Category: Uncategorized

  • Marszałek Czarzasty odpowiada prezydentowi Nawrockiemu. Mówi o “dwóch licznikach”

    Marszałek Czarzasty odpowiada prezydentowi Nawrockiemu. Mówi o “dwóch licznikach”

    W piątkowym komunikacie Kancelarii Prezydenta odnoszącym się do tzw. sejmowej zamrażarki wskazano, że prezydent Karol Nawrocki zaapelował do marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego, ugrupowań rządzących i wszystkich parlamentarzystów o rzetelną, merytoryczną debatę nad przedstawianymi regulacjami.
    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Co marszałek Czarzasty powiedział o konsultacjach projektów z Sejmem?

    Jakie były reakcje Czarzastego na stwierdzenie o zamrażarce sejmowej?

    Jakie dwa liczniki będzie obserwował Czarzasty?

    Co Czarzasty obiecał w swoim orędziu po objęciu urząd marszałka?

    Czarzasty wraz z m.in. wicepremierem, ministrem cyfryzacji Krzysztofem Gawkowskim przyjechał w sobotę do Wrocławia na wybory władz wojewódzkich Nowej Lewicy. Podczas konferencji prasowej marszałek Sejmu wyraził zdziwienie stwierdzeniem, że “istnieje zamrażarka sejmowa”. — Jak przejmowałem urząd, to słyszałem, że nie ma żadnej zamrażarki w Sejmie, a ja nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji — mówił Czarzasty.

    Marszałek podkreślił, że jeśli według prezydenta Nawrockiego “ustawy idą wolno przez Sejm”, to — jak mówił — może być to wynikiem konieczności prowadzenia dalszych prac nad nimi, w tym uzupełnienia tych projektów. — I pozwolicie państwo, że posłużę się w tym momencie słowami pana prezydenta w tej sprawie. Może niech pan, panie prezydencie konsultuje własne projekty z Sejmem już na wczesnym etapie prac — takie działanie usprawniłoby proces legislacyjny, a przede wszystkim służyłoby obywatelom — powiedział Czarzasty.

    Dodał, że w orędziu, gdy obejmował urząd marszałka, obiecywał “spokój i dystans”. — W związku z tym mogę powiedzieć do pana prezydenta w sposób taki naprawdę bardzo spokojny, że jeżeli pan uznał, że powołanie następnego Parku Narodowego może poczekać 20 lat… Jeżeli pan uznał, że powołanie młodych osób na stopień oficerski i na sędziów może być odłożone na czas nieokreślony, to ja do pana wczorajszego apelu do mnie odniosę się wtedy, kiedy przyjdzie właściwy czas — mówił.

    Czarzasty powiedział również, że będzie przyglądał się dwóm licznikom. — Temu licznikowi, na którym będą się wyświetlały ustawy zawetowane przez pana prezydenta i temu licznikowi, który będzie pokazywał ustawy podpisane. W naszej współpracy będę to brał pod uwagę, panie prezydencie —

    Sobotnia wizyta marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego we Wrocławiu, gdzie uczestniczył on w wyborach władz wojewódzkich Nowej Lewicy, stała się okazją do odniesienia się do piątkowego komunikatu Kancelarii Prezydenta. W komunikacie tym Karol Nawrocki wyraził zaniepokojenie tzw. „sejmową zamrażarką” oraz zaapelował do marszałka, większości rządzącej i wszystkich parlamentarzystów o rzetelną, merytoryczną i szybką debatę nad projektami ustaw trafiających do izby. Czarzasty, który od momentu objęcia funkcji zapowiadał spokojniejszy styl sprawowania urzędu niż jego poprzednicy, odpowiedział jednak w dość stanowczy, choć – jak podkreślał – wciąż „spokojny i zdystansowany” sposób.

    Marszałek przede wszystkim wyraził zdziwienie samym użyciem sformułowania „zamrażarka sejmowa”. Podkreślił, że gdy przejmował funkcję, słyszał deklaracje, iż żadna zamrażarka w Sejmie nie istnieje. Tymczasem – jak zauważył – nie zdążył jeszcze podjąć żadnej decyzji, która mogłaby świadczyć o blokowaniu prac legislacyjnych. W jego ocenie więc zarzut pojawił się przedwcześnie, a nawet bezpodstawnie. Wskazał także, że jeżeli faktycznie projekty ustaw prezydenckich przechodzą wolniej przez parlament, może to być związane z koniecznością ich dopracowania. Czarzasty zasugerował, iż część projektów głowy państwa wymaga dodatkowych konsultacji i uzupełnień.

    Z ironią, lecz przy zachowaniu deklarowanego spokoju, marszałek zasugerował prezydentowi, by ten zaczął konsultować własne projekty z Sejmem już na wczesnym etapie prac. Taki krok – podkreślił – usprawniłby proces legislacyjny, a przede wszystkim służył obywatelom, którzy oczekują sprawnego tworzenia prawa, a nie politycznych przepychanek.

    Czarzasty przywołał również swoje orędzie wygłoszone po wyborze na marszałka Sejmu, w którym obiecywał „spokój i dystans”. Zaznaczył, że nadal zamierza się ich trzymać, choć nie ukrywał, że słowa prezydenta wymagają reakcji. Odnosząc się do przykładów opóźnień, jakie w jego ocenie pojawiły się po stronie prezydenckiej, wymienił m.in. wieloletnie oczekiwanie na powołanie kolejnego parku narodowego czy odraczanie nominacji oficerskich oraz sędziowskich. W ten sposób zasygnalizował, że jeśli prezydent apeluje o sprawność legislacyjną, powinien najpierw uporządkować procesy w swojej własnej kancelarii.

    Najbardziej symboliczny fragment wypowiedzi Czarzastego dotyczył jednak słynnych „dwóch liczników”. Marszałek zapowiedział, że w relacjach między prezydentem a Sejmem będzie uważnie obserwował dwa wskaźniki: liczbę ustaw zawetowanych przez prezydenta oraz liczbę tych, które zostaną przez niego podpisane. Jak stwierdził, te dwa liczniki będą ważną miarą ich współpracy, a w praktyce pozwolą ocenić, w jakim stopniu prezydent jest gotów współdziałać z parlamentem, a w jakim – stawiać mu przeszkody.

    Wypowiedź marszałka to wyraźny sygnał, że mimo deklarowanego spokoju, zamierza on stanowczo bronić autonomii Sejmu i nie przyjmować bez reakcji publicznych sugestii o rzekomym blokowaniu ustaw. Konflikt na linii prezydent–parlament, który narastał od momentu wyborów, otrzymał tym samym kolejny rozdział, a zapowiedziane „liczniki” z pewnością będą przywoływane w kolejnych tygodniach debaty politycznej.

  • Lewandowski przegrał z… własną żoną. Ranking obiega sieć

    Lewandowski przegrał z… własną żoną. Ranking obiega sieć

    Z najnowszego rankingu firmy WPP Media wynika, że Anna Lewandowska ma większy potencjał marketingowy niż jej mąż. W zestawieniu Influence Power Index nie brakuje niespodzianek.

    Ranking WPP Media wskazał Igę Świątek jako numer “jeden” pod względem wpływu w polskim sporcie. Zaskoczenie budzi dopiero ósma pozycja Roberta Lewandowskiego, który znalazł się trzy miejsca za żoną Anną.

    Świątek wygrała Influence Power Index, czyli zestawienie potencjału marketingowego postaci sportu. Ranking oparto na badaniu kilkudziesięciu tysięcy osób i wskaźnikach takich jak wizerunek, popularność, sympatia, wiarygodność i wpływ na odbiorców.

    ZOBACZ WIDEO: Krychowiak w swoim stylu. Sala od razu wybuchła śmiechem

    Za Świątek uplasowali się Jakub Błaszczykowski i Justyna Kowalczyk. W TOP 10 znaleźli się też kolejno: Przemysław Babiarz, Anna Lewandowska, Krzysztof Hołowczyc, Adam Małysz, Robert Lewandowski, Kamil Stoch i Ewa Chodakowska.

    W drugiej “dziesiątce” pojawili się między innymi Agnieszka Radwańska, Marcin Gortat, Łukasz Piszczek, Bartosz Kurek, Robert Kubica i Wojciech Szczęsny.

    Zaskakuje dopiero 17. miejsce Aleksandry Mirosław, mimo dużego potencjału marketingowego. Za nią znaleźli się Natalia Kaczmarek i Maciej Kurzajewski, a 20. lokatę zajął Patryk Chojnowski, czterokrotny mistrz paraolimpijski w tenisie stołowym.

  • Tusk stoi przed nie lada wyzwaniem. Polska musi wrócić do “głównego stołu”

    Tusk stoi przed nie lada wyzwaniem. Polska musi wrócić do “głównego stołu”

    Po medialnym wycieku amerykańsko-rosyjskiego draftu planu pokojowego w Szwajcarii spotykają się delegacje Stanów Zjednoczonych i Ukrainy. Cel: przedyskutowanie możliwych rozwiązań zakończenia wojny i “aktualizacja” wcześniejszej wersji planu uzgodnionej z Rosją.

    Zanim Ukraińcy zasiedli do stołu z Amerykanami spotkali się ze swoimi europejskimi partnerami. Konkretnie Francją, Niemcami, Włochami i Wielką Brytanią. Obecni byli też czołowi przedstawiciele Unii Europejskiej. Cel: ustalenie wspólnego, europejskiego frontu, jeśli chodzi o rozwiązania pokojowe, przed startem rozmów amerykańsko-ukraińskich.

    Tego samego dnia delegacje francuska, niemiecka i brytyjska publikują alternatywny wobec amerykańsko-rosyjskiego plan zakończenia wojny w Ukrainie. Podobnie jak pierwotna wersja składa się z 28 punktów, ale różnice w treści są znaczące: dokument nie faworyzuje agresora, nie ogranicza suwerenności Unii Europejskiej ani NATO, nie obciąża kosztami wojny zaatakowanej Ukrainy.

    W Genewie nie ma jednak liderów polskiego rządu. Polska nie bierze udziału w rozmowach państw UE z Ukrainą ani nie figuruje jako współautor europejskiej odpowiedzi na propozycję planu pokojowego Amerykanów i Rosjan. I to mimo faktu, że Polska jako jedyny kraj europejski została w tym dokumencie wymieniona z nazwy (punkt 9. stanowi: “Europejskie myśliwce będą stacjonować w Polsce”).

    Nad Wisłą pojawia się coraz więcej pytań, dlaczego nie ma nas tam, gdzie decydują się już nie tylko losy Ukrainy, czy szerzej Europy, ale przede wszystkim Polski.

    Kto wyciął Polskę? Ameryka czy Ukraina?

    – Nie było nas tam, nie zostaliśmy dopuszczeni do stołu. Taka prawda – z goryczą po rozmowach w Genewie stwierdza jeden z liderów koalicji rządzącej. – Musimy wierzyć w działania ministra Sikorskiego i we wpływy premiera Tuska. Będziemy próbowali to odkręcić – dodaje nasz rozmówca. Jednocześnie apeluje, żeby powstrzymać się od ocen na gorąco i poczekać kilka dni, może tydzień, aż będzie wiadomo, czym zakończył się ten etap negocjacji pokojowych.
    Dwóch mężczyzn ściska sobie dłonie na tle flag Stanów Zjednoczonych i Ukrainy, w tle widoczni są umundurowani funkcjonariusze.

    Prezydenci Stanów Zjednoczonych i Ukrainy: Donald Trump i Wołodymyr ZełenskiANDREW HARNIK AFP

    Pytany o powody polskiej nieobecności na szczycie w Szwajcarii polityk wskazuje palcem Donalda Trumpa. – Nie było nas tam, bo on jest… (tu pada mocno niecenzuralne słowo dotyczące nieprzewidywalności amerykańskiego przywódcy) – irytuje się nasze źródło.

    Z informacji Interii w MSZ faktycznie wynika, że za nieobecność Polski podczas rozmów w Genewie obwiniany jest prezydent Stanów Zjednoczonych. Jak słyszymy, “oceny tego, co się stało są różne, ale konkluzja jest taka, że to była decyzja Amerykanów”. W obozie władzy panuje przekonanie, że “sytuacja z tym niby planem pokojowym jest bardzo trudna”, ponieważ bez wiedzy i zgody Polski wpisano nas do planu jako kraj, w którym stacjonować będą europejskie myśliwce (zabrakło jednak nie tylko konsultacji z polskim rządem, ale również konkretów dotyczących tego, jak miałoby to wpłynąć na polską sytuację bezpieczeństwa).

    Obeznani w sprawach międzynarodowych rozmówcy z kręgów koalicyjnych wskazują też jednak w stronę Ukrainy. W ostatnich miesiącach Kijów nie naciska na obecność Polski na różnego rodzaju szczytach pokojowych i formatach negocjacyjnych. – Nie ma nas, bo Ukraina nie chce, żebyśmy tam byli. Głównym aktorem jest Ukraina, ona często jest gospodarzem tych rozmów, a trudno się wpraszać gdzieś, gdzie nas nie zaprosili. Byłoby to niezręczne i niegodne – punktuje jedno ze źródeł Interii w parlamencie.

    Jednocześnie rozmówcy z obozu władzy nie stronią od wbicia szpili prezydentowi, którego obwiniają za popsucie relacji z administracją Wołodymyra Zełenskiego. Przy tej okazji wskazują nie tylko na antyukraińską retorykę Karola Nawrockiego w kampanii prezydenckiej, ale również na jego działania już na nowym stanowisku.

    Musimy dogadać się z państwami nordyckimi, z Bałtami i państwami wschodniej flanki. To jest format, który już jakiś czas temu zaczął żyć na poziomie rządowym: państwa nordyckie, Bałtowie, Polska. Teraz jeszcze dochodzą do tego Niemcy

    Chodzi przede wszystkim o wymuszenie na rządzących przycięcia świadczeń socjalnych dla przebywających w Polsce Ukraińców, a ostatnio również o dyplomatyczne przepychanki z Kijowem w kwestii tego, który prezydent powinien jako pierwszy odwiedzić drugi kraj. Prezydent Nawrocki oczekuje, że to jego ukraiński odpowiednik pojawi się w Polsce, podczas gdy niepisana zasada jest taka, że to głowa państwa o krótszym stażu na stanowisku odwiedza przywódcę sprawującego swój urząd.

    – Zima w relacjach z Ukrainą nadchodziła już od jakiegoś czasu, bo relacje z Ukrainą ochładzają się nie od wczoraj. Zaczęło się od transferu zboża i protestów rolników, a potem było już tylko gorzej – wzrusza ramionami ważny polityk koalicji rządzącej.

    Wiara w dyplomatyczną wszechmoc Tuska słabnie

    Coraz częstsza nieobecność Polski w gremiach zajmujących się negocjacjami pokoju w Ukrainie odbija się też na wierze w nieograniczoną dyplomatyczną sprawczość Donalda Tuska, którą rządzący lubili się w minionych latach chwalić.

    – O tej wszechmocy Tuska w UE opowiadali głównie platformersi i chyba oni głównie w to wierzyli – ironizuje osoba wysoko postawiona w strukturach Lewicy. W swojej diagnozie idzie jeszcze dalej: – Mówiąc najoględniej, premier Tusk pełnił funkcję w głównej mierze reprezentacyjną. Wszystkie te opowieści o tym, czego to on nie może w UE brały się z tego, że po prostu wszystkich znał. Tusk jest trochę jak brytyjska królowa. Ona też wszystkich znała, ale nie powodowało to, że miała wpływ na decyzje innych państw.

    Konstatacja jest taka, że ostatnie miesiące brutalnie zweryfikowały rzeczywistą dyplomatyczną wagę Polski. W pewnej mierze z naszej własnej winy, biorąc pod uwagę dyplomatyczny dwugłos prezydenta i rządu. – Realnie możemy tyle, ile waży w UE nasz kraj. Jesteśmy piątą gospodarką Unii – nie jest to ogon stawki, ale też nie możemy się porównywać z Francją czy Niemcami – tłumaczy jedno z naszych źródeł w koalicji.

    Irytacja narasta jednak również w samym rządzie. – Lepiej być u źródła przygotowywania różnego rodzaju rozwiązań, niż potem marnować czas na ich doprecyzowanie albo odkręcanie – nie ma wątpliwości jeden z członków rządu. Sytuację z coraz częstszym pomijaniem Polski w gremiach debatujących o zakończeniu wojny w Ukrainie nazywa “wielowątkową, ale jednak kompromitującą”. Nasz rozmówca mimo wszystko wyraża jednak przekonanie, że “i tak nic bez naszej zgody, jeśli chodzi o wschodnią flankę, się nie wydarzy”.

    Nasi rozmówcy z kręgów koalicyjno-rządowych wskazują jeszcze dwie kwestie, które – ich zdaniem – wpłynęły na pozycję Polski przy “głównym stole”. Pierwszą jest przecenienie naszych kart atutowych, czyli największych w NATO wydatków na obronność w relacji do PKB, największej armii w Unii Europejskiej i bycia strategicznym hubem dla zachodniej pomocy dla Ukrainy. – Niektórzy nasi partnerzy uważają, że to nie są karty atutowe, a przynajmniej nie tak mocne, żeby predestynowały nas do ostrego stawiania się w kluczowych kwestiach – analizuje jeden z naszych rozmówców.

    Druga kwestia to prymat polityki wewnętrznej nad polityką zagraniczną. Chociaż obecny rząd ustawicznie krytykował za takie podejście Zjednoczoną Prawicę, to sam wpadł w tę samą pułapkę. Nasi rozmówcy wskazują przy tej okazji zwłaszcza finisz kampanii prezydenckiej i wypisanie się Polski na własne życzenie z “koalicji chętnych”, która ma wysłać do Ukrainy swoje wojska w celu pilnowania postanowień przyszłego pokoju.
    44 proc. Polaków nie chce, aby Radosław Sikorski zastąpił Donalda Tuska na stanowisku premiera

    Premier Donald Tusk i wicepremier oraz szef MSZ Radosław SikorskiDominika Zarzycka / NurPhotoAFP

    – Można było powiedzieć, że nie wykluczamy, rozważamy, analizujemy i wtedy bylibyśmy w “koalicji chętnych”, a nie w “koalicji niechętnych” – zauważa zajmujący się sprawami międzynarodowymi ważny polityk Koalicji 15 Października. I dodaje: – Tyle że to bardzo mocno rezonowałoby negatywnie w kraju i dało ogrom paliwa opozycji na finiszu kampanii prezydenckiej. Gdyby nie wybory, nie wiem, czy decyzja zapadłaby taka sama, ale wybory z pewnością na tym zaważyły.

    Szef polskiego rządu broniony jest niemal wyłącznie przez swoich partyjnych podwładnych. – Nie widzę żadnego zagrożenia dla naszych interesów. Naszą zasługą jest to, że wszyscy w Europie o tym pierwszym, 28-punktowym amerykańsko-rosyjskim drafcie planu pokojowego myślą tak jak Polska. To jest robota dyplomatyczna polskiego rządu – argumentuje jedna z parlamentarzystek Koalicji Obywatelskiej. – Te negocjacje toczą się na różnych forach i w różnych miejscach. Nie mam poczucia, że Donald Tusk jest w nich odsuwany na boczny tor czy nie jest głównym graczem – podkreśla.

    “Sojusz północny” na ratunek Polsce

    Polski rząd wciąż analizuje sytuację i zastanawia się nad idealnym remedium na problem coraz wyraźniejszej marginalizacji Polski w kluczowych rozmowach. Z informacji Interii w obozie władzy wynika, że jednym z głównych pomysłów na poprawę naszych notowań i odzyskanie miejsca przy “głównym stole” jest zagranie kartą lidera regionu.

    – Ujmując sprawę politycznie: Polska jako największe państwo NATO w regionie, który jest zagrożony przez Rosję, i lider wschodniej flanki Sojuszu musi znaleźć sojuszników – mówi Interii osoba z obozu władzy bardzo dobrze zorientowana w sprawach międzynarodowych. – Musimy dogadać się z państwami nordyckimi, z Bałtami i państwami wschodniej flanki. To jest format, który już jakiś czas temu zaczął żyć na poziomie rządowym: państwa nordyckie, Bałtowie, Polska. Teraz jeszcze dochodzą do tego Niemcy – słyszymy od naszego źródła.

    Nie było nas tam, nie zostaliśmy dopuszczeni do stołu. Taka prawda. Musimy wierzyć w działania ministra Sikorskiego i we wpływy premiera Tuska. Będziemy próbowali to odkręcić

    Wspomniany format, o którym coraz częściej mówi się jako “sojuszu północnym”, nie jest nowością. Od momentu agresji Rosji na Ukrainę Polska zacieśnia współpracę właśnie z państwami nordyckimi i bałtyckimi, a także partnerami na wschodniej flance NATO. Powód jest oczywisty: to właśnie partnerzy z regionu dużo lepiej od “starej Unii” rozumieli i rozumieją zagrożenie ze strony Rosji. To te kraje są również same bezpośrednio zagrożone przez Kreml, co sprawia, że w ich przypadku nie kończy się na pustych deklaracjach.

    – Z punktu widzenia krajów, które rozumieją rosyjskie zagrożenie, Polska jest liderem i jesteśmy w stanie w tym formacie nordycko-bałtycko-polskim pozyskać sojuszników, dzięki którym będziemy w stanie siedzieć przy tym stole, przy którym decydować będą się kwestie pokoju w Ukrainie – mówi źródło Interii z kręgów dyplomatycznych w koalicji rządzącej. – Nikt w tym gronie nie ma wątpliwości, że Polska jest liderem regionu w temacie bezpieczeństwa – podkreśla.

    – Musi być jasne, że nie ma mowy, że coś ma się dziać na terytorium Polski bez wiedzy i zgody Polski. To jest oczywiste – kontynuuje nasz rozmówca. I dodaje: – Poza tym, ponieważ my na wschodniej flance lepiej rozumiemy zagrożenie ze strony Rosji powinniśmy solidarnie się pewnych rzeczy domagać.

    Chodzi, rzecz jasna, o obecność przy kluczowych rozmowach na temat zakończenia wojny. Chociaż nikt w obozie władzy nie mówi tego jeszcze wprost nawet w rozmowach nieoficjalnych, to między wierszami daje się zauważyć, że kolejnym narzędziem w walce o polskie interesy mogłoby być zdecydowanie mocniejsze postawienie sprawy niezastępowalności Polski w kwestii pomocy Zachodu dla Ukrainy.

    – Ukraina i prezydent Zełenski nie powinni mieć wątpliwości, że Polska jest ważna i potrzebna w tym procesie – słyszymy od jednego z dobrze zorientowanych parlamentarzystów. – Muszą zdać sobie sprawę z tego, jak ważni jesteśmy w tej układance – zaznacza polityk.

    Były szef MSZ wskazuje na prezydenta Nawrockiego. ”Nie jesteśmy obiektywnie sojusznikiem Ukrainy”Polsat NewsPolsat News

  • Lewandowski zdjęty na ławkę i… czerwona kartka. Wystarczyło siedem minut

    Lewandowski zdjęty na ławkę i… czerwona kartka. Wystarczyło siedem minut

    FC Barcelona w 14. kolejce La Liga zdołała pokonać na Camp Nou Deportivo Alavés 3:1, choć zwycięstwo wcale nie przyszło jej łatwo. „Blaugrana” długo męczyła się z dobrze zorganizowanym rywalem, a samo spotkanie obfitowało w nieoczekiwane zwroty akcji – nie tylko na murawie. Robert Lewandowski spędził na boisku równo godzinę i zaliczył asystę, a zaledwie siedem minut po jego zejściu sędzia sięgnął po czerwoną kartkę wobec jednego z członków sztabu. Jak się później okazało – to był dopiero początek.

    Barcelona goni Real. Alavés postawiło twarde warunki

    Początek sezonu w wykonaniu Barcelony był daleki od zeszłorocznego tempa. Drużyna z Katalonii przez większość kolejek oglądała plecy Realu Madryt, który utrzymywał się na szczycie tabeli. W ostatnich tygodniach sytuacja zaczęła jednak ulegać zmianie. „Królewscy” niespodziewanie zaczęli tracić punkty – najpierw bezbramkowo zremisowali z Rayo Vallecano, a po powrocie z przerwy reprezentacyjnej również nie potrafili pokonać Elche. W tym samym czasie Barcelona zanotowała dwa zwycięstwa i zbliżyła się do rywala na zaledwie jeden punkt.

    W takich okolicznościach sobotnie starcie z Alavés urastało do rangi kluczowego meczu, który miał utrzymać presję na Realu Madryt. I choć Duma Katalonii ostatecznie wygrała 3:1, goście z Vitorii sprawili jej mnóstwo problemów. Kilka znakomitych interwencji Joana Garcii okazało się wręcz niezbędnych, by utrzymać korzystny wynik.

    Lewandowski z asystą, a po jego zejściu – chaos

    Robert Lewandowski zagrał 60 minut, a jego podanie do Ferrana Torresa zaowocowało golem na 1:1. Gdy Polak opuszczał boisko, nic nie wskazywało na to, że mecz wkrótce zacznie wymykać się spod kontroli sztabu Barcelony.

    W 67. minucie realizator pokazał arbitra sięgającego do kieszeni po kartkę. Camera następnie skupiła się na Raphinhi, ale chwilę później wyjaśniono, że czerwoną kartkę otrzymał trener bramkarzy, Jose Ramon De La Fuente. Jak poinformowała stacja COPE, powody były jasne – „wściekłe protesty wobec decyzji sędziego”.

    Na tym jednak nie koniec. Z raportu wynika, że wykluczony został również asystent trenera, Marcus Sorg. Według arbitra miał on w sposób niewłaściwy celebrować gola Daniego Olmo na 3:1. To już kolejny przypadek w tym sezonie, gdy sztab Barcelony kończy mecz zdekompletowany.

    Sorg i De La Fuente nie zasiądą na ławce w hicie

    Warto przypomnieć sytuację z meczu z Gironą na stadionie Montjuïc, kiedy czerwoną kartkę otrzymał sam Hansi Flick. Skutkiem była konieczność oglądania El Clásico na Santiago Bernabéu z trybun.

    Teraz, w obliczu zbliżającego się hitowego starcia z Atlético Madryt, Barcelona ponownie będzie musiała radzić sobie bez dwóch ważnych członków sztabu. Marcus Sorg i Jose Ramon De La Fuente zostali zawieszeni, co dodatkowo komplikuje przygotowania do jednego z najważniejszych meczów drugiej części roku.

  • Świątek nadała komunikat. Rezygnacja jest już pewna. Polka wprost ogłasza

    Świątek nadała komunikat. Rezygnacja jest już pewna. Polka wprost ogłasza

    Już podczas turnieju WTA Finals Iga Świątek otwarcie sygnalizowała, że w sezonie 2026 może podejść do kalendarza startów z dużo większą swobodą — nawet kosztem ewentualnych kar punktowych za opuszczenie imprez obowiązkowych. Teraz te słowa zaczynają zmieniać się w rzeczywistość. W najnowszym wywiadzie dla „Guardiana” polska tenisistka potwierdziła, że rezygnacja z wybranych turniejów jest niemal przesądzona.

    Świątek od dawna jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i zarazem najgłośniejszych ambasadorek grupy zawodniczek walczących o zmiany w tourze WTA. Tenisistki narzekają na przeładowany kalendarz, który ich zdaniem negatywnie wpływa na zdrowie fizyczne, samopoczucie i formę sportową.

    Polka niejednokrotnie zabierała głos na ten temat publicznie. Tak było również w Rijadzie, tuż przed rozpoczęciem tegorocznych WTA Finals, gdzie wprost stwierdziła, że w 2026 roku nie będzie przejmować się listą turniejów obowiązkowych. W hierarchii ważności wyżej stawia komfort, zdrowie i dobrostan psychiczny.

    — Przestanę patrzeć, które turnieje są obowiązkowe i gdzie mogę dostać karę w postaci „zera” do rankingu. Ułożę kalendarz tak, jak uważam, że powinien wyglądać. Zobaczymy, czy będę mentalnie okej z tym, że ominę kilka turniejów, podczas gdy inne dziewczyny będą grały. Może dzięki temu zyskam lepszą jakość tam, gdzie wystartuję — mówiła Świątek.

    „Chcę odpuścić dwa turnieje”. Świątek doprecyzowuje plan na 2026

    Teraz 24-latka potwierdziła, że nie zamierza wycofywać się z tego pomysłu. W rozmowie z „Guardianem” wyjaśniła, że plan na przyszły sezon zaczyna nabierać bardzo konkretnych kształtów — a rezygnacja z części turniejów jest właściwie przesądzona.

    — Chciałabym spróbować zrezygnować może z dwóch turniejów. Z takich, w których i tak, według własnego odczucia, nie zagrałabym najlepiej. Wykorzystałabym ten czas na pracę nad techniką. Myślę, że pomoże mi to grać lepiej także pod wpływem stresu, bo moje ciało zapamięta właściwe ruchy i to, czego nauczę się podczas treningów — powiedziała.

    Świątek podkreśliła również, że intensywna praca na korcie wzmacnia ją nie tylko fizycznie, ale też psychicznie — dodaje jej pewności siebie i pomaga lepiej przygotować się do najważniejszych startów. Zasugerowała, że tenisistki rywalizujące we wszystkich obowiązkowych imprezach rzadko są w stu procentach gotowe do gry.

    — Świadomość ciężkiej pracy daje mi mentalnie dużo pewności siebie. Dzięki temu mogę przystępować do turniejów lepiej przygotowana. Teraz, gdy musimy grać w każdym z obowiązkowych turniejów, większość zawodniczek powie otwarcie, że nie zawsze jest w stu procentach gotowa — dodała wiceliderka światowego rankingu.

  • Barber zobaczył Donalda Tuska i od razu wypalił. “Coś trzeba poprawić” [WIDEO]

    Barber zobaczył Donalda Tuska i od razu wypalił. “Coś trzeba poprawić” [WIDEO]

    Barber spojrzał na fryzurę Donalda Tuska i nie wytrzymał. “Coś trzeba poprawić” [WIDEO]

    Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej
    Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu

    Na początku nagrania, które pojawiło się na platformie X, Donald Tusk wyjaśnił, że napisał do niego na Instagramie Mateusz, który wraz ze wspólnikiem prowadzi barber shop w Warszawie. Podkreślił, że chciałby porozmawiać z premierem o polityce i o tym, jak żyje się w Polsce drobnym przedsiębiorcom.
    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Jakie tematy poruszono podczas wizyty Donalda Tuska u barbera?

    Co powiedział barber, gdy zobaczył Tuska?

    Jakie zmiany w fryzurze zaproponował barber?

    O której godzinie Tusk ogląda ‘Familiadę’?
    Donald Tusk u barbera. “Nie sądziłem, że pan odczyta wiadomość”

    Tusk przyjął propozycję i pojawił się u Mateusza. — Nie sądziłem, że pan odczyta wiadomość — powiedział barber, gdy tylko premier pojawił się w jego salonie. — Widzę, że coś trzeba poprawić na głowie — rzucił następnie w stronę swojego gościa. Choć Tusk początkowo był niechętny, w końcu zgodził się na metamorfozę.

    Sprawdź: Donald Tusk komentuje wyniki nowego sondażu. Wskazuje głównych rywali

    Podczas strzyżenia barber i premier poruszyli szereg tematów, w tym obniżenie składki zdrowotnej. — Dostaliśmy weto, ale chyba spróbujemy jeszcze raz — powiedział Tusk.
    Donald Tusk u barbera zdradził rodzinną tradycję

    Poruszona została także kwestia zbliżających się baraży do piłkarskiego mundialu, które odbędą się pod koniec marca przyszłego roku. — Jeśli będą grali tak, jak z Holandią, to nie wygląda to źle. Ale gdyby mieli zagrać tak, jak ostatni mecz, to słabo to wyglądało — stwierdził Tusk i zaznaczył, że Biało-Czerwoni nie mogą zlekceważyć Albanii.

    Zobacz: Mistrz świata zobaczył, co zrobił Donald Tusk i nie wytrzymał. “Wstyd”

    Tusk pochwalił się też, że ma rodzinny rytuał, który polega na oglądaniu w niedzielę o godz. 14.00 “Familiady”. — Wnuki bardzo krzyczą, aby przełączyć na Formułę 1 — powiedział Tusk. Po pytaniu od barbera o to, czy oglądał wyścig w Las Vegas, stwierdził, że nie. — Nie jestem fanem Maxa Verstappena. Najstarszy wnuk ma hopla na punkcie F1, więc od razu zadzwonił z tą sensacją — dodał.

    — Widać, że barber wjechał — zakończył nagranie Tusk.

    Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. W serwisie Plejada.pl każdego dnia piszemy o najważniejszych wydarzeniach show-biznesowych. Bądź na bieżąco! Obserwuj Plejadę w Google. Odwiedź nas także na Facebooku, Instagramie, YouTubie oraz TikToku.

    Chcesz podzielić się ciekawym newsem lub zaproponować temat? Skontaktuj się z nami, pisząc maila na adres:

  • 6:0, 6:0. Świątek bez litości. “Nie chciałam”

    6:0, 6:0. Świątek bez litości. “Nie chciałam”

    Iga Świątek ma za sobą sezon, który na długo pozostanie w pamięci kibiców. W 2025 roku wygrała Wimbledon w sposób wręcz niespotykany – nie tracąc ani jednego gema w finałowym meczu. W decydującym starciu całkowicie zdominowała Amandę Anisimovą, a teraz, w rozmowie z „The Guardian”, wróciła do tego wyjątkowego spotkania i odniosła się do zarzutów o brak litości wobec rywalki.

    Historyczny finał i niebywała dominacja

    Choć przez ostatnie lata Świątek była niekwestionowaną królową kortów ziemnych, sezon 2025 nie przyniósł jej na mączce żadnego tytułu. Prawdziwy przełom przyszedł jednak na trawie. W Londynie Polka grała tenis niemal perfekcyjny – przez cały Wimbledon była nie do zatrzymania. W półfinale rozbiła Belindę Bencic, oddając jej zaledwie dwa gemy (6:2, 6:0). A w finale… przeszła do historii. Wynik 6:0, 6:0 w decydującym meczu Wimbledonu kobiet po raz ostatni padł w 1911 roku. To wtedy Dorothea Lambert Chambers pokonała Dore Boothby.

    Świątek, widząc słabszą dyspozycję rywalki, nie zamierzała zwalniać tempa – i jak podkreśla, nie widzi w tym nic kontrowersyjnego. Mimo to pojawiły się głosy, że Polka powinna była „wpuścić” Anisimovą do meczu.

    – Nie zastanawiałam się, jak to wygląda z boku. Po prostu grałam i nie chciałam rozdawać punktów za darmo – powiedziała „The Guardian”. – To przecież finał Wimbledonu, bardzo zależało mi na zwycięstwie. Po meczu zaczęło się szaleństwo: wywiady, pytania o wynik, o to, czy powinnam pozwolić Amandzie wygrać chociaż jednego gema.

    Presja? Też jej nie brakowało

    Choć Anisimova na korcie wyglądała na zagubioną, sama Świątek również nie była wolna od stresu. Ogromna stawka i wyjątkowa atmosfera finału Wimbledonu sprawiły, że – jak przyznaje – także musiała zmierzyć się z presją.

    – Ten turniej doskonale pokazuje, że tenis jest sportem mentalnym. Głowa ma gigantyczny wpływ na poziom gry i ostateczne wyniki. Cieszę się, że dobrze sobie poradziłam, bo wszyscy mówili o stresie Amandy, ale ja też byłam bardzo zestresowana. Finał na korcie centralnym to surrealistyczne przeżycie.

    Anisimova: „To nie jest łatwe”

    Dla Amerykanki był to pierwszy finał wielkoszlemowy i zderzenie z grającą w transie Świątek okazało się brutalne. Po meczu szczerze przyznała, że długo nie mogła dojść do siebie.

    – Tak nie wyobrażałam sobie mojego pierwszego wielkoszlemowego finału. Byłam w szoku, ale powiedziałam sobie, że wyjdę z tego silniejsza. Przegrać dwa sety do zera w meczu o taką stawkę – to nie jest łatwe.

    W kolejnych miesiącach Anisimova rzeczywiście potrafiła się odbudować. Zrewanżowała się Polce, pokonując ją zarówno w ćwierćfinale US Open, jak i w fazie grupowej WTA Finals. Świątek natomiast może w sezonie 2026 sięgnąć po coś jeszcze bardziej spektakularnego – skompletować karierowego Wielkiego Szlema. Do pełnej kolekcji brakuje jej jedynie triumfu w Australian Open.

  • Deklasacja w finale z Julią Szeremetą. Zawodniczka urodzona w Polsce rozbita

    Deklasacja w finale z Julią Szeremetą. Zawodniczka urodzona w Polsce rozbita

    Julia Szeremeta już dwa lata temu sięgnęła po młodzieżowe mistrzostwo Europy podczas turnieju w Budvie. Tamten sukces okazał się początkiem wspaniałej drogi sportowej — kariery, która sprawiła, że młoda pięściarka stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego sportu. W kolejnych sezonach zdobyła wicemistrzostwo olimpijskie oraz wicemistrzostwo świata, potwierdzając, że należy do absolutnej światowej czołówki.

    Mimo coraz większego obciążenia startami i problemów zdrowotnych, zwłaszcza z prawą ręką, Szeremeta podjęła decyzję, by jeszcze raz spróbować swoich sił w mistrzostwach Europy U-23. Zanim jednak stanęła do finałowej walki, było już wiadomo, że złoto zdobędzie zawodniczka urodzona w Polsce. Mało kto jednak spodziewał się, że pojedynek będzie aż tak jednostronny.

    Polka kontra zawodniczka polskiego pochodzenia

    Rywalką Julii w decydującym starciu była Natalia Fasciszewska — bokserka, która urodziła się w Polsce, najpewniej nosząca w dokumentach nazwisko pisane przez „ś”. Jej rodzina mieszkała w Kamieniu Małym w woj. lubuskim, ale dwie dekady temu wyemigrowała do Irlandii. Natalia miała wówczas zaledwie rok i swoje sportowe życie zbudowała już na emigracji. Tam też rozpoczęła treningi, a Irlandia szybko uznała ją za jeden z największych talentów w kobiecym boksie. Zresztą swój pierwszy poważny tytuł zdobyła jeszcze… w Polsce, triumfując w Pucharze Śląska w Gliwicach. W Budapeszcie prezentowała bardzo dobry poziom, stylowo przedzierając się do finału.

    W walce o złoto trafiła jednak na zawodniczkę o zupełnie innym doświadczeniu i pozycji. Julia Szeremeta była w tym pojedynku zdecydowaną faworytką — nawet mimo urazu, który od kilku tygodni dawał o sobie znać. Jej trener Tomasz Dylak podkreślał wcześniej, że pięściarka potrzebuje odpoczynku, by doprowadzić rękę do pełnej sprawności.

    Taktyczna walka Julii i finał bez większych emocji

    Od początku turnieju w Budapeszcie Szeremeta boksowała bardzo rozważnie i oszczędnie korzystała z prawej ręki. Najtrudniejszą przeprawę miała w 1/8 finału przeciwko Turczynce Pinar Benek — starciu, które wielu określało mianem przedwczesnego finału. O wyniku decydowały ostatnie sekundy, a sędziowie przyznali minimalne zwycięstwo Polce (3:2).

    Dwie kolejne walki wypadły już znacznie spokojniej. Szeremeta kontrolowała je od początku do końca i nie pozostawiała wątpliwości, że to ona zasłużenie melduje się w finale. Wydawało się więc mało prawdopodobne, by Fasciszewska była w stanie narzucić jej trudniejsze warunki niż Benek.

    W decydującym pojedynku obie zawodniczki zaczęły ostrożnie. Po zaledwie 20 sekundach arbiter upomniał je, sygnalizując, że oczekuje większej aktywności. Chwilę później zrobił to po raz drugi, mimo że Szeremeta miała już kilka punktujących akcji. W pierwszej rundzie ciosów celnych ze strony Irlandki było jak na lekarstwo. Walka nie należała do najbardziej efektownych, ale trzeba brać pod uwagę sytuację zdrowotną Polki, która nie zamierzała ryzykować pogłębienia urazu.

    Trener Dylak tłumaczył później, że Szeremeta zmaga się z uszkodzoną chrząstką. Wcześniej była tam złamana kość, która co prawda już się zrosła, ale ból nadal wraca. Julia więc bazowała przede wszystkim na przewadze technicznej i ogromnym doświadczeniu. Sędziowie jednogłośnie zapisali pierwszą rundę dla niej — każdy punktował 10:9.

    Ostrzeżenie, utrata punktu i jasny werdykt

    Aby Fasciszewska mogła osiągnąć cokolwiek w tym pojedynku, musiała podjąć ryzyko, wyjść do ofensywy i odsłonić się. Gdy próbowała atakować, natychmiast nadziewała się na kontry Polki. Dodatkowo zaczęła zbyt mocno opuszczać głowę, za co pod koniec drugiej rundy otrzymała ostrzeżenie. Utrata punktu przekreśliła jej szanse na odwrócenie losów walki.

    Po dwóch rundach karty punktowe pokazywały 20:17 dla Szeremety. Jedyną drogą do zwycięstwa dla Irlandki był więc nokaut, ale nie była w stanie nawet zbliżyć się do takiego zagrożenia. W trzeciej rundzie raczej próbowała bezpiecznie przetrwać do końcowego gongu.

    Ostatecznie wszyscy sędziowie punktowali walkę identycznie: 30:26 dla Julii Szeremety.

    Historyczny wynik i lista złotych medali

    Triumf w Budapeszcie sprawił, że Julia Szeremeta została dopiero drugą zawodniczką z Polski, która zdobyła co najmniej dwa złote medale młodzieżowych mistrzostw Europy. Jedyną, która ma ich więcej, pozostaje Martyna Jancelewicz — trzykrotna mistrzyni U-23. Dla Szeremety był to ostatni start w tej kategorii wiekowej, bo w przyszłym roku nie będzie już mogła w niej wystąpić.

    Złote medale ME U-23 zdobyte przez Polki:

    • 2024, Budapeszt (Węgry): Natalia Kuczewska (51 kg)
    • 2023, Budva (Czarnogóra): Julia Szeremeta (57 kg), Martyna Jancelewicz (81 kg)
    • 2022, Poreč (Chorwacja): Martyna Jancelewicz (81 kg), Oliwia Toborek (+81 kg)
    • 2021, Roseto degli Abruzzi (Włochy): Martyna Jancelewicz (81 kg)
    • 2018, Târgu Jiu (Rumunia): Agata Kaczmarska (81 kg)
  • Fissette ujawnił całą prawdę o Świątek! Wielu mówiło o tym głośno

    Fissette ujawnił całą prawdę o Świątek! Wielu mówiło o tym głośno

    – Czułem, że wcześniej nie miała wiary ani pewności siebie na tej nawierzchni – przyznał Wim Fissette, komentując grę Igi Świątek na trawie w jednym z najnowszych podcastów. Belgijski trener opowiedział więcej o tym, jak zmieniła się Polka od początku ich współpracy i co jego zdaniem pozwoliło jej sięgnąć po tytuł na Wimbledonie. Oprócz sfery mentalnej, wpływ na ten przełom miały też inne czynniki.

    Jesienią 2024 roku Świątek zakończyła współpracę z Tomaszem Wiktorowskim i rozpoczęła nowy etap kariery pod okiem Wima Fissette’a. Początek był jednak daleki od ideału. Raszynianka nie potrafiła złapać rytmu, przegrała kilka ważnych spotkań i nie obroniła trzech tytułów zdobytych rok wcześniej na mączce – w tym najważniejszego, na Roland Garros. W rankingu WTA zaliczyła wyraźny spadek, a wielu ekspertów obawiało się, że czeka ją jeszcze trudniejszy czas, bo zbliżał się sezon na trawie – dotąd jej najmniej ulubiona nawierzchnia. A jednak to właśnie tam dokonała przełomu. Najpierw dotarła do finału turnieju WTA 500 w Bad Homburgu, a kilka tygodni później triumfowała na Wimbledonie. W całym sezonie na trawie poniosła zaledwie jedną porażkę.

    Fissette: „Wierzyłem, że może dużo osiągnąć”

    Wim Fissette, będąc gościem podcastu „Inside-In”, wrócił wspomnieniami do tamtych chwil. – Wierzyłem, że może osiągnąć bardzo wiele na trawie. Po kilku miesiącach wspólnej pracy poznałem ją znacznie lepiej. Początek sezonu na trawie był też momentem, w którym mogłem wnieść więcej własnych pomysłów – opowiadał.

    Według Fissette’a kluczowe były dwa elementy przygotowań – krótki obóz na Majorce oraz występ w Bad Homburgu. – Trenowaliśmy tydzień na Majorce. To był świetny czas, bo udało się połączyć ciężką pracę z chwilami relaksu. Potem przyszedł turniej w Niemczech, gdzie od pierwszego meczu widziałem, że jej forma idzie w górę. Z każdym kolejnym spotkaniem grała coraz lepiej. Czułem, że jest gotowa na coś wyjątkowego – wspominał Belg.

    Zmiana mentalności kluczem do sukcesu

    Trener zdradził też, że jednym z najważniejszych czynników był rozwój pewności siebie zawodniczki. – Czułem, że wcześniej nie wierzyła w siebie na tej nawierzchni. Brakowało jej zaufania do własnej gry – powiedział Fissette. – Ale z dnia na dzień ta pewność siebie rosła. A jeśli zawodniczka taka jak Iga potrafi rozwijać ją w takim tempie, to naprawdę nie ma ograniczeń – dodał.

    Nie ma więc wątpliwości, że przełom Świątek na trawie był nie tylko efektem solidnego przygotowania, ale też ogromnej pracy mentalnej. To właśnie zmiana podejścia i nowa energia sprawiły, że 24-latka potrafiła odnaleźć radość z gry na nawierzchni, która wcześniej była jej zmorą.

    Od triumfu na Wimbledonie Polka sięgnęła jeszcze po dwa tytuły – w Cincinnati i Pekinie. Ostatnie dwa turnieje w Azji zakończyła odpowiednio na etapie 1/8 finału i ćwierćfinału, co pozbawiło ją szans na odzyskanie pozycji liderki rankingu WTA przed końcem sezonu. Przed Igą został już tylko jeden turniej – WTA Finals, w którym wystąpi osiem najlepszych zawodniczek roku. Stawką będzie aż 1500 punktów, więc emocji na zakończenie sezonu z pewnością nie zabraknie.

  • Takiej Świątek jeszcze nie widzieliście. “Hollywood czeka”

    Takiej Świątek jeszcze nie widzieliście. “Hollywood czeka”

    Iga Świątek powoli zbliża się do końca intensywnego sezonu, ale nie pozwala, by kibice o niej zapomnieli. Tym razem w centrum uwagi znalazły się jej najnowsze zdjęcia z kampanii reklamowej dla jednej ze współpracujących z nią marek. Efekt? Fani są zachwyceni i nie szczędzą komplementów. „Nie ma to jak nasza rakieta!” – czytamy w komentarzach.

    Iga Świątek w nowej odsłonie – fani pod wrażeniem

    Druga rakieta świata przygotowuje się obecnie do końcówki sezonu. Na początku listopada wystąpi w prestiżowym turnieju WTA Finals w Rijadzie, a następnie reprezentować będzie Polskę w Billie Jean King Cup w Gorzowie Wielkopolskim. Zanim jednak ponownie wejdzie na kort, pokazała swoją zupełnie inną, bardziej kobiecą stronę.

    Świątek od pewnego czasu współpracuje z marką kosmetyczną i perfumeryjną. Na Instagramie opublikowała niedawno serię zdjęć z nowej kampanii, na których prezentuje się w eleganckim, czarnym stroju z delikatnymi wycięciami oraz w pełnym makijażu. To zupełnie inny wizerunek niż ten, do którego przyzwyczaiła kibiców na korcie.

    Reakcje internautów były natychmiastowe i niezwykle pozytywne. „Pięknie”, „petarda”, „po prostu klasa”, „zachwycasz nas w każdym wydaniu”, „po karierze tenisowej czeka Hollywood”, „niesamowity look – potężny, ale elegancki”, „zmysłowo i z klasą” – to tylko niektóre z licznych komentarzy pod jej wpisem.

    Kulisy sesji zdjęciowej – Ewelina Krasoń zdradza szczegóły

    Za makijaż podczas tej sesji odpowiadała ponownie Ewelina Krasoń, z którą Świątek współpracowała już wcześniej. Makijażystka zdradziła, jak wygląda współpraca z najlepszą polską tenisistką. „Iga jest niezwykle inteligentna i ma świetne poczucie humoru. Praca z nią to zawsze czysta przyjemność” – napisała Krasoń w swojej relacji na Instagramie.

    Końcówka sezonu i nowe wyzwania

    Choć Iga Świątek chwilowo skupia się na działaniach pozasportowych, fani już odliczają dni do jej powrotu na kort. WTA Finals z jej udziałem odbędą się w dniach 1–8 listopada, natomiast BJK Cup w Gorzowie Wielkopolskim zaplanowano na 14–16 listopada. Na zakończenie roku, po krótkim odpoczynku, Polka pojawi się jeszcze w pokazowym turnieju World Tennis Continental Cup w chińskim Shenzen (26–28 grudnia).

    Świątek udowadnia więc, że potrafi łączyć sportową determinację z elegancją i naturalnym wdziękiem – zarówno na korcie, jak i przed obiektywem aparatu.