Category: Uncategorized

  • Tak wygląda ranking WTA po tym, co Świątek zrobiła w Seulu

    Tak wygląda ranking WTA po tym, co Świątek zrobiła w Seulu

    Iga Świątek zwyciężyła w turnieju WTA 500 w Seulu! Polka w wielkim stylu sięgnęła po swój trzeci tytuł w sezonie, choć droga do triumfu nie była prosta. W finale zmierzyła się z Jekateriną Aleksandrową i po dramatycznym pojedynku, w którym musiała odrabiać straty, wygrała 1:6, 7:6(3), 7:5. Dzięki temu sukcesowi umocniła się na pozycji wiceliderki rankingu WTA, powiększając przewagę nad Coco Gauff i zmniejszając dystans do Aryny Sabalenki.

    Pierwszy start, od razu zwycięstwo

    Debiutując w Seulu, Świątek miała jasny cel – wygrać turniej. Miasto to ma dla niej szczególne znaczenie, bo właśnie tu w 1988 roku jej ojciec występował na igrzyskach olimpijskich. 37 lat później los uśmiechnął się także do córki. Iga znakomicie radziła sobie w drodze do finału, mimo że w sobotę musiała rozegrać dwa spotkania jednego dnia z powodu opóźnień spowodowanych pogodą. Pokonała wtedy bez większych problemów Barborę Krejčíkovą (6:0, 6:3) oraz Mayę Joint (6:0, 6:2).

    Rewanż Aleksandrowej

    Ostatnią przeszkodą w drodze do tytułu była rozstawiona z numerem drugim Jekaterina Aleksandrowa. Rosjanka w Seulu wcześniej wyeliminowała Lois Boisson, Ellę Seidel oraz Katerinę Siniakovą. Starcie z Polką było dla niej okazją do rewanżu za bolesną porażkę w IV rundzie tegorocznego US Open, gdzie Świątek wygrała pewnie 6:3, 6:1. Bilans ich dotychczasowych spotkań także przemawiał za liderką polskiego tenisa – przed finałem wygrywała 5 z 7 pojedynków.

    Koszmarny początek, kapitalny finisz

    Mecz rozpoczął się dla Igi fatalnie. Aleksandrowa od początku narzuciła swoje warunki, grając niezwykle ofensywnie i skutecznie. Świątek sprawiała wrażenie zagubionej, a efektem był jednostronny set zakończony wynikiem 6:1 dla Rosjanki. Druga partia była już zupełnie inna – Polka uspokoiła grę, ograniczyła błędy i dotrzymywała kroku rywalce. O losach seta przesądził tie-break, w którym Świątek zdominowała przeciwniczkę (7:3). W decydującej odsłonie obie tenisistki walczyły punkt za punkt. Wszystko wskazywało na kolejny tie-break, ale przy stanie 6:5 Iga przełamała Aleksandrową i przypieczętowała zwycięstwo, zdobywając 25. tytuł w karierze.

    Ranking WTA – Świątek odskakuje Gauff

    Wygrana w Seulu dała Świątek 500 punktów do rankingu WTA. Polka kończy turniej z dorobkiem 8433 punktów, co oznacza, że jej przewaga nad trzecią w zestawieniu Coco Gauff wzrosła do 559 oczek. Do prowadzącej Aryny Sabalenki wciąż traci sporo – 2792 punkty – ale nadchodzące turnieje w Pekinie i Wuhan mogą to zmienić, bo tam Świątek nie broni żadnych punktów z ubiegłego roku.

    Aktualny ranking WTA po finale w Seulu:

    1. Aryna Sabalenka (Białoruś) – 11 225 pkt
    2. Iga Świątek (Polska) – 8433 pkt
    3. Coco Gauff (USA) – 7874 pkt
    4. Amanda Anisimova (USA) – 5109 pkt
    5. Mirra Andriejewa (Rosja) – 4793 pkt
    6. Madison Keys (USA) – 4579 pkt
    7. Jessica Pegula (USA) – 4383 pkt
    8. Jasmine Paolini (Włochy) – 4006 pkt
    9. Qinwen Zheng (Chiny) – 4003 pkt
    10. Jelena Rybakina (Kazachstan) – 3833 pkt
  • 72 minuty i koniec. Sensacyjna porażka Carlosa Alcaraza!

    72 minuty i koniec. Sensacyjna porażka Carlosa Alcaraza!

    Carlos Alcaraz ma za sobą znakomity sezon – Hiszpan triumfował już w dwóch turniejach wielkoszlemowych: Roland Garros oraz US Open, a jego tegoroczny bilans prezentuje się imponująco. Tym większe zaskoczenie wywołała jego niespodziewana porażka w Laver Cup.

    Laver Cup – wyjątkowe zawody

    Puchar Lavera to międzynarodowy turniej tenisowy mężczyzn, zainicjowany w 2016 roku przez Rogera Federera. Nazwa rozgrywek upamiętnia australijską legendę tenisa, Roda Lavera, jedenastokrotnego zwycięzcę turniejów wielkoszlemowych. W rywalizacji co roku biorą udział dwie drużyny: Europa oraz Reszta Świata, każda licząca po siedmiu zawodników.

    Alcaraz bezradny przeciwko Fritzowi

    Podczas meczu rozgrywanego w nocy z soboty na niedzielę czasu polskiego w San Francisco (Chase Center) doszło do starcia Carlosa Alcaraza (1. ATP) z Taylorem Fritzem (5. ATP). Ku ogromnemu zaskoczeniu kibiców, Amerykanin rozbił lidera światowego rankingu w zaledwie godzinę i 12 minut, wygrywając 6:3, 6:2. Hiszpan, który dotąd miał serię 13 kolejnych zwycięstw, tym razem zdołał ugrać tylko pięć gemów.

    Jeszcze bardziej sensacyjny wydaje się wynik, jeśli przypomnieć, że w trzech wcześniejszych pojedynkach między tymi tenisistami Alcaraz zawsze był górą, tracąc zaledwie jednego seta – w półfinale tegorocznego Wimbledonu.

    Fantastyczny sezon mimo porażki

    Mimo tej niespodzianki bilans Hiszpana wciąż jest imponujący: 61 zwycięstw przy zaledwie 7 porażkach w 2025 roku. Alcaraz ma już na koncie siedem tytułów – w Rotterdamie, Monte Carlo, Rzymie, Roland Garros, Londynie, Cincinnati oraz US Open.

    Dla Taylora Fritza to wyjątkowy sukces, nawet jeśli Laver Cup ma charakter pokazowy. Jak zauważył dziennikarz Jose Morgado:
    „Wiem, że mecze w Laver Cup trzeba traktować z pewnym dystansem, ale dla Fritza to ogromne zwycięstwo. Miał bilans 0:3 z Alcarazem, cztery kolejne porażki z Sinnerem i 0-11 z Djokoviciem. Potrzebował takiego przełamania.”

    Składy drużyn

    Na obecnym etapie rywalizacji Reszta Świata prowadzi z Europą aż 9:3.

    • Drużyna Europy: Carlos Alcaraz (Hiszpania, 1. ATP), Alexander Zverev (Niemcy, 3. ATP), Holger Rune (Dania, 11. ATP), Casper Ruud (Norwegia, 12. ATP), Jakub Mensik (Czechy, 17. ATP), Tomas Machac (Czechy, 22. ATP), Flavio Cobolli (Włochy, 25. ATP).
    • Drużyna Reszty Świata: Taylor Fritz (USA, 5. ATP), Alex Michelsen (USA, 32. ATP), Reilly Opelka (USA, 62. ATP), Jenson Brooksby (USA, 86. ATP), Alex de Minaur (Australia, 8. ATP), Francisco Cerundolo (Argentyna, 21. ATP), Joao Fonseca (Brazylia, 42. ATP).
  • Polska wicemistrzyni olimpijska zaatakowana przez kibiców. Musiała zareagować

    Polska wicemistrzyni olimpijska zaatakowana przez kibiców. Musiała zareagować

    Po nieudanym starcie na mistrzostwach świata Maria Andrejczyk ogłosiła, że nie zamierza jeszcze kończyć kariery i zapowiedziała udział w przyszłorocznych mistrzostwach Europy. Jej deklaracja nie wszystkim przypadła do gustu – w internecie pojawiły się kąśliwe komentarze. Polska oszczepniczka nie pozostała dłużna i szybko odpowiedziała hejterom.

    Maria Andrejczyk rozczarowana, ale nie składa broni

    Występ na mistrzostwach świata w lekkoatletyce Tokio 2025 był dla Marii Andrejczyk dużym rozczarowaniem. Polska wicemistrzyni olimpijska z Tokio 2020 zakończyła eliminacje rzutu oszczepem z wynikiem 60,04 m, co dało jej dopiero 16. miejsce. To za mało, by znaleźć się w gronie 12 finalistek, mimo że poziom kwalifikacji był raczej przeciętny.

    Andrejczyk nie ukrywała frustracji, ale od razu zaznaczyła, że nie zamierza się poddawać – nawet mimo kolejnych problemów zdrowotnych, które od lat utrudniają jej sportowy rozwój.
    – Nie zejdę ze stadionu, dopóki nie powiem sobie: zrobiłam wszystko, co mogłam. Kontuzje odebrały mi wiele, ale mam w sobie cierpliwość. Mistrzostwa Europy w Birmingham to mój cel na przyszły sezon – przyznała po występie.

    Fala hejtu po jej zapowiedzi

    Deklaracja o dalszych startach wywołała wiele komentarzy – zarówno wspierających, jak i tych skrajnie krytycznych. W mediach społecznościowych pojawiły się agresywne wpisy, w których internauci wprost wzywali zawodniczkę do zakończenia kariery.
    – Zejdź ze sceny – napisał jeden z użytkowników.

    Na tym się jednak nie skończyło. W kolejnej wiadomości posunął się jeszcze dalej:
    – Jeśli sama nie zejdziesz, my – kibice – zaczniemy zbierać podpisy pod petycją do PZLA o usunięcie cię z kadry. Mamy prawo być rozczarowani.

    Andrejczyk nie wytrzymała i odpowiedziała

    Zawodniczka nie pozostała obojętna. Na swoim profilu społecznościowym opublikowała zrzut ekranu wspomnianych wiadomości i zamieściła jednoznaczny komentarz:
    – Sorry, ale to już jest wybitne przegięcie. Odklejenie niektórych szalenie mnie zaskakuje – napisała, odnosząc się do hejterskich słów.

    Tłem jej posta był nagłówek artykułu, w którym pojawił się jej wcześniejszy cytat: „Nie zejdę ze stadionu”.

    Wciąż z nadzieją i determinacją

    Mimo trudności i hejtu, Maria Andrejczyk nie zamierza się wycofywać. Przez ostatnie lata musiała zmagać się z licznymi kontuzjami, które odbiły się na jej formie i wynikach. Jednak 29-letnia zawodniczka wciąż wierzy, że może rywalizować z najlepszymi. Właśnie dlatego zapowiedziała, że wystartuje w mistrzostwach Europy w Birmingham w 2026 roku. To tam chce udowodnić – przede wszystkim sobie – że jej historia w lekkiej atletyce jeszcze się nie kończy.

  • Była 1:11 w nocy, gdy Świątek zeszła z kortu. Katastrofa w drugim secie

    Była 1:11 w nocy, gdy Świątek zeszła z kortu. Katastrofa w drugim secie

    Dopiero o godzinie 1:11 w nocy Iga Świątek mogła zejść z kortu po wyczerpującym starciu z Jekatieriną Aleksandrową. Choć Polka prowadziła już 6:4, 5:2 i wydawało się, że jest o krok od zwycięstwa, spotkanie potrwało aż dwie godziny i 27 minut. To nie był pierwszy raz, kiedy obie zawodniczki zafundowały kibicom prawdziwy tenisowy thriller – w 2023 roku w Madrycie Świątek triumfowała po trzysetowym boju 6:4, 6:7, 6:3. Teraz przed nami ich kolejne starcie – tym razem w finale turnieju WTA 500 w Seulu.

    Sobota była dla Igi niezwykle intensywna, a zarazem imponująca. O godzinie 12 czasu miejscowego (5:00 rano w Polsce) w ćwierćfinale pewnie pokonała Barborę Krejčíkovą 6:0, 6:3. Zaledwie pięć godzin później w półfinale jeszcze mocniej zdominowała Australijkę Mayę Joint, wygrywając 6:0, 6:2. Polka wykorzystała dzień do maksimum, nadrabiając zaległości spowodowane wcześniejszymi opadami deszczu, i zapewniła sobie miejsce w finale.

    Jej rywalką będzie Jekatierina Aleksandrowa, 11. tenisistka światowego rankingu. Obie zawodniczki znają się znakomicie – do tej pory spotkały się siedem razy, a bilans jest korzystny dla Igi: 5 zwycięstw przy 2 porażkach.

    Świątek – Aleksandrowa 2:0 w 2025 roku

    W tym sezonie Polka już dwukrotnie pokonała Rosjankę – w ćwierćfinale turnieju w Bad Homburgu 6:4, 7:5 oraz w 4. rundzie US Open 6:3, 6:1. Mimo to finał w Seulu nie będzie dla niej formalnością. Aleksandrowa potrafi być bardzo groźna, o czym Świątek przekonała się w Madrycie dwa lata temu.

    W tamtym meczu Iga prowadziła 6:4, 5:2 i miała nawet piłkę meczową. Aleksandrowa jednak obroniła się, doprowadziła do tie-breaka, którego wygrała, i przedłużyła spotkanie. Dopiero w trzecim secie Polka odzyskała pełną kontrolę, nie oddała żadnego break pointa i zakończyła pojedynek zwycięstwem. Ostatni gem rozstrzygnęła do zera, zamykając spotkanie o 1:11 w nocy.

    Jubileuszowy finał Świątek

    Dziś sytuacja wygląda inaczej – Świątek wchodzi do swojego 30. finału w karierze. Ma już na koncie 24 tytuły i w Seulu powalczy o 25. trofeum. Aleksandrowa, siedem lat starsza, wystąpi w swoim 11. finale WTA. Z dotychczasowych dziesięciu pięć razy triumfowała, pięć razy musiała uznać wyższość rywalki.

    Finał w Seulu zapowiada się więc niezwykle ciekawie – z jednej strony faworytka i dominatorka światowego tenisa, z drugiej doświadczona rywalka, która potrafi wykorzystać nawet chwilę słabości przeciwniczki.

  • Kolejny medal polskiej sztafety! Święty-Ersetic nie wytrzymała po biegu

    Kolejny medal polskiej sztafety! Święty-Ersetic nie wytrzymała po biegu

    Minęły już cztery lata od pamiętnego srebra wywalczonego przez polską sztafetę 4×400 metrów na igrzyskach olimpijskich w Tokio. Wówczas Justyna Święty-Ersetic mówiła z dumą: – Uległyśmy jedynie Stanom Zjednoczonym, ale to żadna hańba. Pokazałyśmy pazur, jesteśmy przeszczęśliwe! To coś wspaniałego!. Tamten sukces na zawsze wpisał się w historię naszego sportu. Dziś jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej – w finale mistrzostw świata w tym samym Tokio o medal będzie Polkom niezwykle trudno.

    Do niedzielnego biegu awans zapewniły sobie Anna Gryc, Alicja Wrona-Kutrzepa, Aleksandra Formella oraz Natalia Bukowiecka. To właśnie ta ostatnia odegrała kluczową rolę – na ostatniej zmianie wyciągnęła reprezentację z szóstego na trzecie miejsce, co zagwarantowało kwalifikację. Wciąż jednak nie wiadomo, czy do składu w finale dołączy Święty-Ersetic. Tuż przed eliminacjami okazało się, że nie wystartuje z powodów zdrowotnych. Bukowiecka po biegu przyznała przed kamerami TVP, że ma nadzieję na powrót koleżanki, bo jej obecność znacznie wzmocniłaby drużynę.

    Powrót do dawnych sukcesów nie będzie jednak łatwy. W Tokio 2021 Polki były w absolutnym topie. Najpierw sensacyjnie sięgnęły po złoto w sztafecie mieszanej 4×400 m, a później dołożyły srebro w klasycznej rywalizacji. „Aniołki Matusińskiego” – jak ochrzczono je od nazwiska trenera Aleksandra Matusińskiego – seryjnie zdobywały medale mistrzostw świata i Europy, a na igrzyskach pokazały pełnię swoich możliwości. W finale olimpijskim uzyskały rekord Polski 3:20,53, wyraźnie wyprzedzając Jamajki i Kanadyjki, ustępując jedynie kosmicznie mocnym Amerykankom, które finiszowały z czasem 3:16,85.

    Dziś realia są inne. Polki zajęły dopiero czwarte miejsce w sztafecie mieszanej, a w drużynie kobiet z tamtej wielkiej ekipy zostały już tylko Święty-Ersetic i Bukowiecka (wcześniej znana jako Kaczmarek). Pierwsza biega wolniej niż cztery lata temu, a druga – choć obecnie należy do ścisłej światowej czołówki – nie jest w stanie sama zapewnić drużynie walki o podium. Pozostałe zawodniczki prezentują solidny poziom, ale to raczej wystarcza do awansu do finału niż do zdobywania medali.

    Aby powalczyć o coś więcej, Polki muszą znaleźć w sobie dodatkowe rezerwy – iskierkę, która przypomni o dawnym błysku „Aniołków Matusińskiego”. Czy w Tokio 2025 uda im się jeszcze raz zadziwić lekkoatletyczny świat?

  • Grbić szczery jak nigdy. Oto, z czym musi się mierzyć. “Powinniście przyjechać”

    Grbić szczery jak nigdy. Oto, z czym musi się mierzyć. “Powinniście przyjechać”

    Oczekiwania wobec polskich siatkarzy są ogromne – trudno się dziwić, skoro z każdej wielkiej imprezy wracają z medalem. Teraz o presji, jaka towarzyszy reprezentacji, opowiedział Nikola Grbić w rozmowie z mediami na Filipinach.

    Polacy nie do zatrzymania na MŚ

    Biało-Czerwoni świetnie spisują się na tegorocznych mistrzostwach świata. Podopieczni Grbicia bez problemów przebrnęli przez fazę grupową, wygrywając z Rumunią, Katarem i Holandią, a w 1/8 finału pewnie pokonali Kanadę 3:1. W ćwierćfinale czeka ich trudna przeprawa z rewelacyjnie spisującą się Turcją.

    Wyraźnie widać, że tegoroczny turniej obfituje w niespodzianki – odpadły już takie potęgi jak Japonia, Francja czy Brazylia. To sprawia, że droga do medalu wydaje się nieco łatwiejsza, ale w Polsce wszyscy wiedzą jedno: liczy się tylko złoto.

    Grbić: w Polsce presja jest wszędzie

    Selekcjoner nie krył, że w naszym kraju oczekiwania kibiców są wyjątkowo duże. – Powinniście przyjechać do Polski i sami zobaczyć. Wystarczy, że przegramy jednego seta, a od razu pojawiają się komentarze: „co się dzieje, kryzys” – powiedział Grbić w rozmowie z portalem spin.ph.

    – Moi zawodnicy żyją pod presją na co dzień. Budzą się z presją, idą z nią na śniadanie, lunch, kolację. Grają w klubach, które ciągle walczą o zwycięstwa, więc nauczyli się funkcjonować w takim otoczeniu – dodał szkoleniowiec.

    Sam Grbić zaznaczył, że stara się nie zaprzątać sobie głowy opiniami z zewnątrz. – Skupiam się wyłącznie na siatkówce, na technice i samej grze. Presja mnie nie interesuje – podkreślił.

    Rada dla młodszych siatkarzy

    Trener zdradził też, co mówi swoim mniej doświadczonym podopiecznym. – Zawsze powtarzam jedno: nie czytajcie gazet. Z całym szacunkiem dla dziennikarzy, ale zwłaszcza komentarze w internecie piszą ludzie, którzy nie rozumieją, jak wygląda nasza praca – wyjaśnił.

    – Ci zawodnicy poświęcają dla drużyny wszystko: zdrowie, czas, życie prywatne. Są z dala od rodzin, pracują niewiarygodnie ciężko i bardzo chcą odnieść sukces. Tego zwykły kibic nie widzi – dodał selekcjoner.

    Polska – Turcja. Stawką półfinał

    Spotkanie ćwierćfinałowe Polska – Turcja odbędzie się w środę, 24 września. Dokładna godzina meczu nie została jeszcze podana. Stawką będzie awans do półfinału, gdzie Biało-Czerwoni – jeśli pokonają Turków – mogą trafić na Włochy lub Argentynę.

  • Anita Włodarczyk otwiera się na temat związków. To dlatego nie ma partnera

    Anita Włodarczyk otwiera się na temat związków. To dlatego nie ma partnera

    Anita Włodarczyk to jedna z najwybitniejszych polskich lekkoatletek, której życie prywatne od lat budzi zainteresowanie kibiców. Mimo licznych sukcesów sportowych i niekwestionowanej pozycji w historii światowego młota, zawodniczka wciąż nie znalazła swojej „drugiej połówki”. Sama jednak podkreśla, że nie zamierza szukać miłości na siłę, a co za tym idzie, prawdopodobnie nie doczeka się dzieci. Nie oznacza to jednak, że jest samotna – otacza się gronem przyjaciół i bliskich osób.

    Trzykrotna mistrzyni olimpijska i wielokrotna rekordzistka świata przez lata dostarczała kibicom niezapomnianych emocji. Jej nazwisko stało się synonimem siły, determinacji i wielkich osiągnięć. Nic dziwnego, że także jej życie osobiste wzbudza ciekawość. Choć Anita Włodarczyk rzadko mówi publicznie o sprawach sercowych, to w ostatnich latach kilkukrotnie poruszyła temat związków i macierzyństwa.

    „Nie szukam miłości na siłę”

    W programie „Taka jak ty” emitowanym w TVP Kobieta Anita przyznała, że nigdy nie była zakochana. – Nie szukam miłości, to samo kiedyś przyjdzie. Nic na siłę. Prawdziwej miłości jeszcze nie doświadczyłam, ale może dlatego, że większą część roku spędzam na zgrupowaniach. To nie jest proste – większość czasu jestem poza domem. Mam wielu przyjaciół, także wśród mężczyzn, ale uczucia wciąż się nie pojawiły – wyznała.

    W innym wywiadzie, tym razem dla „Faktu”, podkreśliła, że brak partnera nie jest dla niej powodem do frustracji. – Nie wszyscy muszą mieć drugą połówkę. Wielu sportowców jest w podobnej sytuacji. Ja nie narzekam. Z wiekiem człowiek zaczyna to inaczej postrzegać. Oczywiście, partner jest ważny, bo daje wsparcie. Ale jeśli nie był sportowcem, to naprawdę trudno zrozumieć częste wyjazdy i intensywne życie w rytmie zawodów. To wymaga ogromnego zaufania – mówiła.

    Macierzyństwo? „Raczej nie dla mnie”

    Choć Włodarczyk nie ukrywa, że dzieci bardzo lubi, nie widzi siebie w roli matki. – Dom pełen dzieci… chyba nie. Kocham dzieci, ale myślę, że to w moim przypadku nie będzie możliwe – przyznała w rozmowie z TVP Kobieta.

    Warto zauważyć, że nie jest w tym odosobniona. Według badań CBOS z 2022 roku aż 68% Polek w wieku 18–45 lat deklaruje, że nie może, nie planuje lub nie chce mieć dzieci. Powody są różne – od niepewnej sytuacji materialnej i obaw związanych z sytuacją geopolityczną, po świadome wybory dotyczące stylu życia i osobistego komfortu.

    Historia Anity Włodarczyk pokazuje, że nie każdy musi podążać utartymi schematami. Dla niej najważniejsze pozostają pasja, sport i poczucie spełnienia w tym, co robi.

  • Jest mi wstyd”. Tak Sułek-Schubert podsumowała swój występ na MŚ w Tokio

    Jest mi wstyd”. Tak Sułek-Schubert podsumowała swój występ na MŚ w Tokio

    Adrianna Sułek-Schubert rozczarowana występem w Tokio. “Uwierzcie mi na słowo”

    Adrianna Sułek-Schubert nie zrealizowała swoich sportowych marzeń podczas mistrzostw świata w Tokio. Polka, na którą kibice liczyli w walce o medal w siedmioboju, ostatecznie zakończyła rywalizację dopiero na 15. miejscu. Dla samej zawodniczki to ogromne rozczarowanie, szczególnie że jeszcze kilka dni wcześniej była przekonana o wysokiej formie i dobrym wyniku.

    – Ciężko mi to wszystko ubrać w słowa, bo pierwszy raz na najważniejszej imprezie nie dowiozłam choćby przyzwoitego rezultatu. Jeszcze dwa dni temu przewidywałam, że zdobędę tu świetne punkty – mówiła wyraźnie przybita w rozmowie z TVP Sport.

    Słaby start i bolesna analiza

    Po pierwszym dniu zawodów Polka zajmowała siódmą lokatę i wciąż miała nadzieję na awans w górę tabeli. – Wierzyłam, że w sobotę będzie lepiej, bo naprawdę jest mi przykro i czuję się rozczarowana – przyznała. Niestety, drugi dzień rywalizacji nie przyniósł poprawy, a końcowy wynik pozostawił niedosyt. Złoty medal zdobyła Amerykanka Anna Hall, srebro trafiło do Kate O’Connor, a brąz podzieliły Taliyah Brooks i Katarina Johnson-Thompson.

    Sułek-Schubert nie gryzła się w język, oceniając swój start. – Jest wiele powodów, dla których czuję wstyd. Sama nie wiem, co się wydarzyło z tą świetną formą, którą przywiozłam do Japonii. Może zawiniła zbyt krótka aklimatyzacja albo przeziębienie. Na pewno nie zawiodła psychika, bo do końca wierzyłam, że mogę jeszcze odmienić los – podkreślała.

    Analizując poszczególne konkurencje, przyznała, że nie wszystko poszło zgodnie z planem. – Na płotkach stres kosztował mnie kilka dziesiątych sekundy. W biegu na 200 metrów mogłam jeszcze tłumaczyć się zmęczeniem po kilku startach w krótkim czasie. Ale w innych konkurencjach naprawdę nie wiem, co się stało. Liczyłam na 6500 punktów, a skończyło się kompletną klapą. Jedynymi pozytywami są kula i oszczep – oceniła.

    Myśli już o kolejnych wyzwaniach

    Mimo bolesnej porażki, Sułek-Schubert nie zamierza się poddawać. – Wiem, jak ciężko pracowałam i wierzę, że ta praca zaprocentuje w przyszłości. Na pewno nie odpuszczę walki o igrzyska w Los Angeles w 2028 roku. Najbliższym celem będą halowe mistrzostwa świata w Toruniu – zaznaczyła.

    Przed polską zawodniczką kolejne miesiące intensywnych przygotowań. Kibice mają nadzieję, że tym razem ciężka praca przełoży się na długo wyczekiwany sukces.

  • Demolka w meczu reprezentacji Polski na MŚ. Pokaz mocy w bitwie o ćwierćfinał

    Demolka w meczu reprezentacji Polski na MŚ. Pokaz mocy w bitwie o ćwierćfinał

    Reprezentacja Polski po znakomitym widowisku pokonała Kanadę 3:1 i tym samym zapewniła sobie miejsce w ćwierćfinale mistrzostw świata na Filipinach. W walce o półfinał rywalem „Biało-Czerwonych” będzie niebezpieczna Turcja, prezentująca w tym turnieju świetną formę. Polacy również z meczu na mecz wyglądają coraz lepiej i wydaje się, że szczyt ich dyspozycji dopiero nadchodzi.

    Turcy czekali na zwycięzcę tego meczu

    Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem wiadomo było, że triumfator starcia Polska – Kanada zmierzy się w ćwierćfinale z reprezentacją Turcji. Podopieczni Slobodana Kovaca dzień wcześniej zaprezentowali efektowną siatkówkę i wyeliminowali Holandię 3:1, potwierdzając, że ich aspiracje w tym turnieju są bardzo poważne.

    Znakomity początek Polaków

    Nikola Grbić postawił na nieco zmodyfikowany skład – Tomasz Fornal usiadł na ławce, a na parkiet od pierwszej piłki wyszli: Marcin Komenda, Bartosz Kurek, Wilfredo Leon, Jakub Kochanowski, Kamil Semeniuk, Norbert Huber oraz libero Jakub Popiwczak.

    Już w pierwszej akcji Popiwczak przyprawił kibiców o dreszcze, gdy po ofiarnej interwencji boleśnie uderzył w bandy i przez moment trzymał się za nadgarstek. Na szczęście mógł kontynuować grę.

    Od samego początku obie ekipy grały na pełnych obrotach. Polacy jednak szybciej złapali swój rytm i po serii skutecznych akcji odskoczyli od rywali (10:6). Komenda dołożył asa, a Leon i Kurek zaczęli siać popłoch w szeregach Kanady. Zespół Daniela Lewisa próbował się bronić, lecz „Biało-Czerwoni” grali konsekwentnie i pewnie wygrali premierową partię 25:18.

    Nerwowa końcówka i wyrównanie Kanady

    Drugi set zaczął się podobnie – Polacy objęli prowadzenie, ale Kanadyjczycy nie zamierzali odpuszczać. Świetne akcje Hoaga i McCarthy’ego utrzymywały wynik w okolicach remisu. Kiedy jednak Kurek popisał się mocnymi zagrywkami, Polacy znów mieli przewagę (13:10).

    Emocje sięgnęły zenitu w samej końcówce. Przy stanie 21:21 na parkiecie pojawił się Fornal, jednak decydujące akcje należały do Kanady. Po bloku na Semeniuku to rywale cieszyli się ze zwycięstwa 25:23 i doprowadzili do wyrównania w meczu.

    Powrót dominacji

    Trzeci set rozpoczął się od serii punktów Polaków i błyskawicznego prowadzenia 5:1. Rywale starali się gonić, ale znakomita gra w ataku Kurka i Leona, a także skuteczne bloki Kochanowskiego i Hubera pozwoliły utrzymywać bezpieczny dystans. Czelendż wygrany przez naszą drużynę dodatkowo podciął skrzydła Kanadyjczykom. Polacy kontrolowali sytuację do końca i zamknęli partię wynikiem 25:20.

    Pewne zakończenie i awans

    W czwartym secie Polacy natychmiast narzucili swój styl gry. Huber świetnie serwował, a kolejne błędy Kanady (łącznie aż 27 w całym meczu) sprawiały, że ich sytuacja stawała się beznadziejna. Leon i Kurek dokładali swoje punkty, a na tablicy wyników różnica systematycznie rosła. Przy stanie 23:14 jasne było, że nic nie odbierze już Polakom awansu.

    Mecz zakończył się efektownym zwycięstwem 25:15, a ostatni punkt Kanadyjczycy oddali po błędzie na siatce.

    Polska triumfuje 3:1 i melduje się w ćwierćfinale mistrzostw świata. Tam czeka już groźna Turcja, ale po takim występie „Biało-Czerwoni” mogą patrzeć w przyszłość z dużym optymizmem.

  • Zaczęło się od 0:2, a potem zwrot! Oto rywalka Świątek w finale w Seulu!

    Zaczęło się od 0:2, a potem zwrot! Oto rywalka Świątek w finale w Seulu!

    Iga Świątek już zna swoją rywalkę w finale turnieju WTA 500 w Seulu. O pierwszy w karierze triumf w imprezie tej rangi powalczy z Jekatieriną Aleksandrową, która w półfinale pokonała Katierinę Siniakovą. Bilans dotychczasowych spotkań obu tenisistek przemawia na korzyść Polki – Świątek wygrała pięć z siedmiu meczów.

    Świątek zagra o tytuł

    W sobotę raszynianka udowodniła, że nawet dwa spotkania rozegrane w ciągu jednego dnia z krótką, zaledwie trzygodzinną przerwą, nie stanowią dla niej przeszkody. Po porannym zwycięstwie nad Barborą Krejcikovą, w półfinale zmierzyła się z 19-letnią Australijką Mayą Joint (46. WTA). Świątek ponownie rozpoczęła mecz od wygranego seta 6:0, a ostatecznie triumfowała 6:0, 6:2. Dzięki temu awansowała do finału turnieju w stolicy Korei Południowej.

    Rywalka wyłoniona w drugim półfinale

    Po swoim meczu Polka mogła spokojnie śledzić rywalizację o drugie miejsce w finale. Naprzeciwko siebie stanęły Jekatierina Aleksandrowa (11. WTA) i Katierina Siniakova (77. WTA). Początek tego starcia obfitował w nerwowość i błędy po stronie Rosjanki, która długo nie potrafiła złapać właściwego rytmu. Choć szybko przełamała serwis przeciwniczki, natychmiast oddała własne podanie.

    Decydujący okazał się dziesiąty gem pierwszego seta. Siniakova przy prowadzeniu 30:15 popełniła dwa proste błędy – najpierw z bekhendu, później źle rozegrała slajsem. Przy piłce setowej popełniła podwójny błąd serwisowy, co pozwoliło Aleksandrowej wygrać partię 6:4 po ponad godzinie gry.

    Choć statystyki wskazywały na przewagę Rosjanki w winnerach (8–6), to obie zawodniczki obficie rozdawały niewymuszone błędy – w sumie aż 41, co najlepiej pokazuje, że mecz nie stał na najwyższym poziomie.

    Aleksandrowa w finale

    Drugi set rozpoczął się lepiej dla Siniakovej, która prowadziła już 2:0 po szybkim przełamaniu. Aleksandrowa jednak błyskawicznie odpowiedziała, wygrywając sześć kolejnych gemów i zamykając mecz wynikiem 6:4, 6:2 po 100 minutach rywalizacji.

    Finałowe starcie

    Świątek i Aleksandrowa zagrają w niedzielę o godzinie 10:00 czasu polskiego. Dotychczas spotykały się siedem razy – Polka triumfowała w pięciu meczach, a dwukrotnie górą była Rosjanka. Ostatnie starcie miało miejsce w 1/8 finału US Open, gdzie Świątek zwyciężyła 6:3, 6:1.

    Półfinał w Seulu: Jekatierina Aleksandrowa – Katierina Siniakova 6:4, 6:2.