Iga Świątek zrezygnowała z gry w turnieju, który znów podzielił świat tenisa. Na bogatych i biednych oczywiście. Polka oszczędza siły na występ w tej części US Open, której nikt nie nazwie z pogardą “pokazówką”. Krytycy nowej rywalizacji mikstów w turnieju wielkoszlemowym mają swoje argumenty, ale nie mają racji. Nie doceniają formatu, który po prostu się sprawdza.
Przeprowadźmy mały sprawdzian. Czy wolelibyście kupić bilety na US Open, żeby zobaczyć w akcji duet złożony z Sereny Williams i Carlosa Alcaraza, czy jednak parę Erin Routliffe/Lloyd Glasspool? A może chętniej niż mikst w składzie Aryna Sabalenka i Novak Djoković zobaczylibyście, jak Katerina Siniakova łączy siły z Henrym Pattenem?
Amerykańscy kibice tenisa już drugi rok z rzędu zagłosowali – portfelami. Ważniejszych wyborów dla organizatorów wielkich sportowych imprez nie ma. Jak to się często pisze w internecie: zapadł wyrok. Jaki? W US Open już nie na próbę, a na dobre rozgościł się całkiem nowy format. Widowiskowy, porywający, chwilami może nieco surrealistyczny. A że niesprawiedliwy? Tak naprawdę obchodzi to coraz mniej osób.
Zieliński podpadł tym, co napisał po meczu Świątek
– To królowa tenisa i król teraźniejszości – powiedział o Serenie Williams i Carlosie Alcarazie Flavio Cobolli. A Belinda Bencić, która stworzyła z nim jedną z turniejowych par, dodała: – To było surrealistyczne! To ogromny zaszczyt grać z takimi tenisistami.
Włoszka i Szwajcar pokonali superduet amerykańsko-hiszpański w ćwierćfinale, czyli de facto w drugiej rundzie. Bencić i Cobolli w stawce 16 mikstów byli drugim najlepszym – przegrali dopiero w finale, z Czechami Karoliną Muchovą i Jakubem Mensikiem. Finalistom i zwycięzcom chwała, ale to nie o nich było najgłośniej w dniach bezpośrednio poprzedzających start singlowych turniejów US Open 2026.
Możliwość zobaczenia w akcji takich duetów, jak Williams/Alcaraz czy Sabalenka/Djoković, ściągnęła na trybuny mnóstwo ludzi.
Już rok temu całkiem nowy format rozgrywania turnieju par mieszanych był sukcesem. Choć finansowym i organizacyjnym może bardziej niż sportowym. Wtedy wiele było protestów. – To frustrujące. Trudno mi znaleźć coś pozytywnego, to totalny brak szacunku dla tradycji i historii Wielkiego Szlema. Rozumiem, że mikst nie jest na tych turniejach konkurencją priorytetową, ale zawsze był ich częścią, częścią ich historii. Teraz jest to pokazówka, w której my – debliści – nie możemy nawet wziąć udziału. Chyba że zostaniemy obdarowani łaską organizatorów w postaci “dzikiej karty”. Rozumiem chęć innowacji, uatrakcyjnienia produktu, przyciąganie kibiców, ale organizatorzy US Open w tym roku totalnie minęli się z celem i wybrali zły kierunek. Przykro na to patrzeć – komentował dla Sport.pl Jan Zieliński.
Polak w 2024 roku w parze z Su-Wei Hsieh wygrał dwa wielkoszlemowe miksty: w Australian Open i na Wimbledonie. Dla organizatorów US Open to nie miało znaczenia. Oni rok temu do mikstowej rywalizacji zaprosili tylko jedną naprawdę deblową parę – Sarę Errani i Andreę Vavassoriego. Włochom dali dziką kartę, natomiast pozostałe pary dopuścili do gry na podstawie singlowych rankingów.
Gdy włoski duet wygrał cały turniej, pokonując w finale Igę Świątek i Caspera Ruuda, wszyscy pominięci przez US Open specjaliści od gry podwójnej triumfowali.
Za ten wpis Zielińskiemu się dostało.
Niektórzy kibice Igi Świątek uznali, że rodak zachował się nieelegancko, wybierając solidarność ze swoim środowiskiem i ciesząc się ze zwycięstwa prawdziwych deblistów nad złożonym naprędce mikstem z Polką w składzie.
Specjaliści zrzuceni z drabinki. Gwiazdy górą
W tym roku Świątek też miała grać z Ruudem, ale zrezygnowała z występu. Po trudach grania w Toronto (wygrała turniej) i w Cincinnati (doszła do półfinału) wolała odpocząć przed rywalizacją w US Open w singlu.
W gronie 16 turniejowych par w tym roku znalazły się cztery złożone z tenisistów na co dzień priorytetowo traktujących deble. Tym razem szansę gry w imprezie dostała Katerina Siniakova. Najwybitniejsza deblistka ostatnich lat (ma 11 tytułów wielkoszlemowych w deblu i jeden w mikście) rok temu bardzo narzekała, że ją pominięto. Teraz z przekąsem przyjęła informację, że do turnieju musi się dostać przez kwalifikacje. Ale gdy już dostała się do drabinki głównej, w parze z trzykrotnym deblowym mistrzem wielkoszlemowym Henrym Pattenem, razem z nim szybko z tej drabinki spadła. Co prawda w pierwszej rundzie duet deblowych fachowców odprawił Sabalenkę i Djokovicia, ale w drugiej nie dał rady małżeństwu Switolina/Monfils.
Siniakova i Patten i tak byli jedyną “prawdziwą” parą ze świata debla, która wygrała w US Open 2026 mecz. Ubiegłoroczni mistrzowie – Errani i Vavassori – przegrali już w pierwszej rundzie z Mirrą Andriejewą i Andrijem Rublowem, mikst Mladenovic i Arevalo od razu odpadł z parą Muchova/Mensik, a od deblowych gwiazd, jakimi są Routliffe i Glasspool, lepsze okazały się największe gwiazdy całego przedsięwzięcia, czyli Williams i Alcaraz.
Pegula krytykuje, ale występuje. Bo aż żal nie zagrać!
Rok temu debliści, podkreślając triumf Errani i Vavassoriego twierdzili, że to jasno pokazuje szefom US Open, jaki popełnili błąd. W tym roku tenisistom stawiającym na grę podwójną gwiazdy singla wytrąciły argumenty z ręki.
Owszem, te ubiegłoroczne słowa Jessiki Peguli nie straciły na aktualności: „Nie do końca podoba mi się sposób organizacji imprezy. Zmieniliście format arbitralnie i nikomu o tym nie powiedzieliście. Po prostu to zrobiliście. Czy rozmawialiście z zawodnikami? Czy pytaliście nas, co sądzimy o tym, jak ulepszyć format? Gdybyśmy mieli możliwość wcześniejszego omówienia tematu, reakcja byłaby zupełnie inna, nie byłoby tego chaosu. Kibice zapewne będą zadowoleni, ale to przykre, gdy tenisiści mówią, że stracili szansę na grę lub na zarobienie pieniędzy. Dla niektórych był to ważny turniej ze względu na dochody”.
Tylko że adresaci tych słów mają swoje racje i rok później te racje są mocniejsze.
Gwiazdy na starcie (Pegula znów była wśród nich), milion dolarów premii dla mistrzów, a do wygrania tytuł wielkoszlemowy – to wszystko sprawia, że nawet jeśli debliści są wściekli i mówią, że to “pokazówka”, a nie prawdziwy turniej wielkoszlemowy, ważniejsze jest, co myślą kibice.
Djoković i Alcaraz mogliby nawet grać w rzutki, a kibice i tak by przyszli
Widzowie od lat traktowali turniej miksta jako niezbyt potrzebny dodatek do rywalizacji singlistów. Prawda jest taka, że tradycyjne rywalizacje par mieszanych na turniejach wielkoszlemowych są oglądane przez niewielu widzów. Natomiast nowe miksty na US Open mają znakomitą frekwencję. I rok temu, i teraz, na trybuny przychodziły dziesiątki tysięcy fanów. Dostali dobrą zabawę. Mecze były szybkie, widowiskowe, praktycznie w każdym grały światowe gwiazdy, a rywalizacja może nie była aż tak śmiertelnie poważna, jak będzie w za chwilę zaczynających się singlach (30 sierpnia), ale czuło się stawkę i prestiż. Ważne było pewnie i to, że przy szalonych cenach biletów na turniej główny, tu ludzie dostali możliwość zobaczenia mistrzów tenisa za kwoty łatwiejsze do zaakceptowania. W środę, przed półfinałami i finałem, widzieliśmy na platformie odsprzedażowej bilety z cenami zaczynającymi się od 87 dolarów za sztukę. Bilety na niedzielę, czyli pierwszy dzień rywalizacji singlistów, zaczynały się od 164 dolarów.
– Jeśli w obsadzie są takie nazwiska, od początku można było się spodziewać sukcesu frekwencyjnego. Nie zakładałem niczego innego. Z takimi zawodnikami, jak Carlos Alcaraz, Novak Djoković czy Iga Świątek i do tego grupą Amerykanów, nawet jakby zrobili zawody w rzutkach, ludzie by przyszli. Bo często przychodzą dla nazwisk – tak rok temu komentował dla Sport.pl nasz wybitny deblista sprzed lat, Marcin Matkowski.
– Super się to oglądało i dla mnie pomysł bardzo na plus. Czasem może przypominało pokazówkę, ale ogólnie każdy był w pełni skoncentrowany, by wygrać. Rozumiem ból deblistów, ale musimy sobie zadać pytanie, czy chcemy dbać o tę garstkę zawodników, czy o dobro całego tenisa i zachęcić do niego młodych. Patrząc na całokształt, jestem bardzo za tym formatem – dodawała Paula Kania-Choduń, w przeszłości również dobra deblistka.
Po drugiej edycji mikstowego grania w nowym formacie wciąż słychać niezadowolonych. Na przykład Alize Cornet grzmi, że “to całkowity brak szacunku do sportu”, że dla “US Open to tylko sposób na zarobienie pieniędzy” i że “specjaliści od debla, którzy mu się poświęcili, tracą szansę zarobienia na swoje utrzymanie”. Ale trudno wyobrazić sobie, żeby po jeszcze większym sukcesie niż w premierowej edycji, ktoś z organizatorów na poważnie przejął się takimi głosami i przywrócił stary porządek.
Wczytywanie kolejnego artykułu…

Leave a Reply