramatyczniejszych historii tegorocznego turnieju, jest teraz o krok od finału kwalifikacji — i o dwa od miejsca w głównej drabince US Open.

    Dla Tylera Zinka ta noc pozostanie bolesną lekcją niewykorzystanych szans. Dla kibiców zaś już teraz jest to spotkanie, które zmieniło zwykły wieczór kwalifikacji w widowisko, o którym będzie się opowiadać przez lata.

  • Było 6:4, 5:1 i sześć piłek meczowych. Nie do wiary, co się stało na US Open

    Było 6:4, 5:1 i sześć piłek meczowych. Nie do wiary, co się stało na US Open

    Nieprawdopodobne – właśnie tak można podsumować to, co wydarzyło się w kwalifikacjach do męskiego turnieju US Open. Choć główna część nowojorskiej imprezy jeszcze się nie zaczęła, eksperci już mówią o największym zwrocie akcji całej edycji.

    Ostatni wielkoszlem tego roku dopiero czeka na swój start, a już mamy historię, o której będzie się mówić długo. To, co wydarzyło się w nocy z wtorku na środę czasu polskiego, wymyka się zdrowemu rozsądkowi.

    Sensacyjny powrót w Nowym Jorku

    Wszystko rozegrało się w meczu kwalifikacyjnym pomiędzy Amerykaninem Tylerem Zinkiem (328. ATP) a Japończykiem Reiem Sakamoto (200. ATP). Zink wygrał pierwszego seta 6:4, a w drugim po dwóch przełamaniach prowadził już 5:1. Wydawało się, że kwestia awansu jest rozstrzygnięta.

    W ósmym gemie Amerykanin miał trzy piłki meczowe przy własnym podaniu i… nie wykorzystał żadnej. Mało tego – chwilę później zmarnował czwartą szansę. W dziesiątym gemie historia się powtórzyła: kolejne dwie piłki meczowe poszły na marne. W sumie Zink nie wykorzystał aż sześciu okazji do zakończenia spotkania, a chwilę później przegrał seta 5:7. Ten fragment gry trwał aż godzinę i 12 minut.

    Decydujący set również dostarczył ogromnych emocji. Gra była wyrównana, a losy awansu rozstrzygnął tie-break. Sakamoto wytrzymał presję i zwyciężył 10:8. Całe spotkanie trwało niemal trzy godziny – dokładnie 2 godziny i 53 minuty.

    Eksperci: „to powrót turnieju”

    „Finałowy mecz pierwszej rundy kwalifikacji do US Open przyniósł jak dotąd największy powrót tego tygodnia. Sakamoto obronił cztery piłki meczowe przy stanie 2:5, w tym wychodząc z 0:40, oraz dwie kolejne przy stanie 4:5” – napisano na profilu edgeAl w serwisie X.

    „Określenie na linach to za mało, by oddać sytuację Zinka – prowadzenie 6:4, 5:1, aż sześć piłek meczowych w dwóch gemach serwisowych, w tym przy stanie 40:0. Niewiarygodne” – podkreślił analityk Damian Kust.

    „Powrót z krawędzi! Główna drabinka jeszcze się nie zaczęła, a już mamy faworyta do miana największego comebacku całego turnieju” – dodał z kolei profil Tick Tock Tennis.

    Co dalej?

    Rei Sakamoto zameldował się w półfinale kwalifikacji do US Open, gdzie jego rywalem będzie Ignacio Buse z Peru (136. ATP).

    Ćwierćfinał kwalifikacji US Open:
    Rei Sakamoto – Tyler Zink 4:6, 7:5, 7:6 (10:8)

  • Burza po zwycięstwie Świątek w Cincinnati. Nagle słowa Sabalenki. “Niesprawiedliwe”

    Burza po zwycięstwie Świątek w Cincinnati. Nagle słowa Sabalenki. “Niesprawiedliwe”

    Niespodziewanie po triumfie Igi Świątek w Cincinnati wybuchła gorąca dyskusja. Powód? Okazało się, że zwycięzca męskiego turnieju w tym samym czasie otrzymał od organizatorów ponad 250 tysięcy dolarów więcej niż Polka. Różnica w nagrodach oburzyła kibiców, a głos w sprawie przypomniała także Aryna Sabalenka, która wprost powiedziała: – To niesprawiedliwe.

    Świątek jak burza, ale zarobiła mniej niż Alcaraz

    Polka zaprezentowała w Cincinnati tenis niemal perfekcyjny – w pięciu meczach nie oddała rywalkom ani jednego seta. Po drodze pokonała m.in. Jelenę Rybakinę i Jasmine Paolini. Zwycięstwo w prestiżowej imprezie rangi WTA 1000 było jej drugim wielkim sukcesem w tym sezonie, po sensacyjnym triumfie na Wimbledonie.

    Za zwycięstwo w Ohio Świątek zainkasowała 752 275 dolarów. Jednak Carlos Alcaraz, który sięgnął po tytuł w rywalizacji mężczyzn, otrzymał aż 1 124 380 dolarów. Choć tenis od lat uchodzi za jeden z nielicznych sportów, gdzie obowiązuje względna równość płac – w turniejach wielkoszlemowych pula nagród jest dzielona po równo – to w Cincinnati różnica okazała się ogromna.

    – Grali na tych samych kortach przez dwanaście dni. Grali do dwóch wygranych setów przez dwanaście dni. A mimo to nie zarobią tyle samo – zwrócił uwagę włoski dziennikarz Luigi Gatto na platformie X. Pod jego wpisem rozgorzała dyskusja. Część internautów tłumaczyła, że męski tenis przyciąga większą widownię i stąd różnice w nagrodach. Inni bronili zawodniczek, uznając taki podział za kompletnie nieuzasadniony. „To nie ma żadnego sensu. Ten turniej to porażka” – napisał jeden z fanów.

    Sabalenka o płacach: „To niesprawiedliwe”

    Sprawę szerzej opisało hiszpańskie Mundo Deportivo, które przypomniało wypowiedź Aryny Sabalenki. Liderka światowego rankingu już wcześniej jasno wyraziła swoje zdanie: – To niesprawiedliwe! Z punktu widzenia telewizji, sprzedaży biletów, wszystkiego. Kobiety zasługują na takie same zarobki jak mężczyźni. Oni są silniejsi fizycznie, ale to nie znaczy, że nie pracujemy równie ciężko.

    Sabalenka mówiła wówczas o dysproporcji między jej zarobkami a premią Jannika Sinnera za triumf w Cincinnati w 2024 roku. Teraz jednak jej słowa wracają na nowo, bo amerykański turniej ponownie znalazł się w centrum kontrowersji związanych z nierównym podziałem nagród.

    Świątek nie zwalnia tempa

    Tymczasem Iga Świątek już rozpoczęła rywalizację w kolejnym turnieju. W US Open w nowym formacie miksta, w parze z Casperem Ruudem, pokonała duet Madison Keys – Frances Tiafoe i awansowała do dalszej fazy.

  • Nie do wiary, co zrobiła Iga Świątek. Dokonała niemal niemożliwego

    Nie do wiary, co zrobiła Iga Świątek. Dokonała niemal niemożliwego

    Jedni określają to mianem cudów, inni mówią o drodze pod prąd. Sama Iga Świątek przyznaje, że nie potrafi wskazać, dlaczego właśnie w Wimbledonie i Cincinnati – turniejach dotychczas uważanych za dla niej wyjątkowo trudne – przełamała się po dłuższym kryzysie. Faktem jest jednak, że kilka elementów złożyło się na to, iż Polka w ostatnich tygodniach zaskoczyła nie tylko kibiców, ale i samą siebie.

    Pierwsze reakcje po triumfach mówiły wszystko – opuszczona rakieta, niedowierzanie w oczach, chwytanie się za głowę, a dopiero później euforia. Tak wyglądał finał Wimbledonu i później Cincinnati w jej wykonaniu. Choć potencjał Świątek od dawna zwiastował, że prędzej czy później sięgnie po tytuły w tych imprezach, mało kto spodziewał się, że stanie się to teraz – po kilkunastu miesiącach bez finału i po serii rozczarowujących występów, nawet na ukochanej mączce.

    Gra pod prąd i filozofia „przekonywania”

    – Sama nie wiem, dlaczego wygrałam akurat te turnieje, w których najmniej bym się tego spodziewała. Dziękuję mojemu sztabowi za to, że pomaga mi stawać się lepszą tenisistką i uczy grać skuteczniej na szybszych nawierzchniach – mówiła z uśmiechem po zwycięstwie w Cincinnati nad Jasmine Paolini (7:5, 6:4).

    Nieco wcześniej, w londyńskim finale, dosłownie zmiażdżyła Amandę Anisimovą 6:0, 6:0. W sumie w czterech ostatnich startach aż trzy razy meldowała się w finale. To, że dokonała tego dwukrotnie na trawie i raz na szybkim hardzie, a więc w warunkach uznawanych dotąd za dla niej niewygodne, robi największe wrażenie.

    – Pierwsza część sezonu, zwłaszcza na ziemi, była rozczarowaniem. Ale od Wimbledonu to już droga zupełnie pod prąd – oceniał na antenie Canal+ Dawid Celt, kapitan reprezentacji Polski.

    Efekt współpracy i „kliknięcie” w odpowiednim momencie

    Ważnym czynnikiem był też czas. Świątek pracowała już ponad pół roku z trenerem Wimem Fissettem – a w środowisku tenisowym przyjęło się, że pierwsze efekty nowych relacji szkoleniowych pojawiają się właśnie po około sześciu miesiącach. Do tego dochodzi ogromna rola Darii Abramowicz, psycholożki sportowej, która od lat wspiera Polkę w pracy nad stabilnością mentalną.

    – W Cincinnati czułam się bardziej opanowana niż w Montrealu. Wcześniej bywało, że serwowałam nieźle, ale brakowało realizacji planu. Na trawie wreszcie „kliknęło”, teraz staram się to utrzymać – mówiła Świątek w rozmowie z Tennis Channel.

    Nie można też pominąć zasług Macieja Ryszczuka, który odpowiada za przygotowanie fizyczne. Dzięki niemu Polka od dawna wytrzymuje wyniszczające pojedynki i często zyskuje przewagę kondycyjną. W Cincinnati, przy skrajnych upałach i wilgoci, było to kluczowe. Pomógł również łut szczęścia – walkower Marty Kostiuk w trzeciej rundzie czy brak rywalki z Top 10 na drodze do triumfu w Londynie. Jak podkreśla trener Paweł Ostrowski, sama obecność okazji nie wystarczy – trzeba ją jeszcze udźwignąć psychicznie, a to udaje się nielicznym.

    Zmiany w nawierzchniach i adaptacja Świątek

    Na sukcesy Polki wpływ mają również ewolucje w samym tenisie. Od lat mówi się o spowalnianiu szybszych kortów, by wydłużyć wymiany i przyciągnąć kibiców. Wimbledon, od czasu zmiany mieszanki trawy w 2001 roku, nie jest już błyskawiczną nawierzchnią, a dodatkowo stosowane są większe piłki. Wielu zawodników narzeka, że gra przypomina coraz bardziej mecze na ziemi.

    – Piłki są fatalne, a ta trawa to żart. Ten kort jest wolniejszy niż niejedna mączka – frustrował się Denis Shapovalov. Dominic Inglot dodawał, że dziś na trawie można stosować serwis z rotacją, co dekadę temu było nie do pomyślenia. Sama Świątek potwierdziła, że zarówno w Londynie, jak i w Cincinnati korty są wyraźnie wolniejsze niż dawniej, co jej sprzyja.

    Naturalny potencjał i nowe perspektywy

    Mimo tych zmian nie można zapominać, że kluczowy jest sam rozwój Świątek. – Iga nigdy nie lubiła Cincinnati, ale jest tenisistką wyjątkową. Stale się rozwija i pokazuje, że potrafi wygrywać także tam, gdzie dotąd miała kłopoty – mówił Celt.

    Do tej pory jej najlepszym wynikiem w Wimbledonie był ćwierćfinał, a w Cincinnati nigdy nie grała w finale. Teraz sięgnęła po oba trofea i pokazała, że potrafi przełamywać własne bariery.

    Co dalej? W ostatnich dwóch sezonach zwyciężczynie z Cincinnati wygrywały później również US Open. Czy Świątek podtrzyma tę tradycję? Odpowiedź poznamy we wrześniu. Na razie udowodniła, że potrafi zaskakiwać wszystkich – także samą siebie.