Category: Home

  • Pierwsza taka porażka Igi Świątek. Aż ciężko uwierzyć. “Nierealne”

    Pierwsza taka porażka Igi Świątek. Aż ciężko uwierzyć. “Nierealne”

    Pierwsza taka porażka Igi Świątek. Aż ciężko uwierzyć. “Nierealne

     

    Niestety! Jelena Ostapenko znów okazała się za mocna dla Igi Świątek. Łotyszka pokonała Polkę wynikiem 6:3, 3:6, 6:2 w ćwierćfinale turnieju WTA 500 w Stuttgarcie. Tym samym nasza rodaczka pożegnała się z niemieckimi zawodami. W sieci ruszyła lawina komentarzy.

     

    Początek tego pojedynku należał w pełni do Jeleny Ostapenko. Łotyszka prezentowała się dużo lepiej i wygrała pierwszego seta 6:3. Pod koniec widać było jednak, że w grze Igi Świątek nastąpiła pewna zmiana i w drugiej odsłonie się to potwierdziło. Polka wygrała ją 6:3 i kluczowa okazała się trzecia partia.

     

    Tak podsumowali porażkę Igę Świątek z Jeleną Ostapenko. Niestety

    A w niej ponownie dużo lepiej zaczęła Ostapenko. Świątek walczyła, ale to było za mało. Jej rywalka wygrała wynikiem 6:2. W sieci od razu pojawiło się sporo komentarzy na temat tego spotkania. Są one bardzo różne, ale sporo osób zwraca uwagę na to, że Łotyszka pozostaje niepokonana w starciach z drugą rakietą świata! Na sześć meczów wygrywała… sześciokrotnie.

     

    “Ostapenko mogłaby być w śpiączce, a potem obudzić się tylko po to, by znów pokonać Świątek” — pisze dziennikarz Scott Barclay.

     

    “Ostapenko pokonuje Świątek 6:3, 3:6, 6:2. Nierealne. Jelena PONOWNIE pokonała Igę. Ale tym razem zrobiła to na korcie ziemnym, gdzie Iga miała rekord 11:1. Teraz prowadzi 6:0” — czytamy na profilu “The Tennis Letter”.

     

    “Jelena Ostapenko po raz szósty wygrywa z Igą Świątek. Mecz kończy się wynikiem 6:3, 3:6, 6:2 dla Łotyszki. Zadecydowały słabsze początki w 1. i 3. secie oraz fakt, że ewidentnie Ostapenko siedzi w głowie Polki” — komentuje tenisowy ekspert Adam Romer.

     

    “Jelena Ostapenko właśnie zaserwowała Idze Świątek bajgla w rywalizacji jeden na jeden. 6:0. Nierealne” — zwraca uwagę Bastien Fachen.

     

    “Ostapenko 6:0 Świątek. Jelena Ostapenko pozostaje niepokonana przeciwko Idze Świątek, wygrywając ich pierwsze spotkanie na korcie ziemnym, pokonując dwukrotną mistrzynię 6:3, 3:6, 6:2 i dociera do półfinału w Stuttgarcie. Jeden z najbardziej niesamowitych pojedynków w historii tenisa. Po prostu… NIESAMOWITE” — komentuje znany dziennikarz Jose Morgado.

     

    “Niestety Iga vs. Iga 1:2 i z Ostapenko 0:6. Z jednej strony Polka była dziś znacznie bliżej zwycięstwa niż choćby w Dosze, ale z drugiej Ostapenko nie zagrała najlepiej. Szkoda, bo zwycięstwo mogłoby być punktem zwrotnym. Oby Iga zbyt długo tego nie rozpamiętywała” — komentuje Maciej Trąbski z Przeglądu Sportowego Onet.

  • Przegrywali już 1:3. Wielki pościg FC Barcelony!

    Przegrywali już 1:3. Wielki pościg FC Barcelony!

    Przegrywali już 1:3. Wielki pościg FC Barcelony!

    Było blisko niespodzianki. FC Barcelona przegrywała z Celtą Vigo 1:3, ale wygrała. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Blaugrany 4:3.

     

    Lider La Ligi FC Barcelona na finiszu sezonu terminarz ma niezwykle napięty. Blaugrana co kilka dni rozgrywa mecze o stawkę. Po wywalczeniu awansu do półfinału Ligi Mistrzów Dumę Katalonii czekają dwa spotkania w La Lidze oraz finał Pucharu Króla.

     

    Rywal w 31. kolejce – Celta Vigo dość niespodziewanie walczy o prawo gry w europejskich pucharach. Goście lubią grać z Barceloną, której w ostatnich latach kilka razy urywali punkty.

     

    W wyjściowym składzie gospodarzy ponownie znalazło się miejsce dla dwójki Polaków. Robert Lewandowski liczył na gola numer sto w barwach hiszpańskiego klubu i mógł się go doczekać już w 2. minucie. Po zagraniu z prawej strony “Lewy” mocno uderzył z pola karnego. Tuż obok okienka.

     

    Na otwarcie wyniku czekać trzeba było zaledwie do 12. minuty. Ferran Torres przeprowadził indywidualną akcję. Płaski strzał z ok. 18 metrów zatrzymał się w bramce! Radość gospodarzy trwała zaledwie przez trzy minuty. Wówczas na przedpolu nie popisał się Wojciech Szczęsny. Polak nie przeciął dogrania z prawej strony Pablo Durana, do piłki dopadł Borja Iglesias i wyrównał.

     

    Zdobyty gol dodał pewności gościom, którzy swoich szans szukali po kontrach. Gospodarzom z kolei brakowało precyzji przy uderzenia z okolic linii pola karnego. Czujny musiał być Szczęsny. Polak w premierowej odsłonie zrehabilitował się za błąd. W 23. minucie po kolejnej akcji prawą stroną, golkiper tym razem wyczekał Borję Iglesiasa i nogą odbił strzał rywala.

     

    Z kolei na dwie minuty przed przerwą Szczęsny odbił strzał Ilaixa Moriby oraz poprawkę Ikera Losado. Po zmianie stron goście wciąż szukali swojej szansy. W 49. minucie bramkarz gospodarzy sparował strzał Pablo Durana.

     

    Polak między słupkami Blaugrany niewiele mógł zdziałać trzy minuty później. Nieporozumienie Frenkiego de Jonga i Inigo Martineza wykorzystał Borja Iglesias. Snajper uciekł prawą stroną, wpadł w pole karne i strzałem w kierunki dalszego słupka pokonał Szczęsnego.

     

    Gospodarze starali się atakować, ale w 62. minucie nadziali się na kontrę. Goście wybili piłkę z własnego pola karnego, Borja Iglesias kolejny raz wykorzystał złe ustawienie obrońcy. Napastnik przez pół boiska biegł na bramkę Barcelony i po chwili pokonał Szczęsnego notując hat trick.

     

    Blaugrana odpowiedziała błyskawicznie. Niespełna dwie minuty później Raphinha zagrał prostopadle do Daniego Olmo, a ten w sytuacji sam na sam uderzył obok bramkarza do siatki. W 68. minucie był już remis. Lamine Yamal dośrodkował na piąty metr, a nadbiegający Rapninha głową wyrównał.

     

    Wicemistrzowie Hiszpanii szukali zwycięskiej bramki. W 76. minucie boisko z urazem opuścił Robert Lewandowski. Jego zmiennik Gavi był bliski trafienia w 84. minucie, kiedy po dośrodkowaniu z rzutu rożnego głową uderzył tuż obok słupka.

     

    Piłkę meczową mieli gracze Celty. W 90. minucie z trzech metrów główkował Oscar Mingueza, pomylił się o centymetry. Do 2. części sędzia doliczył 8 minut. To było dla gospodarzy zbyt mało, aby zadać cios na miarę wygranej.

     

    W piątek minucie doliczonego czasu Dani Olmo padł w polu karnym. Sędzia pierwotnie faulu nie zauważył, ale po analizie VAR wskazał na “jedenastkę”. Rzut karny na gola mocnym strzałem zamienił Raphinha.

     

    Piłkarsko Barcelona powstała z martwych i wciąż mknie po mistrzostwo Hiszpanii!

     

    FC Barcelona – Celta Vigo 4:3 (1:1)

    1:0 – Ferran Torres 12′

    1:1 – Borja Iglesias 15′

    1:2 – Borja Iglesias 52′

    1:3 – Borja Iglesias 62′

    2:3 – Dano Olmo 64′

    3:3 – Raphinha 68′

    4:3 – Raphninha (k.) 90+8′

     

    Składy:

     

    FC Barcelona: Wojciech Szczęsny – Jules Kounde, Pau Cubarsi (87′ Eric Garcia), Inigo Martinez, Gerard Martin (87′ Pau Victor) – Pedri, Frenkie de Jong, Fermin Lopez (59′ Dani Olmo) – Raphinha, Robert Lewandowski (76′ Gavi), Ferran Torres (59′ Lamine Yamal).

     

    Celta Vigo: Vicente Guaita – Javi Rodriguez, Yoel Lago, Marcos Alonso – Pablo Duran (73′ Fer Lopez), Fran Beltran, Ilaix Moriba (88′ Hugo Sotelo), Sergio Carreira – Iker Losada (46′ Oscar Mingueza), Williot Swedberg (60′ Alfon Gonzalez) – Borja Iglesias (73′ Iago Aspas).

     

    Żółte kartki: Raphinha (Barcelona) oraz Aspas, Lopez (Celta).

  • Koszmar! Oto ranking WTA po bolesnej porażce Igi Świątek w Stuttgarcie

    Koszmar! Oto ranking WTA po bolesnej porażce Igi Świątek w Stuttgarcie

    Koszmar! Oto ranking WTA po bolesnej porażce Igi Świątek w Stuttgarci

    Niestety, choć po drugim secie wydawało się, że Iga Świątek może przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść, to tak się nie stało. Polka przegrała 3:6, 6:3, 2:6 z Jeleną Ostapenko i tym samym odpadła z turnieju WTA 500 w Stuttgarcie. A to sprawia, że sytuacja naszej rodaczki w rankingu WTA jeszcze bardziej się komplikuje. Tłumaczymy dlaczego.

    Mecz rozpoczął się fatalnie dla Igi Świątek. W pierwszym secie wyglądała na bezradną i sytuacją zaczęła zmieniać się dopiero w końcówce. Mimo wszystko Polka przegrała 3:6. W drugim faktycznie jednak wyglądało to znacznie lepiej i nasza rodaczka wygrała z Ostapenko 6:3. Wszystko rozstrzygnęło się w trzeciej odsłonie, a w niej lepsza była Ostapenko, która zwyciężyła 6:2. To ważne wieści również w kontekście rankingu WTA.

    Fatalne wieści dla Igi Świątek! Tak wygląda ranking WTA. Niestety

    Spieszymy z wyjaśnieniem dlaczego. Rok temu w Stuttgarcie Świątek dotarła do półfinału, dlatego w tegorocznej edycji miała do obrony 195 pkt. Niestety, wiemy już, że tego sukcesu druga rakieta świata nie będzie w stanie powtórzyć i w Niemczech obroni tylko 108 “oczek”. A to oznacza, że w aktualizacji rankingu WTA po zawodach w Stuttgarcie z konta Polki zniknie 87 pkt i będzie miała 7383 “oczek”.

    Dlaczego są to bardzo złe wieści? Dlatego, że przed ogromną szansą na zwiększenie swojej przewagi w rankingu stoi Aryna Sabalenka. Białorusinka w 2024 r. dotarła do ćwierćfinału w niemieckim turnieju i w tym roku również jest już na tym etapie. Nawet jeśli przegra, nie straci żadnych punktów, A zyskać ich może nawet 392, jeśli udałoby jej się wygrać te zawody. Teraz ma 10541 pkt, a w najlepszym przypadku 10933 pkt. Wtedy strata Świątek do Sabalenki wynosiłaby aż 3550 pkt.

    A w ciągu najbliższych tygodni praktycznie nie będzie się dało jej zniwelować. Najlepsza polska tenisistka przystąpi kolejno do turniejów w Madrycie, Rzymie i Paryżu (French Open), w których rok temu zwyciężała. Dlatego znów będzie broniła ogromne liczby punktów, a to może wykorzystać jej największa rywalka w wyścigu o “jedynkę” światowego rankingu.

  • To nie mogło się udać. To dlatego Świątek przegrała z Ostapenko

    To nie mogło się udać. To dlatego Świątek przegrała z Ostapenko

    To nie mogło się udać. To dlatego Świątek przegrała z Ostapenk

    Wielkie problemy z pierwszym podaniem, serwis o prędkości 122 km/h i zbyt liczne podwójne błędy. Tak ważny w pojedynku z Jeleną Ostapenko element nie był u Igi Świątek na wystarczająco równym poziomie w ćwierćfinale w Stuttgarcie, by zagrozić ultraofensywnej rywalce. Polka przegrała 3:6, 6:3, 2:6, a łotewska tenisistka podtrzymała miano kryptonitu wiceliderki światowego rankingu.

    Drogę z piekła do nieba i z powrotem przeszli w ćwierćfinale w Stuttgarcie Iga Świątek i jej trener Wim Fissette. Przerwanie chwilowo naporu i postawienie się słynącej z zero-jedynkowej gry Jeleny Ostapenko sprawiło, że kibice Polki zobaczyli światełko w tunelu w tej dotychczas jednostronnej rywalizacji. Ale grająca falami Łotyszka przypomniała, że w pojedynkach z drugą rakietą świata jest zwykle ulepszoną wersją siebie i wykorzystuje każdy moment słabości faworytki.

    Ostapenko kryptonitem Świątek
    Superman ma kryptonit, a Świątek ma Ostapenko – o takie stwierdzenie pokuszono się ostatnio w artykule na stronie organizacji WTA. Wspomniano też to, co powtarzają od jakiegoś czasu już wszyscy – ekscentryczna Łotyszka stała się tenisowym koszmarem Polki. Teraz znów to potwierdziła – po sobotnim pojedynku ma z nią bilans 6-0.

    Już od trzech tygodni, czyli od sensacyjnej przegranej w ćwierćfinale w Miami z Alexandrą Ealą z Filipin (140.), fani Świątek zadawali sobie jedno pytanie – czy 23-latka odzyska utraconą pewność siebie na ulubionych kortach ziemnych. Zawsze na nich brylowała i dominowała, więc wydawało się, że jak nie na nich, to kiedy. Środowy pojedynek drugiej rundy w Stuttgarcie z Janą Fett, choć bardzo pewnie wygrany 6:2, 6:2, nie był dostatecznym miernikiem. Bo 153. w rankingu WTA Chorwatka nie była dla Polki żadnym zagrożeniem. Czyli zupełnie odwrotnie niż 24. na światowej liście Ostapenko.

    Łotyszka to zawodniczka grająca falami, a jej bardzo agresywny styl gry sprawia, że czasem jest jak burza i nie daje szans rywalkom, a czasem ma problem z trafieniem w kort i w szybkim tempie powiększa dorobek niewymuszonych błędów. Niestety dla Świątek, w meczach z nią zwykle pokazuje się w tym lepszym wydaniu.

    Przy tak grających tenisistkach jak Ostapenko groźny serwis to podstawa. A jego zbyt często brakowało Polce w sobotę. Przy wyniku 0:3 nie miała na koncie ani jednego trafionego pierwszego podania. Do tego podwójne błędy i wprowadzenie piłki do gry z prędkością zaledwie 122 km/h, co od razu wykorzystała rywalka. Tenisistka współpracująca z Fissettem próbowała też serwisów na ciało, ale agresywnie returnująca Łotyszka często radziła sobie też z tym. Sama zaś pokazała, jak polegać na swoim podaniu – na koniec seta posłała dwa asy.

    Warto jednak odnotować fragment tej partii, w którym Polka zaczęła robić to, czego brakowało we wcześniejszych z Ostapenko. Z większą determinacją próbowała zmusić niewygodną przeciwniczkę do biegania. Nie jest tajemnicą, że zawodniczka z Rygi w takiej sytuacji zaczyna się mylić i tak też było teraz. Dzięki temu Świątek, która zaczęła seta od przegrania czterech kolejnych gemów, zmniejszyła stratę do 3:5, a jej trener wyraźnie się rozpogodził i nagradzał ją brawami. Ale Ostapenko pokazała, że jej kryzys był tylko chwilowy.

    33 i 80 procent – tak ogromna różnica była w wygrywaniu akcji po pierwszym podaniu u Świątek między pierwszą a drugą partią. I w dużym stopniu dlatego wynik obu był odwrotnością. O znaczeniu serwisu przypomniał też długi piąty gem – prowadząca 3:1 Polka w pewnym momencie uzyskała przewagę dzięki asowi, ale ostatecznie straciła wtedy podanie (Ostapenko wykorzystała trzeciego “break pointa”) po podwójnym błędzie.

    – Takie oddanie (ostatniego punktu – red.) za darmo boli – przyznała komentatorka Canal+ Paula Choduń-Kania.

    Po jednym z zepsutych serwisów w tej części spotkania Świątek poddenerwowana wzruszyła ramionami. Zadania nie ułatwiał jej fakt, że rywalka znów starała się wchodzić na każde jej podanie zgodnie z zasadą “uda się albo się nie uda”. Ale Polka przetrwała i w końcówce tej partii sama wykorzystała kolejny moment słabości Łotyszki, wygrywając aż 11 z 13 ostatnich punktów.

    Ale sama kolejny słabszy moment pod względem skuteczności serwisu zaliczyła na początku decydującej partii i znów nie uniknęła kary przy szalejącej na returnie Ostapenko. Trzeba oddać Polce, że nie spuściła głowy przy wyniku 0:3 i próbowała do końca nawiązać walkę z rywalką, ale nie pozwoliła jej na to rywalka i pechowe centymetrowe autowe zagrania, które zanotowała w kluczowej części seta.

    Szukając pozytywów, Świątek – w przeciwieństwie do lutowego pojedynku w Dosze – mocniej postawiła się Łotyszce. Ale lekcja jest prosta – bez lepszego serwisu Polka nie pokona swojego “koszmaru” nawet na ukochanej ziemi.

  • Michalczewski usłyszał o kryzysie Świątek. Tak ją podsumował

    Michalczewski usłyszał o kryzysie Świątek. Tak ją podsumował

    Michalczewski usłyszał o kryzysie Świątek. Tak ją podsumował

    – To niesamowita tenisistka, a kryzysy zawsze się zdarzają, czy w sporcie, czy w życiu – powiedział Dariusz Michalczewski o Idze Świątek w rozmowie z PAP. Emerytowany pięściarz na bieżąco śledzi zmagania najlepszej polskiej tenisistki. Zdradził także, jakie widzi podobieństwo pomiędzy boksem a tenisem. Jak się okazuje, to jeden z kluczowych elementów w obu sportach.

     

    Michalczewski, niegdyś uznawany za jednego z najlepszych pięściarzy kategorii półciężkiej, karierę zakończył w 2005 roku. W 50. walkach stoczonych na zawodowych ringach znalazło się zaledwie dwóch rywali, którzy zdołali pokonać “Tigera” – i to już pod sam koniec jego występów. Pomimo dwóch dekad, które minęły od jego ostatniej walki, znakomity niegdyś zawodnik wciąż pozostaje aktywny fizycznie. Co jednak ciekawe, to nie treningi bokserskie obecnie wypełniają jego harmonogram tygodnia.

     

    – Cztery razy w tygodniu gram w tenisa, a dwa razy w tygodniu chodzę na siłownię. W tenisa gram głównie w debla i jest to wymagające. Do treningów bokserskich już mnie nie ciągnie, bo są zbyt mocne i ciężkie. Nie potrafię trenować na pół gwizdka. Boks jest świetny i to są bardzo wymagające treningi, jednak przy moim średnio sportowym życiu, były dla mnie za ciężkie. Byłem potem zbyt zmęczony – powiedział Michalczewski w rozmowie z PAP.

     

    “Tiger” nagle zaczął mówić o Świątek. “To jednak nasza duma”

     

    Michalczewski zdradził też, że śledzi wyniki 23-latki i zdaje sobie sprawę z tego, że Świątek w przeszłości znajdowała się w lepszej dyspozycji.

     

    – Słyszałem, że przechodzi mały kryzys. Zawsze, zanim zaczniemy grać, rozmawiam z kolegami o aktualnych meczach Igi. Na bieżąco dostaję relację. To niesamowita tenisistka, a kryzysy zawsze się zdarzają, czy w sporcie, czy w życiu. Iga to jednak nasza duma – powiedział 56-latek.

     

    “Tiger”, który przez 12 lat kariery był niepokonanym pięściarzem na zawodowych ringach, znalazł podobieństwo pomiędzy boksem i tenisem.

     

    – Przede wszystkim praca nóg. W tenisie jest prawie tak samo jak w boksie — bez odpowiedniej pracy nóg nie ma się żadnych szans. Dlatego też nieźle mi idzie gra w tenisa. Moi koledzy z kortu śmieją się ze mnie, że gram jakbym boksował. Jestem samoukiem, wziąłem tylko kilka lekcji tenisa. Teraz coraz bardziej poprawiam serwis i bekhend. Z dnia na dzień gram coraz lepiej. Czasami mam gorsze dni, ale są one spowodowane zbyt późnym powrotem do domu z kolacji dzień wcześniej – stwierdził w swoim stylu Michalczewski.

     

  • To nie mogło się udać. To dlatego Świątek przegrała z Ostapenko

    To nie mogło się udać. To dlatego Świątek przegrała z Ostapenko

    To nie mogło się udać. To dlatego Świątek przegrała z Ostapenko

    Wielkie problemy z pierwszym podaniem, serwis o prędkości 122 km/h i zbyt liczne podwójne błędy. Tak ważny w pojedynku z Jeleną Ostapenko element nie był u Igi Świątek na wystarczająco równym poziomie w ćwierćfinale w Stuttgarcie, by zagrozić ultraofensywnej rywalce. Polka przegrała 3:6, 6:3, 2:6, a łotewska tenisistka podtrzymała miano kryptonitu wiceliderki światowego rankingu.

     

    Drogę z piekła do nieba i z powrotem przeszli w ćwierćfinale w Stuttgarcie Iga Świątek i jej trener Wim Fissette. Przerwanie chwilowo naporu i postawienie się słynącej z zero-jedynkowej gry Jeleny Ostapenko sprawiło, że kibice Polki zobaczyli światełko w tunelu w tej dotychczas jednostronnej rywalizacji. Ale grająca falami Łotyszka przypomniała, że w pojedynkach z drugą rakietą świata jest zwykle ulepszoną wersją siebie i wykorzystuje każdy moment słabości faworytki.

     

    Ostapenko kryptonitem Świątek

     

    Superman ma kryptonit, a Świątek ma Ostapenko – o takie stwierdzenie pokuszono się ostatnio w artykule na stronie organizacji WTA. Wspomniano też to, co powtarzają od jakiegoś czasu już wszyscy – ekscentryczna Łotyszka stała się tenisowym koszmarem Polki. Teraz znów to potwierdziła – po sobotnim pojedynku ma z nią bilans 6-0.

     

    Już od trzech tygodni, czyli od sensacyjnej przegranej w ćwierćfinale w Miami z Alexandrą Ealą z Filipin (140.), fani Świątek zadawali sobie jedno pytanie – czy 23-latka odzyska utraconą pewność siebie na ulubionych kortach ziemnych. Zawsze na nich brylowała i dominowała, więc wydawało się, że jak nie na nich, to kiedy. Środowy pojedynek drugiej rundy w Stuttgarcie z Janą Fett, choć bardzo pewnie wygrany 6:2, 6:2, nie był dostatecznym miernikiem. Bo 153. w rankingu WTA Chorwatka nie była dla Polki żadnym zagrożeniem. Czyli zupełnie odwrotnie niż 24. na światowej liście Ostapenko.

     

    Łotyszka to zawodniczka grająca falami, a jej bardzo agresywny styl gry sprawia, że czasem jest jak burza i nie daje szans rywalkom, a czasem ma problem z trafieniem w kort i w szybkim tempie powiększa dorobek niewymuszonych błędów. Niestety dla Świątek, w meczach z nią zwykle pokazuje się w tym lepszym wydaniu.

     

    Przy tak grających tenisistkach jak Ostapenko groźny serwis to podstawa. A jego zbyt często brakowało Polce w sobotę. Przy wyniku 0:3 nie miała na koncie ani jednego trafionego pierwszego podania. Do tego podwójne błędy i wprowadzenie piłki do gry z prędkością zaledwie 122 km/h, co od razu wykorzystała rywalka. Tenisistka współpracująca z Fissettem próbowała też serwisów na ciało, ale agresywnie returnująca Łotyszka często radziła sobie też z tym. Sama zaś pokazała, jak polegać na swoim podaniu – na koniec seta posłała dwa asy.

     

    Warto jednak odnotować fragment tej partii, w którym Polka zaczęła robić to, czego brakowało we wcześniejszych z Ostapenko. Z większą determinacją próbowała zmusić niewygodną przeciwniczkę do biegania. Nie jest tajemnicą, że zawodniczka z Rygi w takiej sytuacji zaczyna się mylić i tak też było teraz. Dzięki temu Świątek, która zaczęła seta od przegrania czterech kolejnych gemów, zmniejszyła stratę do 3:5, a jej trener wyraźnie się rozpogodził i nagradzał ją brawami. Ale Ostapenko pokazała, że jej kryzys był tylko chwilowy.

     

    33 i 80 procent – tak ogromna różnica była w wygrywaniu akcji po pierwszym podaniu u Świątek między pierwszą a drugą partią. I w dużym stopniu dlatego wynik obu był odwrotnością. O znaczeniu serwisu przypomniał też długi piąty gem – prowadząca 3:1 Polka w pewnym momencie uzyskała przewagę dzięki asowi, ale ostatecznie straciła wtedy podanie (Ostapenko wykorzystała trzeciego “break pointa”) po podwójnym błędzie.

     

    – Takie oddanie (ostatniego punktu – red.) za darmo boli – przyznała komentatorka Canal+ Paula Choduń-Kania.

     

    Po jednym z zepsutych serwisów w tej części spotkania Świątek poddenerwowana wzruszyła ramionami. Zadania nie ułatwiał jej fakt, że rywalka znów starała się wchodzić na każde jej podanie zgodnie z zasadą “uda się albo się nie uda”. Ale Polka przetrwała i w końcówce tej partii sama wykorzystała kolejny moment słabości Łotyszki, wygrywając aż 11 z 13 ostatnich punktów.

     

    Ale sama kolejny słabszy moment pod względem skuteczności serwisu zaliczyła na początku decydującej partii i znów nie uniknęła kary przy szalejącej na returnie Ostapenko. Trzeba oddać Polce, że nie spuściła głowy przy wyniku 0:3 i próbowała do końca nawiązać walkę z rywalką, ale nie pozwoliła jej na to rywalka i pechowe centymetrowe autowe zagrania, które zanotowała w kluczowej części seta.

     

    Szukając pozytywów, Świątek – w przeciwieństwie do lutowego pojedynku w Dosze – mocniej postawiła się Łotyszce. Ale lekcja jest prosta – bez lepszego serwisu Polka nie pokona swojego “koszmaru”nawet na ukochanej ziemi.

     

  • Było 0:4, kiedy Świątek ruszyła w pogoń. Koszmar w Stuttgarcie

    Było 0:4, kiedy Świątek ruszyła w pogoń. Koszmar w Stuttgarcie

    Było 0:4, kiedy Świątek ruszyła w pogoń. Koszmar w Stuttgarcie

    – Zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądał ten mecz i w najczarniejszych snach nie przypuszczaliśmy, że tak – stwierdził komentator Canal+ Żelisław Żyżyński, gdy Iga Świątek przegrywała z Jeleną Ostapenko 0:4. W ćwierćfinale turnieju WTA 500 w Stuttgarcie wiceliderka światowego rankingu znów mierzyła się ze swoim koszmarem. Z Łotyszką Świątek grała dotychczas pieć razy i pięć razy przegrała. Niestety, Polka się nie obudziła. Mecz skończył się wynikiem 3:6, 6:3, 2:6 i dla Świątek skończył się już jeden z jej ulubionych turniejów.

     

    Jelena Ostapenko jest 24. w światowym rankingu. Iga Świątek w zestawieniu WTA zajmuje drugie miejsce. Młodsza o cztery lata Polka statystycznie bije Łotyszkę na głowę też pod wieloma innymi względami (na przykład wygrała pięć turniejów wielkszolemowych, a rywalka – tylko jeden). Ale gdy te dwie tenisistki dzielą kort, to – niestety dla nas – zawsze rządzi, a ostatnio wręcz dominuje ta teoretycznie słabsza.

     

    Dwa miesiące temu Ostapenko zbiła Świątek 6:3, 6:1 w półfinale w Dosze. Tak, zbiła. To był taki mecz, w którym Polka nie miała nic do powiedzenia. I w którym wyglądała tak, jakby była pogodzona, że nic nie może zrobić. Przebieg tamtego półfinału dziwił, bo przecież w Dosze Świątek generalnie czuje się jak w domu – wygrała tam cały turniej w 2022, 2023 i 2024 roku. A ostatnio Ostapenko weszła do domu Świątek i zrobiła swoje porządki.

     

    Teraz panie zmierzyły się w kolejnym miejscu, w którym Polka czuje się bardzo dobrze. W Stuttgarcie Iga wygrywała imprezę swojego sponsora – firmy Porsche – w 2022 i 2023 roku. Przed rokiem dotarła do półfinału i jeśli tamten wynik był rozczarowujący, to co powiedzieć o tym?

     

    Świątek nie mogła się skalibrować

     

    – Widać, że Iga stara się grać agresywnie, ale jeszcze musi skalibrować swoje uderzenia – mówiła Paula Kania-Choduń po pierwszym gemie, błyskawicznie wygranym przez Ostapenkę. – Pierwszy serwis musi być w korcie – podkreślała komentatorka, gdy po 12 minutach było 0:3 i Polka szykowała się do swojego drugiego w meczu gema serwisowego. Jego też przegrała. – Zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądał ten mecz i w najczarniejszych snach nie przypuszczaliśmy, że tak, że będzie aż tak bardzo przypominał mecz z Dohy – smucił się Żelisław Żyżyński, który razem z Kanią-Choduń komentował mecz na antenie Canal+.

     

    Żadnym pocieszeniem nie było to, że od stanu 0:4 Ostapenko zaczęła grać trochę gorzej. Owszem, będąca na wysokim prowadzeniu Łotyszka popełniała więcej błędów niż w imponujących 16 minutach, które wystarczyły jej do wyjścia na 4:0. Ale co z tego, skoro Świątek grała może już nie źle, ale najwyżej w kratkę? Gdy Polka zmniejszyła straty na 3:5, to Łotyszka tak wzmocniła serwis, że gema na 6:3 wygrała do zera. A pierwszą partię zamknęła dwoma asami.

     

    Po pierwszym secie widzieliśmy w statystykach, że Świątek zagrała tylko trzy uderzenia kończące przy 10 takich Ostapenki. I że Polka popełniła 12 niewymuszonych błędów, a Łotyszka – dziewięć. Ale jeszcze bardziej niż zdecydowania, ciągłej ofensywy i pewności siebie Świątek mogła zazdrościć rywalce serwisu. W pierwszej partii Polka wygrała tylko 33 proc. punktów zarówno po swoim pierwszym, jak i po drugim podaniu. Łotyszka miała odpowiednio 54 i aż 64 proc. wygranych punktów po swoich serwisach.

     

    Świątek zaczęła żyć

     

    Drugiego seta Świątek zaczęła od podwójnego błędu serwisowego. Po nim zaliczyła asa, a po asie sprezentowała punkt rywalce, znów robiąc podwójny błąd serwisowy. Mimo to jakoś – bardziej chyba siłą woli niż czystym tenisem – nasza zawodniczka wyszła na prowadzenie. W kolejnym swoim gemie serwisowym Świątek obroniła breakpointa i nagle, prowadząc 2:1, powiększyła przewagę na 3:1. Gema serwisowego Ostapenki Świątek wygrała do zera. Z wydatną pomocą częściej mylącej się przeciwniczki. Ale to nie był nasz problem, że Ostapenko grała, jak to ujął Żyżyński, kasyno-tenis. Nam zaczynało się podobać cokolwiek w grze Świątek. Przede wszystkim chyba to, że pojawiło się w nim życie.

     

    Świątek świetnie się broniąc i przedłużając wymiany poniekąd zapraszała do popełniania błędów niecierpliwą rywalkę. A gdy Iga zmuszała Jelenę do biegania, o jej pomyłki było łatwiej. Przy stanie 3:6, 3:1, 40:40 i serwisie Świątek realizator pokazał nam, że w tym momencie w drugim secie Iga wygrała 70 proc. piłek po swoim pierwszym podaniu. I przypomniał, że pierwszym secie to było tylko 33 proc. Tę statystykę przytaczamy a propos tego, co mogło nam się podobać w tenisie Igi. – Jazda! – krzyknęła po chwili Polka. Zrobiła to po asie. Zrobiła to pierwszy raz w całym meczu. Ale za moment znów przypominaliśmy sobie, że Świątek gra w kratkę, znów oglądaliśmy, jak pierwszym podaniem nie trafia, znów obserwowaliśmy, jak drugie podanie agresywnie atakuje Ostapenko, a następnie punktuje i triumfuje. Zamiast „Jazdy” na 4:1 na koniec tego gema zobaczyliśmy podwójny błąd serwisowy Świątek.

    – Najgorzej! Najgorzej! Tak się Iga potężnie napracowała, żeby wygrać tego długiego gema [składał się z aż 16 punktów] i zdobyć przewagę trzech gemów – ubolewał Żyżyński.

     

    Wszystkim nam było szkoda, że wkrótce z prowadzenia Świątek nic nie zostało. Przy wyniku 3:6, 3:3 Iga serwowała już trochę z nożem na gardle. Przegranie przez nią tego gema na pewno jeszcze bardziej napędziłoby znów pewną siebie Ostapenkę. Na szczęście teraz – mimo roztrwonienia przewagi – to Świątek wyglądała pewniej. Gema na 4:3 wygrała do zera. – Brawo! Nie ma u Igi żadnego zrezygnowania, jest walka – podkreślała Kania-Choduń. – Jeszcze lekkie podwyższenie poziomu gry Igi i mam pełne przekonanie, że można ten mecz wygrać – stwierdzał Żyżyński.

     

    I właśnie o podwyższenie poziomu gry wszystko się rozbijało. W gemach wygranych przez Świątek na 4:3, 5:3 i 6:3 Ostapenko wygrała zaledwie dwa z 14 punktów. Wreszcie mecz naprawdę toczył się na warunkach Polki, pod jej dyktando.

     

    Świątek poprosiła o przerwę, czym pomogła rywalce

     

    Odrobinę zaskakujące było to, że po wygraniu seta Świątek zeszła na przerwę. A Ostapenko została na korcie. Trudno było rozumieć tę decyzję Igi, kiedy się patrzyło, jak na starcie decydującej partii to Ostapenko występuje w roli, którą Świątek grała w końcówce drugiego seta. Gema na 6:3, 3:6, 1:0 Łotyszka wygrała do 15, gema na 6:3, 3:6, 2:0 znów wygrała do 15, a na 6:3, 3:6, 3:0 – do 30. Czyli w trzech gemach otwierających trzeci set Świątek wygrała tylko cztery z 16 punktów.

     

    Trudno było nie odnieść wrażenia, że Świątek prosząc o przerwę pozwoliła przeciwniczce złapać oddech, a sama zgubiła dobry rytm. „Jazda” – usłyszeliśmy znów po punkcie na 3:6, 6:3, 0:3 i 40:15. W następnej akcji Świątek zaserwowała asa i zmniejszyła straty na 3:6, 6:3, 1:3. – To jest kwestia tylko jednego przełamania, jeszcze wszystko może się zdarzyć. Polka przełamywała Łotyszkę już czterokrotnie. Nie widzę przeszkód, żeby znów to zrobiła – komentowała wtedy Kania-Choduń. – Ja widzę jedną przeszkodę: jest ubrana w czarny strój i gra teraz bardzo dobrze – odpowiadał Żyżyński, gdy Ostapenko w swoim gemie serwisowym wyszła na 40:0. I chociaż Świątek walczyła i podgoniła na 30:40, to jednak Łotyszka wyserwowała sobie utrzymanie przewagi. Mimo stanu 3:6, 6:3, 1:4 Świątek się nie podłamała. Najpierw wygrała gema przy swoim serwisie, następnie miała breakpointa na 3:6, 6:3, 3:4, ale takiego wyniku nie zobaczyliśmy, bo Iga odrobinę spudłowała bekhend wzdłuż linii i w końcu długiego gema wyszarpała Ostapenko. Dzięki czemu podwyższyła na 6:3, 3:6, 5:2.

     

    W tamtym momencie mecz trwał już dwie godziny. Ale bardzo chcieliśmy, żeby jeszcze się nie kończył. Niestety, potrwał jeszcze tylko chwilę. Świątek serwując prowadziła 30:0 i 40:30, ale nie wygrała tego gema. Po piłce na 40:40 na tablicy wyników w hali w Stuttgarcie pojawił się wtedy nawet wynik 6:2 w ostatnim secie dla Ostapenki. Błąd poprawiono, a po chwili Łotyszka miała setbola właśnie na 6:2 i tym samym meczbola. Tego Świątek obroniła, ale drugiego już nie. Tym razem mecz Świątek – Ostapenko skończył się wynikiem 3:6, 6:3, 2:6. A w całej historii ich rywalizacji Polka przegrywa już 0:6.

     

  • Wielka sensacja w Stuttgarcie! Oto potencjalna rywalka Świątek

    Wielka sensacja w Stuttgarcie! Oto potencjalna rywalka Świątek

    Wielka sensacja w Stuttgarcie! Oto potencjalna rywalka Świątek

    Czy Iga Świątek wygra pierwszy turniej od niemal roku? Przed reprezentantką Polski trudne wyzwanie – zagra z Jeleną Ostapenko – ale pierwszy mecz na turnieju WTA w Stuttgarcie wygrała bez większych problemów. Już teraz wiemy z kim zmierzy się Iga Świątek, jeśli awansuje do półfinału. Rywalkę poznała w starciu Jekatierina Aleksandrowa – Jessica Pegula. Lepsza była Rosjanka, która wygrała 6:0, 6:4.

     

    Iga Świątek jeszcze nigdy nie wygrała z Jeleną Ostapenko. Bilans Łotyszki z czołową tenisistką świata jest fenomenalny. Wygrała wszystkie pięć meczów. Niektóre – jak ten w Dosze na początku roku – bardzo pewnie (6:3, 6:1). W Wielką Sobotę reprezentantka Polski będzie miała kolejną szansę na przełamanie.

     

    Świetny mecz w Stuttgarcie! Co za pojedynek Peguli i Aleksandrowej

     

    Wiceliderka światowego rankingu zagra dzisiaj o półfinał turnieju WTA w Stuttgarcie. Jeszcze przed jej meczem zostało rozegrane spotkanie Jekatieriny Aleksandrowej z Jessicą Pegulą – to właśnie jedna z tych zawodniczek będzie przeciwniczką Igi Świątek lub Jeleny Ostapenko w półfinale tych rozgrywek.

     

    Dużo lepiej w mecz weszła Jekatierina Aleksandrowa, która mocnymi piłkami zaskoczyła Jessicę Pegulę. Amerykanka już po kilkunastu minutach przegrywała 0:3. W czwartym gemie wydawało się, że uda jej się zmniejszyć stratę, ale przy prowadzeniu 40:15 popełniła podwójny błąd serwisowy i zaczęła się nerwówka, którą w świetny sposób wykorzystała Aleksandrowa. Rosjanka w pierwszym secie grała rewelacyjnie i w niecałe pół godziny wygrała go aż 6:0!

     

    Świątek zagra w półfinale w Stuttgarcie? Już zna potencjalną rywalkę

     

    Wyglądało to trochę tak jakby Jessica Pegula nie wyszła na kort. Wydawało się, że drugi set zacznie się podobnie, bo Aleksandrowa pierwszego gema wygrała bez straty punktów, ale już w kolejnym gemie Amerykanka w końcu wygrała. Rosjanka zaczęła popełniać błędy, kolejne wymiany były coraz dłuższe i stało się jasne, że będzie musiała wznieść się na wyżyny, żeby zwyciężyć również w drugim secie.

     

    Początkowo jej się to udawało. Aleksandrowa wygrała kluczowego dla losów meczu piątego i szóstego gema. Gdy już wydawało się, że Pegula kompletnie pękła i przegra seta 2:6, to… dała radę obronić trzy piłki meczowe. To wstrząsnęło Rosjanką, która po chwili prowadziła już tylko 5:4.

     

    Aleksandrowa jednak dała radę się podnieść! Po kilku naprawdę imponujących wymianach udało jej się wygrać gema na 6:4 i awansować do półfinału. W nim zagra z Igą Świątek – jeżeli Polce w końcu uda się pokonać Jelenę Ostapenko. 

     

  • Nocny wpis Wojciecha Szczęsnego. Kibice Barcelony od razu zareagowali

    Nocny wpis Wojciecha Szczęsnego. Kibice Barcelony od razu zareagowali

    Nocny wpis Wojciecha Szczęsnego. Kibice Barcelony od razu zareagowali

    – Dziękuję za wiadomości urodzinowe! – napisał Wojciech Szczęsny w poście na Instagramie, a godzina posta, którego dodał wzbudziła spore zainteresowanie. Był bowiem środek nocy! Poza podziękowaniem za otrzymane życzenia, 35-latek wystosował krótki, lecz klarowny przekaz, który zachwycił fanów. “Tek, bardzo cię kochamy!” – można przeczytać w komentarzach.

     

    Doprawdy trudno przypomnieć sobie sytuację, w której piłkarz Barcelony tak szybko zaskarbił sobie sympatię kibiców tego klubu. Szczęsny z “Dumą Katalonii” związał się w październiku ubiegłego roku, w ramach awaryjnego zastępstwa za kontuzjowanego Marca-André ter Stegena. Chociaż nie od razu wskoczył do bramki, bo trener Hansi Flick na początku stawiał na Inakiego Penę, to z czasem Polak wywalczył miejsce w pierwszym składzie.

     

    Jak pokazują wyniki, Flick nie może żałować decyzji o zmianie w bramce Barcelony. Odkąd Szczęsny zaczął bronić, zespół zaliczył fantastyczną serię 22 meczów bez porażki. Ta skończyła się dopiero w rewanżowym starciu z Borussią Dortmund, które “Blaugrana” przegrała 1:3. I tak jednak zdołała awansować do półfinału Ligi Mistrzów (w pierwszym meczu zwyciężyła 4:0), a Polak był jednym z jej najlepszych graczy w tamtym spotkaniu.

     

    Szczęsny nie zamierza osiąść na laurach. Reakcja fanów mówi wszystko

     

    W piątek 18 kwietnia bramkarz obchodził 35. urodziny. Dlatego podczas treningu drużyna i sztab szkoleniowy Barcelony utworzyli dla niego szpaler, przez który Szczęsny przebiegł, poklepywany po plecach przez kolegów.

     

    Z kolei w nocy z piątku na sobotę solenizant zamieścił na swoim profilu na Instagramie fotografię z tego zdarzenia, do której dołączył krótkie przesłanie.

     

    – Ciężka praca nie kończy się tutaj… dziękuję za wiadomości urodzinowe! – napisał Szczęsny.

     

    Pomimo wiadomości zamieszczonej o dość niespodziewanej porze, została ona przyjęta przez kibiców w bardzo pozytywny sposób. “Tek [tak przez hiszpańskich kibiców nazywany jest Szczęsny – dop. red.], bardzo Cię kochamy. Przyszedłeś w najgorszym momencie dla klubu, ale każdego dnia idziemy wyżej”. “Obyś był wieczny Tek i spędził kolejne lata w naszym klubie”. “Jesteś już legendą Barcy, bardzo cię kochamy”. To tylko niektóre z najpopularniejszych komentarzy pod wpisem Polaka.

     

    W tym sezonie Barcelona ze Szczęsnym w bramce wywalczyła już Superpuchar Hiszpanii, w finale pokonując 5:2 Real Madryt, ale wciąż liczy się w grze o trzy bardziej prestiżowe trofea. 26 kwietnia ponownie zmierzy się z Realem, tym razem w finale Pucharu Króla. W półfinale Ligi Mistrzów jej rywalem będzie Inter Mediolan. Ponadto na siedem kolejek do zakończenia rozgrywek w przewodzi w stawce LaLiga, w ramach której w sobotę o 16:15 zagra mecz z Celtą Vigo. 

     

  • 125 minut walki ze Świątek i bolesna klęska. A teraz przełamanie, czekała na to ponad rok

    125 minut walki ze Świątek i bolesna klęska. A teraz przełamanie, czekała na to ponad rok

    125 minut walki ze Świątek i bolesna klęska. A teraz przełamanie, czekała na to ponad ro

    Elina Switolina ostatni turniej pod egidą WTA zakończyła porażką z Igą Świątek, która pokonała Ukrainkę w czwartej rundzie “tysięcznika” w Miami. Pochodząca z Odessy zawodniczka szybko jednak potwierdziła, że i tak jest w stanie zachwycać na kortach – najpierw błysnęła podczas kwalifikacji Billie Jean King Cup w Radomiu, teraz z kolei po raz pierwszy od stycznia ubiegłego roku zameldowała się w półfinale turnieju WTA. Switolina idzie jak burza i jest coraz bliżej kolejnego w karierze triumfu.

    Elina Switolina przed laty znajdowała się w ścisłej czołówce światowego tenisa – w 2017 roku wygrała turnieje w Tajpej, Dubaju, Stambule, Rzymie oraz Toronto, dzięki czemu zameldowała się na trzecim miejscu rankingu WTA. Później triumfowała także w innych turniejach, aż w 2022 roku ogłosiła chwilowy rozbrat ze sportem – zaszła bowiem w ciążę, na korty wróciła w kwietniu 2023 roku. Jeszcze w tym samym sezonie wygrała turniej w Strasburgu oraz dotarła do ćwierćfinału Roland Garros i półfinału Wimbledonu.

    Na kolejny sukces Ukrainka musiała czekać do stycznia 2024 roku. Wówczas zameldowała się w finale turnieju w Auckland, w którym musiała jednak uznać wyższość Coco Gauff. Od tego czasu kilkukrotnie zagrała w ćwierćfinałach, jednak nie była w stanie ani razu dotrzeć do półfinału turnieju WTA.

    Elina Switolina znowu zagra w półfinale turnieju WTA

    Również początek 2025 roku nie przyniósł przełamania – 30-latka z Odessy w ćwierćfinale Australian Open przegrała z Madison Keys, z turniejem WTA 500 w Linz pożegnała się na etapie drugiej rundy, podobnie zresztą jak z “tysięcznikami” w Dosze i Dubaju. Nieco lepiej poradziła sobie w Stanach Zjednoczonych. Tam zagrała w ćwierćfinale Indian Wells (porażka z Mirrą Andriejewą), później w czwartej rundzie Miami uległa Idze Świątek (6:7(5), 3:6) po meczu trwającym 125 minut.

    Mecz z Polką był jej ostatnim występem w turnieju pod egidą WTA przed zmaganiami w Rouen – w międzyczasie zagrała jeszcze w turnieju kwalifikacyjnym do finałów Billie Jean King Cup w Radomiu, gdzie ograła Jil Teichmann oraz Maję Chwalińską i razem z koleżankami mogła świętować awans.

    Do wspomnianego turnieju WTA 250 w Rouen Switolina przystąpiła jako najwyżej notowana tenisistka. 18. zawodniczka świata najpierw rozprawiła się ze swoją rodaczką, Anheliną Kalininą, a później w ćwierćfinale przeciwko Jessice Bouzas Maneiro stanęła przed szansą na awans do pierwszego od ponad roku półfinału. I ją wykorzystała – mecz z pogromczynią Mari Sakkari i Warwary Graczowej rozpoczęła wprawdzie nerwowo, bo w pierwszym gemie broniła pięciu break pointów,ale wyszła z opresji. Później wprawdzie dała się przełamać, przez co Hiszpanka prowadziła 3:2, ale kolejne gemy należały już do Ukrainki, która po drodze ponownie broniła break pointów. Switolina wygrała 6:3.

    Druga partia nie była już tak wyrównana i emocjonująca. U Bouzas Maneiro zaczął “szwankować” drugi serwis, co wykorzystała Switolina. Szybko przełamała Hiszpankę, później jeszcze podwyższyła prowadzenie, a finalnie oddała rywalce zaledwie dwa gemy. Triumf 6:3, 6:2 dał 30-latce pierwszy od ponad roku awans do półfinału. W nim zagra z Eleną-Gabrielą Ruse.