Author: newuser

  • Jest ogłoszenie ws. Tomasiaka. Tuż przed TCS. Wyrok został wydany

    Jest ogłoszenie ws. Tomasiaka. Tuż przed TCS. Wyrok został wydany

    Ruszyła 74. edycja Turnieju Czterech Skoczni. Polacy w komplecie, a jeden z nich szczególnie przyciąga uwagę

    74. Turniej Czterech Skoczni tradycyjnie otwiera najbardziej emocjonujący etap zimowego sezonu skoków narciarskich. Niedzielne kwalifikacje w Oberstdorfie przyniosły polskim kibicom sporo powodów do zadowolenia – wszyscy reprezentanci Polski zdołali wywalczyć awans do konkursu głównego i serii KO.

    W kwalifikacjach wystąpili Maciej Kot, Kamil Stoch, Piotr Żyła, Paweł Wąsek oraz Kacper Tomasiak i każdy z nich znalazł się w gronie 50 zawodników dopuszczonych do rywalizacji. Zgodnie z zasadami Turnieju Czterech Skoczni, skoczkowie zostali podzieleni na 25 par systemu pucharowego. W drugiej serii zobaczymy 30 zawodników – zwycięzców par oraz pięciu tzw. „szczęśliwych przegranych”.

    Tomasiak na czele polskich nadziei. Tajner widzi w nim potencjał na coś więcej

    Najwięcej uwagi po kwalifikacjach przyciąga jednak najmłodszy z Polaków. Kacper Tomasiak oddał w niedzielę skok na odległość 124 metrów, co dało mu solidny wynik i przepustkę do rywalizacji z Finem Niko Kytosaho w serii KO. 18-latek wyrasta w tym sezonie na najbardziej stabilny punkt biało-czerwonej kadry.

    Były prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner nie ukrywa, że właśnie w Tomasiaku upatruje największych szans Polaków na wysokie lokaty w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni.
    – Na dziś wydaje się, że tylko Kacper jest zdolny mierzyć naprawdę wysoko. Widać u niego dużą powtarzalność. Owszem, zdarzają mu się słabsze próby, ale dzieje się to rzadko. Nawet wtedy są to skoki przyzwoite, którym po prostu czegoś brakuje – ocenił Tajner w rozmowie z „WP SportoweFakty”.

    Były sternik PZN zwrócił uwagę na techniczne detale. – Najczęściej problem pojawia się w drugiej fazie lotu. Samo odbicie z progu wygląda bardzo dobrze i trudno się tu do czegokolwiek przyczepić – podkreślał.

    Zdaniem Tajnera młody skoczek może okazać się jednym z największych zaskoczeń turnieju, choć jego niewielkie doświadczenie wciąż pozostaje znakiem zapytania. – Kacper może zakręcić się w okolicach czołowej szóstki. W ostatnim czasie ustabilizował formę mniej więcej na tym poziomie. Trzeba jednak pamiętać, że to bardzo młody zawodnik i jego dyspozycja może jeszcze falować. Na razie nie przeplata dobrych skoków słabszymi, co często zdarza się zawodnikom dopiero wchodzącym do Pucharu Świata – zaznaczył Tajner, dodając na koniec, że mimo wszystko „patrzy na to wszystko z umiarkowanym optymizmem”.

    Poniedziałkowy konkurs w Oberstdorfie pokaże, czy Tomasiak rzeczywiście potwierdzi miano polskiego lidera i czy biało-czerwoni będą w stanie włączyć się do walki o najwyższe cele w prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni.

  • To już definitywny koniec, Szeremeta publicznie potwierdza. Zostały ostatnie dni

    To już definitywny koniec, Szeremeta publicznie potwierdza. Zostały ostatnie dni

    Zbliża się symboliczny moment w karierze Julii Szeremety. Utalentowana pięściarka wkrótce definitywnie pożegna się ze statusem młodzieżowca. Choć 23. urodziny obchodzi dopiero w sierpniu przyszłego roku, w sporcie liczy się cały rocznik – a to oznacza zamknięcie jednego etapu i pełne skupienie się wyłącznie na rywalizacji seniorskiej. O swoich planach i nadchodzących startach zawodniczka opowiedziała niedawno w programie „Dzień dobry TVN”.

    Końcówka mijającego roku była dla Szeremety wyjątkowo udana. Podczas młodzieżowych mistrzostw Europy w boksie, rozegranych na Węgrzech, sięgnęła po złoty medal, powtarzając sukces sprzed dwóch lat. Tym razem triumf miał jednak szczególny smak – był bowiem ostatnim młodzieżowym tytułem w jej karierze. Zbliżający się limit wieku sprawia, że więcej w juniorskich i młodzieżowych zawodach już nie wystąpi.

    – Fajnie, że jest to złoto na zakończenie – mówiła z radością w rozmowie z mediami Polskiego Związku Bokserskiego.

    Ten ważny kamień milowy Julia potwierdziła również na antenie telewizji. Tuż po świętach Bożego Narodzenia pojawiła się w „Dzień dobry TVN”, gdzie opowiedziała o zamykającym się rozdziale i zdradziła szczegóły dotyczące najbliższej przyszłości.

    Od stycznia Julia Szeremeta będzie już traktowana wyłącznie jako seniorka. To właśnie dlatego ostatnie złoto młodzieżowych mistrzostw Europy miało dla niej tak ogromne znaczenie. – Bardzo się cieszę z tych mistrzostw Europy, gdzie wróciłam po igrzyskach, po roku przerwy, i zdobyłam złoty medal. Tym bardziej, że to mój ostatni rok jako młodzieżowca – podkreśliła w programie śniadaniowym.

    Przejście do rywalizacji seniorskiej nie budzi w niej jednak obaw. Wręcz przeciwnie – to środowisko, do którego jest już doskonale przyzwyczajona. – Większość walk toczę z seniorkami, starszymi dziewczynami. Startuję w seniorskich mistrzostwach Europy i świata, więc nie jest to dla mnie nic nowego – wyjaśniła.

    Po intensywnym sezonie znalazł się też czas na chwilę oddechu. W maju oraz w grudniu Szeremeta pozwoliła sobie na krótką przerwę od ringu, a urlop spędziła w Egipcie, gdzie mogła zregenerować siły i „naładować baterie”. Teraz wraca do obowiązków – przed nią m.in. udział w Gali Mistrzów Sportu oraz przygotowania do kolejnych wyzwań.

    Najważniejszym celem na nadchodzący sezon będą seniorskie mistrzostwa Europy, zaplanowane na wrzesień. To jednak nie wszystko. W kalendarzu Julii znalazły się także trzy prestiżowe turnieje Pucharu Świata. – Przed nami zawody w Brazylii, Uzbekistanie i Chinach. W tym roku chcę skupić się na mocnym rozwoju, poprawie techniki i systematycznym budowaniu formy – zapowiedziała.

    Terminy tych startów są już znane. Puchar Świata w Brazylii odbędzie się w kwietniu, w Chinach – w czerwcu, natomiast rywalizacja w Uzbekistanie zaplanowana jest na listopad. Pierwsze ringowe starcia w nowym, w pełni seniorskim rozdziale kariery Julii Szeremety zbliżają się więc wielkimi krokami.

  • Nawrocki rozmawiał z Trumpem. Ujawniono kulisy rozmowy. “W ostatniej chwili”

    Nawrocki rozmawiał z Trumpem. Ujawniono kulisy rozmowy. “W ostatniej chwili”

    Kulisy rozmowy Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem. Wiceszef MSZ ujawnia szczegóły

    Wiceszef Ministerstwa Spraw Zagranicznych Marcin Bosacki ujawnił kulisy międzynarodowej wideokonferencji z udziałem prezydenta Karola Nawrockiego oraz Donalda Trumpa. Jak podkreślił, decyzja o tym, kto będzie reprezentował Polskę w rozmowie z Amerykanami, zapadła dosłownie w ostatniej chwili i nie była wcześniej uzgadniana ze stroną rządową.

    Nagła zmiana po stronie amerykańskiej

    Do rozmowy doszło 28 grudnia, dzień po spotkaniu prezydenta USA z Wołodymyrem Zełenskim. W programie „Gość poranka” na antenie TVP Info Marcin Bosacki relacjonował, że w zdecydowanej większości tego typu formatów Polskę reprezentuje premier Donald Tusk. Tym razem jednak Amerykanie postąpili inaczej.

    – W ponad 90 procentach takich rozmów uczestniczy Donald Tusk. Natomiast w przypadku strony amerykańskiej to już nie pierwszy, lecz bodaj trzeci raz, gdy zmieniono rozmówcę z Polski – mówił wiceszef MSZ. Jak dodał, jeszcze w sobotę premier brał udział we wszystkich przygotowaniach do planowanego szczytu, konsultował się z ukraińskimi i europejskimi partnerami, a także rozmawiał z Wołodymyrem Zełenskim.

    – Do soboty wieczorem to premier uczestniczył we wszystkich ustaleniach. Tymczasem w ostatniej chwili Amerykanie zadzwonili do prezydenta, a nie do premiera – podkreślił Bosacki.

    Brak pełnej koordynacji i notatki z rozmowy

    Zdaniem wiceszefa MSZ sytuacja ta pokazuje, że po stronie polskiej konieczna jest lepsza koordynacja działań pomiędzy najważniejszymi ośrodkami władzy. Bosacki zaznaczył również, że nie tylko Polska była reprezentowana w tym formacie inaczej niż zwykle – w rozmowie nie uczestniczyli m.in. premierzy Szwecji i Holandii.

    Na razie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie trafiła jeszcze oficjalna notatka z rozmowy, w której brał udział Karol Nawrocki. – Trudno sobie wyobrazić, by jej nie było, bo były to bardzo istotne rozmowy. Ta wideokonferencja, choć krótka, miała znaczenie, ponieważ przekazano europejskim liderom informacje o ustaleniach ze spotkania Trump–Zełenski – zaznaczył Bosacki. Jak dodał, dokument może dotrzeć do MSZ jeszcze w poniedziałek.

    Rozmowy o pokoju w Ukrainie

    Wideokonferencja dotyczyła przede wszystkim trwających rozmów pokojowych, których celem jest zakończenie wojny wywołanej przez rosyjską agresję na Ukrainę. Europejscy przywódcy omawiali aktualny stan negocjacji oraz dalsze możliwe kroki dyplomatyczne.

    W wydanym oświadczeniu Kancelaria Prezydenta podkreśliła, że Karol Nawrocki zwrócił uwagę na duże zaangażowanie Donalda Trumpa w proces pokojowy. – Dzisiejsza rozmowa pokazuje, że wszelkie ustalenia dotyczące pokoju i bezpieczeństwa w regionie muszą zapadać w gronie wszystkich zainteresowanych stron. Determinacja strony amerykańskiej oraz jedność państw europejskich dają realną szansę na zakończenie wojny wywołanej przez Federację Rosyjską – przekazano w komunikacie.

    Co dalej? Plany Donalda Trumpa

    Donald Trump zapowiedział, że po zakończeniu rozmów z europejskimi liderami oraz po spotkaniu z Wołodymyrem Zełenskim planuje ponowny kontakt z Władimirem Putinem. Amerykański prezydent ma kontynuować negocjacje, których celem jest wypracowanie trwałego porozumienia pokojowego.

    Jak zapowiedziano, w styczniu w Waszyngtonie ma się odbyć spotkanie delegacji Stanów Zjednoczonych, państw europejskich oraz Ukrainy, które ma nadać dalszy bieg rozmowom dotyczącym przyszłości regionu i zakończenia wojny.

  • PiS wróci do władzy? Sondaż nie pozostawia wątpliwości. Politolog wskazał trzy czynniki

    PiS wróci do władzy? Sondaż nie pozostawia wątpliwości. Politolog wskazał trzy czynniki

    Czy PiS ma realne szanse na powrót do władzy? Nowy sondaż i opinia politologa

    Prawo i Sprawiedliwość może wygrać wybory parlamentarne w 2027 roku – tak wynika z najnowszego sondażu przeprowadzonego dla „Super Expressu”. Ponad połowa ankietowanych uważa, że partia Jarosława Kaczyńskiego ponownie przejmie stery rządów. Politolog prof. Kazimierz Kik wskazuje trzy czynniki, które mogą sprzyjać zmianie władzy, ale jednocześnie zwraca uwagę na poważne zagrożenie, które może zahamować ten scenariusz.

    Większość badanych wierzy w zwycięstwo PiS

    Instytut Badań Pollster w dniach 6–7 grudnia zapytał 1008 pełnoletnich Polaków, czy ich zdaniem Prawo i Sprawiedliwość wróci do władzy po wyborach parlamentarnych w 2027 roku. Odpowiedź „tak” wskazało 53 proc. respondentów, natomiast 47 proc. było przeciwnego zdania. Wynik ten pokazuje, że mimo utraty władzy PiS nadal pozostaje realnym graczem w walce o zwycięstwo wyborcze.

    Zdaniem prof. Kazimierza Kika istnieją trzy kluczowe czynniki, które mogą sprzyjać powrotowi PiS do rządzenia. Po pierwsze, trwająca wojna w Ukrainie wzmacnia w społeczeństwie poczucie zagrożenia i niepewności. Po drugie, rosnący wpływ ruchu MAGA w Stanach Zjednoczonych, promującego populistyczną narrację, może oddziaływać także na polskich wyborców, którzy tradycyjnie postrzegają USA jako strategicznego sojusznika. Po trzecie, politolog zwraca uwagę na słabą pozycję koalicjantów Koalicji Obywatelskiej, co może osłabiać cały obóz rządzący.

    Wewnętrzne konflikty mogą zaszkodzić PiS

    Ekspert podkreśla jednak, że zwycięstwo PiS wcale nie jest przesądzone. Jednym z największych zagrożeń dla partii są narastające konflikty wewnętrzne. Jak informowała „Gazeta Wyborcza”, w ostatnim czasie w PiS doszło do wyraźnego podziału na zwolenników Mateusza Morawieckiego oraz jego przeciwników.

    Spór stał się widoczny m.in. po wypowiedziach Jacka Kurskiego, który skrytykował zarówno wywiad byłego premiera dla Gazeta.pl, jak i działania części posłów PiS promujących Morawieckiego jako lidera prawicy i przyszłego szefa rządu. Kurski ironicznie skomentował te ambicje, pisząc: „Sny o powrocie na fotel premiera PMM to rzecz w polityce dopuszczalna. Mogą bawić, ale nie bolą”.

    Sondaże pokazują wzrost poparcia

    Dodatkowym argumentem przemawiającym za tym, że PiS liczy się w walce o władzę, są najnowsze sondaże partyjne. Badanie „Super Expressu” z początku grudnia pokazało, że poparcie dla PiS wzrosło w porównaniu z połową listopada o 2,08 punktu procentowego – z 28,86 do 30,94 proc.

    Liderem sondażu pozostaje jednak Koalicja Obywatelska, na którą chce głosować 34,64 proc. badanych (wzrost o 1,09 pkt proc.). Podobne wyniki przyniósł sondaż Ogólnopolskiej Grupy Badawczej dla Wirtualnej Polski. Zgodnie z nim zwycięstwo przypadłoby Koalicji Obywatelskiej (35,29 proc.), a PiS zajęłoby drugie miejsce z poparciem na poziomie 31,21 proc.

    Walka o władzę wciąż otwarta

    Choć sondaże i opinie ekspertów pokazują, że Prawo i Sprawiedliwość ma realne szanse na powrót do rządzenia, wiele zależy od tego, czy partia zdoła opanować wewnętrzne spory i zaprezentować spójną wizję przyszłości. Najbliższe miesiące mogą okazać się kluczowe dla układu sił na polskiej scenie politycznej.

  • Sabalenka zagrała na niekorzyść kobiecego tenisa. “Absolutna głupota”

    Sabalenka zagrała na niekorzyść kobiecego tenisa. “Absolutna głupota”

    Porażka Sabalenki w Dubaju. Czy „bitwa płci” faktycznie pomogła kobiecemu tenisowi?

    Pokazowy mecz w Dubaju, w którym Aryna Sabalenka przegrała z Nickiem Kyrgiosem 3:6, 3:6, od początku budził ogromne emocje i kontrowersje. Liderka światowego rankingu WTA podeszła do rywalizacji na serio, jednak nie zdołała pokonać Australijczyka sklasyfikowanego dopiero na 671. miejscu listy ATP. Choć wydarzenie miało charakter show, jego konsekwencje – zwłaszcza z perspektywy kobiecego tenisa – są znacznie poważniejsze, niż mogłoby się wydawać.

    Już przed pierwszą piłką było jasne, że nie będzie to klasyczna rywalizacja sportowa. Sabalenka zapowiadała walkę i rzeczywiście dała z siebie maksimum, co było widoczne w jej zaangażowaniu i intensywności poruszania się po korcie. Problem w tym, że cały mecz rozegrano na zasadach, które od początku stawiały go w niejednoznacznym świetle.

    Kyrgios bez pełnego zaangażowania

    Nick Kyrgios, który ostatni oficjalny mecz rozegrał w marcu i od dawna nie prowadzi regularnej kariery, nie musiał wchodzić na najwyższe obroty. Sprawiał wrażenie skoncentrowanego, lecz często wyraźnie „odpuszczał” – zwłaszcza przy serwisie. Zamiast potężnych podań wybierał wolniejsze kicki z rotacją, rzadko decydując się na uderzenia z pełną siłą. Mimo to kontrolował przebieg spotkania i wygrał w dwóch setach.

    Organizatorzy postanowili dodatkowo „wyrównać szanse”, wprowadzając nietypowe reguły. Część kortu po stronie Sabalenki była o około 9 procent mniejsza, a oboje zawodnicy mogli korzystać wyłącznie z pierwszego serwisu. Zabiegi te miały ograniczyć przewagę siły Kyrgiosa, ale w praktyce przyniosły odwrotny skutek wizerunkowy. Sam fakt, że rywalizacja nie odbywała się na równych zasadach, dla wielu obserwatorów był nie tylko dziwny, ale wręcz uwłaczający dla aktualnej liderki WTA.

    Podobnego zdania jest Alizé Cornet, była tenisistka i kapitan reprezentacji Francji w Pucharze Billie Jean King. W rozmowie z RMC Sport nie kryła krytyki: – Te nowe zasady, a szczególnie zmniejszenie kortu dla Sabalenki, to absolutny absurd. To nie buduje dobrego obrazu kobiecego tenisa. Takie rozwiązania umniejszają jej możliwości, a przecież z głębi kortu spokojnie mogłaby rywalizować z Kyrgiosem, który jest niemal na sportowej emeryturze, nie trenuje regularnie i zmaga się z problemami zdrowotnymi.

    Chaos w transmisji i mieszane reakcje

    Również od strony telewizyjnej wydarzenie pozostawiało wiele do życzenia. Nietypowe linie na korcie sprawiały, że obraz wyglądał nienaturalnie, co szybko zauważyli kibice i dziennikarze. – Ten kort w telewizji wygląda po prostu okropnie – napisał znany portugalski dziennikarz tenisowy Jose Morgado. Problemy nasiliły się na początku drugiego seta, gdy z winy lokalnego nadawcy sygnał był zaburzony lub całkowicie znikał w transmisjach do różnych krajów.

    Na korcie Sabalenka nadrabiała zaangażowaniem. Kyrgios częściej sięgał po techniczne rozwiązania, skróty i zagrania oparte na sprycie, zmuszając Białorusinkę do ciągłego biegania od prawej do lewej. Dawno nie było widać jej w meczu, w którym pokonałaby tak wiele metrów. Determinacja była bezdyskusyjna, ale Australijczyk – grający wyraźnie na „pół gwizdka” – nie pozwolił jej na realne nawiązanie walki o zwycięstwo.

    Show się udało, sport – już mniej

    Ten pojedynek można analizować na kilku poziomach. Z czysto sportowego punktu widzenia trudno uznać go za sensowny. Specjalne zasady zamiast niwelować różnice między kobietami a mężczyznami, jeszcze mocniej je uwypukliły. Sabalenka przegrała z zawodnikiem dalekim od czołówki ATP, nawet mimo teoretycznie korzystniejszych warunków. Nic dziwnego, że brytyjski „The Guardian” jeszcze przed meczem określił całe wydarzenie jako „absurdalne”.

    Dla organizatorów był to jednak sukces. Choć Kyrgios przesadził, twierdząc, że „przez pół roku wszyscy mówili tylko o tym meczu”, to bez wątpienia przyciągnął on uwagę mediów i kibiców. W Dubaju nie brakowało gwiazd, a całość miała charakter spektaklu: przerwy na tańce Sabalenki, wejście Białorusinki przy muzyce z „Rocky’ego”, Kyrgios pojawiający się na wielbłądzie, obecność takich ikon jak Cristiano Ronaldo czy Kaka. Show było dokładnie takie, jakiego oczekiwano.

    Problem w tym, że wydarzenie nazwano „bitwą płci”. To określenie ma w kobiecym tenisie znaczenie niemal symboliczne, nierozerwalnie związane z meczem Billie Jean King z Bobbym Riggsem w 1973 roku. Tamto zwycięstwo było walką o równość, szacunek i lepsze warunki dla tenisistek. Sama Billie Jean King przyznała ostatnio, że poza samym faktem rywalizacji kobiety z mężczyzną nie widzi żadnych podobieństw między swoim historycznym pojedynkiem a starciem Sabalenki z Kyrgiosem.

    Ryzyko, które się nie opłaciło

    Z perspektywy kobiecego tenisa dubajski eksperyment okazał się ryzykowny. Gdyby Sabalenka wygrała, jej sukces z pewnością byłby umniejszany – wskazywano by na specjalne zasady i pokazowy charakter meczu. Stało się jednak gorzej: przegrała, mimo ogromnego zaangażowania, a wynik już jest wykorzystywany jako kolejny argument przeciwko kobiecej rywalizacji w porównaniu z męską.

    To dokładnie takich narracji tenisistki nie potrzebują. Mecz w Dubaju nie rozwiązał żadnego z realnych problemów żeńskiego touru: przeładowanego kalendarza, hejtu w mediach społecznościowych czy wciąż nierównych nagród finansowych. Sabalenka zagrała przede wszystkim dla siebie i dla widowiska – trudno jednak uznać, by jej występ realnie przysłużył się kobiecemu tenisowi.

  • Iga Świątek zadziwiła cały świat. “Największy sukces w jej karierze”

    Iga Świątek zadziwiła cały świat. “Największy sukces w jej karierze”

    Triumf Igi Świątek w Wimbledonie został jednogłośnie uznany za jej największe osiągnięcie minionego sezonu. Jurorzy plebiscytu „The best of Iga 2025”, organizowanego corocznie przez Sport.pl, nie mieli w tej kwestii żadnych wątpliwości. Po raz pierwszy od startu plebiscytu w 2022 roku wszyscy głosujący wskazali tę samą odpowiedź. – To największe osiągnięcie w karierze Igi – podkreśla komentator Eurosportu Tomasz Wolfke.

    W ramach plebiscytu „The best of Iga 2025” wybierane są: najlepszy mecz sezonu, największy sukces, najważniejsza wypowiedź oraz najlepszy występ rywalki przeciwko Polce. Pod uwagę brane są wyłącznie występy Świątek w sezonie zakończonym w połowie listopada.

    W tegorocznej edycji głos oddało 15 jurorów – dziennikarzy tenisowych z różnych krajów świata. W kategorii „największy sukces Igi” wszyscy bez wyjątku wskazali zwycięstwo w Wimbledonie. Nigdy wcześniej w historii plebiscytu nie doszło do tak pełnej jednomyślności.

    Wimbledon ponad wszystkim

    W lipcu Iga Świątek po raz pierwszy w karierze sięgnęła po wielkoszlemowy tytuł na kortach trawiastych w Londynie. W finale rozgromiła Amandę Anisimovą 6:0, 6:0, prezentując tenis absolutnie bezbłędny. W drodze do finału pokonała m.in. Belindę Bencic, Clarę Tauson, Danielle Collins oraz Ludmiłę Samsonową. Kilka tygodni wcześniej dotarła także do finału turnieju w Bad Homburg, gdzie musiała uznać wyższość Jessiki Peguli.

    Eksperci zgodnie wskazują, że kluczowe znaczenie miała poprawa serwisu, większa wiara w możliwość sukcesu oraz umiejętne dostosowanie stylu gry do specyfiki trawy. – Iga nigdy wcześniej nie była postrzegana jako zawodniczka wyróżniająca się na tej nawierzchni, ale w tym roku jej poruszanie się po korcie było zdecydowanie lepsze – zauważa brytyjski dziennikarz Adam Addicott. – Na trawie trzeba zupełnie inaczej się zatrzymywać i balansować ciałem, bo o poślizg nietrudno.

    Tym większe było zaskoczenie, że Świątek przystępowała do turnieju jako zawodniczka rozstawiona z numerem ósmym, po trudnej wiośnie, w trakcie której nie wygrała żadnego turnieju na swojej ulubionej nawierzchni ziemnej. – Wydawało mi się, że okres gry na trawie nigdy nie będzie dla Igi tak istotny jak sezon na mączce, ale w tym roku wszystko się zmieniło – przyznaje Andreas Thies z niemieckiego Sky Sport.

    – Myślę, że nawet sama Iga nie przewidywała takiego scenariusza. Była bezbłędna – dodaje komentator Canal+ Sport Maciej Zaręba. Do tej pory jej najlepszym wynikiem w Wimbledonie był ćwierćfinał w 2023 roku. Owszem, pięć lat wcześniej wygrała juniorską edycję turnieju, lecz takie sukcesy nie zawsze przekładają się na dorosłą karierę.

    Sukces bez precedensu

    Zdaniem Tomasza Wolfkego zwycięstwo w Wimbledonie to nie tylko największy sukces sezonu czy całej kariery Świątek, ale jedno z największych osiągnięć w historii polskiego sportu indywidualnego. – Można je porównywać jedynie z triumfami Ireny Szewińskiej w Montrealu w 1976 roku, zwycięstwami Adama Małysza, Kamila Stocha i Dawida Kubackiego w Turniejach Czterech Skoczni, tytułem mistrza świata Ryszarda Szurkowskiego czy Jerzego Szczakiela – wylicza. – Ale Wimbledon należy postawić wyżej, bo to mekka tenisa, turniej kultowy, najbardziej prestiżowy, o globalnym zasięgu.

    Polacy już wcześniej zaznaczali swoją obecność w Londynie – Agnieszka Radwańska grała w finale w 2012 roku, Jerzy Janowicz rok później w półfinale, a Hubert Hurkacz dotarł do najlepszej czwórki w 2021. Jeszcze większe sukcesy odnosiły tam Czeszki, o czym przypomina Karol Knap z czeskiego Canal+ Sport: – Żadna z naszych mistrzyń nie zamieniłaby triumfu w Wimbledonie na inne trofeum. W ostatnich latach wygrywały tam Barbora Krejcikova, Marketa Vondrousova, wcześniej Petra Kvitova czy Jana Novotna.

    Tytuł Sportowca Roku?

    Kamil Kołsut z Polskiego Związku Tenisowego, jeden z jurorów plebiscytu, nie ma wątpliwości: – Wygranie Wimbledonu zamyka dyskusję o tytule Sportowca Roku w Polsce. Nie zapraszam do debaty – stwierdza stanowczo. Zwycięzcę poznamy 10 stycznia podczas gali „Przeglądu Sportowego”. Wśród nominowanych są także m.in. Aleksandra Mirosław i Bartosz Zmarzlik.

    Choć Wimbledon zdecydowanie zdominował głosowanie, jurorzy docenili też inne sukcesy Świątek. Ben Rothenberg zwrócił uwagę na zwycięstwo w turnieju WTA 1000 w Cincinnati, rozgrywanym na bardzo szybkiej nawierzchni. – To było duże wyzwanie – zaznacza amerykański dziennikarz.

    Diego Barbiani przypomniał z kolei triumf w turnieju WTA 500 w Seulu. – To miasto ma dla Igi i jej rodziny szczególne znaczenie. A finał z Jekateriną Aleksandrową był prawdziwą próbą charakteru – mówi Włoch. Polka odwróciła losy meczu, wygrywając 1:6, 7:6, 7:5. Seul to także miejsce, w którym jej ojciec Tomasz Świątek startował w igrzyskach olimpijskich w 1988 roku w wioślarstwie.

  • Sabalenka bez ogródek. Oto co naprawdę myśli o meczu z Kyrgiosem

    Sabalenka bez ogródek. Oto co naprawdę myśli o meczu z Kyrgiosem

    Aryna Sabalenka po niedzielnym widowisku z Nickiem Kyrgiosem nie kryła sportowej złości, ale i dumy. Białorusinka zapowiada, że to jeszcze nie koniec ich rywalizacji. – Uwielbiam zemstę. Uwielbiam wyzwania. Chciałabym znowu zagrać – podkreślała tuż po porażce w tzw. „bitwie płci”.

    Przed meczem Sabalenka nie szczędziła odważnych zapowiedzi, ostrzegając Australijczyka, że musi być gotowy na prawdziwą walkę. Na korcie jednak górą był Kyrgios, który wygrał 6:3, 6:3. Choć liderka rankingu WTA walczyła ambitnie, zbyt duża liczba błędów przy serwisie znacząco ułatwiła zadanie rywalowi. Mimo wyniku oboje zapewnili kibicom ogromne emocje i tenisowe show na wysokim poziomie.

    Sabalenka nie powtórzyła historycznego wyczynu Billie Jean King z 1973 roku, gdy Amerykanka pokonała Bobby’ego Riggsa, ale po meczu nie była rozczarowana. Wręcz przeciwnie – podkreślała, że jest dumna z tego, iż podjęła rękawicę. – Czułam się świetnie. Dałam z siebie wszystko – mówiła w pomeczowym wywiadzie, dzieląc się wrażeniami z gry przeciwko Kyrgiosowi.

    Zwróciła uwagę, że Australijczyk momentami był wyraźnie spięty. – Cieszę się, kiedy widzę, że facet jest nerwowy, odbierając mój serwis. Myślę, że pokazaliśmy bardzo dobry tenis. Zagrałam wiele świetnych uderzeń, często podchodziłam do siatki – analizowała. Nie zabrakło też słów uznania pod adresem rywala. – Świetne drop shoty, Nick. Fantastyczny serwis. Naprawdę cieszę się, że daliśmy takie widowisko – dodała.

    Po meczu Sabalenka jasno dała do zrozumienia, że liczy na rewanż. Jej zdaniem kolejne starcie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. – Czuję, że następnym razem będę już znała odpowiednią taktykę. Znam jego mocne i słabe strony. To na pewno byłby lepszy mecz – oceniła z przekonaniem.

    Teraz liderka światowego rankingu planuje krótką regenerację przed startem nowego sezonu. Przed nią wymagający rok, w którym będzie bronić wielu punktów – obecnie ma na koncie niespełna 11 tysięcy „oczek” i wyraźnie wyprzedza drugą Igę Świątek. Już podczas Australian Open stanie przed wyzwaniem obrony punktów za finał, w którym w poprzednim sezonie uległa Madison Keys.

    – Mecz z Kyrgiosem był dla mnie znakomitym treningiem. Mam nadzieję, że przez kilka dni się zregeneruję i odpocznę. Po tym pojedynku czuję się praktycznie gotowa na nowy sezon – podsumowała Sabalenka, nie kryjąc, że liczy na dobrą grę i kolejne tenisowe emocje w nadchodzących miesiącach.

  • Jak kula z armaty. Rekord Polski i najlepszy wynik na świecie pod dachem

    Jak kula z armaty. Rekord Polski i najlepszy wynik na świecie pod dachem

    Jak kula z armaty. Rekord Polski i najlepszy halowy wynik na świecie

    Jeszcze rok temu 15-letnia Kinga Jackowska z hukiem zakończyła sezon startem w Spale. Wówczas poprawiła rekord Polski młodziczek i juniorek młodszych, a w tej pierwszej kategorii osiągnęła drugi wynik w historii. Dziś rywalizuje już wyłącznie jako juniorka młodsza – i znów zrobiła coś wyjątkowego. Na finiszu 2025 roku dołożyła kolejne 31 centymetrów. Nowy halowy rekord Polski U-18 wynosi 17,65 m. Co więcej – żadna inna zawodniczka na świecie nie pchnęła w tym roku pod dachem dalej.
    – Ma to coś. Ten „klik” na końcu, który sprawia, że kula wylatuje z ręki jak z armaty – mówił niedawno o niej Konrad Bukowiecki.

    W męskim pchnięciu kulą polscy kibice wciąż mogą liczyć na Konrada Bukowieckiego, który znów poprawia swoje wyniki, a być może po kontuzji do wysokiej formy wróci też Michał Haratyk. W rywalizacji kobiet optymizmu jest jednak znacznie mniej. Owszem, potencjał pokazuje Zuzanna Maślana, lecz ostatni sezon nie przyniósł tak wielu powodów do nadziei. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że za kilka lat to właśnie Kinga Jackowska może stać się twarzą polskiego pchnięcia kulą.

    Zaledwie 16-letnia zawodniczka z Kieźlin pod Olsztynem, reprezentująca Juranda Szczytno, od dwóch lat wyraźnie wyprzedza swoją kategorię wiekową. W minionym sezonie startowała w Olimpijskim Festiwalu Młodzieży Europy w Skopje, rywalizując głównie z zawodniczkami o rok starszymi. Z kolei w mistrzostwach Europy U-20 mierzyła się z rywalkami nawet o trzy lata starszymi od siebie.

    Z Macedonii Północnej przywiozła srebrny medal, a w fińskim Tampere wystąpiła w 12-osobowym finale mistrzostw Europy U-20. To doświadczenie może okazać się bezcenne. W kolejnym roku celem podopiecznej Macieja Bukowieckiego będzie już zapewne medal mistrzostw Europy U-18 w Rieti, a także kwalifikacja do mistrzostw świata U-20, które odbędą się na legendarnym Hayward Field w Eugene.

    Początek sezonu halowego zapowiada się dla Jackowskiej znakomicie. Dokładnie 200 dni przed mistrzostwami Europy w Rieti znów przypomniała o swoim potencjale. Rok temu kończyła sezon w Spale wynikiem 17,34 m – był to rekord Polski młodziczek i juniorek młodszych oraz drugi najlepszy rezultat w historii wśród 15-latek. Jej trener, Maciej Bukowiecki, pisał wówczas o „pięknym sezonie” i wynikowej perełce na zakończenie roku. To on trzy lata temu dostrzegł talent Kingi podczas szkolnych zawodów i zaprosił ją do Szczytna. Od tego czasu wspólnie wykonali ogromną pracę.

    W maju tego roku Jackowska pchnęła trzykilogramową kulę w Białymstoku na 18,67 m – to dziś dziesiąty wynik w historii juniorek młodszych. W 2025 roku lepsza była jedynie Chinka Xinyao Chen, starsza od Polki o ponad rok. Właśnie wtedy Konrad Bukowiecki mówił w rozmowie z Tomaszem Kalembą z Interii: – Mam nadzieję, że brat zrobi dużą karierę trenerską. Kinga Jackowska, którą prowadzi, jest niesamowitym talentem. Dawno nie widziałem kogoś takiego w pchnięciu kulą. Oby tylko była zdrowa, bo ta dziewczyna może pchać bardzo daleko. Ma to coś, co ja miałem jako młody zawodnik – ten klik na końcu, który sprawia, że kula wylatuje z ręki jak z armaty.

    Końcówkę 2025 roku Jackowska ponownie spędziła w Spale, startując w zawodach „Jurand Cup”. Był to jej pierwszy występ po czterech miesiącach przerwy – swoisty wstęp do sezonu halowego, który potrwa do marca. I już w pierwszej próbie pchnęła kulę na 17,65 m. To nowy rekord życiowy w hali, rekord Polski U-18, a – jak podkreśla Tomasz Spodenkiewicz, ekspert i statystyk prowadzący profil Athletics News na platformie X – także najlepszy halowy wynik na świecie w tej kategorii wiekowej w całym 2025 roku.

  • Następca Lewandowskiego już w Barcelonie, nastąpił zwrot akcji. Decyzja zapadła

    Następca Lewandowskiego już w Barcelonie, nastąpił zwrot akcji. Decyzja zapadła

    Wraz z kolejnymi tygodniami coraz wyraźniej widać, że przyszłość Roberta Lewandowskiego w FC Barcelonie wisi na włosku. Zbliżający się wielkimi krokami 30 czerwca, czyli dzień wygaśnięcia kontraktu kapitana reprezentacji Polski z „Dumą Katalonii”, tylko potęguje atmosferę niepewności. Najnowsze doniesienia hiszpańskich mediów nie pozostawiają złudzeń – wszystko wskazuje na to, że umowa nie zostanie przedłużona. Co więcej, doszło do niespodziewanego zwrotu akcji: klub miał już wskazać następcę „Lewego”, a wybrany piłkarz przebywa obecnie w Barcelonie.

    Przez długi czas lista potencjalnych następców Lewandowskiego była imponująca. W kontekście gry w Barcelonie wymieniano takie nazwiska jak Dušan Vlahović, Erling Haaland, Julián Álvarez czy Serhou Guirassy. Z biegiem czasu kolejne kandydatury jednak odpadały. Jako pierwszy z tej listy wypadł Serb, który nie zachwyca formą w obecnym sezonie, przez co zainteresowanie ze strony „Blaugrany” wyraźnie osłabło.

    Sam Lewandowski wciąż czeka na ostateczną decyzję władz klubu i stara się udowodnić, że zasługuje na nowy kontrakt. Według doniesień jest gotów pójść na daleko idące ustępstwa – zaakceptować znaczną obniżkę pensji, a nawet pogodzić się z mniejszą rolą w drużynie.

    Jak jednak informuje „Diario AS”, los polskiego napastnika ma być już przesądzony. Barcelona miała zdecydować się na konkretne rozwiązanie i wybrać jego następcę. Co ciekawe, klub nie zamierza sprowadzać nowego, klasycznego napastnika.

    W tej roli ma występować Ferran Torres, obecnie najlepszy strzelec zespołu w trwającym sezonie. Hiszpańskie media podkreślają, że w przypadku odejścia Lewandowskiego to właśnie on ma zostać pierwszym wyborem na środku ataku. To spore zaskoczenie, bo jeszcze niedawno wydawało się, że Barcelona mimo wszystko sięgnie po nową gwiazdę, która wypełni lukę po 37-letnim Polaku.

    Taki scenariusz jest jednak ściśle związany z trudną sytuacją finansową mistrzów Hiszpanii. Priorytetem dla klubu jest obecnie wzmocnienie defensywy, a szczególnie sprowadzenie nowego stopera. Marzeniem Hansiego Flicka pozostaje Nico Schlotterbeck, lecz jego transfer wiązałby się z ogromnymi kosztami. Równie drogie byłoby ewentualne pozyskanie Joško Gvardiola z Manchesteru City – a na takie wydatki Barcelona nie może sobie teraz pozwolić.

    W tej sytuacji trudno wyobrazić sobie, by klub dodatkowo inwestował wielkie pieniądze w nowego napastnika. Tym bardziej że władze „Blaugrany” są skłonne zatrzymać na dłużej Marcusa Rashforda, który z powodzeniem może grać zarówno na skrzydle, jak i w środku ataku. Niemiecki szkoleniowiec już testował Anglika w tej roli, a jego argumentami są nie tylko liczby, ale także wyraźny rozwój pod okiem Flicka.

  • Na jaw wyszedł sekret Sabalenki. Taką ofertę złożył Łukaszenka. To był koniec

    Na jaw wyszedł sekret Sabalenki. Taką ofertę złożył Łukaszenka. To był koniec

    Przez długi czas Aryna Sabalenka unikała jednoznacznych deklaracji dotyczących wojny w Ukrainie. To milczenie sprawiło, że tenisistka z Mińska była regularnie oskarżana o sympatie wobec reżimu Aleksandra Łukaszenki, bliskiego sojusznika Władimira Putina. W oczach wielu kibiców i komentatorów brak otwartego potępienia agresji Rosji, a także roli Białorusi w tym konflikcie, był równoznaczny z cichym poparciem władz w Mińsku.

    Dopiero po wielu miesiącach liderka światowego rankingu WTA zdecydowała się przerwać ciszę. W 2023 roku, podczas jednej z emocjonalnych wypowiedzi, Sabalenka jasno podkreśliła, że nie popiera wojny i nie chce, by jej kraj był w nią w jakikolwiek sposób zaangażowany. Gdy padło pytanie o Aleksandra Łukaszenkę, tenisistka nie ukrywała wewnętrznego konfliktu.

    – Mówiłam to wiele razy: nie popieram wojny. Nie chcę, by mój kraj brał w niej udział. Czy popieram Aleksandra Łukaszenkę? To bardzo trudne pytanie… Skoro nie popieram wojny, to w obecnej sytuacji nie popieram też Aleksandra Łukaszenki – powiedziała wówczas zapłakana Sabalenka.

    Spotkanie z Łukaszenką, które zmieniło wszystko

    Milczenie Sabalenki nie było jednak przypadkowe. Jak się okazuje, tenisistka miała bardzo konkretny powód, by przez lata unikać ostrych deklaracji pod adresem białoruskiego prezydenta. W przeszłości sama musiała skorzystać z jego pomocy, a na Białorusi wciąż mieszka jej najbliższa rodzina. Publiczne atakowanie reżimu mogłoby więc przynieść dla niej i jej bliskich poważne konsekwencje.

    Kulisy tej historii ujawnił białoruski dziennikarz Jarosław Pisarenko w rozmowie z „Przeglądem Sportowym Onet”. Jak relacjonował, na początku kariery Sabalenka wpadła w pułapkę wyjątkowo niekorzystnego kontraktu z rosyjskim agentem. Umowa, która miała pomóc w rozwoju sportowym, szybko stała się dla niej ogromnym problemem.

    – Kiedy Aryna była utalentowaną juniorką, desperacko szukała sponsorów, by móc jeździć na turnieje i rozwijać karierę. Wtedy poznała mężczyznę z Rosji, który obiecał finansowanie wyjazdów. Podpisali umowę – jak się później okazało, wieloletnią i pełną pułapek – opowiadał Pisarenko.

    Sabalenka zaczęła odnosić pierwsze sukcesy, wygrywać ważne mecze i turnieje. Problem polegał na tym, że pieniądze z nagród trafiały nie do niej, lecz wyłącznie do agenta. Próby rozwiązania sprawy na poziomie sportowym nie przynosiły efektów.

    – Zwróciła się o pomoc do działaczy białoruskiego związku tenisowego. Usłyszała, że spróbują skontaktować się z władzami – dodał dziennikarz.

    Pałac Niepodległości i „propozycja nie do odrzucenia”

    W 2018 roku Aryna Sabalenka spotkała się z Aleksandrem Łukaszenką w Pałacu Niepodległości. Rozmowa odbyła się w cztery oczy. Choć do mediów trafiły zdjęcia z wizyty, oficjalnie nigdy nie ujawniono, czego dotyczyło spotkanie. Przez lata sprawa owiana była tajemnicą.

    Jak twierdzi Pisarenko, reakcja władz była jednak błyskawiczna i – jak to określił – „w stylu Łukaszenki”.

    – Agent Sabalenki nie był postacią krystaliczną. Wcześniej miał problemy kryminalne w Rosji, a nawet wyrok. Z tego, co wiem, otrzymał jasną propozycję: albo natychmiast rozwiązuje umowę z Aryną, albo wraca do Rosji w kajdankach – ujawnił białoruski dziennikarz.

    Wkrótce potem współpraca została definitywnie zakończona, a Sabalenka odzyskała kontrolę nad swoją karierą.

    Dlaczego Sabalenka musiała milczeć?

    Nie ma wątpliwości, że wydarzenia z 2018 roku miały ogromny wpływ na dalszy rozwój kariery Aryny Sabalenki. Dziś jest jedną z największych gwiazd światowego tenisa i od wielu miesięcy pozostaje na szczycie rankingu WTA. Trudno jednak nie zadać pytania, czy bez interwencji Łukaszenki jej droga na tenisowy szczyt w ogóle byłaby możliwa.

    – Bez tej pomocy kariera Sabalenki mogła utknąć w martwym punkcie. Dlatego dziś Aryna ma ogromny problem z jednoznacznymi odpowiedziami na pytania o wojnę i o prezydenta Białorusi. Musi bardzo uważać na każde słowo – podkreślił Pisarenko.

    To właśnie ta zależność z przeszłości oraz realne obawy o bezpieczeństwo bliskich sprawiły, że Sabalenka przez długi czas wybierała milczenie. Dopiero po latach zdecydowała się na częściowe odsłonięcie swoich poglądów, choć – jak widać – nadal porusza się po wyjątkowo cienkim lodzie.